Z plecakiem, nigdy bez

Górskie wycieczki pozostają wciąż jedną z najpopularniejszych form letniej turystyki. Tradycja ich uprawiania sięga przynajmniej dwóch stuleci wstecz, a współczesny ekwipunek jest niemal doskonały. Mimo to, z niewiedzy czy nonszalancji, po górskich szlakach wędruje wciąż wiele osób wyposażonych niewłaściwie. Powód jest zresztą mniej ważny od skutków, które mogą być przykre, a nawet tragiczne, ponieważ góry to żywioł piękny, lecz igrać z nim nie należy.

W czym rzecz, ilustruje scenka, której byłem świadkiem przed kilku laty na Hali Gąsienicowej. Jej bohaterami było dwóch młodych ludzi, którzy w odróżnieniu od reszty towarzystwa, z którym zasiedli już dość dawno za stołem, zapragnęli dokonać górskiego podboju. Było wprawdzie lato więc dzień długi, ale oni zbierali się na wycieczkę po 13. Na niebie gromadziły się z pozoru niewinne, bo delikatne i białe pierzaste obłoczki. Z nieba lał się żar, co w połowie lipca mogło nikogo nie zdziwić. Było jednak duszno, a to zazwyczaj nie zwiastuje niczego dobrego jeśli chodzi o kapryśną tatrzańską aurę. Z rozmowy wynikało, że celem jest Dolina Pięciu Stawów – przez Zawrat. Na tym jednak nie koniec. Oni zamierzali wrócić, „choćby przez Kozią Przełęcz” jak to ujęli. Namawiali więc pozostałych by na nich zaczekali ciesząc się słońcem i pejzażem. Zdając sobie sprawę, że nie jest już wcześnie postanowili nie brać plecaka „by się nie obciążać”. Choć jeden postulował zabranie kurtek, uległ jednak koledze, który stwierdził, że przecież będą iść szybko więc będzie im gorąco. W zamian zaproponował zabranie butelki z wodą, bo przecież „pić się chce w taki upał”. Wkrótce, wyposażeni w półtoralitrową butlę mineralnej, wyruszyli. Jak widać, rozmowa była krótka. W odróżnieniu od listy popełnionych błędów. Doprawdy długiej.

Po pierwsze plecak. Tak się akurat składa, że podczas wędrówek zwłaszcza górskich, ręce należy mieć wolne. Na wycieczkach tatrzańskich i w winnych górach typu alpejskiego, to jedna z fundamentalnych zasad. Niezbędne wyposażenie zabieramy zatem do plecaka. Odpowiednie do opisanej sytuacji będą wszystkie modele nazywane we wspinaczce szturmowymi. A jeśli chcemy uniknąć kosztów związanych z zakupem specjalistycznego sprzętu, po prostu małe. O pojemności około 25 litrów. Ważne żeby miały biodrowy pasek, choćby najprostszy – z taśmy z klamerką. Plecak umocowany do bioder nie poruszy się niespodziewanie, wytrącając maszerującego z równowagi. Sprawi także, że przeniesiemy ciężar bagażu na biodra, przyczyniając ulgi ramionom i kręgosłupowi. Warto też przestrzegać zasady, że za wyjątkiem najmłodszych, każdy uczestnik wycieczki powinien mieć własny plecak. A w nim osobiste wyposażenie i trochę rzeczy do wspólnego użytku.

