Linzer Augen, Linzer Kekse

Rzecz znamienna, że w żadnym mieście austro-węgierskiej monarchii cukierni nie brakowało. Siłą rzeczy było tam też mnóstwo cukierników, którzy swym kunsztem pozyskiwali klientelę. Do ich klasycznego już dorobku zaliczają się słodkie ikony habsburskiego imperium – linckie ciasteczka (Linzer Kekse lub Linzer Augen).

 

Die klassischen Linzer Augen sind typische Weihnachtskekse, co znaczy, że klasyczne linckie ciasteczka są typowymi smakołykami świątecznymi.

 

Podobne do niemieckich Spitzbuben, czy znanych nam dobrze markizów, linckie ciasteczka – Linzer Kekse czynią z człowieka nałogowca, bo choćbyśmy sobie nie wiem jak twardo powtarzali, że już dość, trudno się oprzeć, by nie schrupać następnego.

Tak to wygląda – mniej więcej – w austriackiej cukierni (sic!), fot. Paweł Wroński

Ciasteczka pojawiły się w cukierniach Linzu, stolicy Górnej Austrii w XIX wieku. Nie spadły jednak z nieba, choć miewają kształt gwiazdeczek, o nie. Były wariacją na temat innego słynnego przysmaku – Linzer Torte. Ten bowiem jest najstarszym wyrobem cukierniczym tego typu odnotowanym – i to w kilku wariantach – już w XVII-wiecznych książkach kucharskich. Nic więc dziwnego, że stał się wizytówką miasta Linzu. Jest to tarta z owocową marmoladą. Podobnie jak Linzer Kekse – kruche ciasteczka z marmoladą, posypane cukrem pudrem. Gdy tylko się pojawiły, zasmakowały mieszczanom naddunajskiego grodu tak, że stały się nieodzowne na stole, zwłaszcza w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Potem szybko podbiły serca mieszkańców tej części Europy, która w czasach habsburskich ulegała imperialnym wpływom i skwapliwie naśladowała rodzące się tam obyczaje.

Warto dodać, że w najprostszej wersji Linzer Kekse mają owalny kształt, a przez jedną dziurkę lub kilka w wieczku, zerka filuternie marmolada, którą posmarowana jest dolna część ciasteczka. Mogą mieć też inne kształty, np. karcianych kolorów albo wspomnianych gwiazdek – ostatecznie to świąteczne ciasteczka! Warto pamiętać, że podobne, popularne głównie w Niemczech i Szwajcarii Spitzbuben, są jednak nieco inne – wycięcia tworzą w nich najczęściej uśmiechniętą buzię, a ciasto z których powstają zagniata się bez jajek.

Linzer Augen (albo Linzer Kekse) – smakołyk na świąteczny stół rodem z Linzu, stolicy Górnej Austrii, fot. Paweł Wroński

Składniki linckich ciasteczek

  • 220 g drobnoziarnistej mąki
  • 125 g zimnego masła
  • 100 g cukru pudru
  • 1 jajko
  • cukier waniliowy
  • skórka z cytryny
  • szczypta soli
  • marmolada owocowa (tradycyjnie porzeczkowy dżem domowej roboty, ale oczywiście nic się nie stanie jeśli użyjemy innego)

 

Przygotowanie
Na stolnicę wysypujemy mąkę i cukier puder, w środku robimy dołek. Do niego wkładamy małe kawałki masła i wbijamy jajko. Potem to wszystko wyrabiamy tak długo aż ciasto stanie się gładkie, dodając odrobinę cukru waniliowego, szczyptę soli i trochę startej drobno skórki cytrynowej. Z ciasta lepimy potem kulę, zawijamy w folie spożywczą i odkładamy w chłodne miejsce na mniej więcej pół godziny.

Gdy czas minie, rozwałkowujemy ciasto na placek grubości około 2 mm i wycinamy z niego krążki (wystarczy do tego szklanka lub kieliszek), albo inne kształty (jeśli mamy foremki). Krążki dzielimy na dwie równe kupki. Jedne zostawiamy, w drugich wycina,my dziurkę lub kilka – zwyczajem linckim – góra 3!

