W przełomie rzeki Mtkvari (Kury)

Mtkvari (მტკვარი) jest największą rzeką Gruzji, ale ponieważ jej źródła tryskają na Wyżynie Armeńskiej, w powszechnym użyciu jest turecka nazwa – Kura.

Używali jej także Rosjanie, odkąd zamienili w gubernię wolne i dumne królestwo Kartlów, mamiąc ich obietnicą protektoratu. Po rewolucji – siłą rzeczy – gubernia przedzierzgnęła się w jedną z radzieckich republik. Ukochaną, bo ojczystą ziemią Batiuszki Stalina. Jak się łatwo domyślić, nazwa Kura wywołuje u Gruzinów… mieszane uczucia.

Twierdza Khertvisi nad Kurą, która toczy swe wody przez 1515 km, biorąc źródła w Turcji na Wyżynie Armeńskiej, fot. Paweł Wroński

Kura jest najpotężniejszą rzeką zakaukazia – liczy 1515 km długości, z czego pierwszy odcinek długości 174 km jest turecki. Ponadto, ponad połowa jej biegu – 915 km stanowi główną wodną arterię Azerbejdżanu. Tam, rzeka zwana Kür, wpada do Morza Kaspijskiego.

Wpływając na teren Gruzji, Kura przecina łańcuch Małego Kaukazu, tworząc wkrótce oryginalny przełomowy odcinek. Są w nim usytuowane dwa bezcenne gruzińskie zabytki – skalne miasto Vardzia (w polskiej transliteracji: Wardzia) i twierdza Khertvisi (Chertwisi).

 

Skalne miasto Vardzia (Wardzia)

Wardzia to wykute w skałach miasto, w którym w szczytowym okresie mieszkało ponoć 50 tys. ludzi. Za panowannia królowej Tamary, w złotym wieku w historii Gruzji, kluczowego znaczenia nabrał tamtejszy monastyr. Freski sprzed wieków doskonale się w nim zachowały. Trasa zwiedzania, biegnie wykutymi w skałach korytarzami, głównie tym, którym w razie zagrożenia mieszkańcy ewakuowali się, uciekając do trudnodostępnego  przełomowego odcinka rzeki powyżej miasta.

 

Twierdza Khertvisi (Chertwisi)

Twierdza Chertwisi – jedna z najstarszych fortyfikacji w regionie Samcche-Dżawachetia w południowej Gruzji we wsi Chertwisi. Budowę twierdzy rozpoczęto w II w. p.n.e. Cerkiew na jej terenie wzniesiono pod koniec X, a obecny kształt forteca uzyskała około 1354 roku.

 

Nasza trasa w górę rzeki Mtkvari

Pomnik najwybitniejszego, XII-wiecznego poety gruzińskiego, Szoty Rustaveli’ego, fot. Paweł Wroński

Nasza trasa biegła z miasta Akhaltskihe w górę rzeki, a więc nim dotarliśmy do przełomu mogliśmy podziwiać pomnik najwybitniejszego gruzińskiego poety, Szoty Rustaveli’ego,  autora poematu „Witeź w tygrysiej skórze”. Rustaveli żył i tworzył w XII wieku, a więc za panowania Car Tamar, w której był ponoć beznadziejnie zakochany. Potem na naszej trasie wyrosła twierdza, a na koniec w najgłębszej części przełomu osławione skalne miasto, skąd serpentynami gruntowej drogi wspięliśmy się na Dżawachecki Płaskowyż… ale to już inna historia 🙂 Podobnie jak o innych miejscowościach położonych w dolinie (Borjomi [Bordżomi], Gori, Mtskheta [Mccheta], Rustavi [Rustawi]).


10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).

Nissan XTerra na trasie, fot. Paweł Wroński
Na Dżawacheckim Płaskowyżu, 500 m nad doliną Kury, ale o tym… kiedy indziej, fot. Paweł Wrónski
Reklamy

Droga przez Goderdzki Pieriewał

Trasa z Batumi do Akhaltsikhe prowadzi wspaniałą, widokową drogą, a jednak jedyny jej opis znalazłem w portalu… dangerousroads.org, który specjalizuje się w prezentacji efektownych ale zazwyczaj ryzykownych przepraw samochodowych na całym świecie. 

Coś w tym jest. Droga, o której mowa przechodzi przez Przeł. Goderdzi (jak się mówi w języku Wielkiego Brata zza Kaukazu – Goderdzki Pieriewał; 2027 m), na kluczowym jeśli chodzi o trudności odcinku jest gruntowa, a ściślej mówiąc kamienista. Rujnują ją spływające z gór strumienie, deszcze i topniejące wiosną śniegi. Zimą jest także narażona na lawiny i oblodzenie. Formalnie więc, jest przejezdna tylko od czerwca do października.

Być może uruchomienie w 2015 roku ośrodka narciarskiego na zachodnich stokach grzbietu, w którym przełęcz tworzy rozległe siodło, wpłynie z czasem na zmianę sytuacji. Póki co, ośrodek oferuje zaledwie 8 km tras i ma nader skromną infrastrukturę turystyczną: 6 domków dla 12 osób każdy i hotel przy stacji Meteo z miejscami dla 35 osób. Aaaa, zapomniałbym – jest sklep z angielska opisany na szyldzie: „Shop” z dodatkiem: „Fast Food”. Ba, jest także restauracja. Ta z kolei pobrzmiewa z alpejska, bo zwie się „Edelweiss”, a gwoli ścisłości – „Restaurant Edelweiss”. Najłatwiej się tam dostać od strony wschodniej, z miasta Akhaltsikhe. Od biedy, bo też nie jest łatwo, choć przynajmniej widać staranie, gdyż poszerzono i wyrównano serpentyny.

Z zimowej perspektywy, głównym atutem ośrodka jest fakt, że właśnie w tym rejonie, w Górach Małego Kaukazu, śnieg zalega w Gruzji najdłużej. Praktycznie rzecz biorąc, od listopada do kwietnia dobre warunki murowane! Okolice przypadną do gustu miłośnikom nart tourowych. Wprawdzie jest tam nieco „beskidzko”, ale z pewnością bez porównania bardziej dziko. Przez cały rok góry wabią niepowtarzalnym pięknem, a mijane osiedla egzotyką w stylu „czas się zatrzymał”.

Wprawdzie, w okresie, gdy nie ma formalnych przeszkód by drogę pokonać, używają jej wszyscy (jeżdżą nią TIR-y i marszrutki, samochody osobowe i niezbyt zaawansowane technologicznie maszyny rolnicze), to jednak nie polecam jej użytkownikom miejskich (czyt. eleganckich, nisko zawieszonych) aut, ale – zdecydowanie – z napędem 4×4. My, przez Przeł. Goderdzi przedostaliśmy się Nissanem XTerra – sprawdził się znakomicie! A jak wyglądała nasza podróż pokazuje dołączone do niniejszego wpisu slajdowisko.

ETAPY PRZEJAZDU

I. Batumi (ბათუმი) – winiarnia Porto Franco albo Adżarski Dom Wina (Adjarian Wine House w przysiółku Khelvachauri, we wsi Acharistskali; www.awh.ge); 16,8 km
Choć Adżaria nie należy do czołowych regionów winiarskich, to interes degustacyjny kręci się tu pełną parą. Wina mają przyzwoite, ba – niczego sobie nawet. Przyjemny przystanek na trasie z płatną degustacją win – 7 lari od osoby (obsługa anglo- i rosyjskojęzyczna).

II. Adjarian Wine House (აჭარისწყალი) – Riketi (რიყეთი); 80,6 km
Długi odcinek, pełen pyłu spod kół innych pojazdów, ale ciekawy. Obyczajowych scen można się naoglądać za wszystkie czasy. Ludzie życzliwi, komunikatywni i gościnni – nawiązują chętnie rozmowę i częstują… czaczą.

III. Riketi – Przeł. Goderdzi (კურორტი; www.goderdzi.ski); 12,3 km
Krótko, ale intensywnie; widoki z każdą chwilą piękniejsze, a temperatura niższa.

IV. Przeł. Goderdzi – Utkisubani (უტყისუბანი); 11,6 km
Widokowo też niczego sobie, choć większość trasy przebiegała lasem, no i zapadł zmrok. Był to jednak etap z niespodzianką we właściwym miejscu i czasie, czyli z małym hotelem. Pilnował go facet, który nie mówił inaczej niż po gruzińsku, ale miał smartfon i wielojęzyczną koleżankę po drugiej stronie. Ta, ustaliwszy raz dwa z nami kto i za ile śpi, pouczyła kolegę, który wykonał wszystkie polecenia co do joty, i – jak można wnosić z życzliwej gestykulacji – życzył nam dobranoc.

Podczas tego krótkiego etapu, przekroczyliśmy granicę prowincji. Sąsiadująca z Turcją Adjara (Adżaria) została za nami, wjechaliśmy do Samtskhe-Javakheti (Samcche-Dżawachetia), regionu rozciągającego się na gruzińsko-armeńskim pograniczu i w znacznej mierze zamieszkałym przez Ormian.

