„Modern China” w Nowym Wilanowie

Wszystko zaczęło się od niepochlebnej opinii znanego kulinarnego recenzenta. Potem były wywiady z właścicielem i tłumaczenie niuansów chińskiej kuchni.

Historia Chin to historia wojny i głodu. Nauczyliśmy się zjadać praktycznie wszystko. To wynika też z wielkiego szacunku do zabijanego zwierzęcia. Staramy się każdą jego część wykorzystać i przygotować w smacznej formie” – mówił w odpowiedzi na zarzuty krytyka Chi Li, właściciel i szef kuchni chińskiej reaturacji. „Nie zamierzam fałszować tradycji, by dopasować się do gustów Polaków”- dodawał (cytuję za: www.metrowarszawa.gazeta.pl). Ale działo się to w epoce „China Garden”, jak nazywała się niegdyś chińska restauracja w Miasteczku Wilanów. Dziś – pod nowym szyldem – „Modern China”, lokal nie narzeka na brak klientów, których pozyskuje autentyzmem potraw, bazujących na tradycjach kulinarnych nadmorskiego regionu Jiangsu.

Budda czuwa w „Modern China” przy Kazachskiej 1, fot. Paweł Wroński

Chiny to ogromny kraj, a więc istna planeta smaków. W Modern China nie poznamy całej planety, a jedynie posmakujemy rodzinnego regionu właściciela. Jak sam mówi – kaczki po pekińsku w swoim lokalu nie podaje, bo zdaje sobie sprawę, że ani on ani jego kucharze z Jiangsu dobrze jej nie przygotują – „Nie pochodzi z regionu, który znamy”. Nie zasmakujemy tam też potraw polanych obficie sosem sojowym, jak się często zdarza w lokalach serwujących – tylko z nazwy – ‘azjatyckie’ potrawy. W Modern China nie zjemy też zeuropeizowanej chińszczyzny, bo ambicją pana Chi Li jest przybliżenie atmosfery konkretnego chińskiego regionu – jego rodzinnego Jiangsu.

Żeby ten zamysł podkreślić, zadbał o wystrój, zapraszając polską projektantkę wnętrz na miesięczną podróż po Chinach. W efekcie, podobnie jak menu, autentyczny wystrój przyciąga klientelę. Chińczycy pracujący w Warszawie ściągają na Kazachską 1, bo serwowane tu potrawy przypominają im smak ojczyzny. Kto Chiny odwiedzał lub jakkolwiek liznął kultury Państwa Środka, zagląda tu z niemniejszą przyjemnością. W menu pełnym różnorodnych dań znajdą coś dla siebie zarówno zwolennicy mięsnych potraw jak i zagorzali ich przeciwnicy (www.facebook.com).

Jesteśmy pierwszą restauracją chińską z kuchnią regionu Jiangsu. Z tego regionu pochodzą właściciele restauracji jak i kucharze co jest gwarancją jej oryginalności. W naszej kuchni potrawy przygotowywane są ze świeżych produktów, w profesjonalnych wokach, zawsze na zamówienie klienta.

Tak w portalu gdziezjesc.info reklamuje się chiński lokal z Wilanowa


Modern China (中国人家), Kazachska 1: www.facebook.com

O Modern China na blogach i w prasie:

Reklamy

Wilkoń dostępny przez Internet

Nowoczesna opcja – kontrowersyjna, ale chyba taka właśnie będzie przyszłość. Tym bardziej to ponętne, że laptop plus rzutnik równa się możliwości oglądania dzieła w dowolnie (niemal) dużej skali.

Wykorzystując tablet i artystycznie wyszkolony palec, mistrz ilustracji, rzeźb i plakatu, Józef Wilkoń stworzył 30 aktów. Wystawiono je w Radziejowicach, czyli tam gdzie inne dzieła mistrza zdobią już wcale udatnie rozległą przestrzeń parku.

Tyle, że dzięki współpracy Fundacji „Arka” im. Józefa Wilkonia i wyznaczającego nowe trendy portalu Rynek i Sztuka można radziejowicką wystawę obejrzeć nie wychodząc… z domu. Wystarczy wykorzystać następujący link: www.artekspozycje.rynekisztuka.pl.

Więcej o ekspozycji – zobaczcie i posłuchajcie! Film zaczerpnąłem z youtube’owskiego kanału Limited Edition – Galeria Sztuki Współczesnej (www.youtube.com).

Ja obejrzałem, posłuchałem. Teraz zaś, stoję przed iście szekspirowskim dylematem: Jechać? Nie jechać? Oto jest pytanie!

Na pociechę jeszcze jeden film z tego samego kanału, w którym artysta opowiada o swoim doświadczeniu z elektronicznym tworzeniem grafik – fajnie opowiada, serio!


Konsekwencją wirtualnego zwiedzania wystawy jest też to, że nie muszę się wysilać na własny tekst, bo organizatorzy zadbali, żeby już wszystko powiedzieć 🙂 W tej sytuacji, po prostu cytuję tekst z portalu www.artekspozycje.rynekisztuka.pl:

Akt w malarstwie Józefa Wilkonia to seria obrazów autorstwa Józefa Wilkonia stworzona przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii – zostały namalowane palcem na tablecie i wydane przez Galerię Limited Edition z Warszawy z okazji 89. urodzin Artysty jako grafika kolekcjonerska. Współorganizatorem projektu jest Dom Pracy Twórczej w Radziejowicach, gdzie można zobaczyć czasową ekspozycję tych niezwykłych prac.

W trakcie niniejszej wystawy zostanie zaprezentowanych 30 wyselekcjonowanych obiektów, które do tej pory nie były dostępne w sprzedaży. Prace te wydano w ekskluzywnej, sygnowanej i numerowanej ręcznie edycji limitowanej 5 sztuk. Obiekty zostały wydrukowane w technologii Digigraphie, na płótnie o wielkości 100 x 75 cm. Szlachetność materiału oraz technologia wydruku nadały tym wizerunkom ponadczasowego charakteru oraz trwałości, dzięki czemu zadowolą one najbardziej wybrednych kolekcjonerów.

Akt w malarstwie Józefa Wilkonia jest efektem trzeciej już współpracy artystycznej Mistrza i Galerii Limited Edition. W 2016 roku została wydana seria Elektroniczne Impresje Wilkonia, a w 2018 roku powstała seria unikatowych rzeźb w brązie pt. Brązy Wilkonia. Prace te są dostępne wyłącznie w Galerii Limited Edition.

Wystawę można oglądać w Nowym Domu Sztuki Pałacu w Radziejowicach (ul. Sienkiewicza 4), po wcześniejszym umówieniu telefonicznym oraz wirtualnie na limitededition.pl, w dniach od 13 lutego do 7 kwietnia 2019 roku.

TEKST KURATORSKI

Józef Wilkoń znany głównie jako ilustrator, rzeźbiarz zaskoczył wszystkich nawet siebie. Za temat swoich najnowszych prac przyjął przedstawienie kobiecego aktu.

Sześćdziesiąt lat temu jako pilny student Akademii Krakowskiej Wilkoń studiował rysunek aktu z modela, który był ważną częścią edukacji artystycznej.

Przez ponad pół wieku nie wracał do tematu, zajmując się głównie ilustracją książkową, po drodze rzeźbiąc wizerunki głównie zwierząt. Dzięki talentowi i pracowitości osiągnął na tym polu duży sukces. Przez lata stworzył swój wyrazisty, indywidualny styl artystyczny wypracowany za pomocą oszczędnych środków wyrazu popartych niezwykłą wyobraźnią. Mistrzowski rysunek Artysty, a także niezwykłe wyczucie koloru przysporzyły entuzjastów Jego twórczości w różnorodnych zakątkach świata. Po przejściu wielu etapów i licznych przemianach artystycznych Wilkoń palcem na tablecie tworzy cykl aktów kobiecych. I nie są to luźne rysunki układane do szuflady sobie, a muzom, ale prace z których sformowana będzie wystawa towarzysząca osiemdziesiątym dziewiątym urodzinom malarza.

