Tanzania, Kilimandżaro – lodowiec Furtwängler coraz mniejszy

Inspiracja „Śniegów Kilimandżaro” Hemingwaya, lśniący w słońcu i wiecznie zmrożony płaszcz dachu Afryki. Niestety, podobnie jak inne lodowce na świecie, Furtwängler kurczy się w zawrotnym tempie.

male_Kili-i-porterzy

Kilimandżaro jest uśpionym wulkanem, a raczej grupą wulkanów, w której najważniejszy nosi nazwę Kibo (na obrzeżu jego krateru o średnicy około 400 m znajduje się najwyższy punkt masywu – Uhuru Peak, 5895 m). Mniejsze, mocno zerodowane stożki wulkaniczne tworzą ramiona z wybitnymi kulminacjami: Mawenzi (5150 m) i Shira (3940 m). Całość wygląda z oddali jak rozłożysty kopiec o średnicy ponad 80 km u podstawy. Położony około 350 km na południe od równika jest szczególnie podatny na zmiany klimatyczne.

Opisując powody zmian, niczym mantra powtarzany jest termin „globalne ocieplenie”. Okazuje się jednak, że w przypadku lodowców Kilimandżaro, które ulegają recesji od około 1850 roku, najsilniej wpływają na to zjawisko pożary okolicznych lasów oraz obniżanie się poziomu wód w jeziorach kontynentu, notowane od blisko 140 lat. Do atmosfery przenika coraz mniej wilgoci, a rzadsze i mniej obfite opady deszczu oraz śniegu w najwyższych partiach, nie wystarczają by się lodowiec regenerował.

Przez 100 lat, od 1912 roku, kiedy to zdobywszy najwyższy szczyt Afryki, Walter Furtwängler zobaczył z bliska noszącą teraz jego imię lodowcową czapę, zmniejszyła się ona – szacunkowo – o 80-85%. Pesymiści, choć podają różne prawdopodobne daty zaniku lodowca, są zgodni co do jednego. Jeżeli tempo regresji się nie zmniejszy, to w II połowie XXI wieku nie będzie po nim śladu na Kilimandżaro. Tempo w jakim postępuje zjawisko ilustruje doskonale fakt, że w roku 2007 Furtwängler podzielił się na dwie części, gdyż tak znacząco poszerzyła się zauważona zaledwie rok wcześniej szczelina w jego centrum.

Ciekawostką jest fakt, że w odróżnieniu od lodowców Alp czy Himalajów, które w dziejach miały już niejednokrotnie okresy zaniku i wzrostu, główny lodowiec Kilimandżaro jest stosunkowo młody. Powstał w połowie XVII wieku wraz z towarzyszącymi mu mniejszymi lodowcami takimi jak Arrow, Fortangular czy Heim oraz rozległymi niegdyś polami śnieżnymi. Wszystkie te formacje ulegają teraz szybkiemu zanikowi (www.kilimanjaro.cc; www.climbing.com).

Podobne niebezpieczeństwo zagraża lodowcom na świecie w ogóle. Raporty na temat ich zmian są efektem badań prowadzonych systematycznie przez około 70 ośrodków naukowych we wszystkich niemal górotworach Ziemi. Patronuje im ONZ w ramach UNEP (United Nations Environment Programme; www.unep.org/geo/geo_ice).

Bodaj najgłośniej biją na alarm hinduscy uczeni, którzy powołując się na analizy zdjęć kosmicznych twierdzą, że 75% lodowców w Himalajach zmniejszyło znacząco masę, kurcząc się w ciągu zaledwie dwóch minionych dekad o średnio 3,75 km rocznie. W efekcie, dramatycznie spada poziom wód w rzekach, które w Himalajach biorą źródła, a ludność Indii i Bangladeszu cierpi na coraz dotkliwszy niedobór wody pitnej.

A tu z innej beczki, czyli co nieco o wspinaczce po lodzie na Dachu Afryki (pod auspicjami Red Bulla).

Reklamy

Chronione skarby natury

Na świecie istnieje ponad 7 tysięcy parków narodowych. Ochronę najcenniejszych fragmentów naszego ekosystemu łączy się w nich z umiejętnym eksponowaniem przyrody i krajobrazu, badaniami naukowymi i edukacją. Parki narodowe zajmują łącznie ponad 1 mln km2. Wydaje się, że dużo, a jednak to zaledwie 0,2% powierzchni naszej planety.

Safari_023p

Serengeti – królestwo wielkiej piątki
Rozległa równina porośnięta sawanną jest bodaj najczęściej odwiedzanym parkiem narodowym Afryki. To jeden z najbardziej archaicznych ekosystemów, a zarazem jeden z największych obszarów chronionych na świecie. Zajmuje powierzchnię 14.763 km2 (obszar nieco większy od terytorium Czarnogóry, nieznacznie mniejszy od Słowenii). Charakterystyczne są dla niego samotne skaliste wzgórza i pojedyncze drzewa, czasem kępy drzewiastych akacji. W ich cieniu kryją się żyjące tutaj zwierzęta. Serengeti leży na terenie Tanzanii, rozciągając na wschód od Jeziora Wiktorii. I właśnie bogactwo fauny charakterystycznej dla Czarnego Lądu jest magnesem przyciagającym uzbrojonych niegdyś w sztucery, a dziś w aparaty fotograficzne gości ze świata. Podczas emocjonujących safari, można w Serengeti podglądać największych i najbardziej drapieżnych przedstawicieli afrykańskiej fauny. Każdego roku sawannę przemierzają w poszukiwaniu wody wielomilionowe stada antylop, zebr i gazeli. Ponadto są tutaj żyrafy, słonie, nosorożce i bawoły. A spośród drapieżników: lwy, lamparty i gepardy oraz poszukujące padliny hieny, likaony, szakale. W miejscach wilgotnych, nad rzadko spotykanymi tu jeziorkami czy strugami – krokodyle i hipopotamy. W kępach zarośli – pytony. Odkrywca tego obszaru, amerykański myśliwy Stewart Edward White nie ukrywał zachwytu, przyrównując na łamach dziennika podróży odbytej w 1913 roku, Serengeti do Raju na Ziemi. Od wieków, przez te tereny pędzą bydło Masajowie. Najbarwniejszy lud Wschodniej Afryki jest równie jak dzika przyroda atrakcją. To ich dziedziny, a Serengeti oznacza w ich mowie wielką i suchą ziemię. www.serengeti.orgwww.tanzaniaparks.com

