Włochy / Toskania – to także moja miłość

jako M.W.

Książka i film „Pod niebem Toskanii” budziły w moim sercu silne ukłucia zazdrości, ale ostentacyjnie wzruszałam ramionami – za dużo egzaltacji! Zbyt pięknie, by mogło być prawdziwie – przekonywałam przyjaciółki. A ledwie tam pojechałam, zakochałam się. Od pierwszego wejrzenia. W atmosferze, krajobrazie, ludziach, smakach.

CHIANTI_DPP_0015 Strzała przeszyła mi serce już we Florencji. Dojechałam tam z koleżanką późnym wieczorem, po przylocie z Polski, wynajętym na lotnisku w Bergamo samochodem. Rankiem powitało nas pocztówkowe słońce. I pejzaż z hotelowego okna. Ze słynnym Ponte Vecchio – Starym Mostem. Przypomniałyśmy sobie zaraz scenę z „Pachnidła”, gdy zapada się pod ciężarem wzniesionych na nim budynków. Natychmiast pobiegłyśmy. Nic się wprawdzie nie stało, most nie runął, ale nasz świat wywrócił się do góry nogami. Stało się to przed witrynami jubilerskich sklepików, zasłanymi kompozycjami ze szlachetnych kamieni i korali, w misternych oprawach ze złota i srebra. Kolczyki, broszki, pierścionki, naszyjniki… Jeszcze dziś potrafię zamknąć oczy i przywoływać tamte obrazy. Po Florencji krąży fama, że Stary Most jest obiektem marzeń kobiet i przyczyną bankructwa ich mężów. My, dwie samotne , nie mogłyśmy raczej liczyć, że się ktoś dla nas zrujnuje, ale marzeń nie oddamy za nic.

CHIANTI_DPP_0001Otrząsnęłyśmy się z wrażenia po paru ładnych godzinach. Co nie znaczy wcale, że pokusy się skończyły, bo ulice florenckiej starówki nie są muzealnymi korytarzami. Pełne lokali i luksusowych sklepów żyją, przechwytując zwiedzających niewidzialnymi mackami z rąk jubilerów. Szanse na doprowadzenie do bankructwa i męża, i kochanka, i całej rodziny, czają się na każdym kroku. Z trudem więc, ale jednak, trzymałyśmy się w karbach, żeby nie ulec demonowi pożądania. Żeby przed nim uciec wdrapałyśmy się na słynną kopułę Brunelleschiego, wieńczącą katedrę Santa Maria del Fiore. Zachwyciła nas bogatą malarską dekoracją i panoramą miasta z zewnętrznej galerii. A potem była Piazza della Signoria z pałacem Medyceuszy. I rzeźby na placu, a wśród nich ta, która przykuwa uwagę pań w każdym wieku, wprawiając jednocześnie w zakłopotanie towarzyszących im mężczyzn. Dawid wykuty ręką Michała Anioła. Ideał męskiego piękna. Nagi.

CHIANTI_DPP_0014Na straganach i w sklepikach z pamiątkami, pośród gipsowych madonn, miniaturek katedry i popiersi papieży, wysublimowany atrybut męskości pojawia się nader często. Bez pruderii, bez owijania w bawełnę, co najwyżej z napisem Firenze. Nie mogłam sobie odmówić. Kupiłam kilka sztuk dla mężczyzn mojego życia! W podyktowanym jędzowatym pierwiastkiem mojej osobowości odruchu, chciałam też sprezentować im lampredotto. Potrawę sprzedawaną w ulicznych budkach tak, jak u nas kebaby. Zajadają się nią Florentczycy, bo jak wieść niesie, pozwala im zachować męskość w dobrej kondycji. Szybko jednak dowiedziałam się, że pod tajemniczą nazwa kryją się flaczki, a te przecież nasi mężczyźni jedzą pasjami. I co? I nic. Albo to działa jedynie pod presją dawidowego wzorca. Albo, po prostu, trzeba jeść ze świadomością do czego się dąży, a nasi… tylko jedzą.

