Ukraina – wieczór kawalerski we Lwowie

Pewien znajomy z generacji moich dorosłych dzieci spytał, co za atrakcje mógłbym mu polecić we Lwowie na wieczór kawalerski. Świetny pomysł  – przyklasnąłem. Mnóstwo możliwości, dojazd prosty,  a koszty niewygórowane, o ile tylko zachowacie odrobinę przytomności.

Na lwowskim starym mieście i w niewielkiej od niego odległości działa mnóstwo lokali, w których ani się obejrzycie, jak wieczór przeminie. Nawet o nieco perwersyjnej – rzecz jasna – traktowanej z przymrużeniem oka, ofercie.

Trzeba oddać sprawiedliwość - mięsa nie brakuje (grill restauracji Mięso i Sprawiedliwość), fot. Paweł Wroński
Trzeba oddać sprawiedliwość – mięsa nie brakuje (grill restauracji Mięso i Sprawiedliwość), fot. Paweł Wroński

Smacznie i pomysłowo
Zacznijmy od Мазох cafe. Tak, tak nazwa nie jest przypadkowa, a skojarzenie z masochizmem jak najbardziej trafne. Na ulicy przed wejściem  wita przybyłych figura pana Leopolda Sacher-Masocha. Pisarza i mieszkańca Lwowa, którego powieści zyskały sobie w XIX-wiecznej Europie rzesze fanów. U ich bohaterów, odnajdujących rozkosz w odczuwaniu bólu, austriacki psychiatra Richard von Krafft-Ebing odnalazł tak wiele symptomów dewiacji, którą się właśnie zajmował, że w 1886 r. nazwał ją masochizmem. Wejście do lokalu mieszczącego się przy ulicy Serbskiej 7, w kształcie karykaturalnie powiększonej dziurki od klucza, nie pozostawia wątpliwości, że zaprasza do mrocznej sfery ludzkiego jestestwa. Ściany wewnątrz zdobią cytaty z powieści Masocha, a przez dźwięki muzyki przedzierają się okrzyki smaganych – na własne życzenie – biczem czy pobrzękiwanie łańcuchami tych, których posłuszna ich życzeniom obsługa przykuła do żelaznych siedzisk.

Można też oddać się w ręce kata. Bez obaw, w restauracji o oryginalnej nazwie: Грильова Ресторація М’яса та Справедливости (Mięso i sprawiedliwość) niczego się nie straci. Jeśli już, to przeciwnie – zyska. Zwłaszcza na wadze, bo specjalnością są dania z grilla. Obfite porcje, do których zamawiania zachęca kat lwowski we własnej osobie, a które przygotowują jego pomocnicy. Nawiązanie historyczne wynika z miejsca, w którym lokal usytuowano. Przy obronnych murach Lwowa, w dawnym arsenale, przy Wałowej 20.

W kontekście kawalerskiego wieczoru oferującej potrawy-afrodyzjaki restauracji Казановa (Casanova) raczej nie polecam. Co innego Трапезна, która jest częścią szerszego artystycznego przedsięwzięcia – Музей Ідей (Muzeum Pomysłów), przy Wałowej 18, w dawnym klasztorze Bernardynów. Odbywają się tam wernisaże i koncerty, a ogródek z telebimem zamienia się często w plenerowe kino.

Wieczór-kawalerski_5304
Browar lwowski, fot. Paweł Wroński

Na początek standardowo
Inne jeszcze możliwości daje wizyta we lwowskim browarze, który zapisał wspaniałą kartę w dziejach europejskiego piwowarstwa. Działa od 1715 r. Szeroko poza granicami Ukrainy cieszy się sławą wyrabiane w nim piwo „Lwowskie”. Browar zajmuje pojezuicki kompleks na Krakowskim Przedmieściu. A z jego pierwszym menedżerem, Robertem Domsem i piękną Zosią, która ponoć tak szefowi dobrze piwo podawała, że została jego żoną, wiąże się powtarzana do dziś romantyczna historia. Z wielkoprzemysłową produkcją konkurują smakiem piwa z minibrowaru Kumpel (na starówce są dwa ich lokale). Znakomite chmielowe trunki świetnie komponują się z potrawami z Zachodniej Ukrainy, zwłaszcza bazującymi na owczym serze, przygotowanymi według receptur karpackich górali – Hucułów i Bojków.

Zdaję sobie sprawę, że wizyty w browarze lub minibrowarach to na kawalerski wieczór za mało. Chyba że jako preludium do dłuższej zabawy w jednym z klubów, których liczba we Lwowie jest doprawdy imponująca. Rozbrzmiewają one muzyką do białego rana, a obsługa włada sprawnie obcymi językami, w tym polskim. Tak jak w klubie Metro (pełna nazwa: Міжнародний Молодіжний Розважальний Комплекс „Метро”) przy Zielonej 14, reklamującym się sloganem „Fun for Every One”. Jest największą lwowską dyskoteką z kilkoma barami i restauracją, parkietami pod dachem i na wolnym powietrzu. Tuż obok lwowskiego uniwersytetu, przy alei Czornowoła 2, mieści się Міленіум (Millenium). Dojście do niego spod Lwowskiej Opery zajmie nie więcej niż 10 minut. Słynie z trzech tanecznych hal i bogatego repertuaru muzycznego, w którym obok house i techno jest także ukraiński pop. Sąsiedztwo Uniwersytetu i niewygórowane ceny w restauracji Motorna Diwka przyciągają studentów oraz backpackersów z całego świata.

Można też zażyć emocji, zabawę łącząc z grą w bilard. Najwięcej stołów oferuje Занзібар przy Lipińskiego 36. Czynny jest do ostatniego klienta, a wstęp jest wolny. Alternatywą są popularne w lwowskich klubach sale do gry w pokera (choćby MI100, Split Club). Zalecałbym jednak ostrożność, gdyż – jak nie ukrywają gospodarze – to w sam raz dla ludzi, którzy lubią przepuścić trochę gotówki.

Wieczór-kawalerski_5816
Klubów i dyskotek we Lwowie nie brakuje, fot. Paweł Wroński

Dla odzyskania formy
Po szaleństwach nocy dobrze jest się wyspać, a potem trochę poruszać. Na jogging polecam Zamkowe Wzgórze. Spiralna aleja prowadzi na wysoki kurhan, z którego roztacza się wspaniała panorama starego Lwowa. Wystarczy też nie więcej niż 20 minut jazdy tramwajem nr 7, żeby z centrum dostać się do Gaju Szewczenki. Ten piękny park rozpościera się na wzgórzach wyrastających nieco na wschód od centrum. A jego kluczową atrakcją jest skansen – Muzeum Narodowej Architektury i Życia Codziennego Zachodniej Ukrainy. Ścieżki między sektorami pokonują głębokie jary i wspinają się stromo po zalesionych stokach. Cudowne miejsce do biegania albo na dłuższy spacer. Wytchnienie znajdziecie w kozackim chutorze – postrzelacie z łuku, skosztujecie tradycyjnych smakołyków, popijając je chlebowym kwasem, i to nie takim z butelki, ale domowej roboty.

Nieco mniej aktywnie, za to z pewnością interesująco, czas minie wam na oryginalnej wycieczce, jaką oferuje kompania Kumpel Tour. Pomysłodawcą, a często też prowadzącym jest na nich Ihor Lylo, historyk sztuki, zakochany w rodzinnym mieście. O Lwowie pisze i opowiada. A że pracą naukową związany jest również z Uniwersytetem Jagiellońskim, biegle mówi po polsku. Ihor, a jego wzorem i inni przewodnicy, krążą z chętnymi po zakamarkach starego Lwowa nocą, zapuszczając się do historycznych piwnic. Jednak w weekend, a zwłaszcza w dzień lepsza wydaje mi się trasa po lwowskich dachach. Po takich, na które normalnie się nie wchodzi, a z których widoki na Lwów są najciekawsze – dachach hoteli, banków i prywatnych kamienic, na które wyjeżdża się windami, nierzadko takimi, które same w sobie mają barwną historię.

