ŚPK patronuje wyprawie na K2

Wyprawę na K2 planowana początkowo na zimę 2016/17. Termin okazał się jednak nierealny, ze względu na konieczność zgromadzenia funduszy. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, Polacy zmierzą się z K2 zimą 2017/2018.


[1]
100 lat K2 (8611 m) – od naniesienia na mapy do zdobycia szczytu latem 1954 roku

Nazwa K2 pachnie kryptonimem. I rzeczywiście nim jest. Wprowadzili ją na mapach angielscy kartografowie w połowie XIX w.

Konkretnie, w 1856 r. Thomas George Montgomerie, który rozpoczął nanoszenie na mapy szczytów Karakorum od Maszerbrumu (7821 m), a potem posuwał się konsekwentnie na wschód. Czogori (Lambha Pahar, Dapsang, czy Kechu jak nazywają górę ludy żyjące u podnóża Karakorum), przypadło drugie miejsce z kolei. Nazwa K2 ma więc prozaiczne, wręcz techniczne korzenie. W tamtym okresie dokonywano też pomiarów, przyjmując ostatecznie wynik z lat 60. – 28.250 stóp, czyli – tak jak się podaje do dziś – 8611 m.

Ciekawostką jest fakt, że wśród pierwszych podróżników, którzy widzieli K2 znalazł się nasz rodak, wówczas kapitan w służbie carskiej, Bronisław Grabczewski. Podczas jednej ze swych wypraw badawczych dotarł w 1899 r. w dolinę rzeki Shaksgam. Tam jego oczom ukazał się „wspaniały szczyt, który wznosił się wysoko ponad ogólne pasmo Himalajów”. Grabczewski podjął też pomiary wysokości uzyskując wynik różny od angielskiego zaledwie o 250 stóp (niespełna 100 m).

O zdobycie szczytu pokusił się jako pierwszy angielski wspinacz Oscar Eckenstein. Był rok 1902, a Brytyjczycy mieli już za sobą podbój Alp, poznanie Indii i innych obszarów świata, w których istniały ich kolonie. Te doświadczenia nie wystarczyły jednak by wyjść na ośmiotysięcznik, do tego tak trudny technicznie. Nie mówiąc o tym, że do czasu andyjskich wypraw Polaków w okresie międzywojennym XX w., choroba wysokościowa nie była wyczerpująco opisana i nie potrafiono sobie z nią radzić. Uczestnicy dotarli do 6.600 m, i poddali się. Ich wkładem w podbój K2 było jednak zainstalowanie bazy na lodowcu Baltoro. W rejonie, z którego do dziś korzysta większość ekspedycji.

Kilka lat później, w maju 1909 r., pod górę dotarła znakomicie przygotowana i liczna wyprawa włoska. Finansował ją Ludwik Amadeusz z domu Savoi książę Abruzzi. Podobnie jak poprzednicy, Włosi nie podołali wyzwaniom związanym z akcją na ośmiotysięczniku. Niemniej jednak spenetrowali stoki góry i jedno z wypatrzonych żeber – czwarte licząc od zachodu w grani południowo wschodniej – nazwali Żebrem Abruzzi (Sperone Abruzzi), na cześć inicjatora przedsięwzięcia.

Przez następnych 28 lat nikt nie próbował zdobyć K2. Dopiero w 1938 r. szturm przypuścili Amerykanie. Pierwszą ich wyprawą kierował Charles S. Houston. Po wielu próbach jego zespół skoncentrował wysiłki na żebrze Abruzzi i po kilkunastu dniach zmagań udało się przejść je całe. Najtrudniejsze miejsce – 45-metrowej długości komin na wysokości około 6.550 m nazywa się od tego czasu Kominem House`a, od nazwiska wspinacza, który tego dokonał. Rok później kolejną amerykańską wyprawę poprowadził Fritz Wiessner. O ile podczas pierwszej udało się dotrzeć na wysokość około 7900 m, o tyle Wiessnerowi zabrakło już tylko 700 stóp do wierzchołka, a więc niewiele ponad 200 m. Wojna spowodowała przerwę w atakach na szczyt. Amerykanom, znowu pod wodzą Houstona, udało się wrócić pod górę dopiero w 1953 r. Niewiele dzieliło ich wtedy od sukcesu. Niestety radykalne załamanie pogody i śmiertelna choroba jednego z uczestników szczytowego ataku, zmusiły ich do wycofania się.

W drodze powrotnej spotkali się z Włochami. Prof. Arditio Desio i Riccardo Cassin przybyli wtedy pod K2 na jesienny rekonesans. Wykorzystując doświadczenia poprzedników, letnią wyprawę 1954 r. przygotowali nadzwyczaj pieczołowicie. Ba, wydali nawet przewodnik ze zdjęciami lotniczymi K2, z którym każdy uczestnik musiał się zapoznać jeszcze przed wyruszeniem w góry. Ta skrupulatność i fakt, że założyli ostatni (IX) obóz na wysokości 8050 m pozwoliły im, mimo niesprzyjających warunków, odnieść sukces. 31 lipca Achille Compagnoni i Lino Lacedelli stanęli na „Górze Gór”.

Drogi na K2 od południa, czyli od strony Pakistanu; fot. z zasobów Wikipedii
Drogi na K2 od południa, czyli od strony Pakistanu. Kolorem czerwonym i literą F oznaczono drogę pierwszych zdobywców Żebrem Abruzzi (Sperone Abruzzi); fot. z zasobów Wikipedii

Mija 160 lat od naniesienia nazwy K2 na mapy, 62 lata od letniego wyjścia na szczyt i 28 lat od pierwszej polskiej wyprawy zimowej. Być może w 2016 roku uda się spełnić marzenie kilku generacji himalaistów, i drugi szczyt Ziemi podda się zimą. Wyprawą pokieruje dwóch wspinaczy, którzy mają w dorobku letnie wyjścia na K2 – Krzysztof Wielicki jako kierownik i Janusz Gołąb jako kierownik sportowy.

Tekst publikowany w portalu http://magazynswiat.pl, patronującym polskiej wyprawie na K2 w 2016 roku, organizowanej pod auspicjami Fundacji Polski Himalaizm Zimowy; 6 lipca 2016.


[2]
Z tarczą i na tarczy – Polacy na K2 (8611 m)

31 lipca 1954 r., Włosi, Achille Compagnoni i Lino Lacedelli zdobyli K2 żebrem Abruzzi. Ich drogę uważa się za klasyczną i jako najlepiej poznaną, używa dziś zazwyczaj do zejścia.

Polski rozdział himalajskiej epopei otworzyły dopiero dwie dekady później wyprawy kierowane przez Andrzeja Zawadę. Najsłynniejszym dokonaniem tego okresu było zimowe wyjście Leszka Cichego i Krzysztofa Wielickiego na Mount Everest, 17 lutego 1980 r. Lata 80. i 90. XX w. oraz po części pierwsza dekada XXI w., były pasmem polskich sukcesów w himalaizmie. W pierwszej piątce zdobywców Korony Himalajów, jak nazywa się 14 ośmiotysięczników z Himalajów i Karakorum, znalazło się dwóch naszych wspinaczy – Jerzy Kukuczka (2) i Krzysztof Wielicki (5). Jako nacja zasłynęliśmy z uwieńczonych sukcesami zimowych wypraw. Jednak K2, „Góra Gór”, drugi wierzchołek Ziemi, zimą się nie poddała.

Ba, również latem, z plejady znakomitych polskich himalaistów, zaledwie 12 stanęło na szczycie. Pierwszą próbę zdobycia szczytu Polacy podjęli latem 1976. Wyprawa kierowana przez Janusza Kurczaba była o włos od sukcesu. Polacy pokonali bowiem całą, dziewiczą podówczas północno-wschodnią grań, a Eugeniuszowi Chrobakowi i Wojciechowi Wróżowi zabrakło zaledwie 200 m (w pionie), by dojść do wierzchołka. Historię tych dramatycznych zmagań opisał Janusz Kurczab w książce „K2 – ostatnia bariera”, wydanej w 1980 r.

