Suliko – z Gruzji przez ZSRR w świat

„Suliko” to piosenka o miłości spod Kaukazu, której słowa napisał Akaki Cereteli, wybitny poeta, prozaik i publicysta gruziński przełomu XIX i XX stulecia. Muzykę skomponowała Warienka Cereteli (Варвара Спиридоновна Мачавариани).

Piosenkę w interpretacji Tamary Lordkipanidze nagrałem podczas Dnia kulturalnego Gruzji, zorganizowanego przez Centrum Międzykulturowe, 6 czerwca 2018, w siedzibie instytucji, przy Pl. Hallera w Warszawie (formalnie: Jagiellońska 54). www.centrumwielokulturowe.waw.pl


 

Akaki Cereteli (1912), fot. www.burusi.wordpress.com

Akaki Cereteli (1840-1915) pochodził ze starego arystokratycznego rodu gruzińskiego. Gruntownie wykształcony, postępowy intelektualista stanął na czele niepodległościowego ruchu, dążącego do wyzwolenia Gruzji spod kurateli carskiej Rosji.

Jako poeta i pisarz, pozostawił po sobie szereg pism patriotycznych, lirycznych, satyrycznych, humorystycznych. Jednak to rozsławiony pieśnią wiersz „Suliko”, sprawił, że o nazwisku Akakiego Ceretelego usłyszano daleko poza granicami niewielkiego kaukaskiego kraju.

Nie od razu jednak, bo jak na ironię, o popularności piosenki zdecydowano w czasach radzieckich, gdy Gruzja nie była już wprawdzie carską gubernią, ale nadal – jako republika radziecka – nie była wolna. Tak się złożyło, że ta romantyczna piosenka uwiodła samego Stalina. Może z sentymentu do ojczyzny, a może dlatego, że poruszała w jego duszy jakieś głęboko skrywane, delikatne struny. Żeby zaskarbić sobie przychylność ojca narodu, „Suliko” włączały do repertuaru kolejne radzieckie chóry, w tym słynny Chór Aleksandrowa, założony u schyłku lat 20. XX wieku. Dzięki ich koncertom – w krajach socjalistycznych, a po śmierci sowieckiego dyktatora, również poza granicami bloku – pieśń poznał cały świat.

Potem przyszedł czas na przeróbki i modyfikacje konwencji, ale także na tłumaczenia tekstu. Najpopularniejsze polskie słowa napisali Aleksander Rymkiewicz * i Wanda Sieradzka **, a wśród wielu wykonań, największym bodaj powodzeniem cieszyła się po wojnie interpretacja Chóru Czejanda do słów Rymkiewicza, potem zaś Sławy Przybylskiej do słów Sieradzkiej. Piosenkę do swojego repertuaru włączyła Eleni, chętnie wykonują ją piosenkarki i zespoły nurtu disco polo.

Suliko to imię dziewczyny, a jednocześnie… ‘dusza’ po gruzińsku.

Okładka płyty wydanej przez Muzę, na której „Suliko” wykonuje Chór Czejanda przy akompaniamencie Czesława Aniołkiewicza (fortepian), do słów Aleksandra Rymkiewicza (fot. z portalu www.staremelodie.pl)

* Suliko (słowa Aleksandra Rymkiewicza)

Chciałem znaleźć mej miłej grób,
Smutek co dzień me serce gniótł.
Wiosną młode serca bez miłości schną,
Gdzie ty jesteś, mów, Suliko?

W bujnym lesie kwiat róży drży,
Na jej płatkach lśnią rosy łzy.
Czy to ty tak pięknie wznosisz głowę swą,
Kwitnąc z dala stąd, Suliko?

Nad kochaną swą różą dziś
Słowik w gąszczu zgiął młody liść.
Zapytałem tak, jak wzdycha wody dno:
Czy to jesteś ty, Suliko?

Dziobkiem przywarł do listków drzew,
W ciszy lasu w krąg zabrzmiał śpiew
I dzwoniła pieśń słowika aż do dnia,
Jakby mówił mi: tak, to ja.

Słowa za: www.staremelodie.pl
Piosenka w wykonaniu Chóru Czejandawww.youtube.com


** Suliko (słowa Wandy Sieradzkiej)

Gdzie rozkwita kwiat, róży kwiat,
na gałązce siadł lotny ptak.
Zadrżał wśród listowia purpurowy pąk,
czemu serce drży, Suliko?
Zadrżał wśród listowia mały róży pąk,
czemu serce drży, Suliko?

Jedzie wrony koń spoza wzgórz,
jeździec zbliża się, wchodzi w próg.
Spragnionemu dajże wody, wyjdź przed dom,
czemu kryjesz się, Suliko?
Spragnionemu dajże wody, wyjdź przed dom,
czemu kryjesz się, Suliko?

Pięknie pachnie chleb, pachnie miód,
proszę, napij się, ucisz głód.
Ale nadaremnie ściga mnie twój wzrok,
inna jestem już Suliko.
Ale nadaremnie ściga mnie twój wzrok,
inna jestem już Suliko.

Wiłam z przędzy nić, długą nić,
z przędzy powstał szal, zwiewny szal.
Szal do przędzy niepodobny nic a nic,
i ty jesteś już nie ten sam.
Szal do przędzy niepodobny nic a nic,
i ty jesteś już nie ten sam.

Pobladł jeździec i ruszył w cwał,
w locie zerwał kwiat, róży kwiat.
Zdrada rani serce, kolec rani dłoń,
zapłakała w głos Suliko.
Bo umiera miłość, kiedy stargasz ją,
mówi stara pieśń, Suliko.

Piosenka w wykonaniu Sławy Przybylskiejwww.youtube.com


Po gruzińsku można posłuchać pieśni na Youtube, m.in. w wykonaniu Katie Melua, której towarzyszy męski chór „Shvid Katsa” (www.youtube.com), „Tria Tbilisi” (www.youtube.com), albo duetu Sorena i Stano: (www.youtube.com) oraz wielu innych.

Poniżej imponujące wykonanie pieśni przez Chór Armii Czerwonej, w którym dyryguje osobiście założyciel zespołu Борис Александрович Александров.

Я могилу милой искал,
Но ее найти нелегко,
Долго я томился и страдал;
Где же ты моя Сулико!

Розу на пути встретил я,
В поисках уйдя далеко,
Роза, пожалей, услышь меня,
Нет ли у тебя Сулико?

Среди роз душистых, в тени,
Песню соловей звонко пел,
Я у соловья тогда спросил
Сулико не ты ли пригрел?

Соловей вдруг замолчал,
Розу тронул клювом легко,
Ты нашел, что ищешь, – он сказал
Вечным сном здесь спит Сулико

Роза, наклонившись слегка,
Свой бутон раскрыв широко,
Тихо прошеплала мне тогда
Не найти тебе Сулико.


Słowa w języku oryginału (po gruzińsku)

სულიკო

საყვარლის საფლავს ვეძებდი,
ვერ ვნახე!.. დაკარგულიყო!..
გულამოსკვნილი ვჩიოდი:
„სადა ხარ, ჩემო სულიკო?!“

ეკალში ვარდი შევნიშნე,
ობლად რომ ამოსულიყო,
გულის ფანცქალით ვკითხავდი:
„შენ ხომ არა ხარ სულიკო?!“

სულგანაბული ბულბული
ფოთლებში მიმალულიყო,
მივეხმატკბილე ჩიტუნას:
„შენ ხომ არა ხარ სულიკო?!“

შეიფრთქიალა მგოსანმა,
ყვავილს ნისკარტი შეახო,
ჩაიკვნეს-ჩაიჭიკჭიკა,
თითქოს სთქვა: „დიახ, დიახო!“

Reklamy

Gruziński wkład w dzieje ludzkości

Choć podpisano ją jedynie skromnym numerem „5”, Czaszka z Dmanisi należy dziś do najcenniejszych w Gruzji artefaktów archeologicznych i jest ozdobą kolekcji prehistorycznych artefaktów Gruzińskiego Muzeum Narodowego.