– Nie zapominaj też proszę, że we Lwowie podają wspaniałą kawę – rozwijałem pomysły. Tradycja palenia kawy sięga XVII w. i wiedeńskiej wiktorii Jana Sobieskiego. Bo to ze Lwowa pochodził Ignacy Kulczycki. Prowadził interesy z Turkami, znał ich język i obyczaje. Ziarna kawy znalezione w namiotach Kara Mustafy wykorzystał w ten sposób, że otworzył w Wiedniu jedną z dwóch pierwszych kawiarni. Gdy 100 lat później, po rozbiorach, Lwów stał się stolicą Galicji, kawiarnie się rozpowszechniły. Tradycja jest kultywowana. W 2013 r. Kulczyckiemu wystawiono nawet pomnik na placu Daniela Halickiego.

Jedno tylko widzę zagrożenie – zakończyłem. W oczach znajomego pojawił się niepokój. – Lwowianki są bardzo ładne, więc twoja narzeczona może być zaniepokojona! Może lepiej pomyśl, czy zamiast kawalerskiego wieczoru nie spędzić tam weekendu we dwoje…

Wieczór-kawalerski_5042
Rano lepiej wsiąść do tramwaju, fot. Paweł Wroński

INFO
* Najprostszy dojazd do Lwowa autobusami PKS Polonus. Dogodnie na weekend – wyjazd z Warszawy w piątek o 1830. U celu, w sobotę o 630. Kursy powrotne: wyjazd w niedzielę o 2020; przyjazd do Warszawy o 545. Bilety od 60 zł w jedną stronę. http://pkspolonus.pl/
** We Lwowie jest mnóstwo hoteli. Polecam Ekotel. Przyjemny, nowoczesny, korzystnie usytuowany przy ul. Akademika Andriya Sakharova 42. Ceny niewygórowane – od 110 hrywien od osoby (1 UAH – 0,15 PLN). Chętnie przyjmują grupy. http://hotel-ekotel.lviv.ua/pl


Materiał publikowany w magazynie „Świat Podróże Kultura” w numerze kwiecień-maj 2016.

Reklamy

Ukraina / Lwów – idealny na weekend

Miasto o bogatej przeszłości, z zabytkami różnych kultur, narodowości i religii. Świetnie skomunikowane, zwłaszcza z centralną i południowo wschodnią Polską. A hrywna ma w tej chwili tak korzystny przelicznik, że spędzając przyjemnie czas, nie zrujnujemy budżetu.

A dodać wypada, że większość miejsc, którymi interesują się turyści znajduje się w zasięgu piechura, jest dostępna tramwajem lub w nie więcej niż kwadrans – taxi.

Lwów, wnętrze katedry rzymskokatolickiej, fot. Paweł Wroński
Lwów, fot. Paweł Wroński

Wachlarz możliwości

Przed melomanami otwiera podwoje gmach Lwowskiej Opery. Budowla jest jedną z wizytówek zachodnioukraińskiej metropolii. Jej fronton zdobią płaskorzeźby obrazujące sens ludzkiego życia. Wnętrza zachwycają bogatą dekoracją. Zaś pod względem akustyki, teatr wymieniany jest wśród najlepszych na świecie. Kto hołduje innym gustom, ma we Lwowie tak szeroki wybór klubów, dyskotek i restauracji, że zagospodarują wieczory niejednego weekendu, i tak wszystkich nie odwiedzi. Sentymentalni znajdą tu ślady wielowiekowych związków z Polską. Nie tylko na Cmentarzu Łyczakowskim, ale niemal na każdym kroku, w zaułkach Starego Miasta, we wnętrzach i na fasadach świątyń. Kto woli oddychać pełną piersią podejmie wysiłek i wspiąwszy się zamkowe wzgórze, będzie podziwiać panoramę miasta z wieżami kościołów i cerkwi. Albo wybierze się ‘siódemką’ do skansenu w Gaju Szewczenki. W rozległym parku kryją się cerkwie i chałupy z Zachodniej Ukrainy. Poza tym, niemal każdego miesiąca we Lwowie organizowany jest jakiś festiwal, bo w ciągu roku w mieście odbywa się około setki, nierzadko międzynarodowych imprez.

Lwów, gmach Teatru Opery i Baletu, fot. Paweł Wroński
Lwów, gmach Teatru Opery i Baletu, fot. Paweł Wroński

Mozaika smaków

W europejskiej historii smaku, miasto odegrało niepoślednią rolę. A to za sprawą Jerzego Kulczyckiego, kupca lwowskiego, który w 1863 roku pod Wiedniem służył w polskiej armii jako tłumacz. Tylko on wiedział jak wykorzystać znalezione w obozie Kara Mustafy ziarna i założył jedną z pierwszych kawiarni w Wiedniu. Tradycje parzenia dobrej kawy są we Lwowie pieczołowicie kultywowane. Na elewacji kamienicy przy Serbskiej widać niecodzienną konstrukcję – fragment linii produkcyjnej mieszczącej się we wnętrzach Lwowskiej Manufaktury Czekolady. Lady firmowego sklepu uginają się od pralinek. Furorę robią figurki Putina z białej i mlecznej czekolady. Na kolejnych kondygnacjach, dostępnych skrzypiącymi drewnianymi schodami, można wypić filiżankę gęstej czekolady. Na peryferiach miasta wznosi się natomiast wielkoprzemysłowy browar działający nieprzerwanie od 1715 roku. Konkuruje z nim smakiem (bo wielkością produkcji równać się nie może), minibrowar Kumpel, w którego lokalach można skosztować znakomitych piw zajadając się potrawami przygotowanymi wedle tradycyjnych lwowskich i ludowych receptur.

Lwowska Manufaktura Czekolady, fot. Paweł Wroński
Lwowska Manufaktura Czekolady, fot. Paweł Wroński

Niebanalna pamiątka

Można oczywiście oddawać się zakupom, zwłaszcza w kryjącym liczne sklepy „Magnusie”. Wznosi się nieopodal Lwowskiej Opery przy Szpitalnej. Z żelbetonowym szkieletem i wielkimi taflami przeszklonych okien uchodził w chwili powstania w 1912 roku za jeden z awangardowych budynków europejskich. Po pieriestrojce przywrócono mu świetność z inicjatywy, i za pieniądze polskich biznesmenów. Tylko tam można zobaczyć co najbardziej kusi współczesne lwowianki. Bardziej jednak adekwatną do weekendowej wycieczki pamiątkę znajdziemy na nazywanym dawniej barachołką rzemieślniczym targowisku przy placu Ziarnowym. To także nieopodal Opery. Na tamtejszych straganach znajdziemy laleczki, które robi się motając nici na patyku. Ubrane na ludowo, zamiast ust, oczu i nosa, mają zawsze skrzyżowane paski krajki, fragmenty haftu albo wyrysowane węglem kreski. Uważano bowiem, że laleczka z twarzą uzyska tożsamość, skupi na własnych życzeniach i wchłonie duszę właściciela. Motanki bez twarzy – przynoszą szczęście!

Motanki z barachołki, fot. Paweł Wroński
Motanki z barachołki, fot. Paweł Wroński

Materiał publikowany na łamach magazynu „Świat Podróże Kultura” w numerze sierpień-wrzesień 2015.

Ukraina – Lwów na weekend

Historia i współczesność tworzą we Lwowie oryginalny kolaż. Atmosfery dawnej Galicji i współczesnych europejskich trendów. Żeby się w tym rozsmakować, weekend wystarczy. Na głębsze poznanie raczej nie ma co liczyć. Jednak nie ma się co martwić niedosytem. Lwów leży przecież tak blisko naszych granic, że wizytę łatwo powtórzyć.

