Warszawski park Mazowieckiego

Dawno nie widziałem tak pogodnej oficjalnej uroczystości, jak nadanie imienia Tadeusza Mazowieckiego fragmentowi parku rozsiadłego na wiślanej skarpie w Warszawie. Widać, że prominentnym uczestnikom tego wydarzenia „siła spokoju” i koncepcja dialogu preferowana przez pierwszego premiera wolnej Polski, nie są obce.

Uroczystość bez blichtru i fanfar – rzadkość na naszej scenie politycznej, fot. Paweł Wroński

Nie było fanfar, pompy, ani blichtru, tylko kilka melodii zagranych na trąbkach, proste, ciepłe przemówienia, mnóstwo dzieci i symboliczne posadzenie dębu noszącego także imię Tadusza Mazowieckiego. Uroczystość rozpoczęła się w samo południe i trwała niespełna godzinę. Odczytano preambułę obowiązującej Konstytucji RP, nad której stworzeniem pracował Tadeusz Mazowiecki.

 

 

Nazwę: Park Tadeusza Mazowieckiego (nazwa skrócona: Park T. Mazowieckiego), nadano Uchwałą Nr LXII/1700/2018 Rady M.St. Warszawy z dnia 1 marca 2018 roku.  Park ciągnie się na koronie i stokach skarpy wiślanej pomiędzy Trasą Łazienkowską, a ulicami Myśliwiecką i Górnośląską. To drugi park w kraju (po poznańskim nad Wartą), noszący imię pierwszego premiera wolnej Polski. Jego usytuowanie w rejonie ambasady Niemiec i Sejmu RP niesie przesłanie dialogu jako jedynej dopuszczalnej, demokratycznej i skutecznej strategii rozstrzygania sporów ideowych między krajami i stronnictwami.

 

 

Tadeusz Mazowiecki był doradcą „Solidarności” podczas strajku w Stoczni Gdańskiej, uczestnikiem obrad Okrągłego Stołu i pierwszym premierem Trzeciej Rzeczypospolitej. W pierwszej połowie lat 90. XX wieku jako specjalny wysłannik reprezentował ONZ w Bośni i Hercegowinie.

W wolnej Polsce współtworzył Unię Demokratyczną i Unię Wolności. Jest współautorem obowiązującej Konstytucji. Od 2010 roku był doradcą prezydenta Bronisława Komorowskiego ds polityki krajowej i międzynarodowej. Za swoją działalność został uhonorowany Orderem Orła Białego i papieskim Orderem św. Grzegorza.

Prywatnie, skromny i refleksyjny, proponował u progu Trzeciej Rzeczypospolitej politykę „grubej kreski”. Nie przyjęli jej, ani zwolennicy, ani oponenci, pozwalając przetrwać demonom rozliczeń i roszczeń, tęsknoty za centralizacją władzy, podziałów w społeczeństwie i balansującej na krawędzi wojny domowej, partyjnej rywalizacji.

 


Imię Tadeusza Mazowieckiego nadano w 2014 roku parkowi nad Wartą w Poznaniu. Nosi je także od 2015 roku jeden z mostów w Rzeszowie przerzucony nad Wisłokiem ( łączy ulicę Rzecha z Lubelską). W 2016 roku radni związani z Nowoczesną zgłosili propozycję nadania im. Tadeusza Mazowieckiego również jednemu z parków w ich mieście, konkretnie parkowi miejskiemu przy ul. Leczniczej.

Zabudowania na skarpie w Parku im. Tadeusza Mazowieckiego w Warszawie, fot. Paweł Wroński

Parki w Polsce przedstawia portal Ogrodowa Mapa Polski: www.omp.oop.org.pl


Reklamy

Dotknąć wielbłąda, przytulić lwa

Czy można dotknąć wielbłąda? Można! Choćby nawet 90 razy… z okazji 90 rocznicy istnienia warszawskiego Zoo. W Muzeum Warszawskiej Pragi. gdzie przedstawiona jest historia ogrodu oraz biografie wybranych zwierząt, m.in. wspomnianego wielbłąda.