CHIANTI_DPP_0006Następnego dnia zmieniłyśmy klimat i scenerię. Ruszyłyśmy w stronę słońca. Na południe, do Sieny. Pośród winnic i oliwnych gajów, przez wzgórza Chianti. Drogą nr 222, słynną Via Chiantigiana, łączącą główne toskańskie miasta niespełna stukilometrowym odcinkiem. Posłuszne nakazom przewodników, szybko ją jednak opuściłyśmy, by zdając się na mniejsze wijące się wśród wzgórz drogi, zaglądać do winnic. Kierunek wskazywał nam Gallo Nero (Czarny Kogut), symbol tej krainy wina. Odwiedzając winiarnie i osterie zamieniłyśmy podróż w prawdziwą przygodę ze smakiem. Bo oprócz szlachetnych trunków z kluczowej dla regionu winorośli jaką jest czerwone Sangiovese (w dialekcie nazwa wymawiana jest Sangioveto), wyrabia się tutaj mnóstwo innych specjałów – oliwy, sery, wędliny. Przystanki wyznaczały nam rozległe farmy, stare wille, klasztory i zamki, wioski i miasteczka. Była wśród nich XIV-wieczna Villa Vignamaggio, w której urodziła się dziewczyna, pozująca Leonardowi da Vinci do postaci Mona Lisy. I prawdziwie magiczne miejsce jakim jest klasztor Badia a Passignano. W sklepiku przy murach kupiłyśmy trochę przysmaków wyrabianych zgodnie z liczącymi tysiąc lat benedyktyńskimi recepturami i skosztowałyśmy win produkowanych przez regionalnego potentata, rodzinę Antinori.

CHIANTI_DPP_0003Gdy zmierzchało, zaczęłyśmy rozglądać się za noclegiem, klnąc na kłamliwe przewodniki, zachłystujące się, że na każdym kroku są tu pensjonaty, kwatery, agriturismo. Uspokoiłyśmy się dopiero, gdy spostrzegłyśmy tabliczkę z koślawymi literami głoszącą po angielsku: Accommodation. Bogowie, a zwłaszcza Bacchus, widocznie nam sprzyjali, gdyż okazało się to strzałem w dziesiątkę. Nie dość, że zapłaciłyśmy grosze, to jeszcze młody i przystojny właściciel tego przybytku wprowadził nas następnego dnia w tajniki winiarstwa. Sam robił w zasadzie tylko jedno wino, czerwone – jak przystało na Toskanię – z Sangiovese, ale właśnie przygotowywał się do podjęcia wyzwania jakim jest Vin Santo. Od średniowiecza wyrabiane głównie z białych szczepów Trebbiano toscano i Malvasia. Stworzenie Vin Santo wymaga cierpliwości i wyczucia. Winogrona suszy się w przewiewnym pomieszczeniu tak długo, aż się pomarszczą i zbrązowieją na podobieństwo rodzynków. Trwa to zazwyczaj do grudnia. Po wytłoczeniu powstaje gęsty, słodki i mocno nasycony alkoholem moszcz. Ale to dopiero początek procesu. Zlewa się go do 100-litrowych beczek caratelli i wstawia na strych. Tam dzieła dokonają zmieniające się temperatury, wilgoć i słońce. Winiarz ma wprawdzie niewiele do roboty, bo musi tylko czekać aż wino dojrzeje. Tyle że od 3 do 10 lat, i to lat wypełnionych niepokojem. Bo w zależności od pogody, która jest zrządzeniem nieba, otrzyma albo słodkie, albo – co się zdarza – niemal wytrawne wino. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, gęsty trunek będzie mieć w sobie niebiańską słodycz, bursztynowo brunatną barwę, a w jego bukiecie przewijać się będą nuty orzechów, moreli, miodu i kwiatów. Jeśli wino zrobi z Sangiovese (przynajmniej w 50%), to da się wyczuć śliwki, karmel i wiśnie, a barwa będzie pomarańczowo czerwona. Co się tyczy świętości Vin Santo, to nazwa utarła się gdzieś w XIV w., a jej genezę przestawiają różne anegdoty. Jedna głosi, że gdy uraczono przybyłych na synod biskupów rzeczonym winem, któryś z Greków porównał je do znanego sobie Xantos. Kto nie dosłyszy, ten zmyśli – Włosi zrozumieli „Santo”, i tak zostało.