Biegłość warsztatowa, śmiały rysunek, swoboda i mistrzostwo kreski kreują smukłe ciała kobiece pełne subtelnej zmysłowości. Sposób budowania formy, wypełnianie kształtów kolorem, operowanie światłem powodują iż czujemy ciepło i gładkość skóry malowanych postaci. Niektóre akty ukazane zostały w wielkim skrócie, nieomalże jak znak wyłaniający się z czarnego tła. Inne niepozbawione narracji i atrybutów dnia codziennego, zachwycają poetyką prostoty i harmonii. Są rodzajem autowidoków zapamiętanych przez twórcę. Nie do końca pozostają wytworem wyobraźni Artysty, mogą być z powodzeniem odbiciem sylwetek realnych kobiet mających spory wpływ na emocjonalne życie Józefa Wilkonia, który jak sam mówi, erotykę wiąże z boskim aktem stworzenia dalekim od grzesznych konotacji.

Patrząc na obrazy namalowane przez Wilkonia mamy wrażenie iż mamy do czynienia ze swoistym dialogiem Artysty z wizerunkami aktu na przestrzeni historii sztuki. W wilkoniowych aktach dźwięczy światło Caravaggia, Rembranta, Giorgione. Również w temacie i kolorycie znajdujemy analogię do kobiet malowanych przez Lucasa Cranacha „Trzy gracje”, Giorgione „Śpiąca Wenus”, czy Bouchera „Portret Marie-Luise”. Sposób przedstawienia wizerunków przywodzi również na myśl widza niezwykłe akty genialnego Amadeo Modiglianiego.

Pomimo tych widocznych analogii w sposobie przedstawienia, w postaciach kobiet stworzonych przez Wilkonia, na pierwszy rzut oka widać pewną rękę Artysty podejmującego szybkie decyzje malarskie, mistrza w budowaniu nastroju za pomocą światła i koloru, niezrównanego w rysunku.


Grafika i rysunki Kurkowskiego

Na ścianach galerii przy Działdowskiej tym razem zawisły grafiki, drzeworyty i linoryty Andrzeja Kurkowskiego. Skromna wystawa, już choćby dlatego, że tylko kilka prac przykuwa uwagę kolorem; dominuje czerń i biel, a wrażeniami widzów rządzi kreska.

Bogactwo motywów, wśród których najbardziej pasjonowały mnie te inspirowane Podhalem, fascynacja góralszczyzną, ikonowi święci i motywy żydowskie.

Portret Sabały narysowany przez Kurkowskiego, fot. Paweł Wrónski

Orygianlnym elementem wystawy był stolik w rogu, a na nim książki o pożółkłych kartkach, wyszperane w antykwariatach. Trafiły do galerii, bo to bohater wystawy  je ilustrował. Wśród nich pozycja przywołująca natychmiast wspomnienie dawnych lat, kiedy to zaczytywałem się w literaturze poświęconej Tatrom i w ogóle kulturze naszych górali – antologia „Gawędy Skalnego Podhala” w wyborze Włodziemierza Wnuka, wydana przez PAX.

Okładka antologii, ilustrowanej przez Andrzeja Kurkowskiego, fot. Paweł Wroński

W slajdowisko z wernisażu wmontowałem opinie o artyście i wystawie , zamieszczone przez gości w Księdze Pamiątkowej.

 

 


Andrzej Kurkowski urodził się 31 lipca 1927 r. w Częstochowie. W latach 1949–1954 studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, uzyskując absolutorium ze scenografii. Trzy kolejne lata kontynuował naukę na warszawskiej ASP, gdzie obronił dyplom w pracowni grafiki książkowej w 1958 r. u prof. Jana Marcina Szancera. Najczęściej posługiwał się tuszem, ołówkiem, olejem, temperą, akwarelą, a także technikami graficznymi: akwafortą, linorytem oraz suchą igłą.
Wystawiał swoje prace zarówno indywidualnie, jak i zbiorowo, głównie w Warszawie, ale także w Krakowie, Wrocławiu i Radomiu. Uczestniczył w imprezach artystycznych takich jak: Międzynarodowe Biennale Grafiki w Krakowie (1964) czy I Triennale Rysunku w Muzeum Śląskim we Wrocławiu (1965). W 1966 r. otrzymał wyróżnienie w konkursie Związku Polskich Artystów Plastyków za ilustracje do dzieł Bertolda Brechta. Prace te wzięły również udział w wydarzeniu „B. Brecht – Malerei, Graphik, Plastik zu seinem Werk”, odbywającym się w Deutsche Akademie der Künste w Berlinie tego samego roku.
Literatura i teatr to dziedziny, które najbardziej pasjonowały i inspirowały Kurkowskiego, często przenikając się wzajemnie w jego pracach. Od samego początku artysta ujawnił także doskonałe poczucie humoru i talent karykaturzysty. Natchnieniem dla jego sztuki była postać pisarza, rysownika i grafika Brunona Schulza, a także malarza symbolisty Witolda Wojtkiewicza. W ich twórczości fascynowało go wyrażanie osobistych doznań, uczuć i skrywanych pragnień.
W latach 60. i 70. zilustrował około dwudziestu książek wielu gatunków literackich m.in. bajki np. „Opowieść o starej karaweli” Ewy Szelburg-Zarembiny, powieści historyczne jak „Skazany na Wielkość” Marceliny Grabowskiej czy książki przygodowe np. „St. Ives, czyli Przygody francuskiego jeńca w Anglii” Roberta Louisa Stevensona. W jego dorobku nie zabrakło także ilustracji do największych światowych klasyków jak „Dama pikowa” i „Eugeniusz Oniegin” Aleksandra Puszkina. Miał umiejętność wczuwania się w akcję i stany emocjonalne bohaterów oraz perfekcyjnego uchwycenie charakteru danej opowieści.
Andrzej Kurkowski większość życia spędził w Warszawie. Zmarł 2 października 1994 roku. Dzięki jego niezapomnianym ilustracjom możemy przeżywać przygody bohaterów, śmiać się i płakać razem nimi…

Krótka biografia artysty – autor: Agnieszka Stróżyk (cytat za: www.skarbnicasztuki.com)

 


Fundacja Skarbnica Sztuki: www.skarbnicasztuki.com

Chińskie akcenty w Łazienkach

Aleja Chińska ze stylowymi pawilonami i oświetlona lampionami zdobi najpiękniejszy park Warszawy od 2014 roku. Jej powstanie nawiązuje do dziejów stosunków polsko-chińskich w wieloraki sposób.

Ogród Chiński w Łazienkach Królewskich, fot. Paweł Wroński

 

Koncepcja współczesnego Ogrodu Chińskiego opracowana została przez prof. Edwarda Bartmana i architekta Pawła Bartmana we współpracy z chińskimi architektami z Muzeum Księcia Gonga w Pekinie. Nowy Ogród Chiński otwarty został w 2014 roku jako część Ogrodu Królewskiego, by przypominać XVIII-wieczną modę na „chinoiserie”. W opinii dr. Andrzeja Michałowskiego, odpowiada on cechom „chinoiserie”  i charakterowi czasów Stanisława Augusta. Pawilon Chiński, symbolizujący pierwiastek męski, i ażurowa Altana Chińska, symbolizująca kobiecość, połączone zostały kamiennym mostkiem, który – jak podkreśla znawca architektury chińskiej, prof. Wang Hongbo – stanowi nawiązanie do drogi mlecznej.

 

Współczesna Aleja Chińska w Łazienkach jest przejawem fali mody na chińszczyznę, jaka od paru dekad przelewa się przez współczesną Europę. Moda, określana francuskim mianem chinoiserie, napłynęła na Stary Kontynent w latach 80. XVIII wieku. Jej echa dotarły do Polski w okresie rozbiorów, zachwycając Stanisława Augusta Poniatowskiego. Król, esteta i mecenas sztuki, sięgnął skwapliwie do egzotycznego kanonu piękna, wprowadzając do ukochanego parku dalekowschodnie elementy. Dawną drogę łączącą Zamek Ujazdowski z Pałacem w Wilanowie nazwał Aleją Chińską, a w 1784 roku, pod wpływem angielskiej szkoły ogrodniczej, na jej skrzyżowaniu z Promenadą Królewską w Parku Łazienkowskim kazał wznieść z kamieni i drewna Most Chiński. Ślady po nim odkryli archeologowie w 2012 roku. Już dawniej jednak wiedziano jak wyglądał, gdyż w kolekcji UW zachowały się przedstawiające go ryciny, a w petersburskim Ermitażu olejne płótno, ukazujące Most i Aleję. Nieopodal mostu, zaaranżowano na zlecenie króla Ogród Chiński, który nie przetrwał do naszych czasów. Zachowany na terenie parku odcinek Alei Chińskiej liczący 1200 m długości jest jedyną pozostałością królewskiego przedsięwzięcia.