SOBOTA
Lwów przywitał mnie turkotem tramwajów i krokami nielicznych jeszcze przechodniów. Była 7 rano, więc weekend dopiero się zaczynał gdy wysiadłem z autobusu Polonusa przy dworcu kolejowym. W kilka minut dotarłem spacerem do przyjemnego hotelu „Irena” (ul. Storożenka 21; www.irenahotel.com.ua). Dwie godziny później, odświeżony i po śniadaniu, ruszyłem w miasto. Wzdłuż głównej ulicy, mówiąc po polsku – Grodzkiej. Nad okolicą góruje neogotycki kościół św. Elżbiety. Inspiracje wiedeńską katedrą św. Szczepana były tak wyraźne, że u progu minionego stulecia rzadko kto nazywał świątynię inaczej niż Stephanskirche. Ponadto wywołała na Gródeckiem, jak zwie się ta dzielnica, modę na nadawanie chłopcom imienia Szczepan. We Lwowie zaroiło się więc od Szczepciów, podobnie jak od Tońciów, pochodzących z Łyczakowa, nad którym górował kościół św. Antoniego. Para popularnych lwowskich komików, która zabawiała radiową publiczność przedwojennej Polski, nosiła takie właśnie imiona.

maly_IMG_4890

U stóp wzgórza, na którym wznosi się jedna z lwowskich ikon – grekokatolicka katedra św. Jura, minąłem cyrk z czasów komunistycznych. Pamiętałem go z 1986 roku. Rozbrzmiewał wówczas głośną muzyką i migotał neonami, odwracając uwagę od wieńczącej świątynię figury św. Jerzego. Dziś role są odwrócone. Św. Jerzy pobłyskuje złociście, a obskurny cyrk czeka na wyburzenie albo na pomysłowego inwestora.

Wkrótce dotarłem do potężnego gmachu Lwowskiej Opery. Wydał mi się łudząco podobny do krakowskiego Teatru Słowackiego. Kawałek dalej zatrzymałem się pod monumentem Tarasa Szewczenki. Może z racji wąsów, profil wielkiego ukraińskiego poety wzbudził u mnie skojarzenia z wizerunkami Piłsudskiego. Pomnik był dla mnie drogowskazem, bo od niego tylko przysłowiowy krok w bok, i o godzinie 11. stanąłem na Rynku.

maly_IMG_4752

Akurat na czas by przywitać się z Ihorem Lylo. Historykiem sztuki i zakochanym w rodzinnym mieście pasjonatem. O Lwowie pisze i opowiada, prowadząc trasami, które obmyśla dla kompanii Kumpel Tour (www.kumpel-tour.com). Raz na rok wciela się w rolę mera i prezentuje jego gabinet. Krąży z chętnymi po zakamarkach starego Lwowa nocą. Zapuszcza do historycznych piwnic. Jednak na weekend, a zwłaszcza na początek, najlepsza jest trasa po lwowskich dachach. Po takich, na które normalnie się nie wchodzi, a z których widoki na Lwów są najciekawsze – dachach hoteli, banków i prywatnych kamienic. Cóż zobaczyłem? Miasto rozsiadłe niczym Rzym na siedmiu wzgórzach. Stłoczone ciasno kamienice, świątynie, teatry, urzędy, banki i hotele. Wciskające się w wąskie ulice tramwaje i pełznące przez skrzyżowania samochody. Parki. Wystające ponad korony drzew elementy miejskiej infrastruktury. Balkony z wywieszonym praniem, dachy oblepione telewizyjnymi antenami oraz pnące się ku niebu wieże i kopuły świątyń. Oddaloną nieco od centrum katedrę św. Jura, katedrę ormiańską. Lwowską Operę z fasadą zwieńczoną rzeźbami. A po środku smukłą ratuszową wieżę z zegarową tarczą.

maly_IMG_4610

Na dachy wyjeżdżaliśmy windami. Nawet taką, którą za radzieckich czasów wywieziono do Leningradu bo była piękna i zabytkowa – secesyjna. Teraz, szybem kursuje zwykła kabina. Szkoda, ale i ona wystarczy, by zgodnie z ideą Ihora, w wycieczce można było uczestniczyć równie dobrze na wózku, jak z wózkiem. Za 150 hrywien od osoby (1 UHR – 0,25 PLN; kurs z przełomu 2014/2015). Nie ma przy tym problemu z porozumieniem, bo związany pracą z Uniwersytetem Lwowskim i Jagiellońskim Ihor biegle włada naszą mową.

Półtorej godziny minęło jak z bicza strzelił. A żołądek zaczął się domagać lunchu. Pozostając wiernym idei poznawania Lwowa i zachodniej Ukrainy, wybrałem „Trapezną” (ul. Wałowa 18a). Jej klimat tworzą średniowieczne piwnice bernardyńskiego klasztoru. A w menu (strawopisie), zgodnie zresztą z tytułem, znalazłem 100 potraw galicyjskiej kuchni. W gruncie rzeczy bardzo nam bliskiej, bo to z niej wywodzą się znane w świecie polskie przeboje kulinarne – barszcz i pierogi. Z drugiej strony zaskakującej bogactwem, bo składają się nią potrawy karpackich górali, Kozaków, szlachty i mieszczan o ormiańskich, ruskich, niemieckich i żydowskich korzeniach.

Właściciel lokalu jest artystą i, podobnie jak Ihor, pasjonatem. Osobiście wyszukuje przepisy, a nawet sam wykonuje naczynia. Wprawdzie na realizację zamówienia trzeba w „Trapeznej” poczekać, ale niczego nie serwują tam z mikrofalówek. Menu zmienia się zgodnie z porami roku, a produkty są zawsze świeże. Restauracja jest ponadto elementem szerszego projektu kulturalnego – Muzeum Pomysłów. Odbywają się w niej wernisaże i koncerty, a ogródek z telebimem często zamienia się w plenerowe kino, teatralną scenę lub estradę. Przyjemnym akcentem był też rachunek, który za moje ulubione galicyjskie pierogi opiewał na… 27 hrywien (niespełna 7 zł; teraz – o ile ceny się nie rozhuśtały z powodu dramatycznego spadku wartości hrywny – jeszcze mniej).

maly_IMG_4939

Po lunchu zajrzałem na targowisko z pamiątkami i rękodziełem, nazywane Wernisażem. Przy ulicy Teatralnej, bo usytuowane nieopodal Lwowskiej Opery i wejścia do dawnego Teatru Skarbka. Dawniej, czyli  do 1960 roku z podobnych towarów słynęło inne targowisko za Lwowską Operą, zlokalizowane przy placu Ziarnowym nazywane potocznie barachołką. Na jego współczesnej, ucywilizowanej wersji, oprócz haftowanych koszul – soroczek, znalazłem doskonale nadające się na pamiątki motanki. Laleczki-amulety, które robi się motając nici na patyku. Ubrane na ludowo, zamiast ust, oczu i nosa, mają zawsze skrzyżowane paski krajki, fragmenty haftu albo wyrysowane węglem kreski. Uważano bowiem, że laleczka z twarzą uzyska tożsamość. A skupiając się na własnych życzeniach może wchłonąć duszę właściciela. Oczekiwania wobec motanek zbiegają się też ze stawianymi marzannom. Nikt ich jednak nie topi, ani nie pali. Zachowuje się je na szczęście!

Pod pomnikiem Iwana Fedorowicza, pierwszego lwowskiego drukarza, poszperałem trochę wśród książek. Na tym bibliofilskim targowisku, pośród stert bezwartościowej makulatury znalazłem wydawnictwa z tekstami w jidysz, pisane cyrylicą, latynicą i niemieckim gotykiem.

maly_IMG_4877

Nim się spostrzegłem, zapadł zmrok. Gdybym był w rodzinnym gronie, i do tego z drobną dziatwą, wybrałbym się zapewne do Opery. Kapiące od złota dekoracje skojarzyłyby się najmłodszym z baśniowym pałacem. A my, dorośli, zachwycalibyśmy się akustyką. Jednak dzieci ze mną nie było, więc uznałem, że nie ma lepszej recepty na wieczór niż rajd po klubach i dyskotekach.

