Gruziński alfabet w słusznym wieku

Napisy po gruzińsku przypominają sekwencje arabskie, a wyglądają niczym wyrafinowane dekoracyjne ornamenty.

Gruzini piszą jednak tak jak my – od lewej do prawej, a więc inaczej niż narody arabskie. Alfabet mają też zgoła odmienny. Własny, niepowtarzalny. Ba, jeden z najstarszych na świecie, bo powstał w IV stuleciu i wciąż jest w użyciu, choć kilkakrotnie się zmieniał.

Dziś składa się z 33 znaków i obejmuje zapisy trudnych do powtórzenia, nie występujących w żadnym innym języku głosek.

Alfabet gruziński z głoskami odpowiadającymi 33 literom, fot. Paweł Wroński

Przez stulecia zmieniał się krój liter. Używany współcześnie mchedruli, czyli krój jeźdźców (gruz. mchedari oznacza jeźdźca), zwany też rycerskim, wywodzi się z XI wieku.

Gruzini dumni ze swej kultury, są także praktyczni. Mają świadomość hermetyczności rodzimej mowy. Toteż na tablicach drogowych, stosują podwójny zapis – po gruzińsku oraz latynicą w angielskiej transkrypcji fonetycznej. W duchu poszanowania języka polskiego, Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych Poza Granicami Rzeczypospolitej Polskiej dokonała ich transliteracji.

Kawał dobrej i jak to się mówi „nikomu niepotrzebnej roboty”. W efekcie bowiem mkhedruli zapisujemy mchedruli, a na przykład nazwę Mtskheta (gruz.: მცხეთა) – Mccheta. Tyle tylko, że tej ostatniej nigdzie nie znajdziemy, zaś statystyczny Gruzin zapytany przez nas o Mcchetę, zwłaszcza jak ją mu pokazujemy palcem na mapie, znacząco skrobie się po głowie.

Kachetyńskie miasteczko – z angielska Sighnaghi (gruz.:სიღნაღი), zapisujemy Signagi (notabene żadna wersja, ani transkrypcja, ani transliteracja nie oddają wiernie gruzińskiej wymowy tego słowa, w którym dwukrotnie pobrzmiewa gardłowe ‘ghr’), a wioski, która dała nazwę białemu szczepowi winorośli i wyrabianemu zeń winu: Tsinandali (gruz.: წინანდალი) – Cinandali. Zapewne dla naszej wygody, Komisja, złożona z wybitnych językoznawców i geografów, przyjęła za obowiązującą nazwę Kura dla głównej i najpotężniejszej rzeki Gruzji, jakby ignorując fakt, że to nazwa turecka (nic dziwnego bierze swoje źródła w Turcji), ale używana także przez Rosjan i narzucona Gruzinom podobnie jak nazwa Tyflis/Tiflis dla Tbilisi (gruz.: თბილისი). Rzeka ma przy tym imię w języku Kartlów, trudniejszą – prawda: Mtkwari (gruz.: მტკვარი; ang.: Mtkvari).

W Internecie, gdzie łatwiej o materiały anglojęzyczne, podobnie jak na większości dostępnych map, praktyczniejsze jest posługiwanie się transkrypcją angielską. W miastach, zwłaszcza wśród przedstawicieli młodszych generacji, znajomość angielskiego jest powszechna. Natomiast na prowincji, w kontaktach z ludźmi starszymi, przydaje się rosyjski. Również na południowym pograniczu, zwłaszcza w Meskhetii, zamieszkałej w większości przez ludność o ormiańskich korzeniach, język rosyjski jest w powszechnym użyciu. Posługując się nim, zaznaczmy jednak na wstępie, że jesteśmy z Polski. Poziom sympatii wzrośnie niebotycznie.


 

Reklamy

Nad wielkim Jeziorem Paravani

Jezioro Paravani jest największym akwenem gruzińskiego interioru. Otoczone łagodnymi, acz sięgającymi 3 tys. m wysokości pasmami Gór Samsarskich i Dżawacheckich rozlewa się na rozległym płaskowyżu, na wysokości 2073 m.

Obniżenie między wspomnianymi pasmami wypełnia jeszcze kilka innych akwenów, m.in. Jezioro Saghama. Na morenie miedzy nim a Paravani rozsiadła się wieś Gandzani. Podobnie jak w niemal całej prowincji Samtskhe-Javakheti (Meskheti; w polskiej transliteracji: Samcche-Dżawachetia), mieszkają w niej Ormianie. Na południowym skraju wsi znajduje się przyjemna restauracja (a wkrótce także Guest House), prowadzony przez przedsiębiorczego Ormianina z rodziną – „Family Corner”.

Z gospodarzami pensjonatu „Family Corner”, fot. Paweł Wroński

Niezwykle ważnym obiektem gruzińskiej kultury i pamiątką dziejów regionu i kraju jest XI-wieczna cerkiew w Poka, wzniesiona na miejscu świątyni, w której zgodnie z tradycją miała się zatrzymać św. Nina Oświecicielka Gruzji zaraz po przybyciu na ziemię Kartlów, jak mówią o sobie – zgodnie z odwiecznym obyczajem – Gruzini. Niewielki klasztor zamieszkuje obecnie 7 sióstr (post na ten temat w niniejszym archiwum zatytułowałem „Poka – przystanek św. Niny”: www.pawelwronski.blog).

XI-wieczna cerkiew przy monastyrze w Poka nad Jeziorem Paravani, fot. Paweł Wroński

Wróćmy jednak do Ormian, którzy tu żyją, a przybyli z Turcji. Ich rodzinne dziedziny padały wielokrotnie łupem ekspansywnych sąsiadów:  Persów, Seldżuków, egipskich Mameluków, Mongołów, Arabów, a wreszcie Turków  Osmańskich. Sytuację komplikował zawsze fakt, że Ormianie jako pierwsi przyjęli chrześcijaństwo (już w 317 roku), i wiernie trwają przy tej wierze do dziś. Zdobywcy zaś, byli innowiercami. Brzemienny w skutki okazał się rok 1639, w którym doszło do rozbioru Armenii. Zachodnią część zajęli Turcy, wschodnią zaś Persowie. W 1828 roku Rosjanie odebrali Persom ich łup. W konsekwencji losy wschodnich Ormian i Gruzinów splotły się ze sobą, a więzi umacniały najpierw pod rządami carskimi, później – komunistyczni. Kres temu kilkusetletniemu okresowi niedoli położył dopiero rozpad Związku Radzieckiego, czyli sławetna pieriestrojka.

Jezioro Saghamo na Płaskowyżu Dżawacheckim, fot. Paweł Wroński

Na ziemiach tureckich, gdzie w okresach kryzysów dochodzą do głosu ortodoksyjni islamiści, sytuacja Ormian pogorszyła się za panowania ostatnich Osmanów. Po obaleniu sułtanatu prześladowania drastycznie się nasiliły, prowadząc w latach 1915-1916, a więc pod rządami tzw. młodoturków, do pierwszego w dziejach XX wieku ludobójstwa. W wyniku bezwzględnej akcji eksterminacyjnej zginęło wówczas na ziemiach tureckich ok. 1,5 mln Ormian (z 2,1 mln. tam żyjących w 1912 roku). Czuły na prawa człowieka świat zachodni przełknął kwestię owego holocaustu gładko, bo – ze względów geopolitycznych i militarnych – wyżej aniżeli interesy jakiejkolwiek mniejszości, cenił sobie sojusz z Turcją. Winston Churchill podsumował rzecz lakonicznie: „Ropa Mosulu była ważniejsza od krwi Ormian”. Zarówno w XIX wieku jak i w pierwszej ćwierci XX, ormiańscy imigranci zaznali gościny na gruzińskiej ziemi, i po dziś dzień zamieszkują Meskhetię.

 

Stolicą Samtskhe-Javakheti (Meskheti) jest Akhalkalaki, miasto oddalone od zwornika współczesnych granic z Turcją i Armenią około 60 km w linii prostej. Niemal 95% jego populacji stanowią Ormianie. Miasto liczy 8,3 tys. mieszkańców. Prowincję zamieszkuje dziś (wg danych z 2014 roku), niespełna 70 tys. osób.

 

W okresie osmańskiego panowania na dzisiejszym pograniczu Gruzji z Turcją i Armenią pojawili się tureccy osadnicy. Kres ich bytności na terenach Adżarii i Javakheti położył Józef Stalin, deportując w 1944 roku mniejszość określaną mianem Turków Meskheckich do… Uzbekistanu.

Ślady przeszłości zachowały się jednak w obyczajowości mieszkańców prowincji, np. w kuchni, gdzie wpływy tureckie i ormiańskie są wyraźnie widoczne.

Kojarzona z Adżarią wersja chaczapuri jest także typowym daniem kuchni armeńskiej; do tego – oczywiście – kawa po turecku, fot. Paweł Wroński

Artykuły – dla kontrastu – o standardowych atrakcjach Gruzjiwww.mygeotrip.com
Losy Ormian w Turcji – eksterminacjawww.opoka.org.pl


10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, pożyczonym dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).
Nad Jeziorem Paravani, fot. Paweł Wroński

Poka – przystanek św. Niny

Jak głosi tradycja, św. Nina – oświecicielka nazywana też równą apostołom, patronka Gruzji, nakłoniła do przyjęcia chrztu Miriana III, władcę Kartlii – najpotężniejszego z proto-gruzińskich królestw.

Nastąpiło to w 337 roku. Wydarzenie opisano w kronice zatytułowanej Moktseva Kartlisa (w polskiej transliteracji: Mokcewaj Kartlisajgruz.: მოქცევაჲ ქართლისაჲ, czyli Nawrócenie Kartlii), najstarszym zachowanym zabytku gruzińskiego piśmiennictwa.

