Eyvallah – to słowo jest kluczem

W każdym niemal języku znajdziemy słowa, które otwierają serca jego użytkowników. Takim słowem w Turcji jest „eyvallah”. 

Wypowiadamy je, aby wyrazić uznanie, zachwyt, pełną aprobatę, aplauz, czy kordialne podziękowanie.

Z tej samej ‘rodziny’ pochodzi jeszcze kilka zwrotów – nader często używane „inşallah” oraz niemniej rzadkie „maşallah”.

Zwrotu „inşallah” używamy, jeśli pragniemy wyrazić nadzieję – na sukces, spełnienie marzeń, pwodzenie przedsięwzięcia czyjegoś, lub tego, w którym uczestniczymy.

Maşallah” jest odpowiednikiem naszego „niech cię (tobie, komuś, kogoś) Bóg błogosławi!”. Nie ma jednak religijnego wydźwięku, wyraża po prostu życzliwość, jest dowodem pozytywnego myślenia o czyjejś, ewentualnie własnej czy wspólnej pomyślności.

Jest wreszcie słowo, które może być wypowiedziane żartem, i – wtedy – nic złego nie oznacza: „illallah”. Gorzej, jeśli mówi je ktoś ‘na poważnie’, bo wtedy staje się sygnałem, żeby odpuścić, dać spokój. Znaczy bowiem: „mam cię powyżej uszu”, „mam cię dosyć!”.

Wspomniane zwroty weszły do języka tureckiego, najprawdopodobniej w ślad za islamem. Pochodzą więc z kultury arabskiej, na co wskazuje ostatni człon: „-allah”, oznaczający przecież jedynego Boga. Podobnie jednak jak u nas „z Bogiem”, poprzez codzienne użycie utraciły już dawno religijny kontekst i zadomowiły w potocznym języku.

Powyższa dygresja wiąże się z moim wyrazem uznania dla tureckiego pomysłu promowania Frygii, regionu pięknego i bogatego. Charakteryzują go spektakularne krajobrazy, cenne zabytki, wspaniała sztuka i rzemiosło.

Gdzie go szukać? W Azji Mniejszej, mniej więcej w połowie podstawy trójkąta, którego główny wierzchołek znajdziemy w Stambule, a dwa pozostałe w  Izmirze i Ankarze. Frygia jest wspaniałą, interesującą krainą. Opowiadałem o niej w programie Pawła Drozda w radiowej Trójce, a w najbliższym czasie opowiem jeszcze raz – podczas Targów Turystycznych ‘TT Warsaw 2018’, 24 listopada.

Eyvallah!

 

Reklamy

Akcenty i zgrzyty 100-lecia Niepodległej

Od Bałtyku po Tatry, od doliny Odry po Bug odbywały się w Polsce parady, marsze, biegi stulecia i przeróżne happeningi, festyny sportowe i rodzinne. Posypały się życzenia pomyślności i gratulacje z całego świata, choć najwyższej rangi politycy pojechali jak jeden mąż do Paryża, aby świętować 100. rocznicę zakończenia I wojny światowej.

W Dubaju na biało-czerwono podświetlono najwyższy budynek świata, w Budapeszcie udekorowano naszymi flagami Most Łańcuchowy. Piękną zapowiedź polskiego Dnia Niepodległości przygotowała tajwańska telewizja FTV Global News.

Litewskie lokomotywy wytrąbiły Mazurka Dąbrowskiego. To był miły i pomysłowy gest.

W kraju też się wiele działo. Na Kopcu Kościuszki w Krakowie pojawiła się biało czerwona flaga, a przepiękne zdjęcie Kopca, wyłaniającego się z mgły obiegło Internet. Flagi załopotały choćby na krzyżu na Giewoncie. Gdzieś ktoś skakał 100 razy na motorze, a gdzie indziej wykonano 100 skoków na spadochronie… Były oczywiście koncerty, składanie wieńców, przemówienia… Na Youtubie pojawił się krótki film z krajobrazami z naszego kraju, do którego narracji użyczył głosu Piotr Fronczewski, czytając wiersz Wisławy Szymborskiej „Gawęda o miłości do ziemi ojczystej” (za tym projektem stało PKP Intercity), a Polska Fundacja Narodowa przygotowała spot z udziałem Mela Gibsona.

W tym ostatnim spocie – nie wiadomo jedynie po co – usunięto z wizji PKiN. Cóż, pamiątka PRL-u budzi tak ogromne emocje i wciąż pojawiają się absurdalne żądania zburzenia budynku, że można zrozumieć powody tego infantylnego posunięcia. Andrzej Duda nie raczył też powitać Donalda Tuska, najwyższego i prawdę mówiąc – jako przewodniczącego Rady Europy – jedynego tak wysokiej rangi gościa oficjalnych uroczystości. Uprzedzenia członków PiS w stosunku do UE i jej przedstawicieli (zwłaszcza o polskim opozycyjnym rodowodzie), są tak silne, że tego typu faux pas nawet tak bardzo nie dziwi.