Listę zdobywców K2 otworzyła dopiero Wanda Rutkiewicz. 10 lat po wyprawie Kurczaba, w czerwcu 1986 r. stanęła na szczycie jako pierwsza kobieta na świecie. W lipcu tego samego roku szczyt zdobyli Jerzy Kukuczka i Tadeusz Piotrowski, wytyczając przy okazji efektowną nową drogę nazwaną „Polską drogą”. W sierpniu 1986, do elitarnego grona zdobywców, dołączyli Przemysław Piasecki i Wojciech Wróż. 10 lat później, w lipcu 1996 na szczycie stanął Krzysztof Wielicki, a 4 dni później weszli też Ryszard Pawłowski i Piotr Pustelnik. W sierpniu 2011 r. – Dariusz Załuski. W lipcu 2012 – Adam Bielecki, a w lipcu 2014 – Janusz Gołąb i Marcin Kaczkan.

Nie obyło się bez ofiar. Podczas zejścia po udanym ataku szczytowym w przepaść runął Tadeusz Piotrowski. Śmiercią zakończyła się wyprawa również dla Wojciecha Wróża. Po nieudanym ataku szczytowym zmarła Dobrosława Miodowicz-Wolf nazywana w środowisku wspinaczkowym „Mrówką”. Zginęła Halina Krüger-Syrokomska. W 1986 r. K2 odebrało swoisty haracz – 4 śmiertelne ofiary, i mimo wiekopomnych sukcesów, tamten sezon letni uchodzi za najtragiczniejszy w historii polskiego wspinania w najwyższych górach świata.

Próba Polaków z 1976 roku, fot. z zasobów Wikipedii
Próba Polaków z 1976 roku, fot. z zasobów Wikipedii

Mijają 62 lata od zdobycia K2 latem i 30 lat od pełnego sukcesów, a zarazem tragicznego roku 1986. Polacy szykują się do kolejnej wyprawy. Pragną zdobyć drugi szczyt Ziemi, zimą. Wyprawą pokieruje dwóch wspinaczy, którzy mają w dorobku letnie wyjścia na K2 – Krzysztof Wielicki jako kierownik i Janusz Gołąb jako kierownik sportowy.

Tekst publikowany w portalu http://magazynswiat.pl, patronującym polskiej wyprawie na K2 w 2016 roku, organizowanej pod auspicjami Fundacji Polski Himalaizm Zimowy; 8 lipca 2016.


[3]
Zimowe zmagania z K2 (8611 m)

Jak dotąd, zimą, próbowano zdobyć K2 zaledwie trzy razy. Dwie próby podjęli Polacy, organizując wyprawy międzynarodowe. Trzecią Rosjanie. Zimą 2016 r. Polacy pod kierunkiem Krzysztof Wielickiego zamierzają znowu zmierzyć się z „Górą Gór”.

Pierwszą z tych wypraw zorganizował Andrzej Zawada zimą 1987/1988. Trzon wyprawy stanowili Polacy – 13 wspinaczy. Towarzyszyli im Kanadyjczycy (6) i Brytyjczycy (4). Himalaiści wytrzymali 80 dni na stokach K2. Warunki były tak trudne, że w bazie musieli kopać tunele do namiotów, a wiele osób doznało odmrożeń. Udało się jedynie założyć trzeci obóz na wysokości 7300 m. Wyprawa przeszła do historii polskiego himalaizmu jako najdroższa. Koszty sięgnęły bowiem miliona dolarów amerykańskich. Stąd między innymi obecność zagranicznych wspinaczy, bo z Kanady i Wielkiej Brytanii pochodziła spora część potrzebnych pieniędzy.

15 lat później, zimą 2002/2003, kolejną wyprawą pokierował Krzysztof Wielicki. W 19-osobowym składzie było 2 wspinaczy z Kazachstanu, 1 z Gruzji i 1 z Uzbekistanu. Pomimo huraganowych wiatrów założono 4 obozy, docierając aż do 7.650 m. Objawy obrzęku mózgu jakich w wyniku choroby wysokościowej doznał Marcin Kaczkan, zmusiły zespół do wycofania się i zejścia do bazy. Z powodu katastrofalnych warunków atmosferycznych nie udało się już podjąć kolejnego ataku.

16-osobowa ekspedycja rosyjska wyruszyła na szczyt pod kierunkiem Wiktora Kozłowa zimą 2011/2012. Burza śnieżna zatrzymała grupę wspinaczy na wysokości 7200 m na kilka dni. Nie można im było przyjść z pomocą. Jeden z członków 3-osobowego zespołu zmarł. Wyprawę przerwano.

Niewiele brakowało aby Polacy mieli trzecią próbę na koncie, gdyż Adam Bielecki z Denisem Urubko (kazachski wspinacz, który ma polskie obywatelstwo) i Alexem Txikonem chcieli zaatakować szczyt w sezonie 2014/2015 od strony chińskiej. Byli już w drodze, ale władze chińskie nie wydały zezwolenia na akcję górską, i z ekspedycji trzeba się było wycofać.

K2 dzielą Chiny z Pakistanem, Indie roszcząc pretensje do terytorium Kaszmiru, traktują K2 jak swoją górę.


Mija 28 lat od pierwszej zimowej próby zdobycia K2. Polacy szykują się do kolejnej wyprawy, marząc o wyjściu na drugi szczyt Ziemi, zimą. Wyprawą pokieruje dwóch wspinaczy, którzy mają w dorobku letnie wyjścia na K2 – Krzysztof Wielicki jako kierownik i Janusz Gołąb jako kierownik sportowy.

Tekst publikowany w portalu http://magazynswiat.pl, patronującym polskiej wyprawie na K2 w 2016 roku, organizowanej pod auspicjami Fundacji Polski Himalaizm Zimowy (http://polskihimalaizmzimowy.pl/), 11 lipca 2016.


Zdjęcie otwierające przedstawia K2 od strony chińskiej (północnej), pochodzi z zasobów Wikipedii: https://it.wikipedia.org/wiki/K2#/media/File:K2_Nordseite.jpg

Reklamy

Maluch – auto światowe

Z punktu widzenia polskiej motoryzacji, rok 2010 był szczególny. Minęła 35 rocznica uruchomienia w Tychach linii montażowej fiata 126p i 10 rocznica jej zamknięcia.

Czemu o tym wspominać? Było nie było, produkowany w Polsce od 1973 roku maluch był samochodem kultowym. Chociaż popularnością nie przebił volkswagena garbusa, obok trabanta 601 czyli mydelniczki, plasuje się z pewnością, zajmując szczególne miejsce wśród symboli gierkowskiej epoki. Że w dziedzinie motoryzacji to oczywiste, ale również w turystyce. Wprawdzie natychmiast doczekał się kąśliwej ulicznej recenzji, wyrażanej rozwinięciem marki: „Fatalna Imitacja Auta Turystycznego – jednoosobowego, dwudrzwiowego i sześciokrotnie przepłaconego”! Niemniej, jako rzeczywiście popularny samochód rodzinny, zwiększył mobilność Polaków.

Gdy się pojawił w pierwszej połowie lat 70. był dostępny jedynie na talony, albo z drugiej ręki za astronomiczne pieniądze. Dziesięć lat później można go już było kupić, gromadząc pieniądze na książeczce samochodowej w PKO – zgodnie ze sloganem reklamowym: „Tylko tak – PKO i Fiat”. Jeśli się go już jednak zdobyło nie był zbyt drogi w eksploatacji. Palił średnio 6 l na 100 km czyli dwukrotnie mniej niż symbol rodzimego luksusu, fiat 125p. Szczęśliwi posiadacze wyruszali więc nim do pracy i na wakacje. Bez kompleksów i obaw. Nad Bałtyk, na wybrzeża Morza Czarnego, nad Balaton, w góry… Ba, pokonawszy trudności, przede wszystkim ze zdobyciem paszportu i dewiz – również za żelazną kurtynę. Nigdy nie zapomnę Andrzeja Zawady wspominającego swoje najdawniejsze alpejskie eskapady. Z dojazdem fiatem 126p. Na jego twarzy igrał nostalgiczny uśmiech. Przy czym odruchowo kulił się w fotelu, przybierając charakterystyczną pozycję zza kierownicy malucha.