Poka. Na ikonie wykonanej techniką emalii widoczna jest w środkowej kwaterze postać św. Niny, fot. Paweł Wroński

Wiele legend wraca do tamtych czasów. W niektórych Nina pochodziła z Kapadocji i była niewolnicą na królewskim dworze w Mtskhecie, w innych wywodziła się z arystokratycznego rodu i była spokrewniona z patriarchą Jerozolimy.

Niezależnie jednak od hagiograficznej wersji biografii, gorliwie wyznawała chrześcijaństwo i miała moc uzdrawiania. Na znak wiary związała puklem własnych włosów dwie gałązki winorośli, czyniąc z nich krzyż, który stał się jej atrybutem po kanonizacji.

Krzyż św. Niny przechowywany jest z największym pietyzmem w srebrnym relikwiarzu, ozdobionym scenami z jej żywota, w katedrze Sioni w Tbilisi. Motyw krzyża św. Niny jest bardzo popularny i spotyka się go w całym kraju. Jest przy tym łatwy do rozpoznania, bo gałązki winorośli są wiotkie, więc gdy obsychały, ramiona krzyża opadły. Gruzinom to nie przeszkadzało. Przeciwnie, uznali znak za cudowne nawiązanie do słów Chrystusa: „Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który [go] uprawia.”.

 

Święta Nina urodziła się ok. 268 roku, zmarła w 335. Gruzini wymawiają jej imię: Nino (წმინდა ნინო). Autokefaliczny kościół gruziński obdarza Ninę przydomkami Oświecicielki Gruzji, bądź Równej Apostołom. Do panteonu świętych zaliczają ją kościoły: rzymskokatolicki, prawosławny i ormiański.

 

Również w każdej z wersji legendy powtarza się, że pierwszym miejscem do jakiego dotarła św. Nina na ziemiach Kartlów, był niewielki klasztor w Poka, na południowo wschodnim brzegu Jeziora Paravani, na Płaskowyżu Dżawacheckim. Akwen rozlewa się wśród wygasłych przed tysiącleciami wulkanów. Rysują się w pejzażu łagodnymi wałami grzbietów, tworząc najwyższe na terenie Gruzji pasma Małego Kaukazu – Góry Samsarskie i Dżawacheckie. Sięgają 3 tys. m wysokości. Jezioro leży na wysokości 2073 m.

Jezioro Paravani, w tle Didi Abuli (3300 m), fot. Paweł Wroński

Jak w każdej legendzie i w tej zawarte są wątki podbudowujące wiarygodność narracji. Wprawdzie winorośli się już tutaj nie uprawia, ale przed wiekami było inaczej. Nie Kachetia, ale pogranicze dzisiejszej Armenii i Gruzji słynęło z wyrobu wina. Ba, co więcej, ten właśnie rejon jest kolebką światowego winiarstwa o czym świadczą znaleziska archeologiczne w Shulaveri (w polskiej transliteracji: Szulaweri, od 1925 roku miejscowość znana jest jako Shaumiani; stanowisko Gadachrili Gora i inne), zaledwie 30 km na południe od Tbilisi – najstarsze z odkrytych na świecie artefakty i sadzonki datowane na 6 tysiąclecie przed Chrystusem. Przybycie z Armenii i głęboka wiara Niny (ponoć współcześni nadali jej miano Christiana co znaczy chrześcijanką; stąd wywodzą się zresztą znane i u nas imiona Krystiana oraz Krystian), są również wiarygodne, bo południowi sąsiedzi Kartlów przyjęli nową wiarę jako pierwsi w cesarstwie rzymskim, i to dwie dekady wcześniej, w 317 roku.

Przyklasztorna cerkiew w Poka wzniesiona w XI wieku, ponoć na miejscu starszej budowli, fot. Paweł Wroński

Klasztor wciąż funkcjonuje nad jeziorem. Wprawdzie należąca do niego cerkiew powstała w XI stuleciu, ale zgodnie z tradycją, stoi na miejscu dawniejszej, związanej ściśle z kultem św. Niny. Opiekują się nią mieszkające w klasztorze siostry. Jest ich tylko siedem, ale czas między modlitwami, wypełniają skrzętnie pracą. Wytwarzają spożywcze przetwory: konfitury, czekoladę, nalewki i artystyczne przedmioty: pięknie zdobioną ceramikę i emalie, drobne dewocjonalia i biżuterię. Należą do nich stada bydła i owiec, więc produkują sery. Robią też słodkie wypieki z czystych biologicznie miejscowych produktów. Jak we wszystkich klasztorach prawosławnych, własnoręcznie wytwarzają z wosku świece. Część w oryginalnych fasonach i w różnych rozmiarach. Ponadto, ponieważ okolice zamieszkują potomkowie ormiańskich osadników, siostry wspomagają krajowy system szkolny, prowadząc dla dzieci dodatkowe lekcje gruzińskiego, angielskiego, literatury i geografii.


Monastyr św. Niny w Poka: www.phokanunnery.ge

 

Miejscowość Poka dzieli 28 km od miasta Ninotsminda i 128 km od Tbilisi. Każdego roku, w dniu 1 czerwca, uroczyście celebruje się tam przybycie św. Niny na ziemię gruzińską. 14/27 stycznia w kościele prawosławnym obchodzi się dzień imienia świętej, zaś miejsce jej spoczynku – Bodbe w Kachetii, jest jednym z najpopularniejszych w Gruzji celów pielgrzymek (zgodnie z tradycją – Miriam III ufundował nad grobem świętej, funkcjonujący do dziś monastyr św. Grzegorza, któremu po dewastacji w epoce komunistycznej przywrócono świetność na początku XXI wieku).

 

Proces chrystianizacji Gruzji i rola św. Nino opisane są w portalu: www.concordtravel.ge

Dodatkiem do wpisu niech będzie Kontakion św. Nino, w wykonaniu gruzińskiego chóru; dyryguje Nana Peradze (kontakion to hymn liturgiczny, jedna z najstarszych form tego typu pieśni, znana i powszechnie używana już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa).


10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, pożyczonym dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).
U wrót kamieniołomu w rejonie Jez. Paravani, fot. Paweł Wroński

Shoti gorący prosto z pieca

Na gruzińskich targowiskach, w piekarniach, restauracjach, a także koło domów na wsi wciąż samodzielnie piecze się chleb. Piece nazywają się tone, a pieczywo w ogóle – puri.

Pierwsze miejsce wśród wypieków zajmuje pszenny chleb shoti, rzecz ciekawa – podobny do wypiekanego w Indiach tandoor roti. Ciasto na zakwasie, wyrobione jedynie z mąki i wody z odrobiną soli, nakleja się na wewnętrznych ścianach pieca. Po paru minutach gotowe shoti spadają na blachę, która zakrywa węgle paleniska. Piekarz wyjmuje pachnące gorące bochenki i uczta – za 70 tetri – gotowa. Najsmaczniejsze są shotiświeżo wyjęte z pieca!

Zdjęcia do niniejszego posta pochodzą z tradycyjnej piekarni na targowisku w Chakvi, małej nadmorskiej miejscowości w prowincji Adżaria, położonej przy drodze z Kobuleti do Batumi. Stąd łódeczkowaty kształt chleba, odmienny niż w innych regionach Gruzji, gdzie shoti przypomina kształtem wygiętą (odpowiednio do profilu pieca) bagietkę.


Innym popularnym rodzajem chleba jest nazuki, do którego przygotowania używa się drożdży i piecze z rodzynkami. Ostatecznie, smakiem przypomina trochę naszą chałkę, bo jest delikatnie słodkawy. Ma jednak najczęściej kształt placka.

Shoti z szyldu w Chakvi, fot. Paweł Wroński

Nissan XTerra, na trasie

10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, pożyczonym dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).

Podróż do wnętrza Gruzji

Skały opowiadają o powstaniu i zasobach Ziemi. W kamieniołomie na północno wschodnim brzegu Jeziora Paravani, niezwykle barwnie! 

Miedź, rudy żelaza i aluminium, piryty, baryt – to tylko niektóre ze skarbów ukrytych w skałach Małego Kaukazu, fot. Paweł Wroński

Kolory skał w kamieniołomie są efektowną oznaką bogactwa minerałów występujących na  rozległym, ukształtowanym w wyniku działalności wulkanicznej Płaskowyżu Dżawacheckim (gruz.: ჯავახეთის პლატო), w Meschetii, prowincji zwanej oficjalnie: Samtskhe-Javakheti* (gruz.: სამცხე-ჯავახეთი), potocznie zaś, z racji solidnych zim – gruzińską Syberią.

U wrót kamieniołomu, czyli w bramie do geologicznych fundamentów Gruzji, fot. Paweł Wroński

Nieopodal rozlewa się największe jezioro Gruzji – Tba Paravani. Otoczenie tworzą łagodnie zarysowane szczyty Małego Kaukazu, a wśród nich, po zachodniej stronie akwenu piętrzy się jeden z wielu tutejszych, wygasłych przed wiekami wulkanów, Mta Didi Abuli (gruz.: დიდი აბული; 3300 m), najwyższy szczyt Małego Kaukazu w granicach Gruzji (najwyższy w ogóle – Giamysz wznosi się w paśmie Murowdag w Azerbejdżanie; liczy 3724 m wysokości).

Jezioro Paravani i dawno wygasłe wulkany w jego otoczeniu, fot. Paweł Wroński

Jeziora: Paravani (Tba Paravani, gruz.: ფარავნის ტბა) oraz usytuowane bardziej na południe i mniejsze Jezioro Saghamo (Tba Saghamo, inaczej: Ozero Tuman-Gël, gruz.: საღამოს ტბა), oddzielają pasma Gór Samsarskich i Dżawacheckich.