Kościół Wizytek w Warszawie przy Krakowskim Przedmieściu ze skromną dekoracją rocznicową, wieńce i kwiaty pod pomnikeim Prymasa Tysiąclecia, kardynała Stefana Wyszyńskiego, fot. Paweł Wroński

Przy odrobinie dobrej woli, byłaby więc rzeczywiście cała Polska zjednoczona wokół radosnego święta, gdyby nie przyzwolenie partii rządzącej na udział neofaszystów. Dali o sobie znać we Wrocławiu (było ich tam około 9 tys.), i – oczywiście – w Warszawie; w stolicy ze zrozumiałych względów najgłośniej (towarzyszyli im goście z takich organizacji jak Forza Nuova z Włoch). W tym synkretycznym marszu, uznanym oficjalnie za ‘Marsz Niepodległości’ wzięło – jak szacuje policja – ponad 200 tys. osób. W haniebnych okrzykach świadczących o nacjonaliźmie i nienawiści do innych, członkowie partii rządzącej nie dostzregają nic szczególnego, a żądanie delegalizacji ONR kwitują stwierdzeniem, że jeśli ktoś tego rządą, to powinien żądać także delegalizacji ruchów takich jak Obywatele RP (zgodnie ze specyficznie pojmowaną zasadą symetryczności).

Może spuszczenie zasłony milczenia nad całą tą sprawą byłoby do przyjęcia – ponoć policja ściga winnych incydentów takich jak pobicia, rzucanie racami, czy – co ujmuje już wszystkim Polakom – spalenie unijnej flagi. Niestety, władze, tłumacząc, że czyniono to w dobrej wierze, negocjowały z ONR jak ma wyglądać marsz w Warszawie (szczegóły ustaleń nie są znane), aż wreszcie – ku zdziwiedniu opinii publicznej w kraju i na świecie – przedstawiciele władz RP przyłączyli się do marszu. Wprawdzie przeszli nieco wcześniej przez Most Poniatowskiego, otoczeni szczelnie wojskiem (sic!), a potem szybko spod Stadionu Narodowego odjechali, czego by nie mówić, wyglądało to na ucieczkę. Tylko nie wiadomo przed kim: narodowcami, obywatelami w ogóle, czy demonami, które budzą?

 

 

Zainspirowane przez „Twój Styl”

Jajko w avocado. 20 minut w piekarniku rozgrzanym do 200 st.C, i gotowe.

Jajko w avocado – smaczna i zdrowa przekąska śniadaniowa. Przyg.: Edyta Trębicka, fot.: Paweł Wroński

Przygotowanie nie jest trudne. Avocado wystarczy przeciąć na pół, wygrzebać łyżeczką miąższ tak, żeby na jego miejsce można było wlać rozbite jajka – po jednym do każdej połówki owocu. Miążs też się nie zmarnuje, bo zmieszany z octem winnym (ewentualnie cytryną i szczypiorkiem albo szalotką, posłuży do dopełnienia potrawy po wyjęciu upieczonych owoców z piekarnika.

Potrawa może być dodatkiem (sałatką) np. do łososia (tak ją przedstawiano w propozycji magazynu „Twój Styl”), samodzielną przekąską lub lekkim daniem na śniadanie. My tak ją wykorzystaliśmy. Koszty składników z pewnością nie przekroczą 10 zł na 2 osoby!

Smacznego!

Stubaital – symfonia zimowych doznań

Niewyczerpane możliwości aktywnego wypoczynku, malownicze miejscowości, nieskażona przyroda oraz największy w Austrii zagospodarowany narciarsko teren na lodowcu – oto kluczowe atrakcje Stubaital – jednej z pięciu słynnych dolin Tyrolu.

Oferta doliny dedykowana jest rodzinom, ale z uwzględnieniem przeróżnych konfiguracji wieku i zaawansowania w sportach zimowych. Te wysiłki doceniają twórcy opiniotwórczego atlasu ADAC SkiGuide, który już kilka razy wyróżnił Stubaital tytułem „najbardziej przyjaznego dla rodzin terenu narciarskiego” w Austrii.