Podobnie jak kości innych praludzi, znalezione w latach 1999-2005 w Dmanisi, w regionie Kwemo-Kartlii (na południowy zachód od Tbilisi, nieopodal granicy z Armenią), czaszka nr 5 wywróciła do góry nogami wcześniejsze teorie na temat pradziejów i ewolucji naszego gatunku. Jest bowiem jedyną kompletną, a przy wiekiem szacownym na… 1,85 mln. lat, także najstarszą czaszką ludzką, jaką dotąd odkryto poza kontynentem afrykańskim. Tym bardziej interesującą, że łączy w sobie cechy przypisywane dotychczas kilku gatunkom praprzodków współczesnego człowieka.

 

W 1991 roku archeolog David Lordkipanidze, prowadząc wykopaliska w Dmanisi, natrafił na szczątki wczesnego hominida. W przeciągu dekady kolekcja artefaktów wzbogaciła się o kolejne sensacyjne znaleziska, w tym pięć doskonale zachowanych czaszek oraz niemal kompletny szkielet. Światu ukazał się Homo georgicus erectus – Człowiekiem z Dmanisi.

 

Czaszka z Dmanisi (fot. z portalu Gruzińskiego Muzeum Narodowego; www.dmanisi.ge)

Zastanawiając się czy to nowa gałąź drzewa genealogicznego Homo sapiens, naukowcy opisali jak wyglądał odkryty w Gruzji osobnik. Był niewielkiej postury i miał niewielki mózg, choć proporcje ciała zbliżone do naszych. Poruszał się całkiem sprawnie, był wyprostowany i potrafił pokonywać długie dystanse. Używał prymitywnych narzędzi kamiennych, którymi umiał oprawiać upolowaną zwierzynę. Ba, z oględzin zachowanego szkieletu naukowcy wysnuli wniosek, że najprawdopodobniej, ten konkretny osobnik padł ofiarą szablozębnego tygrysa. Natomiast różnice między kształtem jego kości, a innych odnalezionych wówczas przedstawicieli linii Homo georgicus nie odbiegają od obserwowanych u ludzi współczesnych. Uczeni uznali zatem, że mamy do czynienia z nieznanym dotąd gatunkiem hominida, i zakwalifikowali człowieka z Dmanisi do wczesnej linii Homo erectus, czyli człowieka wyprostowanego. Tej, która około 2 mln lat temu wyruszyła z Afryki, zasiedlając odległe nawet zakątki świata.

Dyskutując nad jedyną słusznością przedstawionej teorii, przedstawiciele nauki są zgodni co do tego, że to przełomowe odkrycie dla dziejów rodzaju ludzkiego. Może bowiem dowodzić, że już w tak odległych czasach istniał tylko jeden gatunek człowieka, a różnice – podobnie jak dziś – wynikały jedynie z przystosowania do lokalnych warunków życia.


Dmanisi Museum-Reserve (85 km na południowy zachód od Tbilisi): www.museum.ge oraz www.dmanisi.ge
Na kanale Vimeo zamieszczony jest film, w którym prof. David Lordkipanidze opowiada o Damnisi, jednym z kluczowych dla światowej nauki stanowisk archeologicznych oraz o wyzwaniu jakim jest poznanie pradziejów naszego gatunku (www.vimeo.com).

 

Prof. David Lordkipanidze piastuje stanowisko dyrektora generalnego Gruzińskiego Muzeum Narodowego – placówki założonej w 2004 roku, patronującej kolekcjom zgromadzonym w 10 miejscach oraz 2 instytutom badawczym. Pod jego kierunkiem muzeum przekształciło się z instytucji typu sowieckiego w nowoczesną przestrzeń dla nauki i edukacji.

 

Nasi wspólni wyprostowani przodkowie patrzą w przyszłość (rekonstrukcja na podstawie odkryć dokonanych na przełomie tysiącleci w Dmanisi); zdjęcie z portalu www.museum.ge

Błogosławieństwo Gruzji

Woda bije w Gruzji z tysięcy źródeł we wszechobecnych górskich łańcuchach, spływa bystrymi rzekami i tworzy setki jezior, w których toni przegląda się południowokaukaski kraj.

Z wody czerpią Gruzini moc. W przenośni i dosłownie, bo ich kraj zasila energia elektryczna generowana w sieci hydroelektrowni rozlokowanych przy tamach na górskich rzekach. Ich budowę rozpoczęto już w latach 60. XX wieku, gdy Gruzja była jedną z radzieckich republik, ale impulsem do powszechnego wykorzystania siły wody, była polityczna separacja Abchazji oraz rosyjski protektorat nad jej terytorium. Wschodnia granica regionu biegnie bowiem doliną rzeki Enguri. Wznosi się na niej jedna z najwyższych na świecie betonowych zapór. Zamontowano tam turbiny hydroelektrowni, która do połowy pierwszej dekady XXI wieku pokrywała zapotrzebowanie na 40% energii elektrycznej całego kraju. Urządzenia hydroelektrowni mieszczą się niestety na abchaskim brzegu. Gdy żądnemu autonomii regionowi wsparcia udzieliła Rosja, w rękach wielkiego brata zza Kaukazu znalazł się także przełącznik prądu. Budując hydroelektrownie na innych rzekach, zwłaszcza na niemniej potężnej Aragwi, spływającej z Wielkiego Kaukazu wprost do Tbilisi, Gruzini za jednym zamachem uniezależnili się od abchaskiej samowoli i rosyjskiego nacisku. Nie odczuwają już problemów z elektrycznością. Ba, niczym w geście Kozakiewicza, rzęsiście oświetlają najważniejsze miasta: Tbilisi i czarnomorski kurort, Batumi.

Zapora na rzece Enguri ze sporną elektrownią, położoną na abchaskim brzegu, fot. Paweł Wroński

Tbilisi na źródłach stoi
Z wodą wiążą się legendarne początki gruzińskiej stolicy. Ba, jej nazwa – Tbilisi, wywodzi się od określenia gorących źródeł, na jakie podczas polowania natknął się król Wachtang Gorgosali. Goniąc za zranionym jeleniem dotarł do przesłoniętego oparami wody leśnego zakątka. Ciepła woda uleczyła rany zwierzęcia, a król oczarowany pięknem zakątka i cudowną mocą wody, nakazał w tym miejscu budowę miasta, do którego przeniósł stolicę z pobliskiej Mcchety. Było to półtora tysiąca lat temu. Nad źródłami powstała z czasem u bram miasta rozległa łaziebna dzielnica Abanotubani. Zaczerpniętym od perskich i tureckich najeźdźców obyczajem, zatrzymywały się w niej karawany, by zdrożeni kupcy mogli się oddać kąpieli i zmyć kurz ze szlaku. Dopiero po ablucjach wkraczano do miasta. Kopuły zabytkowych łaźni Orbeliani wciąż są charakterystycznym elementem panoramy starego Tbilisi. Woda ma temperaturę 40 st. C i nasycona jest związkami siarki, co nie umknie niczyjej uwadze ze względu na specyficzny zapach. Łaźnie zaś cieszą się ogromnym powodzeniem wśród mieszkańców i gości Tbilisi. Pod każdą z 15 kopuł znajduje się niewielki basen z ciepłą wodą oraz kilka marmurowych łóżek, na których klienci poddają się zabiegom. Kości aż trzeszczą gdy wprawny masażysta, zwany z turecka mekise, ustawia stawy na właściwych miejscach, skóra czerwienieje od nacierania, a mocno uderzane mięśnie rozluźniają się. W połączeniu z kojącym działaniem termalnej wody i delikatnych siarkowych wyziewów, masaż znakomicie relaksuje, ciało nabiera sprężystości, a energia zdaje się podwajać. Typowa sesja trwa około godziny. Wiele osób decyduje się jednak na dłuższy pobyt, zwłaszcza po to, by omawiać interesy. Pamiętać jedynie należy, że łaźnie nie są koedukacyjne. Wejście zaś, znajduje się przy ulicy Grishashvili, noszącej imię poety, który twierdził, że „być w Tbilisi i nie zażyć kąpieli w Orbeliani, to tak jak odwiedzić Paryż i nie zobaczyć Wieży Eiffel’a”.