Yellowstone – ikona amerykańskiego krajobrazu
Najstarszy park narodowy w USA i na świecie, powołany do życia w 1872 roku, za prezydentury Ulyssesa Granta. Obszary objęte dziś ochroną biali zdobywcy Nowego Świata zaczęli poznawać dopiero na początku XIX wieku. Od kilkunastu tysięcy lat żyli tam przedstawiciele rdzennej ludności – plemiona indiańskie Nezów, Percé’ów, Wron i Szoszonów. Badania naukowe zapoczątkowane przez ekspedycję Lewisa i Clarka, a kontynuowane przez geologa Ferdinanda Haydena wykazały, że jest to nie tylko teren unikalny krajobrazowo, ale także niepowtarzalny ze względu na budowę geologiczną. Rozległy płaskowyż wulkaniczny jest niczym pokrywa gigantycznej magmowej komory. Współczesne już badania z użyciem zaawansowaneych technik pozwoliły sprecyzować jej rozmiary. Rozciąga się na długość 72 i szerokość 30, sięgając aż 660 km w głąb naszej planety. Krajobraz tego rejonu, przeciętego doliną rzeki Yellowstone, wijącej się wśród fantazyjnie ukształtowanych skał, natura rzeźbi od około 2 milionów lat. Kluczowe znacznie miały następujące kilkakrotnie w tak długim okresie wybuchy podziemnych wulkanów. Obecność magmy w głębinach Ziemi objawia się na powierzchni zjawiskami termicznymi – obecnością gorących źródeł, błotnych wulkanów, fumaroli i gejzerów. Rozrzuconych wśród skał i lasów, zdominowanych przez specyficzny gatunek sosny wydmowej, której szyszki otwierają się wywypując nasiona jedynie pod wpływem wysokich temperatur. Osobliwością faunistyczną są stada bizonów, które tylko tutaj przetrwały odstrzał prowadzony na Dzikim Zachodzie dla ich futer. Na początku XX wieku żyło dziko zaledwie 50 sztuk. Osobniki te pozwoliły odtworzyć gatunek, i dziś, w Yellowstone spotkamu około 3500 dzikich bizonów. Dla Indian wszystko co obserwowali było przejawem życia Ziemi. Dla nas to także fascynujące zjawiska przyrodnicze, inspirujące sztukę, zwłaszcza literaturę i film. W parkowej scenerii kręcono legendarne westerny. A w słynnej animacji dla dzieci Disneya, w do złudzenia podobnym krajobrazie, baraszkowały krnąbrne misie Yogi i Bubu. www.nps.gov

Jeziora Plitvickie – perła chorwackiej przyrody
Jedna z największych atrakcji przyrodniczych kraju. A chociaż Chorwację kojarzymy przede wszystkim z pasem malowniczego choć kamienistego wybrzeża i licznymi niezbyt odlgłymi od brzegów wyspami, park znajduje się w interiorze, w północnej części kraju. Obejmuje szesnaście dużych oraz kilka mniejszy akwenów wraz z otoczeniem. Plitwickie Jeziora słyną z nieskazitelnej czystości wód. Zapewne zresztą dlatego są ubogie w ryby. Czasem przemknie co najwyżej troć wędrowan, pstrąg potokowy albo goleń, a więc ryby z gatunków wędrownych. Łatwo natomiast napotkać płazy, w tym oryginalną slamandrę plamistą. Jeziora Plitwickie otulają lasy, których ozdobą jest aż 50 gatunków storczyków, z charakterystycznym obuwikiem na czele. O malowniczości tego miejsca decyduje jednak przede wszystkim ukształtowanie terenu. Są bowiem dwie grupy jezior – Górne i Dolne. Największe z nich, Kozjak ma 49,5 m głębokości. Różnica poziomów między położonym najwyżej Jeziorem Proscanskim, a ujściem wód do rzeki Korany sięga niemal 160 m. Woda przepływając między jeziorami tworzy wodospady. Najpotężniejszy ma aż 78 m wysokości i nazywany jest Wielkim (chorw. Veliki slap). Rzeka zaś przedziera się efektownym skalistym kanionem. Niemal codziennie, rzesze turystów przemierzają kręty szlak, zachwycając się szmaragdową barwą wody w jeziorach. Zaglądają w gardziel kanionu, podziwiając jego skalne ściany. Ścieżka, sama w sobie emocjonująca, wiedzie miejscami po krętych drewanianych kładkach umieszczonych tuż nad taflą wody. Można penetrować niektóre z grot i jaskiń, jakich wiele na całym obszarze. Program wycieczki wzbogacają ponadto takie atrakcje jak rejs stateczkiem po rzece oraz zjazd lub wjazd kolejką do najwyżej położonego zakątka Parku. www.np-plitvicka-jezera.hr

Tekst był publikowany na łamach magazynu „Świat. Podróże. Kultura.” w lutym 2014.

Tanzania / Kilimandżaro – góra wielkiego mozołu

Czyż to nie piękne marzenie – zobaczyć Afrykę z góry?! I to z góry wiecznie pokrytej śniegiem, co na najgorętszym kontynencie naszego globu samo w sobie jest już atrakcją.

Każdego roku kilka tysięcy ludzi z całego świata wyrusza na szczyt Kilimandżaro w pogoni za tym marzeniem. 30-40 procent je realizuje. I to jest pierwszy sygnał, że nie jest łatwo, ale również…, że da się to zrobić. Tę nadzieję podsyca w nas Kapanya, nasz tanzański przewodnik. Jest nas siedmioro i na spotkaniu w Arushy zasypujemy go pytaniami o trasę, podejście, trudności, wodę… Czy prowadził już Polaków i jak to jest z chorobą wysokościową? Choć jego przydomek znaczy w swahili mała myszka, Kapanya ma w sobie wielką charyzmę. Emanuje siłą i spokojem, przy czym cechy te, tak cenne u szefa wyprawy, podane są w nader egzotycznym sosie. Głowę Kapanyi zdobi grzywa dredów. Z powodzeniem można by go nazywać Simba – lew. Intuicja mnie nie myli. Jak się później dowiaduję, Kapanya jest poważany, gdyż wśród miejscowych przewodników pełni rolę nauczyciela. Ma około 50 lat, a nasza wyprawa jest jego 118 wędrówką na szczyt.

