Honduras – amerykański łącznik

Bogowie Majów i Lenków upodobali sobie wąski pas lądu łączący obie Ameryki. Wyrzeźbili majestatyczne góry by w spokoju przeglądać się w taflach otoczonych nimi jezior, a u morskich wybrzeży, niczym garść pereł, rozrzucili malownicze wyspy.

W połowie XVI wieku pojawili się hiszpańscy konkwistadorzy. Burząc odwieczną harmonię, przegnali starych bogów i narzucili indiańskim ludom chrześcijaństwo. Przez 300 lat wydzierali ziemi skarby – złoto, srebro, miedź, ołów, cynk, rudy żelaza. Niszczyli lasy. W 1821 roku Honduras odzyskał niepodległość, ale długo jeszcze nie zaznał spokoju. Odzyskuje go dopiero w ostatnich latach. Nadzieje na przyszłość uosabia 32-metrowej wysokości figura Chrystusa (El Christo Del Picacho dłuta Mario Zamory), wystawiona w 1997 roku w Tegucigalpa, stolicy kraju. Cuda natury i zabytki okresu prekolumbijskiego dają szansę na spełnienie nadziei, gdyż kraj odwiedza coraz więcej turystów.

Dzień drogi do cudów
Stolica, Tegucigalpa jest naturalną furtą Hondurasu. Tutaj bowiem znajduje się międzynarodowy port lotniczy, i stąd – mimo niedoskonałości drogowej infrastruktury i rozwiązań komunikacyjnych oraz faktu, że 4/5 terytorium zajmują góry (najwyższe jest Cerro Las Minas, 2890 m n.p.m. w zachodniej części kraju) – można w ciągu jednego dnia dotrzeć w najatrakcyjniejsze miejsca.

Większość przybyszów wybiera wybrzeże Morza Karaibskiego, ciągnące się na północy kraju. Magnesem jest gigantyczna rafa koralowa, łatwo dostępna z wysp rozrzuconych po zatoce. Utila, Roatán i Guanaja zyskały już światową renomę jako dogodne bazy dla nurków i wielbicieli sportów wodnych. Utila, najmniejsza z tej trójcy, leży najbliżej stałego lądu. Kursują na nią promy z La Ceiba. Ceny kwater są niskie, a ciekawych celów dla nurków mnóstwo. Oprócz rafy, pod wodą ukryte są liczne jaskinie, a na dnie zatoki spoczywają wraki. Po zatoce uwijają się rekiny wielorybie, polując na mieszkańców koralowej rafy. Dla ludzi są wprawdzie niegroźne, ale sama świadomość spotkania rekina podnosi poziom adrenaliny. Z walorów Roatán korzystają najchętniej rodziny z dziećmi i zakochani, wynajmując domki tuż przy plaży. Guanaja jest górzysta. Porastają ją palmowe lasy, a na skalnych progach potoków tworzą się kaskady wodospadów. Na karaibskim wybrzeżu Hondurasu żyje lud Garifuna – czarnoskórzy potomkowie niewolników przewożonych przez Brytyjczyków z Jamajki na Bay Islands w XVII stuleciu. Z czasem rozproszyli się po całym wybrzeżu. Często łatwiej się z nimi porozumieć po angielsku niż po hiszpańsku i kultywują odmienną od indiańskiej kulturę.

Miłośnicy tajemnic przeszłości kierują się na zachód, do Copán, uchodzącego za jedno z największych miast jakie wznieśli Majowie. Możemy sobie tylko wyobrażać jak było rozległe, skoro odkryte budowle zajmują ponad 30 tys. ha, a w otaczającej je dżungli, naukowcy dokonują wciąż nowych odkryć. Najstarsze budowle pochodzą sprzed 3 tysięcy lat. Mieszkało tutaj przynajmniej 200 tys. ludzi w dzielnicach mieszkaniowych otaczających ceremonialne centrum. Charakterystyczne świątynie wieńczą szczyty schodkowych piramid. Rozmachem imponuje siedziba władców, których postacie przedstawiono na stelach wyrzeźbionych z wulkanicznego tufu. Najsłynniejsze są prowadzące do centralnego zespołu świątyń Schody Hieroglifów. Każdy stopień ma 45 cm wysokości i 16 m szerokości. Są 63 stopnie pokryte 2,5 tys. wyrytych w kamieniu znaków, wciąż jeszcze nie rozszyfrowanego do końca pisma Majów. Zainteresowanie zwiedzających budzi boisko do peloty – oryginalnej gry w piłkę (podbijano ją udami i ramieniem, mogła tylko raz uderzyć o ziemię, a należało ją przerzucić przez jeden z dwóch kamiennych pierścieni). Kolportowana przez przewodniki informacja o krwawym, ofiarnym charakterze gry nie jest prawdziwa. Ofiarę z krwi składali wprawdzie władcy prekolumbijskich plemion, zazwyczaj jednak dobrowolnie, jedynie jej sobie utaczając podczas ważnych uroczystości. Życie było darem bogów i nie szafowano nim.