Snowpark Stubai Zoo, fot. Paweł Wroński

Lodowiec doliny Stubai
Kluczowe znaczenie ma ośrodek Stubaier Gletscher z 35 km tras. Lodowcowe jęzory łączy tam karuzela na stokach Schaufelspitze (3333 m), w dół prowadzi nietknięty ratrakami zjazd Wilde Grub’n długości 10 km. Jest też ogromny Snowpark Stubai Zoo, w którym popisują się freestylerzy, otwierając zmagania Pucharu Świata (najbliższa edycja: 20-24 listopada 2018). Z myślą o najmłodszych i mniej zaawansowanych poprowadzono trasę z zakrętami i skoczniami – BIG Family Fun Slope. Dzieci uwielbiają śnieżny zamek – BIG Family Schneeburg, który od lutego do kwietnia wznosi się przy stacji Gamsgarten. W 200-metrowej jaskini lodowej (Eisgrotte), goście – bez względu na wiek – poznają wnętrze lodowca, a z platformy Top of Tyrol, z wysokości 3210 m podziwiają panoramę z setką trzytysięczników. Dostęp z doliny ułatwia odporna na silne wiatry kolejka 3S Eisgratbahn, która niemal 1,5 km różnicy poziomów pokonuje w 12 min (www.stubaier-gletscher.com).

Miki w 2011 roku na Stubaiu, fot. Paweł Wroński

Stacje narciarskie w dolinie
W dolinie, przy wyciągach 3 jeszcze ośrodków, można z powodzeniem stawiać pierwsze kroki na nartach lub desce: Schlick 2000 (koło Fulpmes), Elfer (koło Neustift) i Serles (w rejonie Mieders). Trasy wszystkich ośrodków Stubaital są dostępne z karnetem Super-Skipass. Przy stacji Froneben w ośrodku Schlick 2000 środowe wieczory najbliższej zimy upłyną pod hasłem „Night of Colours”. Będą bogate iluminacje i karkołomne zjazdy w wykonaniu instruktorów narciarskich.

Rodziny z najmłodszymi dziećmi skusi jak zawsze plac zabaw urządzony na podobieństwo koryta wyschniętego potoku – Klaus Äuele Natur Aktiv Park (Dzika Rzeka w Klaus Äuele: www.stubai.at).

Saneczkarskie Eldorado
W poza narciarskiej ofercie Doliny Stubai poważną rolę odgrywają także lodowiska przy dolnych stacjach kolejek. Organizowane są na nich imprezy rozrywkowe dla dzieci – BIG Family Kinderfeste. Poza tym, Stubaital z 12 trasami o łącznej długości 43 km to saneczkarskie Eldorado Tyrolu (najdłuższy zjazd z Elfer do Neustift liczy 6 km, aż 4 są oświetlone do późnego wieczora; www.rodelfuehrer.de). Przyjemność sanny łączy się zwyczajowo z wieczornymi posiłkami w nastrojowych gospodach, do których można dotrzeć pieszo, konnymi saniami lub taksówką. A w dziedzinie gastronomii Stubaital również bije rekordy. Są tam bowiem: najwyżej położona w Austrii restauracja  – „Jochdole” (3150 m), a na Eisgrat (2900 m) – „Schaufelspitz”, najwyżej usytuowana gospoda rekomendowana w Austrii przez przewodnik kulinarny Gault Millau.

Jochdole, dziś nowoczesna restauracja ze stali i szkła, a jeszcze kilkanaście lat temu stało w tym miejscu stare wysokogórskie schronisko. Tak czy siak, to wciąż najwyżej położona gospoda w Austrii, fot. Paweł Wroński

Jak widać, w Stubaital nie sposób się nudzić, tym bardziej, że dolina jest świetne skomunikowana z pobliskim Innsbruckiem, więc wielkomiejskie atrakcje też są łatwo dostępne. Ponadto, dla nas – jako że jesteśmy jedną z najliczniej odwiedzających Stubaital nacji – wszelkie dostępne w Internecie informacje podawane są po polsku (www.stubai.at).


Tekst publikowany w 2018 roku na łamach jesiennego wydania magazynu „Świat Podróże Kultura” (www.magazynswiat.pl)

Tanini Trio, Ali Ufki i 95 lat Republiki

Muzyka znad Bosforu kojarzy nam się zazwyczaj i chyba przede wszystkim… z Marszem Tureckim Mozarta albo, formułując rzecz bardziej muzycznie – Rondem Alla Turca, czyli III częścią XI Sonaty fortepianowej (KV 331). Zapewne dla młodszej generacji czytelniejsze są asocjacje z filmem o klubach Stambułu Fatiha Akina z 2005 roku – „Życie jest muzyką”.

Nasi przodkowie postrzegali rzecz raczej klasycznie, o czym świadczy fakt, że dzwoneczki przy końskiej uździe nazwali janczarami. Owe zaś dzwonki, przy których maszerowały w bój oddziały janczarów, skojarzyły się właśnie genialnemu austriackiemu kompozytorowi z Imperium Osmanów, pobrzmiewają więc dźwięcznie w jego słynnym rondzie.