V. Utkisubani – Akhaltsikhe (ახალციხე); 40,6 km
Po szosie, względnie przyzwoitej, z każdą godziną coraz intensywniej zapełniającą się samochodami. U celu można było mówić o korkach. Ale zamek stał na swoim miejscu i znaleźliśmy sympatyczną knajpę nieopodal (więcej o tym: www.pawelwronski.blog).

łącznie: 161,9 km

 


Droga przez Goderdzki Pieriewał (Przeł. Goderdzi; 2027 m): www.dangerousroads.org

Goderdzi (najmłodszy ośrodek narciarski w Gruzji – otwarty w 2015 r.; oferuje 8 km tras poprowadzonych na wysokości 1700–2390 m n.p.m.; ośrodek jest oddalony 252 km od Tbilisi oraz 109 km od Batumi)www.zimawgruzji.pl

 


10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).

Twierdza Rabati i babcie z Krakowa

Nad Akaltsikhe góruje twierdza Rabati. Wznieśli ją przodkowie książąt Jakhely (Dżakeli), władająych Samtskhe do XVI wieku. Dopóty, dopóki ich dziedzin nie zagarnęli Turcy. W XIX stuleciu, po zwycięskich wojnach z Ottomanami, prowincję przejęli Rosjanie.

Zrujnowaną twierdzę odrestaurowano na początku 2 dekady XXI wieku. Z fantazją, która sprawiła, że – w przemówieniu z okazji otwarcia obiektu – prezydent Saakaszvili mógł ją nazwać „klejnotem w gruzińskiej koronie”.

Twierdza Rabati w Akhaltsikhe, fot. Paweł Wroński

Każdemu, kto przekroczy bramy twierdzy, rzuca się w oczy stylowa różnorodność, należących do kompleksu budowli. Są średniowieczne mury, niczym na zamku krzyżowców, są mauratańskie łuki i ażurowe drewniane wykusze, zza których aż się prosi by połyskiwały oczy tajemniczych piękności, godnych sułtańskiego haremu. Nigdy takich elementów w tej twierdzy nie było – podkreślają puryści. To świadomy zamysł – zgoła odmienną opinię usłyszymy z ust zwolenników przedsięwzięcia. W wyniku kreatywnej restauracji, twierdza stała się pomnikiem mozaikowych dziejów Gruzji. Podkreślają to swoim odmiennym przeznaczeniem i architektoniczną różnorodnością obiekty wchodzące w skład kompleksu: zamek książęcy, nad którym dumnie powiewa flaga Gruzji, Meczet Akhmediye z lśniącą miedzianą kopułą i minaretem, prawosławna cerkiew, amfiteatr, tarasowe winnice z fontannami. Poza tym są inne, całkiem już nowoczesne obiekty – przede wszystkim hotel „Rabath”, restuaracje, muzeum regionalne, a nawet pałac ślubów.

Akhaltsikhe (w polskiej transkrypcji językowej Achalciche) – miasto z sięgającą średniowiecza historią, którego nazwa oznacza nową twierdzę. Od 1579 roku centralny ośrodek dzisiejszych ziem Gruzji, przyłączonych w XVI wieku do Imperium Ottomańskiego. Do Gruzji region powrócił po wojnie rosyjsko-tureckiej 1828–1829, tyle tylko, że Gruzja nie była już wówczas samodzielnym królestwem, a jedynie carską gubernią. Ludność turecką jaka zamieszkiwała prowincję Samtskhe (ok. 115 tys. osób), wysiedlono w czasach stalinowskich (1944) do Kotliny Fergańskiej rozciągającej się na pograniczu Uzbekistanu, Kirgistanu i Tadżykistanu. Współczesne Akhaltsikhe zamieszkują głównie Ormianie, potomkowie uciekinierów z Turcji, szukających w rosyjskim imperium schronienia w czasach pogromów (1894-1896 i 1915 roku). Nic więc dziwnego, że częściej nawet niż gruziński, słyszy się tutaj język rosyjski. Miasto liczy teraz 20 tys. mieszkańców.

Bogata historia Akhalatsikhe i otaczającego miasto rozległego regionu w południowo zachodniej ćwiartce Gruzji, posiada także wątki polskie. Poznaliśmy je przypadkiem, w małej restauracji u stóp zamkowego wzgórza, w której zachęceni regionalnym menu zamówiliśmy czebureki – faszerowane mięsem placki, kształtem przypominające ogromne pierogi. Właściciel rozmowny i kontaktowy (zdecydownie musiał dzień rozpocząć – jak to w śródziemnomorskiej kulturze bywa – od chwalenia imienia Dionizosa), przysłuchiwał się jakiś czas naszej rozmowie. W pewnym momencie włączył się do dyskusji, i to po naszemu – a ja miałem babcię z Krakowa!

W lokalu Sergo – a tak na marginesie – czebureki były pyszne! Fot. Paweł Wroński

Jakby tego było mało, później, kiedy już zmierzaliśmy do wyjścia – tęgi jegomość, który zajął miejsce przy jednym z wolnych stolików, gdy my zajadaliśmy się zamówionymi potrawami, skinął do mnie głową i z dumą powiedział – ja też miałem babcię z Krakowa

Żeby zrozumieć skąd te polonijne korzenie trzeba się trochę cofnąć w czasie. Notabene można wybrać sobie kilka docelowych przedziałów czasowych. Najprostsza historia jest romantycznym rozwinięciem „Czterech pancernych” – Grigorij poślubia jakąś krakowską dziewczynę, a ich wnuk popija wino i warzy gościom swojego lokalu czebureki, chinkali i/lub inne przysmaki z pogranicza gruzińsko-armeńsko-tureckiego, w Akhaltsikhe.

Ten banalny scenariusz jest oczywiście prawdopodobny, ale polonijne korzenie z dumą wskazuje dziś niejeden mieszkaniec Samtskhe-Javakheti. Ich historie sięgają z reguły czasów caratu. Nie wszyscy bowiem nasi przodkowie po powstaniach zsyłani byli na prawdziwą Syberię. Płaskowyż Dżawachecki słynął także w rosyjskim imperium z wystarczająco srogich zim. Ba, jego rejon nazywano nawet Syberią Gruzji.  Ponadto, było to niespokojne pogranicze z Turcją, z którą w XIX wieku Rosja zawzięcie wojowała. Przymusowi osadnicy bywali więc bardzo przydatni, zwłaszcza ci obdarzeni wykształceniem.

Oprócz wątków martyrologicznych, rzutujących na dzieje Samtskhe-Javakheti w przeszłości, otwarty na współczesne wyzwania jest rejon przełęczy Goderdzi (2027 m). Rozwija się tam 6 ośrodek narciarski Gruzji, którego walorem jest najdłużej w kraju zalegająca pokrywa śnieżna. O przełęczy Goderdzi napiszę wkrótce więcej w odrębnym wpisie.


Twierdza Rabatiwww.georgiaabout.com

„Gino Wellness Rabath Hotel & Spa”www.gino.ge

Restauracja „Sergos Dugani” (właściciel – Sergo Antonowicz Mamasachlisaszwili)www.turbina.ru
Autor zamieszczonej w portalu rekomendacji pisze tak: „Со стен старой крепости я взирал на несколько церквушек в окрестностях. В первой из них я вопрошал отрока, что вырезал иконы из дерева на предмет: где тут можно хорошо и недорого откушать. Он и навел меня на это заведение. После осмотра всего я наведался к Серго. Хозяин ресторана был весьма положительный и веселый, только немного пьяный. Он включил мне самую громкую грузинскую музыку и сам накрыл поляну. Пока готовились хинкали, он выставил на стол пузырь, за счет заведения и в память о вечной русско-грузинской дружбе. Пузырь Серго выпил сам т.к. я не пью. А хинкали оказались просто потрясающими — я нигде и никогда такие не пробовал.” A w części informacyjnej, kontynuuje: „Tип кухни: грузинская традиционная. Рекомендую: хинкали то понравилось: Цена на человека: € <10. Адрес: Ахалцихе ул. Месхети. Дополнительная информация: от Крепости Рабат спускаемся к мосту через речку, видим аптеку на углу и сворачиваем направо.”

Paweł i Sergo – czyli przyjaźń polsko-gruzińska, fot. Paweł Wroński

Nissan XTerra, na trasie

10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, pożyczonym dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).

U źródeł Borjomi, kaukaskiej wody

Borjomi, to obok wina i chinkali, jeden z rozpoznawanych na całym świecie symboli Gruzji. Tryskające w kurorcie wody zaleca się do picia przy problemach gastrycznych, a do kąpieli, by przeciwdziałać reumatyzmowi, czy chorobom skóry.

Zbawienne właściwości zdrowotne wód Borjomi znali już starożytni. Znalezione przez archeologów rzymskie wanny mogą jednak świadczyć o tym, iż raczej się w nich kąpano aniżeli rozkoszowano smakiem wody.