Aura w górach jest kapryśna. A Tatry są szczególnie narażone na niespodziewane zmiany pogody, bo sterczą wyspowo, wyrastając ponad sąsiednie pasma nawet tysiąc, a ponad kotliny blisko dwa tysiące metrów. Wahania temperatury, także latem, o kilka albo kilkanaście stopni nie należą w nich do rzadkości. Burze, ulewne deszcze i silne wiatry pojawiają się nagle, nie wiadomo skąd. A wraz z nimi przychodzi przenikliwe zimno, przed którym ustrzec można się tylko zakładając ubranie. Oddychające, nieprzemakalne i nieprzewiewne. Wniosek – w plecaku powinna się znaleźć przynajmniej kurtka spełniająca takie wymagania. Choć bywa w nich gorąco, lepsze też są spodnie długie od krótkich, bo nie podrapiemy się w nich o skały, a w niższych górach o gałęzie. Nie poparzymy pokrzywami i nie pokąsają nas owady, choćby gzy, których zwiększona aktywność też jest sygnałem, że coś się święci z pogodą niedobrego. Warto przy tym pamiętać, że dżinsy nie nadają się do turystyki. W ciepły dzień można w nich oszaleć z gorąca, a zmoczone robią się nieznośnie ciężkie od wody, którą nasiąkną i schną bardzo długo. W sklepach turystycznych i sportowych znajdziemy mnóstwo spodni znacznie odpowiedniejszych. Szeroki wachlarz modeli – od przeznaczonych do wspinaczki i zaawansowanej turystyki górskiej po bardziej uniwersalne. Jeśli ktoś bardzo chce, to z odpinanymi nogawkami (choć prawdę rzekłszy tego typu modele bardziej się nadają na safari niż na Rysy). Na tatrzańskie wycieczki, przede wszystkim całodniowe w wyższe partie, nie zawadzi zabrać ze sobą czapki (a przynajmniej opaski), i rękawiczek. Można się będzie opatulić na szczycie jeśli zrobi się zimno (zmęczenie potęguje tego typu odczucia). Rękawiczki zaś sprawdzą się znakomicie na klamrach, łańcuchach i drabinkach, zamontowanych w trudniejszych miejscach tatrzańskich szlaków. Ręce nie będą drętwiały od zimnego żelastwa. Nadają się do tego lżejsze modele rękawiczek, wyposażone w wiatro- i wodoodporne membrany typu Windstopper czy alternatywne, z reguły nieco tańsze patenty.

W plecaku powinna się znaleźć latarka. Najlepiej czołówka, bo założona na głowę pozwala dowolnie kierować strumień światła i nie zajmuje rąk. Latarka jest niezbędna jeśli zastanie nas w górach zmrok. Choć to przedmiot służący jedynie rozrywce, na wycieczki zabieramy zazwyczaj aparat fotograficzny. Jest kruchy i cenny, najlepiej więc chronić go w trudnym terenie i wyjmować tylko wtedy gdy stajemy („w akcji” zaś tylko wtedy, gdy stoimy pewnie). Kompaktowy aparat zmieścimy do kieszeni, ale jedynym bezpiecznym miejscem na lustrzankę jest wnętrze szturmowego plecaczka. Lornetka jest raczej mało przydatna, ale jeżeli uwielbiamy się nią posługiwać, to podobnie jak aparat możemy ją zabrać do plecaka, zwłaszcza, że przyzwoite parametry mają małe gabarytowo lornetki w plastikowych obudowach. Kompas odda usługi jeśli wędrujemy z mapą, nie trzymając się znakowanych szlaków. Raczej w górach niższych, zalesionych, gdzie widoki bywają ograniczone i trudno orientować się na podstawie tego co widzimy. W Tatrach sam kierunek to za mało. Prawdziwe niebezpieczeństwo kryje się bowiem w ukształtowaniu terenu. Urwiskach, którymi podcięte są łagodne nawet jak się często wydaje żleby albo trawiasto-kamieniste stoki, którymi tak bardzo kuszą na przykład łagodnie zarysowane kopuły Czerwonych Wierchów. W nazwie najwyższej z nich – Krzesanica, kryje się zresztą przestroga, ale skąd ktoś kto się tam wybierze z butelką wody w garści, ma o tym wiedzieć? Owe „krzesanice” to właśnie urwiste, skaliste partie stoków, na których nie ma już trawy, a tylko zwodnicze i bardzo śliskie, zwłaszcza po opadach albo w wilgotnej mgle, wapienne skały.