Nasz wybitny himalaista do wyjątków nie należał. Do standardu odległych podróży należało transportowanie pełnego zaopatrzenia. Osoby na tylnych siedzeniach musiały i tak znikomą przestrzeń dzielić z bagażem, bo umieszczony pod maską bagażnik wypełniały konserwy. Bynajmniej nie dlatego, że produkty naszego rodzimego przemysłu spożywczego były tak smaczne, ale z oszczędności – żeby nie wydawać cennych dewiz na jedzenie. Przewożenie dobytku na dachu było ryzykowne, bo łatwo było zachwiać stabilnością pojazdu, zaś dedykowanej mu przyczepy kempingowej z Niewiadowa, nie był w stanie pociągnąć.

Jeszcze na początku lat 90. do kupionej w Nowicy w Beskidzie Niskim łemkowskiej chyży, dojeżdżaliśmy z kolegą maluchem. Środki na samochód uciułali jego zapobiegliwi rodzice. Wkroczył więc w dorosłe życie jako człowiek zmotoryzowany. Na pełnej dziur i wybojów drodze z Uścia Gorlickiego (asfalt położono tam dobre dziesięć lat później), fiat 126p sprawdzał się nadspodziewanie dobrze. Zdawało się, że tańczy między dziurami i wertepami. Podczas podobnej eskapady, inne pojazdy (oprócz może traktorów), traciły notorycznie miski olejowe, a zdarzało się, że całe zawieszenie. Jazda terenowa była więc atutem fiacika, przez konstruktorów chyba zupełnie nie przewidywanym. Nawet jeśli utknął w głębokiej koleinie czy ześlizgnął na pobocze, wystarczała pomoc lokalnych osiłków, by ważący 600 kg pojazd przestawić na właściwe miejsce i podróż kontynuować. Dyskomfort, ja przynajmniej, odczuwałem jedynie na szosie. Gdy mijaliśmy ciężarówki. Fiacik przekraczał bez trudu prędkość stu kilometrów na godzinę. Cóż z tego, że wbrew przepisom?! Kamer z radarami nie było, więc ograniczenia łamało się nagminnie, i zazwyczaj bezkarnie. Jednak widząc osie kół ciężarówki na wysokości skroni, odczuwałem zawsze nieprzyjemny ucisk w gardle.

Jeszcze w 2000 roku fiaty 126p stanowiły 20% samochodów na naszych drogach. Kariera malucha w kraju dziwić nie powinna. Jak się jednak okazuje, nie tylko my darzymy samochodzik ciepłymi uczuciami. W 1985 roku pierwsze fiaty 126p trafiły do Państwa Środka. Dla wyrównania deficytu jaki po polskiej stronie towarzyszy zawsze wymianie handlowej z Chinami. W ówczesnych Chinach nie wolno było jeszcze nikomu posiadać samochodu. Mogły go kupować jedynie instytucje po uzyskaniu zgody władz. Jednak fiat 126p był dla nich za mały. Po rewolucji kulturalnej rozluźniano konsekwentnie kurs w wewnętrznej polityce. Problem co począć z maluchami rozwiązano więc w duchu nowych zasad. Pozwolono na zakup samochodu osobom prywatnym. W 1986 roku, gazeta „Dziennik Ludowy” zamieściła nawet reklamę fiata. W tym czasie pojawili się również w Chinach pierwsi ludzie zamożni. Określani mianem wan yuan hu (domostwo za 10.000 juanów) byli jedynymi potencjalnymi nabywcami auta, za które trzeba było zapłacić 23.500 juanów. Łatwo sobie wyobrazić wrażenie jakie na ulicach Pekinu czynił wtedy człowiek za kierownicą. Fiata nazywano potocznie kartofelkiem lub dużym butem. Jego pojawienie się, jako pierwszego prywatnego samochodu, urosło do rangi przełomowego wydarzenia w procesie otwierania się komunistycznych Chin na świat. Nomen, omen spełniło więc w Chinach dokładnie taką rolę jaką przeznaczono mu w PRL za Gierka.

Na rynek chiński trafiło ostatecznie 30 tysięcy fiatów 126p. Z niemal 900 tysięcy wyeksportowanych w ogóle. W pierwszym rzędzie oczywiście do demoludów: Bułgarii, Czechosłowacji, Jugosławii, na Węgry i na Kubę. Później także do krajów spoza bloku socjalistycznego: do Austrii, Zachodnich Niemiec, Wielkiej Brytanii, Belgii, Francji, Danii, Szwajcarii, na Cypr, a nawet tak daleko jak do Chile, Nowej Zelandii czy Australii. Nomen omen, po zakończeniu montażu w Cassino we Włoszech (1972-1980), eksportowaliśmy Malucha również do kraju z którego się wywodził. Jakby więc nie patrzeć, maluch był naszą wizytówką, tylko nie zdyskontowaliśmy tego faktu na podobieństwo twórców volkswagena.

Tekst był publikowany na łamach „Polska wita” w 2010 roku.

Chiny – osiem kawałków brokatu

Nazwany tak poetycko zestaw ćwiczeń czerpie ze skarbnicy chińskiego Qi Gong (Chi Kung). Każdy może wykorzystać gromadzone przez stulecia doświadczenia medyków, wojowników i mnichów. O ile tylko będzie systematycznie i cierpliwie ćwiczyć. Doraźnym efektem jest relaksacja, na dłuższą metę – regularne uzupełnianie energii, zwiększanie odporności na choroby i stress, nie mówiąc o zdrowszym wyglądzie i zgrabniejszej sylwetce.

Yue FeiOsiem Kawałków Brokatu (Ba Duan Jin), stworzył w XII wieku marszałek Yue Fei (ilustracja z portalu poświęconego chińskiej medycynie), żeby poprawić kondycję podkomendnych. Chińczycy są przekonani, że Wszechświat przepełnia energia. Podlegając cyklicznym przemianom (dobowym, rocznym, itd.), stale dąży do równowagi między odmiennymi acz zawsze obecnymi stanami Yin i Yang. Zaburzenia tej równowagi powodują choroby u ludzi i kataklizmy w przyrodzie.

Prosta teoria
Pewne zapasy energii dziedziczymy po rodzicach. Jest to tak zwana przedurodzeniowa Qi. Nie da się jej zregenerować, ale prowadząc odpowiedni tryb życia, można jej zasoby chronić i wzmacniać. Ponadto, niezbędną na co dzień energię czerpiemy z pożywienia i powietrza. Jeśli włożymy trochę wysiłku, to nauczymy się oszczędniej gospodarować zasobami Qi, skutecznie rozprowadzimy ją po organizmie i utrzymamy w stanie pożądanej równowagi. Harmonijny przepływ energii kanałami zwanymi meridianami, pozwoli dłużej zachować w dobrym stanie organy wewnętrzne, stale pożywiać mózg i podnosić ducha.

Mówiąc jeszcze prościej, Qi Gong to praktyka o charakterze relaksacyjno-oddechowym, która służy poprawie cyrkulacji energii w organizmie. Określenie Qi Gong składa się ze słów: praca (Gong) i energia wewnętrzna (Qi). Oznacza więc pracę z energią. Praktykuje się go z różnych powodów – dla zdrowia, przedłużenia życia, zwiększenia skuteczności w walce lub osiągnięcia oświecenia. Oczywiście ostatnie zastosowanie ma sens tylko w połączeniu z praktykami religijnymi buddyjskimi czy taoistycznymi. Natomiast względy zdrowotne to z jednej strony profilaktyka, a z drugiej rekonwalescencja i terapia. W chińskich szpitalach ćwiczenia Qi Gong są powszechnie stosowane, bo przyspieszają powrót do zdrowia. A ludzie chorzy mogą je wykonywać z powodzeniem w pozycji siedzącej lub leżącej – są specjalnie dla nich przeznaczone wersje każdego ćwiczenia.

Zwiększenie skuteczności w walce i przedłużanie życia raczej wykluczały się w przeszłości. Współcześnie to się jednak zmieniło i sztuki walki uprawia się dziś przede wszystkim dla poprawy kondycji oraz podniesienia ogólnej sprawności. Nasuwa się pytanie – jak gimnastyka może służyć przedłużaniu życia? Energia krążąc prawidłowo, masuje organy wewnętrzne i regeneruje je, wydłużając czas ich prawidłowego funkcjonowania. Ludzie na Wschodzie uważają też, że energia dociera aż do szpiku kostnego – fabryki czerwonych krwinek. Dobrze naenergetyzowany szpik, produkuje zdrowe krwinki.