Piekarnik rozgrzewamy do 180 st. C i wkładamy do niego na 8-12 minut krążki poukładane na blachach wyłożonych papierem. Uwaga! Zerkamy co jakiś czas na ciasteczka, żeby je natychmiast wyjąć gdyby zaczęły zbyt szybko ciemnieć.

Po wyjęciu z piekarnika, czekamy aż trochę ostygną, a potem te bez dziurek smarujemy marmoladą i przykrywamy tymi z dziurkami. Posypujemy cukrem pudrem, i gotowe!

 

Frohe Weihnachten & Gutten Appetit!
Wesołych Świąt i smacznego!

 


Przepisy na Linzer Augen z Austrii: www.ichkoche.at lub www.gutekueche.at
Warsztaty odbyły się w Food Lab Studio w Warszawie: www.foodlabstudio.pl

Warsztaty z austriackiego cukiernictwa w Food Lab Studio w Warszawie, fot. Paweł Wroński

If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Reklamy

Prototypy z Hamburga

Personenkraftwagen, w skrócie PKW, to niemieckie określenie samochodów osobowych, złożone ze słów oznaczających ludzi, moc i pojazdy. Te trzy pojęcia wyznaczają tematykę ekspozycji w muzeum samochodowym z dzielnicy Speicherstadt w Hamburgu. W 2018 roku, Automuseum PROTOTYP obchodzi 10-lecie.

Zgromadzone modele samochodów sportowych i wyścigowych ilustrują 70-letni okres rozwoju niemieckiej motoryzacji, skupiając się na designie i rozwiązaniach technicznych, których zmiany najłatwiej dostrzec – zgodnie z nazwą placówki – w prototypach z lat 1939-2009. Uwagę poświęcono także wybitnym postaciom ze świata motoryzacji. Otto Mathé, Petermax Müller, czy Wolfgang Graf Berghe von Trips, przyczynili się w ogromnej mierze do sukcesów rynkowych, jakie po dziś dzień odnoszą marki niemieckie.

P. jak Personen, czyli ludzie
Tyrolczyk Otto Mathé był wynalazcą, przedsiębiorcą i kierowcą rajdowym. Już w czasie wojny opracował różnorodne dodatki do paliwa, które skutecznie wydłużały żywotność i podnosiły efektywność silników samochodowych. Pod koniec lat 40., za kierownicą Porsche 356 ze zmodyfikowanym przez siebie silnikiem, dystansował konkurentów na austriackich torach wyścigowych. Jako swojego idola z dzieciństwa wspominał go wielokrotnie Niki Lauda. Urodzony w Poczdamie Petermax Müller triumfował w wyścigach już przed wojną. A że zajmował się sprzedażą DKW, sukcesy w wyścigach klasy 1000 cm3 były najlepszą reklamą tej marki. Od 1938 roku jeździł w teamie Auto Union, zaś efektem jego powojennej współpracy z wybitnymi konstruktorami były modele Volkswagen Special, odnoszące spektakularne sukcesy w wyścigach w klasie 1100 cm3. Sam, jako kierowca wyścigowy, w latach 1949-1951 triumfował 60-krotnie, m.in w słynnym Rajdzie Monte Carlo. Wolfgang Graf Berghe von Trips był arystokratą, który do historii przeszedł także jako kierowca rajdowy. Zadebiutował w teamie Ferrari, w którym jako pierwszy używał centralnie umieszczonego silnika. Później odnosił sukcesy w barwach Porsche. Zginął tragicznie w wypadku do jakiego doszło na torze Monza w 1961 roku. Po zderzeniu z innym bolidem jego maszyna przekoziołkowała przez trybuny, zabijając 15 kibiców i raniąc 60.