Ogród Chiński w Łazienkach Królewskich, fot. Paweł Wroński

Drugi fakt jest niemal zupełnie nieznany, choć dotyczy czasów współczesnych, konkretnie epoki PRL. Związany z polityką, wykracza daleko poza wymiar estetyczny. Trzeba pamiętać, że na kontakty bilateralne po II wojnie światowej rzucały cień ideologiczne względy. PRL i ChRL były krajami bloku komunistycznego, ale ich relacje wymykały się bacznej kontroli ZSRR, oba bowiem kraje zbliżała chęć zachowania suwerenności. Ba, w 1956 roku Chiny zdecydowanie przeciwstawiły się planom radzieckiej interwencji zbrojnej w Polsce. Wizyta premiera Zhou Enlaia w Warszawie w styczniu 1957 roku była manifestacją przyjaźni pomiędzy rządami obu krajów. Z braku informacji, świadomość tych zdarzeń była w społeczeństwie znikoma. W latach 50. XX wieku Chiny popierały polskie inicjatywy rozbrojeniowe składane na forum ONZ. Kiedy zaś w 1955 roku w Chinach i USA pojawiła się wola rozmów, to właśnie strona polska stworzyła dyskretnie dogodne warunki do ich tajnego prowadzenia.

Pałac Myślewicki, to tutaj, w czasach zimnej wojny” toczyły się tzw.”nieme rozmowy” prowadzone przez dyplomatów chińskich z amerykańskimi, fot. Paweł Wroński

Ze względów ideologicznych nie można było tego przeprowadzić inaczej. Trudne rokowania, przerywane w okresach napięć między stronami, ciągnęły się do 1972 roku. Miejscem spotkań – odbyło się ich 136 – dyplomatów chińskich z amerykańskimi był Pałac Myślewicki w Łazienkach. Prowadzone rozmowy przeszły do historii pod nazwą niemych, ponieważ w obawie przed podsłuchem porozumiewano się, zapisując pytania i odpowiedzi na kartkach.

Usytuowanie Nowego Ogrodu Chińskiego – plan ze strony Muzeum Pałacu i Parku w Łazienkach Królewskich

Polityczne i ekonomiczne kulisy rewitalizacji Alei Chińskiej w Łazienkach
W październiku 2010 roku przedstawiciele Fundacji Sinopol poznali historię Alei Chińskiej, a dowiedziawszy się o planach wymiany nawierzchni parkowych alejek, zainicjowali projekt rewitalizacji, którego realizacja stała się możliwa dzięki dobrej chińsko-polskiej współpracy. Ideę wsparli zarówno ówczesny dyrektor Muzeum Łazienki Królewskie, jak i ambasadorowie obu krajów. Ambasador ChRL w Polsce dołożył przy tym starań, żeby zainteresować przedsięwzięciem członków chińskich delegacji wysokiego szczebla, które odwiedzały w tym czasie Polskę. W efekcie, w Chinach sprzyjały rewitalizacji tak wysoko postawione osobistości, jak: przewodniczący Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej Chin – Jia Qinglin, przewodniczący komisji ds. zagranicznych Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych – Li Zhaoxing, I wiceprzewodniczący Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych – Wang Zhaoguo, członek komitetu stałego Biura Politycznego Komitetu Centralnego KPCh – He Guoqiang,  minister spraw zagranicznych – Yang Jiechi oraz minister obrony narodowej – Liang Guanglie. Okazji do nadania dalszego biegu sprawie dostarczyła zbliżająca się wówczas wizyta prezydenta Bronisława Komorowskiego w Chinach. Prezes Sinopolu nakłonił wówczas do współpracy firmy zaangażowane w wymianę handlową między obu krajami: ze strony polskiej – KGHM Polską Miedź, z chińskiej – China Minmetals Corporation. Opracowany przez Sinopol budżet przedsięwzięcia sięgnął 5 mln złotych.

 

Łazienki Królewskie zajmują powierzchnię 76 ha. Ścieżki od głównej bramy w Alejach Ujazdowskich prowadzą do pomnika Fryderyka Chopina. Z tego powodu, odwiedzający Warszawę Chińczycy, nazywają Łazienki „Parkiem Chopina”.

 

Letni koncert chopinowski w Łazienkach, fot. Paweł Wroński

Aleja Chińska i Ogród Chiński w Łazienkach stanowią dziś barwną scenerię sesji fotograficznych dla nowożeńców, barwny cel wieczornych spacerów, a także przedmiot studiów dla słuchaczy takich kierunków jak architektura czy sinologia. To miejsce faktycznej chińsko-polskiej wymiany kulturowej.


Aleja Chińska w Łazienkachwww.lazienki-krolewskie.pl

Andrzej Kurkowski w Skarbnicy Sztuki

Pierwszy raz grafiki Andrzeja Kurkowskiego zobaczyłem w introligatorni. Spodobały mi się motywy z jego prac, zwłaszcza te inspirowane krajobrazem i architekturą Podtatrza.

Jeszcze w styczniu b.r., w Galerii Fundacji Skarbnica Sztuki w Warszawie będzie można obejrzeć ich więcej.

Prace Andrzeja Kurkowskiego w punkcie oprawy obrazów, fot. Paweł Wronski

Wernisaż Wystawy grafiki i rysunku Andrzeja Kurkowskiego odbędzie się 24 stycznia 2019 w Galerii Fundacji przy ul. Działdowskiej w Warszawie, a wystawę – po telefonicznym umówieniu się – będzie można oglądać do 14 lutego 2019. Będą nie tylko te, o których wspomniałem, ale również prace nawiązujące do „Skrzypka na dachu” i „Don Kichota”, wizerunki świętych oraz pejzaże, m.in. Wilna i okolic.  Z magazynów Fundacji, wyboru dzieł artysty dokonała kustosz wystawy, Agnieszka Stróżyk.

Andrzej Kurkowski – urodzony w Częstochowie w 1927 roku malarz i grafik, większość życia spędził w Warszawie, gdzie mieszkał i zmarł w 1994 roku. Był absolwentem krakowskiej ASP, na której studiował w latach 1949-1954 oraz jej warszawskiego odpowiednika, gdzie kontynuował studia w latach 1955-1958. Zajmował się malarstwem sztalugowym, rysunkiem i grafiką książkową. Zilustrował, m.in. „Opowieść o starej karaweli” Ewy Szelburg-Zarembiny, „Skazanego na Wielkość” Marceliny Grabowskiej, : „St. Ivesa, czyli Przygody francuskiego jeńca w Anglii” Roberta Louisa Stevensona, „Eugeniusza Oniegina” i „Damę Pikową” Aleksandra Puszkina oraz dzieła Bertolda Brechta.


Fundacja Skarbnica Sztuki: www.skarbnicasztuki.com oraz www.facebook.com

Wilkoń i Broda okołoświątecznie

Ilustracje Józefa Wilkonia fascynują mnie niepowtarzalnym wyczuciem i wrażliwością. Niezwykłe wydaje mi się także to, że uczucia jakimi emanują ludzie i zwierzęta z jego rysunków, wydobywane są tak prostymi z pozoru, chwytami. Talent niebywały.

Święty Mikołaj Józefa Wilkonia, fot. Paweł Wroński

Tym razem, tematyka wybranych na wystawę „Wilkoniowa kolęda” ilustracji, kręci się – zgodnie z tytułem wydarzenia – wokół tematów związanych ze Świętami Bożego Narodzenia.