 

Woda mineralna Borjomi tryska spośród wulkanicznych skał ze źródła na wysokości około 2300 m (bije w rejonie pobliskiego ośrodka sportów zimowych – Bakuriani). Stamtąd transportowana jest rurociągiem do uzdrowiska Borjomi, gdzie się ją butelkuje. Produkcją zajmuje się firma IDS Borjomi Georgia (część koncernu IDS Borjomi International, największego producenta naturalnej wody mineralnej w WNP i krajach Bałtyckich).

 

Po zejściu starożytnego Rzymu z dziejowej sceny i tureckich najazdach w XVI wieku, powodujących spustoszenie i wyludnienie południowych terenów dzisiejszej Gruzji, wody jak i miejscowość Borjomi uległo zapomnieniu. Dopiero XIX stulecie przyniosło renesans zainteresowania walorami ukrytego wśród gór odcinka doliny rzeki Mtkvari (Kury), bo okolica zachwyciła Wielkiego Księcia Romanowa. W 1842 roku wzniesiono z jego rozkazu pierwszą na terenie Gruzji carską rezydencję, a towarzyszący księciu dworzanie, przyczynili się do wylansowania mody na wypoczynek w Borjomi. Pod koniec XIX stulecia, składem oraz właściwościami wód i mikroklimatu zainteresowali się naukowcy. Wyniki ich badań skłoniły carskich urzędników do przekształcenia miejscowości w uzdrowisko.

W tym domu, ispirowanym co do stylu architektury wzorami alpejskimi, w czasach świetności carskiego uzdrowiska, rezydował Mirza Riza Khan – ambasador Persji w Gruzji, fot. Paweł Wroński

W okresie międzywojennym w następnym stuleciu, rozpoczęto przemysłową eksploatację źródeł i zaczęto rozprowadzać wodę mineralną z Borjomi jako leczniczą. W czasach socjalistycznych kurort przeżywał oblężenie, ale nie rozwijano infrastruktury, więc po upadku ZSRR szybko opustoszał. Teraz szybko się odradza, kusząc parkiem ze źrółami i walorami tryskającej z nich wody. Wody z Borjomi zawierają związki siarki i nasycone są dwutlenkiem węgla. Gospodarze wykorzystują je do kuracji pitnych i kąpieli, a butelkowaną ze źródeł Borjomi, Likani i Waszlowani-Kwibisi eksportują do ponad 30 krajów.

 

Kurort leży w przełomie Kury, między pasmami gór Meskheti i Trialeti. Przyrodę regionu chroni się w granicach Parku Narodowego Borjomi-Kharagauli. Borjomi dzieli 160 km od Tbilisi, a 130 km od Kutaisi. 

 


Kurort Borjomi: www.georgianjournal.ge
Woda Borjomiwww.borjomi.com
Gastronomiczny przewodnik (Gastroguide) Borjomi: www.gastroguide.borjomi.com
Park Narodowy Borjomi-Kharagauli: www.borjomi-kharagauli-np.ge


Nissan XTerra, na trasie

10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, pożyczonym dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).

Gruziński alfabet w słusznym wieku

Napisy po gruzińsku przypominają sekwencje arabskie, a wyglądają niczym wyrafinowane dekoracyjne ornamenty.

Gruzini piszą jednak tak jak my – od lewej do prawej, a więc inaczej niż narody arabskie. Alfabet mają też zgoła odmienny. Własny, niepowtarzalny. Ba, jeden z najstarszych na świecie, bo powstał w IV stuleciu i wciąż jest w użyciu, choć kilkakrotnie się zmieniał.

Dziś składa się z 33 znaków i obejmuje zapisy trudnych do powtórzenia, nie występujących w żadnym innym języku głosek.

Alfabet gruziński z głoskami odpowiadającymi 33 literom, fot. Paweł Wroński

Przez stulecia zmieniał się krój liter. Używany współcześnie mchedruli, czyli krój jeźdźców (gruz. mchedari oznacza jeźdźca), zwany też rycerskim, wywodzi się z XI wieku.

Gruzini dumni ze swej kultury, są także praktyczni. Mają świadomość hermetyczności rodzimej mowy. Toteż na tablicach drogowych, stosują podwójny zapis – po gruzińsku oraz latynicą w angielskiej transkrypcji fonetycznej. W duchu poszanowania języka polskiego, Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych Poza Granicami Rzeczypospolitej Polskiej dokonała ich transliteracji.

Kawał dobrej i jak to się mówi „nikomu niepotrzebnej roboty”. W efekcie bowiem mkhedruli zapisujemy mchedruli, a na przykład nazwę Mtskheta (gruz.: მცხეთა) – Mccheta. Tyle tylko, że tej ostatniej nigdzie nie znajdziemy, zaś statystyczny Gruzin zapytany przez nas o Mcchetę, zwłaszcza jak ją mu pokazujemy palcem na mapie, znacząco skrobie się po głowie.

Kachetyńskie miasteczko – z angielska Sighnaghi (gruz.:სიღნაღი), zapisujemy Signagi (notabene żadna wersja, ani transkrypcja, ani transliteracja nie oddają wiernie gruzińskiej wymowy tego słowa, w którym dwukrotnie pobrzmiewa gardłowe ‘ghr’), a wioski, która dała nazwę białemu szczepowi winorośli i wyrabianemu zeń winu: Tsinandali (gruz.: წინანდალი) – Cinandali. Zapewne dla naszej wygody, Komisja, złożona z wybitnych językoznawców i geografów, przyjęła za obowiązującą nazwę Kura dla głównej i najpotężniejszej rzeki Gruzji, jakby ignorując fakt, że to nazwa turecka (nic dziwnego bierze swoje źródła w Turcji), ale używana także przez Rosjan i narzucona Gruzinom podobnie jak nazwa Tyflis/Tiflis dla Tbilisi (gruz.: თბილისი). Rzeka ma przy tym imię w języku Kartlów, trudniejszą – prawda: Mtkwari (gruz.: მტკვარი; ang.: Mtkvari).

W Internecie, gdzie łatwiej o materiały anglojęzyczne, podobnie jak na większości dostępnych map, praktyczniejsze jest posługiwanie się transkrypcją angielską. W miastach, zwłaszcza wśród przedstawicieli młodszych generacji, znajomość angielskiego jest powszechna. Natomiast na prowincji, w kontaktach z ludźmi starszymi, przydaje się rosyjski. Również na południowym pograniczu, zwłaszcza w Meskhetii, zamieszkałej w większości przez ludność o ormiańskich korzeniach, język rosyjski jest w powszechnym użyciu. Posługując się nim, zaznaczmy jednak na wstępie, że jesteśmy z Polski. Poziom sympatii wzrośnie niebotycznie.


 

Nad wielkim Jeziorem Paravani

Jezioro Paravani jest największym akwenem gruzińskiego interioru. Otoczone łagodnymi, acz sięgającymi 3 tys. m wysokości pasmami Gór Samsarskich i Dżawacheckich rozlewa się na rozległym płaskowyżu, na wysokości 2073 m.

Obniżenie między wspomnianymi pasmami wypełnia jeszcze kilka innych akwenów, m.in. Jezioro Saghama. Na morenie miedzy nim a Paravani rozsiadła się wieś Gandzani. Podobnie jak w niemal całej prowincji Samtskhe-Javakheti (Meskheti; w polskiej transliteracji: Samcche-Dżawachetia), mieszkają w niej Ormianie. Na południowym skraju wsi znajduje się przyjemna restauracja (a wkrótce także Guest House), prowadzony przez przedsiębiorczego Ormianina z rodziną – „Family Corner”.

Z gospodarzami pensjonatu „Family Corner”, fot. Paweł Wroński

Niezwykle ważnym obiektem gruzińskiej kultury i pamiątką dziejów regionu i kraju jest XI-wieczna cerkiew w Poka, wzniesiona na miejscu świątyni, w której zgodnie z tradycją miała się zatrzymać św. Nina Oświecicielka Gruzji zaraz po przybyciu na ziemię Kartlów, jak mówią o sobie – zgodnie z odwiecznym obyczajem – Gruzini. Niewielki klasztor zamieszkuje obecnie 7 sióstr (post na ten temat w niniejszym archiwum zatytułowałem „Poka – przystanek św. Niny”: www.pawelwronski.blog).

XI-wieczna cerkiew przy monastyrze w Poka nad Jeziorem Paravani, fot. Paweł Wroński

Wróćmy jednak do Ormian, którzy tu żyją, a przybyli z Turcji. Ich rodzinne dziedziny padały wielokrotnie łupem ekspansywnych sąsiadów:  Persów, Seldżuków, egipskich Mameluków, Mongołów, Arabów, a wreszcie Turków  Osmańskich. Sytuację komplikował zawsze fakt, że Ormianie jako pierwsi przyjęli chrześcijaństwo (już w 317 roku), i wiernie trwają przy tej wierze do dziś. Zdobywcy zaś, byli innowiercami. Brzemienny w skutki okazał się rok 1639, w którym doszło do rozbioru Armenii. Zachodnią część zajęli Turcy, wschodnią zaś Persowie. W 1828 roku Rosjanie odebrali Persom ich łup. W konsekwencji losy wschodnich Ormian i Gruzinów splotły się ze sobą, a więzi umacniały najpierw pod rządami carskimi, później – komunistyczni. Kres temu kilkusetletniemu okresowi niedoli położył dopiero rozpad Związku Radzieckiego, czyli sławetna pieriestrojka.