Wystawa jest tak pomyślana, by mogły w jej przestrzeni swobodnie poruszać się małe dzieci, bez strachu dotykać makiet zwierząt naturalnej wielkości, czy oglądać poświęcone im animacje.

Dorosłych zapewne bardziej zainteresują historie zza parkanu praskiego Zoo – misiów, których wybieg widoczny z Trasy WZ stał się wizytówką PRL-owskiej Warszawy, podarowanych przez ZSRR wielbłądów, czy słoni. W założonym w 1928 roku ogrodzie było podobnych historii wiele. Archiwalne zdjęcia i dokumenty dopełniają obrazu minionych 90 lat, poświęconego zwierzętom zakątka stolicy.


Wystawa czynna w okresie: 18 kwietnia – 16 września 2018; www.muzeumpragi.pl
Warszawski Ogród Zoologiczny: www.zoo.waw.pl

Niepodległość i „Hotel Bristol”

Paderewskiemu zawdzięczamy niepodległość i „Hotel Bristol” w stolicy. Niemało jak na człowieka z sercem w Ameryce.

Jeśli pominąć szczegóły, o których napisano opasłe tomy, pierwszą kwestię zamyka anegdota. Otóż, gdy Paderewski był już znanym i podziwianym w Ameryce pianistą (sypały się na niego dolary jak manna z nieba, a wielbicielki rzucały niczym na Michaela Jacksona, by obciąć pukiel włosów na pamiątkę), przyjął zaproszenie od dwóch studentów i wystąpił z koncertem w uczelnianym kampusie. Promocja niestety zawiodła, a w konsekwencji publiczność też, i niefortunni organizatorzy nie mieli z czego wypłacić obiecanego honorarium. Zażenowani wyznali szczerze rzecz Paderewskiemu, ten zaś okazawszy wielkoduszność, machnął ręką na honorarium i życzył im szczęścia. Jednym z owych studentów był późniejszy 28. prezydent USA, Thomas Woodrow Wilson. Powtórne spotkanie z polskim wirtuozem, a wtedy już także politykiem, nastąpiło w Paryżu, gdy Paderewski czynił starania o pozyskanie poparcia Ameryki dla sprawy polskiej. Wilson zwrócił dawny dług z nawiązką popierając osobiście jego niepodległościowe zabiegi podczas konferencji pokojowej po I wojnie światowej.

Historia „Hotelu Bristol” nie jest tak mocno uwikłana geopolitycznie, dotyka natomiast czegoś co można skwitować stwierdzeniem, iż miał Paderewski szczęście w interesach, choć – jak twierdzą biografowie – nie dbał o pieniądze (zwłaszcza odkąd je posiadał w wielkiej obfitości). W końcu lat 90. XIX stulecia dołączył jako trzeci udziałowiec do spółki, która nabyła działkę przy Krakowskim Przedmieściu. Kilka lat później, u progu XX stulecia wyrósł na niej luksusowy hotel. Jako współwłaścicielowi, Paderewskiemu przysługiwał w nim apartament, z czego u progu niepodległej Polski, muzyk a podówczas również premier polskiego rządu skwapliwie korzystał. Za mieszkanie prywatne służył mu apartament nr 109. Nierzadko apartament był też miejscem spotkań rządu, zwłaszcza gdy premier nie zdążył na czas do oficjalnej siedziby na Zamku Królewskim w Warszawie.

Dziś apartament (Paderewski Suite) stanowi hotelową atrakcję, tym większą, że Paderewski Suite wyposażony jest w oryginalne meble sławnego właściciela – w tym małżeńskie łóżko, biurko, fortepian… Tyle, że po zmianie numeracji, na drzwiach widnieje tabliczka… 211. Sam zaś hotel, podobnie jak za czasów Paderewskiego, jest wciąż wizytówką stolicy, a zarazem jej najbardziej ekskluzywnym obiektem noclegowym.