 

Sułtańskie zaproszenie do walca
O związkach Turcji z Europą w kontekście muzycznym słyszałem już wielokrotnie, i gdzieś na szczycie dokonań w tej dziedzinie, umieściłbym kompozycję Sułtana Abdülaziza, 32. władcy Imperium Osmańskiego (1830-1876). Jego pogodne Valse Davet (Zaproszenie do walca) nie pozostawia wątpliwości którym z dworów europejskich sułtan był najbardziej zafascynowany.

Pierwszy raz słuchałem wspomnianej kompozycji, goszcząc w Sali Wielkiej Zamku Królewskiego na zaproszenie Ambasadora Turcji w Polsce, na koncercie zorganizowanym z okazji 94. Święta Republiki Turcji. Wykonał ją wówczas zespół cenionych kameralistów „Ottoman Ensemble”.

Słuchaj: www.pawelwronski.blog w poście zatytułowanym: „Sułtan zaprasza do walca”.

95. Święto Republiki
Rok później, podczas kolejnego Święta Republiki Turcji (tym razem okrągłego, bo 95.), utwór pojawił się w programie zespołu zaproszonego przez Ambasadora Turcji w Polsce, J.E. Tunça Üğdüla do uświetnienia uroczystości, ponownie zresztą zorganizowanej w Sali  Wielkiej warszawskiego Zamku Królewskiego.

Źródło zdjęcia: Wikimedia.org

„Tanini Trio” w składzie Tahir Aydoğdu (kanun), Burçin Büke (fortepian) i Bilgin Canaz (ney), wykonało sułtański walc jeszcze dynamiczniej niż poprzednicy. W żadnym wypadku nie chcę powiedzieć przez to, że lepiej, bo w obu przypadkach były to interpretacje wirtuozerskie. Tym razem zachwyciło mnie i zaskoczyło brzmienie neya, z której Bilgin Canaz wydobywał cały ocean dźwięków. A przecież ney to prosta piszczałka (turecka ma 7 otworów – 6 z przodu, 1 z tyłu na kciuk), zbliżona do fletu, znana już w starożytnym Egipcie, czyli 3 tys. lat temu, do dziś bardzo popularna w krajach Środkowego Wschodu.

 


Bobowski po przemianie

Tanini Trio – zdjęcie pochodzi z internetowego anonsu koncertu tureckich muzyków w Muzeum Pałacu w Wilanowie, jaki odbył się w maju 2018 roku

Słuchając muzyki tureckiej i czytając o niej, natrafiłem na nazwisko rodaka, Wojciecha Bobowskiego (1610-1675). Pochodził z protestanckiej rodziny, z Bobowej w Małopolsce, a swoją przygodę z muzyką rozpoczął za młodu jako organista kościelny. Podczas tatarskiego najazdu w jakie obfitował wiek XVII, dostał się w jasyr. Los zawiódł go do Stambułu, gdzie dość szybko niewola okazała się niezbyt uciążliwa. Zapewne dlatego, że jego talenty muzyczne i znajomość języków (16!), doceniono na sułtańskim dworze. Bobowski nie sprzeciwiał się zresztą przeznaczeniu – przeszedł wkrótce na islam i został wyzwolony. Co więcej, posłano go do Enderun – szkoły kształcącej urzędników Ottomańskiego dworu. Ostatecznie do tureckiej historii przeszedł jako Ali Ufki. Ba, i to z tytułem ‘Bey’, przysługującym urzędnikom, jakim go obdarzono, wyrażając uznanie dla jego zasług w roli tłumacza, dyplomaty i kompozytora. W wykonaniu „Tanini Trio” kompozycja Ali Ufki Beya: Nikriz Peşrev.

 

 

„Tanini Trio” powstało w 2006 roku. Od początku, zespół buduje swój repertuar tak, aby stał się mostem pomiędzy Wschodem a Zachodem. W ten sposób Trio promuje pokój i przyjaźń na świecie. Zachodnia muzyka z tureckimi elementami przeplata się w ich programach z turecką muzyką z zachodnimi wątkami.

Sala Wielka Zamku Królewskiego na moment przed koncertem „Tanini Trio”, fot. Paweł Wroński

Tanini Trio: www.taninitrio.com oraz (fanpage) www.facebook.com

Asmainler Saklı Vadi czyli ukryta dolina

W większości dolin Wyżyny Frygijskiej (Dağlık Frigya), wytchnienie można znaleźć jedynie w cieniu skał i pojedynczych drzew. Na pograniczu prowincji Eskişehir i Kütahya jest inaczej, bo zbocza tamtejszych dolin porastają lasy.