Uwaga na wagę
Jest nas siedmioro, ale karawana liczy blisko czterdzieści osób – porterów (tragarzy), kucharzy i przewodników… Zabieramy ich po drodze z Arushy, ładując jednocześnie do busa sprzęt i prowiant. Przed bramą do parku – Machame Gate czeka największa grupa. To górale spod Kilimandżaro, z plemienia Chaka. Urodzili się u stóp góry i spośród nich rekrutuje się większość tragarzy oraz przewodników.

Właśnie z Chaka pochodzi dwóch towarzyszy Kapanyi – doświadczony Saria i młody Severin. Potem okaże się, że przewodników jest jeszcze więcej. Asystując głównej trójce, na co dzień wspomagają ekipę kuchenną i tragarzy. A ci, początkowo, są dla nas bezimienni i z trudem ich rozróżniamy. Tym bardziej, że porterzy idą szybko. Chociaż niosą całe wyprawowe wyposażenie, znacznie szybciej niż klienci.

Przy Machame Gate, obserwuję ich przy wadze. Jeśli wskazówka dynamometru przekracza trzydziestkę, nadmiar rzeczy oddaje się tym, którzy przy załadunku wzięli za mało. Tylko niektórzy tragarze mają nieprzemakalne wory z pasami na ramiona. Wielu niesie toboły lub słomiane kosze na głowach, większości dyndają się przytroczone byle jak hoboki na wodę. Delikatniejsze rzeczy jak lampę naftową, czy jajka w tekturowej kratce, przywiązują na zewnątrz konopnym sznurem. Dlaczego nie używają pasów biodrowych wyjaśnia Saria. – Gdy porter upada pod ciężarem, musi go jak najszybciej zrzucić z ramion, by ładunek nie spowodował kontuzji lub co gorsza nie pociągnął w dół.

Wyposażenie pamięta czasy króla ćwieczka. Wyobraźcie sobie zaskakujący moment, gdy jakieś dwa kilometry od punktu startu czeka na nas przy drodze zastawiony, przykryty obrusem stół oraz krzesełka. Scena jak z „Pożegnania z Afryką”. Ale każde ze składanych, żelaznych krzeseł waży więcej niż mój plecak. Zastanawiam się, czy przypadkiem nie wniosą tego całego majdanu na szczyt… Szczęśliwie nie. Ale rozstawianie, i to trzy razy dziennie, stolika z krzesłami tworzy poetykę wypraw na Kilimandżaro. Choć czujemy się niezręcznie gdy tragarze, kucharze, a nawet przewodnicy trzymają się podczas naszego posiłku na uboczu. Prosimy więc Kapanyę, żeby przynajmniej on i Saria towarzyszyli nam przy stole.

Szkoła cierpliwości
Szczyt – chcę go jak najszybciej zobaczyć. Wypatrywałem już oczy w ciągu kilku godzin jazdy z Nairobi do Arushy, ale bez skutku. Najwięcej wypraw wyrusza w porze suchej, od grudnia do lutego, a nasza ma miejsce w listopadzie, u schyłku małej pory deszczowej. To nadzwyczaj dobry okres dla Europejczyków, bo u podnóża żar nie leje się z nieba, zaś w partiach szczytowych nie jest najzimniej. Jednak coś za coś – codziennie po wschodzie słońc, rozgrzane powietrze podnosi się spowijając górę kłębowiskiem chmur. Kilimandżaro kryje swe tajemnice, wystawiając moją cierpliwość na ciężką próbę.

Pociechę czerpiemy z widoków na Mount Meru. Niższy o półtora tysiąca metrów szczyt jest najbliższym sąsiadem Kilimandżaro (ich wierzchołki dzieli zaledwie… 50 kilometrów). Meru góruje nad Arushą i codziennie wita nas o wschodzie słońca wystającym ponad chmury piramidalnym stożkiem. Saria uczy nas jak wyrazić podziw w swahili (głównym języku zamieszkiwanej przez 120 różnych plemion Tanzanii). Kilima Meru ni daridadi – Góra Meru jest bardzo piękna.

Kilimandżaro widzę dopiero drugiego dnia wyprawy, rano. Inaczej niż na zdjęciach, wykonywanych zazwyczaj od strony kenijskiej, nie jest gigantycznym kopcem sterczącym nad sawanną. Z tej perspektywy przypomina leżącą postać, co nasuwa mi natychmiast skojarzenia z Giewontem. Jednak tatrzański rycerz zdaje się być na wyciągnięcie ręki, natomiast ta góra… jest bardzo odległa.

Każdego dnia idziemy sobie powoli – dalej i wyżej. Chęć ujrzenia szczytu kusi, by troszkę przyspieszyć. Ale przewodnicy są rygorystyczni. – „Pole, pole”, czyli „wolniej, wolniej”! – Przypominają. Nie bez racji, przychodzi bowiem moment, że każdy gwałtowniejszy ruch przypomina bolesnym pulsowaniem w głowie o rosnącej wysokości. Poza tym mnóstwo pijemy – przynajmniej 5 litrów dziennie. Nigdy nie wlałem w siebie w górach tyle wody. Nigdy też nie wyskakiwałem nocą pod presją pęcherza z namiotu z regularnością godną zegara z kukułką – co godzinę!

Barwy i dźwięki Kilimandżaro
Pośród ośmiu standardowych tras, Machame Route jest najdłuższa. Przecinanie pięter roślinności i trawersowanie góry od południa, sprzyja poznaniu przyrody i aklimatyzacji. – Co to za drzewo? – Pytam Sarię. – Kilimandżarka. – A czerwony kwiatek? – Kilimandżarka – odpowiada. Wcale nie kpi. Rośnie tu sporo endemitów i w dwuczłonowych zazwyczaj łacińskich nazwach wciąż powtarza się człon Kilimandsharica.