A jeśli mowa o śliskim podłożu, od razu nasuwa się kwestia obuwia. W góry przeznaczone są modele na wibramie. Raczej z wysoką cholewką, choć osoby uprawiające wspinaczkę, podchodzą pod ściany w półbutach. Owszem, na wibramie – bo to podeszwa specjalnie opracowana na warunki wysokogórskie (oryginalnie: Vibram, karbowana podeszwa, której nazwę dało w latach 30. XX wieku, nazwisko jej wynalazcy, włoskiego alpinisty Vitale Bramani’ego), ale jednak w półbutach. Rzecz w tym, że ktoś kto się wspina ma dużo większą wprawę i zachowuje się swobodniej wśród skał, piargów i ekspozycji niż przeciętny urlopowicz. Osoby o mniejszej wprawie, używając takiego obuwia narażają się niepotrzebnie zwichnięcie w kostce, czy nadwyrężenie ścięgien. Kontuzje takie długo się później leczy, a konsekwencją doraźną może być to, że o własnych siłach z wycieczki nie wrócimy. Kłopot i koszty murowane. Lepiej więc, dla własnego dobra, używać butów wyższych. W dostępnej w sklepach ofercie są dziesiątki modeli w różnych cenach, o atrakcyjnym wzornictwie i, co najważniejsze, lekkich, do których produkcji użyto wodoodpornych komponentów. Tylko wybierać. A wybrawszy, dobrać jeszcze skarpety z kategorii climbing, walking, hiking albo trekking. Bo stosuje się w nich materiały, współgrające z tymi z których wykonano buty. Unikniemy odparzeń, odcisków i przykrych odczuć – gorąca oraz pocenia się stóp, nawet w upalny letni dzień.

Jedynym wyjątek od podanej na wstępie zasady nie noszenia czegokolwiek w rękach stanowią kijki trekkingowe, których używanie ułatwia utrzymywanie równowagi, i pozwala rozkładać ciężar ciała na wszystkie kończyny. Używając ich odciążamy kręgosłup i stawy kolanowe oraz angażujemy podczas marszu mięśnie ramion i rąk. Jednak gdy tylko wkraczamy w teren skalny, wolne ręce stają się znów bardziej potrzebne od kijków. Zatem żeby nie zawadzały należy je bezwzględnie złożyć i przytroczyć do plecaczka. I to tak, aby się nie majtały i o nic nimi nie zaczepiać. To są powody, dla których do trekkingów używa się kijków teleskopowych, plecaki natomiast, nawet najprostsze, wyposażone są w paseczki, ułatwiające solidne ich umocowanie.

Ostatnią jest kwestia prowiantu. Zacznijmy od napojów, bo one budzą najwięcej kontrowersji. Ba, są nawet dwie szkoły, których zwolennicy mogą w nieskończoność dyskutować. Jedni uważają, że pić należy jak najrzadziej, by nie zmuszać serca do wysiłku. I tak w górach pracuje w dwójnasób. Nie pić gdy jesteśmy spoceni, bo organizm tylko wyrzuci dodatkową porcję potu. Inni, że małymi łyczkami pić należy jak najczęściej, aby ustrzec się odwodnienia. Z pierwszą szkołą wiąże się sugestia picia rano i wieczorem oraz podczas dłuższych postojów. Z drugą, spożywania raczej napojów izotonicznych (takich samych jak sportowcy), aniżeli czystej wody, bo zawierają różne mikroelementy i witaminy, których organizm potrzebuje, a które czysta woda jedynie wypłukuje. Żeby obie szkoły pogodzić, pijmy rzeczywiście podczas odpoczynków, i nie łapczywie, tylko spokojnie, podziwiając jednocześnie górskie panoramy. Co zaś do prowiantu. Dawniej polecano czekoladę. Dziś wiadomo, że powoduje ona szybki wzrost poziomu cukru we krwi, ale równie szybki jego spadek. Znacznie lepsze są banany, a najlepsze mieszanki, choćby takie jak dostępna we wszystkich spożywczych sklepach „Mieszanka Studencka”, w której oprócz kandyzowanych owoców i rodzynków są orzeszki oraz migdały. Smaczne i pożyteczne, bo zawierają potrzebne naszemu organizmowi substancje. Co do większych posiłków, to ich przygotowanie najlepiej łączyć z dłuższymi odpoczynkami. Planując takie przerwy na szlaku, zabieramy trochę prowiantu oraz maszynkę do gotowania – palnik z kartuszem gazowym i lekkie naczynia. Czy będziemy pić słodką herbatę, czy spreparujemy sobie napój izotoniczny, to już sprawa upodobań i szkoły, do której sugestii się przychylimy. Tak czy siak, wody w butli targać nie warto, bo nasze góry (i w ogóle większość gór w Europie), są pełne wody. Smacznej, zdrowej i zdatnej do picia nawet bez gotowania. Zwłaszcza jeśli zaczerpniemy ją z górskich potoków czy stawów. W wyższych górach unikajmy jedynie wody spływającej spod topniejących płatów śniegu – jest bliższa destylowanej i nie zawiera potrzebnych organizmowi substancji, a jeśli coś w sobie ma, to chyba tylko zanieczyszczenia, jakie zabrały ze sobą z atmosfery płatki śniegu czy krople deszczu.