Ozdobna rama łózka z Apartamentu Paderewskiego w „Hotelu Bristol”, fot. Paweł Wroński

Śladami Paderewskiego po Warszawie prowadziła Aleksandra Kresowska-Pawlak, współpracownik Muzeum Narodowego, historyk sztuki i przewodnik miejski. Dzielna dziewczyna – zamiast spodziewanych 40 osób, zgłosiło się przynajmniej… 140! Wycieczka należała do cyklu imprez towarzyszących wystawie „Paderewski”, zorganizowanej w Muzeum Narodowym w Warszawie z okazji 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości (www.mnw.art.pl).

Po zakamarkach Bristolu oprowadzał Paweł Owczarek, Consierge z elitarnego klubu „Les Clefs d’Or” (www.lesclefsdor.org), do którego w Polsce należy zaledwie 13 osób (z tego aż 3 z zespołu Hotelu Bristol). Dzięki niemu wertowałem księgę, w której zostawiają wpisy prominentni goście Apartamentu Paderewskiego, ot choćby Dalajlama, czy Woody Allen, i mogłem popatrzeć na Warszawę z charakterystycznej glorietty wieńczącej południowo zachodni narożnik gmachu.

I ja tam byłem, miód i wino… – te ostatnie to oczywiście między bajki włożyć, fot. Paweł Wroński

Hotel Bristol (Luxury Collection Hotel): www.hotelbristolwarsaw.pl

Mrożkowski syndrom wiecznie żywy

Był początek lat 80., a ja byłem w Beskidzie Wyspowym. Na Ćwilinie, przypominającym wielką kopę siana szczycie, przekraczającym nieco tysiąc metrów wysokości. Na wierzchołku jest rozległa, widokowa polana, na niej stał wówczas sfatygowany szałas, a na skrzypiących drzwiach wejściowych, pysznił się wysmarowany węglem z szałasowego paleniska dumny napis: „KOR walczy”.

W wielu miejscach spotykałem później przejawy owego „mrożkowskiego syndromu Ostatniego husarza”. Ot, choćby w górach Riła w Bułgarii, także w latach 80., tyle że w ich połowie, na stokach efektownie piętrzącego się Dżengału (2730 m). Tam, na wielkiej wancie, ktoś – równie nieporadnie jak autor ćwilińskiej inwokacji – napisał czerwoną farbą: „Ъорете ся за Македония!” (Walczcie o Macedonię!).

Myślałem, że w naszej części świata czasy ostatnich husarzy już przeminęły. A tu masz, zaglądam przez dziurę w płocie (niedawno zresztą zrobioną, bo i płot niedawno wzniesiony, jako, że jeszcze nie zardzewiały), przy Owsianej, na teren zrujnowanej fabryki – przed wojną „Telefunkena”, po wojnie Zakładów Odzieżowych ‘Cora’, gdzie zza krzaków pozbawionych jeszcze liści, wyłania się na jednej ze ścian zaangażowane politycznie, współczesne malowidło. Nie odkryłem go rzecz jasna, bo jest ono tam już przynajmniej od dwóch lat. Szkoda tylko, że pole oddziaływania tego graffiti na społeczeństwo, ograniczają: wspomniany płot, rozrastające się spontanicznie krzaki i zniechęcająca do odwiedzin sceneria, obróconych w ruinę budynków.

Graffiti na północnej ścianie zrujnowanego budynku przy Owsianej na Pradze w Warszawie, fot. Paweł Wroński

 

 

 

Siedziba Techników Polskich

W zabytkowym Gmachu Stowarzyszenia Techników Polskich zachwyca mnie wystrój – imponująca klatka schodowa, ornamenty, witraże, obite skórą drzwi sal i gabinetów.