Jezioro Saghamo na Płaskowyżu Dżawacheckim, fot. Paweł Wroński

Na ziemiach tureckich, gdzie w okresach kryzysów dochodzą do głosu ortodoksyjni islamiści, sytuacja Ormian pogorszyła się za panowania ostatnich Osmanów. Po obaleniu sułtanatu prześladowania drastycznie się nasiliły, prowadząc w latach 1915-1916, a więc pod rządami tzw. młodoturków, do pierwszego w dziejach XX wieku ludobójstwa. W wyniku bezwzględnej akcji eksterminacyjnej zginęło wówczas na ziemiach tureckich ok. 1,5 mln Ormian (z 2,1 mln. tam żyjących w 1912 roku). Czuły na prawa człowieka świat zachodni przełknął kwestię owego holocaustu gładko, bo – ze względów geopolitycznych i militarnych – wyżej aniżeli interesy jakiejkolwiek mniejszości, cenił sobie sojusz z Turcją. Winston Churchill podsumował rzecz lakonicznie: „Ropa Mosulu była ważniejsza od krwi Ormian”. Zarówno w XIX wieku jak i w pierwszej ćwierci XX, ormiańscy imigranci zaznali gościny na gruzińskiej ziemi, i po dziś dzień zamieszkują Meskhetię.

 

Stolicą Samtskhe-Javakheti (Meskheti) jest Akhalkalaki, miasto oddalone od zwornika współczesnych granic z Turcją i Armenią około 60 km w linii prostej. Niemal 95% jego populacji stanowią Ormianie. Miasto liczy 8,3 tys. mieszkańców. Prowincję zamieszkuje dziś (wg danych z 2014 roku), niespełna 70 tys. osób.

 

W okresie osmańskiego panowania na dzisiejszym pograniczu Gruzji z Turcją i Armenią pojawili się tureccy osadnicy. Kres ich bytności na terenach Adżarii i Javakheti położył Józef Stalin, deportując w 1944 roku mniejszość określaną mianem Turków Meskheckich do… Uzbekistanu.

Ślady przeszłości zachowały się jednak w obyczajowości mieszkańców prowincji, np. w kuchni, gdzie wpływy tureckie i ormiańskie są wyraźnie widoczne.

Kojarzona z Adżarią wersja chaczapuri jest także typowym daniem kuchni armeńskiej; do tego – oczywiście – kawa po turecku, fot. Paweł Wroński

Artykuły – dla kontrastu – o standardowych atrakcjach Gruzjiwww.mygeotrip.com
Losy Ormian w Turcji – eksterminacjawww.opoka.org.pl


10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, pożyczonym dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).
Nad Jeziorem Paravani, fot. Paweł Wroński

Poka – przystanek św. Niny

Jak głosi tradycja, św. Nina – oświecicielka nazywana też równą apostołom, patronka Gruzji, nakłoniła do przyjęcia chrztu Miriana III, władcę Kartlii – najpotężniejszego z proto-gruzińskich królestw.

Nastąpiło to w 337 roku. Wydarzenie opisano w kronice zatytułowanej Moktseva Kartlisa (w polskiej transliteracji: Mokcewaj Kartlisajgruz.: მოქცევაჲ ქართლისაჲ, czyli Nawrócenie Kartlii), najstarszym zachowanym zabytku gruzińskiego piśmiennictwa.

Poka. Na ikonie wykonanej techniką emalii widoczna jest w środkowej kwaterze postać św. Niny, fot. Paweł Wroński

Wiele legend wraca do tamtych czasów. W niektórych Nina pochodziła z Kapadocji i była niewolnicą na królewskim dworze w Mtskhecie, w innych wywodziła się z arystokratycznego rodu i była spokrewniona z patriarchą Jerozolimy.

Niezależnie jednak od hagiograficznej wersji biografii, gorliwie wyznawała chrześcijaństwo i miała moc uzdrawiania. Na znak wiary związała puklem własnych włosów dwie gałązki winorośli, czyniąc z nich krzyż, który stał się jej atrybutem po kanonizacji.

Krzyż św. Niny przechowywany jest z największym pietyzmem w srebrnym relikwiarzu, ozdobionym scenami z jej żywota, w katedrze Sioni w Tbilisi. Motyw krzyża św. Niny jest bardzo popularny i spotyka się go w całym kraju. Jest przy tym łatwy do rozpoznania, bo gałązki winorośli są wiotkie, więc gdy obsychały, ramiona krzyża opadły. Gruzinom to nie przeszkadzało. Przeciwnie, uznali znak za cudowne nawiązanie do słów Chrystusa: „Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który [go] uprawia.”.

 

Święta Nina urodziła się ok. 268 roku, zmarła w 335. Gruzini wymawiają jej imię: Nino (წმინდა ნინო). Autokefaliczny kościół gruziński obdarza Ninę przydomkami Oświecicielki Gruzji, bądź Równej Apostołom. Do panteonu świętych zaliczają ją kościoły: rzymskokatolicki, prawosławny i ormiański.

 

Również w każdej z wersji legendy powtarza się, że pierwszym miejscem do jakiego dotarła św. Nina na ziemiach Kartlów, był niewielki klasztor w Poka, na południowo wschodnim brzegu Jeziora Paravani, na Płaskowyżu Dżawacheckim. Akwen rozlewa się wśród wygasłych przed tysiącleciami wulkanów. Rysują się w pejzażu łagodnymi wałami grzbietów, tworząc najwyższe na terenie Gruzji pasma Małego Kaukazu – Góry Samsarskie i Dżawacheckie. Sięgają 3 tys. m wysokości. Jezioro leży na wysokości 2073 m.

Jezioro Paravani, w tle Didi Abuli (3300 m), fot. Paweł Wroński

Jak w każdej legendzie i w tej zawarte są wątki podbudowujące wiarygodność narracji. Wprawdzie winorośli się już tutaj nie uprawia, ale przed wiekami było inaczej. Nie Kachetia, ale pogranicze dzisiejszej Armenii i Gruzji słynęło z wyrobu wina. Ba, co więcej, ten właśnie rejon jest kolebką światowego winiarstwa o czym świadczą znaleziska archeologiczne w Shulaveri (w polskiej transliteracji: Szulaweri, od 1925 roku miejscowość znana jest jako Shaumiani; stanowisko Gadachrili Gora i inne), zaledwie 30 km na południe od Tbilisi – najstarsze z odkrytych na świecie artefakty i sadzonki datowane na 6 tysiąclecie przed Chrystusem. Przybycie z Armenii i głęboka wiara Niny (ponoć współcześni nadali jej miano Christiana co znaczy chrześcijanką; stąd wywodzą się zresztą znane i u nas imiona Krystiana oraz Krystian), są również wiarygodne, bo południowi sąsiedzi Kartlów przyjęli nową wiarę jako pierwsi w cesarstwie rzymskim, i to dwie dekady wcześniej, w 317 roku.

Przyklasztorna cerkiew w Poka wzniesiona w XI wieku, ponoć na miejscu starszej budowli, fot. Paweł Wroński

Klasztor wciąż funkcjonuje nad jeziorem. Wprawdzie należąca do niego cerkiew powstała w XI stuleciu, ale zgodnie z tradycją, stoi na miejscu dawniejszej, związanej ściśle z kultem św. Niny. Opiekują się nią mieszkające w klasztorze siostry. Jest ich tylko siedem, ale czas między modlitwami, wypełniają skrzętnie pracą. Wytwarzają spożywcze przetwory: konfitury, czekoladę, nalewki i artystyczne przedmioty: pięknie zdobioną ceramikę i emalie, drobne dewocjonalia i biżuterię. Należą do nich stada bydła i owiec, więc produkują sery. Robią też słodkie wypieki z czystych biologicznie miejscowych produktów. Jak we wszystkich klasztorach prawosławnych, własnoręcznie wytwarzają z wosku świece. Część w oryginalnych fasonach i w różnych rozmiarach. Ponadto, ponieważ okolice zamieszkują potomkowie ormiańskich osadników, siostry wspomagają krajowy system szkolny, prowadząc dla dzieci dodatkowe lekcje gruzińskiego, angielskiego, literatury i geografii.