Nad Jeziorem Paravani (2073 m); w tle Mta Didi Abuli (3300 m), fot. Paweł Wroński

Tba Saghamo rozlewa się na wysokości 1997 m, ma 4,8 km2 powierzchni i jest płytkie – głębokość dochodzi zaledwie do 2,3 m. Tba Paravani leży na wysokości 2073 m. Powierzchnia akwenu liczy 37,5 km2, ale jego głębokość jest również niewielka – do 3,3 m.


10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, pożyczonym dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).


* nazwy podane w angielskiej transkrypcji fonetycznej mają też obowiązującą polską transliterację (w praktyce mało użyteczną), korzystając z tej konwencji nazwę prowincji zapisujemy ‘po polsku’: Samcche-Dżawachetia

Stoki Gór Dżawacheckich – na wschód od Jeziora Paravani, fot. Paweł Wroński

 

Suliko – z Gruzji przez ZSRR w świat

„Suliko” to piosenka o miłości spod Kaukazu, której słowa napisał Akaki Cereteli, wybitny poeta, prozaik i publicysta gruziński przełomu XIX i XX stulecia. Muzykę skomponowała Warienka Cereteli (Варвара Спиридоновна Мачавариани).

Piosenkę w interpretacji Tamary Lordkipanidze nagrałem podczas Dnia kulturalnego Gruzji, zorganizowanego przez Centrum Międzykulturowe, 6 czerwca 2018, w siedzibie instytucji, przy Pl. Hallera w Warszawie (formalnie: Jagiellońska 54). www.centrumwielokulturowe.waw.pl


 

Akaki Cereteli (1912), fot. www.burusi.wordpress.com

Akaki Cereteli (1840-1915) pochodził ze starego arystokratycznego rodu gruzińskiego. Gruntownie wykształcony, postępowy intelektualista stanął na czele niepodległościowego ruchu, dążącego do wyzwolenia Gruzji spod kurateli carskiej Rosji.

Jako poeta i pisarz, pozostawił po sobie szereg pism patriotycznych, lirycznych, satyrycznych, humorystycznych. Jednak to rozsławiony pieśnią wiersz „Suliko”, sprawił, że o nazwisku Akakiego Ceretelego usłyszano daleko poza granicami niewielkiego kaukaskiego kraju.

Nie od razu jednak, bo jak na ironię, o popularności piosenki zdecydowano w czasach radzieckich, gdy Gruzja nie była już wprawdzie carską gubernią, ale nadal – jako republika radziecka – nie była wolna. Tak się złożyło, że ta romantyczna piosenka uwiodła samego Stalina. Może z sentymentu do ojczyzny, a może dlatego, że poruszała w jego duszy jakieś głęboko skrywane, delikatne struny. Żeby zaskarbić sobie przychylność ojca narodu, „Suliko” włączały do repertuaru kolejne radzieckie chóry, w tym słynny Chór Aleksandrowa, założony u schyłku lat 20. XX wieku. Dzięki ich koncertom – w krajach socjalistycznych, a po śmierci sowieckiego dyktatora, również poza granicami bloku – pieśń poznał cały świat.

Potem przyszedł czas na przeróbki i modyfikacje konwencji, ale także na tłumaczenia tekstu. Najpopularniejsze polskie słowa napisali Aleksander Rymkiewicz * i Wanda Sieradzka **, a wśród wielu wykonań, największym bodaj powodzeniem cieszyła się po wojnie interpretacja Chóru Czejanda do słów Rymkiewicza, potem zaś Sławy Przybylskiej do słów Sieradzkiej. Piosenkę do swojego repertuaru włączyła Eleni, chętnie wykonują ją piosenkarki i zespoły nurtu disco polo.

Suliko to imię dziewczyny, a jednocześnie… ‘dusza’ po gruzińsku.

Okładka płyty wydanej przez Muzę, na której „Suliko” wykonuje Chór Czejanda przy akompaniamencie Czesława Aniołkiewicza (fortepian), do słów Aleksandra Rymkiewicza (fot. z portalu www.staremelodie.pl)

* Suliko (słowa Aleksandra Rymkiewicza)

Chciałem znaleźć mej miłej grób,
Smutek co dzień me serce gniótł.
Wiosną młode serca bez miłości schną,
Gdzie ty jesteś, mów, Suliko?

W bujnym lesie kwiat róży drży,
Na jej płatkach lśnią rosy łzy.
Czy to ty tak pięknie wznosisz głowę swą,
Kwitnąc z dala stąd, Suliko?

Nad kochaną swą różą dziś
Słowik w gąszczu zgiął młody liść.
Zapytałem tak, jak wzdycha wody dno:
Czy to jesteś ty, Suliko?

Dziobkiem przywarł do listków drzew,
W ciszy lasu w krąg zabrzmiał śpiew
I dzwoniła pieśń słowika aż do dnia,
Jakby mówił mi: tak, to ja.

Słowa za: www.staremelodie.pl
Piosenka w wykonaniu Chóru Czejandawww.youtube.com


** Suliko (słowa Wandy Sieradzkiej)

Gdzie rozkwita kwiat, róży kwiat,
na gałązce siadł lotny ptak.
Zadrżał wśród listowia purpurowy pąk,
czemu serce drży, Suliko?
Zadrżał wśród listowia mały róży pąk,
czemu serce drży, Suliko?

Jedzie wrony koń spoza wzgórz,
jeździec zbliża się, wchodzi w próg.
Spragnionemu dajże wody, wyjdź przed dom,
czemu kryjesz się, Suliko?
Spragnionemu dajże wody, wyjdź przed dom,
czemu kryjesz się, Suliko?

Pięknie pachnie chleb, pachnie miód,
proszę, napij się, ucisz głód.
Ale nadaremnie ściga mnie twój wzrok,
inna jestem już Suliko.
Ale nadaremnie ściga mnie twój wzrok,
inna jestem już Suliko.

Wiłam z przędzy nić, długą nić,
z przędzy powstał szal, zwiewny szal.
Szal do przędzy niepodobny nic a nic,
i ty jesteś już nie ten sam.
Szal do przędzy niepodobny nic a nic,
i ty jesteś już nie ten sam.

Pobladł jeździec i ruszył w cwał,
w locie zerwał kwiat, róży kwiat.
Zdrada rani serce, kolec rani dłoń,
zapłakała w głos Suliko.
Bo umiera miłość, kiedy stargasz ją,
mówi stara pieśń, Suliko.

Piosenka w wykonaniu Sławy Przybylskiejwww.youtube.com


Po gruzińsku można posłuchać pieśni na Youtube, m.in. w wykonaniu Katie Melua, której towarzyszy męski chór „Shvid Katsa” (www.youtube.com), „Tria Tbilisi” (www.youtube.com), albo duetu Sorena i Stano: (www.youtube.com) oraz wielu innych.

Poniżej imponujące wykonanie pieśni przez Chór Armii Czerwonej, w którym dyryguje osobiście założyciel zespołu Борис Александрович Александров.

Я могилу милой искал,
Но ее найти нелегко,
Долго я томился и страдал;
Где же ты моя Сулико!

Розу на пути встретил я,
В поисках уйдя далеко,
Роза, пожалей, услышь меня,
Нет ли у тебя Сулико?

Среди роз душистых, в тени,
Песню соловей звонко пел,
Я у соловья тогда спросил
Сулико не ты ли пригрел?

Соловей вдруг замолчал,
Розу тронул клювом легко,
Ты нашел, что ищешь, – он сказал
Вечным сном здесь спит Сулико

Роза, наклонившись слегка,
Свой бутон раскрыв широко,
Тихо прошеплала мне тогда
Не найти тебе Сулико.


Słowa w języku oryginału (po gruzińsku)

სულიკო

საყვარლის საფლავს ვეძებდი,
ვერ ვნახე!.. დაკარგულიყო!..
გულამოსკვნილი ვჩიოდი:
„სადა ხარ, ჩემო სულიკო?!“

ეკალში ვარდი შევნიშნე,
ობლად რომ ამოსულიყო,
გულის ფანცქალით ვკითხავდი:
„შენ ხომ არა ხარ სულიკო?!“

სულგანაბული ბულბული
ფოთლებში მიმალულიყო,
მივეხმატკბილე ჩიტუნას:
„შენ ხომ არა ხარ სულიკო?!“

შეიფრთქიალა მგოსანმა,
ყვავილს ნისკარტი შეახო,
ჩაიკვნეს-ჩაიჭიკჭიკა,
თითქოს სთქვა: „დიახ, დიახო!“

Gruziński wkład w dzieje ludzkości

Choć podpisano ją jedynie skromnym numerem „5”, Czaszka z Dmanisi należy dziś do najcenniejszych w Gruzji artefaktów archeologicznych i jest ozdobą kolekcji prehistorycznych artefaktów Gruzińskiego Muzeum Narodowego.

Podobnie jak kości innych praludzi, znalezione w latach 1999-2005 w Dmanisi, w regionie Kwemo-Kartlii (na południowy zachód od Tbilisi, nieopodal granicy z Armenią), czaszka nr 5 wywróciła do góry nogami wcześniejsze teorie na temat pradziejów i ewolucji naszego gatunku. Jest bowiem jedyną kompletną, a przy wiekiem szacownym na… 1,85 mln. lat, także najstarszą czaszką ludzką, jaką dotąd odkryto poza kontynentem afrykańskim. Tym bardziej interesującą, że łączy w sobie cechy przypisywane dotychczas kilku gatunkom praprzodków współczesnego człowieka.

