Austria – jeepem do Ötztal

Podróż rodzinna jest również w momencie, w którym dziecko wymyka się spod rodzicielskich skrzydeł i staje partnerem. Podczas takiej zimowej podróży do Tyrolu, Jeep okazał się nader pomocny w zacieśnieniu męskiej, międzypokoleniowej przyjaźni.

Dokąd jedziemy? – spytał Mikołaj, wrzucając zamaszyście sprzęt do bagażnika. A ja poczułem ukłucie w okolicach serca, bo gimnazjalista nie okazał nawet cienia szacunku, ani dla lakieru, ani dla wyściółek flagowego produktu marki Jeep. – Do krainy smoka ziejącego ogniem – nawiązałem do jednej z bajek opowiadanych po dziś dzień dzieciom w tyrolskiej dolinie Ötz. – Nie żartuj – usłyszałem w odpowiedzi – smoka to my mamy!

Z nastolatkiem w podróży
Trafił w sedno, zarówno jeśli chodzi o rozmiary, jak i przeznaczenie Jeepa Grand Cherokee. Gdy kończyłem pakowanie, mój syn siedział już z przodu, na siedzeniu pasażera, zafascynowany funkcją synchronizacji smartfonu z pokładowym komputerem. Wyniesiona z gier komputerowych biegłość przydała się jeszcze nieraz podczas podróży, bo nastawiał wszystko czego potrzebowałem, nie pytając nawet o instrukcję. – Intuicyjne – rzucił nonszalancko, dostrzegając cień uznania w moich oczach, a następnie zatkał uszy słuchawkami.

Do Austrii wjeżdżaliśmy w jesiennej aurze. Liście mieniły się niezliczonymi odcieniami żółtej i czerwonej barwy, a igiełki modrzewi, które w alpejskich pasmach zastępują znaną nam z Tatr kosodrzewinę dosłownie się złociły. Jednak już pierwszej nocy przyszła Pani Zima i sypnęła śniegiem. Pokładowy komputer zaczął pokazywać ujemne temperatury. Na szczęście w tym aucie można z powodzeniem zawierzyć dobór ustawień automatyce i o nic się nie martwić.

Jeep Grand Cherokee i Ötztal stanowią idealne połączenie, ponieważ tam, w jednej ze słynnych dolin Tyrolu, trasy narciarskie zaczynają się powyżej 3 tysięcy metrów i zbiegają kilometr w dół jęzorami potężnych lodowców. Zaś droga z Sölden, która wspina się ku nim ekscytującymi serpentynami, jest jedną z najpiękniejszych i najwyżej poprowadzonych we wschodniej części Alp.

Serpentyna do nieba
Ötztaler Gletscherstraße zaczyna się w Hochsölden. Taką nazwę nosi górny, południowy kraniec tyrolskiego kurortu. Zaraz potem zaczynają się ostre zakręty, a stromizny dochodzą do 13 procent. Przejazdowi towarzyszą jednak cudowne widoki, a postrzępione górskie granie tworzą u celu podróży gigantyczny, pokryty śniegiem amfiteatr. Z kompleksu budynków wzniesionych u czoła lodowca Rettenbach startują kolorowe gondole linowej kolejki. A na stokach sypią śniegiem armatki. Z trybuny Gletscher Stadionu, każdego roku w kwietniu, kilka tysięcy widzów ogląda Hannibala. Fantastyczne widowisko muzyczne inspirowane legendarnym przemarszem Kartagińczyków przez Alpy. Ponoć przed kilkunastu laty, podczas premierowego przedstawienia, sprowadzono na lodowiec żywe słonie. Zaniechano szybko kontrowersyjnego pomysłu. I jedyny słoń jakiego można teraz spotkać to płaskorzeźba w lodzie przy jednej z najczęściej przemierzanych tras zjazdowych. A zamiast zwierząt, tańczą  na śniegu ratraki. Niesie się po górach rockowa muzyka, reflektory rzucają w rozgwieżdżone niebo barwne snopy świateł. Czuć moc. Tak jak w naszym Jeepie, który – jak rzecz skwitował Mikołaj – dystans 1300 km z Warszawy do Ötztal wciągnął jak makaron.

