Z drogi włoskiej na polskie – historia fiata 126p

W szeregu wymyślonych na świecie samochodów dla ludu, fiat 126p zajmuje zasłużenie wysoką pozycję, sytuując się tuż obok „mydelniczki”, czyli wschodnioniemieckiego trabanta 601. Nie podbił wprawdzie świata na podobieństwo volkswagena „garbusa”, niemniej jednak, niejednokrotnie zadziwił, zwłaszcza przybyszów z Zachodu, którzy na przełomie lat 80. i 90. poznając dopiero polskie realia, nie mogli wyjść ze zdziwienia, że tak wiele małych samochodów, po tak kiepskich drogach, pędzi z tak dużą prędkością…

Chyba o żadnym samochodzie nie krążyło równie wiele żartów i anegdot. Pytanie ile słoni się do niego zmieści, znał każdy przedszkolak… Inny popularny wśród starszych trochę dzieci dowcip przenosił Malucha na plac kina dla zmotoryzowanych. Takich kin w Polsce nie było, ale można je było obejrzeć na amerykańskich filmach: „Zajeżdżającemu na plac Maluchowi bileter zastawia drogę rozkładając ręce: „Przykro mi, ale dzisiaj wyświetlamy film tylko dla dorosłych.” Krążyły też dowcipy nieco obsceniczne, typu: „Czy w Maluchu można umrzeć? Nie! Jest za mało miejsca żeby wyciągnąć nogi…” Klimat lat 70., konkretnie propagandy oszczędności i normatywów w budownictwie, oddaje inny dowcip: „Czy to prawda, że Malucha mają jeszcze skrócić? Tak, żeby się zmieścił do windy.” Ustawianie zaś Malucha między dwoma drzewami, tak aby wfmen nie mógł wyjechać, przeszło do klasyki szkolnych psikusów. Samochodzik ważył 600 kg więc grupowym wysiłkiem można go było tam umieścić bez trudu. Nauczyciel wf z mojego ogólniaka, witając napotkanych przed szkołą uczniów, od razu apelował aby mu tego oszczędzili.

Maluch nie był żartem
Kampanię na rzecz popularyzacji fiata 126p prowadzono całkiem serio. Posuwano się nawet do zestawiania go z legendarnym porsche 911. Sporo w tym było przesady, niemniej jednak propagandyści zawsze coś znajdą. Przecież poprzeczny resor zastosowany w Syrenie uznali za wystarczający powód aby przedstawiać ją jako krewną chevroleta Corvette. Niezależnie zresztą od ich starań, żaden samochód nie był w Polsce tak popularny jak fiat 126p. Był autem ze snu Kowalskiego, i to snu, który miał szansę się spełnić. Niemal trzykrotnie tańszy od dużego fiata, Maluch zmotoryzował nasz kraj. Kosztował bowiem 69 tysięcy złotych (gdy się pojawił średnia pensja przekraczała 3 tysiące), i nie był drogi w eksploatacji. Palił 6 l/100 km, czyli niemal dwukrotnie mniej niż ówczesny rodzimy synonim luksusu – fiat 125p.

Wielu naszych kierowców dokonując cudów (głównie by dostać paszport i książeczkę walutową), przemierzało Maluchami tysiące kilometrów europejskich dróg. Impresje z tych wojaży były zawsze takie same: „…w tamtą stronę było super, ale z powrotem… nigdy więcej…”. Zbyt mały by można było w nim marzyć o komforcie jazdy, zwłaszcza na dłuższych dystansach, i z niewielkim bagażnikiem pod maską z przodu – Maluch nie był samochodem dla globtroterów. Odwołując się do bogatej skarbnicy żartów na jego temat: „…skrót FIAT oznaczał Fatalną Imitację Auta Turystycznego – jednoosobowego, dwudrzwiowego i sześciokrotnie przepłaconego”.

Oprócz wad wielu, dwie zalety tego samochodu docenić musiał każdy. Przy niewielkich gabarytach, sprawdzał się w zatłoczonych miastach – można go było przytulić niemal wszędzie. Względnie wysoko zawieszony, pokonywał też wertepy. Był w stanie wjechać w miejsca, w których utykały znacznie doskonalsze samochody. Przyzwyczajeni do tego, że w krytycznych sytuacjach trzeba sobie radzić samemu Polacy opatentowali wiele sposobów zapalania go zimą, albo uszczelniania, gdy przyokienne gumy przepuszczały deszczową wodę. Pieczołowicie chroniąc akumulatory przed niskimi temperaturami, zabierali je po prostu do domu. Maluch niczym kot, stał się „autem domowym”.