 

W 1991 roku archeolog David Lordkipanidze, prowadząc wykopaliska w Dmanisi, natrafił na szczątki wczesnego hominida. W przeciągu dekady kolekcja artefaktów wzbogaciła się o kolejne sensacyjne znaleziska, w tym pięć doskonale zachowanych czaszek oraz niemal kompletny szkielet. Światu ukazał się Homo georgicus erectus – Człowiekiem z Dmanisi.

 

Czaszka z Dmanisi (fot. z portalu Gruzińskiego Muzeum Narodowego; www.dmanisi.ge)

Zastanawiając się czy to nowa gałąź drzewa genealogicznego Homo sapiens, naukowcy opisali jak wyglądał odkryty w Gruzji osobnik. Był niewielkiej postury i miał niewielki mózg, choć proporcje ciała zbliżone do naszych. Poruszał się całkiem sprawnie, był wyprostowany i potrafił pokonywać długie dystanse. Używał prymitywnych narzędzi kamiennych, którymi umiał oprawiać upolowaną zwierzynę. Ba, z oględzin zachowanego szkieletu naukowcy wysnuli wniosek, że najprawdopodobniej, ten konkretny osobnik padł ofiarą szablozębnego tygrysa. Natomiast różnice między kształtem jego kości, a innych odnalezionych wówczas przedstawicieli linii Homo georgicus nie odbiegają od obserwowanych u ludzi współczesnych. Uczeni uznali zatem, że mamy do czynienia z nieznanym dotąd gatunkiem hominida, i zakwalifikowali człowieka z Dmanisi do wczesnej linii Homo erectus, czyli człowieka wyprostowanego. Tej, która około 2 mln lat temu wyruszyła z Afryki, zasiedlając odległe nawet zakątki świata.

Dyskutując nad jedyną słusznością przedstawionej teorii, przedstawiciele nauki są zgodni co do tego, że to przełomowe odkrycie dla dziejów rodzaju ludzkiego. Może bowiem dowodzić, że już w tak odległych czasach istniał tylko jeden gatunek człowieka, a różnice – podobnie jak dziś – wynikały jedynie z przystosowania do lokalnych warunków życia.


Dmanisi Museum-Reserve (85 km na południowy zachód od Tbilisi): www.museum.ge oraz www.dmanisi.ge
Na kanale Vimeo zamieszczony jest film, w którym prof. David Lordkipanidze opowiada o Damnisi, jednym z kluczowych dla światowej nauki stanowisk archeologicznych oraz o wyzwaniu jakim jest poznanie pradziejów naszego gatunku (www.vimeo.com).

 

Prof. David Lordkipanidze piastuje stanowisko dyrektora generalnego Gruzińskiego Muzeum Narodowego – placówki założonej w 2004 roku, patronującej kolekcjom zgromadzonym w 10 miejscach oraz 2 instytutom badawczym. Pod jego kierunkiem muzeum przekształciło się z instytucji typu sowieckiego w nowoczesną przestrzeń dla nauki i edukacji.

 

Nasi wspólni wyprostowani przodkowie patrzą w przyszłość (rekonstrukcja na podstawie odkryć dokonanych na przełomie tysiącleci w Dmanisi); zdjęcie z portalu www.museum.ge

Błogosławieństwo Gruzji

Woda bije w Gruzji z tysięcy źródeł we wszechobecnych górskich łańcuchach, spływa bystrymi rzekami i tworzy setki jezior, w których toni przegląda się południowokaukaski kraj.

Z wody czerpią Gruzini moc. W przenośni i dosłownie, bo ich kraj zasila energia elektryczna generowana w sieci hydroelektrowni rozlokowanych przy tamach na górskich rzekach. Ich budowę rozpoczęto już w latach 60. XX wieku, gdy Gruzja była jedną z radzieckich republik, ale impulsem do powszechnego wykorzystania siły wody, była polityczna separacja Abchazji oraz rosyjski protektorat nad jej terytorium. Wschodnia granica regionu biegnie bowiem doliną rzeki Enguri. Wznosi się na niej jedna z najwyższych na świecie betonowych zapór. Zamontowano tam turbiny hydroelektrowni, która do połowy pierwszej dekady XXI wieku pokrywała zapotrzebowanie na 40% energii elektrycznej całego kraju. Urządzenia hydroelektrowni mieszczą się niestety na abchaskim brzegu. Gdy żądnemu autonomii regionowi wsparcia udzieliła Rosja, w rękach wielkiego brata zza Kaukazu znalazł się także przełącznik prądu. Budując hydroelektrownie na innych rzekach, zwłaszcza na niemniej potężnej Aragwi, spływającej z Wielkiego Kaukazu wprost do Tbilisi, Gruzini za jednym zamachem uniezależnili się od abchaskiej samowoli i rosyjskiego nacisku. Nie odczuwają już problemów z elektrycznością. Ba, niczym w geście Kozakiewicza, rzęsiście oświetlają najważniejsze miasta: Tbilisi i czarnomorski kurort, Batumi.

Zapora na rzece Enguri ze sporną elektrownią, położoną na abchaskim brzegu, fot. Paweł Wroński

Tbilisi na źródłach stoi
Z wodą wiążą się legendarne początki gruzińskiej stolicy. Ba, jej nazwa – Tbilisi, wywodzi się od określenia gorących źródeł, na jakie podczas polowania natknął się król Wachtang Gorgosali. Goniąc za zranionym jeleniem dotarł do przesłoniętego oparami wody leśnego zakątka. Ciepła woda uleczyła rany zwierzęcia, a król oczarowany pięknem zakątka i cudowną mocą wody, nakazał w tym miejscu budowę miasta, do którego przeniósł stolicę z pobliskiej Mcchety. Było to półtora tysiąca lat temu. Nad źródłami powstała z czasem u bram miasta rozległa łaziebna dzielnica Abanotubani. Zaczerpniętym od perskich i tureckich najeźdźców obyczajem, zatrzymywały się w niej karawany, by zdrożeni kupcy mogli się oddać kąpieli i zmyć kurz ze szlaku. Dopiero po ablucjach wkraczano do miasta. Kopuły zabytkowych łaźni Orbeliani wciąż są charakterystycznym elementem panoramy starego Tbilisi. Woda ma temperaturę 40 st. C i nasycona jest związkami siarki, co nie umknie niczyjej uwadze ze względu na specyficzny zapach. Łaźnie zaś cieszą się ogromnym powodzeniem wśród mieszkańców i gości Tbilisi. Pod każdą z 15 kopuł znajduje się niewielki basen z ciepłą wodą oraz kilka marmurowych łóżek, na których klienci poddają się zabiegom. Kości aż trzeszczą gdy wprawny masażysta, zwany z turecka mekise, ustawia stawy na właściwych miejscach, skóra czerwienieje od nacierania, a mocno uderzane mięśnie rozluźniają się. W połączeniu z kojącym działaniem termalnej wody i delikatnych siarkowych wyziewów, masaż znakomicie relaksuje, ciało nabiera sprężystości, a energia zdaje się podwajać. Typowa sesja trwa około godziny. Wiele osób decyduje się jednak na dłuższy pobyt, zwłaszcza po to, by omawiać interesy. Pamiętać jedynie należy, że łaźnie nie są koedukacyjne. Wejście zaś, znajduje się przy ulicy Grishashvili, noszącej imię poety, który twierdził, że „być w Tbilisi i nie zażyć kąpieli w Orbeliani, to tak jak odwiedzić Paryż i nie zobaczyć Wieży Eiffel’a”.

Świat pije Borjomi
Światową sławę zawdzięczają Gruzini wodzie – butelkowanej mineralnej Borjomi (czyt. Bordżomi). Miejscowość, w której tryskają jej źródła rozsiadła się w malowniczej dolinie rzeki Mtkwari (znanej pod turecką nazwą Kura), wijącej się między pasmami Małego Kaukazu. Źródła były znane przynajmniej od I stulecia przed Chrystusem. Ale odkryte przez archeologów kamienne wanny z czasów rzymskich świadczą, że używano ich raczej do kąpieli, niż do picia. Tak było do XVI wieku, do tureckiej inwazji, po której region się wyludnił i o wodach zapomniano. Miejscowością zainteresowano się ponownie, gdy zachwyciła Wielkiego Księcia Romanowa. W 1842 roku wzniesiono z jego rozkazu pierwszą na terenie Gruzji carską rezydencję, a towarzyszący księciu dworzanie przyczynili się do powstania mody na wypoczynek w Bordżomi. Pod koniec stulecia składem oraz właściwościami wód i mikroklimatu zainteresowali się naukowcy, i wkrótce miejscowość przekształcono w uzdrowisko. W okresie międzywojennym XX wieku rozpoczęto przemysłową eksploatację źródeł, aby wodę rozprowadzać jako leczniczą. W czasach socjalistycznych kurort przeżywał oblężenie, ale nie rozwijano infrastruktury, więc po upadku ZSRR uzdrowisko szybko popadło w ruinę. Dziś powoli się odradza, kusząc pięknym parkiem ze źródłami. Wody nasycone dwutlenkiem węgla zaleca się do picia osobom z niewydolnością układu pokarmowego. W zasilanych gorącą siarkową wodą basenach urządza się kąpiele zdrowotne. Są zbawiennie dla zreumatyzowanych stawów i skóry. Butelkowaną wodę ze źródeł Bordżomi, Likani i Waszlowani-Kwibisi eksportuje się do ponad 30 krajów.