Trzecim turystycznym hitem Hondurasu jest jezioro Yojoa – największy akwen lądowy w kraju. Ma 285 km2 powierzchni, a jego głębokość dochodzi do 15 m. Jest wizytówką hinduraskiej przyrody, chronionej w kilku rozległych parkach narodowych. W rejonie jeziora utworzono 2 z nich: po zachodniej stronie Santa Barbara, po wschodniej – Cerro Azul Meambar. Chroni się bogatą florę i faunę, zwłaszcza liczne gatunki ryb i ptaków. Jezioro leży na północny wschód od stolicy kraju, przy autostradzie łączącej Tegucigalpa z San Pedro Sula.

Pamiątki kolonialnej przeszłości
Najbardziej znane jest z nich Trujillo na karaibskim wybrzeżu. Na murach hiszpańskiego fortu Santa Barbara stoją wciąż skierowane ku morzu armaty. W 1502 roku tutaj przybiły statki Krzysztofa Kolumba. Żeglarz nadał miejsce lądowania Punta de Caxinas. Miasto i port założono niedługo po podboju Meksyku przez Corteza, w 1524 roku. Wywożono z niego złoto i srebro pozyskiwane w Nowym Świecie. Z czasami kolonialnymi wiąże się także powstanie pobliskich wiosek rybackich zamieszkałych przez lud Garifuna: Santa Fe, San Antonio i Guadelupe. Atrakcję przyrodniczą stanowi Guaimoreta Lagoon – miejsce lęgowe żółwi morskich, ostoja ptaków i rezerwat krokodyli. Kto zazdrości ciekawego życia awanturnikom może udać się na miejscowy cmentarz i zadumać nad grobowcem Williama Walkera. Organizował prywatne wyprawy militarne do krajów Ameryku Łacińskiej w XIX stuleciu. Schwytano go wreszcie i stracono w Hondurasie w 1860 roku. Kto podziela pasję do gromadzenia staroci, obejrzy z przyjemnością kolekcję Museo Rufino Galan. Właściciel gromadzi od lat prekolumbijskie artefakty, rzekome pirackie skrzynie i narzędzia rolnicze. Zbiory eksponuje w starym drewnianym domu nieopodal głównego miejskiego placu.

Położone na północ od stolicy kraju miasto Comayagua ma również kolonialne korzenie. Założył je w 1537 roku konkwistador Alonso de Cáceresa. Nadał mu nazwę Santa Maria de la Nueva Valladolid. Zachował się tutaj bodaj największy w Hondurasie zespół architektury kolonialnej z katedrą z 1711 roku i kamienicami wznoszonymi przez kupców oraz właścicieli ziemskich. Najbardziej znana jest należąca niegdyś do poborcy podatków La Caxa Real. Oryginalna pozostała wprawdzie tylko fasada, bo XVIII-wieczna budowla uległa zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi w 1809 roku.

Podążając ze stolicy w głąb kraju trafimy do miasteczek Valle de Angeles i Santa Lucia, znanych także z malowniczej kolonialnej zabudowy. Pierwsze z nich leży zaledwie 30 km od Tegucigalpy. Jest popularnym miejscem weekendowych wypadów ze stolicy, bo w rozległym parku kryje zespół basenów. Znacznie odleglejsza Santa Lucia rozsiadła się na terenach rolniczych. Życie toczy się tutaj powoli, zgodnie z odwiecznym rytmem natury.

Mniej turystyczny Honduras
Do Copán, nad Yojoa czy do Valle de Angeles docieramy cywilizowanymi drogami. Zgoła odmienny wizerunek interioru propaguje przewodnik Lonely Planet. Autorzy polecają Ruta Lenka – nieformalny szlak pamiątek po drugiej oprócz Majów, wielkiej indiańskiej cywilizacji Hondurasu. Podróż przez miasteczka i wioski ukryte w górach daje okazję poznania dziewiczych miejsc, podziwiania kunsztu rzemieślników (najszerzej znani są tkacze, garncarze oraz wytwórcy cygar i kapeluszy z szerokimi rondami), podpatrywania rytuałów i uczestniczenia w codziennym życiu autochtonów. Przede wszystkim jednak to wyzwanie. Nawet dla doświadczonych podróżników. Na szlaku brak póki co turystycznej infrastruktury. Trzeba wykazać się samodzielnością i umiejętnością nawiązywania kontaktu z mieszkańcami. Ich świat kończy się zazwyczaj na granicach rodzinnej ziemi, a przybyszów utożsamiają z Amerykanami, do których nie pałają sympatią. Wprawdzie w podobnych do siebie jak krople wody centrach osiedli – Parque Central, wznoszą się zawsze kościół i urząd gminy (uficio municipalidad) z punktem informacji turystycznej, rzadko kiedy można zastać w nim informatora. Podobnie trudno jest ustalić kiedy i w pożądanym kierunku odjedzie autobus. Nierzadko kursują tylko autobusy szkolne, a jedynym praktycznie środkiem transportu są prywatne samochody z przyczepą, na którą pakują się pasażerowie. Wsiada się i wysiada na żądanie, ale kursują nieregularnie. Ponadto nie ma co liczyć na bogate menu, tak jak nad morzem, gdzie na stołach pojawiają się obficie owoce morza. W tutejszych barach oferują kurczaka lub wołowinę z ryżem i czerwoną fasolą. Rarytasem jest słony ser z krowiego mleka, a na deser smażone banany. Zamiast mięsa można dostać jajka. Potrawy podają na talerzu albo owijają w pszenny placek baleada.

INFO
www.honduras.pl

Tekst był publikowany w magazynie „Świat. Podróże. Kultura” (2011)

Reklamy