Wędrujemy przez strefę mięsistych, stojących pojedynczo lub w niewielkich grupach, senecji i lobelii. Ale zieleń ustępuje w końcu miejsca odcieniom brązu i szarości. Ścieżka kluczy wśród bazaltowych otoczaków, kruchych łupków o ostrych krawędziach, wiodąc ku żużlowym usypiskom w najwyższych partiach góry.

Fauna Kilimandżaro jest uboga. Strome jary i skaliste grzędy nie są bowiem zbyt gościnne. Poza tym większe zwierzęta u podnóża skutecznie przepłoszyli kłusownicy. Nawet w strefie tropikalnego lasu zaskakująco rzadko odzywają się ptaki. Stosunkowo łatwo wypatrzyć harcujące wśród gałęzi małpy. Warto natomiast szukać kameleona – ze zrozumiałych względów to trudne, ale jeśli się uda, przynosi szczęście!

Dopiero biwak na kamienistym plateau Shira rozbrzmiewa pokrzykiwaniem kruków. Uparcie i w zasadzie bez lęku krążą wokół namiotów kuchennych. Jest ich tu kilka bo poza nami na szczyt zmierzają Katalończycy (w księgach meldunkowych campów tak właśnie się wpisują), Kanadyjczycy i Amerykanie.

Morze świateł
Któregoś dnia Kapanya pyta czy to co widzę odpowiada moim wyobrażeniom. Cóż odpowiedzieć – góra jest kompletnie inna od wszystkich, które wcześniej widziałem! Natomiast im bliżej szczytu, tym silniej odczuwam jej magiczny zew. Najsilniej na biwaku Barranco, gdzie wieczorem, zaśnieżony szczyt wyłania się niespodziewanie, wysoko ponad naszymi głowami. I z tej perspektywy nie jest już połogi, ale najeżony imponującymi, skalnymi i lodowymi urwiskami.

Największe jednak zaskoczenie przeżywam na biwaku przed atakiem szczytowym. Ponieważ kolejne dni upływają nam wśród chmur przestałem już liczyć, że zobaczę Afrykę z góry. Gdy koło północy Kapanya daje hasło do wymarszu na szczyt, wystawiam głowę z namiotu i ku swemu wielkiemu zdumieniu, widzę w dole… morze świateł. I nie są to majaki wywołane wysokością, o nie! To Moshi – 50 tysięczne miasto u podnóża Kilimandżaro, jego przysiółki i wioski ciągnące się wzdłuż szosy w kierunku miejsca naszego startu, Arushy.

Szczytowe doznania
Są trzy powody, dla których na szczyt wyrusza się o północy. Po pierwsze, gdy rankiem masy powietrza suną ku górze, jest więcej tlenu. Po drugie, zmęczeni nużącym podejściem stajemy na krawędzi krateru o wschodzie słońca. Zastrzyk czystej energii przynosi ulgę zesztywniałym z niedotlenienia mięśniom. Po trzecie zaś, w nocy nie widać ostatniego podejścia. Zdającymi się nie mieć końca zygzakami żużlowej ścieżki, wysokość zdobywa się mozolnie, krok za krokiem, dosłownie centymetr po centymetrze. Zajmuje to – bagatela – sześć, siedem godzin.

Na górę wyruszamy we czwórkę, z piątką przewodników. Ale nasz zespół się dzieli się na mniejsze grupy. Franca i Leszek zostają w tyle, z częścią dwóch przewodników. Wschód witamy więc we trzech z Sarią i Jarkiem. Słońce dodaje sił, ale wysokość daje się we znaki. 5600 metrów! Bólu głowy los mi oszczędził, ale mięśnie wymykają się kontroli umysłu. Gdy Jarek prosi żebym mu wyjął z kieszeni plecaka butelkę z wodą, nie mogę po nią trafić ręką. Prosta czynność zabiera mnóstwo czasu i siły. Nigdy wcześniej nie dotknęła mnie choroba wysokościowa, więc czuję się nieswojo, gdzieś w głębi duszy czai się lęk. Widzę krawędź krateru, oddaloną o jakieś 150 metrów. – Kawał drogi – myślę z niechęcią. Saria dodaje nam animuszu, powtarzając z upodobaniem po polsku. – Dalej lenie! I dodaje bawiąc się słowami – Hey guys, let’s go to kill the Kili, or… Kili kill you! Przyjmujemy strategię 50 kroków. Krótki postój i kolejna pięćdziesiątka. Tak osiągamy Stella Point na krawędzi krateru (5756 m n.p.m.). We wspomnieniach wielu osób – psychicznie najtrudniejszy, bo główny wierzchołek jest niespełna 200 metrów wyżej, ale godzinę marszu dalej.

Szeroko tu, choć po prawej, od strony krateru Kibo, znajdują się urwiska. Po lewej łagodny, żużlowy stok opada w kierunku bajecznie uformowanego lodowca. Śniegi Kilimandżaro inspirowały Hamingwaya. Dziś pozostało zaledwie pięć procent z białej czapy zakrywającej wówczas szczyt. Chęć ochrony topniejącego w zastraszająco szybkim tempie lodowca rodzi idee, w gruncie rzeczy tak niedorzeczne, jak przykrycie go specjalnym pokrowcem.

Łyk Kilimandżaro
Krater ma 5 kilometrów średnicy, tyle co krakowska starówka w obrębie Plant! Jest więc imponujący. Natomiast wierzchołek, nie wybija się nadmiernie spośród szeregu podobnych kamienistych kulminacji na poszarpanej krawędzi krateru. Gdy jednak podmuch wiatru odsłania przed nami drewnianą konstrukcję na szczycie, z pełną determinacją przyspieszamy. Udaje mi się doliczyć do 500 i stajemy w najwyższym punkcie Afryki. Ze staniem mamy pewne trudności. Ba, zataczamy się z Jarkiem jak pijani, ale jesteśmy szczęśliwi i uważamy, że to zabawne.