Oferta lwowska jest pod tym względem imponująca. Lokale są czynne do świtu i tchną obietnicą szalonej rozrywki. Tradycje zaś mają zaskakujące. Ot, choćby „Masoch Café”, w samym centrum. W menu drinki takie jak „Śliska pipka” i nie mniej „perwersyjne” potrawy, które można konsumować przykuwając się do siedzisk łańcuchami. Ba, można sobie zamówić biczowanie. Wszystko dlatego, że we Lwowie urodził się Leopold Ritter von Sacher-Masoch. Autor poczytnych pod koniec XIX wieku powieści. Być może jego literackie dzieła i nazwisko odeszłyby w niepamięć, gdyby nie psychiatra Richard Freiherr von Krafft-Ebing, badający seksualne dewiacje. Znajdując symptomy jednej z nich u bohaterów Masocha, nazwał ją masochizmem. W kawiarni patologii nie ma, a historią inspirowane „danie” jakim jest biczowanie, kelnerzy serwują z przymrużeniem oka.

maly_IMG_4796

Mimo to, zakuwać się w kajdany nie zamierzałem. Skierowałem więc kroki do „Millenium”. Klubu zainstalowanego w dawnym kinie, przy alei Czornowoła 2. Sąsiedztwo uniwersyteckich wydziałów i niewygórowane ceny klubowej restauracji „Motorna Diwka” przyciągają studentów oraz goszczących w mieście backpackersów. Ba, kolorytu dodają goście, którzy spłukawszy się w sąsiednim kasynie, zamiast popadać w depresję, przychodzą właśnie tutaj zabawić się za ostatnie pieniądze. Pojawienie się jednego z nich przypomniało mi, że też byłem w kasynie. I to najstarszym. W gmachu o zachwycających secesyjnych wnętrzach. Tyle, że nikt już nie uprawia tam hazardu, bo jest teraz siedzibą oddziału Ukraińskiej Akademii Nauk. Ech, wspomnienia. Gdy opuszczałem „Millenium” okazało się, że szarzeje, i zamarzyłem o odrobinie snu.

NIEDZIELA
Po hulaniu niemal do świtu, zapragnąłem przed południem spaceru. Założę się, że powodowani sentymentem poszliby na cmentarz Łyczakowski, a przyzwyczajeni do porannego joggingu pobiegliby na zamkowe wzgórze i z powrotem. Ja poszedłem na zwykły spacer, po parku, tyle, że choć ich we Lwowie nie brakuje, udałem się do najrozleglejszego z nich – „Gaju Szewczenki”. Tramwajem nr 7. Kupując bilet za 2 hrywny u konduktora, przypomniałem sobie z rozrzewnieniem warszawskie tramwaje z czasów dzieciństwa.

Usytuowany nieco na wschód od centrum park, kryje Muzeum Narodowej Architektury i Życia Codziennego (wstęp 20 hrywien). Jednym słowem skansen, do którego pościągano cerkwie i chałupy z subregionów Zachodniej Ukrainy. Być może u uważnego obserwatora wzbudzi zdziwienie fakt, że wśród góralskich sektorów oprócz bojkowskiego i huculskiego, jest także łemkowski. A przecież Łemkowie zamieszkują nasz Beskid Niski. Skąd się więc wzięli na Ukrainie? Wyjaśnienie jest proste. W utworzonym w latach 30. XX w. skansenie zgromadzono pamiątki kultury materialnej przede wszystkim z XVIII i XIX wieku, a więc z czasów gdy ani Polski, ani tym bardziej Ukrainy nie było na politycznej mapie Europy. Ekspozycja i wystawy prezentują więc Galicję i zasięg kultury ruskiej z czasów habsburskiego panowania (plan sektorów). Cerkiew w sektorze łemkowskim to kopia XIX-wiecznej cerkwi z Kotani, wybudowana za pieniądze Łemków z USA i Kanady, poświęcona w 1991 roku.

maly_IMG_4948

Zgodnie ze współczesnymi trendami wnętrza zabytkowych budynków są żywe, bo oddano je do dyspozycji pomysłowym twórcom. Można więc na przykład dowiedzieć się jak i z czego wyrabiano na dawnej wsi mydło, a nawet kupić sobie na pamiątkę pachnące wybranymi ziołami. Podobnie słoiczek z konfiturami, butelkę soku czy pięknie haftowaną galanterię.

Skansenowe ścieżki przecinają głębokie jary i pną na strome zbocza pagórków. Naspacerowałem się więc za wszystkie czasy, i z tym większą przyjemnością postanowiłem wytchnąć w kozackim chutorze. Skosztowałem tradycyjnych smakołyków i popiłem modnym we Lwowie od wieków kwasem chlebowym. I to nie z butelki, ale z beczki, czyli wyrabiany domowym sposobem, a nie przemysłowo, a więc najlepszym. Potem zaś postrzelałem z łuku bo to jak wiadomo wymaga skupienia i przywraca równowagę. Tak zrelaksowany, wróciłem do centrum tramwajem.

maly_IMG_4930

Na niedzielny lunch wybrałem minibrowar „Kumpel” (ul. Wynnyczenka 6). Lwów ma wspaniałe tradycje piwowarskie, podtrzymywane przez istniejący od 1715 roku wielkoprzemysłowy browar. Oferta Kumpla jest jego kameralną konkurencją ale na wysokim poziomie. Tym ciekawszą, że w restauracyjnym menu nie brakuje oryginalnych dań. Ja, zdecydowałem się na inspirowaną huculskimi tradycjami potrawę z bryndzą, i muszę przyznać, że z kumplowym piwem komponowała się znakomicie. Warto tylko pamiętać, że „Kumpel” ma dziś dwa lokale, nazywane potocznie starym i nowym (Al. Czornowoła 2b) ze względu na chronologię powstawania, a nie wystrój czy lokalizację. Oba są nowoczesne. I z obu na starówkę da się dojść spacerem.

Znowu na starówkę? O tak, na deser! Do zajmującej starą kamienicę przy ulicy Serbskiej „Lwowskiej Manufaktury Czekolady”. Długo stałem z nosem przyklejonym do szklanej tafli, obserwując cukierników przy pracy. Jak w Szwajcarii – wszystko robią ręcznie. Prawdziwa manufaktura. Potem wspiąłem się po skrzypiących drewnianych schodach na górę, by wybrać ze stert pralinek piętrzących się na ladach firmowego sklepu zestaw dla siebie. A potem jeszcze wyżej, żeby wypić przy stoliku filiżankę gęstego, ciepłego napoju. Był pogodny dzień i chciałem to zrobić na tarasie najwyższej kondygnacji, bo szczęśliwcy, którzy zajmą tam miejsce raczą się napojem podziwiając kolejną lwowską panoramę z „dachowej” perspektywy. Niestety, wszystkie miejsca były zajęte, więc tylko rzuciłem okiem na miasto i wróciłem do nastrojowej sali.

maly_IMG_4993

Od ubiegłego roku przebojem manufaktury są czekoladowe figurki Putina (po 65 hrywien). Takie na ząb. Są humorystyczną lwowską ripostą na rosyjską agresję. Podobnie jak sprzedawany na straganach toaletowy papier z podobizną rosyjskiego przywódcy. Czy bijący rekordy powodzenia shot – Chwała Ukrainie (коктейль Слава Україні), któremu ajerkoniak i Blue Curaçao nadają narodowe niebiesko żółte barwy. A który wychyla się jednym haustem z okrzykiem: „Budźma! Hej, hej, hej!”, odpowiadającym naszemu „na zdrowie!”.