Chińczycy z upodobaniem porównują ludzki organizm do rośliny. Siła fizyczna, czy uroda, są dla nich jak owoce i kwiaty. Owszem cieszą oko, bo są piękne, nierzadko powabne. Nieuchronnie jednak, i to z reguły dość szybko, przemijają. Roślina żyje i jest zdrowa tylko tak długo, jak długo ma zdrowe korzenie. Prawidłowa cyrkulacja energii w organizmie jest takim korzeniem w życiu człowieka. Qi Gong służy przede wszystkim jego wzmocnieniu.

Oddychanie
Ludzie z Dalekiego Wschodu oddychają przeponą, a nie klatką piersiową jak mieszkańcy Zachodu. Płód odżywia się przez pępowinę i ruchy przepony są mu niezbędne do pompowania pokarmu. Wystarczy przyjrzeć się jak oddycha rozebrane niemowlę. Zawsze brzuszkiem. Dziecko wychowane w kulturze euro-amerykańskiej traci umiejętność brzusznego oddychania około 7-8 roku życia. A szkoda, bo oddychanie przeponowe jest zdrowsze, bardziej pierwotne i naturalne. Oddech przeponowy jest głębszy, równiejszy. Wymiana powietrza w całej objętości płuc przebiega sprawniej i z mniejszym wysiłkiem. Zdrowsza krew toczy lepsze jakościowo powietrze i w efekcie lepiej dotlenia się mózg.

Ćwiczenia służące powtórnemu opanowaniu oddechu przeponowego (oddychania brzusznego) nazywa się powrotem do dzieciństwa. Każdy może dość szybko do niego wrócić. Wystarczy przez pewien czas kłaść dłonie na brzuchu, tak by wciągając powietrze czuć jak się uwypukla. Lekkim naciskiem wspomaga się następnie wydech. Z czasem wejdzie to w nawyk i oddychać przeponą będzie się podświadomie.

Ten sposób brzusznego oddychania nazywa się normalnym lub buddyjskim i zaleca przy praktyce Qi Gong dla celów zdrowotnych. Jest jeszcze oddychanie taoistyczne, w którym przepona pracuje odwrotnie. Uwypukla się przy wydechu, a napina i kurczy przy wdechu. Na taki sposób oddychania przechodzimy zazwyczaj podświadomie, przy większym wysiłku. W Ośmiu Kawałkach Brokatu dobrze jest oddychać brzuchem (na modłę buddyjską). Ale nie jest to konieczne. Zestaw należy bowiem do tych, które nie tracą wiele na wartości, nawet jeśli oddychamy zachodnim sposobem – klatką piersiową.

Żeby oddychanie prawidłowo wpływało na przepływ energii musi być wsparte kilkoma zabiegami. Po pierwsze – zawsze przy wydechu, gdy przepona kurczy się wypychając powietrze, należy zacisnąć lekko okolice odbytu. Znajduje się w tym rejonie bardzo ważny punkt akupunkturowy – huiyin. Zaciskając go, chronimy się przed utratą energii i wspomagamy jej przesuwanie w górę wzdłuż rdzenia kręgosłupa. Drugim ważnym drobiazgiem jest trzymanie języka tak, by dotykał podniebienia tuż za zębami. Język wtedy tworzy pomost, ułatwiający niezakłócone krążenie energii. Warto też pamiętać, że zgodnie ze wschodnimi teoriami, powietrze powinno się wdychać nosem, zaś wydychać ustami.

Gdzie i kiedy ćwiczyć?
Praktyka Qi Gong wymaga skupienia i wyciszenia. Trzeba ćwiczyć w rozluźnieniu, bez zbędnego napinania mięśni i bez pośpiechu. Nie potrzeba do tego żadnych specjalnych przyrządów, ani dużo miejsca. Wystarczy nie krępujący ruchów strój. Pożądane jest świeże powietrze. Dlatego przy ładnej pogodzie lepiej ćwiczyć na świeżym powietrzu, np. w parku. Gdy jest zimno i brzydko, przynajmniej przy uchylonym oknie. Podczas ćwiczeń należy unikać wszystkiego co rozprasza. Słuchania muzyki, zerkania w telewizor, czy rozmawiania przez telefon. Prawda, że zupełnie odmiennie niż w klubach fitness?

Najlepiej jest ćwiczyć o północy lub w południe. Wtedy bowiem pierwiastki Yin i Yang równoważą się w naturalny sposób. Nie jest to jednak zbyt praktyczne dla ludzi związanych godzinami nauki lub pracy. Pozostają więc poranki. Praktyka Qi Gong sprzyja wówczas energicznemu podejmowaniu codziennych wyzwań. Można też ćwiczyć o zmierzchu, by zrzucić bagaż nagromadzonych w ciągu dnia stressów.

Na wykonanie całego zestawu potrzeba od 20 do 30 minut. I to zupełnie wystarczy. Przedłużanie ćwiczeń nie przynosi takich korzyści jak systematyczność i cierpliwość. Pamiętać też należy, że efekty praktyki pojawią się dopiero po jakimś czasie. Chińskie przysłowie mówi wręcz: w 100 dni zyskasz niewiele, zobacz ile zyskasz w 1000 dni. Łatwo policzyć, 1000 dni to niemal 3 lata.

Kilka uwag ogólnych
Ćwiczenia wykonuje się w dwóch pozycjach. 1, 3, 4, 6 i 8 w swobodnej, czyli w lekkim rozkroku (najlepiej na szerokość barków). Kolana powinny być elastyczne, w żadnym wypadku nie usztywnione, a mięśnie nie napięte. Palce stóp należy skierować delikatnie do siebie. Biodra wypchnąć lekko do przodu. Do 2, 5 i 7 ćwiczenia trzeba poszerzyć rozkrok. Nie wypinając jednak kształtnego nawet tyłeczka i bez pochylania się. To się nazywa pozycja jeźdźca. Kolana powinny być ugięte, biodra – obniżone. Zawsze należy przyjmować taką pozycję by była jak najwygodniejsza i naturalna.

Gdy pojawia się zalecenie, by wytrwać chwilę w jakiejś pozycji, znaczy to że dobrze byłoby zastygnąć w niej na jakieś 2-3 sekundy. Z czasem, gdy oddech się wyrówna, wydłuży i nabierze regularności, można tę chwilę mierzyć 3 oddechami.

Ostatnia uwaga odnosi się do ilości powtórzeń. Każde ćwiczenie składa się z sekwencji ruchów, które należy wykonywać płynnie. Każdą sekwencję powtarza się określoną ilość razy. Docelowo – 24 powtórzenia w ćwiczeniach 1, 3, 4 i 8. 12 powtórzeń w ćwiczeniach 2 i 5. 16 w ćwiczeniu 6, a w ćwiczeniu 7 tylko 8 powtórzeń. Początkowo można się ograniczyć na przykład do 5 czy 7 powtórzeń, a potem systematycznie podnosić poprzeczkę aż do osiągnięcia zalecanej liczby powtórzeń. W tradycji chińskiej przywiązuje się sporą wagę do magii liczb i zaleca najczęściej kwadraty liczb pierwszych, czyli 9, 12 i 16 powtórzeń.

Przystępujemy do ćwiczeń
Przed rozpoczęciem sekwencji warto postać chwilę bez ruchu, oddychając równo i spokojnie. Z czasem rozluźnianie się przychodzić zacznie z łatwością, i ze stanem takim będą się wiązać przyjemne odczucia (sensacje). Podczas ćwiczeń nie należy też poświęcać zbytniej uwagi myślom, które nieuchronnie będą przebiegać przez umysł. Chińczycy mówią, że umysł jest jak małpa, która się czepia gałęzi. Trzeba pozwolić przepływać myślom przez umysł. Skoro nie okaże się im zainteresowania, „małpa” pójdzie się bawić gdzie indziej.