Cieszyło mnie towarzystwo Mikołaja i fakt, że bardzo dobrze jeździ zarówno na desce, jak na nartach. Bo w Sölden jest 150 km tras zjazdowych połączonych wyciągami w spójny system. Przez jego najwyższe punkty prowadzi karuzela narciarska „BIG3 Rallye”, którą można pokonać w ciągu dnia, nie powtarzając zjazdów. Sezon narciarski trwa na lodowcach Sölden niemal cały rok. Zaś za bardzo dobre warunki śniegowe gospodarze ręczą od października do maja. Prawdopodobnie popularność Sölden jeszcze wzrośnie, gdyż to tutaj kręcono film „Spectre”, najnowsze przygody Bonda. Podnoszący adrenalinę samochodowy pościg rozgrywa się na serpentynach Ötztaler Gletscherstraße.

Na lodowcu Rettenbach nie skończyliśmy samochodowej przygody. Pojechaliśmy jeszcze dalej. Wprawdzie niespełna 1,5 km, ale za to przez długi, efektowny tunel, do dolnej stacji kolejek linowych na sąsiednim lodowcu Tiefenbach. W ten sposób dotarliśmy na wysokość 2830 m, pokonując na 14-kilometrowej trasie 1450 m różnicy poziomów. Niemało, ale z perspektywy tak komfortowego samochodu jak Jeep Grand Cherokee to fraszka. Podziwialiśmy krajobrazy niczym film na szerokim ekranie. A legendarna maszyna wspinała się zaskakująco lekko pod górę, jakby nie istniały, ani stromizna, ani zakręty.

Tak to można zwiedzać
Potok Ötztaler Ache wpada do rzeki Inn około 50 km na zachód od Innsbrucku. Jego dolina wcina się na głęboko w góry oddzielając najeżone trzytysięcznikami pasma Alp Ötztalskich na zachodzie od Alp Stubajskich na wschodzie. Można się z niej przedostać także na włoską stronę, do Południowego Tyrolu. Przez Timmelsjoch, przełęcz o wysokości 2509 m, czyli mniej więcej tak, jakbyśmy się przedzierali przez wierzchołek Rysów. Atrakcyjnością widoków i rozmachem serpentyn Timmelsjoch Hochalpenstraße niewiele ustępuje drodze z Sölden na lodowce. Krajoznawczo natomiast jest od tamtej znacznie ciekawsza.

W dolnej części doliny odwiedziliśmy miasteczko Ötz, od którego pochodzą najważniejsze tutejsze nazwy. Góruje nad nim średniowieczny kościół, a przyklejone do stromych stoków kamienice tworzą zabytkowy kwartał. Najstarsze domy pochodzą z XVI i XVII wieku, a ich ściany – jak to w Tyrolu – pokrywają malowidła. Na starszych budynkach, najczęściej, motywy religijne. Postacie świętych, sceny biblijne. Na nowszych elewacjach – sceny obyczajowe. Tradycja malowania domów jest w Tyrolu pieczołowicie kultywowana, z tym, że malowidła współczesne w równej mierze służą ozdobie, jak marketingowi. Informują na przykład, że w domu mieści się piekarnia albo rzemieślniczy zakład.

Jadąc stromymi i krętymi uliczkami starego Ötz Mikołaj stwierdził, że ”tak to on może zwiedzać”. Mnie zaś zachwyciła zwrotność Jeepa. Jest przecież potężniejszy od większości SUV-ów europejskich marek, a można go prowadzić niewiarygodnie precyzyjnie.

Duma Tyrolu
Podczas przejażdżki na Timmelsjoch odbiliśmy w bok, do ukrytego przed światem Vent. Potok, nad którym wieś się rozsiadła, płynie przez jakiś czas zachwycającym kanionem. Potem przyszedł czas na konkurujące z Sölden stacje narciarskie Obergurgl i Hochgurgl. Oferują 110 km tras zjazdowych, zbiegających także z wysokości powyżej 3 tys. m. Osady nie mają w swoim otoczeniu lodowca, ale mają bardziej kameralną atmosferę niż gwarne Sölden. Spodobają się więc tym którzy zechcą zaszyć się w górach, i cieszyć zimowym krajobrazem. Nie brakuje tam zresztą hoteli ze SPA, których bodaj najwięcej jest w Hochgurgl, obchodzącym właśnie 50-lecie ośrodku z probówki.