Rysunki przenoszą nas do Jerozolimy sprzed dwóch tysiącleci, nie brakuje też europejskich, zimowych klimatów, stajenki, z której bije cudowne światło, wędrujących przez śnieg owiec, czy Świętego Mikołaja, którego z naiwną ciekawością, nierzadko też niecierpliwością oczekują dzieci.

Koncert w Służewskim Domu Kultury, jaki na wernisażu „Wilkoniowej kolędy” dał Joszko Broda, był fascynującą podróżą przez magiczne kręgi fascynacji muzyka, zwłaszcza obejmujące okołoświąteczne obyczaje kultywowane w rodzinnej Istebnej, wioski z polsko-morawskiego pogranicza w Beskidzie Śląskim. W fantastyczny, choć może trudny do wytłumaczenia sposób, światy wilkoniowych ilustracji i brodowej muzyki, doskonale ze sobą współbrzmiały.

 

Joszko Broda
(polski muzyk multiinstrumentalista, producent muzyczny i kompozytor)
Urodził się w 1972 roku, w Istebnej, wsi położonej w Beskidzie Śląskim. Od najmłodszych lat, podpatrując mistrzów muzyki źródłowej: ojca – muzyka Józefa Brodę, a także grającego na instrumentach beskidzkich Jana Sikorę „Gajdosza”, zdobywał niepowtarzalny warsztat gry na instrumentach ludowych (m.in. drumli, okarynie, fujarach – postnej, sałaskiej, pięciootworowej, sześciootworowej, rogach, trąbicie, skrzypcach, gajdach beskidzkich, kozie podhalańskiej, a także na tak niezwykłych, jak liść, słomka i trzcina). Już w wieku czterech lat zaczął u boku ojca koncertować w Polsce i za granicą. Dziś trudno zliczyć zagrane przez Joszka koncerty, odbyte tournée, współtworzone projekty i zespoły, przeprowadzone warsztaty artystyczne dla dzieci i młodzieży, wydane płyty, zdobyte nagrody. Swój sukces artystyczny Joszko zawdzięcza nie tylko talentowi muzycznemu i ogromnemu wysiłkowi włożonemu w doskonalenie swoich zdolności, ale przede wszystkim swojemu pochodzeniu, kulturze, w której się wychował. Muzyka źródłowa, która powstała w kręgu kulturowym Karpat, stanowi naturalne i wciąż bijące źródło inspiracji Joszka Brody.

Cytowany biogram zaczerpnąłem ze strony internetowej artysty

 

Joszko Broda z dziećmi – koncert na wernisażu wystawy ilustracji książkowych Józefa Wilkonia zatytułowanej „Wilkoniowa kolęda” (10 stycznia 2019, w Służewskim Domu Kultury), fot. Paweł Wroński

 

Józef Wilkoń (ur. 12 lutego 1930 w Bogucicach k. Wieliczki) – ilustrator, malarz, rzeźbiarz, twórca plakatów i scenografii teatralnych. Studiował malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie (dyplom 1955) oraz historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim (dyplom 1954). Zilustrował ponad 200 książek dla dzieci i dorosłych w kraju i za granicą, m.in. „Pan Tadeusz”, „Don Kichote”, „Księga Dżungli”.  Jest także autorem książek dla dzieci (m.in. „Kici kici miau”,  „Psie życie”,  „Wróbel na kuble”. Otrzymał wiele nagród i wyróżnień m.in. Deutsche Jugendliteraturpreis (1964), Nagrodę Państwową za Twórczość dla Dzieci (1974) oraz Nagrodę Ministra Kultury za całokształt Twórczości (2005). W roku 2010 został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz otrzymał Złote Berło Fundacji Kultury Polskiej. Wystawiał w wielu galeriach i muzeach świata. Od Centrum Pompidou (1989) poprzez Narodową Galerię Zachęta (2006, wystawa ta cieszyła się rekordową frekwencją), po Japonię i Koreę Południową. Jego prace znajdują się w licznych muzeach m. in. Muzeum Ilustracji w Moulin, we Francji, w Museum Ilustracji w Oshima, Azumino, Koruisaua w Japonii a także w Muzeum Literatury i Bibliotece Narodowej w Warszawie. Dzieła Józefa Wilkonia posiadają w swoich kolekcjach, galerie i kolekcjonerzy z pięciu kontynentów. Ostatnio, znaczący zbiór jego prac został nabyty przez Albus Galery z Korei Południowej. W 2014 roku otrzymał nagrodę Pary Prezydenckiej za wybitne osiągnięcia w twórczości dla dzieci i młodzieży. Z okazji jubileuszów 80. i 85. lecia Józef Wilkoń otrzymał Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W roku 2016 został uznany Człowiekiem Roku przez Magazyn Literacki „Książki”.

Biogram artysty jest cytatem ze strony Służewskiego Domu Kultury.

 

„Wilkoniowa kolęda” – wernisaż wystawy; Józef Wilkoń w towarzystwie szefowej Służewskiego Domu Kultury, Ewy Willmann, fot. Paweł Wroński

Jak wspomina na swoich łamach internetowych, Joszko Brodę fascynują egzotyczne instrumenty, takie jak: gitara, perkusja czy skrzypce, ale również te bardziej standardowe: drumla, fujara sałaśnikowa, trąba sałaska, fujarka postna, okaryna, liść, szofar, róg, ośmiostrunowa kobza czy altówka węgierska. Kilku z nich użył podczas koncertu w SDK. Jak zabrzmiały – posłuchajcie sami. Z tatą zaśpiewało troje z jego dziewięciorga dzieci.

Joszko Broda po koncercie (Służewski Dom Kultury, 10 stycznia 2019), fot. Paweł Wroński

W slajdowisku, które zamieściłem poniżej, jako tło dźwiękowa wykorzystałem tylko utwory instrumentalne, ale w ponad godzinnym programie muzycznym, Joszko Broda przedstawił całą istebniańską wersję kolędników, w których to pochodzie on sam, a teraz także jego dzieci, uczestniczą od lat. Z tym, że to już inna, a do tego dość długa, historia 🙂


Fundacja „Arka” im. Józefa Wilkoniawww.fundacjawilkonia.pl

Joszko Broda, jego rodzina i muzykawww.joszkobroda.pl

Służewski Dom Kultury (SDK, Warszawa, Jana Sebastiana Bacha 15): www.sdk.waw.pl

„Wilkoniowa kolęda” w RDC (wywiad z Wilkoniem z 9 stycznia 2019): www.rdc.pl

Czerwińsk nad Wisłą w Nowy Rok (2019)

To taka nasza ‘nowa świecka tradycja’ – wycieczka w Nowy Rok, gdzieś niedaleko – na bliskie Mazowsze. Na początek 2019 roku odwiedziliśmy z Edytą Czerwiński nad Wisłą.

Jest tam wspaniały, romański w zrębach zespół klasztorny. Jego pierwszych gospodarzy sprowadził biskup płocki Aleksander za panowania Bolesława Krzywoustego w 1124 roku. Upasożony przez mazowieckich Piastów klasztor, jest dziś w rękach salezjanów, którzy w 2023 roku będą obchodzić stulecie obecności w zabytkowym nadwiślańskim kompleksie.

 

Bazylikę wzniesiono jako dwuwieżowy kościół z kamienia w 1 połowie XII wieku. Została konsekrowana w 1161 roku. Mimo wielu przeróbek w okresie gotyku, renesansu i baroku, kościół zachował charakter romański; w latach 1903-1911 przeprowadzono gruntowną restaurację obiektu.

 

Historia kompleksu sięga roku 1155. Papież Hadriana IV zatwierdził budowę klasztoru dla kanoników regularnych (zakonu z benedyktyńskiego pnia). Hojnie obdarowywani przez książąt mazowieckich mnisi stali się wkrótce jednym z najpotężniejszych właścicieli feudalnych w nadwiślańskiej piastowskiej dzielnicy. Klasztor stał się słynny w związku z wydarzeniami w 1410 roku. Zatrzymał się w nim bowiem Jagiełło ciągnąc pod Grunwald, by się pomodlić wraz z wojskiem o powodzenie w wojnie z krzyżakami. Jak wiemy, to jemu Niebiosa sprzyjały. Śladem tych zdarzeń są szlify na romańskim portalu, jakie powstały gdy rycerstwo ostrzyło o nie ostrza mieczy.