ĆWICZENIE 1
Stań w lekkim rozkroku. Spleć palce obu dłoni i wspinając się na palce wypchnij ręce do góry. Wytrzymaj chwilę w tej pozycji. Opadnij delikatnie na pięty. Przechyl się w bok, w lewo. Ponownie chwilę wytrzymaj. Wyprostuj się. Przechyl w prawo. Znowu chwilę wytrzymaj. Wróć do pozycji wyjściowej opuszczając ręce po bokach. Powtórz cykl 24 razy.
* Czemu to służy?
Kiedy wyciągasz ręce w górę i wykonujesz boczne skłony naciągasz mięśnie tułowia. Kiedy opuszczasz ręce, mięśnie się relaksują. Powtarzanie tych ruchów reguluje przede wszystkim cyrkulację Qi w strefie od pachwin po przeponę, w której znajdują się organy odpowiedzialne za trawienie i oddychanie.

ĆWICZENIE 2
Przyjmij pozycję jeźdźca. Wykonaj ruch taki jak przy podnoszeniu łuku. Skieruj wzrok w lewo. Napnij łuk, wyciągając lewą rękę poziomo w bok. Ręka powinna się wyprostować. Palce wskazujący i środkowy pozostaw wyprostowane. Serdeczny, mały i kciuk – złóż ze sobą. Druga ręka też powinna być poziomo. Dłoń z palcami złożonymi jakby trzymały cięciwę przesuń tak, by znalazła się na wysokości prawej piersi. Nie obniżaj ani nie unoś łokcia. Nie unoś ku górze barków. Wyobraź sobie, że celujesz do ptaka lecącego gdzieś w oddali. Za grot strzały traktuj wyprostowane palce lewej dłoni. Wypuść strzałę. Opuść łuk i skieruj go w drugą stronę, ustawiając odpowiednio ręce. Łuk napinaj zawsze na wdechu, wypuszczaj strzałę z wydechem. Cykl powtórz 12 razy. Możesz cały czas wytrwać w niskiej pozycji. Na początku będzie to jednak męczące, więc póki się nie wzmocnisz prostuj nogi w kolanach gdy opuszczasz łuk. Jednak naciągając łuk i wypuszczając strzałę zawsze obniżaj pozycję.
* Czemu to służy?
To ćwiczenie wzmacnia mięśnie w rejonie talii. Wzmaga też krążenie Qi w rejonie nerek, a to według chińskich medyków najważniejszy organ odpowiedzialny za długie i zdrowe życie. Od ich kondycji zależy też odporność organizmu na choroby i sprawność seksualna.

ĆWICZENIE 3
Stań znowu w lekkim rozkroku. Unieś dłonie na wysokość piersi skierowane środkami ku górze. Jedną rękę pchaj w górę, drugą w dół, jakby pokonując opór. Pamiętaj, że to jedynie kwestia wyobraźni i nie napinaj się przy tym. Zmień ręce miejscami płynnym, długim ruchem. Gdy ręce zbliżają się do piersi rób wdech, pchając – wydech. Gdy wyprostujesz ręce możesz lekko naciągać nogę i bok po stronie ręki wzniesionej ku górze, zwiększy to skuteczność tego kawałka. Powtórz sekwencję 24 razy.
* Czemu to służy?
Przede wszystkim stymulacji ścięgien i mięśni tułowia. Ćwicząc wzmacniasz krążenie energii wokół żołądka, śledziony oraz wątroby i masujesz te organy.

ĆWICZENIE 4
Stój dalej w swobodnej pozycji z rękami opuszczonymi po bokach. Obróć głowę w lewo i spójrz jak najdalej za siebie. Przekręć głowę do normalnej pozycji. Teraz skręć ją w prawo, znowu patrząc jak najdalej za siebie. Pamiętaj, żeby skręcać tylko głowę. Nie przechylaj się, nie skręcaj kręgosłupa. Wykonaj łącznie 24 skręty – po 12 w każdą stronę. Gdy skończysz, połóż dłonie na nerkach. Wykonaj w tej pozycji 24 skręty głowy, w taki sam sposób jak poprzednio. Gdy to uczynisz, unieś ręce na wysokość piersi. Dłonie skieruj ku górze, palce zbliż do siebie. Łokcie unieś i rozsuń. Zaokrąglij nieco plecy jakby obejmując wielką plażową piłkę i w tej pozycji wykonaj kolejne 24 skręty głowy. We wszystkich przypadkach, obracając głowę do przodu wciągaj powietrze. Przekręcając ją za siebie w lewo lub w prawo – rób wydech. Zawsze po skręceniu się w prawo lub w lewo wytrzymuj chwilę.
* Czemu to służy?
Spojrzenie w tył ma znaczenie symboliczne. To tak jakby się zostawiało kłopoty za sobą. Ćwiczenie poprawia cyrkulację energii w rejonie szyi. Kręcąc głową rozluźniasz mięśnie i ścięgna w szyi. Emocje powodują gromadzenie się energii w głowie. Rozluźnienie szyi pomaga się pozbyć stamtąd jej nadmiaru. Pamiętaj, że Chińczycy za emocje uważają: szczęście, gniew, żal, radość, miłość, nienawiść i pożądanie. Tych siedem „ran” powoduje utratę równowagi emocjonalnej i zwiększa podatność na wszelkie choroby.

ĆWICZENIE 5
Znowu przestaw prawą nogę do pozycji jeźdźca. Oprzyj dłonie na kolanach, tak by 4 palce były skierowane do środka, a kciuk obejmował kolano od zewnątrz. Skręć się w lewo nie unosząc bioder. Nie opuszczaj głowy. Staraj się by po przekręceniu w lewo, głowa, kręgosłup i prawa noga znalazły się w jednej linii. Pomoże ci w tym nacisk na prawe kolano. Zrób następnie skręt w prawo, ustawiając teraz w jednej linii głowę, kręgosłup i lewą nogę. Ponownie wydech towarzyszy skrętom w bok, wdech – powrotowi do pozycji wyjściowej. Wytrzymuj chwilę w skrajnych pozycjach. Powtórz cykl 12 razy.
* Czemu to służy?
Trzymając dłonie na kolanach z kciukami na zewnątrz uwypuklasz klatkę piersiową, a kołysząc się rozluźniasz mięśnie wokół płuc i masujesz je. Ćwiczenie poprawia też krążenie krwi w rejonie nóg – nie będą cię bolały.

ĆWICZENIE 6
Znowu wróć do swobodnej pozycji. Unieś obie ręce nad głowę, jakbyś podpierała sufit. Wytrzymaj chwilę. Następnie zrób skłon w przód, chwyć za palce stóp, napnij leciutko plecy i chwilę wytrzymaj w tej pozycji. Tę sekwencję powtarzaj 16 razy. Wykonując skłon, pamiętaj by pochylać się zginając kręgosłup w strefie lędźwiowej. Nie wyginaj go w pałąk. Pomoże ci w tym ciągnięcie w kierunku kolan brody, a nie czoła. Jeśli nie możesz od razu dotknąć dłońmi palców stóp nie wymuszaj tego. Ćwicząc systematycznie, po pewnym czasie osiągniesz to bez trudu. Prostuj się na wdechu, skłon wykonuj na wydechu.
* Czemu to służy?
To doskonały masaż nerek, o których znaczeniu była już mowa. Ponadto, gdy się prostujesz i wyciągasz, uwolniona energia dociera do najdalszych zakątków twojego ciała. Przy okazji rozbija wszelkie tamy jakie napotka na swej drodze. Napinanie i rozluźnianie mięśni grzbietu prowadzi do uelastycznienia kręgosłupa. Docenisz to zapewne dopiero w przyszłości, gdy będzie ci obcy powszechny u wielu, zwłaszcza starszych ludzi, ból korzonków.

ĆWICZENIE 7
Odstaw prawą nogę do pozycji jeźdźca. Dłonie zwiń w pięści. Wysuń pięść w lewo wyobrażając sobie, że uderzasz z dużą siłą. Druga pięść powinna być w tym czasie przy boku. Łokieć dociągnięty do ciała. Zmień ręce. Uderz w drugą stronę. Wyobrażając sobie, że uderzasz nie zaciskaj pięści. To znowu przede wszystkim kwestia wyobraźni. Przed uderzeniem rób wdech, uderzaj na wydechu. Uderz po osiem razy w każdą stronę.
* Czemu to służy?
Wzmocnieniu ducha i wyrobieniu mięśni. To lepsze niż siłownia, bo wzmacniając mięśnie rozładowujesz napięcia, także psychiczne.