Główne centra narciarskie doliny, oddalone od siebie zaledwie 16 km nie wprowadziły jak dotąd wspólnego karnetu. – Dlaczego? – zainteresował się Mikołaj, który nie miał nic przeciwko temu, żeby i tutaj pozjeżdżać. Ach, to iście szekspirowska historia. Otóż infrastruktura narciarska należy – jak to często u górali bywa – do krzywo patrzących na siebie rodzin. Gdy przed kilku laty przejęli zarząd obu spółek przedstawiciele młodszej generacji, wydawało się, że ekonomiczne spojrzenie pozwoli przezwyciężyć spory o zapomnianej dawno genezie. Jednak do współpracy nie doszło, i pod względem narciarskim, stacje wciąż konkurują ze sobą.

Kalejdoskop emocji
Wszyscy są jednak zgodni, że pełne klubów, dyskotek, restauracji i sklepów Sölden, jest rozrywkowym i shoppingowym centrum Ötztal. Doliny, w której wachlarza atrakcji dopełnia Aqua Dome. Duma Tyrolu. Nowocześnie zaaranżowane kąpielisko termalne z bogatym zapleczem wellness, aneksami fitness, saunami i gabinetami masażu, w oddalonym o 13 km na północ Längenfeld.

Woda, z których korzysta Aqua Dome tryska w czeluściach Ziemi, na głębokości 1865 m. Ukształtowanie tego fenomenu w prawiekach symbolizuje brodzący po sadzawce mamut. U mojego mądrali skojarzeń z dziejami planety nie wywołał, ale spodobały mu się zawinięte kły i zielony, oplatający stworzenie bluszcz. Potem Mikołaj pobaraszkował w przypominających kielichy basenach pod gołym niebem, dał się nieść nurtowi sztucznej rzeki, a na koniec stwierdził z przekonaniem. – Dobrze, że nie ma mamy, bo byśmy tu cały dzień siedzieli… Do takiej refleksji skłonił go widok pań wędrujących sznureczkiem do sekcji Wellness & Beauty.

Następnego dnia pojechaliśmy do Gries. Mój syn usłyszał na basenie, że jest tam snowtubing, czyli jazda po śniegu na gumowej dętce i lekceważył ostrzeżenia, że może być rozczarowany, bo to teren dla małych dzieci. Mina mu zrzedła na miejscu gdy zobaczył Pinguin Bobo’s Kinder-Club. A ja – triumfowałem! Przez chwilę, bo ratując honor, Mikołaj wynalazł inną atrakcję – tor saneczkowy. Nie poddał się też, choć trzeba było iść niemal półtorej godziny do schroniska położonego na wysokości 1900 m na Sulztalalm. Ale było pięknie i obaj musieliśmy to przyznać. Ku mojemu zdziwieniu, na obiad w schronisku Mikołaj zamówił nawet sztandarowe tyrolskie dania – rosół z knedlem ze Specku i słynne Käsespätzle (zwane też Kasnocken), czyli kluski z rozgrzanym serem, których w dolinie jeść nie chciał, zadowalając się – jak w wielu innych miejscach na świecie – pizzą, czy włoską pastą. A to nie koniec, na deser czekała nas 3-kilometrowa sanna.

Po całym dniu na świeżym powietrzu i sutych tyrolskich smakołykach, w aucie Mikołaj zapadł natychmiast w sen. W komfortowym wnętrzu Jeepa Grand Cherokee nietrudno zasnąć. Zerkając czy się nie  obudzi, studiowałem informacje zgromadzone przez GPS. Uderzyło mnie jak bardzo nasz samochód jest oszczędny w eksploatacji. Przy jego gabarytach, jeździe po górach, i nie unikaniu prędkości 200 km na autostradzie w Niemczech, palił średnio 10-12 l ropy na 100 km. Rewelacja! Najczęściej nagradzany w historii SUV (Jeep produkuje modele Grand Cherokee od ponad 20 lat), zasługuje w pełni na honory i tytuły, którymi go obsypano.

INFO
Podczas wycieczki spaliśmy w 3-gwiazdkowym pensjonacie Europa Appartement (www.haus-europa.at)
Gastronomia w Ötztal – na stronach doliny: www.oetztal.at; polecam lokale:

Godne uwagi! Gasthof zum Stern w Ötz (www.gasthof-zum-stern.at) jest najpiękniej pomalowanym, a zarazem jednym z najstarszych w dolinie zabytkowych domów – praktycznie małym, żywym muzeum!


Artykuł publikowany na łamach Travelera (grudzień 2015), pt.: ‚No, to jazda w Alpy’, ilustrowany wspaniałymi zdjęciami Tomka Goli (PDF —> tutaj).

Reklamy

Skomentuj jeśli chcesz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.