Świat pije Borjomi
Światową sławę zawdzięczają Gruzini wodzie – butelkowanej mineralnej Borjomi (czyt. Bordżomi). Miejscowość, w której tryskają jej źródła rozsiadła się w malowniczej dolinie rzeki Mtkwari (znanej pod turecką nazwą Kura), wijącej się między pasmami Małego Kaukazu. Źródła były znane przynajmniej od I stulecia przed Chrystusem. Ale odkryte przez archeologów kamienne wanny z czasów rzymskich świadczą, że używano ich raczej do kąpieli, niż do picia. Tak było do XVI wieku, do tureckiej inwazji, po której region się wyludnił i o wodach zapomniano. Miejscowością zainteresowano się ponownie, gdy zachwyciła Wielkiego Księcia Romanowa. W 1842 roku wzniesiono z jego rozkazu pierwszą na terenie Gruzji carską rezydencję, a towarzyszący księciu dworzanie przyczynili się do powstania mody na wypoczynek w Bordżomi. Pod koniec stulecia składem oraz właściwościami wód i mikroklimatu zainteresowali się naukowcy, i wkrótce miejscowość przekształcono w uzdrowisko. W okresie międzywojennym XX wieku rozpoczęto przemysłową eksploatację źródeł, aby wodę rozprowadzać jako leczniczą. W czasach socjalistycznych kurort przeżywał oblężenie, ale nie rozwijano infrastruktury, więc po upadku ZSRR uzdrowisko szybko popadło w ruinę. Dziś powoli się odradza, kusząc pięknym parkiem ze źródłami. Wody nasycone dwutlenkiem węgla zaleca się do picia osobom z niewydolnością układu pokarmowego. W zasilanych gorącą siarkową wodą basenach urządza się kąpiele zdrowotne. Są zbawiennie dla zreumatyzowanych stawów i skóry. Butelkowaną wodę ze źródeł Bordżomi, Likani i Waszlowani-Kwibisi eksportuje się do ponad 30 krajów.

W Tskaltubo kąpał się Stalin
Tskaltubo leży w zachodniej części kraju, 7 km od Kutaisi. Imponuje pałacową architekturą i rozmachem założenia. Bryły wzniesionych tam monumentalnych budowli wieńczą szeregi kamiennych figur i dekorowane płaskorzeźbami frontony. Do kolumnowych portyków poprzedzających wejścia prowadzą szerokie schody. We wnętrzach nie poskąpiono marmurów, a wystroju dopełniają ciężkie, ozdobne żyrandole. Wszystko tonie w bujnej zieleni, tak charakterystycznej dla niewielkich gruzińskich nizin, jakie ciągną się na kształt klina od wybrzeża Morza Czarnego po Kutaisi. W parkowym otoczeniu jest mnóstwo połączonych schodami widokowych tarasów z tralkowymi balustradami. W prowadzących na nie alejkach tryska woda z wielkich kamiennych fontann. Zachowana pieczołowicie socrealistyczna aranżacja zdradza, że kompleks powstał w latach 40. O lokalizacji zadecydowały zasoby przesyconych radonem wód termalnych. Ich temperatura oscyluje koło 35-36 st. C. Kąpiele sprzyjają leczeniu i profilaktyce chorób układu sercowo-naczyniowego, skóry, narządów ruchu, metabolizmu, układu nerwowego i ginekologicznego. Walory zdrowotne, ciepły klimat i odległość od teatrów toczącej się wojny sprawiły, że właśnie tutaj radzieckie Ministerstwo Obrony założyło luksusowy ośrodek wypoczynkowo-rehabilitacyjny, który szybko zyskał popularność wśród krajowych elit. Ba, ponoć sam Stalin, rodowity przecież Gruzin, chętnie w nim wypoczywał. Ten argument wykorzystywany jest zresztą skwapliwie w promocji ośrodka, który po odrestaurowaniu otwarto ponownie w 2011 roku jako „Tskaltubo SPA Resort”. Oprócz basenów i zabiegowych gabinetów ośrodek oferuje hotelowe zaplecze, sale konferencyjne i koncertową. Do dyspozycji gości oddano też klub, herbaciarnię i bilardowe stoły.

Tskaltubo SPA koło Kutaisi – socrealistyczna architektura doby stalinowskiej, fot. Paweł Wroński

Orzeźwienie z wody
Wedle współczesnej wiedzy Gruzja jest kolebką winiarstwa. Świadczą o tym fragmenty glinianych naczyń z początków VI tysiąclecia przed naszą erą odkryte przez archeologów około 30 km na południe od Tbilisi, nieopodal Szulaweri. Są pokryte osadem kamienia winnego, a żadna inna z okolicznych roślin nie zawiera kwasu winowego. W okolicy znaleziono więcej świadectw uprawy winorośli, a przede wszystkim pestki winogron i sadzonki z tego samego okresu. Dowodząc ośmiu tysięcy lat tradycji, w wyścigu o miano kolebki winiarstwa, Gruzja wyprzedziła konkurentów – Iran, gdzie w Hadzi Firuz Tepe istnieją ślady upraw z połowy VI tysiąclecia p.n.e. oraz Armenię z jaskinią Areni-1, którą nazwano nawet „winiarnią sprzed 6 tysięcy lat”. Jednak historią jeszcze dłuższą niż winiarska szczycą się w Gruzji producenci piwa. Ba, starożytni Grecy opisywali mieszkańców dzisiejszej Gruzji jako georgias czyli uprawiających ziemię. W południowej części kraju odnaleziono dowody przechowywania ziarna pszenicy i narzędzia, którymi ją uprawiano już na przełomie VII i VI tysiąclecia przed Chrystusem, czyli niemal 9 tysięcy lat temu, a więc nawet dawniej niż winorośl. Od uprawy pszenicy do produkcji piwa tylko krok, natomiast na smak piwa wpływa w ogromnej mierze woda. Tej zaś, jako się rzekło, w Gruzji nie brakuje. Z górskich źródeł czerpią ją browary produkujące Mtieli – piwo z gór, na którego etykiecie piętrzą się kaukaskie szczyty i widać sylwetkę kozicy, Kazbegi – wizytówkę Wysokiego Kaukazu, czy Natakhtari, które w krótkim czasie podbiło 65% krajowego rynku. Ostatnim akordem jest moda na minibrowary. Wprawdzie dotarła do Gruzji niedawno, ale do grona faworytów w wyścigu o miano najlepszego piwa stanęły już tbiliskie restauracje Mirzaani, oferując chmielowy trunek z własnej warzelni. Tak oto dzieje korzystania z wody dla zdrowia i przyjemności zataczają w Gruzji krąg, zaczynając się i kończąc w Tbilisi.


INFO
Oficjalny portal z informacjami turystycznymi na temat Gruzji: www.exploregeorgia.org
Ciekawe i pożyteczne posty kolportuje facebook’owa społeczność Открой Грузию


Tekst był publikowany w zimowym zeszycie magazynu Eden w 2017 roku (www.spaeden.pl).


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Zainspirowane przez „Gaumarjos”

Bakłażan na gruzińską modłę. Przecinamy go na kilka plastrów, ale nie do końca, żeby dał się rozłożyć we wdzięczny wachlarz.

Następnie przekładamy plasterkami Mozarelli i pomidorów, posypujemy serem Feta, przyprawiamy wedle gustu mniej lub bardziej ostro, i zapiekamy w temperaturze 220 st. C. Nam zajęło to 25 minut, choć czas zależy pewnie od wielu czynników – najlepiej wypraktykować.

Ponadto, składniki można wzbogacać, tak jak my – o posiekane orzechy włoskie, zioła, czy wszechobecne w gruzińskiej kuchni ziarenka granatu.

Koleżanka przywiozła biały trunek z winiarni Ijevan (czyt.: Idżewan) z Armenii – kraju, który współzawodniczy z Gruzją o miano światowej kolebki winiarstwa. Wino Premium z ręcznie zbieranych winogron szczepów: karmrahyut, haghtanak, tigrani i saperavi (Ijevan Selected; www.ijevangroup.am), skomponowało się znakomicie z bakłażanem.