ĆWICZENIE 8
Ostatni kawałek wykonuj w pozycji swobodnej. Wspinaj się na palce robiąc wdech. Wytrzymuj chwilę w tej pozycji. Potem opadaj delikatnie na pięty robiąc wydech. Powtórz sekwencję po 24 razy trzymając ręce tak samo jak w ćwiczeniu 4: najpierw luźno opuszczone, potem z dłońmi na nerkach, a na koniec przed sobą jakby obejmując i przytulając do piersi wyimaginowaną wielką i kolorową piłkę plażową.
* Czemu to służy?
W oczywisty sposób wzmacnia mięśnie nóg. Jeśli zaś chodzi o energię, to wygładza jej przepływ „od stóp do głów”.

Na koniec, stań – podobnie jak przed rozpoczęciem ćwiczeń – z opuszczonymi rękami. Skoncentruj się na swobodnym, długim oddechu. Staraj się poczuć jak energia krąży po całym ciele. Ilustracje do poszczególnych ćwiczeń z Ośmiu Kawałków Brokatu (z poetyckimi chińskimi nazwami, znajdziesz tutaj), w opracowaniu Mariusza Sroczyńskiego, instruktora YMAA, prowadzącego zajęcia z Tai Chi i Qi Gong, założyciela szkoły Alcha w Warszawie.

Co czytać, gdzie ćwiczyć
Świat Zachodu poznał tajniki Qi Gong dzięki mistrzom z Tajwanu oraz emigrantom z Chin, którzy osiedli w Stanach Zjednoczonych i zaczęli dzielić się swoją wiedzą prowadząc treningi i publikując książki. Do tej grupy należy mistrz Yang Jwing-Ming. W Polsce są jego książki wydawane przez sekcję utworzonego przezeń w USA stowarzyszenia YMAA (Yang’s Martial Arts Association). Mistrz opisał Osiem kawałków brokatu w jednej ze swoich książek popularyzujących chińskie ćwiczenia relaksacyjne i sztuki walki. Osiem kawałków brokatu prezentuje też na kasecie video. Instruktorzy YMAA prowadzą regularnie zajęcia Qi Gong w dużych polskich miastach. Mistrz Yang przyjeżdża prowadzić wykłady i seminaria. Osobiście prowadzi wówczas treningi. Szczegółowe informacje znajdziesz w internecie: www.alcha.pl. Ładny pokaz w wykonaniu Fanny Ng dostępny jest na YouTube albo też tam – mój ulubiony, w wykonaniu mistrza Shi De Yang z klasztoru Shaolin; wiele innych różniących się niuansami demonstracji, można znaleźć wpisując w wyszukiwarce chińską nazwę zestawu: Ba Duan Jin.

Tak wykonuje ćwiczenie KOBIETA (ale Faye Yip, bo podanego jako przykład w tekście udostępnić się nie da, można tylko obejrzeć po kliknięciu w link 🙂 )

A tak wykonuje ćwiczenie wspomniany MNICH

Ten tekst przygotowałem wiele lat temu, do bodaj pisma Zdrowie, wydawanego wówczas przez Murator S.A., albo jeszcze nawet bezpośrednio ZPR, ale nie został opublikowany. Teraz go znalazłem – niech się nie marnuje!


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Chiny / Pekin – zwierciadło przemian

Na paradoks zakrawa fakt, że gdy na szczytach światowych list przebojów królowało „9 milionów rowerów w Pekinie” Katie Melua, chińska stolica trafiła również na najwyższe miejsca w rankingach kupowanych samochodów i kapitałowych obrotów.

Dziś po ulicach miasta poruszają się niemal 2 miliony aut. Nie zmienia to faktu, że w obrazie chińskiej stolicy rower będzie zapewne gościć jeszcze długo. Zwłaszcza w starych dzielnicach z charakterystycznymi dla nich wąskimi uliczkami zwanymi hutong (najlepiej zachowane i najbardziej malownicze ciągną się na północ od parku Bei Hai) oraz na wiejskich obrzeżach aglomeracji, w której – jak się szacuje – mieszka łącznie ponad 17 milionów ludzi. Pekin leży na wschodnim skraju gór Jundu i Xishan. Najwyższym punktem w granicach administracyjnych miasta jest góra Dongling, która nieznacznie przekracza wysokość 2300 metrów. Do wybrzeża Morza Żółtego jest stąd zaledwie 160 kilometrów.

Miasto drapaczy chmur…
Próżno w Pekinie szukać jednego centrum. Nie ma ratusza, ani katedry. Również wielki pałac cesarski, zamieniony w 1949 roku na muzeum nie stanowi już dziś centralnego punktu. Tylko kolejne kręgi obwodnic świadczą o poszerzaniu się zajmowanego przez miasto obszaru. Pekin składa tak naprawdę z wielu miast, miasteczek i wsi. Te zaś ujęte są w dzielnice, które mają własne centra i wyraźnie dominujące funkcje. Po śmierci Mao Tse-Tunga, choć pozostały krajem komunistycznym, Chiny zaczęły otwierać się gospodarczo na świat. W ostatnim ćwierćwieczu należą nawet do najbardziej dynamicznie rozwijających się państw. Z tego powodu ogromnego znaczenia nabrało Guomao. Pnie się tam ku niebu blisko 300 drapaczy chmur z przekraczającym 200 metrów wysokości biurowcem Jing Guang na czele. Guomao jest sceną działania biznesmenów i dyplomatów, pekińskim centrum komercyjnym i shoppingowym. Przy przecinającej dzielnice Fuxingmen i Fuchengmen alei wznoszą się siedziby banków i instytucje finansowe. W Wangfujing i Xidan kwitnie handel. W Zhongguancun rozwija się przemysł informatyczny i nowoczesnych technologii, oraz – podobnie jak w Yizhuang – mają siedziby wielkie firmy farmaceutyczne.

Jakby dla kontrastu, celem turystycznej penetracji są przede wszystkim wielkie przestrzenie ograniczone niskimi budowlami. Słynny Tiananmen – Plac Niebiańskiego Pokoju, z którego przez Bramę Niebiańskiego Pokoju wchodzi się do Zakazanego Miasta – imponującej rezydencji cesarskiej, pełnej pawilonów, rzeźb i innych wspaniałych dzieł sztuki, które niemal cudem przetrwały rewolucję kulturalną Mao Tse-Tunga.

…i Niebiańskiego Spokoju
Zacząć wypada od placu, który z północy na południe mierzy 800, a ze wschodu na zachód 500 metrów długości. Tiananmen jest największym placem na świecie. Kiedy na początku XV w. powstawało Zakazane Miasto, tutaj wzniesiono kompleks cesarskich uCHRL, Wielka Hala Ludowa, Nieznany Buntownik, Times, rzędów. Na przełomie XIX i XX w. podczas powstania bokserów Pekin dostał się w ręce buntowników. Rewoltę stłumiono ale budynki uległy zniszczeniu. Niedługo potem cesarstwo upadło i powstała Republika. Zniszczone budynki uprzątnięto. Gigantyczny plac pozostał pusty, tworząc idealną scenę wielkich manifestacji. Wykorzystał to Mao Tse-Tung. Charyzmatyczny przywódca komunistycznych Chin, który doprowadził je niemal na skraj upadku, tutaj właśnie w 1949 roku proklamował Chińską Republikę Ludową. I tutaj spoczął w 1976. Przy placu od południowej strony wzniesiono jego mauzoleum. Poza tym na placu jest tylko pomnik ku czci bohaterów ludu. Zachodnią pierzeję tworzy Wielka Hala Ludowa, w której zbiera się chiński parlament, a wschodnią Muzeum Narodowe – Historyczne i Rewolucji.