Wszystko co dobre ma swój koniec. Ostatnie chwile pobytu wykorzystałem żeby zajrzeć do domu towarowego „Magnusa”. Wznosi się nieopodal Lwowskiej Opery przy ulicy Szpitalnej. Wybudowany w 1912 roku z żelbetonowym szkieletem i wielkimi taflami przeszklonych okien był jednym z pierwszych awangardowych i funkcjonalnych budynków europejskich. Po pieriestrojce przywrócono mu świetność z inicjatywy, i za pieniądze polskich biznesmenów. Dziś, zlokalizowane w „Magnusie” luksusowe sklepy są celem shoppingowych wypraw goniącej za modą klienteli. Tylko tam można zobaczyć co najbardziej kusi lwowianki.

maly_IMG_5047

Spojrzenie na zegarek zadziałało jak ukłucie szpilką. Wezwałem taksówkę. Tak jak mnie nauczyli lwowscy przyjaciele, cenę za przejazd do dworca – tym razem – autobusowego, uzgodniłem z kierowcą. We Lwowie jest tylko jedna taryfa przez całą dobę i nie ma podziału na strefy, zaś cena rzucona przez taksówkarza zgodziła się co do hrywny z tą jaką na koniec kursu pokazał taksometr (aktualne ceny i telefony do firm przewozowych są zebrane tutaj). Na koniec jeszcze jedna uwaga. Ponieważ z autobusów Polonusa korzystają pracujący w Polsce Ukraińcy, wszystkie miejsca podczas kursów z piątku na sobotę tam, i z niedzieli na poniedziałek z powrotem są zajęte. Bilety trzeba koniecznie rezerwować przez Internet, a bilet powrotny wykupić w kasie na lwowskim dworcu autobusowym. Dojazd z centrum, z krótkim postojem na zabranie rzeczy z hotelu, zabiera około pół godziny. Autobus startuje o 20.20, a do Warszawy przyjeżdża koło 4. Jadąc do Lwowa z miast południowej Polski najlepiej chyba wsiąść do pociągu. Można też dojeżdżać samochodem. Mój znajomy zostawił go zresztą przy przejściu granicznym. Granicę przekroczył na piechotę (tak, jak się okazało, jest najszybciej), a dzielący miasto od granicy odcinek 70 km przejechał marszrutką. Tanio i pewnie, a poza tym odpadły mu kłopoty z parkowaniem. Co zaś do poruszania się po Lwowie, to latem 2015, niemiecka firma NextBike uruchomi sieć rowerów miejskich. A ścieżek rowerowych przybywa już od kilku lat, i rower staje się coraz modniejszym środkiem lokomocji na ulicach zachodnioukraińskiej metropolii.

maly_IMG_5188

Tekst publikowany na łamach magazynu „Witaj w podróży”, pt. Tylko we Lwowie (kwiecień-maj 2015; pdf —> tutaj).

Ukraina – Lwów 24/7

If You like this site, your support will be welcome!

$5.00

Na lwowskim starym mieście i w najbliższej okolicy, liczne puby, kluby i dyskoteki są czynne do świtu. Oferują szaloną rozrywkę, ale w dobrym tonie, bo – jak dobitnie zaznaczono w opisie klubu Anturaż – „strict face and dress control keep out the chavs and chavettes”.

Nie są to przysłowiowe obiecanki-cacanki. Trzymanie na dystans dresiarzy, nie wpuszczanie na zabawę pijanych i odsyłanie z kwitkiem tych, którzy nie ukończyli 21 lat, to powszechne i konsekwentnie egzekwowane ograniczenia. Idzie z nimi w parze tylko jeden nakaz: dobrze się bawcie!

Od Masocha do Millenium
do-sieci_IMG_4988-pionPomysłów na zabawę jest wiele. Zacznę, bez żadnych podtekstów, od Masoch Café. Kawiarni, mieszczącej się przy Serbskiej 7 (Мазох-cafe; www.masoch-cafe.com.ua). W samym centrum, mniej więcej w połowie drogi między katedrą, a arsenałem. Jest czynna do 2 rano i chętnie odwiedzana ze względu na muzykę i menu. Są w nim drinki o oryginalnych nazwach, jak choćby „Śliska pipka” oraz nie mniej „perwersyjne” potrawy, które można konsumować w kajdankach lub przykuwając się do siedzisk łańcuchami. Ba, można sobie nawet zamówić biczowanie. A wszystko dlatego, że we Lwowie urodził się Leopold Ritter von Sacher-Masoch. Autor poczytnych w austrowęgierskiej monarchii II połowy XIX wieku powieści. Być może jego literackie dzieła i nazwisko odeszłyby w niepamięć wraz z epoką, w której wyrosły, gdyby nie psychiatra Richard Freiherr von Krafft-Ebing. Zajmował się seksualnymi dewiacjami, a znajdując nader często symptomy jednej z nich u bohaterów powieści Masocha, nazwał ją masochizmem. W ofercie lwowskiej kawiarni patologii nie ma, a historią inspirowane „danie” jakim jest biczowanie, kelnerzy serwują z przymrużeniem oka.

Niezależnie od różnych forma zabawy, kartą z potrawami-afrodyzjakami nęci usytuowana w pobliżu rynku, przy Stawropihijskiej 7 i czynna długo w noc, restauracja „Casanova” (лаунж-ресторан Казанова; nie mają strony www). Kto się jednak do niczego przykuwać nie chce, a za najlepsze afrodyzjaki uznaje taniec i muzykę, może się wybrać do któregoś z wielu nocnych klubów.

do-sieci_IMG_4834Na południe od centrum, przy placu Petruszewicza 3 mieści się „Metro” przy Zielonej 14, jakieś 10-12 minut pieszo od Alei Wolności. Reklamuje się sloganem „Fun for Every One”. Jest największą lwowską dyskoteką z kilkoma barami i restauracją, parkietem pod dachem i na wolnym powietrzu. Kelnerzy mówią w kilku językach obcych – oprócz angielskiego i rosyjskiego – przede wszystkim po turecku i po polsku. Każdego roku dziewczyny konkurują tutaj o tytuł Miss, a faceci Mister Metro Club. Lokal otrzymuje przeważnie dobre i doskonałe, a przy tym bodaj najliczniejsze recenzje na forum popularnego na świecie portalu TripAdvisor  (Міжнародний Молодіжний Розважальний Комплекс “Метро”; www.metroclub.com.ua).

Konkurujące z nim rozmachem „Millenium” zainstalowało się w dawnym kinie, przy Alei Czornowoła 2 (Міленіум; www.favorite-club.com/en). Jest przy tym jeszcze lepiej zlokalizowane z punktu widzenia gości, bo dojście do niego spod gmachu Lwowskiej Opery zajmuje nie więcej niż 10 minut. Klub słynie z trzech tanecznych hal i bogatego repertuaru muzycznego, w którym obok house i techno grają także ukraiński pop. Sąsiedztwo Uniwersytetu i niewygórowane ceny w restauracji „Motorna Diwka” przyciągają studentów oraz odwiedzających Lwów backpackersów z całego świata.