Nad żwawo meandrującym strumieniem szumią topole, sporo w okolicy leszczyn, a z większych drzew – jesionów i topoli. Ba, gdzie nie gdzie spotyka się modrzewie, ale najwięcej jest sosen. Łagodnie zarysowane grzbiety sięgają 1200-1400 m wysokości, jednak na stokach, skaliste turnie strzelają ponad korony drzew. Jak w wielu innych spektakularnych grupach skalnych frygijskiej krainy, uformowane bajecznie kamienne kominy, kryją i tutaj antyczne grobowce.

Wejście w zalesioną dolinę z wioski Inli, fot. Paweł Wroński

Penetrowałem jedną z takich dolin w rejonie wioski İnli, nieopodal miasta Kütahya. Szum drzew, pobrzękiwanie krowich dzwonków i świergot ptaków, tworzą oryginalną atmosferę tej zielonej enklawy semi-pustynnej przeważnie Frygii.

Na ścianach domów, cembrowinach ujęć wodnych i pniach drzew, widoczne były od czasu do czasu biało-czerwone znaki. Ścieżka nie pozostawiała zresztą wątpliwości, co do kierunku marszu.

Oznaczenie frygijskiego szlaku, fot. Paweł Wroński

W İnli, rzecz ciekawa, w starym domu o kształcie i dekoracjach typowych dla regionu, urządzano właśnie hostel dla turystów. Gdy szlak będzie w pełni gotowy, oznaczone logo i tabliczkami przybytki tego typu będą funkcjonować na tej trasie nie tylko tu w İnli, ale także w innych wioskach w regionie: Sabuncupınar, Lütfiye, Sarıcaova oraz Demirli. Odnaleźć je będzie tym łatwiej, że twórcy Frig Yolu (Szlaku Frygijskiego) przygotowują smartfonową aplikację. Nowoczesność dociera do İnli – bez wątpienia!

Frig Evi – stylowy dom frygijski we wsi İnli, w którym urządzono hostel dla turystów, fot. Paweł Wroński

Póki co, można skorzystać z otwartej dla wszystkich świetlicy w siedzibie sołtysa. Takie miejsca są w każdej gminie, a łatwo je rozpoznać bo oznaczone są niebieskimi tabliczkami z nazwą wsi i napisem „Muhtarliği”.

Muhtarliği – siedziba sołtysa w centrum wioski İnli, na pograniczu prowincji Eskişehir i Kütahya (skrót T.C. oznacza Republikę Turecką – Türkiye Cumhuriyeti), fot. Paweł Wroński

Frig Yolu (Droga Frygijska) albo Frig Vadisi (Doliny Frygijskie), to sieć turystycznych szlaków o łącznej długości ponad 500 km, wytyczona przez grupę wolontariuszy w 2013 roku. Dla realizacji swojego pomysłu wykorzystali antyczne oraz współczesne drogi i pasterskie ścieżki. Projektowi patronują tureckie Ministerstwo Kultury i Turystyki oraz Frygijskie Stowarzyszenie Zabytków Kultury i Rozwoju (Frigküm), powołane przez władze prowincji: Afyonkarahisar, Eskişehir i Kütahya (www.frigvadisi.gov.tr; informacje o szlaku i jego atrakcjach, także na stronach: www.kulturportali.gov.tr).


Projekt ‘Doliny Frygijskie’ (Frig Vadileri): www.frigvadisi.gov.tr

Od biegówek po skitoury

Od biegówek po skitoury, czyli 7 propozycji na aktywny zimowy urlop.

W puchu, fot. Paweł Wroński

1. Pobiegaj na nartach
Polska, Sudety – Polana Jakuszycka
 (www.nabiegowkach.pl)

Dopiero od niespełna 200 lat spuszczamy się karkołomnie na nartach z góry. Dawniej, przypiętych do nóg desek używało się do pokonywania głębokich śniegów wśród pagórków i na nizinach.

Tej tradycji hołdują miłośnicy narciarstwa biegowego, zwanego też – ze względów historycznych – norweskim. Ten rodzaj białego szaleństwa, rzecz jasna na potrzeby amatorskie, jest bez porównania łatwiej opanować niż narciarstwo alpejskie, a tym bardziej jego ekstremalną wersję – skialpinizm. Sprzęt jest też znacznie tańszy, no i nie trzeba wyjeżdżać w góry by się w nim rozsmakować. Korzyści są także związane ze zdrowiem. Po pierwsze dlatego, że poruszanie się na nartach biegowych czy ich turystycznej alternatywie – śladowych, angażuje wszystkie stawy i mięśnie. W efekcie bieganie na nartach znakomicie poprawia koordynację ruchów. Zresztą nie ma innego wyjścia, bo tylko przy odpowiedniej (współ)pracy rąk i nóg odczujemy maksimum przyjemności. Bieg na nartach to także prawdziwa dieta-cud, bo spalamy kilokalorie w takich ilościach, jak w żadnym innym sporcie. Konsekwencją uprawiania tej dyscypliny jest więc poprawa wydolności i odporności organizmu.
Mekką narciarstwa biegowego w Polsce są Sudety, konkretnie podnóża Gór Izerskich. Tam, na tzw. Polanie Jakuszyckiej każdego roku na początku marca odbywa się największa otwarta dla amatorów impreza – Bieg Piastów (www.bieg-piastow.pl). Zapisy na edycję 2019 roku już trwają (od 1 września 2018), a uzyskane wyniki liczą się każdemu startującemu w międzynarodowym rankingu Worldloppet (www.worldloppet.com).
Dolnośląskie Centrum Sportu na Polanie Jakuszyckiej: www.karkonosze.pl