W Tskaltubo kąpał się Stalin
Tskaltubo leży w zachodniej części kraju, 7 km od Kutaisi. Imponuje pałacową architekturą i rozmachem założenia. Bryły wzniesionych tam monumentalnych budowli wieńczą szeregi kamiennych figur i dekorowane płaskorzeźbami frontony. Do kolumnowych portyków poprzedzających wejścia prowadzą szerokie schody. We wnętrzach nie poskąpiono marmurów, a wystroju dopełniają ciężkie, ozdobne żyrandole. Wszystko tonie w bujnej zieleni, tak charakterystycznej dla niewielkich gruzińskich nizin, jakie ciągną się na kształt klina od wybrzeża Morza Czarnego po Kutaisi. W parkowym otoczeniu jest mnóstwo połączonych schodami widokowych tarasów z tralkowymi balustradami. W prowadzących na nie alejkach tryska woda z wielkich kamiennych fontann. Zachowana pieczołowicie socrealistyczna aranżacja zdradza, że kompleks powstał w latach 40. O lokalizacji zadecydowały zasoby przesyconych radonem wód termalnych. Ich temperatura oscyluje koło 35-36 st. C. Kąpiele sprzyjają leczeniu i profilaktyce chorób układu sercowo-naczyniowego, skóry, narządów ruchu, metabolizmu, układu nerwowego i ginekologicznego. Walory zdrowotne, ciepły klimat i odległość od teatrów toczącej się wojny sprawiły, że właśnie tutaj radzieckie Ministerstwo Obrony założyło luksusowy ośrodek wypoczynkowo-rehabilitacyjny, który szybko zyskał popularność wśród krajowych elit. Ba, ponoć sam Stalin, rodowity przecież Gruzin, chętnie w nim wypoczywał. Ten argument wykorzystywany jest zresztą skwapliwie w promocji ośrodka, który po odrestaurowaniu otwarto ponownie w 2011 roku jako „Tskaltubo SPA Resort”. Oprócz basenów i zabiegowych gabinetów ośrodek oferuje hotelowe zaplecze, sale konferencyjne i koncertową. Do dyspozycji gości oddano też klub, herbaciarnię i bilardowe stoły.

Tskaltubo SPA koło Kutaisi – socrealistyczna architektura doby stalinowskiej, fot. Paweł Wroński

Orzeźwienie z wody
Wedle współczesnej wiedzy Gruzja jest kolebką winiarstwa. Świadczą o tym fragmenty glinianych naczyń z początków VI tysiąclecia przed naszą erą odkryte przez archeologów około 30 km na południe od Tbilisi, nieopodal Szulaweri. Są pokryte osadem kamienia winnego, a żadna inna z okolicznych roślin nie zawiera kwasu winowego. W okolicy znaleziono więcej świadectw uprawy winorośli, a przede wszystkim pestki winogron i sadzonki z tego samego okresu. Dowodząc ośmiu tysięcy lat tradycji, w wyścigu o miano kolebki winiarstwa, Gruzja wyprzedziła konkurentów – Iran, gdzie w Hadzi Firuz Tepe istnieją ślady upraw z połowy VI tysiąclecia p.n.e. oraz Armenię z jaskinią Areni-1, którą nazwano nawet „winiarnią sprzed 6 tysięcy lat”. Jednak historią jeszcze dłuższą niż winiarska szczycą się w Gruzji producenci piwa. Ba, starożytni Grecy opisywali mieszkańców dzisiejszej Gruzji jako georgias czyli uprawiających ziemię. W południowej części kraju odnaleziono dowody przechowywania ziarna pszenicy i narzędzia, którymi ją uprawiano już na przełomie VII i VI tysiąclecia przed Chrystusem, czyli niemal 9 tysięcy lat temu, a więc nawet dawniej niż winorośl. Od uprawy pszenicy do produkcji piwa tylko krok, natomiast na smak piwa wpływa w ogromnej mierze woda. Tej zaś, jako się rzekło, w Gruzji nie brakuje. Z górskich źródeł czerpią ją browary produkujące Mtieli – piwo z gór, na którego etykiecie piętrzą się kaukaskie szczyty i widać sylwetkę kozicy, Kazbegi – wizytówkę Wysokiego Kaukazu, czy Natakhtari, które w krótkim czasie podbiło 65% krajowego rynku. Ostatnim akordem jest moda na minibrowary. Wprawdzie dotarła do Gruzji niedawno, ale do grona faworytów w wyścigu o miano najlepszego piwa stanęły już tbiliskie restauracje Mirzaani, oferując chmielowy trunek z własnej warzelni. Tak oto dzieje korzystania z wody dla zdrowia i przyjemności zataczają w Gruzji krąg, zaczynając się i kończąc w Tbilisi.


INFO
Oficjalny portal z informacjami turystycznymi na temat Gruzji: www.exploregeorgia.org
Ciekawe i pożyteczne posty kolportuje facebook’owa społeczność Открой Грузию


Tekst był publikowany w zimowym zeszycie magazynu Eden w 2017 roku (www.spaeden.pl).


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Zainspirowane przez „Gaumarjos”

Bakłażan na gruzińską modłę. Przecinamy go na kilka plastrów, ale nie do końca, żeby dał się rozłożyć we wdzięczny wachlarz.

Następnie przekładamy plasterkami Mozarelli i pomidorów, posypujemy serem Feta, przyprawiamy wedle gustu mniej lub bardziej ostro, i zapiekamy w temperaturze 220 st. C. Nam zajęło to 25 minut, choć czas zależy pewnie od wielu czynników – najlepiej wypraktykować.

Ponadto, składniki można wzbogacać, tak jak my – o posiekane orzechy włoskie, zioła, czy wszechobecne w gruzińskiej kuchni ziarenka granatu.

Koleżanka przywiozła biały trunek z winiarni Ijevan (czyt.: Idżewan) z Armenii – kraju, który współzawodniczy z Gruzją o miano światowej kolebki winiarstwa. Wino Premium z ręcznie zbieranych winogron szczepów: karmrahyut, haghtanak, tigrani i saperavi (Ijevan Selected; www.ijevangroup.am), skomponowało się znakomicie z bakłażanem.


Dla Davida Gamtsemlidze (www.gaumarjos.pl) wielkie dzięki za inspirację! Eli chwała za wino! A dla Edyty – gratulacje, bo bakłażan był pyszny 🙂

Gaumarjos!


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Gruzińscy potomkowie krzyżowców

W Szatili czy Barisacho, najsłynniejszych bodaj wioskach Chewsuretii, zdumiewają wieże mieszkalne. Są podobne do swaneckich, ale zestawione w skupieniu, zamieniają wsie w fortece.

W miejscowym dialekcie są wyraźne reminiscencje gruzińskiego języka literackiego z okresu średniowiecza, a w ludowej muzyce, wątki melodyczne i teksty zaczerpnięte jakby z repertuaru dawnych minstreli.

Etnograf rosyjski Arnold Zisserman, który w latach 1842-1867 badał kulturę kaukaskich górali, wysunął teorię, że Chewsurowie są potomkami krzyżowców. Szukając izolacji, czy też do niej przymuszeni, osiedli na niedostępnych terenach i bronili swoich dziedzin, wykorzystując doświadczenia wyniesione z walk z Saracenami.

Hipotezę Zissermana podbudował amerykański podróżnik Richard Halliburton. Przemierzając Chewsuretię odnajdywał starofrancuskie i germańskie wpływy w dialekcie autochtonów. W wydanej w latach 30. XX w. książce zamieścił fotografie przedstawiające zawieszone w izbach zbroje i oręż sprzed stuleci. W obrzędach towarzyszących celebrowaniu świąt dostrzegał podobieństwo do praktyk stosowanych przez krzyżowców. Ba, nawet współcześnie, chłopcy poddawani inicjacji podczas letniego święta Atengenoby, przechodzą chrzest krwi.

 

W książce „Seven League Boots” z 1935 roku, Richard Halliburton opisał wyjątkowe wydrzenie, którego świadkiem był w Tbilisi w 1915 roku. W rozdizale „The Last of the Crusaders” Halliburton napisał:Wiosną 1915, kilka miesięcy po tym jak Rosja Russia’s wypowiedizała wojnę Turcji, zastęp krzyżowców z XII stulecia odzianych od stóp do głów w kolczugi z tarczami i mieczami pojawił się na koniach na główwnej ulicy Tiflis [jak z rosyjska nazywano Tbilisi]. Ludzie wybałuszali oczy ze zdziwienia. Ale to nie była grupa statystów filmowych. To byli krzyżowcy albo ich duchy.” Zdjęcie otwarcia prezentuje jedną z zamieszczonych przez niego fotografii. Więcej: www.georgiaabout.com.

 

Chewsuretia nie ma pisanych kronik, ale przekazywane ustnie podania, w których już dawno zatarły się daty i miejsca zdarzeń. Podania sąsiadów dowodzą niebywałego kunsztu jakim górale z Chewsuretii wykazywali się w walce. Dodawała im sił wiara w krzyż z Gudani, którego czuli się obrońcami. A tak na marginesie, podobieństwo krzyży z płaszczów krzyżowców i z gruzińskiego sztandaru jest również uderzające.

Kultura regionalna odchodzi niestety w niepamięć, bo trwa migracja zapoczątkowana przesiedleniami Chewsurów przez władze radzieckie. W regionie pozostało nieco ponad 3 tys. mieszkańców, a osady, w których żyje kilka rodzin uchodzą za spore. Już wkrótce, oryginalne tradycje Chewsurów mogą więc ostać się jedynie w tańcu wojennym. Jak można przypuszczać, był dla nich formą treningu umiejętności przydatnych w walce. Stał się najefektowniejszym układem choreograficznym w repertuarze Narodowego Baletu Gruzińskiego „Sukhishvili”, Akademickiego Zespołu Pieśni i Tańca „Rustavi”, czy Narodowego Zespołu Tańca „Romiosini”. W wykonaniue tego ostatniego zespołu taniec oparty o tradycje Chewsuretii, w filmie „Georgian Dance of Khevsureti region >Parikaoba<„.