K. jak Kraft, czyli moc
Nowocześnie zaaranżowane muzeum wykorzystuje multimedia i kusi symulatorami, takimi jak zamontowany w autentycznym Porsche 356. Zasiadając za jego kierownicą można się rzeczywiście poczuć jak Otto Mathé. Miejscem niezwykłym jest miniaturowy tunel aerodynamiczny, a archiwalne zdjęcia, stare kroniki filmowe i magazyny samochodowe, które można przeglądać w kabinach audio-video, pozwalają wejrzeć w historię motoryzacji przez pryzmat technologii i designu. Znaczące miejsce w muzeum zajmują przemiany sylwetki, czy kolorystyki, bo do kolekcji trafiły egzemplarze pokazowe. Służyły wprawdzie promocji nowych technologii, jednak – niejako przy okazji – kreowały zmiany samochodowej mody i designu. Ewolucję sylwetki samochodów można prześledzić nie jadąc nawet do Hamburga, bo na stronach muzeum w zakładce ‘Automotive Timeline’ zjawisko doskonale zobrazowano.

W. jak Wagen, czyli pojazdy
Oryginalny zbiór reklamowych grafik Volkswagena pokazuje historię motoryzacji. Jednak największe wrażenie robią oryginalne samochody. Mając tego świadomość gospodarze obiektu oferują nawet grupom eleganckie uczty pośród samochodów. Nietuzinkowych przecież, bo w większości prototypowych. Perełką kolekcji jest Porsche 64 z 1939 roku. Zmontowano wówczas tylko 3 egzemplarze tego samochodu, aby wzięły udział w propagandowym rajdzie Berlin-Rzym. Wyeksponowany samochód jest jednym z dwóch, które przetrwały do naszych czasów. Efektowny model tak bardzo poruszał wyobraźnię konstruktorów, że zaraz po wojnie chętnie nawiązywali do zastosowanych w nim rozwiązań. Nie brakuje słynnego samochodu dla ludu jakim był Volkswagen Käfer, którego projektowanie osobiście wspierał Adolf Hitler. Produkowany dopiero po wojnie rzeczywiście w masowej skali, szybko podbił światowy rynek. W latach 1938-2003 wyprodukowano łącznie 21,5 mln egzemplarzy tego kultowego auta. W Polsce nazywano je „Garbus”, na Zachodzie „Herbie” lub „Beetle”. Do osobliwości hamburskiej ekspozycji zaliczają się także nowsze modele: bolid Jordan F1 191, którym kierował po raz pierwszy w swojej karierze w wyścigach Formuły 1 Michael Schumacher w 1991 roku i Toyota TF110 o futurystycznej sylwetce z 2009.


Automuseum PROTOTYP: www.prototyp-hamburg.de
Hamburg Card: www.hamburg-tourism.de


Tekst publikowany na łamach magazynu „Świat Podróże Kultura” w zeszycie grudniowym z 2017 roku.


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Austriacki rum, a nie gadanie

Każdy kto był w Austrii widział, a może nawet próbował alkoholu o wyraźnie widocznej na etykiecie nazwie Stroh 80.

Zacznijmy od nazwy, składajacej się z nazwiska rodziny, która wymyśliła recepturę trunku, dość już dawno, bo w I połowie XIX stulecia. Natomiast liczba 80 opisuje zawartość alkoholu, niebagatelną, bo 80-procentową.

Dolewanie rumu, a ponieważ działo się to w Polsce i w dzień powszedni, gospodarze Food Lab Studio (i austriaccy współgospodarze imprezy), użyli zwykłego rumu, a nie Strohu 80. Fot.: Paweł Wroński

Stroh 80 jest produkowany na skalę przemysłową w Karyntii od 1832 roku, więc zdążył okrzepnąć w austriackiej kulturze. Najczęściej podaje się go w albo do herbaty lub kawy, najchętniej – rzecz jasna – zimą. Bywa składnikiem drinków, a austriackie gospodynie i kucharze dodają go z upodobaniem do wypieków – ciast i ciasteczek, zwłaszcza świątecznych.

 

Stroh – Ein Stück österreichische Genusskultur und Lebensart (kawałek austriackiego smaku i sztuki życia).