Gmach liczy sobie już sto lat z okładem. Trzeba przy tym pamiętać, że po zniszczeniach z okresu drugiej wojny światowej odrodził się na nowo, i – po pieczołowitej odbudowie – został oddany do użytku zaledwie 4 lata po wojnie, w 1949 roku. Zrezygnowano wprawdzie z odtwarzania części sztukaterii i malowideł, ale patrząc na monumentalną klatkę schodową i zdobienia jej stropu, można sobie wyobrazić z jakim przepychem gmach witał wchodzących doń gości u progu XX stulecia. Budynek wystawiono w latach 1903-1905 według projektu i pod kierownictwem inż. arch. Jana Fijałkowskiego. Jego projekt wyłoniono drogą konkursu (drugiego zresztą, bo pierwszy nie przyniósł rozstrzygnięcia). Monumentalna neobarokowa architektura i geometryczna secesyjna dekoracja tworzą fascynującą kompozycję. Budowa kosztowała 215 tys. rubli, a plac, na którym gmach powstał 120 tys rubli.  Waluta rosyjska stała wówczas mocno, bo w 1897 roku w Rosji przyjęto system waluty złotej, kursy walutowe były sztywne i wyrażano je w złocie. Powyższy system polegał na tym, że każdy pieniądz, czy to bilon czy banknot miał pokrycie i mógł być na złoto wymieniony (za: www.szpejankowski.eu).

Co ciekawe przedsięwzięcie sfinansowano w głównej mierze dzięki darowiznom ze strony członków Stowarzyszenia Techników Polskich, przekazywanych najczęściej w postaci materiałów budowlanych oraz wykonawstwa robót. Kolejne etapy szczegółowo relacjonowano na łamach kolejnych zeszytów „Przeglądu Technicznego”. Wiadomo więc na przykład, że kotły parowe i urządzenia grzewcze dostarczyła firma Fitzner i Gamper, urządzenia sanitarne dostarczyły firmy: Billich i Billig, Godlewski i S-ka oraz Szulc i S-ka, roboty malarskie wykonały firmy: J.Bőrger i S. Gerszewski oraz A. Strzałecki, a główne drzwi wejściowe, równie zachwycające jak to co zobaczymy po ich uchyleniu, dostarczyła firma F. Martens i Daab. Rzeźby Zygmunta Otto ozdobiły fasadę, niestety większość z nich uległa zniszczeniu, naprawiono natomiast kartusz na szczycie budynku, podtrzymywany przez kobiece postacie z napisem „ARTIBUS TECHNICIS MCMIV”. Wśród malowideł, których we wnętrzu nie odtworzono najbardziej imponująco przedstawiał się plafon na suficie głównej klatki schodowej, pędzla Bohusza Siestrzeńcewicza. Zatytułowany „Odrodzenie”, przedstawiał pochód ludzkości przez ogień rewolucji ku lepszej przyszłości.

Warszawska siedziba Naczelnej Organizacji Technicznej (NOT założono w 1945 roku), jak się potocznie mówi – Domu Technika, jest więc nie tylko cennym zabytkiem, ale również kroniką stu lat działalności polskich organizacji inżynieryjnych i firm związanych z technicznymi dziedzinami naszej gospodarki. Mnie imponuje także tym jak o realizacji całego przedsięwzięcia pro publico bono, informowano szeroką publiczność. To bowiem, mówiąc szczerze – i z rosyjska: мы должны признать с сожалением – pozostaje niedościgłym wzorem dla współczesnych polskich instytucji, zwłaszcza państwowych.


Więcej o przeszłości i współczesnym wykorzystaniu gmachu NOT: www.wdtnot.pl

Street Food – reaktywacja

Od zapiekanek przez Hot Dogi, kebab po turecku, syryjsku i w ramach „kuchni polskiej”, „chińszczyznę”, do samowystarczalnych Food Tracków z potrawami wszystkich niemal kuchni świata. Tak oto, w skrócie, można ująć ewolucję ulicznej gastronomii w Polsce na przestrzeni ostatnich 30 lat.