CHIANTI_DPP_0012Wzgórza z rzędami cyprysów i prowadzące na nie białe drogi obwieściły, że zbliżamy się do Sieny. I wtedy tknęło mnie, że ktoś kto ukuł powiedzenie „zamienić szare na złote”, musiał na nie wpaść w Toskanii. Gdy białą drogą jedzie samochód, wznieca tuman pyłu. Przecież to okropne. Ale potem pył opada, i we wspomnieniach pozostają tylko te zielone cyprysy kontrastujące z białymi wstęgami dróg i łagodne linie niknących na horyzoncie wzgórz. Wizja zachwycająca i nierealna, a mimo to, ja – racjonalistka, uległam jej całkowicie.

CHIANTI_DPP_0013Jak każde stare włoskie miasto, Siena jest odrapana, ściany kamienic sprzed wieków i katedr obstawione ma rusztowaniami. Tu w zabytkach żyje się i mieszka od pokoleń. Latem Siena oczekuje Palio, gonitwy wokół Piazza di Campo, głównego miejskiego placu. Bieg trwa zaledwie 90 sekund, a okazja do jego oglądania nadarza się każdego roku dwukrotnie. 2 lipca i 16 sierpnia. W biegu są reprezentowane kontrady, czyli sieneńskie dzielnice, których tradycje sięgają średniowiecza. Kontrad jest teraz 17, a w biegu może uczestniczyć co najwyżej 10 koni, więc w sierpniowej powtórce bierze udział siedem z tych, które nie miały szczęścia w lipcowym losowaniu oraz trzy, do których szczęście uśmiecha się po raz wtóry. My, przybysze, nie zdajemy sobie nawet sprawy jak mocno sieneńczycy angażują się w przygotowania. Jak zawiłe i nieczyste towarzyszą im zakulisowe zabiegi. Jakie tam kwitnie przekupstwo, i jak karkołomne próby kradzieży koni są podejmowane, by pogrążyć konkurentów. Widziałam kilka koni na łąkach pod Sieną. Młode, niemal dzikie ogiery. Żywioł. Co ciekawe, nie liczy się jeździec, ale właśnie koń. I to on musi dobiec do mety. Niegdyś zasłynął ogier, który trzy lata pod rząd przybiegał niepokonany. Zawsze sam, bez jeźdźca. Los dżokeja nie jest godny pozazdroszczenia. Wprawdzie za udział w biegu dostaje pokaźne honorarium, ale nie daj Boże by przegrał. Prasa donosi potem jakich doznał kontuzji, jeśli nie zdążył uciec z placu przed rozwścieczonymi klęską ludźmi z kontrady, którą reprezentował. Na marginesie, największym przegranym jest ten, który zajął miejsce drugie. Haniebne. Z każdym następnym można się przynajmniej pocieszać, że pokonało się tę czy inną kontradę-konkurentkę. Na drugiej pozycji widzi się tylko plecy zwycięzcy.

CHIANTI_0004Poszłyśmy na bieg. Zajęłyśmy miejsca przy bandzie na kilka godzin przed rozpoczęciem. Obejrzałyśmy zachwycającą defiladę z pokazami żonglerki chorągwiami. A potem zostałam smagnięta końskim ogonem po twarzy, i tyle tylko pamiętam z biegu. Tego, co się działo później, nigdy jednak nie zapomnę. Tłum runął na bieżnię. Zwycięzcy biegli, by zerwać palio – baner z wizerunkiem Madonny, i zanieść go do macierzystego kościoła w triumfalnym pochodzie. Przegrani, rwąc włosy z rozpaczy i drąc się wniebogłosy, by dopaść dżokeja – winowajcę. Rozedrgane emocjami opuściłyśmy plac, a potem długo w noc przechadzałyśmy ulicami, zaglądając do miejsc, w których topiono rozpacz w winie rozpacz. Toskańskie trunki są dobre na wszystko. Ich pełną gamę podziwiałyśmy następnego dnia w Enoteca Italiana. To konsorcjum zrzeszające producentów z całych Włoch. Siedzibę ma w Sienie. Z galerią win, sklepem i restauracją. Znowu przypomniało mi się „szare na złote”. Przecież toskańska kuchnia składa się z prostych chłopskich dań, w którym głównym dodatkiem do potraw są kopytka (gnocchi). Mimo to, z powodu znakomitej jakości produktów, dania te smakują wyśmienicie. Kucharze toskańscy cieszą się najwyższym szacunkiem i są powszechnie uznawanymi autorytetami. Tak jak Giancarlo Russo, który ma w swoim cv, szefowanie restauracji 5-gwiazdkowego hotelu „Savoia di Firenze” we Florencji. Gdy zamieszkał w Polsce, trafił zaraz do grona najwybitniejszych kucharzy z Fundacji Klubu Szefów Kuchni i długie lata przewodził Stowarzyszeniu Włoskich Kucharzy w Polsce. Nie dziwię się. W czasie naszej zbyt krótkiej eskapady skosztowałyśmy wielu potraw. W małych osteriach przydrożnych w Chinati miały ten niepowtarzalny, domowy smak. W Castello di Leonina, zachwycającej luksusowej willi położonej około 8 km od Sieny, były bardziej wyrafinowane i kreatywne. Wszędzie jednak podstawą była miejscowa oliwa z oliwek i płody żyznej toskańskiej gleby, przyprawione odrobiną miejscowego szaleństwa. Robi się coraz cieplej, więc marzę o powrocie do Toskanii. Wizycie w jednej z kilku działających tam szkół kulinarnych. Przyjmują amatorów, na kilkudniowe kursy, pod opiekuńcze skrzydła miejscowych mistrzów. Jak wrócę po takim treningu, to dopiero pokażę rodzinie i znajomym na co mnie stać w kuchni!