Mimo niedoskonałości i kłopotów jakie sprawiał Maluch stawał wielokrotnie w szrankach samochodowych rajdów. Ba, ponoć sportowe modele nie miały sobie równych na krótkich odcinkach, gdyż dysponowały sporym przyspieszeniem, osiągając prędkość 160 km/h. Niestety ich zmodyfikowane silniki o 3-krotnie zwiększonej mocy były nader nietrwałe. Dobrze jeśli wystarczyły na cały wyścig. Zdarzało się jednak, że padały po kilkunastu minutach intensywnej eksploatacji.

Z salonu do muzeum
Świat ujrzał fiata 126 podczas Salonu Samochodowego w Turynie w 1972 roku. 22 lipca 1973 roku pokazano go na Placu Defilad w Warszawie. Auto składane w naszym kraju zyskało nazwę polski fiat 126p. W powszechnym użyciu było jednak określenie Maluch. Nie jedyne. W szeregu używanych synonimów, sporo było pejoratywnie brzmiących, takich jak: ciaśniak, kaszlak, prykacz, kurwikoland czy dupowóz. Zdarzały się jednak cieplejsze – fiacik, toczydełko, predatorek… W schyłkowym okresie produkcji, pod koniec lat 90., ostatnią wersję nazwano oficjalnie Maluchem.

Łącznie powstało ponad 4,5 miliona Maluchów. Oczywiście nie wszystkie jeździły u nas. Fiaty 126 wytwarzano bowiem w latach 1972-1980 w Cassino we Włoszech. A w dwa lata po podpisaniu w 1971 roku kontraktu z Fiatem „O współpracy przemysłowej i licencyjnej na samochód małolitrażowy 126”, produkcję przejęły polskie Fabryki Samochodów Małolitrażowych „Polmo” w Bielsku Białej, a niedługo potem, także zakłady w Tychach.

Eksportowe wersje powędrowały w pierwszym rzędzie do demoludów: Bułgarii, Czechosłowacji, Jugosławii, na Węgry, do Chin i na Kubę. Wkrótce jednak trafiły również do Austrii, Zachodnich Niemiec, Wielkiej Brytanii, Belgii, Francji, Danii, Szwajcarii, a nawet do krajów tak odległych jak Chile, Nowa Zelandia czy Australia. Nomen omen, po zakończeniu montażu we Włoszech, eksportowaliśmy Malucha również do kraju z którego się wywodził. Stosunkowo duży eksport do krajów zachodnich zwiększył wymagania co do jakości produkowanego samochodu. Autko musiało spełniać tamtejsze normy! Ogółem, wyeksportowano niemal 900 tysięcy Maluchów.

Koniec ponad ćwierćwiekowej epopei nastąpił 22 września 2000 roku. Wtedy z taśm montażowych w Bielsku-Białej zjechał ostatni z limitowanej serii egzemplarz. Historyczny samochodzik trafił do słynnego muzeum Fiata w Turynie, bliźniaczy do Muzeum Techniki w Warszawie. Finałowi nadano charakter happeningu, nazywając tysiąc ostatnich Maluchów „Happy End”. Polakierowane na żółto były ukłonem w stronę lat 70., w których samochód święcił triumfy popularności, a świat kochał się w ostrym kolorze – Bahama Yellow, określanym przez niepoprawnych prześmiewców „jelloł dla chama”. Ponadto fiacik stał się bohaterem gry komputerowej. Poświęcono mu setki stron internetowych i blogów prowadzonych systematycznie przez licznych członków fanklubów. Ba, doczekał się nawet międzynarodowych zlotów miłośników.

Zanim stał się legendą
Kiedy do władzy doszedł Edward Gierek, mroki szarej PRL-owskiej rzeczywistości zaczęły rozjaśniać fajerwerki. Z radiowych anten popłynęła zachodnia muzyka, a na ekranach kinowych i telewizyjnych zaroiło się od zachodnich filmów. W odróżnieniu od Władysława Gomułki, Gierek był zwolennikiem motoryzacji. Przemysł samochodowy nabrałby może jeszcze większego impetu, gdyby nie to, że właśnie wyłożono sporo grosza na zakup licencji i uruchomienie produkcji fiata 125p. Dlatego też zamiast forda, citroena czy volkswagena na polskich drogach pojawiła się zmodyfikowana wersja fiata 500 Nuova, znanej na całym świecie pchełki, jednego z najmniejszych aut jakie kiedykolwiek produkowano. Włosi zgodzili się poszerzyć współpracę o samochód małolitrażowy, bez dodatkowych opłat licencyjnych. Z Nuovy wzięli podłogę, zawieszenia i chłodzony powietrzem silnik, chociaż w fiacie 126 nieco go wzmocnili. Całość przykryli bliższą wymaganiom ówczesnej mody karoserią i tak – rzecz nieco upraszczając – powstało tanie auto dla dwóch osób dorosłych z dwójką dzieci.