Nigdy o wyjściu na jakikolwiek szczyt nie myślałem w kategorii: zwycięstwo! W tym przypadku to chyba właściwe słowo. Oczywiście nie ma mowy o zwycięstwie nad górą, bo ta za nic ma takich zwycięzców, ale nad własną słabością, którą klimat i wysokość obnażają bezlitośnie.

Z zejściem sprawa wydaje się prostsza, bo w gruncie rzeczy żaden z nas nie ma ochoty na zbyt długi postój. Pozdrawiamy Leszka, kolejnego zdobywcę osiągającego wierzchołek w towarzystwie Joshuy i Baracci i zapewniamy go, że poczekamy niżej. Nie należy się jednak zatrzymywać, by nie przedłużać pobytu w strefie o niskiej zawartości tlenu. Saria pilnuje nas byśmy nie ulegli pokusie odpoczynku. Zbiegamy w dół. Czuję jak z każdym metrem wracają mi siły i kroki stają się pewniejsze.

Gdy przed zachodem słońca góra znowu się odsłania, siedzimy już z Jarkiem i Sarią na ostatnim na trasie campie Mweka, na skraju tropikalnej puszczy, znowu niziutko, na trzech tysiącach metrów. Fundujemy sobie piwo Kilimandżaro (w campowej budzie 4 dolary za flaszkę, chyba najdrożej w Tanzanii). A, że znowu oddychamy swobodnie, żartujemy nawet z najmniej przyjemnych szczytowych doznań… Hakuna matata! Ten zwrot (w swahili „nie ma sprawy”) zna cały świat dzięki filmowi Disneya. W Tanzanii mówią hakuna shida. I słusznie, przecież było super!

Kilimandżaro (5895 m n.p.m.) jest wygasłym wulkanem, położonym na terytorium Tanzanii. Kilima Njaro oznacza w suahili Świecącą Górę. Masajowie nazywają ją po prostu Białą Górą – Oldoinyo Oibor. Wśród okolicznych ludów jest jednak o wiele więcej, często magicznych konotacji nazwy. Najwyższy punkt Dachu Afryki – Uhuru Peak wznosi się zaledwie trzy stopnie szerokości geograficznej od równika. Jako pierwsi stanęli na nim 6 października 1889 roku, niemiecki geograf Hans Mayer i szwajcarski przewodnik Ludwig Purscheller. Góra stanowi dziś park narodowy, za wejście do którego wnosi się opłatę, i po którym należy poruszać się w towarzystwie licencjonowanych przewodników. Na szczyt prowadzi kilka standardowych dróg. I nie są to technicznie trudne, wspinaczkowe podejścia. Jednak wędrówka wiąże się z ogromnym wysiłkiem fizycznym (6-8 godzin marszu dziennie, a w kulminacyjnym dniu aż 12-15 godzin). Problemem, którego nie wolno bagatelizować jest aklimatyzacja i zagrożenie chorobą wysokościową. Rzecz ciekawa, że nawet dla doświadczonych himalaistów, wejście na Kilimandżaro bywa prawdziwym wyzwaniem. Ba, nawet miejscowi przewodnicy, których aklimatyzacja przebiega naturalnie, przy pierwszych wejściach na szczyt płacą górze haracz choroby wysokościowej.

INFO
Strony rządowe Tanzanii (ang.): www.tanzania.go.tz
Oficjalna strona Tanzańskiej Organizacji Turystyki (ang.): www.tanzania-web.com
Dobry słownik niemiecko-kiswahili i inne informacje o Tanzanii (niem.): http://tansa.de/sprache.html

Wyprawa na szczyt. Do wyboru jest 8 tras standardowych (bez jakichkolwiek trudności technicznych). Najpopularniejsza jest Marangu Route, na której śpi się w schroniskach. Na pozostałych biwakuje się na campach – potrzebne namioty. Drogi przez lodowiec z odcinkami wspinaczkowymi (na ogół skala trudności III, III+), oraz próby prowadzenia nowych dróg wymagają dodatkowej zgody. Żądni mocnych wrażeń mogą zakosztować noclegu w kraterze Kibo, na wysokości 5790 m n.p.m. Lojalnie przestrzegam, że o spaniu na tej wysokości raczej nie ma mowy. Zaś osobom towarzyszącym – przewodnikowi i porterom płaci się extra po 50 USD – jako ekwiwalent za pracę na szkodliwym dla mózgu „głodzie tlenowym”.

Kiedy się wybrać? Najlepiej w porze suchej (styczeń-luty). Jest najcieplej ale najwięcej ludzi próbuje zdobyć górę. Kilimandżaro można podziwiać już z daleka. W lipcu, sierpniu i we wrześniu jest najzimniej; na szczycie temperatury spadają do minus 20 st.C. Dogodnie jest w listopadzie i grudniu, ale wtedy górę można podziwiać tylko w godzinach porannych i o zachodzie słońca.

Tekst był publikowany na łamach magazynu „Podróże” (2003)

Tanzania – łowcy i zwierzyna

Safari wyobrażałem sobie zawsze niby wizytę w ZOO bez klatek. W praktyce okazuje się bezkrwawym polowaniem. Tyle, że polujących jest więcej niż można przypuszczać, a role myśliwego i zwierzyny wcale nie jednoznaczne.

Drogę z Arushy w kierunku wielkich parków narodowych ciągnących się w Tanzanii w od płaskowyżu Wschodnio-Afrykańskiego po Jezioro Wiktorii budują Tanzańczycy według japońskich planów. Taki układ – technologia za dostęp do kopalń szlachetnych kamieni… Plany na pewno są solidne, ale póki co wokół samochodu unosi się chmura czerwonego pyłu i trzęsie niemiłosiernie, bo głównym zajęciem robotników i kierowców stojących wzdłuż trasy maszyn jest… chowanie się w cieniu i rozglądanie, między innymi za pojazdami z białymi turystami. Mijamy ciężarówki oklejone pasażerami i ich tobołami. Popularnym środkiem transportu jest rower. Zazwyczaj zdezelowanym wehikułem jedzie więcej niż jedna osoba. Poboczami maszerują kobiety z plastikowymi, kolorowymi, pełnymi wody hobokami na głowach. Gromadki dzieci w fartuszkach, zmierzają do prowadzonych przez misjonarzy szkółek. Zlokalizowane przy widocznych przy drodze kościołach, utrzymywane są przez specjalnie powołane fundacje. Tumany kurzu wzbijają też stada bydła, osłów i kóz.