Co do prowiantu, to najlepsza jest żywność liofilizowana – taka jak na wyprawy. Opakowania są lekkie, a potrawy odwodnione w specjalnym procesie, zachowują mimo sproszkowania zarówno smak jak i wartości odżywcze. Tego samego niestety nie można powiedzieć o „chińskich zupkach”. Chleb czy bułeczki ze smakowitymi nawet dodatkami mają głownie tę wadę, że trudno je nieść w plecaku i nie pognieść. A pogniecione stają się po prostu nieapetyczne.

Współczesne ubrania, i w ogóle ekwipunek turystyczny, to przedmioty efektywne w użyciu i estetyczne, a co najważniejsze lekkie i niewielkie gabarytowo. Waga plecaczka z wyposażeniem na całodniową nawet wycieczkę nie przekroczy zapewne 5 kilogramów, a jeszcze w czasie marszu będzie z niego ubywać prowiantu. Takiemu zaś ciężarowi podoła każdy dorosły. Nie zwiększy go też znacząco kilka jeszcze przedmiotów. Apteczka, czy raczej zapas podstawowych środków leczniczych i opatrunkowych, do których należy tak na prawdę Smecta (reguluje poziom flory bakteryjnej, łagodząc niedyspozycje żołądka), plastry z opatrunkiem na ewentualne zadrapania oraz folii NRC. W poważniejszych przypadkach będziemy i tak potrzebować pomocy, bo samodzielne aplikowanie w górach jakichkolwiek środków medycznych, może być ryzykowne. Uwaga ta nie dotyczy osób przewlekle chorych, na przykład na cukrzycę, które pewnych medykamentów muszą zażywać regularnie. Folią NRC, dostępną nawet w aptekach pod nazwą Koc-pomoc owijamy ofiarę wypadku, chroniąc ją przed wychłodzeniem. Można też owinąć się nią samemu podczas nieplanowanego noclegu, czy oczekiwania na pomoc. Waży niewiele i złożona nie zajmuje miejsca. Ta z apteki jest w zasadzie jednorazowa. W sklepach turystycznych są dostępne solidniejsze wersje do wielokrotnego użytku, i w takie zaopatrzyć się najlepiej. Warto też mieć ze sobą – nieparlamentarnie zwany poddupnikiem – kawałek karimatki. Zdrowiej bowiem jest siadać na niej niż bezpośrednio na kamieniach czy wilgotnej ziemi.

Na każdej wycieczce niezbędne są ponadto mapa terenu, w który się wybieramy i naładowany telefon z wpisanym numerem alarmowym Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego (w Tatrach – Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego). Na wszelki wypadek, bo jeśli się do wycieczki dobrze przygotujemy, pomoc ratowników nie będzie potrzebna.

Planowanie wycieczki. Na tabliczkach przy szlakach oraz w przewodnikach podawane są orientacyjne czasy marszu. Wskazują niezbędne minimum na przyjemne i bezpieczne pokonanie drogi. Odpoczynki nie są w ten czas wliczone. Planując wycieczkę, trzeba więc doliczyć przynajmniej po kwadransie na każdą godzinę marszu oraz uwzględnić solidny odpoczynek, połączony z posiłkiem (w schronisku albo w plenerze), a więc przynajmniej jeszcze jedną godzinę. W praktyce o tempie poruszania się oraz o koniecznym wysiłku decyduje ukształtowanie terenu i trudności jakie napotkamy. O ile w łatwym terenie potrzeba około kwadransa na przebycie kilometra i pokonanie stu metrów różnicy poziomów, o tyle w trudnym wyliczanka taka może się okazać z gruntu fałszywa. Sugestie z tabliczek przy szlakach czy opisów w przewodnikach, ile rzeczywiście potrzeba czasu na przejście trudnego odcinka, nabierają ogromnego znaczenia. Warto też pamiętać, że odczuwanie zmęczenia ma silne podłoże psychiczne. Pozbawiona trudności, ale wijąca się monotonnie i podnosząca leniwie droga w Beskidach jest znacznie bardziej nużąca aniżeli poprowadzony po skałach, wśród urwisk i przepaści szlak w Tatrach. W pierwszym przypadku, gdy drogę już pokonamy, uczucie znużenia mija jak ręka odjął, i łapiemy coś co można nazwać „drugim oddechem”. I chociaż sił nie przybyło, chęć do dalszego marszu powraca. W drugim przypadku, uwaga i koncentracja są tak nasilone, że zmęczenie odczuwamy dopiero później. Jedynym sposobem na poznanie siebie jest stopniowanie trudności. I podejmowanie wycieczek naprawdę trudnych dopiero wtedy, gdy mamy absolutną pewność, że to jest właśnie ta forma aktywności, której chcemy się oddawać. Wycieczki wielodniowe, z noclegami w schroniskach, a zwłaszcza z biwakami w terenie (w Tatrach takiej możliwości nie ma ze względu na przepisy dotyczące ochrony przyrody), wymagają oczywiście dodatkowego wyposażenia i wiążą się zazwyczaj z jeszcze większym wysiłkiem.