Dla Davida Gamtsemlidze (www.gaumarjos.pl) wielkie dzięki za inspirację! Eli chwała za wino! A dla Edyty – gratulacje, bo bakłażan był pyszny 🙂

Gaumarjos!


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Gruzińscy potomkowie krzyżowców

W Szatili czy Barisacho, najsłynniejszych bodaj wioskach Chewsuretii, zdumiewają wieże mieszkalne. Są podobne do swaneckich, ale zestawione w skupieniu, zamieniają wsie w fortece.

W miejscowym dialekcie są wyraźne reminiscencje gruzińskiego języka literackiego z okresu średniowiecza, a w ludowej muzyce, wątki melodyczne i teksty zaczerpnięte jakby z repertuaru dawnych minstreli.

Etnograf rosyjski Arnold Zisserman, który w latach 1842-1867 badał kulturę kaukaskich górali, wysunął teorię, że Chewsurowie są potomkami krzyżowców. Szukając izolacji, czy też do niej przymuszeni, osiedli na niedostępnych terenach i bronili swoich dziedzin, wykorzystując doświadczenia wyniesione z walk z Saracenami.

Hipotezę Zissermana podbudował amerykański podróżnik Richard Halliburton. Przemierzając Chewsuretię odnajdywał starofrancuskie i germańskie wpływy w dialekcie autochtonów. W wydanej w latach 30. XX w. książce zamieścił fotografie przedstawiające zawieszone w izbach zbroje i oręż sprzed stuleci. W obrzędach towarzyszących celebrowaniu świąt dostrzegał podobieństwo do praktyk stosowanych przez krzyżowców. Ba, nawet współcześnie, chłopcy poddawani inicjacji podczas letniego święta Atengenoby, przechodzą chrzest krwi.

 

W książce „Seven League Boots” z 1935 roku, Richard Halliburton opisał wyjątkowe wydrzenie, którego świadkiem był w Tbilisi w 1915 roku. W rozdizale „The Last of the Crusaders” Halliburton napisał:Wiosną 1915, kilka miesięcy po tym jak Rosja Russia’s wypowiedizała wojnę Turcji, zastęp krzyżowców z XII stulecia odzianych od stóp do głów w kolczugi z tarczami i mieczami pojawił się na koniach na główwnej ulicy Tiflis [jak z rosyjska nazywano Tbilisi]. Ludzie wybałuszali oczy ze zdziwienia. Ale to nie była grupa statystów filmowych. To byli krzyżowcy albo ich duchy.” Zdjęcie otwarcia prezentuje jedną z zamieszczonych przez niego fotografii. Więcej: www.georgiaabout.com.

 

Chewsuretia nie ma pisanych kronik, ale przekazywane ustnie podania, w których już dawno zatarły się daty i miejsca zdarzeń. Podania sąsiadów dowodzą niebywałego kunsztu jakim górale z Chewsuretii wykazywali się w walce. Dodawała im sił wiara w krzyż z Gudani, którego czuli się obrońcami. A tak na marginesie, podobieństwo krzyży z płaszczów krzyżowców i z gruzińskiego sztandaru jest również uderzające.

Kultura regionalna odchodzi niestety w niepamięć, bo trwa migracja zapoczątkowana przesiedleniami Chewsurów przez władze radzieckie. W regionie pozostało nieco ponad 3 tys. mieszkańców, a osady, w których żyje kilka rodzin uchodzą za spore. Już wkrótce, oryginalne tradycje Chewsurów mogą więc ostać się jedynie w tańcu wojennym. Jak można przypuszczać, był dla nich formą treningu umiejętności przydatnych w walce. Stał się najefektowniejszym układem choreograficznym w repertuarze Narodowego Baletu Gruzińskiego „Sukhishvili”, Akademickiego Zespołu Pieśni i Tańca „Rustavi”, czy Narodowego Zespołu Tańca „Romiosini”. W wykonaniue tego ostatniego zespołu taniec oparty o tradycje Chewsuretii, w filmie „Georgian Dance of Khevsureti region >Parikaoba<„.

Argonauci 1986 – Gruzja po radziecku

Zapożyczyłem od przyjaciół Gruzinów historię wyprawy po Złote Runo. Po prostu nie mogłem się oprzeć!

Dodam tylko, że moim faworytem jest Orfeusz – ech, jakżeż on tam artystycznie brzdąka na cytrze! Musicalową wersję mitu o Argonautach ВИА „Иверия” – Лейтмотив „Арго” („Аргонавты”, 1986), zamieściła na swoim FB-fanapage’u Georgia / Грузия.

Арго, разве путь твой ближе, чем дорога Млечная?
Арго, о каких потерях плачет птица встречная?
Парус над тобой поднятый судьбой —
Это флаг разлуки, странствий знамя вечное.
Парус над тобой поднятый судьбой —
Это флаг разлуки, странствий знамя вечное.
   На-на-на-най…

Арго, да пошлёт нам небо путь с луной и звёздами.
Арго, если сникнет парус, мы ударим вёслами.
Что ж в конце концов, путь — вся цель гребцов.
Bот, что нам открыли зимы с вёснами.
Что ж в конце концов, путь — вся цель гребцов.
Bот, что нам открыли зимы с вёснами.
   На-на-на-най…


Kilka faktów dla niewtajemniczonych
Za inscenizację kryli się ludzie radzieccy bo to było w 1986 r., a więc dopiero u progu pieriestrojki, i Gruzja była jedną z republik ZSRR. Motyw wiąże się ściśle z Gruzją, gdyż tam gdzie dziś Kutaisi i Batumi, była mityczna Kolchida. Runo baranka nie jest wcale wyssane z palca, bo na Kaukazie, na dnie złotonośnych potoków układano baranią skórę. Bezcenny pył osiadał pośród włosów, skórę wyjmowano, suszono na słońcu, a pył strzepywano. Ot, i cała historia. Reszta jest fantazją poetów.


„Арго” (песня аргонавтов; музыка-Александр Басилая, слова-Юрий Ряшенцев) – лейтмотив из телевизионного фильма-мюзикла «Весёлая хроника опасного путешествия» с участием ВИА «Иверия» (оригинальное название мюзикла «Аргонавты»), снятого Евгением Гинзбургом в 1986 году. Poniżej – cały film.

Kapka z Keti – Gruzja z kwewri

Od niepamiętnych czasów gruzińskie wina powstawały w glinianych, zakopanych w ziemi naczyniach zwanych kwewri. Wielu winiarzy spod Kaukazu po dziś dzień hołduje tej tradycyjnej, archaicznej metodzie.

Kwewri porzucone przy drodze z Kutaisi do Tbilisi, fot. Paweł Wroński

Ich rustykalny charakter jednym przypadnie do gustu, inni go zdecydowanie odrzucą. Żeby wyrobić sobie pogląd nie trzeba nawet wyjeżdżać do Gruzji, ponieważ tego typu wina są coraz częściej obecne na polskim rynku.

Dominują wśród nich trunki z białych, sztandarowych dziś dla Gruzji szczepów: mtsvane, rkatsiteli, tsinandali. Nic dziwnego, gdyż białe wina stanowią w Gruzji około 75% całej produkcji winiarskiej. Pośród czerwonych najpopularniejszym jest saperavi – sczep tym ciekawszy, że grona tej winorośli mają nie tylko czerwoną skórkę, ale również miąższ.

Kwewri używane są współcześnie w Gruzji i w sąsiedniej Armenii (tam nazywa się je karas), a więc w krajach w których znaleziono najstarsze jak dotąd ślady świadczące o uprawie winorośli i wyrobie wina – sprzed 8 tys. lat! Kwewri to wyrabiane ręcznie i wypalane, gliniane naczynie. Z reguły o pojemności kilkuset litrów, choć bywają większe. Od ogromnych kraterów czy amfor różnią się przede wszystkim tym, że nie mają uszu, a zamiast dna uformowaną w szpic końcówkę. Kwewri zakopuje się bowiem w ziemi, a nie stawia tak jak używane w Grecji czy na Cyprze – służące także do winifikacji i przechowywania wina – pitosy.