2. Wykąp się w piwie
Czechy, Morawy – Rožnov pod Radhoštěm (www.visitroznov.cz)

W prywatnych rękach, miejscowy browar o 300-letniej tradycji zamienił się w wyrafinowane piwne SPA – Rožnovské pivní lázně.

Dobrze zorganizowane – gdy rodzice zażywają kąpieli, dzieci nie będą się nudzić. Całe piętro gospodarze zamienili w bawialnię, w której pedagogiczny personel dba o bezpieczeństwo najmłodszych, animując przy tym gry i zabawy. Integralną częścią browaru jest także restauracja, w której można bardzo smacznie zjeść, a na zakończenie wizyty, zaopatrzyć się w butelki jasnego lub ciemnego piwa, którego nie dostanie się w żadnym supermarkecie.
W ogóle, zimą w Rożnowie i okolicach można przyjemnie i ciekawie spędzać czas. Zwłaszcza w adwencie. W miejscowym skansenie (Valašské muzeum v přírodě), prezentującym regionalne budownictwo i ludowe obyczaje, urządzany jest każdego roku jarmark bożonarodzeniowy. Na adwentowych straganach rozmieszczonych w alejkach pośród zabytkowych chałup, uli i kapliczek, pod kościółkiem i koło karczmy (warto pamiętać, że serwuje smaczne regionalne dania i napoje, w tym przepyszny grzany miód), kuszą oczy nieprzebrane towary, przede wszystkim rękodzieło, wyroby artystyczne i użytkowe oraz regionalne smakołyki. Jarmarcznego programu dopełniają pochody przebierańców, zwanych w Czechach Čertami – kuzynów naszych Kolędników, czy popularnych w krajach niemieckojęzycznych Krampusów.
Ponadto, nad miasteczkiem góruje masyw niewysokiego Radhošťa (Radhoszcza; 1129 m n.p.m.), należącego do Beskidów Śląsko-Morawskich, którego stoki oplata sieć tras narciarskich ośrodka Pustevny. Nie jest ich może wiele i z racji niskiego położenia sezon zimowy do najdłuższych nie należy, ale tworzą dobrze urządzoną karuzelę i jeździ się tam bardzo przyjemnie. Atrakcji dopełniają zabytkowe drewniane budowle (odbudowywany po pożarze Libušín i Maměnka), wzniesione w latach 1897-1899 według projektu Dušana Jurkoviča oraz – od 1931 roku, kamienny posąg słowiańskiego bóstwa Radegasta, którego gontyną były tutejsze lasy w czasach przedchrześcijańskich.
Rožnovské pivní lázně (Pivovarská 6, Rožnov p. Radhoštěm): www.roznovskepivnilazne.cz
Valašské muzeum v přírodě; www.vmp.cz
Ośrodek aktywnego wypoczynku Pustevny: www.pustevny.cz


3. Rozkoszuj się rybką łowioną w przerębli
Litwa, Połąga
(www.palangatic.lt)

Atrakcyjnym celem urlopowym na litewskim wybrzeżu Bałtyku jest Połąga – rybackie miasteczko, a zarazem całoroczny nadmorski kurort wypoczynkowy.

Każdego roku, w styczniu i lutym, miejscowi rybacy wyruszają na skute lodem przybrzeżne wody morza, kują przeręble i łowią stynki (Osmerus eperlanus). Te niewielkie rybki żyją zarówno w słodkich wodach u ujścia rzek, jak i w słonych wodach przybrzeżnej strefy Morza Bałtyckiego. W kulminacyjnym momencie sezonu na stynkę, podczas Tradycyjnego Święta Rybaków „Połądzka stynka” (Šventė Palangos stinta”), miejski deptak zamienia się w wielką restaurację pod dachem nieba. Z rozstawianych wówczas licznych straganów, serwowana jest zupa rybna, rybki grillowane, smażone, wędzone… Nad miasteczkiem unosi się specyficzny, charakterystyczny dla stynki ogórkowy zapach oraz dymy z palenisk, na których się ją przyrządza – można zapomnieć, że to środek zimy.
Pobytu na litewskim wybrzeżu dopełniają dobrodziejstwa bursztynu. Złoto Bałtyku wykorzystuje się tam bowiem powszechnie do zabiegów w SPA, do przygotowywania zdrowej wody pitnej, a także do wyrobu nalewek, nie pozbawionych właściwości leczniczych.
Z bursztynem albo jantarem, używając bliższego Litwinom określenia, można też się zaznajomić bardziej klasycznie. Wystarczy odwiedzić miejsca związane z antycznym jantarowym szlakiem, które na krótkim, bo niespełna 100-kilometrowym litewskim wybrzeżu łączy trasa Baltijo gintaro kelias (Bałtycki szlak bursztynowy).
Święto „Połądzkiej Stynki” („Palangos stinta“): (galeria foto: www.ve.lt); www.15min.lt
Szlak bursztynowy – odcinek litewski (opis atrakcji po polsku): www.lithuania.travel


