Sundarbany – słone Usta Gangesu

Trzy miesiące naszej zimy – od grudnia do lutego – to najlepszy czas by odwiedzić największą na świecie deltę, utworzoną przez rzekę Ganges u ujścia do Oceanu Indyjskiego.

Niemal 420 km błotnistego oceanicznego wybrzeża w Zatoce Bengalskiej, skąd spływa woda niesione przez niezliczone strumienie w jakie przeradzają się nurty Gangesu, Brahmaputry i Meghni, Brytyjczycy nazwali Mouths of the Ganges – Ustami Gangesu. Krajobraz jest efektem ruchów słonych wód oceanicznych poruszanych dobowym cyklem przypływów i odpływów. W efekcie flora i fauna tego obszaru są także specyficzne. Miejscowi określają środowisko przyrodnicze delty mianem Sundarbanów (Sundarbans – l.mn. w języku angielskim). Nazwa wywodzi się od sundri lub sundari, czyli mangrowców. Halofitycznych (słonolubnych) roślin, tworzących tak zwane lasy namorzynowe. Porastają gęsto spłachetki bagnistego lądu, podmywanego każdej doby podczas oceanicznych przypływów. Dobowe wahania poziomu wody wynoszą w Sundarbanach kilka metrów. A mimo to, żyją tam nie tylko zwierzęta ale także ludzie. Ponad milion autochtonów, których głównym zajęciem jest rybołówstwo. Zajmują się też obsługą turystów. Największy bowiem park narodowy w Indiach, urządzony właśnie tam Sunderban National Park, rozciąga się na obszarze 4,3 tys. km2, a zwiedzać można go jedynie łodziami. Bramy parku otwarte są dla gości od października do marca.

Ganges jest rzeką trzech krajów: Nepalu, Indii i Bangladeszu. Ma 2700 km długości, a jej dorzecze 1,13 mln km2 powierzchni. Rzeka rozpoczyna bieg na wysokości około 4600 m w Himalajach. Zbiera wody z lodowca Gangotri w masywie Nanda Dewi. Początkowo nosi nazwę Bhagirati, przyjmując imię Ganges (potocznie Ganga), dopiero po połączeniu z rzeką Alaknanda. Po przełamaniu się przez góry Śiwalik, gdzie tworzy liczne progi i wodospady, wypływa koło Hardwaru na rozległą Nizinę Hindustańską. Tam koryto Gangesu osiąga szerokość 10-12 km. Przy ujściu do Zatoki Bengalskiej rzeka tworzy wraz z Brahmaputrą i Meghną największą w świecie deltę. Nazwana przez Brytyjczyków „Mouths of the Ganges”, ma około 100 tys. km2 powierzchni.


INFO
Sunderban National Park: www.sunderbannationalpark.in
Sundarbans w Encyclopaedia Brittanica: www.britannica.com

Reklamy

Durga – bogini, która ujarzmia chaos

Kult Durgi-Kali jest wcześniejszy niż patriarchalne hinduskie społeczeństwo. Pomimo demonicznego obrazu niezależnej i wojowniczej bogini, przetrwał tysiąclecia, ciesząc się wciąż ogromną popularnością. Być może dlatego, że jedynie jej przypisują hinduiści zdolność pokonywania demonów i przywracania równowagi we Wszechświecie.

Durga reprezentuje wszechobecny aspekt żeńskiej energii (siakti), dopełniając aspektu męskiego (śiwa). Nazywa się ją „niedostępną” bo nie należy do żadnego mężczyzny. Odwoływanie się do niej, pozwala kobietom w Indiach przekraczać granice nakreślone przez patriarchalne społeczeństwo. Symbolizując we Wszechświecie aspekt twórczy, Durga jest Matką Bogów. Inne boginie są emanacją jej siły i kosmicznej energii.

Durga pojawiła się gdy bogowie (dewi) utracili siły w walce z demonami (asiurami). Ich energia zespoliła się w jej postaci. Bogini o trzech oczach z ośmioma ramionami dosiadła tygrysa i pokonała w boju demony, zabijając najpotężniejszego z nich, reprezentującego siły chaosu Mahisasurę. Z jej zmarszczonego gniewem czoła wydobyła się bogini Kali, by pożreć niedobitki armii demonów. Z tego zapewne powodu, w niektórych regionach Indii Durgę i Kali łączy się pod postacią Ćamundy.

Do Durgi, albo jednej z form pod jakimi się także pojawia (Parwati, Kali-Rudra, Gayatri, Baishanavi, Sitala, Bhairavi, Gouri, Ratri), zwracają się kobiety by dała im rodzinne szczęście. Panny proszą o dobrych mężów. W pielgrzymce do sanktuariów towarzyszą kobietom całe rodziny, przede wszystkim mężowie i narzeczeni. Pragną bowiem zaskarbić sobie przychylność potężnej bogini, by sprawdzać się w roli mężów i ojców.

Do nielicznych sanktuariów Durgi, przybywają codziennie tłumy. Czeka się więc zazwyczaj w długich kolejkach, by złożyć przyniesione, skromne dary. Wzdłuż dróg prowadzących do świątyń wyrastają stragany, pielgrzymi czczą pomniejszych bogów, kobiety znaczą czoła barwnymi, najczęściej czerwonymi plamkami, nazywanymi tilaka, pundraka lub bindi.