Mariusz Kapczyński w Klubie Smolna 8, fot. Paweł Wroński

Szereg trunków powstających w kwewri zaprezentował w Studio Smolna 8 na warszawskim Powiślu, Mariusz Kapczyński. Wsparła go urodziwa Młoda Ambasador Gruzji, Keti Prangulaishvili, opowiadając o stosunku swych rodaków do wina, kultury picia i wyrobu szlachetnego trunku.

Mariusz Kapczyński prowadzi e-kurier Vinisfera, poświęcony światu wina, alkoholi i kulinariów oraz podróżom z nimi związanym, ponadto warsztaty i prezentacje, propagujące kulturę przez pryzmat potraw i bukietu trunków.

Keti (Ketevan) Prangulaishvili, fot. Paweł Wroński

Wyjaśniając rolę tamady podczas tradycyjnej supry, Keti przytoczyła zabawny toast. Zaiste godny zręcznego tamady. Co najciekawsze – zasłyszany w Polsce… jako gruziński, a jej wcześniej nieznany.

W romantycznym zaułku starego miasta w Tbilisi, młody Gruzin całuje się z urodziwą blondynką. Następnego dnia, ten sam mężczyzna, w tym samym zaułku, całuje się z piękną ale tym razem rudowłosą dziewczyną. Trzeciego dnia sytuacja się powtarza, tyle, że piękna dziewczyna jest… brunetką. Wypijmy więc Gruzini za stałość mężczyzn i zmienność kobiet! Gaumardżos!

 

 

 


 

Wolontariuszka projektu Most do Gruzji, Ketevan (zdrobniale Keti) Prangulaishvili, jest dd 2016 r. – już po raz drugi, Młodym Ambasadorem Gruzji w Polsce (programu Ministerstwa Sportu i Młodzieży Republiki Gruzji).

 

Wina z kwewri, fot. Paweł Wroński

INFO
O kulturze stołu w Gruzji traktuje program Poznaj Smak Gruzji. Prezentację okrasiła smakiem grillowanych mięs ekipa „Grilla kaukaskiego”, który działa sezonowo w Wólce Kossowskiej pod Warszawą (przy trasie Warszawa-Kraków, przy Uroczej 8). Nie fotografowałem, bo w różowym świetle potrawy traciły na estetyce. Ich smak był jednak znakomity, więc lokal zarządzany przez kucharza z Armenii, Pavla Portoyana, gorąco polecam (www.facebook.com).

„In vino veritas” – słynna maksyma jest oczywiście łacińska, ale słowo na określenie szlachetnego trunku – znacznie od niej starsze – wywodzi się od gruzińskiego „gvino”, fot. Paweł Wroński

Symbole współczesnego Tbilisi

Stolica Gruzji rozpełzła się po wzgórzach, ale jej historyczne centrum tłoczy się w kotlinie przeciętej nurtem rzeki Mtkwari. Tbilisi założył półtora tysiąca lat temu król Wachtang Gorgosali, w miejscu, w którym biją gorące siarkowe źródła.

Łaźnie siarkowe Orbeliani są pozostałością całej kąpielowej dzielnicy, z której u wrót Tbilisi korzystali kupcy przed wkroczeniem do miasta, fot. Paweł Wroński

Kopuły łaźni Orbeliani są więc jednym z głównych symboli miasta. Świadectwem na poły legendarnych początków oraz tradycji, która nakazywała zatrzymywać się karawanom u bram. Kupcy najpierw obmywali w łaźniach pył z drogi, a dopiero potem wkraczali do miasta. W czasach perskich, kąpielowe urządzenia tworzyły rozległą dzielnicę. Zachowany kompleks łączy więc przeszłość z teraźniejszością, ciesząc się wciąż ogromną popularnością. Czynny od rana do późnej nocy, oferuje niezbyt kosztowne seanse z relaksującym masażem tureckim. Za większe pieniądze można natomiast wynająć cały aneks tylko dla siebie, i to na dłużej. Korzystają z tego biznesmeni, umawiając się w łaźniach na ważne spotkania.

Most Pokoju w Tbilisi, otwarty w 2010 roku (tylko dla pieszych), fot. Paweł Wroński

Przerzucony w 2010 roku nad rzeką Most Pokoju ze stali i szkła, złośliwi nazywają podpaską. Zbudowany według projektu włoskiego architekta Michela de Lucchiego jest przeznaczony tylko dla pieszych. Blisko zeń do gmachu gruzińskiego parlamentu i do stacji kolejki gondolowej, której wagonikami wyjeżdża się na wzgórze, do twierdzy Narikała. Do ruin odwiecznej siedziby gruzińskich władców, a zarazem na wspaniały punkt widokowy. Na wzgórzu stoi monument Matki Gruzji. Ma socrealistyczną formę i ponadczasową wymowę. Matka Gruzja dzierży w jednej dłoni miecz dla wrogów, a w drugiej puchar wina dla przyjaciół. Wyzwolonych, nowoczesnych Gruzinek nie satysfakcjonuje. Bo chociaż w dziejach ich kraju kluczową rolę odegrały św. Nina i królowa Tamara zwana Wielką, żadnej jak dotąd nie uczczono pomnikiem. Matka Gruzja, owszem, jest kobietą, ale to alegoria, więc się nie liczy!

Nadszarpnięta przez czas wieża telewizyjna w parku Mtatsminda i monumentalny budynek mieszczący dziś restaurację z widokowym tarasem, fot. Paweł Wroński

Na sąsiednim wzgórzu z parkiem Mtatsminda sterczy wieża telewizyjna, zamknięta dziś, bo zrujnowana pamiątka czasów socjalistycznych, a obok jest wielkie koło diabelskiego młyna. Trudno więc pomylić to wzgórze z innymi. Z wagonika szynowej kolejki, którą najłatwiej się na nie dostać świetnie widać imponującą siedzibę najbogatszego Gruzina. Bidzina Iwaniszwili dorobił się fortuny w Rosji w latach 90. XX w. Po powrocie do kraju, wystawił tę na wskroś nowoczesną rezydencję, określaną skromnie mianem willi, i zajął polityką. Jest liderem, posiadającego od kilku lat większość w parlamencie frontu Gruzińskie Marzenie.

Sobór Świętej Trójcy dominuje w panoramie lewobrzeżnego Tbilisi, fot. Paweł Wroński

Z obu wzgórz flankujących miasto od zachodu, widać imponującą cerkiew Świętej Trójcy. Majestatyczna świątynia góruje nad wschodnią częścią gruzińskiej stolicy, sprawiając wrażenie szacownego zabytku, choć nim nie jest. Owszem architekturą nawiązuje do formy najstarszych cerkwi, ale powstała niedawno, bo na przełomie XX i XXI w. Niemal cudem, gdyż inwestycja była tak kosztowna, że budowę rozpoczętą z rozmachem w 1995 r., trzeba było przerwać. Rezydujący w stolicy Patriarcha Całej Gruzji – Katolikos Eliasz II zwrócił się wtedy do wiernych, by hojnie uczcili jubileusz 2 tysięcy lat chrześcijaństwa. Pragnący zachować anonimowość biznesmeni odpowiedzieli na apel i świątynia wystrzeliła w niebo. Ma 68 m wysokości, a jej kopułę wieńczy 7-metrowy pozłacany krzyż. Wysokością konkurować może z nią jedynie luksusowy hotel Biltmore w północnej części miasta. Ten najwyższy na całym Kaukazie błękitny drapacz chmur otwarto z hukiem latem 2016 r. przy głównej miejskiej arterii, Alei Rustawelego. Właścicielem jest międzynarodowa sieć Millenium Hotels & Resorts, za którą kryje się kapitał arabskich szejków naftowych, reprezentowany przez kompanię inwestycyjną Dhabi Group.