 

Kanonicy regularni żyją zgodnie z Regułą św. Augustyna z Hippony, spisaną u schyłku IV stulecia. Praktykują posłuszeństwo, czystość i życie wspólne bez własności; są otwarci na wszelkie formy pracy w Kościele. 

Do Polski kanonicy regularni przybyli na przełomie XI i XII wieku. Powstały wówczas prepozytury m.in. w Trzemesznie, Czerwińsku nad Wisłą, we Wrocławiu – Kościół NMP na Piasku, Żaganiu, Kłodzku, Mstowie, Kaliszu. Trzeba jednak pamiętać, że do 1959 roku nie było jednolitego pod względem struktury zakonu kanoników regularnych; z reguły autorstwa św. Augustyna korzystały różne zgromadzenia.

 

Kolejnym powodem do chwały jest obraz Matki Boskiej Czerwińskiej uznany w w 1647 roku za cudowny. Przyczynił się do tego król Władysław IV, który modłił się tu wówczas o zdrowie. Odzyskawszy je pozostawił votum z napisem: „Bliski śmierci – otrzymał zdrowie”. Od niemal stu lat maryjnym sanktuarium opiekują się salezjanie. Od czasu do czasu, w scenerii jaką tworzą romańskie w zrębach mury klasztornego zespołu kręcone są filmy, choćby sceny do serialowej adaptacji powieści „Lalka”.

 

Obraz Matki Boskiej Czerwińskiej namalował Łukasz z Łowicza w 1612 roku na zlecenie kanoników regularnych laterańskich (zgromadzenia działającego formalnie od 1446 roku) – ówczesnych gospodarzy opactwa. Związki kanoników regularnych z kompleksem trwały do 1819 roku, kiedy to w zaborze rosyjskim dokonano kasaty zakonu. Równocześnie odebrano Czerwińskowi prawa miejskie.

 


Portal gminy Czerwińsk nad Wisłąwww.czerwinsk.pl
Kanonicy regularni laterańscy: www.kanonicy.pl
Reguła św. Augustyna: www.augustianie.pl
Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia: www.czerwinsk.salezjanie.pl
Salezjanie: www.salezjanie.pl

Świątynia i Centrum Opatrzności Bożej

Konstytucję majową uchwalił Sejm Wielki 3 maja 1791 roku. A dla uczczenia tego wydarzenia postanowiono wznieść świątynię dziękczynną. Realizacja deklaracji posłów uchwalonej 5 maja, nastąpiła dopiero 11 listopada 2016 roku. Na Nowym Wilanowie uroczyście zainaugurowano wówczas działalność Świątyni Opatrzności Bożej. Dwa lata później, w 100-lecie odzyskania niepodległości, wierni modlili się tam za pomyślność III Rzeczypospolitej.

Od deklaracji do jej realizacji inęło 225 lat! Dziejowe zawieruchy i postęp sprawiły, że w tak długim okresie, „testament” ojców historycznej polskiej konstytucji, nabierał wciąż nowych symbolicznych, w tym patriotycznych i niepodległościowych znaczeń, budząc także nierzadko ostre kontrowersje. Ostatecznie stanęła imponująca rozmachem i symboliką świątynia.

Wnętrze Świątyni Opatrzności Bożej na Nowym Wilanowie w Warszawie, fot. Paweł Wroński

Zamierzenie próbowano zrealizować jeszcze u progu epoki rozbiorowej. Dziękczynne votum za Konstytucję miało wtedy nosić nazwę „Świątyni Najwyższej Opatrzności”. A że stali za nim członkowie lóż masońskich pragnęli by było to otwarte dla wszystkich wyznań Rzeczypospolitej miejsce kultu. Pod auspicajmi króla powstało nawet wiele projektów, z których Stanisław August Poniatowski wybrał koncepcję centralnej budowli autorstwa Jakuba Kubickiego. Ba, z udziałem króla i wybitnych osobistości owych czasów wmurowano nawet w 1792 roku kamień wegielny, tam, gdzie dziś rozciągą się sąsiadujący z Łazienkami, Ogród Botaniczny UW. Kielnia i młotek używane podczas tej uroczystości znajdują się dziś w zbiorach Muzeum Czartoryskich w Krakowie. II Rozbiór Polski odsunął w czasie, a III całkowicie zniweczył ambitne plany.

Po odzyskaniu niepodległości, w 1921 roku wolą Sejmu Ustawodawczego powrócono do XVIII-wiecznej idei. Wyznaczono miejsce na Polu Mokotowskim i ogłoszono konkurs, z którego zwycięsko wyszedł projekt cenionego w międzywojniu architekta, Bohdana Pniewskiego. Przygotowanego w 1930 roku w duchu modernistycznym projektu świątyni nie udało się zrealizować bo wybuchła II wojna światowa.

Po raz trzeci do kwestii budowy Świątyni Opatrzności powracali w czasach komunistycznych prymasi August Hlond w 1946, Stefan Wyszyński w 1966 roku i Józef Glemp – po raz pierwszy w 1982 roku, proponując nawet przekształcenie w nią kościoła św. Aleksandra na Placu Trzech Krzyży.

Dopiero starania podjęte w 1989 roku uwieńczone zostały realizacją projektu, przygotowanego przez spółkę architektoniczną Wojciecha i Lecha Szymborskich. Ich koncepcja nawiązuje do idei przyświecających pomysłodawcom (za wyjątkiem ekumenicznego przesłania) oraz do powszechnej w katolickich budowalach skralnych symboliki Nieba i Ziemi. Rzut poziomy sprowadza się do prostych figur geometrycznych: koła – symbolu Nieba i Boga, kwadratu (lub prostokąta) – symbolu Ziemi, oraz krzyża – alegorii Chrystusa, którego duch łączy sacrum z profanum. Na kole i kwadracie opiera się także prototyp świątyni chrześcijańskiej opisany w Apokalipsie św. Jana. Koło i kwadrat na płaszczyźnie, a w przestrzeni sześcian i kula oraz ich wzajemne relacje konstytuują chrześcijańską świątynię. Sześcian nakryty półkulą to alegoria Niebios nad Ziemią.

 

Jak pisał na łamach „Gazety Wyborczej” Michał Wojtczuk w 2016 roku: „2 maja 1999 r. na terenie przeznaczonym pod budowę świątyni ustawiono i poświęcono krzyż. Trzy lata później wmurowano kamień węgielny. A właściwie trzy kamienie: z pierwszej budowy Świątyni Świętej Opatrzności Bożej z 1792 r., z warszawskiej katedry św. Jana Chrzciciela i z klasztoru w Częstochowie. Szukano jeszcze głazu, który został położony pod budowę świątyni w latach 30. Podobno klęczał na nim Tadeusz Kościuszko, kiedy modlił się przed bitwą pod Racławicami. Nie udało się go odnaleźć.”.

 

 

Świątynia Świętej Bożej Opatrzności została zaprojektowana na rzucie kwadratu, w który wpisano krzyż grecki (równoramienny) i rotundę (koło) nawy głównej. Nawę główną wytyczają filary ustawione po okręgu i zbiegające się w kopule. Układ pionowych filarów, rytm okien w tamburze rotundy i płaszczu kopuły jest konsekwentnym elementem wyrazu symbolizującym promienie Bożej Opatrzności. Światło wpadające przez zwornik kopuły i nawę główną do sepultorium (miejsce pochówku zasłużonych Polaków) to symbol Ducha Świętego. W bryle Świątyni na zamknięciu ramion krzyża zostały zaprojektowane cztery bramy – portale. Symbolizują one cztery drogi którymi Opatrzność prowadziła Polaków do wolności [Modlitwy, Cierpienia, Oręża i Kultury – przyp. P.W.].”.