W czerwcu 1989 roku na placu doszło do dramatycznych zdarzeń. Protesty studentów żądających reform demokratycznych zakończyły się krwawą interwencją wojska. Zginęło kilka tysięcy demonstrantów, kilka tysięcy poraniono. Wielu aresztowanych skazano na śmierć. A świat obiegły zdjęcia „Nieznanego Buntownika”, którego Times umieścił nawet na swojej liście 100 najbardziej wpływowych postaci XX w. Poetyczna nazwa placu nabrała innego wymiaru…

Miasto dziejowych zawieruch…
Chociaż miejskie atrybuty – z tempem życia, ulicznym ruchem z nieodłącznymi korkami, neonami, reklamami i wieżowcami wydają się nam znajome, to jednak Pekin jest miastem wyrosłym we wschodniej kulturze. Czasy rozwoju bądź stagnacji determinowała w większym stopniu niż dziejowe procesy, wola władców. Niczym w kręgu przemian, którym podlegają wedle chińskiej filozofii wszelkie byty, Pekin był stolicą niewielkiego królestwa, mongolskiego imperium, zjednoczonych pod berłem cesarzy Chin, aż wreszcie stolicą komunistycznego państwa. Pozostaje nią do dziś, z tym, że na przekór ideologii, jego nowoczesne oblicze kształtują coraz intensywniej ekonomiczne powiązania ze światem.

Około 700 roku p.n.e. wzniósł Pekin jeden z królów państwa Yan. Było to w czasach gdy Chiny podzielone były między wojujące ze sobą królestwa. Zjednoczył je ponad 500 lat później Cheng, król krainy Qin, który ogłosił się cesarzem i do tego pierwszym – Shi Huang-ti. Jego imię napotka każdy odwiedzający Chiny, ponieważ to on zaczął wznosić Wielki Mur liczący (bez odgałęzień) ponad 2 tysiące kilometrów oraz ustanowił instytucje związane ze scentralizowaną władzą, które mimo zmian dynastycznych, klęsk i rewolt pozwoliły ostać się imperium do 1911 roku, czyli nomen omen – ponad 2 tysiące lat. Po jego śmierci cesarstwo jednak podupadło, a Pekin rozpadł się na mniejsze ośrodki. Dopiero w X w. miasto wróciło na arenę dziejów jako stolica kilku kolejnych dynastii.

Chiny podbili Mongołowie w 1215 roku. Legenda głosi, że Czyngis Chan w zwycięskim pochodzie zatrzymał się dopiero pod murami Pekinu. Zapowiadało się długie oblężenie, więc łatwo przystał na proponowany przez cesarskich parlamentariuszy rozejm. Jako rękojmi zażądał miejskich gołębi. Ze zdziwieniem, ale niczego nie podejrzewając, ptaki dostarczono. Tatarzy wypuścili je gdy czas rozejmu dobiegł końca. Wróciły instynktownie do gniazd, niosąc przyczepione do ogonów zapalone pasemka bawełny. Miasto strawił wielki pożar. Odbudował je i uczynił stolicą jednego z najbardziej rozległych w dziejach świata imperiów Kubilaj, wnuk i spadkobierca Czyngis Chana. Nazwał je Dadu – Wielką Stolicą. Do naszych czasów przetrwały w północnych dzielnicach fragmenty murów obronnych i pałacu Kubilaja. Z jego czasów pochodzi także sieć przecinających się pod katem prostym ulic wewnętrznego miasta, jak określa się centralne dzielnice Pekinu.

…zachwycających pałaców…
Cesarz Zhu Di z dynastii Ming, na początku XV w. przemianował Dadu na Beijing (stąd też forma Pekin) – Północną Stolicę i wzniósł najwspanialszy z dotychczasowych pałaców – Zakazane Miasto. Dziś nazywany krótko Gu gong, pałac-muzeum znajduje się po północnej stronie Tiananmen. Od XV wieku, rezydowało w nim 24 cesarzy. Ostatni cesarz i więzień Republiki opuścił mury Zakazanego Miasta w 1924 roku. Największy kompleks pałacowy na świecie kryje łącznie 9999 budowli. Dystans między bramami północną a południową wynosi 960, zaś między zachodnią a wschodnią 760 metrów. Tę imponującą przestrzeń ograniczają fosa i mur wzniesiony z 12 milionów wapiennych bloków spojonych zaprawą wykonaną z ryżowego kleiku i jajek. Narożniki muru wskazują strony świata, a że w chińskiej tradycji jest jeszcze piąte pojęcie – centrum, łatwo się domyślić, że wskazywał je cesarz osobiście. Tylko jemu, żonom i konkubinom oraz zaufanym dworzanom wolno było poruszać się w obrębie murów Zakazanego Miasta. Wewnątrz dominuje kolor żółty przysługujący cesarskiej rodzinie. Glazurowanymi dachówkami tej barwy pokryte są wszystkie pawilony za wyjątkiem biblioteki (Wenyuange). Jej czarny dach odpowiada żywiołowi wody, która była w stanie zdusić ewentualny ogień.

Południowe wejście – Brama Niebiańskiego Spokoju jest największą z prowadzących do pałacu. 36-metrowej wysokości wieżę wieńczy Pawilon Pięciu Feniksów, z którego dokonywano przeglądów wojsk i ogłaszano cesarskie rozkazy. Ptaki słońca, symbolizowały boskie pochodzenie cesarzy. Na bramie wisi teraz portret Mao Tse-Tunga. Ozdobne mostki (środkowym mógł przechodzić jedynie cesarz) nad przepływającą przez pałac Złotą Rzeką prowadzą do oficjalnych pawilonów, w których odbywały się największe uroczystości i audiencje. Jest wśród nich najważniejsza budowla kompleksu – Pawilon Najwyższej Harmonii (Taihotien). Kolejny mur oddziela prywatne pomieszczenia cesarza i jego pierwszej żony oraz Pawilon Jedności (Kiaotaitien). Ich układ odwołuje się do fundamentów chińskiego światopoglądu, w którym pierwiastki Yang (męski) i Yin (żeński) uzupełniają się, tworząc doskonałą całość. Już poza pałacem, od strony północnej bramy rozciąga się park Jingshan. Usytuowany na wzgórzu kryje wśród drzew pięć symetrycznie ustawionych pawilonów. Centralną pozycję zajmuje Pawilon Dziesięciu Tysięcy Wiosen. Niczym z lotu ptaka, widać z niego Zakazane Miasto, stary i nowy Pekin.

…i pięciu przemian
Z Zakazanym Miastem sąsiaduje inne pałacowo-ogrodowe założenie Zhongnanhai, niegdyś letnia, nieoficjalna rezydencja cesarska, dziś siedziba instytucji rządowych, Centralnego Komitetu Partii Komunistycznej Chin i Rady Państwa. Rezydowali tu także notable z Mao Tse-Tungiem na czele. Otwarty dla publiczności kompleks, po wydarzeniach 1989 roku jest znowu pilnie strzeżony. Inne ogrody Pekinu, takie jak Yuang Ming Yuang – Ogród nad Ogrodami rozciągający się wokół Starego Letniego Pałacu, czy otaczającym słynną XVII-wieczną Białą Pagodę parku Bei Hai – dają wieczorami wytchnienie od gwaru chińskiej stolicy, kusząc dyskretnym światłem czerwonych lampionów.

Co prawda harmonię tych miejsc zakłócają kioski z pamiątkami dla turystów, a nawet wkomponowane w nie hotele, to jednak wciąż pozostają one oazami zieleni w gigantycznym molochu, jakim jest Pekin. Z powodu bowiem ogromnego ruchu samochodowego nad miastem unosi się smog. O świcie, gdy powietrze jest najświeższe, a hałas nie wypełnia jeszcze ulic, skwery i parkowe zakątki zajmują ćwiczący. Ich płynne ruchy wywodzą się z arsenału chińskich sztuk walki, najczęściej z Tai Chi, opierają na studiach medycznych, filozofii i praktyce wojennej, łącząc  doświadczenia gromadzone przez kilka tysięcy lat. Zakazane w okresie rewolucji kulturalnej, są znów praktykowane. Nie zdajemy sobie nawet sprawy z siły jaką w sobie kryją. Wykonywane bez napięcia mięśni wydają się niczym więcej jak gimnastyką. Określane jako Chi Kung (Qi Gong) – praca z energią, nie tylko wzmacniają organizm, ale również wyrównują przepływ energii w organach wewnętrznych i przywracają równowagę między pierwiastkami Yin i Yang. Co jednak najważniejsze, wzmacniają ducha (Shen), prowadząc w najbardziej zaawansowanych formach do oświecenia.