Podstawę trunku stanowi rum z buraków cukrowych. Jest to więc mocny napój alkoholowy bliższy słowackim i czeskim Tuzemakom (tyle, że jest od nich dwukrotnie mocniejszy), aniżeli rumowi zza oceanu, który pędzi się z trzciny cukrowej, a którego nazwa i receptura są pieczołowicie chronione prawem międzynarodowym (rum z Jamajki czy z Kuby jest także od Stroha słabszy).

 

Stroh 80 ma ciemną, bursztynową barwę z czerwonawym odcieniem, delikatny aromat i słodkawy smak, maskujący skutecznie solidną moc. Tę ostatnią czujemy dopiero potem, przy każdym łyku, gdy fala ciepła przesuwa się powoli z gardła do żołądka, przy czym Stroh 80 nie wstrząsa i nie wywraca twarzy „do góry podszewką”, jak to bywa przy mocnych wódkach. Nigdy też nie zalatuje spirytusem.

 

Wróćmy do czekoladowych kulek (pralinek) z rumem. Receptura za chwilę, a na razie kilka słów o posypkach. Mogą bowiem być dowolne. Świetnie się do tego nadają kandyzowane posiekane owoce, czy – jak na zdjęciu otwierającym – skórka pomarańczowa, wiórki kokosowe, pokruszone drobno migdały, orzechy laskowe, pistacjowe lub włoskie, pestki słonecznika. Jako ozdoba, nie zawadzą na przykład listki melisy lub mięty.

Powstają czekoladowe kulki z rumem i różnymi posypkami – względnie proste do wykonania i smaczne, fot. Paweł Wroński

Składniki (podane ilości wystarczą na 50 pralinek)

  • 125 g masła
  • 125 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej
  • 1 łyżka kakao
  • 4 łyżki rumu
  • 200 g mielonych orzechów laskowych
  • 350 g czekolady (raczej gorzkiej, choć oczywiście można użyć o takiej zawartości kakao, jaką najbardziej lubimy sami, czy nasi goście)
  • 200 g posypki czekoladowej (lub innych, wymienionych wcześniej)

Przygotowanie
Czekoladę na kulki rumowe podgrzać w gorącej kąpieli wodnej, aż się roztopi. Następnie dodać mielone orzechy, rum, kawę i kakao. Masę ostudzić, ale tak, żeby nie zaczęła zastygać, bo stwardnieje zbyt wcześnie. Równolegle utrzeć masło z cukrem na gładką masę, którą wymieszamy z masą czekoladową. Teraz wystarczy wziąć sprawy we własne ręce, i formowane kulki obtaczać w posypce czekoladowej, lub innych. Gotowe kulki należy odstawić w chłodne miejsce, aby zastygły i stwardniały.

 

Frohe Weihnachten & Gutten Appetit!
Wesołych Świąt i smacznego!

 


Hause Stroh: www.stroh.at
Centrala producenta mieści się w Klagenfurcie, stolicy Karyntii.

Warsztaty odbyły się w Food Lab Studio w Warszawie: www.foodlabstudio.pl


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Świąteczne kreacje

Byłem świadkiem powstawania tych iście zegarmistrzowskich arcydziełek – modeli zaśnieżonych wiosek zimowych.

Skojarzyły mi się z odległą Syberią, chyba za sprawą stylistyki podkreślonej tłem, na którym fotografowałem gotowe modele. Zastanowił też powielany w tych kreacjach archetyp: kościół, rzeczka, mostek, niewielkie domki – i choinki dookoła, a że Święta Bożego Narodzenia za pasem, to i ozdób choinkowych (z maleńkich koralików sic!), nie brakowało. Krótko mówiąc – sielsko, anielsko – jak przystało na bajkową, bynajmniej nie komputerową rzeczywistość.

Filmik „Wioski świąteczne” – relacja z zajęć rękodzieła, na których te modele powstawały będzie dostępny na YouTube (kanał OPP1 Jordanek).