Ze szczególnie szerokiej oferty rozrywkowej słynie „MI100”. Mają tam kręgielnię z 8 torami i małym barem koktajlowym, bar karaoke z 30 tysiącami utworów muzycznych do wyboru, multimedialną strzelnicę, i największy lwowski strip-bar „The Plush Rhino”. Codziennie od godziny 22.00 zabawie towarzyszy muzyka na żywo. Wprawdzie klub leży poza ścisłym centrum, przy Naukowej 7, ale dojazd taksówką ze starówki zajmuje nie więcej niż kwadrans. To popularne miejsce spotkań, bywa mocno zatłoczone w weekendy. W tygodniu ze względu na przestronne wnętrza, a mniejszą frekwencję, sprawia wrażenie pustego (Місто; www.mi100.com.ua).

do-sieci_IMG_4800

Przy pokerze, bilardzie i na salonach
Perełką w ofercie „MI100” jest sala do gry w pokera. Nie jedyna we Lwowie, bo do podobnej zaprasza na przykład luksusowy „Split Club”, usytuowany przy Placu Mickiewicza, pod numerem 6/7. Klub kieruje ofertę przede wszystkim do odwiedzających Lwów w interesach. Do gry w pokera zachęca kokieteryjnym stwierdzeniem, że to w sam raz dla ludzi którzy lubią puścić trochę gotówki. I zapewne dlatego, by podchodzili do spray z godną samurajów godnością, specjalizuje się w kuchni japońskiej, oferując dania z dalekowschodniego grilla teppanyaki (Спліт Клуб; www.split.lviv.ua).

„Zanzibar” przy Lipińskiego 36 spodoba się miłośnikom bilarda bo ma specjalną salę z wieloma stołami. Czynny jest przy tym do ostatniego klienta, a wstęp do niego jest wolny. Klub jest stosunkowo daleko, bo aż 3 km od centrum, choć i do niego dojazd taksówką nie zajmie więcej niż 20 minut (Занзібар: www.zanzibar.com.ua).

Do miana jednego z najbardziej luksusowych adresów na rozrywkowej liście Lwowa pretenduje „Rafinad People Club”. Buduarowa aranżacja inspirowana jest francuska modą z XVII wieku. Stąd ozdobne fotele i krzesła, liczne lustra i wygodne sofy. Zwłaszcza w pokojach VIP udostępnianych na specjalne zamówienie. W odmiennym, nieco cięższym stylu urządzony jest salon do palenia cygar. Klub mieści się w centrum, przy ulicy Rudańskiego 1,  odchodzącej od Alei Szewczenki. Jest bardziej salonem spotkań, popularnym wśród lwowskiej śmietanki, aniżeli klubem muzycznym. Choć i tam jest parkiet, ale delikatnie mówiąc, kameralny. Wtorkowe noce upływają tu pod hasłem „Tequila Party” (drinki bazujące na tym alkoholu są wówczas o 50% tańsze). We środy, na podobnej zasadzie króluje „Zielona Wróżka”, czyli absynt. A czwartkowe to dedykowane paniom „Ladies Nights”, podczas których panie mają wstęp wolny (Клуб Rafinad People; www.rafinad-club.com).

We Lwowie nie brakuje także kasyn. Co ciekawe największe z nich związane jest i nazwą, i lokalizacją z klubem Millenium. To świetne sąsiedztwo, bo spłukani zamiast się smucić mogą się za niewielkie pieniądze zabawić. Bogate nocne życie stanowi drugie oblicze Lwowa, opisywanego najczęściej przez pryzmat zabytków i sentymentów. A że trudno owe oblicza od siebie często oddzielić, dowodzi fakt, że właśnie najstarsze lwowskie kasyno mieści się w gmachu o najpiękniejszych w mieście secesyjnych wnętrzach. Tyle, że nie jest już kasynem, ale siedzibą oddziału Ukraińskiej Akademii Nauk.

do-sieci_IMG_5274

Oferty nocnego życia zachodnioukraińskiej metropolii można byłoby oczywiście pogrupować cenowo. Ale teraz, przy korzystnym kursie hrywny do złotego (1 UAH – 0,21 PLN), nawet najbardziej ekskluzywne lokale stoją przed nami otworem. Przecież za bijącego teraz rekordy powodzenia shota – Chwała Ukrainie (коктейль Слава Україні), który dzięki ajerkoniakowi i Blue Curaçao ma narodowe niebiesko żółte barwy, zapłacimy 2,5, góra 3 złote, a za pełnowymiarowe drinki 10, może 15. Więc jak tu nie polubić Lwowa, zwłaszcza patrząc nań z warszawskiej perspektywy!

INFO
Adresy i opisy nocnych lokali Lwowa (po angielsku, w zakładkach ‘Nightlife’):
www.lvivalive.com
www.inyourpocket.com/ukraine/lviv/
www.lvivtoday.com.ua

Tekst dla magazynu „Świat. Podróże. Kultura.” (zima 2014/2015, str. 46-51).

Ukraina – Lwów od kuchni

Tropem smaków dotrzemy we Lwowie do historycznego browaru. Do manufaktury czekolady. I do lokali hołdujących kulinarnym tradycjom Ukrainy. Z pewnością zatrzymamy się też przy ulicznej budce lub straganie na targowisku, by skosztować chlebowego kwasu serwowanego prosto z beczki.

Zacznijmy od tradycji, która i nam jest bliska, gdyż wywodzą się z niej znane w świecie potrawy polskiej kuchni – barszcz i pierogi. Jak cała kultura Lwowa i Zachodniej Ukrainy, również kulinaria mają tu mozaikowe korzenie. W restauracyjnych menu znajdziemy potrawy karpackich górali, Kozaków, szlachty i mieszczan o ormiańskich, polskich, ruskich, niemieckich i żydowskich korzeniach. Gdy XIX-wieczny Lwów wyrósł na stolicę Galicji, trzeciego obok Austrii i Węgier członu habsburskiej monarchii, na tym wielowarstwowym torcie, pojawiły się imperialne ornamenty. Dawne receptury wzbogacają dziś kreatywni kucharze, a lokale pociągają oryginalnością, tworząc nowy wymiar galicyjskiej kuchni.

Pirożki i wareniki
Pokrewieństwo i podobieństwa mogą nas jednak wpędzić w pułapkę. Zwłaszcza jeśli nie jesteśmy za pan brat z językiem ukraińskim. Może się zdarzyć, że słowo „pirożki” dostrzeżone w sklepowej witrynie wznieci falę ciepłych skojarzeń z okraszonymi słoninką pierożkami babcinej roboty. A tu masz, dostaniemy – owszem – wypełniony wskazanym farszem, a nawet zawinięty na kształt pieroga… pasztecik. Do torebki albo w serwetce do ręki Na zimno. Żeby zakosztować pierogów musimy iść do baru lub restauracji i wyszukać w karcie „wareniki” lub, z rosyjska, „pielmieni”. Wtedy dopiero na stół wjedzie talerz z pierogami jak się patrzy. Trzeba tylko pamiętać, że „ruskich” tutaj nie znają, bo nazwa przylgnęła do popularnej u nas potrawy ze względu na pochodzenie ze wschodnich kresów dawnej Rzeczypospolitej, czyli z historycznej Rusi.