* * *

Jedzenie i filozofia
Według Księgi Przemian (I Ching) pięć elementów kształtuje świat. Drzewo, ogień, ziemia, metal i woda. Z nimi związane są kierunki świata – odpowiednio – wschód, południe, centrum, zachód i północ. Pory roku – wiosna, lato, późne lato, jesień i zima. Kolory – zielony, czerwony, żółty, biały i czarny. Emocje – złość, szczęście, melancholia, smutek i strach. Smaki – kwaśny, gorzki, słodki, cierpki i słony. A wreszcie, organy wewnętrzne. Yin – wątroba, serce, śledziona, płuca i nerki oraz Yang – pęcherzyk żółciowy, jelito cienkie, żołądek, jelito grube i pęcherz. Energia krąży między nimi w ściśle określonym rytmie dobowym. Jest wiele sposobów harmonizowania tego przepływu, choćby gimnastyka, czy medytacja. Wielką wagę przykłada się do diety. Chińskie przepisy kulinarne respektują zasady przemian pięciu elementów. Dania narodowej kuchni są tak komponowane aby to co się je, kiedy oraz jak, sprzyjało harmonii i zdrowiu. Dania cechuje równowaga pomiędzy składnikami zbożowymi (Fan), do których należą również mąka i ryż a warzywami i mięsem (Tsai). Typową kategorią dań są podawane w niewielkich porcjach Dim Sum – przekąski, które w restauracjach można sobie wybierać z wózków. Ich składniki są zazwyczaj gotowane na parze, ale również smażone i duszone. Chociaż zwykliśmy oczekiwać ryżu jako podstawy dań, popularnym dodatkiem jest także makaron, zarówno zbliżony do naszego, długi, cienki, z mąki i jajek (Mien), jak i długi, szeroki ryżowy (Bijon). Ważnym składnikiem posiłków są gęste zupy z egzotycznych nieraz dla nas składników jak płetwy rekina czy długo gotowane jaskółcze gniazda (powstają z wodorostów spojonych ptasią śliną). Do sztandarowych przysmaków należą smażone flaczki (Bao Du) i gotowane na parze flaczki (Luzhu), zupa fasolowa (Dou Zhi) oraz słodkie ciasteczka (Tang Huo Shao). Oczywiście w zróżnicowanych etnicznie i kulturowo Chinach, poszczególne prowincje mają swoje specjalności, ale w Pekinie, w którym jak w soczewce skupia się życie całego kraju, łatwo znaleźć okazję do spróbowania wszelkich specjałów. Warto jedynie pamiętać, że restauracje o najwyższym standardzie (a wcale nie przesadnych cenach – posiłek dla dwóch osób będzie kosztować 25-45 zł) nazywane są ogrodami (Yuang; wszakże coraz częściej pojawiają się tablice z angielskim tłumaczeniem nazw – jeszcze jeden przejaw otwartości i przygotowania Chin do organizacji letniej olimpiady w 2008 roku). Trzeba jednak nauczyć się jeść pałeczkami (Kuaizi). Nie jest to takie trudne, zwłaszcza, że potrawy podzielone są na kawałki. Sprostawszy wyzwaniu urośniemy w oczach gospodarzy jako ludzie dobrze wychowani. I z niezmąconym spokojem zakończymy posiłek herbatą (Chia), której obyczaj picia z Chin się przecież wywodzi. Wprawdzie w Pekinie są setki restauracji, najprzyjemniejsza atmosfera towarzyszy posiłkom w hutongach. Cenione zagłębia gastronomiczne tworzą lokale przy bramie Qianmen oraz przy ulicach Longfusi, Wangfujing, Donghuamen i Gui Jie.

INFO
Waluta: Renminbi (juan, yuan). 1 CNY – 0,32 PLN
Strefa czasowa: GMT + 8
Dojazd: bezpośrednie loty do Pekinu z Warszawy oferuje LOT (www.lot.pl). Pekińskie lotnisko usytuowane jest niespełna 30 km na północny wschód od centralnych dzielnic miasta w dzielnicy Chaoyang. Przejazd taxi zajmuje 40-60 min i kosztuje 80-100 CNY. Shuttlebusem kierunek Xidan w pobliżu Zakazanego Miasta – 12 CNY. Inne trasy busów wiodą w kierunku Gongzhufen w zachodnim Pekinie oraz Zhongguancun w północno-zachodniej strefie wewnętrznego miasta. Busy stają pod najważniejszymi hotelami.
Noclegi: dobra wyszukiwarka luksusowych hoteli z rezerwacją miejsc: http://e.chinahotel.com; godny uwagi hotel Jing Guang (www.jingguangcentre.com) zlokalizowany jest w biurowcu o tej nazwie. W Pekinie zainstalował się także Kempinski (www.kempinski.com) w dzielnicy Chaoyang. Tańsze oferty (budget): http://www.travellerspoint.com; w tego typu hotelach, z reguły trzeba płacić gotówką.

Język
W wielokulturowych Chinach jest wiele języków. W Pekinie dominuje wprawdzie dialekt mandaryński (najważniejszy obok kantońskiego), ale anglojęzyczne transkrypcje bywają różnorakie. Wspomniany I Cesarz bywa więc nazywany Tseng równie dobrze jak Cheng. W hotelach – zazwyczaj – obsługa posługuje się jęz. angielskim. W recepcji lub hotelowym sklepie można nabyć dwujęzyczną mapę miasta. Jest punkt informacji turystycznej i kantor wymiany walut. Na ulicach i w czasie przygodnych spotkań trzeba jednak pamiętać, że na Wschodzie uprzejmość i cierpliwość to jedyne skuteczne metody porozumienia.

Pekin w Internecie:
www.ebeijing.gov.cn (oficjalne strony rządowe, po ang.)
www.beijingpage.com (zawiera linki do stron tematycznych, włącznie z wirtualnymi turami i opisem pekińskich atrakcji)
www.chinaadviser.com (brytyjski obszerny portal z radami jak się zachowywać w Pekinie, włącznie z rozdziałem poświęconym chińskiej etykiecie)
www.podgladaniechin.blox.pl (ciekawy przegląd aktualnych zdjęć i komentarzy z Chin; w tym zakładka Pekin)

Olimpiada 2008
Na olimpijskie igrzyska wzniesiono w Pekinie stadion. Arcydzieło architektoniczne za 500 mln. dolarów i jak wszystko, i jak zawsze w tym kraju, gigantyczne. Gospodarze bowiem spodziewają się, że olimpiada odbije się szerokim echem w świecie. Otwarcie nastąpi 8 sierpnia i powinno zgromadzić przed ekranami telewizorów przynajmniej miliard widzów… Reżyserem imponującego spektaklu będzie Zhang Yimou, który poruszył już świat bajkowo pięknymi scenami filmu „Hero”. Spektakl sławiący cztery tysiące lat tradycji potrwa 1,5 godz. Dopiero potem pojawi się sztafeta ze zniczem, który zapali chiński bohater (jego nazwisko do końca będzie otoczone tajemnicą). Czy zamierzony efekt zostanie osiągnięty? Wiele zależy od narodowych ekip sportowych. Trudno byłoby bowiem ukryć ich ewentualną nieobecność podczas ceremonii. Protest sportowców wobec łamania praw człowieka w Chinach – przeciwko obozom pracy, politycznym więźniom, a zwłaszcza eksterminacji Tybetu… Czy będzie miał jakieś znacznie? Czy zmieni stosunek do praw człowieka, kategorii która w imperiach, zwłaszcza totalitarnych jest zawsze czymś abstrakcyjnym. Kiedy I Cesarz budował Mur, pracowały przy nim miliony ludzi. Setki tysięcy ginęły z wyczerpania. Kiedy Mao Tse-Tung walczył z wróblami, by nie niszczyły zasiewów, z głodu umierały miliony ludzi… Przyrost naturalny szacowany jest w Chinach na ponad 6 promil rocznie, a to oznacza, że populacja licząca dziś ponad 1,3 mld ludności, zwiększa się każdego roku o kolejne 8 mln. osób (tylu obywateli mają Czechy albo Szwajcaria). Chiny są i jeszcze długo pozostaną niewyczerpanym niemal źródłem taniej siły roboczej. Korzystają z niej firmy z całego świata, również polskie. A olimpijski spektakl również im nakręca koniunkturę.

Tekst był opublikowany w magazynie „Release” w 2008 r.