Hinduscy bogowie mają zazwyczaj twarze niebieskie jak niebo. Wyjątkiem jest Kali. Na szyi nosi naszyjnik z trupich czaszek, w ręku dzierży miecz. Twarz ma bowiem czarną z wysuniętym na zewnątrz długim, czerwonym językiem. Jest straszna, żeby napawać przerażeniem demony, z którymi toczy nieustanną walkę.


INFO
www.dollsofindia.com
www.indiaguide.pl

Pięćset lat za Sikhami jesteśmy

Sikhowie tworzą zwartą grupę, a ich obyczaje i religia są konsekwentne. Sikhizm od momentu powstania jest nader nowoczesny, bo pełen szacunku dla każdego człowieka, niezależnie od płci czy majątku. Posłuszni nakazom swej świętej księgi Sikhowie, wiodą zdyscyplinowane życie, w czym m.in. upatruje się przyczyny ich sukcesów w biznesie.

Znakiem rozpoznawczym jest noszony przez mężczyzn turban. Zgodnie z nakazami religijnymi, z szacunku dla doskonałości boskiego aktu stworzenia nie golą się i nie strzygą włosów (obyczaj nazywa się kesa). Zawsze schludni, kryją je jednak pod turbanem (dastaar), który zwyczajowo zdejmują jedynie w domowych pieleszach. W maju 2015 roku obiegła świat wieść, że w Nowej Zelandii, pewien Sikh zdjął bez namysłu turban, by podłożyć go pod głowę rannemu w wypadku samochodowym chłopcu. Wyrażane powszechnie zdziwienie wynikało z niezrozumienia i postrzegania za istotę rzeczy tego, co jest jedynie zwyczajem. Dla Sikha najważniejszy jest człowiek, któremu trzeba pomóc. Bez względu na wiek, społeczną pozycję czy dochody, każdy członek wspólnoty jest zobowiązany poświęcać swój czas, by przygotowywać posiłki i rozdawać je w działających przy świątyniach domach zwanych langar. Posiłku nikomu tam się nie odmawia, a żelazną zasadą jest jego wspólne spożywanie przez członków wspólnoty, mężczyzn i kobiety. Posługa w langarze jest jednym z wielu przejawów służby społeczności, obowiązującej każdego członka sikhijskiej wspólnoty.

Równouprawnienie kobiet, wprowadzone na samym początku przez Guru Nanakę, rozwinięte później przez Guru Amara Dasa, było bodaj najbardziej rewolucyjnym posunięciem. Ówczesne kobiety, zwłaszcza ze wspólnot islamskich (obecnych w Indiach od około roku 1000), stały bowiem nieporównanie niżej w hierarchii od mężczyzn. Musiały im usługiwać, nie wolno im było uczestniczyć w zajęciach mężczyzn, a już na pewno zasiadać z nimi razem za stołem. Gdy Indie podbiła dynastia Mogolska, zasady się jeszcze zaostrzyły. Kobietom nakazano zasłanianie twarzy, nasiliła się też presja by je jak najwcześniejsze wydawać za mąż. Powstał nawet swoisty kanon izolacji płci, nazywany parda. Doszło do tego, że najlepszym wyjściem dla wdowy było samospalenie na stosie męża. Obyczaj zwano sati, a kobieta, która mu się nie poddała, dożywała swych dni w poniżeniu, spychana przez otoczenie na społeczny margines.

U Sikhów było inaczej. Kobiety nie musiały zakrywać lica, a z ich zdaniem liczono się na równi z męskim. W XVI wieku, trzeci z jedenastu Wielkich Guru, Amar Das zakazał sati. Pozwolił wdowom powtórnie wychodzić za mąż, a znosząc pardę, zrównał w praktyce status kobiet i mężczyzn. Wychowywane w takich warunkach kobiety sikhijskie stały się szybko niezależne. Wykazywały inicjatywę, zarządzały majątkiem, reprezentowały rodzinę, prowadziły biznes i uczestniczyły na równi z mężczyznami w polityce. Równouprawnienie płci było wśród Sikhów faktem 300 lat przed narodzinami ruchu sufrażystek. Ba, kobiety mogły przewodniczyć zgromadzeniom religijnym, co w wielu na przykład chrześcijańskich kościołach i w islamie jest przedmiotem ostrego sprzeciwu. Po dziś dzień mężczyznom przysługuje przy nazwisku słowo Singh, czyli lew, zaś kobietom – Kaur, czyli księżniczka

Ceń ludzi wedle światła, które z nich bije, i nie pytaj o kastę. Nic kasta w zaświatach nie znaczy.” – głosiła święta księga Sikhów „Adi Granth” („Guru Granth Sahib”). Guru Nanaka, a potem 9 kolejnych wielkich mędrców zawarło w niej przemyślenia, tworząc kodeks religijny sikhijskiej wspólnoty. Dziesiąty Guru, Gobind Singh (1666-1708) wprowadził ceremonię chrztu w 1699 roku. Zaś przed śmiercią nakazał, by Sikhowie czderpali wiarę jedynie z prawd zebranych w świętej księdze, wydanej w 1604 roku.