4. Poznaj się z psami i wyrusz na przejażdżkę saniami
Polska, Podhale – Zakopane/Kościelisko
(www.zakopane.pl)

Tatry i Zakopane zimową porą kojarzymy dość stereotypowo z jazdą na nartach lub desce.

Owszem z Kasprowego prowadzą najdłuższe w Polsce trasy zjazdowe, w otoczeniu bodaj najbardziej spektakularnym, bo wysokogórskim. Ale nie oszukujmy się, mimo piękna gór, zakopiańska oferta narciarska nie wytrzymuje porównania z alpejskimi możliwościami, tym bardziej, że zimy nie rozpieszczają nas w ostatnich latach. Z drugiej strony Zakopane wciąż ma tę magiczną, kuszącą moc.
Cóż zatem, poza kosztowaniem specjałów oferowanych w licznych restauracjach robić w dawnej zimowej stolicy naszego kraju? Można na przykład poznać psie obyczaje i zaznajomić się z prowadzeniem zaprzęgu. Ta oferta jest o tyle ciekawa, że jeśli nawet śnieg nie dopisuje, to sanie zastępuje się wózeczkiem z kołami. Zabawa nie traci przy tym na atrakcyjności nic a nic.
Specjalistę od powożenia nazywa się maszerem. Pod jego kierunkiem, pod Tatrami można posiąść, a potem doskonalić własne umiejętności, by na koniec kursu poczuć się jak przemierzający Alaskę bohaterowie książek Jacka Londona czy Jamesa Olivera Curwooda. Wprawdzie do Alaski daleko ale Ścieżka pod reglami i rozległe łąki u wylotu dolin Tatr Zachodnich są niemniej piękne.
Kursy maszerskie na Podhalu organizują m.in.:
‘Wataha Tatry’ z Kościeliska: www.psie-zaprzegi.pl lub www.wataha-tatry.pl
‘Zajadła Wataha’ z Zakopanego: www.psiezaprzegi.com.pl
A tak na marginesie, podobną przygodę można przeżyć na Pomorzu, korzystając z oferty, opisanej w portalu: www.przystanekalaska.pl


5. Nie zwijaj żagli na zimę
Polska, Mazury
(www.bojery.pl; www.mazury.info.pl)

Mimo niepewnego śniegu i lodu, Mazury pozostają wciąż najzimniejszym polskim regionem.

Lód na jeziorach pojawia sią zazwyczaj w pierwszej połowie grudnia i utrzymuje nawet do końca kwietnia. Panują wtedy doskonałe warunki do uprawiania żeglarstwa, ale… lodowego. I to nie tylko na żaglówkach na płozach, czyli bojerach, gdyż kontynuacji letniej pasji poszukują także miłośnicy surfingu i windsurfingu. Z ich doświadczeń wyrosły takie konstrukcje jak Iceflyer (bojer z żaglem od deski) lub Iceboard (lodowa deska windsurfingowa).
Żeglarstwo lodowe, bynajmniej nie jako forma rekreacji, ma długą historię. Przecież, najprościej rzecz ujmując bojer, to ślizg, który porusza się po zamarzniętej tafli wody dzięki sile wiatru chwytanego w żagiel. O poruszającym się bojerze mówi się nawet, że „lata”. Pierwsze regaty bojerowe zostały zorganizowane pod koniec XIX wieku. Wcześniej, przez stulecia ślizgi miały znaczenie praktyczne, bo używano ich do transportu towarów zimą, gdy rzeki, jeziora i kanały były zamarznięte.
Bojerowa oferta na Mazurach rozrosła się w ostatnich latach, a znakiem rozwoju „zimowego żeglarstwa” są liczne szkółki i wypożyczalnie sprzętu, dzięki czemu każdy chętny może bez większego trudu poznać tajniki tej dyscypliny sportu. Ba, w ofercie działających na Mazurach kompanii żeglarskich są także bojerowe imprezy integracyjne dla firm.
Przykładowe mazurskie adresy internetowe z szeroką ofertą bojerową:
www.a-hoj.pl
www.xmazury.pl


6. Spójrz na zimę z lotu ptaka
Polska… z innej perspektywy

Ileż to razy zadzieramy głowy uwiedzeni widokiem wiszącej w powietrzu barwnej paralotni.