Butiki i autentyki
Salomon nasz kierowca i przewodnik na safari w jednej osobie, tłumaczy do którego plemienia należą mijani ludzie. Trudno się w tym jednak połapać, bo w Tanzanii żyje blisko 150 różnych plemion. Generalnie jednak w większych osiedlach dominują zajmujący się rolnictwem Iraq. Jest enklawa oryginalnego ludu Mbwambwa, a spośród wszystkich najbardziej wyróżniają się Masajowie, są bowiem wysocy, smukli i ubierają się nader kolorowo. Mają pociągłe twarze, a wśród ich kobiet trudno znaleźć taką, którą na miejscu określa się w głównym tutejszym języku jakim jest swahili – mama kubwa. Delikatnie tłumacząc oznacza to kobietę nieco nadmiernie rozbudowaną w biodrach.

Salomon nie zmniejsza prędkości w mijanych osiedlach. Odradza też fotografowanie i filmowanie „z ukrycia”, gdyż z reguły nie budzi to przyjaznych reakcji. Pierwszy raz zatrzymuje się dopiero przy oznaczonym tablicami kompleksie handlowo-gastronomicznym. To oczywiście mocno przesadzone określenie sklepu z pamiątkami i kawiarenki. Jest tu jednak podobnie jak w zakopiańskim kiosku z pamiątkami. Tyle, że zamiast ciupag wiszą włócznie, a zamiast drewnianych talerzy z dziewięćsiłem, barwne naszyjniki z koralików zwane kisahani. Nie kupujemy nic – ceny, jak na tutejsze warunki wygórowane, a towar na kilometr pachnie cepelią.

Drugi raz zatrzymujemy się obok małego osiedla Masajów. Okrągłe chaty kryte strzechą kryją się wśród ciernistych krzewów, a vis á vis osiedla rośnie, pierwszy na naszej trasie imponujących rozmiarów baobab. I choć wioska wygląda jakby nikogo w niej nie było natychmiast oblega nas gromadka kobiet i dzieci. Widząc nasze zainteresowanie ubiorem i ozdobami, kobiety chętnie zdejmują kisahani i oferują je na sprzedaż. Znacznie taniej niż w odwiedzonym poprzednio butiku, a nieco przybrudzone, bo używane naszyjniki mocniej kuszą swą autentycznością. Po krótkim targu wyjściowa cena zmniejsza się trzykrotnie i dwa naszyjniki przechodzą na naszą własność. Podchodzi też wojownik. Rozmawia chwilę z Salomonem i choć nieco bardziej powściągliwie niż kobiety, również oferuje na sprzedaż… swoje uzbrojenie. Krótką włócznię, długi nóż w czerwonej skórzanej pochwie oraz zakończoną kuliście drewnianą pałkę.

Salomon zapewnia, że do podobnych zakupów będziemy mieli jeszcze sporo okazji, ruszamy więc dalej. Po kilku godzinach jazdy i po przekroczeniu doliny Mto wa Mbu (Rzeki Muchy Tsetse) stajemy przez bramą Parku Narodowego Manyara. Obejmuje on rozległe słone jezioro i pas tropikalnego lasu u stóp płaskowyżu Wschodnio-Afrykańskiego.

Manyara splin
Przy bramie, uzbrojony w kałasznikowa strażnik sprawdza papiery Salomona (żeby prowadzić safari potrzebna jest parkowa licencja), a pani w kasie przyjmuje należne opłaty. Po parku wolno poruszać się tylko wyznaczonymi drogami. Nie wolno wysiadać z samochodu oprócz wyznaczonych specjalnie miejsc, ba nie wolno się nawet wychylać. Samochód Salomona ma więc podnoszony dach. Łatwiej się rozglądać, pozostając przy tym w cieniu. A cień jest prawdziwym skarbem.

Upał doskwiera zarówno ludziom jak i zwierzętom. Oprócz poruszających się szybko małp żadne zwierzę się nie spieszy. Nie wolno zresztą ich poganiać ani na nie trąbić, nawet jeśli zatarasują drogę. Samochód musi czekać aż odejdą. Pierwszy tego typu postój zawdzięczamy pawianom. Małpia rodzina baraszkuje na przejeździe przez niewielki strumień. Kiedy z zaciekawieniem oglądamy okoliczne drzewa kiełbasiane z podługowatymi owocami okazuje się, że i my jesteśmy obserwowani. O maskę samochodu stukają pestki owoców. Wygląda na to, że skaczące wśród gałęzi małpy, podobnie do dzieci na wiadukcie, po prostu plują na stojący w dole samochód.

Z największą ciekawością oczekujemy oczywiście dużych zwierząt. W Manyara żyją lwy, ale o spotkanie z tymi drapieżnikami, które kryją się gdzieś wśród drzew bardzo trudno. Za to nie sprawiają nam zawodu słonie. Jako jedne z nielicznych, nie zważając na upał, włóczą się po okolicy całymi rodzinami. Można na nie patrzeć godzinami bez znudzenia. Olbrzymie, gruboskórne zwierzęta okazują się przy tym pełnymi rodzinnego ciepła i troskliwości osobnikami. Chociaż nie okazują lęku, przechodząc w pobliżu samochodu starsze zawsze zasłaniają sobą najmłodsze. Gdy słoniątko nie może się wydostać o własnych siłach na śliski brzeg bajorka, stary słoń delikatnie popycha je trąbą w górę. Spieramy się przy tym czy to matka czy ojciec. Kły nie są bowiem wyznacznikiem płci. W rodzinach rządzą samice, zaś samce wędrują zazwyczaj samotnie. Taki właśnie samotnik tarasuje cielskiem drogę, bo objada się liśćmi i gałęziami drzewa, w którego cieniu jednocześnie się chroni. Nie ma wyjścia zatrzymujemy się i zabieramy za lunch – posiłek słonia potrwa dość długo.