Otwarcie sezonu na uliczne posiłki otworzyła kulinarna impreza „Żarcie na kółkach” (www.facebook.com), zorganizowana już nie po raz pierwszy na błoniach Stadionu Narodowego w Warszawie. W ofercie dobrej setki Food Tracków rozstawionych w równoległej do Zielenieckiej, podstadionowej alei, dominowały burgery podawane na dziesiątki sposobów, w tym, zgodnie z trendem ostatnich lat – vege. Były reprezentowane wszystkie cieszące się u nas popularnością style gotowania, uprawiane na świecie – od włoskiej pizzy, leczo i gulaszu z Węgier, po meksykańską tortillę. Z mniej znanych specjałów były na przykład rybne i mięsne przekąski zaczerpnięte z kuchni portugalskiej. Dzięki mocnej reprezentacji smaków Azji, można było skosztować, pak-choi’ów, pad-thai’ów, zup pho i wielu dań w odcieniach: wietnamskim, tajskim, koreańskim, chińskim, a nawet japońskim.

Nie każdy staff był być może 100-procentowo przekonujący, ale nawet jeśli obsługa była jedynie międzynarodowym fusion w polskim wydaniu, to i tak nikt chyba nie czuł się zawiedziony wyborem. A ludzi… tłum! Lubelski Cydr wystawił dyskotekowy pojazd  z atrakcyjnymi blondynkami w bufecie i leżaki „twarzą do słońca”, nie mówiąc o zajęciu strategicznego miejsca akcji, na krańcu długiego rzędu stoisk, przy Rondzie Waszyngtona. Największy bodaj tłok był przy burgerach różnej maści, dzieci wsuwały najczęściej frytki z ketchupem, długa kolejka do lodów dowodziła, że naprawdę jest gorąco, a oblegana kuchnia węgierska, że – przynajmniej wielu z nas – lubimy się raczyć na ostro 🙂

Było fajnie, ludzi, jako się rzekło – mrowie. Dziwi mnie tylko, że ceny w Food Trackach nie są – przynajmniej w ten weekend były – dla zachęty – chociaż nieco niższe niż w niejednej restauracji na mieście, a jeszcze bardziej, że nikt nie serwował porcji degustacyjnych, tylko od razu pełne dania? No nic, może na tego typu akcje po prostu nie trafiłem, a może opłaty za miejscówki były tak wygórowane, że inaczej sprzedawcy nie wyszliby na swoje?! Sycąc zatem głównie oczy, nie zaś racząc podniebienie, wybór by czegoś skosztować padł na bliską memu sercu i żołądkowi kuchnię słowacką – na langoša z czerwoną kapustą i kaczą pieczenią (na zdjęciu otwierającym) oraz bryndzové halušky ze skwarkami – jak trzeba – ze słoninki, do popicia zaś Vinea, drugi obok Kofoli typowy dla współczesnej Słowacji napój z winogronowego soku rozcieńczonego lekko gazowaną wodą mineralną. Niezłe było.

Dobrú chuť! / Smacznego!

Przedwiośnie w Skaryszewskim

Ciekawe, czy Ignacy Jan Paderewski (1860-1941) był dumny z tego, że jego imię nosi tak wspaniały park, jak Skaryszewski. Bo, że na to zasłużył, ja przynajmniej, wątpliwości nie mam.

Wybitny pianista, mąż stanu z przypadku, przystojny mężczyzna, który robił wrażenie na kobietach i wielkoduszny, życzliwy dla otoczenia człowiek. Jego skromne popiersie wita wchodzących na teren Parku Skaryszewskiego od strony Ronda Waszyngtona. Bujna czupryna, taka jak na archiwalnych zdjęciach, znajduje rozwinięcie w konarach drzew. Popiersie pianisty zapowiada więc zarówno przyjemność ze spaceru wśród zieleni, jak z odkrywania ukrytych wśród niej skarbów sztuki. Park, w którego nazwie uczczono pamięć Paderewskiego jest oryginalną plenerową galerią rzeźby z okresu międzywojennego XX w. Tym ciekawszą, że usytuowane w kulminacyjnych punktach sieci alejek rzeźby oraz inne pomniki i tablice pamiątkowe, tworzą ciekawą kronikę niemal 100 minionych lat.