Powyższy cytat świadczy najlepiej o tym, że u podstaw sikhijskiej religii legło zniesienie podziałów klasowych. Ponadto, Sikhowie nigdy nie starali się nawracać innych na swą wiarę. Przeciwnie, ich święta księga – jako jedyna na świecie – przytacza hymny innych religii. Zaś symbolicznym znakiem otwartości na świat są rozmieszczone ze wszystkich stron bramy Złotej Świątyni w Amristarze. Jej wzór powielają wszystkie świątynie Sikhów, zwane gurudwarami. Na podwyższeniu pośrodku każdej z nich leży pięknie oprawiony egzemplarz świętej księgi. Zgromadzeni recytują wspólnie zawarte w niej hymny. Księga ważniejsze jest niż przedstawienie Boga. Ten bowiem u Sikhów jest jeden ale może mieć wiele imion. Zasady wspólnotowości i równości wszystkich ludzi wobec Boga, ilustruje doskonale anegdota. Gdy do Pendżabu, do Guru Amara Dasa przybył sułtan Akbar panujący w Indiach na przełomie XVI i XVII wieku, zaproszono go by najpierw usiadł ze wszystkimi na ziemi i posilił się wraz z gospodarzami.

Sikhowie z Delhi, fot. Paweł Wroński
Sikhowie z Delhi, fot. Paweł Wroński

Żeby zrozumieć jak narodziła się religia sikhijska, trzeba się cofnąć do XV-wiecznego Pendżabu. Guru Nanaka, opierając się na monoteistycznej wizji Boga zaczerpniętej z islamu oraz zasadach wyznawanych przez hinduistów, takich jak wiara w reinkarnację, stworzył nową religię. Racjonalną adaptację idei zaczerpniętych z popularnych wóczas w Pendżabie religijnych nurtów filozoficznych. Głoszącego równość ludzi wobec Boga hinduistycznego bhakti oraz przesyconego mistycyzmem islamskiego sufizmu.

Sikhijska religia jest pokojowa, ale jak powiedział Guru Gobind Singh:
Jeśli zawiodły wszelkie środki, usprawiedliwione jest wyjęcie miecza z pochwy..

Położony w północnej części Półwyspu Indyjskiego Pendżab, stanowił w XV wieku główną bramę Indii. Na co dzień przekraczały ją niezliczone kupieckie karawany. Ale wlewały się również fale najeźdźców. Wielu przybyszów osiedlało się więc w Pendżabie wnikając w miejscowe środowisko. Na porządku dziennym stały się małżeństwa mieszane. Nie tylko pod względem rasowym, czy narodowościowym, ale również religijnym. To sprzyjało przenikaniu kultur, akceptacji różnorodności, a w konsekwencji tolerancji. Nawet podbój dokonany przez Mogołów w połowie XVI wieku nic w tej kwestii w Pendżabie nie zmienił, i wspólnota sikhijska pomyślnie się rozwijała.


INFO
www.sikhs.org

Delhi Mogołów ma barwę czerwoną

Wielcy Mogołowie, jak nazywano muzułmańską dynastię o mongolskim rodowodzie, panowali w Indiach w latach 1526–1857, stanowiąc realną potęgę do roku 1707.

Islam należy po dziś dzień do głównych religii na subkontynencie, a w sferze kultury materialnej czasy ich panowania wyznaczają imponujące budowle, z postrzeganym współcześnie jako jeden z głównych symboli Indii, grobowcem Tadż Mahal na czele. Wspaniałe zabytki z okresu mogolskiego są ozdobą Delhi.

Dziedziniec Wielkiego Meczetu w Delhi, fot. Paweł Wroński
Dziedziniec Wielkiego Meczetu w Delhi, fot. Paweł Wroński

Grobowiec Humajuna
Zachwyca lekką, ażurową wręcz ornamentyką pawilonów i geometrycznym planem otaczającego mauzoleum parku. Budowę zainicjowała w 1565 roku wdowa po Humajunie, Hamida Banu Begum. Ukończono ją w 1572 roku. Projekt stworzył architekt perskiego pochodzenia Mirak Mirza Ghiyas. Kompozycja ogrodu jest oparta na zawartej w Koranie wizji Raju. Całe założenie ma cztery główne, symetrycznie rozłożone części. Kanały dzielą je wtórnie, łącznie na 36 pól. Mauzoleum wznosi się na specjalnej platformie, wyniesionej 7 m ponad otoczenie. Budynek zwieńczony marmurową kopułą zbudowano z czerwonego piaskowca, sam grobowiec z żółtego i czarnego marmuru. Otoczona rozległym parkiem budowla wydaje się niewielka. Ma jednak aż 47 m wysokości, zaś jej skrzydła rozciągają się na 91 m. Finezyjna architektura mauzoleum zanspirowała twórców o niemal sto lat późniejszego Tadż Mahal (www.humayunstomb.com).