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


 

Ding Dong Merrily on High

Ding Dong Merrily on High to pieśń świąteczna, rozpropagowana w krajach anglosaskich w latach 20. XX wieku. Korzeniami sięga jednak Francji, i – przynajmniej – XVI stulecia.

Melodia, do której pod koniec XIX wieku słowa napisał George Ratcliffe Woodward (1848-1934),  znalazła się w renesansowym traktacie poświęconym tańcowi francuskiemu, zatytułowanym Orchesographie. Autorem był Jehan Tabourot (1519-1595), a że należał do duchownego stanu – wydając księgę w 1588 roku użył pseudonimu: Thoinot Arbeau. Utwór zatytułowany Branle de L’Official, był bowiem popularnym wśród plebsu tańcem. Zyskał wprawdzie, z czasem, nobilitację na salonach wyższych sfer, ale nie zmienia to faktu, że wywodził się ze zgoła świeckiej tradycji.

Partytura „Ding Dong Merrily On High” z: portalu www.enpmusic.com

www.hymnsandcarolsofchristmas.com
www.enpmusic.com
www.hymnary.org


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Guten Appetit & Vollgas!

Być w Styrii i nie usiąść za stołem to po prostu grzech. Z drugiej strony – macie rację – biesiadowanie może się kłócić z aktywnym wypoczynkiem. Jednak gospodarze Schladming-Dachstein komponują owe sprzeczności po mistrzowsku, w spójną – sportową i smaczną całość.

Ba, z regionalnej kuchni uczynili główny wątek programu „Ski amadé made my day”, jaki będzie przebojem nadchodzącego sezonu w Ski amadé – największym zrzeszeniu narciarskim Austrii. Dzień pod okiem instruktora na huśtawce w Schladming wyznaczy liczba „4”: 4 szczyty, 4 schroniska, 4 potrawy. Dzień zacznie się pożywnym śniadaniem w gospodzie Schnepf’n Alm. W schronisku Hochwurzen (Hochwurzenhütte), przyjdzie czas na smakowitą przekąskę -zupę z knedlami z serem. Na obiad w gospodzie Schafalm podadzą jagnięcinę z odpowiednio dobranym winem. Kolacja w kompleksie Alm-Arena u podnóża góry Hauser Kaibling i pożegnalna paczka z delikatesami z regionu Schladming-Dachstein zakończą przygodę.

Może o tym nie wiecie, ale w bajkach są najprawdziwsze rzeczy na świecie!

Dla wyjaśnienia: wspomniana Alm-Arena to wzniesiony właśnie nakładem 5,5 mln euro kompleks gastronomiczny. Po cóż w regionie pełnym gospód (56 górskich schronisk z wyszynkiem, a licząc z lodowcem… 98!), wydawać fortunę? Ano, dla przyjemności gości, by w na wskroś nowoczesnym obiekcie zwieńczonym szklaną kopułą otwieraną przy ładnej pogodzie, serwować potrawy na najwyższym poziomie.

Smaczne fakty i akty wyznaczają narciarski dzień w Schladming-Dachstein. Na marzec zaś przypadną wielkie plenerowe imprezy z produktami spożywczymi w roli głównej. Od 10 do 17 marca 2018, rolnicy będą sprzedawać swoje specjały w górach, zamieniając schroniska w najwyżej położone w Alpach targowisko. Restauracje uczestniczące w marcowym festiwalu „Snow & Beef” zaserwują dania z najwyższej jakości wołowiny, legitymującej się austriackim certyfikatem jakości AMA. 25 marca na Planai odbędzie się największe grillparty w Austrii, a słynny kucharz Johann Lafer i wykładowcy z Akademii Grillowania Weber udzielą wskazówek na temat perfekcyjnego przyrządzania potraw na ruszcie. Smacznego!