CHIANTI_0007INFO

Do Toskanii najłatwiej dostać się samolotem. Tanimi liniami do Bergamo, regularnymi do Mediolanu, skąd autostradą A1, łączącą Mediolan z Rzymem dojedziemy do bram Florencji (306 km). Koszty wypożyczenia samochodu to 25-50 euro dziennie w zależności od klasy pojazdu plus kwota zastawu gotówką lub dostępna na karcie kredytowej (od równowartości 1000 zł w górę).

Własnym samochodem. Dystans dzielący Warszawę od Florencji – 1500 km. Najlepiej pokonać go z noclegiem w rejonie Mikulova, Znojmo, czyli na Morawach, tuż przy granicy Czeskiej Republiki z Austrią. Przewidywany koszt takiego przejazdu wraz z winietami drogowymi plus opłatami za autostrady i kosztami paliwa dla średniej klasy samochodu osobowego – 250 euro w jedną stronę.

Noclegi od 20 euro wraz z posiłkami w gospodarstwach agroturystycznych. Adresów najlepiej szukać na stronach http://www.agriturismo.it w zakładce Tuscany/Siena. Mozna się tez zdać na ślepy los – odkryjemy naprawdę fascynujące miejsca i poznamy fantastycznych ludzi. Wspomniana willa pod Sieną „Castello di Leonina” (www.castelloleonina.com), za pokój 2-osobowy ze śniadaniem – od 160 euro.

Wszystko o Florencji: http://www.firenze.net; wejście na kopułę i wieżę katedry – 12 euro

Wszystko o Sienie: http://www.aboutsiena.com; Palio: http://www.ilpalio.org; za 50 euro lub więcej (ceny do negocjacji) można obejrzeć gonitwę z okna mieszkania wychodzącego na plac, ale dość trudno załatwić takie locum bez pośrednictwa osoby znajomej.

Słynne miasto Piza (pominięta w tekście, bo nie wiąże się z regionem Chianti): http://www.turismo.pisa.it; wejście na krzywą wieżę – 15 euro

Znane ze średniowiecznych wież mieszkalnych i znakomitych producentów win w okolicy San Gimignano (pominięte z tych samych względów co Piza): http://www.sangimignano.com

Jeść najlepiej w przydrożnych osteriach, a w miastach, w małych trattoriach. W renomowanych restauracjach trudno zjeść jednodaniowy obiad za mniej niż 15 euro. W lokalach typu jadłodajni (osterie, trattorie od 8-10 euro). Wina u producentów od 7-10 euro za butelkę, w osterii za kieliszek (bicchiere) – od 1,5 euro.

Strony konsorcjum Chianti Classico z adresami winiarni: http://www.chianticlassico.com

Kursy kulinarne w miejscowych szkołach (scuola di cucina po angielsku): http://www.cooking-in-amazing-tuscany.com/home.html i http://www.discovertuscany.com/tuscany-cooking-classes

Strony dla turystów o Toskanii: po polsku – http://www.toskania.info; po angielsku – http://www.discovertuscany.com

Reklamy

Skomentuj jeśli chcesz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.