Mauzoleum Humajuna, Nowe Delhi, fot. Paweł Wroński
Mauzoleum Humajuna, Nowe Delhi, fot. Paweł Wroński

Czerwony Fort
Dziś jest oddalony od koryta rzeki Jamuny około kilometra. Jednak w czasach świetności budowli, rzeka płynęła tuż pod murami, pełniąc w praktyce rolę fosy. Jej mury mają 2,5 km długości, a ich wysokość waha się od 16 m od strony rzeki, podnosząc się do 33 m od strony miasta. Czerwony Fort był pierwszą siedzibą Szahdżahana. Teraz wpisany jest na listę UNESCO. Nazwa pochodzi od koloru murów wzniesionych z czerwonego piaskowca (www.redfortdelhi.co.in).

delhi-mogolow_00017
Czerwony Fort nad Jamuną, fot. Paweł Wroński

Wielki Meczet
Nazywany bywa Piątkowym, ponieważ zgodnie z koranicznym nakazem, wyznawcy Allacha są zobowiązani poświęcić ten dzień na wspólne modły. Wielki Meczet jest największą muzułmańską świątynią w Indiach. Dwa smukłe minarety sięgają 41 m wysokości, a na dziedzińcu może się jednocześnie modlić 25 tys. osób. Także tutaj, do budowy użyto czerwonego piaskowca oraz kontrastujących ze sobą marmurów białego i czarnego. Wielki Meczet powstał za panowania Szahdżahana, w latach 1654-1658 (www.culturalindia.net).

Wielki Meczet w Delhi, fot Paweł Wroński
Wielki Meczet w Delhi, fot Paweł Wroński

Dynastia Wielkich Mogołów w Indiach

Przed Wielkim Meczetem w Delhi, fot. Paweł Wroński
Przed Wielkim Meczetem w Delhi, fot. Paweł Wroński

1526-1530Babur.
Jego władztwo obejmowało północne obszary subkontynentu.

1530–1556Humajun. Uwikłany w walki z konkurentem do tronu Szer Szachem, utracił tron w 1540 roku. Pełnię władzy odzyskał przy pomocy perskiej dopiero w 1555 roku.

1556–1605Akbar. Skonsolidował państwo i poszerzył jego granice po Afganistan na zachodzie, Zatokę Bengalską na wschodzie oraz północny Dekan na południu. Był najbardziej tolerancyjnym z Wielkich Mogołów. Nie niszczył miejsc kultu innych religii, a nawet wydał dekret, w którym ogłosił: „gdyby jakiś niewierny chciał zbudować kościół albo synagogę, albo świątynię dla jakiegoś bóstwa, albo parsyjską wieżę milczenia, nikt nie może mu w tym przeszkodzić”.

1605–1627Dżahangir.
Nosił imię Selim. Przydomek Dżahangir, pod którym przeszedł do historii jest dowodem wpływów perskich w Indiach tamtych czasów; oznacza Władcę Świata. Zany był też pod arabskim przydomkiem Nur ad-Din (Światło Wiary), objął tron po ojcu w wieku lat 13. Przemożny wpływ na rządy w państwie miała więc jego matka. Później zaś ulegał wpływom Mihrunnisy, 20. żony, którą podniósł do godności pierwszej małżonki. Historia ich miłości stała się kanwą pieśni i legend. Dżahangir hojnie wspierał artystów. Spisał też, i własnoręcznie zilustrował, autobiografię.

Przed mauzoleum Humajuna, fot. Paweł Wroński
Przed mauzoleum Humajuna, fot. Paweł Wroński

1627–1658Szahdżahan. Przenosząc stolicę z Agry do Delhi, początkowo uczynił swoją rezydencją Czerwony Fort nad Jamuną. Wzniósł Wielki Meczet w Delhi oraz, nieopodal Agry, grobowiec ukochanej małżonki Mumtaz Mahal. Słynny Tadż Mahal z białego marmuru, udekorowany we wnętrzach wplecionymi w ornamenty rubinami. Pogrążony w żałobie po jej śmierci i zaangażowany w budowę mauzoleów-pomników utraconej miłości (dla siebie zapragnął pawilonu z czarnego marmuru), doprowadził do ruiny państwowe finanse, i w 1658 roku syn odsunął go od władzy dożywotnio osadzając w twierdzy w Agrze. Mimo to, okres jego panowania uważany jest za okres największego rozkwitu Indii w okresie panowania dynastii mogolskiej.

1658–1707Aurangzeb. Przyłączył istniejące na południu, niezależne wcześniej muzułmańskie państwa Bidźapur i Golkondę.

1707-1837130-letni okres rozkładu państwa Mogołów. Następcy Aurangzeba tracili kolejne terytoria, władając w połowie XVIII wieku jedynie obszarami wokół Delhi, a i te utracili w 1785 roku na rzecz Marathów (władali zachodnimi Indiami, poszerzając wpływy i terytorium w latach 1674-1818), a w 1803 roku Brytyjczyków.

1837–1857Bahadur Szah II. Ostatni przedstawiciel dynastii mogolskiej został zdetronizowany po upadku powstania sipajów, największego i krwawo stłumionego antybrytyjskiego zrywu w dziejach kolonialnych Indii.

Na dziedzińcu Wielkiego Meczetu w Delhi, fot. Paweł Wroński
Na dziedzińcu Wielkiego Meczetu w Delhi, fot. Paweł Wroński

INFO
Dynastia Mogolska na łamach Encyclopaedia Britannica: www.britannica.com
Delhi (oficjalny portal turystyczny): www.delhitourism.gov.in

Indie – święta rzeka Ganges

Ganges zbiera wody z lodowców w Himalajach. W Waranasi (Benares), gdzie niemal nieustannie płoną pogrzebowe stosy, dokonują w jego wodach ablucji pielgrzymi. Na granicy Indii z Bangladeszem, u ujścia do Oceanu Indyjskiego, rzeka tworzy rozległą deltę porośniętą mangrowcami. Każdego dnia podczas przypływów niemal całkowicie zalewa je woda, której poziom podnosi się nawet o kilka metrów. W porach odpływów gałązki schną w promieniach słońca i podmuchach wiatru.