Najnowszy drapacz chmur w Tbilisi skrzy się w słońcu. Otwarto go z pompą w 2016 roku. Należy do międzynarodowej sieci Millenium Hotels & Resorts, fot. Paweł Wroński

Wszystkie te obiekty łatwo zidentyfikować w krajobrazie miasta. Nawet wieczorami, gdyż Tbilisi olśniewa iluminacją. Trudno przy tym nie uśmiechnąć się pobłażliwie, gdyż czerpiąc energię z hydroelektrowni na górskich rzekach, Gruzini zdają się być przekonani, że jest ona Darem Bożym, niewyczerpanym niczym biblijna manna. Z drugiej strony trudno im się dziwić. Gdy Rosjanie, „wspierając” separatystyczne dążenie Abchazji, zawładnęli elektrownią na rzece Enguri, pokrywającą 40% zapotrzebowania na energię elektryczną całego kraju, wydawało się, że Gruzini będą musieli tak tańczyć, jak im Wielki Brat zagra. Jednak się zmobilizowali i szybko rozbudowali sieć hydroelektrowni. Iluminacje stolicy i nadmorskiego kurortu Batumi, są więc demonstracją niezależności, ‘gestem Kozakiewicza’ dedykowanym sąsiadowi zza Kaukazu.

Wnętrze Katedry Sioni – jednego z tradycyjnych symboli Tbilisi; pzechowywany jest tam z wielką estymą krzyż św. Niny – największa relikwia gruzińskiego kościoła autokefalicznego, fot. Paweł Wroński

Informacje o Tbilisi: www.info-tbilisi.com oraz www.georgiaabout.com
Lotnisko w Tbilisi: www.tbilisiairport.com


Materiał przygotowany dla portalu fly4free w lutym 2017.

5 x Gruzja, czyli narty na Kaukazie

Gudauri, Bakuriani, Goderdżi, Hatsvali i Tetnuldi – oto pięć gruzińskich ośrodków narciarskich. Trzy z nich zorganizowane są w Wysokim, a dwa w Małym Kaukazie. We wszystkich nie ma się co martwić o śnieg, ponieważ nawet Mały Kaukaz to wielkie góry, sięgające 3 tysięcy metrów wysokości.

Nad podziw szybko posuwają się w nich zimowe inwestycje. Jeszcze nie tak dawno w najszerzej znanym Gudauri było zaledwie 15 km urządzonych tras. Dziś jest 57 km, a licząc z nieratrakowanymi, a łatwo dostępnymi z zainstalowanych w ośrodku wyciągów – ponad 70 km. Inna rzecz, że największy gruziński ośrodek to póki co jedynie kompleks hoteli i wyciągów. Z drugiej jednak strony wokół rozciągają się nieograniczone niemal tereny wymarzone wprost do jazdy off-pist oraz skitouringu i paraglaidingu – również zimowego. Nieograniczone – rzecz jasna – pod względem rozległości terenu, bo zagrożenie lawinowe może zniweczyć śmiałe plany. Nie wolno o tym zapominać. Jednak narciarze z różnych krajów takie właśnie sportowe, może nawet ekstremalne oblicze ośrodka cenią najwyżej.

W Gudauri jeździ się najwyżej
Trasy w Gudauri poprowadzono na wysokości 2000-3250 m, a najdłuższa z nich jest 7-kilometrowa. Gruzini muszą lubić tę liczbę, ponieważ w Bakuriani i Goderdżi najdłuższe trasy mają także długość 7 km. Najdłuższą trasą szczyci się otwarte w 2015 roku Tetnuldi – 9,5 km. Ten ośrodek stanowi chyba najpoważniejszą w tej chwili konkurencję dla Gudauri. Urządzono go w Swanetii, na stokach potężnego szczytu o takiej nazwie i wysokości 4858 m, piętrzącego się w okolicach Mestii. O tym miasteczku, które jako centrum turystyczne rozwija się dynamicznie zaledwie od dekady, przybysze z zagranicy mówią – ze słabnącym przekąsem, za to coraz głośniej – gruzińskie Chamonix [!]. Mestia położona jest bowiem u stóp uchodzącej za najpiękniejszą na Kaukazie Uszby. Szybko się rozrasta i unowocześnia, ponieważ musi je odwiedzić każdy kto zmierza do słynnego Uszguli (położonej na Kaukazie najwyżej zamieszkałej wioski, w której istnieją i są wciąż używane średniowieczne wieże mieszkalne). Innej drogi po prostu nie ma.

W Tetnuldi niewiele niżej
Tetnuldi oferuje 25 km ratrakowanych tras, poprowadzonych na niemniej atrakcyjnej niż w Gudauri wysokości, to znaczy 2265-3165 m. Walory Mestii jako centrum sportów zimowych podnosi także sąsiedztwo drugiego ośrodka – Hatsvali. Jest tam co prawda tylko 6 km tras urządzonych na wysokości 1865-2347 m, ale w związku z niższym położeniem mają odmienny charakter. Oba kompleksy dzieli dystans 15 km. Z Hatsvali do Mestii jest zaledwie 8 km, a z Tetnuldi – 15 km. Z najwyższego punktu, na który można dotrzeć wyciągami w Hatsvali roztacza się wspaniała panorama z dwuwierzchołkową Uszbą, piramidalnym Tetnuldi i innymi kaukaskimi gigantami, którą podziwia się ze wyniesionej tam restauracji.

Dla osób, które poza białym szaleństwem chciałyby posmakować gruzińskiej kultury, Mestia z dwoma mniejszymi ośrodkami może być nawet atrakcyjniejsza niż Gudauri. Wspomnieć wystarczy interesujące muzeum prezentujące kulturę Swanetii, regionu dość szczególnego, bo przez wieki niemal całkowicie odizolowanego od świata. Kolekcja lokalnych ikon, czy zbiór misternie zdobionych przedmiotów codziennego użytkowych są naprawdę imponujące. Lokale gastronomiczne mają europejski sznyt, choć serwują przede wszystkim tradycyjne dania i gruzińskie wina. W osiedlach rozrzuconych po okolicy sterczą wieże mieszkalne takie same jak w Uszguli, tyle że mniej romantycznie bo otaczają je nowe budynki.

Bliżej Kuatisi – bliżej Tbilisi
Znaczącą rolę przy wyborze miejsca odgrywają w Gruzji prozaiczne względy. Jeżeli lecimy samolotem Wizz Air, wylądujemy w Kutaisi, a stamtąd bliżej do Mestii i jej stacji narciarskich (od 210 km do Hatsvali do 225 km do Tetnuldi), niż przez Tbilisi do Gudauri (łącznie 300 km, w tym Gruzińską drogą wojenną z Tbilisi do celu – 120 km). Jeśli skorzystamy z połączeń LOT-u, którego samoloty lądują w Tbilisi, logiczniejszym wydaje się wybór Gudauri. Przejazdy, ze względu na stan dróg, nie są łatwe. Przejażdżka w tę i z powrotem z Gudauri do Tbilisi, to 240 km (120 w jedną stronę). Praktycznie więc, zajmie cały, krótki przecież zimowy dzień. Na miejscu, oferta après-ski – jak na razie – jest dość skromna. A decyzji co do miejsca, w którym spędzimy zimowy urlop w Gruzji nie będzie łatwo zmienić.

Zdrowy środek
Bakuriani można nazwać z powodzeniem „ośrodkiem środka” – złotego środka. Zarówno bowiem z Tbilisi jak z Kutaisi nie jest doń zbyt daleko. Odpowiednio – 184 i 160 km. Kolejki i wyciągi obsługują tam 16 km tras poprowadzonych na wysokości 1626-2269 m, a więc takiej – jak zwykli podkreślać Austriacy – że jest najkorzystniejsza dla zdrowia. Atutem ośrodka, i to w sferze zdrowotnej jest także sąsiedztwo Bordżomi, kurortu ze źródłami cenionych na świecie wód mineralnych, pijalnią i innymi – historycznymi oraz nowoczesnymi urządzeniami zdrojowymi.