Alejki Parku Skaryszewskiego (im. Ignacego Jana Paderewskiego) przemierzam od dziecka. Biegałem tu jako berbeć, taplałem w wodzie pod wodospadem w grocie na porośniętej świerkami górce, jeździłem na łyżwach na lodowisku wylewanym niegdyś zimą na kortach, a jeszcze chętniej po taflach naturalnego lodu jaki skuwa zimą miejscowe stawy niemal do dna. Bawiły się tu także moje dzieci, a „społeczne towarzystwo ochrony wiewiórek” niejednokrotnie donosiło konnym patrolom policji, że mój pies… goni rudych mieszkańców parkowego gąszczu. Ma więc to miejsce dla mnie wartość nie tylko zabytkową, ale i sentymentalną. Z tym większą więc satysfakcją uczestniczyłem w marcowej wycieczce poprowadzonej przez Rafała Dąbrowieckiego „Park Skaryszewski od deski do deski”; zdjęcia powstały podczas tego właśnie spaceru (www.butempowawie.pl).

 

Park Skaryszewski powstał w 1905 roku na polach i łąkach dawnego majątku Skaryszew, według planów Franciszka Szaniora, architekta krajobrazu, projektanta wielu założeń parkowych w Warszawie przełomu XIX i XX wieku. Park Skaryszewski, zgodnie z założeniami twórcy, był wielkomiejską strefą zieleni służącą rekreacji i wypoczynkowi, z rozwiniętą siecią komunikacyjną, przystosowaną do ówczesnego ruchu pojazdów konnych. Zaprojektowane przez Szaniora stawy komponowały się z oprawą bogatej zieleni. Z inicjatywy autora nasypano wzgórza, utworzono sztuczny wodospad i rozarium. W 1929 nadano parkowi imię Jana Ignacego Paderewskiego. Ponieważ nie propagowano tego faktu w okresie PRL, w potocznym obiegu utrwaliła się pierwotna nazwa, nawiązująca do lokalizacji na terenie dóbr skaryszewskich. Dziś, Park Skaryszewski wraz z Kamionkowskimi Błoniami Elekcyjnymi (ta nazwa obowiązuje od 2012 roku; nawiązuje do faktu, że właśnie tu w 1573 roku odbyła się pierwsza wolna elekcja Rzeczypospolitej Szlacheckiej – szlachta obwołała królem Henryka Walezego) i Kanałem Wystawowym, łączącym je z Jeziorkami Gocławskimi, tworzy rozległą i zróżnicowaną krajobrazowo strefę zieleni w stolicy.

 

Ciekawostki, związane z parkowymi rzeźbami okresu międzywojennego XX wieku

Popiersie Paderewskiego witające od strony Ronda Waszyngtona wchodzących do Parku ufundowali Janina i Zbigniew Porczyńscy w 1988 roku. Odlew z brązu wykonał Stanisław Sikora (1911-2000; notka poświęcona artyście: www.desa.pl). Postument wykonano z szarego granitu. W latach 30. XX wieku planowano ustawienie pomnika Ignacego Jana Paderewskiego w parku jego imienia, lecz zniweczyła projekt, i – ostatecznie – pomnik słynnego pianisty ozdobił Park Ujazdowski. Powrót do przedwojennej koncepcji był możliwy dopiero w czasach głębokiej odwilży politycznej, pod koniec lat 80. XX wieku (biografia Ignacego Jana Paderewskiego w kategorii ‘muzyka’: www.culture.pl).