 

Świątynia ma imponujące rozmiary – 75 m wysokości, a jej nawa o kolistej podstawie średnicę 68 m. Konstytuuje ją plan krzyża greckiego (równoramiennego) długości 84 m x 84 m. Posadzka nawy głównej liczy 1742 m² powierzchni, prezbiterium – 437 m². Pokrywają ją płyty z amerykańskiego marmuru Calacatta Lincoln. Pod posadzką natomiast ciągnie się sieć 11 km rur ogrzewania podpodłogowego. Posadzki w kaplicach bocznych wykonano z granitu strzegomskiego. W nawie głównej jest 1500 miejsc siedzących, a całe wnętrze może pomieścić 4 tys. wiernych. Wieść niesie, że koszty przedsięwzięcia przekroczyły 200 mln zł, przekraczając szokujące kwoty, jakie pochłonęło słynące z kiczowatych rozwiązań architektonicznych i dekoracji sanktuarium maryjne w Licheniu. 60 mln zł pochodziło z budżetu państwa (co zresztą wywowływało interpelacje poselskie, w związku z podejrzeniem, że z budżetu dofinansowuje się rzedsięwzięcie religijne, a to sprzeczne byłoby z konstytucją państwa świeckiego), resztę udało się zebrać od prywatnych darczyńców (od ponad 80 tys. osób prywatnych i firm). Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, najwięcej ofiarowała firma KGHM, która podarowała 30 ton miedzi na pokrycie kopuły i bram świątyni.

Zważywszy na kształt bryły oglądanej z zewnątrz, krytycy porównują gmach do „wyciskarki do cytryn”. Trzeba jednak przyznać, że żelbetowa konstrukcja wewnątrz sprawia lekkie i subtelne wrażenie. Nawa ma też znakomitą akustykę. Świątynia jest elementem Centrum Opatrzności Bożej, na które składa się także Muzeum Jana Pawła II i kardynała Stefana Wyszyńskiego oraz usytuowany w podziemiach Panteon Wielkich Polaków – miejsce pochówku wybitnych osobistości (m.in.: ksiądz-poeta Jan Twardowski, Krzysztof Skubiszewski, pierwszy minister spraw zagranicznych III Rzeczypospolitej, Ryszard Kaczorowski, ostatni prezydent RP na uchodźstwie).

Szopka bożonarodzeniowa z 2018 roku w bocznej kaplicy Świątyni Opatrzności Bożej, fot. Paweł Wroński

Świątynia Opatrzności Bożej (strony parafii na tzw. Nowym Wilanowie)www.parafiaopatrznoscibozej.pl
Idea i symbolika w architekturze Świątyni Opatrzności Bożej: www.parafiaopatrznoscibozej.pl/aktualnosci/
Centrum Opatrzności Bożej (witryna kompleksu muzealno-religijnego): www.centrumopatrznosci.pl

Warszawskie szopki bożonarodzeniowe

Po małym szopkowym rajdzie w pierwszy dzień Świąt, byliśmy nieco rozczarowani.

Niespodzianki nie było. U kapucynów, postacie z historii polskiego katolicyzmu kręcą się jak co roku. W katedrze są odwołania patriotyczne. Vis a vis kościoła garnizonowego uwagę dzieci przykuwają żywe baranki. Na Placu Szembeka, pomiędzy mszami, kościół był…  zamknięty.

Kreatywna szopka w kościele św. Anny przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, fot. Paweł Wroński

We wszystkich niemal odwiedzonych przez nas z Edytą świątyniach dominowały plastikowe Chrystusiki.

Trafiliśmy jednak na szopkę, której twórcy błysnęli kreatywnością – w kościele akademickim, czyli u św. Anny. I ta nam się najbardziej podobała. Niewykluczone, że także z powodu ciepłego skojarzenia z Jordankiem, w którym na zajęciach plastycznych z dziećmi szary papier do pakowania służy nader często za podstawowe tworzywo najprzeróżniejszych dekoracji. Grota u św. Anny była zrobiona właśnie z takiego papieru – skromnie, tanio, pomysłowo, efektownie!

 

Tradycja budowania bożonarodzeniowych szopek narodziła się w średniowieczu. Za inicjatora pierwszej uchodzi św. Franciszek z Asyżu, który w grudniu 1223 roku stworzył w Greccio (we włoskiej prowincji Rieti, w Umbrii) instalację, przedstawiającą wnętrze betlejemskiej stajenki. Jego towarzysze wcielili się w biblijne postacie, towarzyszyły im żywe zwierzęta.

W dzisiejszym Greccio w okresie świątecznym prezentowana jest wystawa szopek bożonarodzeniowych, pochodzących z różnych zakątków Italii. Na miejscu, gdzie w 1223 roku św. Franciszek zainscenizował pierwszą na świecie żywą szopkę bożonarodzeniową, znajduje się klasztor-sanktuarium, przypominający o tym historycznym ‘Betlejem’ (www.franciszkanie.pl).

 

Szopki szybko zyskały popularność i były naśladowane zarówno w wersji żywej z aktorami, jak i w formie instalacji. Jako ludowe przedstawienia świąteczne zyskały w Polsce miano jasełek i trafiły do wiejskich parafii dawnej Polski. We wnętrzach kościołów katolickich zagościły także na stałe, a odnogą tej tradycji jest konkurs małopolskich szopek organizowany w Krakowie, do którego co roku stają liczni twórcy ludowi.

Z czasem, obok akcentów stricte religijnych, w szopkach zaczęły się pojawiać nawiązania  do aktualnej sytuacji i – ku pokrzepieniu serc – do historii. Do tej właśnie tradycji nawiązuje szopka u kapucynów przy Miodowej w Warszawie. Kapucyni wywodzą się jako zakon z pnia franciszkańskiego, a ich świątynia i klasztor przy Miodowej były pierwszymi obiektami sakralnymi odbudowanymi po II wojnie światowej w stolicy, w 1946 roku. Wtedy też narodził się pomysł stworzenia szopki zrealizowany przez braci 3 lata później.

 

W 2019 roku ruchoma szopka u kapucynów będzie obchodzić 70-lecie.

 

Szopka przy kościele klasztornym kapucynów (Miodowa 13 w Warszawie), jest uruchamiana każdego roku w dniu 25 grudnia – w dzień Uroczystości Narodzenia Pańskiego , czyli mówiąc bardziej świeckim językiem – w pierwszy dzień Świąt.


Ruchoma szopka u kapucynów przy ul. Miodowej w stolicywww.kapucyni.warszawa.pl
Sanktuarium w Greccio w Umbrii: www.umbriafrancescosways.eu

Radonie, czyli dwór szczęśliwy

W II Rzeczypospolitej istniało około 16 tysięcy szlacheckich dworów. Do naszych czasów dotrwało zaledwie kilkaset, w większości – niestety – nadal zrujnowanych.

Dwór w Radoniach pochodzi z 1842 roku. Wzniósł go Piotr Folkierski, który założył ceniony później w majątku ceniony szeroko browar, fot. Paweł Wroński

Takim dramatycznym zestawieniem rozpoczyna się opis historii dworu w Radoniach nieopodal Grodziska Mazowieckiego. Dworu, który – co tu dużo mówić – miał sczęście, bo w 2005 roku tę historyczną ruinę nabyli ludzie, którzy przywrócili zabytek do życia.

W spisanej przez współczesnych właścicieli hitorii dworu czytamy m.in. ustęp poświęcony Piotrowi Folkierskiemu, do którego należał majątek i dwór w Radoniu w połowie XIX wieku: „Czas administracji Piotra Folkierskiego to czas rozkwitu Radoń. Wieś składa się wówczas z 18 domów i liczy 183 mieszkańców, a powierzchnia ziem w majątku wynosi 526 mórg – z czego ponad 70% to grunty orne. Powstaje osada fabryczna i młynarska z wiatrakiem oraz browar produkujący licencjonowane piwo bawarskie. W latach 1880-tych produkcja wynosi 17 000 wiader piwa, a obroty około 20 000 rubli.”.