Argonauci 1986 – Gruzja po radziecku

Zapożyczyłem od przyjaciół Gruzinów historię wyprawy po Złote Runo. Po prostu nie mogłem się oprzeć!

Dodam tylko, że moim faworytem jest Orfeusz – ech, jakżeż on tam artystycznie brzdąka na cytrze! Musicalową wersję mitu o Argonautach ВИА „Иверия” – Лейтмотив „Арго” („Аргонавты”, 1986), zamieściła na swoim FB-fanapage’u Georgia / Грузия.

Арго, разве путь твой ближе, чем дорога Млечная?
Арго, о каких потерях плачет птица встречная?
Парус над тобой поднятый судьбой —
Это флаг разлуки, странствий знамя вечное.
Парус над тобой поднятый судьбой —
Это флаг разлуки, странствий знамя вечное.
   На-на-на-най…

Арго, да пошлёт нам небо путь с луной и звёздами.
Арго, если сникнет парус, мы ударим вёслами.
Что ж в конце концов, путь — вся цель гребцов.
Bот, что нам открыли зимы с вёснами.
Что ж в конце концов, путь — вся цель гребцов.
Bот, что нам открыли зимы с вёснами.
   На-на-на-най…


Kilka faktów dla niewtajemniczonych
Za inscenizację kryli się ludzie radzieccy bo to było w 1986 r., a więc dopiero u progu pieriestrojki, i Gruzja była jedną z republik ZSRR. Motyw wiąże się ściśle z Gruzją, gdyż tam gdzie dziś Kutaisi i Batumi, była mityczna Kolchida. Runo baranka nie jest wcale wyssane z palca, bo na Kaukazie, na dnie złotonośnych potoków układano baranią skórę. Bezcenny pył osiadał pośród włosów, skórę wyjmowano, suszono na słońcu, a pył strzepywano. Ot, i cała historia. Reszta jest fantazją poetów.


„Арго” (песня аргонавтов; музыка-Александр Басилая, слова-Юрий Ряшенцев) – лейтмотив из телевизионного фильма-мюзикла «Весёлая хроника опасного путешествия» с участием ВИА «Иверия» (оригинальное название мюзикла «Аргонавты»), снятого Евгением Гинзбургом в 1986 году. Poniżej – cały film.

Kapka z Keti – Gruzja z kwewri

Od niepamiętnych czasów gruzińskie wina powstawały w glinianych, zakopanych w ziemi naczyniach zwanych kwewri. Wielu winiarzy spod Kaukazu po dziś dzień hołduje tej tradycyjnej, archaicznej metodzie.

Kwewri porzucone przy drodze z Kutaisi do Tbilisi, fot. Paweł Wroński

Ich rustykalny charakter jednym przypadnie do gustu, inni go zdecydowanie odrzucą. Żeby wyrobić sobie pogląd nie trzeba nawet wyjeżdżać do Gruzji, ponieważ tego typu wina są coraz częściej obecne na polskim rynku.

Dominują wśród nich trunki z białych, sztandarowych dziś dla Gruzji szczepów: mtsvane, rkatsiteli, tsinandali. Nic dziwnego, gdyż białe wina stanowią w Gruzji około 75% całej produkcji winiarskiej. Pośród czerwonych najpopularniejszym jest saperavi – sczep tym ciekawszy, że grona tej winorośli mają nie tylko czerwoną skórkę, ale również miąższ.

Kwewri używane są współcześnie w Gruzji i w sąsiedniej Armenii (tam nazywa się je karas), a więc w krajach w których znaleziono najstarsze jak dotąd ślady świadczące o uprawie winorośli i wyrobie wina – sprzed 8 tys. lat! Kwewri to wyrabiane ręcznie i wypalane, gliniane naczynie. Z reguły o pojemności kilkuset litrów, choć bywają większe. Od ogromnych kraterów czy amfor różnią się przede wszystkim tym, że nie mają uszu, a zamiast dna uformowaną w szpic końcówkę. Kwewri zakopuje się bowiem w ziemi, a nie stawia tak jak używane w Grecji czy na Cyprze – służące także do winifikacji i przechowywania wina – pitosy.

Mariusz Kapczyński w Klubie Smolna 8, fot. Paweł Wroński

Szereg trunków powstających w kwewri zaprezentował w Studio Smolna 8 na warszawskim Powiślu, Mariusz Kapczyński. Wsparła go urodziwa Młoda Ambasador Gruzji, Keti Prangulaishvili, opowiadając o stosunku swych rodaków do wina, kultury picia i wyrobu szlachetnego trunku.

Mariusz Kapczyński prowadzi e-kurier Vinisfera, poświęcony światu wina, alkoholi i kulinariów oraz podróżom z nimi związanym, ponadto warsztaty i prezentacje, propagujące kulturę przez pryzmat potraw i bukietu trunków.

Keti (Ketevan) Prangulaishvili, fot. Paweł Wroński

Wyjaśniając rolę tamady podczas tradycyjnej supry, Keti przytoczyła zabawny toast. Zaiste godny zręcznego tamady. Co najciekawsze – zasłyszany w Polsce… jako gruziński, a jej wcześniej nieznany.

W romantycznym zaułku starego miasta w Tbilisi, młody Gruzin całuje się z urodziwą blondynką. Następnego dnia, ten sam mężczyzna, w tym samym zaułku, całuje się z piękną ale tym razem rudowłosą dziewczyną. Trzeciego dnia sytuacja się powtarza, tyle, że piękna dziewczyna jest… brunetką. Wypijmy więc Gruzini za stałość mężczyzn i zmienność kobiet! Gaumardżos!

 

 

 


 

Wolontariuszka projektu Most do Gruzji, Ketevan (zdrobniale Keti) Prangulaishvili, jest dd 2016 r. – już po raz drugi, Młodym Ambasadorem Gruzji w Polsce (programu Ministerstwa Sportu i Młodzieży Republiki Gruzji).

 

Wina z kwewri, fot. Paweł Wroński

INFO
O kulturze stołu w Gruzji traktuje program Poznaj Smak Gruzji. Prezentację okrasiła smakiem grillowanych mięs ekipa „Grilla kaukaskiego”, który działa sezonowo w Wólce Kossowskiej pod Warszawą (przy trasie Warszawa-Kraków, przy Uroczej 8). Nie fotografowałem, bo w różowym świetle potrawy traciły na estetyce. Ich smak był jednak znakomity, więc lokal zarządzany przez kucharza z Armenii, Pavla Portoyana, gorąco polecam (www.facebook.com).

„In vino veritas” – słynna maksyma jest oczywiście łacińska, ale słowo na określenie szlachetnego trunku – znacznie od niej starsze – wywodzi się od gruzińskiego „gvino”, fot. Paweł Wroński

Symbole współczesnego Tbilisi

Stolica Gruzji rozpełzła się po wzgórzach, ale jej historyczne centrum tłoczy się w kotlinie przeciętej nurtem rzeki Mtkwari. Tbilisi założył półtora tysiąca lat temu król Wachtang Gorgosali, w miejscu, w którym biją gorące siarkowe źródła.

Łaźnie siarkowe Orbeliani są pozostałością całej kąpielowej dzielnicy, z której u wrót Tbilisi korzystali kupcy przed wkroczeniem do miasta, fot. Paweł Wroński

Kopuły łaźni Orbeliani są więc jednym z głównych symboli miasta. Świadectwem na poły legendarnych początków oraz tradycji, która nakazywała zatrzymywać się karawanom u bram. Kupcy najpierw obmywali w łaźniach pył z drogi, a dopiero potem wkraczali do miasta. W czasach perskich, kąpielowe urządzenia tworzyły rozległą dzielnicę. Zachowany kompleks łączy więc przeszłość z teraźniejszością, ciesząc się wciąż ogromną popularnością. Czynny od rana do późnej nocy, oferuje niezbyt kosztowne seanse z relaksującym masażem tureckim. Za większe pieniądze można natomiast wynająć cały aneks tylko dla siebie, i to na dłużej. Korzystają z tego biznesmeni, umawiając się w łaźniach na ważne spotkania.

Most Pokoju w Tbilisi, otwarty w 2010 roku (tylko dla pieszych), fot. Paweł Wroński

Przerzucony w 2010 roku nad rzeką Most Pokoju ze stali i szkła, złośliwi nazywają podpaską. Zbudowany według projektu włoskiego architekta Michela de Lucchiego jest przeznaczony tylko dla pieszych. Blisko zeń do gmachu gruzińskiego parlamentu i do stacji kolejki gondolowej, której wagonikami wyjeżdża się na wzgórze, do twierdzy Narikała. Do ruin odwiecznej siedziby gruzińskich władców, a zarazem na wspaniały punkt widokowy. Na wzgórzu stoi monument Matki Gruzji. Ma socrealistyczną formę i ponadczasową wymowę. Matka Gruzja dzierży w jednej dłoni miecz dla wrogów, a w drugiej puchar wina dla przyjaciół. Wyzwolonych, nowoczesnych Gruzinek nie satysfakcjonuje. Bo chociaż w dziejach ich kraju kluczową rolę odegrały św. Nina i królowa Tamara zwana Wielką, żadnej jak dotąd nie uczczono pomnikiem. Matka Gruzja, owszem, jest kobietą, ale to alegoria, więc się nie liczy!

Nadszarpnięta przez czas wieża telewizyjna w parku Mtatsminda i monumentalny budynek mieszczący dziś restaurację z widokowym tarasem, fot. Paweł Wroński

Na sąsiednim wzgórzu z parkiem Mtatsminda sterczy wieża telewizyjna, zamknięta dziś, bo zrujnowana pamiątka czasów socjalistycznych, a obok jest wielkie koło diabelskiego młyna. Trudno więc pomylić to wzgórze z innymi. Z wagonika szynowej kolejki, którą najłatwiej się na nie dostać świetnie widać imponującą siedzibę najbogatszego Gruzina. Bidzina Iwaniszwili dorobił się fortuny w Rosji w latach 90. XX w. Po powrocie do kraju, wystawił tę na wskroś nowoczesną rezydencję, określaną skromnie mianem willi, i zajął polityką. Jest liderem, posiadającego od kilku lat większość w parlamencie frontu Gruzińskie Marzenie.