Monastyr św. Niny w Poka: www.phokanunnery.ge

 

Miejscowość Poka dzieli 28 km od miasta Ninotsminda i 128 km od Tbilisi. Każdego roku, w dniu 1 czerwca, uroczyście celebruje się tam przybycie św. Niny na ziemię gruzińską. 14/27 stycznia w kościele prawosławnym obchodzi się dzień imienia świętej, zaś miejsce jej spoczynku – Bodbe w Kachetii, jest jednym z najpopularniejszych w Gruzji celów pielgrzymek (zgodnie z tradycją – Miriam III ufundował nad grobem świętej, funkcjonujący do dziś monastyr św. Grzegorza, któremu po dewastacji w epoce komunistycznej przywrócono świetność na początku XXI wieku).

 

Proces chrystianizacji Gruzji i rola św. Nino opisane są w portalu: www.concordtravel.ge

Dodatkiem do wpisu niech będzie Kontakion św. Nino, w wykonaniu gruzińskiego chóru; dyryguje Nana Peradze (kontakion to hymn liturgiczny, jedna z najstarszych form tego typu pieśni, znana i powszechnie używana już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa).


10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, pożyczonym dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).
U wrót kamieniołomu w rejonie Jez. Paravani, fot. Paweł Wroński

Shoti gorący prosto z pieca

Na gruzińskich targowiskach, w piekarniach, restauracjach, a także koło domów na wsi wciąż samodzielnie piecze się chleb. Piece nazywają się tone, a pieczywo w ogóle – puri.

Pierwsze miejsce wśród wypieków zajmuje pszenny chleb shoti, rzecz ciekawa – podobny do wypiekanego w Indiach tandoor roti. Ciasto na zakwasie, wyrobione jedynie z mąki i wody z odrobiną soli, nakleja się na wewnętrznych ścianach pieca. Po paru minutach gotowe shoti spadają na blachę, która zakrywa węgle paleniska. Piekarz wyjmuje pachnące gorące bochenki i uczta – za 70 tetri – gotowa. Najsmaczniejsze są shotiświeżo wyjęte z pieca!

Zdjęcia do niniejszego posta pochodzą z tradycyjnej piekarni na targowisku w Chakvi, małej nadmorskiej miejscowości w prowincji Adżaria, położonej przy drodze z Kobuleti do Batumi. Stąd łódeczkowaty kształt chleba, odmienny niż w innych regionach Gruzji, gdzie shoti przypomina kształtem wygiętą (odpowiednio do profilu pieca) bagietkę.


Innym popularnym rodzajem chleba jest nazuki, do którego przygotowania używa się drożdży i piecze z rodzynkami. Ostatecznie, smakiem przypomina trochę naszą chałkę, bo jest delikatnie słodkawy. Ma jednak najczęściej kształt placka.

Shoti z szyldu w Chakvi, fot. Paweł Wroński

Nissan XTerra, na trasie

10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, pożyczonym dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).

Podróż do wnętrza Gruzji

Skały opowiadają o powstaniu i zasobach Ziemi. W kamieniołomie na północno wschodnim brzegu Jeziora Paravani, niezwykle barwnie! 

Miedź, rudy żelaza i aluminium, piryty, baryt – to tylko niektóre ze skarbów ukrytych w skałach Małego Kaukazu, fot. Paweł Wroński

Kolory skał w kamieniołomie są efektowną oznaką bogactwa minerałów występujących na  rozległym, ukształtowanym w wyniku działalności wulkanicznej Płaskowyżu Dżawacheckim (gruz.: ჯავახეთის პლატო), w Meschetii, prowincji zwanej oficjalnie: Samtskhe-Javakheti* (gruz.: სამცხე-ჯავახეთი), potocznie zaś, z racji solidnych zim – gruzińską Syberią.

U wrót kamieniołomu, czyli w bramie do geologicznych fundamentów Gruzji, fot. Paweł Wroński

Nieopodal rozlewa się największe jezioro Gruzji – Tba Paravani. Otoczenie tworzą łagodnie zarysowane szczyty Małego Kaukazu, a wśród nich, po zachodniej stronie akwenu piętrzy się jeden z wielu tutejszych, wygasłych przed wiekami wulkanów, Mta Didi Abuli (gruz.: დიდი აბული; 3300 m), najwyższy szczyt Małego Kaukazu w granicach Gruzji (najwyższy w ogóle – Giamysz wznosi się w paśmie Murowdag w Azerbejdżanie; liczy 3724 m wysokości).

Jezioro Paravani i dawno wygasłe wulkany w jego otoczeniu, fot. Paweł Wroński

Jeziora: Paravani (Tba Paravani, gruz.: ფარავნის ტბა) oraz usytuowane bardziej na południe i mniejsze Jezioro Saghamo (Tba Saghamo, inaczej: Ozero Tuman-Gël, gruz.: საღამოს ტბა), oddzielają pasma Gór Samsarskich i Dżawacheckich.

Nad Jeziorem Paravani (2073 m); w tle Mta Didi Abuli (3300 m), fot. Paweł Wroński

Tba Saghamo rozlewa się na wysokości 1997 m, ma 4,8 km2 powierzchni i jest płytkie – głębokość dochodzi zaledwie do 2,3 m. Tba Paravani leży na wysokości 2073 m. Powierzchnia akwenu liczy 37,5 km2, ale jego głębokość jest również niewielka – do 3,3 m.


10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, pożyczonym dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).


* nazwy podane w angielskiej transkrypcji fonetycznej mają też obowiązującą polską transliterację (w praktyce mało użyteczną), korzystając z tej konwencji nazwę prowincji zapisujemy ‘po polsku’: Samcche-Dżawachetia

Stoki Gór Dżawacheckich – na wschód od Jeziora Paravani, fot. Paweł Wroński

 

Suliko – z Gruzji przez ZSRR w świat

„Suliko” to piosenka o miłości spod Kaukazu, której słowa napisał Akaki Cereteli, wybitny poeta, prozaik i publicysta gruziński przełomu XIX i XX stulecia. Muzykę skomponowała Warienka Cereteli (Варвара Спиридоновна Мачавариани).

Piosenkę w interpretacji Tamary Lordkipanidze nagrałem podczas Dnia kulturalnego Gruzji, zorganizowanego przez Centrum Międzykulturowe, 6 czerwca 2018, w siedzibie instytucji, przy Pl. Hallera w Warszawie (formalnie: Jagiellońska 54). www.centrumwielokulturowe.waw.pl


 

Akaki Cereteli (1912), fot. www.burusi.wordpress.com

Akaki Cereteli (1840-1915) pochodził ze starego arystokratycznego rodu gruzińskiego. Gruntownie wykształcony, postępowy intelektualista stanął na czele niepodległościowego ruchu, dążącego do wyzwolenia Gruzji spod kurateli carskiej Rosji.

Jako poeta i pisarz, pozostawił po sobie szereg pism patriotycznych, lirycznych, satyrycznych, humorystycznych. Jednak to rozsławiony pieśnią wiersz „Suliko”, sprawił, że o nazwisku Akakiego Ceretelego usłyszano daleko poza granicami niewielkiego kaukaskiego kraju.

Nie od razu jednak, bo jak na ironię, o popularności piosenki zdecydowano w czasach radzieckich, gdy Gruzja nie była już wprawdzie carską gubernią, ale nadal – jako republika radziecka – nie była wolna. Tak się złożyło, że ta romantyczna piosenka uwiodła samego Stalina. Może z sentymentu do ojczyzny, a może dlatego, że poruszała w jego duszy jakieś głęboko skrywane, delikatne struny. Żeby zaskarbić sobie przychylność ojca narodu, „Suliko” włączały do repertuaru kolejne radzieckie chóry, w tym słynny Chór Aleksandrowa, założony u schyłku lat 20. XX wieku. Dzięki ich koncertom – w krajach socjalistycznych, a po śmierci sowieckiego dyktatora, również poza granicami bloku – pieśń poznał cały świat.

Potem przyszedł czas na przeróbki i modyfikacje konwencji, ale także na tłumaczenia tekstu. Najpopularniejsze polskie słowa napisali Aleksander Rymkiewicz * i Wanda Sieradzka **, a wśród wielu wykonań, największym bodaj powodzeniem cieszyła się po wojnie interpretacja Chóru Czejanda do słów Rymkiewicza, potem zaś Sławy Przybylskiej do słów Sieradzkiej. Piosenkę do swojego repertuaru włączyła Eleni, chętnie wykonują ją piosenkarki i zespoły nurtu disco polo.

Suliko to imię dziewczyny, a jednocześnie… ‘dusza’ po gruzińsku.

Okładka płyty wydanej przez Muzę, na której „Suliko” wykonuje Chór Czejanda przy akompaniamencie Czesława Aniołkiewicza (fortepian), do słów Aleksandra Rymkiewicza (fot. z portalu www.staremelodie.pl)

* Suliko (słowa Aleksandra Rymkiewicza)

Chciałem znaleźć mej miłej grób,
Smutek co dzień me serce gniótł.
Wiosną młode serca bez miłości schną,
Gdzie ty jesteś, mów, Suliko?

W bujnym lesie kwiat róży drży,
Na jej płatkach lśnią rosy łzy.
Czy to ty tak pięknie wznosisz głowę swą,
Kwitnąc z dala stąd, Suliko?