Przedświąteczny kiermasz w dworze w Radoniach, fot. Paweł Wroński

Odgrzebują historię obiektu, gospodarze dzielą się nią w sieci, podobnie zresztą jak wnętrzami, w których na codzień działa stworzone przez nich Muzeum Historii Lokalnej. Okazjonalnie zaś organizują różnorodne imprezy. My, trafiliśmy tam, szukając ciekawych drobiazgów, bo w dworskich wnętrzach, gospodarze zorganizowali, zresztą już po raz czwarty, kiermasz przedświąteczny. Były wyroby artystyczne i domowej roboty smakołyki. Uczestnikami byli głównie artyści i wytwórczy produktów spożywczych z okolicy, ale do dworu zjechali nawet z odległego przecież Beskidu Niskiego, właściciele gospodarstwa agroturystycznego „Farfurnia” z Zawadki Rymanowskiej, by wystawić na sprzedaż swoje ceramiczne wyroby.

W Radoniach, 16 grudnia 2018, fot. Paweł Wroński

Nam spodobała się ceramika z pracowni „Mamula”, piernik lukrowany i nalewka na śliwkach. Przede wszystkim jednak zachwycił nas sam dwór, pięknie wybielony, otoczony parkiem ze stawami. Akurat sypnął pierwszy tej zimy poważniejszy śnieg. Tym bardziej więc dwór w Radoniach tchnął ciepłem i życiem.

Dziś trudno uwierzyć, że w 1998 roku w książce o dworach powiatu grodziskiego „Domy i Ludzie”, Marek Cabanowski tak opisywał radoński zabytek: Za każdą moją kolejną wizytą stopień dewastacji tej rezydencji był coraz większy. Dzisiaj okoliczni mieszkańcy wyłupują cegły ze ścian nośnych i rozbierają drewniane gonty na opał. Myślę, że obecne zniszczenia są nieodwracalne i pałacu nie da się już odbudować.” Wbrew jego pesymizmowi – udało się. „Nić tradycji snuje się dalej na kołowrotku teraźniejszości”.


Dwór w Radoniach (m.in. historia obiektu od czasu budowy czyli 1842 roku do czasu remontu obiektu w 2010): www.radoniedwor.pl

Przedświątecznie, multikulti w PROM-ie

Skrawek Polski, okolice Białegostoku, to niezwykły etniczno-religijny tygiel, w którym splatają się różnorodne wpływy, znajdując wciąż żywy wyraz w kulturze regionu.

Karolina Cicha w PROM-ie, fot. Paweł Wroński

Fascynacja spuścizną dawnej Polski, która w tym zakątku kraju jest wciąż żywa doprowadziło do nagrania płyty zatytułowanej „Jeden – Wiele”. Jak czytamy we wprowadzeniu na okładce krążka: „Wspólną cechą pieśni tu zebranych jest chwalba. Chwalba cicha, chwalba gwałtowna, chwalba skierowana na zewnątrz i do wewnątrz, mierzenie się człowieka z Sacrum, wyjście poza rzeczywistość świata przyrodzonego i próba ułożenia swojej relacji ze światem nadprzyrodzonym”.

Jako ilustracja i zachęta do słuchania płyty – nagranie z koncertu promującego krążek, jaki odbył się 9 grudnia 2018 roku w PROM-ie na Saskiej Kępie w Warszawie. A ponieważ to czas przedświąteczny – pieśń chrześcijańska „Kiedy ranne wstają zorze”, śpiewana także podczas szabasu przez Żydów na zapożyczoną od katolików melodię, pod tytułem „Lecha dodi” (co znaczy po hebrajsku (לכה דודי): „Przybywaj oblubienico”). Słowa XVIII-wiecznego poety Franciszka Karpińskiego, muzyka nieznanego z nazwiska kompozytora (na płycie przypisana błędnie Stanisławowi Moniuszce; w portalu staremelodie.pl jako autora muzyki podano Karola Kurpińskiego); pierwsze wykonanie pieśni miało miejsce w białostockiej farze w 1792 roku; na płycie oraz na koncercie grają i śpiewają: Karolina Cicha, Elżbieta Rojek, Karolina Matuszkiewicz i Mateusz Szemraj.

Słowa pieśni (za twórcami płyty „Jeden – Wiele”):

Kiedy ranne wstają zorze
Tobie ziemia, Tobie morze
Tobie śpiewa żywioł wszelki
Bądź pochwalon, Boże wielki.

A człowiek, który bez miary,
Obsypany Twémi dary,
Coś go stworzył i ocalił,
A czemużby Cię nie chwalił?

Ledwie oczy przetrzeć zdołam,
Wnet do mego Pana wołam,
Do mego Boga na Niebie,
I szukam Go wkoło siebie.

Wielu snem śmierci upadli,
Co się wczoraj spać pokładli,
My się jeszcze obudzili,
Byśmy Cię, Boże, chwalili.

W portalu www.staremelodie.pl cytowana jest jeszcze jedna zwrotka:

Boże, w Trójcy niepojęty,
Ojcze, Synu, Duchu święty, 
Tobie chwałę oddajemy, 
Byś nas poświęcił prosiémy.


www.karolinacicha.eu

Karolina Cicha w PROM-ie, z płytą „Jeden – Wiele”,  fot. Paweł Wroński

GRE i jubileusz „Skarbnicy Sztuki”

Pierwszą rocznicę działalności Fundacji „Skarbnica Sztuki” uświetnił wernisaż wystawy malarstwa Zbigniewa Gręziaka. Wystawa jego prac była 9. zorganizowaną w tak krótkim czasie przez Fundację Ewy i Pawła Boguta w Galerii przy Działdowskiej 8A w Warszawie.

Autor zaprezentowanych obrazów jest absolwentem Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Opracował autorską technikę oleju drapanego. Ma na koncie stworzenie Eliptosfery – obrazu otaczającego widza ze wszystkich stron. Ten aspekt jego twórczości przypomniała obecna na wernisażu, pani Danuta Węgrowska, która w latach 90. pełniła funkcję Naczelnika Wydziału Kultury w dzielnicy Warszawa-Wola.

Artysta nie pozostaje obojętny wobec otaczającej go rzeczywistości. Ba, komentując ją, nader często odnosi się do różnych zjawisk krytycznie. Widać to wyraźnie w dziełach takich jak: „Martwa natura z granatami”, „Propaganda”, „Zamiast skóry niedźwiedzia”. Zazwyczaj jednak, pozwala widzom szerokie pole do interpretacji, określając swoje obrazy mianem „Bez tytułu”.

Na wystawie w Galerii „Skarbnicy Sztuki”, Zbigniew Gręziak pokazał prace z lat 2015-2018, po raz pierwszy publicznie. „Tą wysatwą dodaję do mojej pracy nowe tematy – jestem na służbie. Na służbie, próbując skomentować rzeczywistość. Dlaczego? Bo rzeczywistość kąsa i nie pozwala koncentrować się na abstrakcji” – czytamy w wydanym przez Fundację katalogu słowa, którymi malarz podsumowuje swój aktualny dorobek.


Fundacja „Skarbnica Sztuki” w Interneciewww.skarbnicasztuki.com oraz fanpage: www.facebook.com

 

Poklatkowe animacje dzieci z Jordanka

Nie trzeba wcale filmowego studio, żeby się dobrze bawić. Poklatkowe animacje stworzyły dzieci, uczestniczące w warsztatach teatralnych w OPP1 Jordanek.

Sfotografowałem kolejne sceny iPhonem SE i złożyłem online’owym gifmakerem. Efekt? Jak niżej! Jeśli bardziej pomysłowo zaaranżujemy nasze jordankowe „studio filmowe”, zabawa „w animowane kino” będzie jeszcze lepsza.

Najdojrzalsza, jak dotąd, animacja powstała tuż przed Świętami. Wykonanie postaci, scenariusz i reżyseria : Maja, tym razem z asystentkami: Patrycją i Leną. Temat: jordankowo… świąteczny 🙂


OPP1 „Jordanek”: www.opp1.waw.pl

Warszawa i 10. rocznica hejnału

W dniu 22 listopada 2018, podczas uroczystego posiedzenia nowej Rady Warszawy, zaprzysiężono Rafała Trzaskowskiego na Prezydenta m.st. Warszawy. Został wybrany niemal pół milionem głosów mieszakńców stolicy!

Z tej okazji hejnał miasta. Melodię tę słyszymy każdego dnia o godz. 11:15 z wieży Zamku Królewskiego w Warszawie.