Jeśli zapragniemy zakosztować podobnych wrażeń sami, skorzystajmy z oferty pasjonatów paraglajdingu (paralotniarstwa). Możliwości jest przy tym cały wachlarz. Może to być epizodyczna przygoda, czyli lot w tandemie z instruktorem, a więc całkowicie bezpieczny i nie kłopotliwy, bo świadczący usługę zadba również o sprzęt, wybór miejsca i transport na miejsce startu oraz powrót z miejsca lądowania. Na przeciwległym biegunie jest kilkudniowy kurs paralotniarski, po którym możemy już podejmować loty samodzielne.
Ten drugi scenariusz będzie się łączyć z nieuniknionymi wydatkami na sprzęt, strój, etc. No cóż, tak już jest, że pasja jest kosztowna. Podjęte raz wyzwanie rodzi bowiem kolejne, bo doświadczenie rośnie. Wreszcie przychodzi czas na to co bodaj najbardziej ekscytujące – połączenie latania ze zjazdem na nartach!
W obu przypadkach, zarówno z nartami jak bez – popatrzymy na świat z lotu ptaka, wiatr zahuczy w rozpostartym nad głową skrzydle, zobaczymy wirujące wokół krajobrazy i odczujemy zastrzyk adrenaliny. Co więcej przygody tej możemy zakosztować równie dobrze w Polsce, jak za granicą. Czy warto? Odpowiedzcie sobie na to pytanie sami, korzystając na początek z poniższych adresów internetowych renomowanych ośrodków paralotniarskich:
W Sudetach, we Wrocławiu: www.paragliding.com.pl
W Beskidach, w Szczyrku: www.beskid-paralotnie.pl
W Wielkopolsce, w Michałkowie (na lotnisku przy Aeroklubie Ostrowskim): www.pat-paragliding.pl


7. Bądź jak Andrzej Bargiel
Polska, i nie tylko – góry

Bądź jak Andrzej Bargiel – tak, ale zacznij rozsądnie – od Skitouringu, a nie od zjazdu z K2, bo to zdecydowanie najwyższa szkoła jazdy.

Wielki sukces Zakopiańczyka z lipca 2018 roku przejdzie do historii himalaizmu. Osłodzi też zapewne uczestnikom zimowej wyprawy na K2 gorycz porażki, jakiej kolejny już raz doznała polska zimowa wyprawa, atakująca wprawdzie drugi pod względem wysokości, ale za to najtrudniejszy szczyt na świecie.
Z amatorskiej perspektywy, wyczyn Bargiela graniczy z cudem, bo nie dość że zjeżdżał z niewyobrażalnie wysoko położonego miejsca, to jeszcze w terenie o jakim nawet nie śni się nikomu spośród nas, milionów uprawiających narciarstwo… przy wyciągach. Namiastką wyzwań, przed jakimi stanął odważny Zakopiańczyk jest jednak dostępny i dla nas Skitouring – wędrówka po górach na nartach. Potrzebny jest do niej odpowiednio przystosowany sprzęt narciarski, zwłaszcza wiązanie z blokowaną na czas zjazdów piętką i foki – pasy zakładane na ślizgi, ułatwiające podchodzenie. Rzecz jasna potrzeba też pewnych umiejętności, to znaczy treningu w jeżdżeniu po śniegu nietkniętym przez ratraki, dobrej orientacji w terenie, a co najważniejsze upodobania do penetrowania nieprzetartych szlaków.
Niezbędnemu szkoleniu możemy się poddać w niezliczonych szkółkach w naszych górach i za granicą, zwłaszcza w ośrodkach alpejskich, czy w modnej w ostatnich latach Andorze. Specjalizowało się w tej dziedzinie także kaukaskie Gudauri w Gruzji, ale po wypadku z ostatniego roku, gdy krzesełkowy wyciąg zakręcił im się nie w tą stronę co trzeba, będą potrzebować trochę czasu na odzyskanie reputacji. Na naszym podwórku, polecam zainteresowanym kursy jakie od lat organizują gospodarze malowniczo położonego karkonoskiego schroniska „Samotnia” (www.samotnia.com.pl).
Obozy w Samotni z nauką skitouringu: www.szkolagorska.com

Wiatr na grani Niżnych Tatr, fot. Paweł Wroński

Tekst publikowany na łamach magazynu ”My Company Polska” (www.mycompanypolska.pl), w numerze październikowym 2018 roku