Nad kochaną swą różą dziś
Słowik w gąszczu zgiął młody liść.
Zapytałem tak, jak wzdycha wody dno:
Czy to jesteś ty, Suliko?

Dziobkiem przywarł do listków drzew,
W ciszy lasu w krąg zabrzmiał śpiew
I dzwoniła pieśń słowika aż do dnia,
Jakby mówił mi: tak, to ja.

Słowa za: www.staremelodie.pl
Piosenka w wykonaniu Chóru Czejandawww.youtube.com


** Suliko (słowa Wandy Sieradzkiej)

Gdzie rozkwita kwiat, róży kwiat,
na gałązce siadł lotny ptak.
Zadrżał wśród listowia purpurowy pąk,
czemu serce drży, Suliko?
Zadrżał wśród listowia mały róży pąk,
czemu serce drży, Suliko?

Jedzie wrony koń spoza wzgórz,
jeździec zbliża się, wchodzi w próg.
Spragnionemu dajże wody, wyjdź przed dom,
czemu kryjesz się, Suliko?
Spragnionemu dajże wody, wyjdź przed dom,
czemu kryjesz się, Suliko?

Pięknie pachnie chleb, pachnie miód,
proszę, napij się, ucisz głód.
Ale nadaremnie ściga mnie twój wzrok,
inna jestem już Suliko.
Ale nadaremnie ściga mnie twój wzrok,
inna jestem już Suliko.

Wiłam z przędzy nić, długą nić,
z przędzy powstał szal, zwiewny szal.
Szal do przędzy niepodobny nic a nic,
i ty jesteś już nie ten sam.
Szal do przędzy niepodobny nic a nic,
i ty jesteś już nie ten sam.

Pobladł jeździec i ruszył w cwał,
w locie zerwał kwiat, róży kwiat.
Zdrada rani serce, kolec rani dłoń,
zapłakała w głos Suliko.
Bo umiera miłość, kiedy stargasz ją,
mówi stara pieśń, Suliko.

Piosenka w wykonaniu Sławy Przybylskiejwww.youtube.com


Po gruzińsku można posłuchać pieśni na Youtube, m.in. w wykonaniu Katie Melua, której towarzyszy męski chór „Shvid Katsa” (www.youtube.com), „Tria Tbilisi” (www.youtube.com), albo duetu Sorena i Stano: (www.youtube.com) oraz wielu innych.

Poniżej imponujące wykonanie pieśni przez Chór Armii Czerwonej, w którym dyryguje osobiście założyciel zespołu Борис Александрович Александров.

Я могилу милой искал,
Но ее найти нелегко,
Долго я томился и страдал;
Где же ты моя Сулико!

Розу на пути встретил я,
В поисках уйдя далеко,
Роза, пожалей, услышь меня,
Нет ли у тебя Сулико?

Среди роз душистых, в тени,
Песню соловей звонко пел,
Я у соловья тогда спросил
Сулико не ты ли пригрел?

Соловей вдруг замолчал,
Розу тронул клювом легко,
Ты нашел, что ищешь, – он сказал
Вечным сном здесь спит Сулико

Роза, наклонившись слегка,
Свой бутон раскрыв широко,
Тихо прошеплала мне тогда
Не найти тебе Сулико.


Słowa w języku oryginału (po gruzińsku)

სულიკო

საყვარლის საფლავს ვეძებდი,
ვერ ვნახე!.. დაკარგულიყო!..
გულამოსკვნილი ვჩიოდი:
„სადა ხარ, ჩემო სულიკო?!“

ეკალში ვარდი შევნიშნე,
ობლად რომ ამოსულიყო,
გულის ფანცქალით ვკითხავდი:
„შენ ხომ არა ხარ სულიკო?!“

სულგანაბული ბულბული
ფოთლებში მიმალულიყო,
მივეხმატკბილე ჩიტუნას:
„შენ ხომ არა ხარ სულიკო?!“

შეიფრთქიალა მგოსანმა,
ყვავილს ნისკარტი შეახო,
ჩაიკვნეს-ჩაიჭიკჭიკა,
თითქოს სთქვა: „დიახ, დიახო!“

Gruziński wkład w dzieje ludzkości

Choć podpisano ją jedynie skromnym numerem „5”, Czaszka z Dmanisi należy dziś do najcenniejszych w Gruzji artefaktów archeologicznych i jest ozdobą kolekcji prehistorycznych artefaktów Gruzińskiego Muzeum Narodowego.

Podobnie jak kości innych praludzi, znalezione w latach 1999-2005 w Dmanisi, w regionie Kwemo-Kartlii (na południowy zachód od Tbilisi, nieopodal granicy z Armenią), czaszka nr 5 wywróciła do góry nogami wcześniejsze teorie na temat pradziejów i ewolucji naszego gatunku. Jest bowiem jedyną kompletną, a przy wiekiem szacownym na… 1,85 mln. lat, także najstarszą czaszką ludzką, jaką dotąd odkryto poza kontynentem afrykańskim. Tym bardziej interesującą, że łączy w sobie cechy przypisywane dotychczas kilku gatunkom praprzodków współczesnego człowieka.

 

W 1991 roku archeolog David Lordkipanidze, prowadząc wykopaliska w Dmanisi, natrafił na szczątki wczesnego hominida. W przeciągu dekady kolekcja artefaktów wzbogaciła się o kolejne sensacyjne znaleziska, w tym pięć doskonale zachowanych czaszek oraz niemal kompletny szkielet. Światu ukazał się Homo georgicus erectus – Człowiekiem z Dmanisi.

 

Czaszka z Dmanisi (fot. z portalu Gruzińskiego Muzeum Narodowego; www.dmanisi.ge)

Zastanawiając się czy to nowa gałąź drzewa genealogicznego Homo sapiens, naukowcy opisali jak wyglądał odkryty w Gruzji osobnik. Był niewielkiej postury i miał niewielki mózg, choć proporcje ciała zbliżone do naszych. Poruszał się całkiem sprawnie, był wyprostowany i potrafił pokonywać długie dystanse. Używał prymitywnych narzędzi kamiennych, którymi umiał oprawiać upolowaną zwierzynę. Ba, z oględzin zachowanego szkieletu naukowcy wysnuli wniosek, że najprawdopodobniej, ten konkretny osobnik padł ofiarą szablozębnego tygrysa. Natomiast różnice między kształtem jego kości, a innych odnalezionych wówczas przedstawicieli linii Homo georgicus nie odbiegają od obserwowanych u ludzi współczesnych. Uczeni uznali zatem, że mamy do czynienia z nieznanym dotąd gatunkiem hominida, i zakwalifikowali człowieka z Dmanisi do wczesnej linii Homo erectus, czyli człowieka wyprostowanego. Tej, która około 2 mln lat temu wyruszyła z Afryki, zasiedlając odległe nawet zakątki świata.

Dyskutując nad jedyną słusznością przedstawionej teorii, przedstawiciele nauki są zgodni co do tego, że to przełomowe odkrycie dla dziejów rodzaju ludzkiego. Może bowiem dowodzić, że już w tak odległych czasach istniał tylko jeden gatunek człowieka, a różnice – podobnie jak dziś – wynikały jedynie z przystosowania do lokalnych warunków życia.


Dmanisi Museum-Reserve (85 km na południowy zachód od Tbilisi): www.museum.ge oraz www.dmanisi.ge
Na kanale Vimeo zamieszczony jest film, w którym prof. David Lordkipanidze opowiada o Damnisi, jednym z kluczowych dla światowej nauki stanowisk archeologicznych oraz o wyzwaniu jakim jest poznanie pradziejów naszego gatunku (www.vimeo.com).

 

Prof. David Lordkipanidze piastuje stanowisko dyrektora generalnego Gruzińskiego Muzeum Narodowego – placówki założonej w 2004 roku, patronującej kolekcjom zgromadzonym w 10 miejscach oraz 2 instytutom badawczym. Pod jego kierunkiem muzeum przekształciło się z instytucji typu sowieckiego w nowoczesną przestrzeń dla nauki i edukacji.

 

Nasi wspólni wyprostowani przodkowie patrzą w przyszłość (rekonstrukcja na podstawie odkryć dokonanych na przełomie tysiącleci w Dmanisi); zdjęcie z portalu www.museum.ge

Błogosławieństwo Gruzji

Woda bije w Gruzji z tysięcy źródeł we wszechobecnych górskich łańcuchach, spływa bystrymi rzekami i tworzy setki jezior, w których toni przegląda się południowokaukaski kraj.