11:15 to symboliczny moment, bo w efekcie ostrzału niemieckiej artylerii, 17 września 1939 roku, o tej właśnie godzinie zegar na zamkowej wieży się zatrzymał. Tego dnia na miasto spadło około pięciu tysięcy pocisków! A był to tragiczny i trudny czas zarówno w dziejach kraju, jak i jego stolicy, ponieważ tego dnia, napadła na Polskę Armia Czerwona. Rosyjskiego ataku nie można nazwać inaczej niż napaścią, bo nastąpił bez wypowiedzenia wojny.

Kwadrans wcześniej, przed zatrzymaniem wskazówek zegara, o godzinie 11:00 Zamek Królewski stanął w płomieniach. Pełną dramatyzmu akcję ratunkową uwiecznili wówczas polscy filmowcy na osobiste zlecenie prezydenta stolicy, Stefana Starzyńskiego. Zniszczenia były ogromne, ale sojusznicy nie udzielili Polsce wsparcia, mimo, że w radiowym przemówieniu Starzyński apelował: Te ruiny i zgliszcza Warszawy uprawniają mnie dzisiaj, abym w imieniu tej ludności zwrócił się do rządów wielkiej Brytanii i Francji z zapytaniem – kiedy udzielą takiej pomocy Polsce, która pozwoli na odsunięcie czy przeciwdziałanie tym barbarzyńskim metodom, jakie są do nas stosowane”.

W 1944 roku, pod koniec trwającego 2 miesiące powstania warszawskiego, hitlerowcy wysadzili w powietrze zrujnowany w początkowej fazie wojny Zamek Królewski – symbol niepodległości Polski.

*

U schyłku XX wieku o warszawski hejnał zabiegał przez niemal dekadę Henryk Łagodzki, nieżyjący już żołnierz Armii Krajowej i powstaniec warszawski ze zgrupowania Chrobry II.  Jego starania uwieńczone zostały sukcesem. W 2008 roku postanowiono bowiem, że hejnał stołeczny będzie codziennie odgrywany na pamiątkę tamtych wydarzeń. Melodię granego przez trębacza hejnału, w 1995 roku, kompozytor – profesor Zbigniew Bagiński z warszawskiej Akademii Muzycznej – oparł na motywach „Warszawianki” i „Marszu Mokotowa”.

 

Hejnał odgrywany jest na trzy strony świata, z pominięciem wschodniej. Nie jest to jednak żaden symboliczny gest. Dzieje się tak z prozaicznego powodu. Mianowicie, wieża zegarowa Zamku Królewskiego ma tylko trzy okna. Symboliczny jest natomiast trójdzielny układ kompozycji, który – zgodnie z intencją kompozytora, nawiązuje do historycznych wartości patriotycznych, wyrażanych słowami: „Bóg – Honor – Ojczyzna”.

 

Korzystając z okazji, nowemu Prezydentowi m.st. Warszawy, Rafałowi Trzaskowskiemu życzę, żeby jego prezydentura rozpoczynająca się w szczególnym roku, bo jubileuszowym – 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości, 100-lecie nadania prawa wyborczego (czynnego i biernego), kobietom (w czym wyprzedziliśmy o bez małą dwie dekady Francję – kolebkę feminizmu) oraz 10-lecia odgrywania hejnału w stolicy, zapisała się w dziejach miasta i kraju chwalebnie!

 

 


O wprowadzeniu hejnału w 2008 roku w oficjalnym portalu stolicywww.um.warszawa.pl

Sto lat temu Polki uzyskały prawa wyborcze. „Ruch ten nowy witamy ze szczerą radością” / artykuł pod takim tytułem, w portalu: www.wiadomosci.gazeta.pl

Akcenty i zgrzyty 100 lecia Niepodległej

Od Bałtyku po Tatry, od doliny Odry po Bug odbywały się w Polsce parady, marsze, biegi stulecia i przeróżne happeningi, festyny sportowe i rodzinne. Posypały się życzenia pomyślności i gratulacje z całego świata, choć najwyższej rangi politycy pojechali jak jeden mąż do Paryża, aby świętować 100. rocznicę zakończenia I wojny światowej.

W Dubaju na biało-czerwono podświetlono najwyższy budynek świata, w Budapeszcie udekorowano naszymi flagami Most Łańcuchowy. Piękną zapowiedź polskiego Dnia Niepodległości przygotowała tajwańska telewizja FTV Global News.

Litewskie lokomotywy wytrąbiły Mazurka Dąbrowskiego. To był miły i pomysłowy gest.

W kraju też się wiele działo. Na Kopcu Kościuszki w Krakowie pojawiła się biało czerwona flaga, a przepiękne zdjęcie Kopca, wyłaniającego się z mgły obiegło Internet. Flagi załopotały choćby na krzyżu na Giewoncie. Gdzieś ktoś skakał 100 razy na motorze, a gdzie indziej wykonano 100 skoków na spadochronie… Były oczywiście koncerty, składanie wieńców, przemówienia… Na Youtubie pojawił się krótki film z krajobrazami z naszego kraju, do którego narracji użyczył głosu Piotr Fronczewski, czytając wiersz Wisławy Szymborskiej „Gawęda o miłości do ziemi ojczystej” (za tym projektem stało PKP Intercity), a Polska Fundacja Narodowa przygotowała spot z udziałem Mela Gibsona.

W tym ostatnim spocie – nie wiadomo jedynie po co – usunięto z wizji PKiN. Cóż, pamiątka PRL-u budzi tak ogromne emocje i wciąż pojawiają się absurdalne żądania zburzenia budynku, że można zrozumieć powody tego infantylnego posunięcia. Andrzej Duda nie raczył też powitać Donalda Tuska, najwyższego i prawdę mówiąc – jako przewodniczącego Rady Europy – jedynego tak wysokiej rangi gościa oficjalnych uroczystości. Uprzedzenia członków PiS w stosunku do UE i jej przedstawicieli (zwłaszcza o polskim opozycyjnym rodowodzie), są tak silne, że tego typu faux pas nawet tak bardzo nie dziwi.

Kościół Wizytek w Warszawie przy Krakowskim Przedmieściu ze skromną dekoracją rocznicową, wieńce i kwiaty pod pomnikeim Prymasa Tysiąclecia, kardynała Stefana Wyszyńskiego, fot. Paweł Wroński

Przy odrobinie dobrej woli, byłaby więc rzeczywiście cała Polska zjednoczona wokół radosnego święta, gdyby nie przyzwolenie partii rządzącej na udział neofaszystów. Dali o sobie znać we Wrocławiu (było ich tam około 9 tys.), i – oczywiście – w Warszawie; w stolicy ze zrozumiałych względów najgłośniej (towarzyszyli im goście z takich organizacji jak Forza Nuova z Włoch). W tym synkretycznym marszu, uznanym oficjalnie za ‘Marsz Niepodległości’ wzięło – jak szacuje policja – ponad 200 tys. osób. W haniebnych okrzykach świadczących o nacjonaliźmie i nienawiści do innych, członkowie partii rządzącej nie dostrzegają nic szczególnego, a postulaty delegalizacji ONR kwitują stwierdzeniem, że jeśli ktoś tego żąda, to powinien żądać także delegalizacji ruchów takich jak Obywatele RP (zgodnie ze specyficznie pojmowaną zasadą symetryczności).

Może spuszczenie zasłony milczenia nad całą tą sprawą byłoby do przyjęcia – ponoć policja ściga winnych incydentów takich jak pobicia, rzucanie racami, czy – co ujmuje już wszystkim Polakom – spalenie unijnej flagi. Niestety, władze, tłumacząc, że czyniono to w dobrej wierze, negocjowały z ONR jak ma wyglądać marsz w Warszawie (szczegóły ustaleń nie są znane), aż wreszcie – ku zdziwiedniu opinii publicznej w kraju i na świecie – przedstawiciele władz RP przyłączyli się do marszu. Wprawdzie przeszli nieco wcześniej przez Most Poniatowskiego, otoczeni szczelnie wojskiem (sic!), a potem szybko spod Stadionu Narodowego odjechali, czego by nie mówić, wyglądało to na ucieczkę. Tylko nie wiadomo przed kim: narodowcami, obywatelami w ogóle, czy demonami, które budzą?