Szaszłyk z rąk kata
Sto potraw galicyjskiej kuchni, zgodnie z zapowiedzią w jadłospisie, poznamy w restauracji „Trapezna”. Właściciel lokalu urządzonego w piwnicach bernardyńskiego klasztoru jest artystą. Osobiście wykonuje naczynia, choćby wyrafinowane szklanice do napojów. Przygotowując zaś jadłospis wyszukuje autentyczne stare receptury. Na zamówienie trzeba trochę poczekać, ale się opłaci bo niczego nie serwują tu z mikrofalówek. Ponadto, oferta zmienia się zgodnie z porami roku. Produkty są świeże, najczęściej przetwarzane na miejscu. Lokal jest elementem projektu kulturalnego, Muzeum Pomysłów. Artyści mają tu wernisaże, odbywają się koncerty, ogródek z telebimem zamienia się często w plenerowe kino (www.idem.org.ua). Klimat „Trapeznej” tworzą średniowieczne mury. Lounge-bar „Salo” ma wystrój techno, ale w menu, zgodnie z nazwą, królują dania ze słoniny (www.saloart.com.ua). Do średniowiecznej poetyki nawiązuje znana z dań z grilla restauracja „Mięso i sprawiedliwość”. Chociaż mieści się przy dawnych murach obronnych, to jednak w zmodernizowanym pawilonie Gości wita więc lwowski kat, zabawia rozmową i poleca dania (www.fest.lviv.ua). Tradycja i nowoczesność splatają się także w minibrowarze „Kumpel”. A że są już dwa, potocznie określa się je jako stary i nowy. Zwłaszcza w nowym, w pawilonie ze stali i szkła, produkowane na miejscu piwa znakomicie komponują się z daniami z owczego sera, przygotowanymi według huculskich receptur (http://kumpel.virtual.ua). Historią odetchniemy w restauracji „Atlas”, która w II połowie XIX w. stała się przystanią lwowskiej bohemy. Gdy właścicielem był Edward Tarlerski, zasłynęła z otwarcia pierwszej w mieście publicznej toalety. Dwuznaczne powiedzonko „u Edzia” używane jest we Lwowie do dziś. „Atlas” mieści się na rynku, w narożnej Kamienicy Kudliszowskiej. Stylizowaną na ziemiankę Ukraińskiej Powstańczej Armii „Kryjówkę”, anglojęzyczny portal lvivalive.com anonsuje: „Криївка: Tourist-Friendly Ukrainian Nationalism” (www.fest.lviv.ua), a związany z nią lokalizacją „Masoński Teatr” jako „The Most Expensive Galician Restaurant”. Rzeczywiście, w karcie są wymienione potrawy i wina nawet po 300 euro. Wystarczy jednak wziąć w „Kryjówce” bon uprawniający do 90% zniżki, by masońska cena się urealniła (www.fest.lviv.ua).

Putin z czekolady
„Kryjówka”, a jeśli kto woli „Ziemianka” lub po prostu „Bunkier”, wyrosła na fali zagrożonej przez Rosję niezależności. Nawiązanie do narodowych idei Stefana Bandery jest oczywiste, ale odbywa się to z przymrużeniem oka. Wojenne realia sprawiły, że furorę robi we lwowskich lokalach drink w narodowych, niebiesko-żółtych barwach nazywany Chwała Ukrainie (Слава Україні). Zaś na wystawie zajmującej starą kamienicę „Lwowskiej Manufakury Czekolady” stoją szeregi słodkich Putinów. Wytwórnia zajmuje kilka kondygnacji. Z tarasu najwyższej można podziwiać dachy lwowskiej starówki. Sale i salki urządzone z iście wiedeńskim szykiem, zajmują stoliki, przy których w towarzystwie rodziny, przyjaciół lub parterów w interesach wypijemy z przyjemnością filiżankę gęstego napoju. W sklepie na pewno wybierzemy coś ze stert czekoladowych pralinek, a na samym dole, przez szybę obejrzymy cukierników przy pracy (www.chocolate.lviv.ua).

Zosia i Doms
Minibrowar „Kumpel” jest sygnałem, że Lwów dotrzymuje kroku światowym trendom. Zaś jakość wytwarzanych piw, że poprzeczka ustawiona jest wysoko. A to za sprawą browaru, w którym od 1715 roku powstają cenione w całej Europie chmielowe trunki (dziś należy do Grupy Carlsberg; http://en.carlsbergukraine.com). Na warzenie piwa na Krakowskim Przedmieściu zezwolił jezuitom hrabia Stanisław Potocki. Gdy za czasów austriackich zakon rozwiązano, browar przeszedł w ręce akcyjnej spółki. Wydzierżawił go przedsiębiorca i filantrop pruskiego pochodzenia Robert Doms. Pod jego zarządem browar rozkwitł tak, że zaliczano go pereł przemysłu browarniczego całych Austro-Węgier. Do dziś sztandarowe „Lwowskie” jest produkowane według ówczesnej receptury. Piwa można degustować na miejscu, w „Chmielowym Domu Roberta Domsa”. W aneksie muzealnym prezentowana jest historia lwowskiego browarnictwa. A zwiedzających witają sylwetki Domsa i pięknej Zosi. Lwowskiej dziewczyny, która ponoć tak dobrze piwo dyrektorowi podawała, że została jego żoną.

Tekst był publikowany na łamach magazynu „Świat Podróże Kultura” (wrzesień/październik 2014)

Ukraina / Lwów – szare na złote

Lwowskie ulice ocieniają parasole licznych kawiarni. Po pralinki w Manufakturze Czekolady ustawiają się długie kolejki. Podobnie jak do straganów z rękodziełem na miejskich targowiskach. Pod gmachem Opery, świątyniami i kaplicą Boimów słychać różnojęzyczny gwar, bo Lwów żyje i zachwyca. Mieszkańców i gości.

maly_IMG_4552

– To najważniejszy dla nas dzień od momentu odzyskania niepodległości w 1991 roku – ocenił nie kryjąc radości prezydent Petro Poroszenko, gdy 27 czerwca 2014 Ukraina podpisała umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską. Przez trzy kolejne, tak się złożyło, że wolne od pracy dni, na ulicach Lwowa panowała atmosfera festynu. Umowa o wolnym handlu z UE otwiera bowiem nowe perspektywy przed zachodnioukraińską metropolią. Również, a może przede wszystkim z korzyścią dla rozwoju turystyki, która jest w ostatnich latach podstawą miejskiej prosperity. W związku z erupcją usług turystycznych w 2013 roku powstało ponad tysiąc nowych miejsc pracy. Tak wynika z oficjalnych danych, a przecież z tej samej koniunktury co hotelarze, restauratorzy czy miejscy przewodnicy, korzystają rzemieślnicy sprzedający swoje wyroby na targowiskach, rolnicy z Lwowskiego Okręgu, taksówkarze i właściciele marszrutek, kursujących z miasta do przejść granicznych.

Ostatnie miasto Europy
– Lwów jest ostatnim miastem Europy – mówi z przekonaniem wicemer Oleh Bereziuk. – Aby odetchnąć jego atmosferą przyjeżdżają do nas od dawna goście ze wschodniej Ukrainy i z Rosji. Obecnie to nadal jedne z najliczniej odwiedzających miasto nacji, choć rola współgospodarza Euro 2012, a wcześniej, w 2008 roku, stolicy kulturalnej Europy, spowodowała wzrost zainteresowania w krajach zachodnich, przede wszystkim w niemieckojęzycznych.

Na początku dekady, liczba odwiedzających Lwów turystów przekroczyła milion rocznie. W 2012 przyjechało 1,4 mln, a rok później 1,6 mln gości. Pomimo konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, budzącego zrozumiałe, choć w praktyce nieuzasadnione obawy o bezpieczeństwo, spadek przyjazdów w tym roku nie przekroczył poziomu kilkunastu procent. Największy odnotowano w lutym, i to głównie w odniesieniu do obywateli Ukrainy – o 17 procent mniej niż rok wcześniej.

Najczęściej odwiedzają Lwów Polacy, Niemcy, Białorusini i Rosjanie. Ukraińcy stanowią większość, przynajmniej 51 procent turystów odwiedzających Lwów. Jeśli chodzi o gości z zagranicy, to w czołówce plasują się Polacy, Niemcy, Białorusini i Rosjanie. Patrząc z perspektywy całego sektora, krzywa wciąż pnie się w górę, chociaż wolniej niż przed konfliktem o Krym. Jak wynika z badań przeprowadzonych w 2012 roku, przeciętny turysta, nocujący w jednym z lwowskich hoteli spędza w mieście 3 dni, zostawiając 265 dolarów. Teraz, gdy wartość hrywny spadła, koszty podróży i pobytu we Lwowie kształtują się dla nas jeszcze korzystniej (1 hrywna to około 0,25 złotego).

TripAdvisor poleca
Lwów nie ustaje w staraniach o rozwój rynku usług turystycznych. Tworzy ofertę coraz wyższej jakości, wielostronną, ciekawą i oryginalną. Unowocześniają się istniejące i powstają nowe obiekty noclegowe, z których mogą korzystać zarówno wymagający klienci indywidualni, jak i biznesowi, w tym korporacyjni.