Święta rzeka występuje z brzegów zalewając bezlitośnie rozległe obszary kraju, niszcząc wszystko co stanie na jej drodze. Nurt niesie potem szczątki zabudowań, wyrwane z korzeniami drzewa, a nierzadko trupy – zwierząt i ludzi. Z drugiej strony wylewy Gangesu mają moc życiodajną, bo nawadniają tereny rolnicze, a nanoszonym mułem użyźniają gleby. W nieposkromionym żywiole wyznawcy hinduizmu dopatrują się aktywności dwóch z trzech najpotężniejszych swoich bóstw – Śiwy, który potrafi wszystko zniszczyć i Bramy, tworzącego wszystko od nowa. Dopóki cykle Gangesu następują naprzemiennie, zachowana jest równowaga we Wszechświecie. I Wisznu, najpotężniejszy z boskiej triady (Trimurti) może spoczywać w spokoju na kwiecie lotosu.

Jednym z dopływów Gangesu jest Jamuna. Hinduiści wierzą, że w tym samym miejscu Ganges zasilają wody podziemnej rzeki Saraswati. W jednej z okolicznych miejscowości: Allahabad, Haridwar, Ujjain lub Nashik odbywa się niezwykłe święto Kumbh Mela, ku czci Bogów sączących do wody krople własnej krwi – eliksiru nieśmiertelności. Gdy tak ogłoszą święci mężowie odbywa się Maha Kumbhamela (Wielka Kumbh Mela). Kąpiel ma wtedy szczególną moc, a nad Ganges ściągają nieprzebrane rzesze pielgrzymów. Święto celebrowane w Allahabadzie w 2001 roku było najprawdopodobniej największym znanym religijnym zgromadzeniem w dziejach ludzkości – jak podało BBC (www.news.bbc.co.uk) – uczestniczyło w nim 70 milionów osób!

Poniższym film zaczerpnięty z kanału www.youtube.com prezentuje święto Maha Kumbh Mela, które odbyło się Ujjain w 2016 roku.


Materiał wykorzystany w publikacji w portalu http://magazynswiat.pl w lipcu 2016.

Ganesha i dążenie do celu

Ganesha (inaczej Ganapati), hinduskie malowidło na jedwabiu, fot. Paweł Wroński
Ganesha (inaczej Ganapati), hinduskie malowidło na jedwabiu, fot. Paweł Wroński

Ganesha, nazywany najczęściej imieniem Ganpati (Ganapati), jako syn Shivy i Parvati zajmuje wysoką pozycję w hinduistycznym panteonie.

Zgodnie z mitologicznym przekazem, Parvati urodziła go poza swoim ciałem, w związku z czym boski ojciec nawet nie wiedział, że ma syna. Ponoć matka, uosabiająca łagodny aspekt wszechmocnej siły małżonka, postawiła Ganeshę na straży swoich komnat. Wywiązując się z obowiązków nieszczęśnik zastąpił drogę samemu Shivie. Tak to rozsierdziło gnanego pożądaniem wielkiego boga, że niewiele myśląc ściął głowę zuchwalcowi. Żądz nie zaspokoił, bo rozżalona Parvati zalała się łzami, i Shiva – by ukoić jej matczyną rozpacz – obiecał nieszczęśnikowi głowę pierwszego napotkanego stworzenia. Padło na słonia.

Taniec na cześć Ganeshy, fot. Paweł Wroński
Taniec na cześć Ganeshy, fot. Paweł Wroński

Ganesha ze słoniową głową jest bodaj najpopularniejszym z ponad 30-milionowej plejady hinduistycznych bogów, bogiń i duchowych bytów różnej rangi. Nie chowa bowiem urazy, nie pała chęcią odwetu. Zawsze ciekaw świata, pogodny i wesoły, daje ludziom otuchę. Przynosi szczęście i radość. Dlatego też zwracają się do niego słowami, najkrótszej bodaj modlitwy, a często tylko westchnieniem: „Ganpati papa moria!”  (Ganpati – przynieś mi szczęście!). On sam przedstawiany jest zazwyczaj z nie pozbawionymi sprytu oczami oraz z życzliwym, pełnym refleksji uśmiechem. W niemal tanecznej, dynamicznej pozie.

Słoniowa głowa symbolizuje pełną głębokiej mądrości postawę Ganeshy. Złamany kieł, który często trzyma w jednej z sześciu swoich dłoni, przypomina jednak, że aby posiąść wiedzę i wnikliwość pozwalającą na zrozumienie wszechświata, trzeba uczyć się nieustannie, składając ofiarę z trudu i konsekwencji w działaniu. Oto droga prowadząca ludzkość do oświecenia. Ganesha jest na niej przewodnikiem. Słoniowa trąba wskazuje, że bóg zdolny jest odróżniać dobro od zła, a wielkie uszy pozwalają mu wysłuchać z uwagą każdego ze zwracających się doń wyznawców. Pełny brzuszek, choć przez ludzi z innych kultur może być odbierany jako sygnał hedonistycznych upodobań, oznacza potężną siłę wewnętrzną jaką obdarzony jest Ganesha, bóg przenikający wszystkie światy. Wynika to z faktu, że ludzie Wschodu uznają podbrzusze za główne miejsce gromadzenia się życiowej energii.