Modelką, którą uwiecznił Stefan Stanisław Jackowski (1887-1951) widoczną na otwierającym zdjęciu rzeźba „Tancerka”, była mieszkanka Saskiej Kępy, znana w dwudziestoleciu międzywojennym primabalerina, Halina Szmolcówna. Zajmowała z mężem, Grzegorzem Fitelbergiem (skrzypkiem, kompozytorem i dyrygentem), willę na Saskiej Kępie, przy Elsterskiej. Nad wejściem domu pod numerem 3. są wciąż amorki trzymające tarczę z jej monogramem H.S., ale na tablicy pamiątkowej wspomniano jedynie małżonka (więcej o jej biografii w wortalu teatralnym: www.e-teatr.pl; artykuł o Stefanie Stanisławie Jackowskim (1887-1951) w portalu: www.culture.pl).

Twórczość Olgi Niewskiej (1898-1943), autorki przepięknej rzeźby „Kapiąca się”, była bardzo zróżnicowana pod względem tematyki, skali, rodzaju i używanego materiału. Artystka sięgała po glinę, gips, brąz i inne metale, różnorodne gatunki kamienia, drewno, ceramikę, a nawet beton (obszerniejszy wpis poświęcono jej w portaluwww.culture.pl).

„Rytm” Henryka Kuny stał się manifestem działającej w Paryżu grupy artystycznej, która przyjęła nazwę od tytułu rzeźby. Historia „Rytmu” rozpoczęła się w 1922 roku, kiedy to powstała wymodelowana w hebanie pierwsza z jej czterech wersji. Zważywszy na materiał i technikę było to dzieło snycerskie. Posąg cieszył się tak dużym zainteresowaniem, że w 1923 roku Kuna stworzył dwie repliki odlane z brązu. Pierwsza ozdobiła dwa lata później polski pawilon na Wystawie Sztuk Dekoracyjnych w Paryżu (ekspozycja prezentująca główny nurt ówczesnej oficjalnej sztuki polskiej, zdobyła srebrny medal). Drugi posąg, sztukowany mosiądzem, przywieziono w 1929 roku do Polski i ustawiono w Parku Skaryszewskim, nad stawem, gdzie możemy go wciąż podziwiać. Ostatnią wersję posągu, artysta wykuł w 1925 roku z marmuru. Stanęła w holu ambasady RP w Paryżu (więcej o rzeźbiarzu w portalu: www.culture.pl).

Monument poświęcony Edwardowi Mandellowi House’owi związany jest z parkiem od 1932 roku, ale ten, który możemy oglądać nie jest dziełem przedwojennym. Oryginalna praca rzeźbiarza Franciszka Blacka stała zresztą gdzie indziej – w jednej z nisz parkowego murowanego ogrodzenia przy Zielenieckiej. Monument przetrwał II wojnę światową, ale za PRL-u, na początku lat 50., zdemontowano go bez większego rozgłosu,  bo był niepoprawny politycznie. Spiżowy odlew przetopiono, wykorzystując być może pozyskany materiał przy zdobieniu Pałacu Kultury i Nauki; miniaturowy odlew z brązu dzieła Blacka znajduje się w gmachu Kongresu USA. W 1989 roku padł pomysł odtworzenia pomnika. Wykorzystując przedwojenne fotografie, replikę stworzył Marian Konieczny, autor słynnej warszawskiej „Nike” (www.konieczny.art.pl). Odsłonięto ją na jednym ze skwerów w głębi parku, ale dopiero po przewrocie ustrojowym, w 1991 roku.

Jak w słynnym filmie Kim Ki-duka „Wiosna, lato, jesień, zima, i wiosna…”, fot. Paweł Wroński

Plan i opis Parku im. Ignacego Jana Paderewskiegowww.pragapld.waw.pl
Propozycje ciekawych spacerów po różnych zakątkach stolicy na fanpage’u ‘Butem po Warszawie‘: www.facebook.com oraz na stronie Rafała Dąbrowieckiego: www.butempowawie.pl