Sobór Świętej Trójcy dominuje w panoramie lewobrzeżnego Tbilisi, fot. Paweł Wroński

Z obu wzgórz flankujących miasto od zachodu, widać imponującą cerkiew Świętej Trójcy. Majestatyczna świątynia góruje nad wschodnią częścią gruzińskiej stolicy, sprawiając wrażenie szacownego zabytku, choć nim nie jest. Owszem architekturą nawiązuje do formy najstarszych cerkwi, ale powstała niedawno, bo na przełomie XX i XXI w. Niemal cudem, gdyż inwestycja była tak kosztowna, że budowę rozpoczętą z rozmachem w 1995 r., trzeba było przerwać. Rezydujący w stolicy Patriarcha Całej Gruzji – Katolikos Eliasz II zwrócił się wtedy do wiernych, by hojnie uczcili jubileusz 2 tysięcy lat chrześcijaństwa. Pragnący zachować anonimowość biznesmeni odpowiedzieli na apel i świątynia wystrzeliła w niebo. Ma 68 m wysokości, a jej kopułę wieńczy 7-metrowy pozłacany krzyż. Wysokością konkurować może z nią jedynie luksusowy hotel Biltmore w północnej części miasta. Ten najwyższy na całym Kaukazie błękitny drapacz chmur otwarto z hukiem latem 2016 r. przy głównej miejskiej arterii, Alei Rustawelego. Właścicielem jest międzynarodowa sieć Millenium Hotels & Resorts, za którą kryje się kapitał arabskich szejków naftowych, reprezentowany przez kompanię inwestycyjną Dhabi Group.

Najnowszy drapacz chmur w Tbilisi skrzy się w słońcu. Otwarto go z pompą w 2016 roku. Należy do międzynarodowej sieci Millenium Hotels & Resorts, fot. Paweł Wroński

Wszystkie te obiekty łatwo zidentyfikować w krajobrazie miasta. Nawet wieczorami, gdyż Tbilisi olśniewa iluminacją. Trudno przy tym nie uśmiechnąć się pobłażliwie, gdyż czerpiąc energię z hydroelektrowni na górskich rzekach, Gruzini zdają się być przekonani, że jest ona Darem Bożym, niewyczerpanym niczym biblijna manna. Z drugiej strony trudno im się dziwić. Gdy Rosjanie, „wspierając” separatystyczne dążenie Abchazji, zawładnęli elektrownią na rzece Enguri, pokrywającą 40% zapotrzebowania na energię elektryczną całego kraju, wydawało się, że Gruzini będą musieli tak tańczyć, jak im Wielki Brat zagra. Jednak się zmobilizowali i szybko rozbudowali sieć hydroelektrowni. Iluminacje stolicy i nadmorskiego kurortu Batumi, są więc demonstracją niezależności, ‘gestem Kozakiewicza’ dedykowanym sąsiadowi zza Kaukazu.

Wnętrze Katedry Sioni – jednego z tradycyjnych symboli Tbilisi; pzechowywany jest tam z wielką estymą krzyż św. Niny – największa relikwia gruzińskiego kościoła autokefalicznego, fot. Paweł Wroński

Informacje o Tbilisi: www.info-tbilisi.com oraz www.georgiaabout.com
Lotnisko w Tbilisi: www.tbilisiairport.com


Materiał przygotowany dla portalu fly4free w lutym 2017.

5 x Gruzja, czyli narty na Kaukazie

Gudauri, Bakuriani, Goderdżi, Hatsvali i Tetnuldi – oto pięć gruzińskich ośrodków narciarskich. Trzy z nich zorganizowane są w Wysokim, a dwa w Małym Kaukazie. We wszystkich nie ma się co martwić o śnieg, ponieważ nawet Mały Kaukaz to wielkie góry, sięgające 3 tysięcy metrów wysokości.

Nad podziw szybko posuwają się w nich zimowe inwestycje. Jeszcze nie tak dawno w najszerzej znanym Gudauri było zaledwie 15 km urządzonych tras. Dziś jest 57 km, a licząc z nieratrakowanymi, a łatwo dostępnymi z zainstalowanych w ośrodku wyciągów – ponad 70 km. Inna rzecz, że największy gruziński ośrodek to póki co jedynie kompleks hoteli i wyciągów. Z drugiej jednak strony wokół rozciągają się nieograniczone niemal tereny wymarzone wprost do jazdy off-pist oraz skitouringu i paraglaidingu – również zimowego. Nieograniczone – rzecz jasna – pod względem rozległości terenu, bo zagrożenie lawinowe może zniweczyć śmiałe plany. Nie wolno o tym zapominać. Jednak narciarze z różnych krajów takie właśnie sportowe, może nawet ekstremalne oblicze ośrodka cenią najwyżej.

W Gudauri jeździ się najwyżej
Trasy w Gudauri poprowadzono na wysokości 2000-3250 m, a najdłuższa z nich jest 7-kilometrowa. Gruzini muszą lubić tę liczbę, ponieważ w Bakuriani i Goderdżi najdłuższe trasy mają także długość 7 km. Najdłuższą trasą szczyci się otwarte w 2015 roku Tetnuldi – 9,5 km. Ten ośrodek stanowi chyba najpoważniejszą w tej chwili konkurencję dla Gudauri. Urządzono go w Swanetii, na stokach potężnego szczytu o takiej nazwie i wysokości 4858 m, piętrzącego się w okolicach Mestii. O tym miasteczku, które jako centrum turystyczne rozwija się dynamicznie zaledwie od dekady, przybysze z zagranicy mówią – ze słabnącym przekąsem, za to coraz głośniej – gruzińskie Chamonix [!]. Mestia położona jest bowiem u stóp uchodzącej za najpiękniejszą na Kaukazie Uszby. Szybko się rozrasta i unowocześnia, ponieważ musi je odwiedzić każdy kto zmierza do słynnego Uszguli (położonej na Kaukazie najwyżej zamieszkałej wioski, w której istnieją i są wciąż używane średniowieczne wieże mieszkalne). Innej drogi po prostu nie ma.

W Tetnuldi niewiele niżej
Tetnuldi oferuje 25 km ratrakowanych tras, poprowadzonych na niemniej atrakcyjnej niż w Gudauri wysokości, to znaczy 2265-3165 m. Walory Mestii jako centrum sportów zimowych podnosi także sąsiedztwo drugiego ośrodka – Hatsvali. Jest tam co prawda tylko 6 km tras urządzonych na wysokości 1865-2347 m, ale w związku z niższym położeniem mają odmienny charakter. Oba kompleksy dzieli dystans 15 km. Z Hatsvali do Mestii jest zaledwie 8 km, a z Tetnuldi – 15 km. Z najwyższego punktu, na który można dotrzeć wyciągami w Hatsvali roztacza się wspaniała panorama z dwuwierzchołkową Uszbą, piramidalnym Tetnuldi i innymi kaukaskimi gigantami, którą podziwia się ze wyniesionej tam restauracji.

Dla osób, które poza białym szaleństwem chciałyby posmakować gruzińskiej kultury, Mestia z dwoma mniejszymi ośrodkami może być nawet atrakcyjniejsza niż Gudauri. Wspomnieć wystarczy interesujące muzeum prezentujące kulturę Swanetii, regionu dość szczególnego, bo przez wieki niemal całkowicie odizolowanego od świata. Kolekcja lokalnych ikon, czy zbiór misternie zdobionych przedmiotów codziennego użytkowych są naprawdę imponujące. Lokale gastronomiczne mają europejski sznyt, choć serwują przede wszystkim tradycyjne dania i gruzińskie wina. W osiedlach rozrzuconych po okolicy sterczą wieże mieszkalne takie same jak w Uszguli, tyle że mniej romantycznie bo otaczają je nowe budynki.

Bliżej Kuatisi – bliżej Tbilisi
Znaczącą rolę przy wyborze miejsca odgrywają w Gruzji prozaiczne względy. Jeżeli lecimy samolotem Wizz Air, wylądujemy w Kutaisi, a stamtąd bliżej do Mestii i jej stacji narciarskich (od 210 km do Hatsvali do 225 km do Tetnuldi), niż przez Tbilisi do Gudauri (łącznie 300 km, w tym Gruzińską drogą wojenną z Tbilisi do celu – 120 km). Jeśli skorzystamy z połączeń LOT-u, którego samoloty lądują w Tbilisi, logiczniejszym wydaje się wybór Gudauri. Przejazdy, ze względu na stan dróg, nie są łatwe. Przejażdżka w tę i z powrotem z Gudauri do Tbilisi, to 240 km (120 w jedną stronę). Praktycznie więc, zajmie cały, krótki przecież zimowy dzień. Na miejscu, oferta après-ski – jak na razie – jest dość skromna. A decyzji co do miejsca, w którym spędzimy zimowy urlop w Gruzji nie będzie łatwo zmienić.

Zdrowy środek
Bakuriani można nazwać z powodzeniem „ośrodkiem środka” – złotego środka. Zarówno bowiem z Tbilisi jak z Kutaisi nie jest doń zbyt daleko. Odpowiednio – 184 i 160 km. Kolejki i wyciągi obsługują tam 16 km tras poprowadzonych na wysokości 1626-2269 m, a więc takiej – jak zwykli podkreślać Austriacy – że jest najkorzystniejsza dla zdrowia. Atutem ośrodka, i to w sferze zdrowotnej jest także sąsiedztwo Bordżomi, kurortu ze źródłami cenionych na świecie wód mineralnych, pijalnią i innymi – historycznymi oraz nowoczesnymi urządzeniami zdrojowymi.