Ganesha (Ganpati) z Varanasi, malowidło na ścianie jednego z budynków usytuowanych na brzegu Gangesu, fot. Paweł Wroński
Ganesha (Ganpati) z Varanasi, malowidło na ścianie jednego z budynków usytuowanych na brzegu Gangesu, fot. Paweł Wroński

W rękach Ganeshy przedstawiane są różne rekwizyty. Wytłumaczenie ich symboliki składa się w barwną opowieść, wskazującą godne szacunku i naśladowania cechy charakteru, niezbędne by posiąść mądrość i osiągnąć stan oświecenia. Topór lub miecz w dłoni podkreśla konieczność przecięcia wszelkich więzi i zobowiązań, które hamują dążenie do wyższych celów. Trójząb uosabia trzy najpotężniejsze siły życiowe – miłość, mądrość i działanie. Tylko one dają moc duchową (energię), określaną wywodzącym się z sanskrytu mianem ‚kundalini, konieczną by wytrwać na każdej długiej i trudnej drodze. A ponieważ tę energię symbolizuje w hinduizmie również wąż, zamiast oręża bóg – tak jak na załączonym na wstępie malowidle – trzyma czasem w dwóch rękach wijącego się gada. Jeśli jednak trzyma oręż, wąż niczym cenny naszyjnik, będzie się owijać wokół jego szyi, albo na podobieństwo paska będzie oplatać mu brzuch. Wąż na brzuchu ma zazwyczaj postać kobry, której także przypisuje się wiele transcendentnych cech. Muszla (koncha) lub puzderko ozdobione perłami jest wezwaniem do modlitwy. Kwiat lilii oznacza ducha, osiągającego na drodze do oświecenia coraz wyższe poziomy. Zaś puchar ze słodyczami bądź bębenek do wybijania tanecznego rytmu, pełne wyzwolenie – najcenniejszą z nagród, określaną sanskryckim mianem ‚moksha‚, a także zbiór duchowych praktyk (‚sadhana‚), ułatwiających jej zdobycie.

Kapłan w jednej z licznych świątyń w regionie Orissa przystraja figurkę Ganeshy nagietkami, fot. Paweł Wroński
Kapłan w jednej z licznych świątyń w regionie Orissa przystraja figurkę Ganeshy nagietkami, fot. Paweł Wroński

Ganesha siedzi na kwiecie lotosu lub na wyściełanym tronie. Może tez stać na miękkiej jedwabnej poduszce. Obok niego, stoi na ziemi półmisek z owocami. Najważniejsze są pośród nich ananas – symbol radości dzielenia się i dawania innym czegoś z siebie oraz niebiańsko słodkie mango, reprezentujące realizację duchowych dążeń. Jest także kokos – z zewnątrz szorstki i twardy, a w środku miękki i plastyczny. Takie samo powinno być ego dążącego do oświecenia, by nie poddawał się trudnościom i wciąż doskonalił (kształtował) charakter. Zamiast misy z owocami może być też lampka oliwna. Ciepło i światło jej płomyka symbolizuje to samo co owoce. Misa lub kaganek stoi zawsze na ziemi, by przypominać, że cały świat może się znaleźć u stóp wytrwale dążącego do celu.

Co ciekawe, do Ganeshy podchodzi zawsze bez lęku myszka. Maleńki ssak uosabia zarówno boską stałość w dążeniu do celu jak i zdolność docierania do najbardziej nawet skrytych zakątków umysłu. Ponadto, pełniąc rolę woźnicy w boskim rydwanie Ganeshy, przekazuje widzowi prostą prawdę – nawet niepozorna postać może skrywać wielkiego ducha!

W XVI stuleciu pojawiło się żeńskie przedstawienie Ganeshy, awatar o silnie wyeksponowanych, nie pozostawiających wątpliwości co do płci, cechach. Bogini nosi imię Vinayaki. Nie jest do końca jasne jak narodził się ten motyw. Czy to boska małżonka Ganeshy, wojowniczka nazywana Ganeshvari, czy Malini, jedna z towarzyszek i służących Parvati, której wielka bogini powierzyła piastowanie potomka, i przedstawiana w związku z tym także z głową słonia. Narodziny Ganeshy, celebrowane hucznie każdego roku na przełomie sierpnia i września (ruchome święto), w nawiązaniu do kobiecego awataru popularnego boga, określa się często mianem Vinayaki Chaturthi.

A na zakończenie jeszcze jeden Ganesha (z FB fanpage’u Music of India)

źródło: FB (Music of India)
źródło: FB (Music of India)

INFO
Wiele ciekawych artykułów na temat religii i kultur Indii, publikuje anglojęzyczny internetowy magazyn www.sanskritimagazine.com
108 sanskryckich imion Ganeshy z wyjaśnieniem znaczenia (w jęz. angielskim) —> pdf do ściągnięcia


Tekst publikowany w portalu http://magazynswiat.pl. Powiązany artykuł w tym archiwum pt. „Ganpati papa moria”: pawelwronski.wordpress.com

Indie / Bengal Zachodni, Kalkuta – megatargowisko

Miasto w delcie Gangesu należy do światowych megalopolis. W granicach administracyjnych żyje 5 mln ludzi, w całej aglomeracji 16 mln (formalnie). Z wszelkimi wadami i zaletami giganta, Kalkuta* jest równie przerażająca co fascynująca. Wyzwanie dla „Matek Teres” – bez dwóch zdań.