W międzynarodowym portalu TripAdvisor zamieszczono do czerwca tego roku 1650 recenzji dotyczących 52 z 78 lwowskich hoteli. Zdecydowanie przeważają wśród nich opinie pozytywne, co zaowocowało przyznaniem kilku z nich prestiżowego tytułu „Travellers’ Choice 2014″. Zwolenników podróży niskobudżetowych ucieszy z kolei, że działa tu aż 65 hosteli. Jest też szereg pensjonatów oraz mnóstwo kwater prywatnych, których liczba jest trudna do oszacowania.

Najczęściej odwiedzają Lwów Polacy, Niemcy, Białorusini i Rosjanie

Zjeść u Kumpla, u Edzia lub w ziemiance UPA
Po lokalach gastronomicznych starego miasta można wędrować bez znudzenia. Je się naprawdę smacznie, a potrawy są serwowane w niesamowicie zaaranżowanych wnętrzach. Co ciekawe, najszersza jest oferta, osadzona głęboko w mozaikowej, wielonarodowej tradycji dawnej Galicji. Wystarczy wspomnieć takie lokale jak minibrowar Kumpel, w którym do znakomitych własnej produkcji piw podawane są dania bazujące na owczym serze, przygotowane według receptur karpackich górali – hucułów i bojków.

W należącej również do Grupy Kumpla restauracji Salo specjalnością – zgodnie z nazwą – są potrawy ze słoniny. Podawane w ekstrawaganckim klimacie techno tego nowoczesnego de facto lounge-baru. W menu restauracji Trapezna, w piwnicach bernardyńskiego klasztoru zebrano „Sto potraw galicyjskiej kuchni”. Restauracja jest elementem szerszego projektu kulturalnego – Muzeum Pomysłów.

Przystań lwowskiej bohemy, restauracja Atlas z tradycjami sięgającymi II połowy XIX wieku, zasłynęła niegdyś z otwarcia pierwszej publicznej toalety. A że właścicielem lokalu był wówczas Edward Tarlerski, utarła się używana po dziś dzień dwuznaczna nazwa U Edzia. Lokal mieści się w rynku, w narożniku tzw. kamienicy Kudliszowskiej. W jego karcie także nie brak ukraińskiego barszczu czy pierogów.

W progach specjalizującej się w daniach z grilla restauracji Mięso i Sprawiedliwość wita klientów lwowski kat. Stylizowaną na ziemiankę Ukraińskiej Powstańczej Armii Kryjówkę, anglojęzyczny portal lvivalive.com anonsuje jako „Криївка: Tourist-Friendly Ukrainian Nationalism”, a związany z nią lokalizacją Masoński Teatr jako „the most expensive galician restaurant”. Rzeczywiście, w menu są dania i wina po 300 euro. Wystarczy jednak wziąć w Kryjówce jednorazowy bon uprawniający do 90-procentowej zniżki, by świat wrócił do równowagi, a masońska cena się urealniła.

Z imprezy na imprezę
Współczesny Lwów nie wstydzi się wielonarodowych korzeni. Wręcz przeciwnie, z ich mozaiki czyni atut. Z dumą odkrywa zakryte tynkami w czasach radzieckich napisy po polsku, ukraińsku, niemiecku, hebrajsku… Eksponuje religijne i etniczne odrębności. W pierwszym rzędzie przywraca się świetność najcenniejszym zabytkom, pozostałe, wciąż liczne kamienice i skrywane za ich fasadami podwórza muszą zadowalać się rozwiązaniami prowizorycznymi. Jednak tutaj, podobnie jak we Włoszech czy w Grecji, w zabytkach toczy się codzienne życie, więc zarówno prowadzone z rozmachem remonty, jak i prowizorki są jego równoprawnymi przejawami.

Od połowy czerwca do połowy września, a więc w szczycie letniego sezonu, w mieście odbywa się tak wiele imprez, że praktycznie nie ma wolnych dni w kalendarzu. A są to już przeważnie cykliczne, i do tego międzynarodowe festiwale. Muzyczne, folklorystyczne, teatralne, kinowe, samochodowe. Liczba tego typu imprez w skali roku przekracza 50.

Z perspektywy dachu
Niezależnie od tego, czy Lwowianie doszli do pewnych rozwiązań sami, czy też podpatrują je w Europie, formy prezentacji miejskich atrakcji są coraz bardziej wyszukane. Widać to nawet w skansenie, otulonym zielenią ternie na wschodnich obrzeżach miasta. Jeszcze kilka lat temu chodziło się tutaj po pięknych, ale przecież wyrwanych z kontekstu, bo przeniesionych z terenu pustych chatach i cerkwiach. Dziś ich wnętrza zajmują ludzie parający się zapomnianymi rzemiosłami. Można być świadkiem wytłaczania oleju albo kupić mydełko zrobione, jak przed laty, ze zwierzęcego tłuszczu i popiołu z dodatkiem ziół o naturalnym roślinnym lub owocowym aromacie.

Najbardziej bodaj nowatorską, a do tego luksusową ofertę tworzy Kumpel-Tour. Duszą przedsięwzięcia jest zakochany w rodzinnym mieście Ihor Lylo. Z zawodu historyk sztuki, wykładowca na Uniwersytecie Lwowskim, związany także z Uniwersytetem Jagiellońskim, autor książek o mieście. Wciąga do współpracy przedstawicieli biznesu i osoby prywatne, przecierając szlaki innym przewodnikom. Każdego roku w maju, podczas Dni Lwowa, zamienia się na przykład miejscami z merem, i wcielając w rolę pierwszego miejskiego urzędnika, prezentuje jego gabinet. Krąży z chętnymi po zakamarkach starówki nocą, zapuszcza się z wycieczkami do piwnic. Ostatnim jego pomysłem jest zwiedzanie Lwowa z wysokości dachów. Nie wszystkich rzecz jasna, ale tych, na które normalnie się raczej nie wchodzi – hoteli, banków, a nawet prywatnego domu, na który wyjście prowadzi z trzypoziomowego, bodaj jedynego tego typu mieszkania w mieście.

Pieniądze zawsze się znajdą
Jaki procent w miejskim budżecie zajmuje turystyka, promocja miasta? Tak postawione pytanie wywołuje podniesienie brwi u Oleha Bereziuka i uśmiechy na twarzach jego współpracowników. – Nie mamy na to budżetu – pada odpowiedź. Nie ma takiej możliwości, ani procedur redystrybucji środków.

Jak więc sobie Lwów radzi? Jak wydaje foldery, prowadzi obszerny portal informacyjny, organizuje festiwale i emituje promocyjne filmy? Prawda jest taka, że na rozwiązania systemowe przyjdzie jeszcze Ukraińcom poczekać. Gospodarka rozwija się, choć nie bez udziału szarej strefy, w której obroty szacują niektórzy nawet na 80 procent. Miasto nie może sobie pozwolić na czekanie. A koniunktury ostatnich lat nikt nie chce zmarnować. Szczęście w nieszczęściu, że beneficjentami turystycznej popularności są przede wszystkim firmy z branży hotelarskiej i gastronomicznej. – Zwracamy się do nich z naszymi pomysłami, a oni nie odmawiają pomocy – zamyka kwestię urzędnik.

W lwowskiej rzeczywistości zamiana szarego na złote nie jest więc przenośnią. Oczywiście nic by z tego nie było, gdyby dysponenci kapitału nie dostrzegali sensu działań koordynowanych przez miasto. Dowodem na to, że wierzą w hasła „Lwów otwarty na świat” i „W jedności siła” jest choćby to, że powstało i działa Lwowskie Zrzeszenie Turystyczne. Typowa organizacja non-profit, a zarazem kanał przepływu potrzebnych środków. Na pożytek zrzeszonych i całego miasta.

Tekst był publikowany w portalu www.rp.pl/turystyka w lipcu 2014 r.