Z wody czerpią Gruzini moc. W przenośni i dosłownie, bo ich kraj zasila energia elektryczna generowana w sieci hydroelektrowni rozlokowanych przy tamach na górskich rzekach. Ich budowę rozpoczęto już w latach 60. XX wieku, gdy Gruzja była jedną z radzieckich republik, ale impulsem do powszechnego wykorzystania siły wody, była polityczna separacja Abchazji oraz rosyjski protektorat nad jej terytorium. Wschodnia granica regionu biegnie bowiem doliną rzeki Enguri. Wznosi się na niej jedna z najwyższych na świecie betonowych zapór. Zamontowano tam turbiny hydroelektrowni, która do połowy pierwszej dekady XXI wieku pokrywała zapotrzebowanie na 40% energii elektrycznej całego kraju. Urządzenia hydroelektrowni mieszczą się niestety na abchaskim brzegu. Gdy żądnemu autonomii regionowi wsparcia udzieliła Rosja, w rękach wielkiego brata zza Kaukazu znalazł się także przełącznik prądu. Budując hydroelektrownie na innych rzekach, zwłaszcza na niemniej potężnej Aragwi, spływającej z Wielkiego Kaukazu wprost do Tbilisi, Gruzini za jednym zamachem uniezależnili się od abchaskiej samowoli i rosyjskiego nacisku. Nie odczuwają już problemów z elektrycznością. Ba, niczym w geście Kozakiewicza, rzęsiście oświetlają najważniejsze miasta: Tbilisi i czarnomorski kurort, Batumi.

Zapora na rzece Enguri ze sporną elektrownią, położoną na abchaskim brzegu, fot. Paweł Wroński

Tbilisi na źródłach stoi
Z wodą wiążą się legendarne początki gruzińskiej stolicy. Ba, jej nazwa – Tbilisi, wywodzi się od określenia gorących źródeł, na jakie podczas polowania natknął się król Wachtang Gorgosali. Goniąc za zranionym jeleniem dotarł do przesłoniętego oparami wody leśnego zakątka. Ciepła woda uleczyła rany zwierzęcia, a król oczarowany pięknem zakątka i cudowną mocą wody, nakazał w tym miejscu budowę miasta, do którego przeniósł stolicę z pobliskiej Mcchety. Było to półtora tysiąca lat temu. Nad źródłami powstała z czasem u bram miasta rozległa łaziebna dzielnica Abanotubani. Zaczerpniętym od perskich i tureckich najeźdźców obyczajem, zatrzymywały się w niej karawany, by zdrożeni kupcy mogli się oddać kąpieli i zmyć kurz ze szlaku. Dopiero po ablucjach wkraczano do miasta. Kopuły zabytkowych łaźni Orbeliani wciąż są charakterystycznym elementem panoramy starego Tbilisi. Woda ma temperaturę 40 st. C i nasycona jest związkami siarki, co nie umknie niczyjej uwadze ze względu na specyficzny zapach. Łaźnie zaś cieszą się ogromnym powodzeniem wśród mieszkańców i gości Tbilisi. Pod każdą z 15 kopuł znajduje się niewielki basen z ciepłą wodą oraz kilka marmurowych łóżek, na których klienci poddają się zabiegom. Kości aż trzeszczą gdy wprawny masażysta, zwany z turecka mekise, ustawia stawy na właściwych miejscach, skóra czerwienieje od nacierania, a mocno uderzane mięśnie rozluźniają się. W połączeniu z kojącym działaniem termalnej wody i delikatnych siarkowych wyziewów, masaż znakomicie relaksuje, ciało nabiera sprężystości, a energia zdaje się podwajać. Typowa sesja trwa około godziny. Wiele osób decyduje się jednak na dłuższy pobyt, zwłaszcza po to, by omawiać interesy. Pamiętać jedynie należy, że łaźnie nie są koedukacyjne. Wejście zaś, znajduje się przy ulicy Grishashvili, noszącej imię poety, który twierdził, że „być w Tbilisi i nie zażyć kąpieli w Orbeliani, to tak jak odwiedzić Paryż i nie zobaczyć Wieży Eiffel’a”.

Świat pije Borjomi
Światową sławę zawdzięczają Gruzini wodzie – butelkowanej mineralnej Borjomi (czyt. Bordżomi). Miejscowość, w której tryskają jej źródła rozsiadła się w malowniczej dolinie rzeki Mtkwari (znanej pod turecką nazwą Kura), wijącej się między pasmami Małego Kaukazu. Źródła były znane przynajmniej od I stulecia przed Chrystusem. Ale odkryte przez archeologów kamienne wanny z czasów rzymskich świadczą, że używano ich raczej do kąpieli, niż do picia. Tak było do XVI wieku, do tureckiej inwazji, po której region się wyludnił i o wodach zapomniano. Miejscowością zainteresowano się ponownie, gdy zachwyciła Wielkiego Księcia Romanowa. W 1842 roku wzniesiono z jego rozkazu pierwszą na terenie Gruzji carską rezydencję, a towarzyszący księciu dworzanie przyczynili się do powstania mody na wypoczynek w Bordżomi. Pod koniec stulecia składem oraz właściwościami wód i mikroklimatu zainteresowali się naukowcy, i wkrótce miejscowość przekształcono w uzdrowisko. W okresie międzywojennym XX wieku rozpoczęto przemysłową eksploatację źródeł, aby wodę rozprowadzać jako leczniczą. W czasach socjalistycznych kurort przeżywał oblężenie, ale nie rozwijano infrastruktury, więc po upadku ZSRR uzdrowisko szybko popadło w ruinę. Dziś powoli się odradza, kusząc pięknym parkiem ze źródłami. Wody nasycone dwutlenkiem węgla zaleca się do picia osobom z niewydolnością układu pokarmowego. W zasilanych gorącą siarkową wodą basenach urządza się kąpiele zdrowotne. Są zbawiennie dla zreumatyzowanych stawów i skóry. Butelkowaną wodę ze źródeł Bordżomi, Likani i Waszlowani-Kwibisi eksportuje się do ponad 30 krajów.

W Tskaltubo kąpał się Stalin
Tskaltubo leży w zachodniej części kraju, 7 km od Kutaisi. Imponuje pałacową architekturą i rozmachem założenia. Bryły wzniesionych tam monumentalnych budowli wieńczą szeregi kamiennych figur i dekorowane płaskorzeźbami frontony. Do kolumnowych portyków poprzedzających wejścia prowadzą szerokie schody. We wnętrzach nie poskąpiono marmurów, a wystroju dopełniają ciężkie, ozdobne żyrandole. Wszystko tonie w bujnej zieleni, tak charakterystycznej dla niewielkich gruzińskich nizin, jakie ciągną się na kształt klina od wybrzeża Morza Czarnego po Kutaisi. W parkowym otoczeniu jest mnóstwo połączonych schodami widokowych tarasów z tralkowymi balustradami. W prowadzących na nie alejkach tryska woda z wielkich kamiennych fontann. Zachowana pieczołowicie socrealistyczna aranżacja zdradza, że kompleks powstał w latach 40. O lokalizacji zadecydowały zasoby przesyconych radonem wód termalnych. Ich temperatura oscyluje koło 35-36 st. C. Kąpiele sprzyjają leczeniu i profilaktyce chorób układu sercowo-naczyniowego, skóry, narządów ruchu, metabolizmu, układu nerwowego i ginekologicznego. Walory zdrowotne, ciepły klimat i odległość od teatrów toczącej się wojny sprawiły, że właśnie tutaj radzieckie Ministerstwo Obrony założyło luksusowy ośrodek wypoczynkowo-rehabilitacyjny, który szybko zyskał popularność wśród krajowych elit. Ba, ponoć sam Stalin, rodowity przecież Gruzin, chętnie w nim wypoczywał. Ten argument wykorzystywany jest zresztą skwapliwie w promocji ośrodka, który po odrestaurowaniu otwarto ponownie w 2011 roku jako „Tskaltubo SPA Resort”. Oprócz basenów i zabiegowych gabinetów ośrodek oferuje hotelowe zaplecze, sale konferencyjne i koncertową. Do dyspozycji gości oddano też klub, herbaciarnię i bilardowe stoły.