Z nart nad morze
Goderdżi znalazło się na końcu listy, nie dlatego, że jest najgorsze. Jest najmłodsze, ośrodek otwarto w grudniu 2015 roku. Oferuje 13 km ratrakowanych tras na wysokości 1700-2390 m, a więc bardzo podobnie do Bakuriani. Otaczają go rozległe, raczej łagodne stoki Małego Kaukazu ciągnącego się na tureckim pograniczu, jakby stworzone do uprawiania freeride’u bądź górskich wędrówek na nartach tourowych. Goderdżi stanowi przy tym egzotyczną konkurencję dla francuskiej Isoli 2000. Stamtąd do Nicei, nad Adriatyk, jest zaledwie 100 km. Dokładnie tyle co z Goderdżi do Batumi nad Morzem Czarnym! Niedaleko znajdują się: słynne skalne miasto Vardzia i prastara twierdza Khertsivi w dolinie rzeki Mtkvari oraz tzw. zamki cyklopów – tajemnicze budowle megalityczne z poukładanych bez żadnej zaprawy bazaltowych bloków, które znajdziemy koło Akhalkalaki. Goderdżi warto wziąć pod uwagę przede wszystkim korzystając z lotów liniami Wizz Air. Leży bowiem 260 km od Kutaisi, a 490 km od Tbilisi.

Sezon długi i dłuższy
Ostatnią istotną zmienną jest długość sezonu zimowego. W Gudauri trwa on od pierwszej dekady grudnia niemal do końca kwietnia. W pozostałych czterech jest krótszy – zaczyna się dopiero pod koniec grudnia, a kończy w ostatnich dniach marca. Na ustabilizowanie śniegów pod kątem wypraw skialpinistycznych trzeba czekać jak w Alpach – do wiosny!


gruzja-narciarska_logoOpisy i porównanie gruzińskich ośrodków narciarskich z adresami zakwaterowania i pożytecznymi linkami: www.snow.ge

Portale ośrodków narciarskich w Gruzji
Gudauri: www.gudauri.info
Tetnuldi: www.tetnuldi.com oraz, pod kątem wypraw skitourowych: www.svanetibackcountry.com
Hatsvali: www.georgia.travel
Bakuriani: www.bakuriani.ge
Goderdżi: www.goderdzi.com


Dostępny na Youtube film przygotowany przez BBC zatytułowany „Skiers return to Georgia” z 2013 roku w sferze infrastruktury jest już dziś niczym więcej jak dokumentem z przeszłości. Pokazuje jednak piękno Kaukazu w rejonie Gudauri i jazdę off-pist po przelocie helikopterem (Heli-skiing).

Najwięcej filmów dotyczy Gudauri, ale coraz więcej zamieszczają też Youtuberzy z Tetnuldi i Goderdżi, zwłaszcza snowboarderzy.

Dawne szczepy gruzińskiej winorośli

Z ośmioma tysiącami lat tradycji, Gruzja zdystansowała konkurentów w wyścigu o miano kolebki światowego winiarstwa. Iran, gdzie w Hadzi Firuz Tepe istnieją ślady upraw z połowy VI tysiąclecia p.n.e. oraz Armenię z jaskinią Areni-1, potocznie określaną mianem „winiarni sprzed sześciu tysięcy lat”.

Odkrycia o epokowym znaczeniu dokonali pod koniec minionego stulecia archeologowie około 30 km na południe od Tbilisi. Znaleziono fragmenty glinianych naczyń z początków VI tysiąclecia przed Chrystusem z osadem kamienia winnego. Stanowisko Gadachrili Gora nie jest odosobnione. W sąsiednich neolitycznych osadach, ewidentnych dowodów uprawy winorośli w tak odległych czasach było więcej. A wśród nich pestki winogron o wydłużonym kształcie, charakterystycznym jedynie dla uprawnej winorośli (Vitis vinifera subsp. vinifera).

Winorośl - jeden z symboli Gruzji, fot. Paweł Wroński
Winorośl – jeden z symboli Gruzji, fot. Paweł Wroński

Wokół winiarskich tradycji Gruzja buduje dziś nie tylko ekonomiczną pozycję na światowym rynku, ale również swoją markę turystyczną. W październiku 2015 roku otwarto Nowe Gruzińskie Centrum Wina w Dżigaura (w ang. transkrypcji fonetycznej Jighaura), nieopodal Mcchety. Sponsorem tego przedsięwzięcie był Bidzina Iwaniszwili, lider politycznego frontu Gruzińskie Marzenie. Są tam winiarskie muzeum i laboratorium, repozytorium wina, piwnica, w której odbywają się degustacje oraz konferencyjne sale i gabinety. Natomiast rzędy winorośli tworzą wokół niepowtarzalny ogród botaniczny. Otacza się w nim opieką stare szczepy, bada je i odtwarza. 425 historycznych odmian już reaktywowano. Ale to nie koniec pracy placówki, gdyż w ciągu ośmiu tysiącleci, Gruzini używali ponad 500 szczepów. Współcześnie, na potrzeby komercyjnej produkcji wykorzystują zaledwie 40 spośród nich.

 

Podczas oficjalnego otwarcia Nowego Centrum Wina w Dżigaura w 2015 roku, premier gruzińskiego rządu, Irakli Garibaszwili podkreślił: „Chcemy pokazać całemu światu, że Gruzja jest ojczyzną winogron i wina.”.

 

Dziś ponad 70% produkowanego w Gruzji wina pochodzi z regionu Kachetii, z ciągnącej się u stóp Wysokiego Kaukazu rozległej doliny Alazani. Jednak historyczne dowody wskazują, że w przeszłości prym wiódł południowy region, Meschetia. Pod koniec XVI wieku Turcy spustoszyli tamtejsze tereny i przez 300 następnych lat nikt nie uprawiał winorośli w Meschetii. Winnice pojawiły się ponownie w czasach sowieckich. Większość nasadzeń zajmujących blisko 250 ha stanowiły wówczas szczepy francuskie, z których wyrabiano głównie wina musujące. Po rozpadzie ZSRR, kombinat upadł, a winnice opuszczono. W połowie pierwszej dekady XXI wieku, misji odtworzenia lokalnych szczepów podjął się Giorgi Natenadze. Jego rodzina prowadzi winiarnię w miejscowości Akhaltsikhe (ang. transkrypcja fonetyczna). On założył Vardzia Terraces, sadząc winorośl na tarasach uprawowych w pobliżu wykutego w skałach miasta Wardzia.

Regiony Gruzji, na czerwono oznaczona została Meschetia (to dawna nazwa). Infografika pochodzi ze domowej strony winiarni Giorgiego Natenadze: www.natenadze.company
Regiony Gruzji, na czerwono oznaczona została Meschetia (to dawna nazwa). Infografika pochodzi ze domowej strony winiarni Giorgiego Natenadze: www.natenadze.company (kliknij w link lub mapę – przejdziesz do strony).

Jak dotąd udało mu się zidentyfikować 24 z 40 miejscowych odmian. Aż 18 szczepów posadził w swojej winnicy, m.in.: tskhenisdzudzu tetri, meskhuri mtsvane, meskhuri kharistvala, tavdakiduli, akhaltsikhis tetri. Adaptuje zdziczałe krzewy, z których najstarsze mają dziś nawet 400 lat. Mimo to wciąż rodzą winogrona, z których Giorgi Natenadze robi niewielkie ilości szlachetnego trunku (góra 1200 butelek – łącznie z różnych odmian, rocznie). Nagradzany za winiarskie dokonania na festiwalach gruzińskich, spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem w Berlinie na targach RAW Wine 2016. Furorę zrobiły różne roczniki jego MeskhuriMeskhuri Tetri.

Lokalizacja winnic Giorgiego jest nieprzypadkowa. Wino ze szczepów sadzonych na doskonale zachowanych tarasach na zboczach wzgórz flankujących dolinę rzeki Mtkware, było przez setki lat konsumowane głównie w skalnym mieście. Zachowały się nawet tunele, którymi je z rodzinnej wsi Giorgiego – Czaczkari, dostarczano do składów w Wardzi. Ba, w mieście zachowały się składy, w których zlewano wino do wpuszczonych w skały ceramicznych stągwi – słynnych gruzińskich kwewri.

 

Nazwa Czaczkari (w ang. transkrypcji fonetycznej Chachkari) oznacza Bramę winogronowych skórek.

 

Zakładanie plantacji winorośli na tarasach należących do Vardzia Terraces pokazują filmy zamieszczone przez właściciela na Youtube (w styczniu 2017 i – dla porównania, z 2016 roku).


 

Jak informuje www.georgianday.com, w 2016 roku Gruzja wyeksportowała 50 mln butelek wina, osiągając zyski w wysokości 114 mln dolarów. Wśród importerów, na wysokiej pozycji znalazła się Polska:

  1. Rosja – 27,222,076 butelek

  2. Ukraina – 5,811,050 butelek

  3. Chiny – 5,299,149 butelek

  4. Kazachstan – 3,393,435 butelek

  5. Polska – 2,329,820 butelek

 


INFO
Gruzińskie wina i festiwal Telavino na stronach rządowych: www.georgianwine.gov.ge
Gruzińskie Wiadomości Winiarskie: www.news.hvino.com (tam także o festiwalach winiarskich w Tbilisi [odbywają się na wzgórzu z diabelskim młynem – Mtatsminda Park]); fanpage magazynu: www.facebook.com