Z nart nad morze
Goderdżi znalazło się na końcu listy, nie dlatego, że jest najgorsze. Jest najmłodsze, ośrodek otwarto w grudniu 2015 roku. Oferuje 13 km ratrakowanych tras na wysokości 1700-2390 m, a więc bardzo podobnie do Bakuriani. Otaczają go rozległe, raczej łagodne stoki Małego Kaukazu ciągnącego się na tureckim pograniczu, jakby stworzone do uprawiania freeride’u bądź górskich wędrówek na nartach tourowych. Goderdżi stanowi przy tym egzotyczną konkurencję dla francuskiej Isoli 2000. Stamtąd do Nicei, nad Adriatyk, jest zaledwie 100 km. Dokładnie tyle co z Goderdżi do Batumi nad Morzem Czarnym! Niedaleko znajdują się: słynne skalne miasto Vardzia i prastara twierdza Khertsivi w dolinie rzeki Mtkvari oraz tzw. zamki cyklopów – tajemnicze budowle megalityczne z poukładanych bez żadnej zaprawy bazaltowych bloków, które znajdziemy koło Akhalkalaki. Goderdżi warto wziąć pod uwagę przede wszystkim korzystając z lotów liniami Wizz Air. Leży bowiem 260 km od Kutaisi, a 490 km od Tbilisi.

Sezon długi i dłuższy
Ostatnią istotną zmienną jest długość sezonu zimowego. W Gudauri trwa on od pierwszej dekady grudnia niemal do końca kwietnia. W pozostałych czterech jest krótszy – zaczyna się dopiero pod koniec grudnia, a kończy w ostatnich dniach marca. Na ustabilizowanie śniegów pod kątem wypraw skialpinistycznych trzeba czekać jak w Alpach – do wiosny!


gruzja-narciarska_logoOpisy i porównanie gruzińskich ośrodków narciarskich z adresami zakwaterowania i pożytecznymi linkami: www.snow.ge

Portale ośrodków narciarskich w Gruzji
Gudauri: www.gudauri.info
Tetnuldi: www.tetnuldi.com oraz, pod kątem wypraw skitourowych: www.svanetibackcountry.com
Hatsvali: www.georgia.travel
Bakuriani: www.bakuriani.ge
Goderdżi: www.goderdzi.com


Dostępny na Youtube film przygotowany przez BBC zatytułowany „Skiers return to Georgia” z 2013 roku w sferze infrastruktury jest już dziś niczym więcej jak dokumentem z przeszłości. Pokazuje jednak piękno Kaukazu w rejonie Gudauri i jazdę off-pist po przelocie helikopterem (Heli-skiing).

Najwięcej filmów dotyczy Gudauri, ale coraz więcej zamieszczają też Youtuberzy z Tetnuldi i Goderdżi, zwłaszcza snowboarderzy.

Dawne szczepy gruzińskiej winorośli

Z ośmioma tysiącami lat tradycji, Gruzja zdystansowała konkurentów w wyścigu o miano kolebki światowego winiarstwa. Iran, gdzie w Hadzi Firuz Tepe istnieją ślady upraw z połowy VI tysiąclecia p.n.e. oraz Armenię z jaskinią Areni-1, potocznie określaną mianem „winiarni sprzed sześciu tysięcy lat”.

Odkrycia o epokowym znaczeniu dokonali pod koniec minionego stulecia archeologowie około 30 km na południe od Tbilisi. Znaleziono fragmenty glinianych naczyń z początków VI tysiąclecia przed Chrystusem z osadem kamienia winnego. Stanowisko Gadachrili Gora nie jest odosobnione. W sąsiednich neolitycznych osadach, ewidentnych dowodów uprawy winorośli w tak odległych czasach było więcej. A wśród nich pestki winogron o wydłużonym kształcie, charakterystycznym jedynie dla uprawnej winorośli (Vitis vinifera subsp. vinifera).

Winorośl - jeden z symboli Gruzji, fot. Paweł Wroński
Winorośl – jeden z symboli Gruzji, fot. Paweł Wroński

Wokół winiarskich tradycji Gruzja buduje dziś nie tylko ekonomiczną pozycję na światowym rynku, ale również swoją markę turystyczną. W październiku 2015 roku otwarto Nowe Gruzińskie Centrum Wina w Dżigaura (w ang. transkrypcji fonetycznej Jighaura), nieopodal Mcchety. Sponsorem tego przedsięwzięcie był Bidzina Iwaniszwili, lider politycznego frontu Gruzińskie Marzenie. Są tam winiarskie muzeum i laboratorium, repozytorium wina, piwnica, w której odbywają się degustacje oraz konferencyjne sale i gabinety. Natomiast rzędy winorośli tworzą wokół niepowtarzalny ogród botaniczny. Otacza się w nim opieką stare szczepy, bada je i odtwarza. 425 historycznych odmian już reaktywowano. Ale to nie koniec pracy placówki, gdyż w ciągu ośmiu tysiącleci, Gruzini używali ponad 500 szczepów. Współcześnie, na potrzeby komercyjnej produkcji wykorzystują zaledwie 40 spośród nich.

 

Podczas oficjalnego otwarcia Nowego Centrum Wina w Dżigaura w 2015 roku, premier gruzińskiego rządu, Irakli Garibaszwili podkreślił: „Chcemy pokazać całemu światu, że Gruzja jest ojczyzną winogron i wina.”.

 

Dziś ponad 70% produkowanego w Gruzji wina pochodzi z regionu Kachetii, z ciągnącej się u stóp Wysokiego Kaukazu rozległej doliny Alazani. Jednak historyczne dowody wskazują, że w przeszłości prym wiódł południowy region, Meschetia. Pod koniec XVI wieku Turcy spustoszyli tamtejsze tereny i przez 300 następnych lat nikt nie uprawiał winorośli w Meschetii. Winnice pojawiły się ponownie w czasach sowieckich. Większość nasadzeń zajmujących blisko 250 ha stanowiły wówczas szczepy francuskie, z których wyrabiano głównie wina musujące. Po rozpadzie ZSRR, kombinat upadł, a winnice opuszczono. W połowie pierwszej dekady XXI wieku, misji odtworzenia lokalnych szczepów podjął się Giorgi Natenadze. Jego rodzina prowadzi winiarnię w miejscowości Aczalkicze (ang. transkrypcja fonetyczna Achalciche). On założył Vardzia Terraces, sadząc winorośl na tarasach uprawowych w pobliżu wykutego w skałach miasta Wardzia.

Regiony Gruzji, na czerwono oznaczona została Meschetia (to dawna nazwa). Infografika pochodzi ze domowej strony winiarni Giorgiego Natenadze: www.natenadze.company
Regiony Gruzji, na czerwono oznaczona została Meschetia (to dawna nazwa). Infografika pochodzi ze domowej strony winiarni Giorgiego Natenadze: www.natenadze.company (kliknij w link lub mapę – przejdziesz do strony).

Jak dotąd udało mu się zidentyfikować 24 z 40 miejscowych odmian. Aż 18 szczepów posadził w swojej winnicy, m.in.: tskhenisdzudzu tetri, meskhuri mtsvane, meskhuri kharistvala, tavdakiduli, akhaltsikhis tetri. Adaptuje zdziczałe krzewy, z których najstarsze mają dziś nawet 400 lat. Mimo to wciąż rodzą winogrona, z których Giorgi Natenadze robi niewielkie ilości szlachetnego trunku (góra 1200 butelek – łącznie z różnych odmian, rocznie). Nagradzany za winiarskie dokonania na festiwalach gruzińskich, spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem w Berlinie na targach RAW Wine 2016. Furorę zrobiły różne roczniki jego MeskhuriMeskhuri Tetri.

Lokalizacja winnic Giorgiego jest nieprzypadkowa. Wino ze szczepów sadzonych na doskonale zachowanych tarasach na zboczach wzgórz flankujących dolinę rzeki Mtkware, było przez setki lat konsumowane głównie w skalnym mieście. Zachowały się nawet tunele, którymi je z rodzinnej wsi Giorgiego – Czaczkari, dostarczano do składów w Wardzi. Ba, w mieście zachowały się składy, w których zlewano wino do wpuszczonych w skały ceramicznych stągwi – słynnych gruzińskich kwewri.