Tskaltubo SPA koło Kutaisi – socrealistyczna architektura doby stalinowskiej, fot. Paweł Wroński

Orzeźwienie z wody
Wedle współczesnej wiedzy Gruzja jest kolebką winiarstwa. Świadczą o tym fragmenty glinianych naczyń z początków VI tysiąclecia przed naszą erą odkryte przez archeologów około 30 km na południe od Tbilisi, nieopodal Szulaweri. Są pokryte osadem kamienia winnego, a żadna inna z okolicznych roślin nie zawiera kwasu winowego. W okolicy znaleziono więcej świadectw uprawy winorośli, a przede wszystkim pestki winogron i sadzonki z tego samego okresu. Dowodząc ośmiu tysięcy lat tradycji, w wyścigu o miano kolebki winiarstwa, Gruzja wyprzedziła konkurentów – Iran, gdzie w Hadzi Firuz Tepe istnieją ślady upraw z połowy VI tysiąclecia p.n.e. oraz Armenię z jaskinią Areni-1, którą nazwano nawet „winiarnią sprzed 6 tysięcy lat”. Jednak historią jeszcze dłuższą niż winiarska szczycą się w Gruzji producenci piwa. Ba, starożytni Grecy opisywali mieszkańców dzisiejszej Gruzji jako georgias czyli uprawiających ziemię. W południowej części kraju odnaleziono dowody przechowywania ziarna pszenicy i narzędzia, którymi ją uprawiano już na przełomie VII i VI tysiąclecia przed Chrystusem, czyli niemal 9 tysięcy lat temu, a więc nawet dawniej niż winorośl. Od uprawy pszenicy do produkcji piwa tylko krok, natomiast na smak piwa wpływa w ogromnej mierze woda. Tej zaś, jako się rzekło, w Gruzji nie brakuje. Z górskich źródeł czerpią ją browary produkujące Mtieli – piwo z gór, na którego etykiecie piętrzą się kaukaskie szczyty i widać sylwetkę kozicy, Kazbegi – wizytówkę Wysokiego Kaukazu, czy Natakhtari, które w krótkim czasie podbiło 65% krajowego rynku. Ostatnim akordem jest moda na minibrowary. Wprawdzie dotarła do Gruzji niedawno, ale do grona faworytów w wyścigu o miano najlepszego piwa stanęły już tbiliskie restauracje Mirzaani, oferując chmielowy trunek z własnej warzelni. Tak oto dzieje korzystania z wody dla zdrowia i przyjemności zataczają w Gruzji krąg, zaczynając się i kończąc w Tbilisi.


INFO
Oficjalny portal z informacjami turystycznymi na temat Gruzji: www.exploregeorgia.org
Ciekawe i pożyteczne posty kolportuje facebook’owa społeczność Открой Грузию


Tekst był publikowany w zimowym zeszycie magazynu Eden w 2017 roku (www.spaeden.pl).


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Zainspirowane przez „Gaumarjos”

Bakłażan na gruzińską modłę. Przecinamy go na kilka plastrów, ale nie do końca, żeby dał się rozłożyć we wdzięczny wachlarz.

Następnie przekładamy plasterkami Mozarelli i pomidorów, posypujemy serem Feta, przyprawiamy wedle gustu mniej lub bardziej ostro, i zapiekamy w temperaturze 220 st. C. Nam zajęło to 25 minut, choć czas zależy pewnie od wielu czynników – najlepiej wypraktykować.

Ponadto, składniki można wzbogacać, tak jak my – o posiekane orzechy włoskie, zioła, czy wszechobecne w gruzińskiej kuchni ziarenka granatu.

Koleżanka przywiozła biały trunek z winiarni Ijevan (czyt.: Idżewan) z Armenii – kraju, który współzawodniczy z Gruzją o miano światowej kolebki winiarstwa. Wino Premium z ręcznie zbieranych winogron szczepów: karmrahyut, haghtanak, tigrani i saperavi (Ijevan Selected; www.ijevangroup.am), skomponowało się znakomicie z bakłażanem.


Dla Davida Gamtsemlidze (www.gaumarjos.pl) wielkie dzięki za inspirację! Eli chwała za wino! A dla Edyty – gratulacje, bo bakłażan był pyszny 🙂

Gaumarjos!


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Gruzińscy potomkowie krzyżowców

W Szatili czy Barisacho, najsłynniejszych bodaj wioskach Chewsuretii, zdumiewają wieże mieszkalne. Są podobne do swaneckich, ale zestawione w skupieniu, zamieniają wsie w fortece.

W miejscowym dialekcie są wyraźne reminiscencje gruzińskiego języka literackiego z okresu średniowiecza, a w ludowej muzyce, wątki melodyczne i teksty zaczerpnięte jakby z repertuaru dawnych minstreli.

Etnograf rosyjski Arnold Zisserman, który w latach 1842-1867 badał kulturę kaukaskich górali, wysunął teorię, że Chewsurowie są potomkami krzyżowców. Szukając izolacji, czy też do niej przymuszeni, osiedli na niedostępnych terenach i bronili swoich dziedzin, wykorzystując doświadczenia wyniesione z walk z Saracenami.

Hipotezę Zissermana podbudował amerykański podróżnik Richard Halliburton. Przemierzając Chewsuretię odnajdywał starofrancuskie i germańskie wpływy w dialekcie autochtonów. W wydanej w latach 30. XX w. książce zamieścił fotografie przedstawiające zawieszone w izbach zbroje i oręż sprzed stuleci. W obrzędach towarzyszących celebrowaniu świąt dostrzegał podobieństwo do praktyk stosowanych przez krzyżowców. Ba, nawet współcześnie, chłopcy poddawani inicjacji podczas letniego święta Atengenoby, przechodzą chrzest krwi.

 

W książce „Seven League Boots” z 1935 roku, Richard Halliburton opisał wyjątkowe wydrzenie, którego świadkiem był w Tbilisi w 1915 roku. W rozdizale „The Last of the Crusaders” Halliburton napisał:Wiosną 1915, kilka miesięcy po tym jak Rosja Russia’s wypowiedizała wojnę Turcji, zastęp krzyżowców z XII stulecia odzianych od stóp do głów w kolczugi z tarczami i mieczami pojawił się na koniach na główwnej ulicy Tiflis [jak z rosyjska nazywano Tbilisi]. Ludzie wybałuszali oczy ze zdziwienia. Ale to nie była grupa statystów filmowych. To byli krzyżowcy albo ich duchy.” Zdjęcie otwarcia prezentuje jedną z zamieszczonych przez niego fotografii. Więcej: www.georgiaabout.com.

 

Chewsuretia nie ma pisanych kronik, ale przekazywane ustnie podania, w których już dawno zatarły się daty i miejsca zdarzeń. Podania sąsiadów dowodzą niebywałego kunsztu jakim górale z Chewsuretii wykazywali się w walce. Dodawała im sił wiara w krzyż z Gudani, którego czuli się obrońcami. A tak na marginesie, podobieństwo krzyży z płaszczów krzyżowców i z gruzińskiego sztandaru jest również uderzające.

Kultura regionalna odchodzi niestety w niepamięć, bo trwa migracja zapoczątkowana przesiedleniami Chewsurów przez władze radzieckie. W regionie pozostało nieco ponad 3 tys. mieszkańców, a osady, w których żyje kilka rodzin uchodzą za spore. Już wkrótce, oryginalne tradycje Chewsurów mogą więc ostać się jedynie w tańcu wojennym. Jak można przypuszczać, był dla nich formą treningu umiejętności przydatnych w walce. Stał się najefektowniejszym układem choreograficznym w repertuarze Narodowego Baletu Gruzińskiego „Sukhishvili”, Akademickiego Zespołu Pieśni i Tańca „Rustavi”, czy Narodowego Zespołu Tańca „Romiosini”. W wykonaniue tego ostatniego zespołu taniec oparty o tradycje Chewsuretii, w filmie „Georgian Dance of Khevsureti region >Parikaoba<„.

Argonauci 1986 – Gruzja po radziecku

Zapożyczyłem od przyjaciół Gruzinów historię wyprawy po Złote Runo. Po prostu nie mogłem się oprzeć!

Dodam tylko, że moim faworytem jest Orfeusz – ech, jakżeż on tam artystycznie brzdąka na cytrze! Musicalową wersję mitu o Argonautach ВИА „Иверия” – Лейтмотив „Арго” („Аргонавты”, 1986), zamieściła na swoim FB-fanapage’u Georgia / Грузия.

Арго, разве путь твой ближе, чем дорога Млечная?
Арго, о каких потерях плачет птица встречная?
Парус над тобой поднятый судьбой —
Это флаг разлуки, странствий знамя вечное.
Парус над тобой поднятый судьбой —
Это флаг разлуки, странствий знамя вечное.
   На-на-на-най…

Арго, да пошлёт нам небо путь с луной и звёздами.
Арго, если сникнет парус, мы ударим вёслами.
Что ж в конце концов, путь — вся цель гребцов.
Bот, что нам открыли зимы с вёснами.
Что ж в конце концов, путь — вся цель гребцов.
Bот, что нам открыли зимы с вёснами.
   На-на-на-най…


Kilka faktów dla niewtajemniczonych
Za inscenizację kryli się ludzie radzieccy bo to było w 1986 r., a więc dopiero u progu pieriestrojki, i Gruzja była jedną z republik ZSRR. Motyw wiąże się ściśle z Gruzją, gdyż tam gdzie dziś Kutaisi i Batumi, była mityczna Kolchida. Runo baranka nie jest wcale wyssane z palca, bo na Kaukazie, na dnie złotonośnych potoków układano baranią skórę. Bezcenny pył osiadał pośród włosów, skórę wyjmowano, suszono na słońcu, a pył strzepywano. Ot, i cała historia. Reszta jest fantazją poetów.


„Арго” (песня аргонавтов; музыка-Александр Басилая, слова-Юрий Ряшенцев) – лейтмотив из телевизионного фильма-мюзикла «Весёлая хроника опасного путешествия» с участием ВИА «Иверия» (оригинальное название мюзикла «Аргонавты»), снятого Евгением Гинзбургом в 1986 году. Poniżej – cały film.