Późnym popołudniem, gdy słońce jest niżej, puszcza ożywa gwarem ptasich głosów. Zaczynają się też poruszać zanurzone w wodzie cielska hipopotamów. Drogi nie dochodzą tam zbyt blisko, obserwujemy więc je przez lornetkę. Salomon opowiada, że nie ma nic groźniejszego od hipopotama spieszącego ku wodzie. Poczciwe z pozoru zwierzę stratuje bowiem wszystko co stanie mu wówczas na drodze.

Rozgrzane powietrze drga i osłabia widoczność. Jednak po drugiej stronie jeziora rysuje się różowa smuga. To flamingi! Tysiące, setki tysięcy flamingów! Na sawannie dzielącej nas od jeziora pojawiają się stada żyraf, gazele, antylopy i zebry. Te ostatnie wędrują zazwyczaj w towarzystwie gnu, bowiem oba gatunki nie przeszkadzają sobie, żywiąc się… innymi częściami tej samej trawy. Poruszają się niespiesznie z opuszczonymi głowami. Istny Manyara splin, a może – nie zakłócony rytm natury?

Village Trekking
Przed nocą trzeba opuścić granice parku. Czeka nas nocleg w widocznym na skraju płaskowyżu lodge’u – Lake Manyara Hotel. Dojeżdżając do niego mijamy kolejną wioskę. A potem wita nas tablica z informacją, że gospodarze organizują safari i… bezpieczne trekkingi po wsi. Lodge usytuowany jest – trzeba to przyznać bardzo atrakcyjnie. Otaczają go drzewa o pięknych czerwonych kwiatach. Jest czyściutki basen i wspaniały widok z góry na cały Park.

Standard europejskiego hotelu i moskitiery, a po kolacji występ zespołu folklorystycznego. Menedżer podrygując rytmicznie wyjaśnia co za taniec oglądamy lub jakiej słuchamy melodii. Wyciąga też rękę po napiwki i zachęca do zakupu kaset.

Co do trekkingu po wsi, to organizujemy go sobie sami. Po prostu zabieramy się z Salomonem do wioski. Idziemy na colę w barze przy hoteliku, w którym nasz przewodnik spędzi noc. Jest czyściutko, cola kosztuje czterokrotnie taniej niż w lodge’u, a nocleg – dziesięć razy. Być może dlatego, że jesteśmy w towarzystwie Salomona, miejscowi przestają się nami interesować. Jest zresztą wieczór i panuje przyjemny chłód. To czas na rozrywkę, a tu główną jest bilard. Grze oddają się z lubością zarówno kierowcy ciężarówek, którzy też tu się zatrzymali jak i miejscowe dziewczyny. Obserwując je dochodzimy do wniosku, że występujące w lodge’u były szalenie nieatrakcyjne. Może jednak utalentowane? A może po prostu nasze normy estetyczne są tak odmienne? Jednak Salomon… podziela nasze zdanie.

Góra Dzyńdzyń
W suahili Ngorongoro. Tak podobno pobrzmiewają dzwonki masajskich krów. I taką nazwę nosi wygasły wulkan, którego krater z otoczonym sawanną słonym jeziorem Magadi stanowi drugi park narodowy na trasie naszego safari.

Przekraczając krawędź wulkanu, wyjeżdżamy na wysokość blisko 2300 metrów. Stąd zaglądamy do krateru, którego dno leży 600 metrów niżej. W odróżnieniu od Manyara, lasy występują jedynie na obrzeżach. Tam usytuowane są także masajskie wioski. Przybyli tu około 200 lat temu i tylko im pozwolono pozostać w granicach Parku. I tylko oni mogą wędrować bez ograniczeń po Ngorongoro.

W Ngorongoro żyją wszystkie afrykańskie olbrzymy oraz liczne drapieżniki. Mimo to Masajowie wędrują przez Ngorongoro ze swoimi stadami bydła. Jest ono czymś w rodzaju polisy na życie. Nawet lwica zdaje sobie przecież sprawę, że łatwiej upolować wychudłą krowinę niż uzbrojonego człowieka. Gdy tylko się zatrzymywaliśmy Masajowie porzucali stada i natychmiast otaczali samochód, oferując swoje noże. Po paru takich spotkaniach mamy takie pamiątki dla siebie, rodziny i przyjaciół. Nie chcemy już nic kupować i zatrzymując się by zrobić zdjęcie rozglądamy się uważnie czy gdzieś w pobliżu nie czai się Masaj. Jeśli tak – to chodu!

W Ngorongoro uświadomiłem sobie drzemiącą we mnie, a myślę, że również w innych uczestnikach wycieczki, żyłkę łowcy. Sfotografować Masajów to jest wyzwanie. Nie chodzi o to żeby nie zapłacić, żądanego przez nich w takich sytuacjach dolara, ale o to żeby uchwycić ich w naturalnych sytuacjach, żeby nie pozowali.

Polowanie na Masajów z obiektywem wciąga chyba jeszcze bardziej niż zwierzęta. Te ostatnie są bowiem widoczne jak na dłoni. W pozbawionym cienia Ngorongoro stada bawołów, zebr i gnu, hieny, strusie… nie kryją się ani przed słońcem ani przed ludźmi. Trudniej dostrzec drapieżniki. Te wylegują się bowiem w trawie oczekując chłodniejszej pory dnia. Pojawienie się w odległości około stu metrów geparda elektryzuje naszą załogę. Coś się dzieje i nie ukrywamy wcale, że chętnie obejrzymy bardziej dramatyczną niż dotychczas scenę. Jest szansa, bo drapieżnego kota poruszyło stado zebr, które obchodzi łukiem jego legowisko. Na czele stada maszeruje gnu. Gnu kamikaze jak je nazywamy, przystaje co chwila i odwraca prowokacyjnie do geparda. Kot zachowuje się jakby nie wiedział co zrobić. Unosi się gotując do skoku, a po chwili znowu zalega w trawie. Brodata antylopa jest na tyle blisko, że drażni geparda, ale jednocześnie na tyle daleko, że w pogoń za nim kocur musiałby włożyć sporo wysiłku. Ogon geparda, podobnie jak u niezadowolonego domowego kota, porusza się coraz bardziej nerwowo. Zebry postępują za gnu, zatrzymując się co pewien czas. Dorosłe, podobnie stają wtedy przodem do kota, a młode przechodzą za tą osłoną dalej. Gdy stado przekracza groźną strefę, gepard się uspokaja. Zaś gnu, ku naszemu zdumieniu, znów kusi los postępując w kierunku stada lwów wylegującego się w kępie wysokich traw.