Pierwsze egzemplarze montowane w Polsce miały oryginalne włoskie podzespoły. W momencie gdy produkcja przeszła całkowicie w nasze ręce, wytwarzane u nas elementy były używane także do montażu auta we Włoszech. Pierwsze modele osiągały nominalnie prędkość 105 km/h, fiaciki ostatnich wersji – 120 km/h, realnie.

Użytkownicy natomiast, dokładali na własną rękę starań aby samochód udoskonalić. Nie ograniczano się przy tym do liftingu. Pierwsze seryjnie produkowane Maluchy miały silnik o mocy 23 KM, wersje sportowe – od 50 do 76 KM. Wierzyć się nie chce, ale najbardziej zaangażowanym w przeróbki fanom udało się stworzyć modele z silnikami o mocy 300 KM.

Od Bombla po Ryjek
Aleksander Sowa, opisując Malucha w książkach: „Fiat 126p – Mały Wielki Samochód” oraz „Legendy Naszej Motoryzacji”, jednym tchem wymienia także szereg oficjalnie udoskonalonych i prototypowych modeli: Niki, Personal 4, Bambino, Bombel, Kombi, Long, Bosmal Cabrio, Traction Avant Ryjek, Wadera, Colo, 126 Steyer, model z silnikiem Diesla, Malucha elektrycznego, trójkołowca, a nawet produkowane dla wojska Lekkie Pojazdy Terenowe (LPT).

Najbardziej zmodyfikowaną, a zarazem wdrożoną do produkcji wersją był fiat 126p BIS, roboczo – „restyling”, zaprezentowany w 1987 roku we Frankfurcie. Zmianami objęto aż 800 podzespołów, poczynając od powiększenia tylnej szyby, co poprawiło widoczność, po odlanie kadłuba silnika o zwiększonej mocy, głowicy oraz miski olejowej z lekkiego stopu.

Jak ważne miejsce zajmował w życiu kraju Maluch, świadczą prowadzone niemal nieustannie prace nad nowymi wersjami. Angażowano do nich nie tylko kadrę techniczną. W 1974 roku w Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych stworzono model nadwozia samochodu dostawczego, nazwanego konceptualnie – Bombel. Do produkcji nigdy nie wszedł. Podobny los spotkał opracowaną rok później wersję Long, w której było więcej miejsca dla pasażerów. Ostatnie wydłużenie miało miejsce w 1977 roku. Powstały wtedy prototypy modelu Traction Avant, z silnikiem z przodu.

W 1975 roku, Włosi zaproponowali model kombi, po dwóch latach produkcji wydłużony i nazwany Giardiniera. Polscy konstruktorzy też wydłużali auto, choć ich pomysły nie doczekały się realizacji. W 1977 roku opracowano wersję z przednim napędem. Ze względu na wydłużoną nieproporcjonalnie maskę auto ochrzczono Ryjkiem. Powstały jedynie prototypy. W kilkadziesiąt specjalnych Maluchów wyposażono wojsko. Były to wspomniane wyżej fiaty 126 LPT – na gąsienicach i… amfibia.

Kiedy na początku lat 80. towary zniknęły z półek naszych sklepów, a reglamentację niedoboru (w tym także paliw), oparto na systemie bonów towarowych (kartek), rozpoczęto intensywne prace nad ekonomiczną wersją, czyli autem z silnikiem wysokoprężnym. Przymierzano się do wykorzystania japońskich silników firmy Kubota. Niestety plany te zniweczyła galopująca inflacja i spowodowany nią gwałtowny wzrost wartości jena.

Jak to bywało z wieloma zjawiskami, Maluch przeżył PRL, którego był płodem. Ostatni akord przypadł na lat 90. Już na początku dekady wypuszczono 500 egzemplarzy bez dachu, i ciesząc się przewidywanym sukcesem, opracowano kabriolet – fiata 126p el Cabrio. Rozwojowi tej linii stanęły jednak na przeszkodzie zbyt wysokie normy Unii Europejskiej dotyczące… hałasu.

Tekst przygotowany w 2010 roku dla wydawnictwa New Media Concept do książki z serii Historia PRL.

Reklamy

Skomentuj jeśli chcesz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s