Sprawność organów w najlepszym stanie zachować… Na użytek osób podejmujących górskie wycieczki, Zygmunt Klemensiewicz opracował i wydał w 1913 roku podręcznik „Zasady taternictwa”. Z niego właśnie pochodzi tytułowy cytat. Bo chociaż zmieniły się technologie wytwarzania ekwipunku, a nawet techniki pokonywania trudności w górach wysokich, fundamentalne zasady pozostają wciąż takie same. Po pierwsze na wycieczki górskie wychodzimy wczesnym rankiem. Dla wielu osób kłóci się to z pojęciem wypoczynku, ale cóż zrobić. Wychodząc rano unikamy upału na podejściach, bo poranki nawet w środku lata są chłodne. Wiele wycieczek, zwłaszcza tatrzańskich to wyprawy wielogodzinne. Na przejście Czerwonych Wierchów z Kuźnic przez Halę Kondratową do Doliny Kościeliskiej czy wyjście na Rysy potrzeba przynajmniej 8, 10 godzin. Wychodząc wczesnym rankiem zmniejszamy ryzyko, że zastanie nas w górach noc. Po drugie, nie należy zaczynać wycieczek od najdłuższych i najtrudniejszych. Organizm bowiem należy powoli przyzwyczajać do wysiłku, a w przypadku gór typu alpejskiego również do wysokości. Nieroztropne jest też wyruszanie na wycieczkę zaraz po przyjechaniu w góry, zwłaszcza po nocy spędzonej w samochodzie czy pociągu. Stopniowanie trudności sprzyja aklimatyzacji, zwiększeniu wydolności organizmu i w efekcie wspomnianej przez Klemensiewicza sprawności organów. Po trzecie wreszcie, wysiłek na wycieczkach trzeba dozować. Pośpiech nie jest wskazany. Dobrze jest natomiast iść spokojnie i utrzymywać równe tempo, odpoczywając co jakiś czas. Mniej więcej raz na godzinę, choć nie trzeba być ortodoksyjnym. Najlepiej bowiem chwile przerwy łączyć z podziwianiem widoków, czy obserwacjami przyrody. Odpoczywają wtedy nie tylko mięśnie, ale również psychika. A jak pisał Klemensiewicz: „świeżość sił i umysłu podczas wycieczki, jest koniecznym warunkiem pełnego i nieprzytępionego przeżywania wrażeń, dla których się taternictwu oddajemy”.

INFO
Numer ratunkowy GOPR (TOPR): 601 100 300 oraz numer stacjonarny TOPR: (18) 206 34 44
Telefony poszczególnych grup na stronach: http://www.gopr.pl oraz http://www.topr.pl
Na powyższych stronach są także aktualne komunikaty pogodowe oraz informacje o wszelkich zagrożeniach na szlakach.
Jeżeli zajdzie potrzeba wezwania pomocy, a znajdujemy się w miejscu, w którym są trudności z nawiązaniem łączności telefonicznej, nadajemy sygnał (może to być krzyk, gwizd, puszczanie zajączków lusterkiem, a wieczorem migotanie latarką), regularnie – 6 razy na minutę. W odpowiedzi, że S.O.S. zostało zauważone i pomoc nadchodzi, będzie sygnał powtarzany 3 razy na minutę.

Tekst publikowany na łamach magazynu „Witaj w podróży” w 2013 roku.

Reklamy

Skomentuj jeśli chcesz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.