 

Nazwa Czaczkari (w ang. transkrypcji fonetycznej Chachkari) oznacza Bramę winogronowych skórek.

 

Zakładanie plantacji winorośli na tarasach należących do Vardzia Terraces pokazują filmy zamieszczone przez właściciela na Youtube (w styczniu 2017 i – dla porównania, z 2016 roku).


 

Jak informuje www.georgianday.com, w 2016 roku Gruzja wyeksportowała 50 mln butelek wina, osiągając zyski w wysokości 114 mln dolarów. Wśród importerów, na wysokiej pozycji znalazła się Polska:

  1. Rosja – 27,222,076 butelek

  2. Ukraina – 5,811,050 butelek

  3. Chiny – 5,299,149 butelek

  4. Kazachstan – 3,393,435 butelek

  5. Polska – 2,329,820 butelek

 


INFO
Gruzińskie wina i festiwal Telavino na stronach rządowych: www.georgianwine.gov.ge
Gruzińskie Wiadomości Winiarskie: www.news.hvino.com (tam także o festiwalach winiarskich w Tbilisi [odbywają się na wzgórzu z diabelskim młynem – Mtatsminda Park]); fanpage magazynu: www.facebook.com

Acharuli czyli chaczapuri z Adżarii

Adżaria, ze stolicą w Batumi jest nadmorską prowincją Gruzji, i być może dlatego tamtejsza wersja chaczapuri przypomina łódź.

acharuli_5811
Acharuli, czyli chaczapuri z Adżarii, fot. Paweł Wroński

Na „pokładzie” jest młody podpuszczkowy ser, przypominający nasz bundz, tyle że gruziński robią z krowiego mleka, a na wierzchu rozbija się jajko i dodaje masło, a następnie wsadza do pieca.

Najpierw zjada się wypełnienie, a potem zagryza pieczywem. Bo wszelkie rodzaje chaczapuri to nic innego – jak w wolnym tłumaczeniu – serowy chleb albo chleb (puri) z serem (chacza). Ze względu na to, że adżarska wersja jest efektowniejsza od innych, różniących się w zasadzie tylko tym czy mają ser na wierzchu (megrelskie), niczym na pizzy, czy w środku (imeretyńskie), acharuli pokazywane jest w portalach i przewodnikach najczęściej. Ba, jest tam także wymieniane na czele listy gruzińskich potraw, a tak się akurat składa, że – niezależnie od licznych wariacji – to danie kaukaskie, znane narodom z obu stron wysokogórskiego łańcucha. Na przykład podobne do adżarskiego chaczapuri robią Ormianie, a świadomi tego faktu Gruzini, określają chaczapuri żartobliwie „kaukaską pizzą”, a nie gruzińską.

Chaczpuri imeretyńskie - z serem w środku, fot. Paweł Wroński
Chaczpuri imeretyńskie – z serem w środku, fot. Paweł Wroński

Materiał powstał w 2016 r. po lipcowej podróży studyjnej do Gruzji, zorganizowanej pod auspicjami Wizz Tours, platformy turystycznej, członka Wizz Air Group. Został opublikowany w portalu http://magazynswiat.pl w dziale <Akcje / Gruzja z Wizz Tours>.


 

Niko Pirosmani, gruziński Nikifor

Niko Pirosmani, a właściwie Nikolai Pirosmanaszwili (1862-1918), jest najsłynniejszym gruzińskim malarzem prymitywistą przełomu XIX i XX wieku.

Urodził się w Kachetii, współcześnie kluczowym regionie winiarskim kaukaskiego kraju. Nic więc dziwnego, że przez jego twórczość przewija się nader często wątek biesiady – supry. Stołu, na którym oczywiście nie brakuje wina. Jego barwne obrazy o baśniowej stylistyce mają zazwyczaj ciemną tonację. Są jednak pogodne, nierzadko tchną dziecięcą naiwnością. Na rodzimą kulturę malarz patrzy z sentymentem. Wyrozumiale.

Kapuściński opisał jego twórczość jako „gruziński prymityw nałożony na ruską secesję kupiecką„. Zaś epizod z jego życiorysu posłużył za kanwę przebojowej piosenki „Миллион алых роз” (Milion purpurowych róż) Ałły Pugaczowej. O artyście, który został żebrakiem, bo wyprzedał wszystko, aby obsypać piękną aktorkę milionem róż.

Wywodzący się z chłopskiej rodziny Pirosmani, zaczął dorosłe życie od służby na pokojach bogatej kupieckiej rodziny w Tbilisi. Dopiero tam nauczył się czytać i pisać. Potem był konduktorem na kolei. Wreszcie próbował zarabiać malowaniem. Dziś jego dzieła przechowują muzea w Tbilisi i w Signagi. Jeden z obrazów Pirosmaniego trafił do zbiorów Galerii Tretiakowskiej w Moskwie. Największą kolekcją szczyci się Signagi, kachetyńskie miasteczko rozsiadłe na płaskowyżu niczym na półce, z którego wzrok niesie ponad winnicami w dolinie Alazani po mury Wysokiego Kaukazu.

Tbilisi. Stare Miasto. Kopia obrazu Pirosmaniego tłem pamiątkowych fotografii, fot. Paweł Wroński
Tbilisi. Stare Miasto. Postacie z obrazów Pirosmaniego, tłem dla pamiątkowych fotografii, fot. Paweł Wroński

Jak kraj długi i szeroki, kopie obrazów Pirosmaniego zdobią restauracyjne wnętrza i witryny sklepów z tradycyjnymi produktami. Zresztą nie tylko w Gruzji. Ot, choćby kopia jednej z wersji jego supry znalazła się na elewacji prowadzonej przez rodowitych Gruzinów restauracji „Gaumarjos” w podwarszawskim Piasecznie. Ten obyczaj narodził się już za życia artysty, który utrzymywał się z malowania szyldów sklepowych, a nierzadko płacił obrazami restauratorom czy sklepikarzom za jedzenie.

W zagłębiu restauracyjnym jakie tworzą na tbiliskiej starówce lokale przy ulicy Rikinis Rigi, wystawiono planszę do pamiątkowych fotografii z postaciami z najsłynniejszych obrazów malarza. Jest „Żyrafa”, „Dziewczynka z balonikiem”, Gruzinska kobieta na leżance” i „Piękność Ortachali”. Wszystkie postacie mają zamiast twarzy owalne otwory, i każdy może dać swoje oblicze wybranej, a nawet… wcielić się w balonik.


INFO
Kolekcja obrazów Pirosmaniego w Signagi:
 http://museum.ge/


Materiał powstał w 2016 r. po lipcowej podróży studyjnej do Gruzji, zorganizowanej pod auspicjami Wizz Tours, platformy turystycznej, członka Wizz Air Group. Został opublikowany w portalu http://magazynswiat.pl w dziale <Akcje / Gruzja z Wizz Tours>.


Piosenka „Миллион алых роз” w wykonaniu Ałły Pugaczowej (www.youtube.com)

Жил был художник один,
Домик имел и холсты,
Но он актрису любил,
Ту, что любила цветы.
Он тогда продал свой дом,
Продал картины и кров,
И на все деньги купил
Целое море цветов.

Миллион, миллион, миллион алых роз
Из окна, из окна, из окна видишь ты,
Кто влюблен, кто влюблен, кто влюблен и всерьез,
Свою жизнь для тебя превратит в цветы.

Утром ты встанешь у окна,
Может сошла ты с ума?
Как продолжение сна,
Площадь цветами полна.
Похолодеет душа,
Что за богач здесь чудит?
А под окном чуть дыша,
Бедный художник стоит.

Миллион, миллион, миллион алых роз
Из окна, из окна, из окна видишь ты,
Кто влюблен, кто влюблен, кто влюблен и всерьез,
Свою жизнь для тебя превратит в цветы.

Встреча была коротка,
В ночь ее поезд увез,
Но в её жизни была
Песня безумная роз.
Прожил художник один,
Много он бед перенес,
Но в его жизни была
Целая площадь цветов!