Formalnie, obowiązującą nazwą jest Kolkata*.

* Forma „Kolkata” zastąpiła „Kalkutę” w 2001 roku, bo pochodzi z czasów prekolonialnych. To nie jedyna tego typu zmiana w Indiach. Za przykład niech posłużą Bombaj, który wrócił w połowie lat 90. XX w. do nazwy Mumbaj, Bangalore zmienione na dawny Bengalur, czy Trivandrum, któremu przywrócono nazwę Thiruvananthapuram. Z tym, że ostatnia, tak trudna do wymówienia, na świecie się nie przyjęła.

INFO
Wykaz polskich nazw geograficznych świata (pdf; stan z 2013 r.), ustalanych przez Komisję Standaryzacji Nazw Geograficznych poza granicami Rzeczypospolitej Polskiej, działającą przy Głównym Geodecie Kraju.

Indie / Uttar Pradesh, Benares – nad świętą rzeką

Benares albo inaczej Varanasi, to miejsce, w którym hinduista pragnie mieć stos pogrzebowy, za życia zaś – przynajmniej raz – dokonać ablucji w wodach Gangesu.

W realiach Indii to miasto małe. Nieco ponad milion mieszkańców. Z tym, że to co w nim ważne koncentruje się na niewielkim obszarze nie większym od przeciętnej starówki europejskiego miasta. A w zasadzie na ghatach – stopniach opadających wprost do świętej rzeki.

Benares to także miejsce ważne dla buddystów, gdyż w okolicach miasta, w gaju gazeli Isipatany, Buddy Siakjamuni ogłosił światu prostą prawdę: „Kto dąży do dobra, niech unika dwóch skrajności. Jedną jest łase szczęścia oddawanie się przyjemnościom zmysłów; jest ono niskie, nikczemne, światowe, nieszlachetne, bezcelowe. Drugą jest oddawanie się samoudręczeniu; jest ono bolesne, nieszlachetne, i także bezcelowe.” (tłumaczenie z portalu www.mahajana.net).

Indie / Madhya Pradesh – tygrysim tropem

Pod drzewem w bambusowych zaroślach leży tygrys. Chakradhara. Niedawno wyznaczył swoje łowieckie terytorium.

CHAKHRADHARA

Słońce już wstało, więc dorastający wieku męskiego dwulatek zaszył się w cieniu i wypoczywa. Siedzę na grzbiecie słonia. Strażnik zatrzymał wielkie zwierzę tak, żeby gałęzie nie przeszkadzały w podziwianiu oddalonego nie więcej niż 10 metrów drapieżnika. Słoń nie zaatakuje tygrysa. Po co?! Tygrys nie zaatakuje słonia bo wie, że nie ma szans. Ludzie na grzbiecie słonia i wielki ssak zlewają się kocurowi w jedną całość. Nic więc nam nie grozi, a jednak to emocjonujące. Tygrys uniósł głowę i stał się czujny; w nim także spotkanie wyzwala adrenalinę.

Pręgowany maharadża
Wszystko dzieje się na zboczu zalesionego pagórka. W Bandhavgarh, w prowincji Madhya Pradesh w centralnych Indiach. Niby w sercu dżungli, a tygrys przytrzymuje łapą… worek ze słomą. – Zwędził go słoniom – śmieje się strażnik. – I przytargał w ulubione miejsce. Pierwsze w życiu własne miejsce, gdyż w wieku dwóch lat samce opuszczają rodzinę. Samice pozostają z matką około pół roku dłużej. „Mój tygrys” ma dwie siostry i brata. Podobnie jak matka, wszystkie są nazywane Chakradhara, od wielkiej łąki u stóp wzgórza, w centralnej części rozległego terytorium, na którym polują. W Parku Narodowym Bandhavgarh, w strefie do której mogą wejść turyści, żyje kilka matek z potomstwem. Każda grupa przebywa w swoim rewirze łowieckim. Tylko stare samce trzymają się osobno i chodzą własnymi ścieżkami. W granicach parku (105 km2 i 300 km2 otuliny) żyje ponad dwadzieścia pasiastych drapieżników. Ogółem, w 25 parkach narodowych Indii jest ich już około 1600, co stanowi ukoronowanie czterdziestoletnich zabiegów nad odtworzeniem ginącego gatunku (Project Tiger).