Łup wojownika
Miejscem odpoczynku w Ngorongoro jest Ngoitokitok Springs, malownicze jeziorko na południowo-wschodnim skraju dna krateru. Rośnie nad nim jedno wielkie drzewo, zamieszkałe przez stado orłów. Nieopodal zatrzymują się na lunch samochody z turystami. Orły szybują wokół nowo przybyłego samochodu. Jeden z naszych kolegów przekonał się na własnej skórze o co im chodzi. Niepomny na ostrzeżenia Salomona wyszedł z samochodu z kanapką. Cień orła tylko mignął nam przed oczami. Ptaszysko porwało kanapkę z ręki i umknęło ze zdobyczą. Ba, Amerykanie w sąsiednim samochodzie musieli zamknąć dach, bo rozzuchwalone ptaki próbowały wlatywać w szczelinę. Tyle determinacji dla frykasów z McDonald’s… Gdy skończyliśmy lunch orły przestały się nami interesować. Natomiast my zaczęliśmy się interesować innymi ptakami, których w okolicy było mnóstwo.

Pozostał nam jeszcze jeden cel – zobaczyć nosorożce, ostatnie z pięciu największych zwierząt Czarnego Lądu. Najłatwiej je spotkać w Lerai Forest. Lerai w narzeczu Masajów oznacza akacje o żółtawej korze. Salomon zatrzymywał kilkakrotnie samochód by wymieniać informacje z innymi przewodnikami. Też szukali nosorożców, jednak bez powodzenia. Tego dnia chyba nikomu się to nie udało. Może oprócz Amerykanek, które opuszczając park zrobiły sobie pamiątkowe zdjęcia z nosorożcem… namalowanym na ścianie koło toalet.

Pożegnanie w Ngorongoro urządziły nam flamingi. Brodziły po podmokłych brzegach Magadi z niewypowiedzianym wdziękiem. Nie było ich aż tyle co nad Manyara, ale wystarczająco dużo by ich balet stanowił efektowny finał safari.

PDR_safari_062pGdy zachodziło słońce, byliśmy znowu koło wioski, w której kupowaliśmy już kisahani. Zatrzymaliśmy się, bo kolejne osoby zdecydowały się na zakupy. Masajki wyczuły to instynktownie, bo nie zdejmując już własnych naszyjników, zaprowadziły klientów do większego od innych krytego strzechą budynku z gliny. Widzieliśmy go poprzednio, ale zaaferowani bliskimi spotkaniami ze zwierzętami, nie zastanawialiśmy się do czego służy. Niezależnie od skojarzeń jakie budzi, słowo galeria jest właściwym określeniem. Na ścianach miejscowe wyroby. Ceny do negocjacji.

W witającej nas grupie jest nastolatek, ubrany jak wszyscy jego rówieśnicy w okresie inicjacji na czarno. Takich chłopców, którzy za rok wejdą do grona wojowników (moran), widzieliśmy już w Ngorongoro, ale jego wymalowany białą farbą na czole ornament jest szczególnie kunsztowny. Poza tym chłopak posługuje się sprawnie angielskim i pozując pod baobabem w pięć minut zarabia pięć dolarów. Porównajmy to z pracą portera na Kilimandżaro, który za dźwiganie blisko 30-kilogramowego ciężaru dostaje sześć dolarów za dzień… Jestem pewien, że jeśli kiedyś tu jeszcze trafię, to młody wojownik będzie wtedy szanowanym wodzem. I tego mu życzę!

Masajowie. Jeden z największych ludów afrykańskich zamieszkuje pogranicze Kenii i Tanzanii. Masajowie są nomadami, choć we współczesnych czasach ich osiedla nabierają coraz częściej stałego charakteru. Kultywują tradycje, między innymi z okresu inicjacji wojowników, często niezgodne z obowiązującym współcześnie prawem. Swoimi wyrobami powinni handlować w specjalnie wyznaczonych miejscach zwanych cultural boma, ale czynią to praktycznie przy każdej okazji. W Seneto Cultural Boma na zachodnim obrzeżu Ngorongoro organizują pokazy tańca i obyczajów dla turystów. Zwyczajowo wizytę w tej okazowej wiosce poprzedza składanie przez turystów darów wodzowi. Powinny to być pieniądze, które przeznaczają między innymi na utrzymanie szkoły i opłacenie nauczycieli. Tak efektowne barwne stroje Masajów coraz częściej są wyrobami przemysłowymi, ba są nawet fabryki specjalizujące się w wyrobie czerwono-niebieskich pledów, którymi tak chętnie owijają się wojownicy. Taki pled można kupić na pamiątkę nawet na lotnisku w Nairobi za kilkanaście dolarów.

Manyara. Jezioro otoczone sawanną, bagnami i tropikalnym lasem, ok. 130 km na zachód od Arushy. Na obszarze stosunkowo niewielkiego Parku Narodowego Lake Manyara żyje 350 gatunków ptaków, wspinające się po drzewach lwy (niestety bardzo trudno o spotkanie z nimi), słonie, żyrafy, hipopotamy, gazele i liczne gatunki małp.

Ngorongoro. W kraterze wygasłego wulkanu, na przestrzeni niespełna 100 km2 (cały masyw 250 km2) żyje blisko 100 gatunków zwierząt (ok. 20 tys. sztuk). Osobliwością jest jezioro Magadi, którego wody są bogate w sodę. Zbiornik ma właściwości termalne, więc wytrąca się biały osad, który sprawia wrażenie lodowej pokrywy.

Tekst był publikowany na łamach magazynu turystycznego „Podróże” (2005)