Festiwal „Snow & Beef” odbywa się w kilku regionach narciarskich w róznych terminach; w Schladming-Dachstein w I połowie marca (link do galerii z edycji 2017 roku): www.snowandbeef.at

AMA: www.amainfo.at oraz www.tasteofaustria.org

Johann Lafer (z pochodzenia Styryjczyk, gwiazda niemieckojęzycznej telewizji kulinarnej; prowadzi też własną restaurację „Val d’Or” w Stromburgu w Nadrenii-Palatynacie w Niemczech): www.johannlafer.de oraz www.lafer.de (w portalu, w zakładce Rezepte zamieszcza ciekawe przepisy)


O szczegółach zimowej oferty Schladming-Dachstein dowiecie się ze stron www.austria.info

Na youtube’owskim kanale ośrodka, zamieszczono w 2017 roku poniższą produkcję

Albo starsze ujęcie – film z 2013 roku, przygotowany na potrzeby promocji sezonu zimowego 2013/2014.

Schladming-Dachstein: www.schladming-dachstein.at


Tekst przygotowany do spotu radiowego, reklamującego sezon zimowy 2017/2018 w Austrii.


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Powitrula, Bachan i inne stwory

Projekt „Strachy na Lachy” rozwija się dynamicznie. Dziś o już niemal gotowych postaciach, jakie na zajęciach plastycznych z Małgorzatą Bockenheim wykonują dzieci w Jordanku.

Tak jak Małgosia – ty też możesz pogadać z Powitrulą, fot. i animacja GIF: Paweł Wroński

Inspiracją dla wszystkich postaci są wprawdzie demony dawnych Słowian, opisane w „Bestiariuszu Słowiańskim”, ale wyobraźnia dzieci jest nieograniczona, więc powstają niepowtarzalne dzieła plastyczne, wobec których nie da się przejść obojętnie.

Marta (pierwsza z prawej) stworzyła Powitrulę, ale w wykańczaniu kukły uczestniczyły chętnie inne dziewczynki z grupy, fot. Paweł Wroński

Zacznijmy od wykreowanego przez Martę zwiewnego demona. Nasi słowiańscy przodkowie kojarzyli Powitrulę z wiatrem. Spotykali ją najczęściej pasterze na górskich halach, pachniała owczą wełną, trawą i kwiatami. Miała włosy w nieładzie i postrzępioną podmuchami wiatru szatę. Marta, najmłodsza jak dotąd autorka postaci z bestiariusza (jest uczennicą III klasy szkoły podstawowej), zaraziła pasją koleżanki uczestniczące w zajęciach. Najpierw pomogły udrapować – oczywiście wietrznie – włosy i suknię Powitruli, potem zajęły się wertowaniem książek w poszukiwaniu inspiracji dla własnych kreacji.

Marta (autorka kukły) zabiera wystrojoną przy pomocy koleżanek Powitrulę, fot. Paweł Wroński

Drugim bohaterem jest Bachan. Pogańskie bóstwo zapewniające dobrobyt, bynajmniej nie altruistycznie. Zielonoskóry demon o skrzących się oczach, odwzajemniał się przynosząc szczęście tylko tym, którzy o niego dbali. W przeciwnym razie zachowywał się podle – bywał złośliwy, nawet mściwy. Posłuchajcie jak o swojej kreacji opowiada Ignacy (uczeń VI klasy szkoły muzycznej, specjalista od instrumentów perkusyjnych).

Marta zajmie się zapewne wkrótce kolejną postacią, a Ignacy – być może – zagra demonom do tańca. Poza tym wiele jeszcze kukieł – choćby Kaduk, czy Biali ludzie, czeka na dokończenie i opowieści  młodych twórców.

Nie znam imienia, ale to też ciekawa postać inspirowana tajemnicami natury, fot. Paweł Wroński

OPP1 Jordanek: www.opp1.waw.pl
Fanpage Jordanka: www.facebook.com/opp1jordanek
Kanał filmowy placówki: www.youtube.com


Materiał podsumowuje kolejny etap jordankowego projektu „Strachy na Lachy”, który zakończy się w maju 2018 roku wystawą w Muzeum Pragi.


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00