Bandhavgarh był w przeszłości terytorium łowieckim maharadżów Rewy. W sercu parku, na wzgórzu, znajduje się prastary fort, zrujnowane pałace i świątynie. U stóp wzgórza śpi imponujący rozmiarami kamienny Vishnu. Wykuty z czerwonego piaskowca bóg złożył głowę na kwiecie lotosu, a stworzony przezeń świat wiruje wokół w odwiecznym cyklu życia i śmierci, zmieniających się pór roku, ulewnych deszczy i susz. Los tygrysów z Bandhavgarh wpleciony jest w ten cykl. Przybywający na polowania władcy jeszcze w XX wieku zabijali setki drapieżników, trofea zdobiły pałacowe sale. Rekord pobił bodaj maharadża Venhant Roman Singh, który w 1914 roku upolował ich 111. Jego potomek, Martand Singh, schwytał w 1951 roku ostatniego widzianego w Indiach na wolności białego tygrysa. Nadał mu imię Mohan i zaczął krzyżować z żółtymi osobnikami (wszystkie białe tygrysy są teraz potomkami Mohana). Wkrótce potem, maharadżowie Rewy podarowali państwu Bandhavgarh, i rząd przekształcił je w park narodowy – jeden z kilkunastu tygrysich mateczników w Indiach.

Z perspektywy słonia
Do każdego jeepa dosiada się przy bramie strażnik. Pilnuje przestrzegania parkowych przepisów i pomaga przewodnikowi wytropić zwierzęta. Pracownicy parku znają obyczaje obserwowanych codziennie zwierząt. Ba, rozpoznają bezbłędnie, z którym mają do czynienia. Kluczowe znaczenie dla poszukiwań mają jednak strażnicy na słoniach. Jeepy muszą się bowiem trzymać wyznaczonych dróg. W czasie jazdy strażnik większą uwagę zwraca na pozostawione na drodze ślady niż na okolicę. Dopiero gdy zauważy świeże tropy, zaczyna bacznie obserwować zarośla. Drogi przecinają tygrysie terytoria tak, że łatwo znaleźć trop wędrującego zwierzęcia. Jednak z jeepa nie łatwo coś dostrzec. Bez przeszkód i bez obawy w gąszcz wchodzą tylko słonie. Kiedy uda się namierzyć tygrysa, strażnik na daje sygnał. Wznosząc tumany kurzu, jeepy pędzą we wskazane miejsce. Nie wiadomo przecież jak długo tygrys będzie tam siedział. Poza tym, kto będzie pierwszy, ten się lepiej ustawi, a klienci z pewnością docenią gorliwość, nie szczędząc tipsów, które zazwyczaj przekraczają znacznie honorarium pracownika.

Chakradhara się oddala
Pod pagórkiem Chakradhary zgromadziło się osiem jeepów, wszystkie, które rankiem wjechały do parku. Pojawiły się też trzy słonie. Chętni mogli na nie wsiadać, by podejść do drapieżnika. W ten sposób znalazłem się blisko drapieżnika. Nigdy niewiadomo jak długo potrwa spotkanie oko w oko. Nasze skończyło się gdy słoń poślizgnął się, a potrąciwszy gałęzie narobił hałasu. Tygrys się błyskawicznie poderwał, wyprężył, fuknął w naszym kierunku i zniknął w zaroślach. Oczekującym zawieźliśmy złą wiadomość.

W ciągu dwóch dni obejrzałem całą rodzinę. Najpierw młode Chakradhary, które spotkały jeżozwierza. Z drogi widziałem jedynie wystające zza bambusowego pnia nastroszone kolce. Tygrysy podchodziły i trącały go łapami, starając się nastraszyć i zmusić ofiarę do ucieczki. Żeby biec musi złożyć kolce i wtedy drapieżniki miałyby szanse. Jednak jeżozwierz nie dawał się sprowokować. Tkwił uparcie pod drzewem. Patowa sytuacja znudziła tygrysy. Najpierw rozłożyły się obok i tylko co pewien czas któryś próbował szczęścia. Potem, po prostu sobie poszły. Tego samego dnia po południu, na łąkach nad potokiem widziałem ich matkę. Wypoczywała wśród traw.

Drugiego dnia dwa razy znalazłem się blisko tygrysa. Zawsze na słoniu. Raz nawet tak blisko, że można go było sportretować. Za drugim, słoń szedł równolegle do drapieżnika, skradającego się w kierunku jelenia. Jeleni jest mnóstwo w Bandhavgarh. A ich niepokój jest ważną wskazówką. To nieomylny znak, że gdzieś w pobliżu czai się drapieżnik. Chociaż, może to być także mniejszy kuzyn tygrysa – lampart.

Z powodu obfitości zwierzyny kocury są najedzone, a ich futro lśni wspaniale. Podobno za jednym razem tygrys zjada 30 kilogramów mięsa. Nie poluje jednak codziennie i nie za każdym razem z sukcesem. Podczas naszego spotkania, Chakradhara nic nie upolował. Jeleń uciekł. Nie wiem czy z powodu obecności słonia, czy dlatego, że jeleń krył się w bambusowym gąszczu. W każdym razie, polujący kocur robi wrażenie. Zastyga wpatrzony w ofiarę. Tylko naprężone mięśnie świadczą o gotowości do skoku, a rozszerzające się nozdrza zdradzają napięcie.

Tygrysie pożegnanie
Przed zmierzchem, jeepy zmierzają do bram parku. Godziny są święte, bo za spóźnienie, parkowym pracownikom grożą kary grzywny, a nawet utrata licencji. Ale tego dnia siostra Chakradhary wyszła na drogę przed samochodami i szła traktem. Turystów ogarnęło podniecenie i udzieliło się kierowcom. Podjeżdżali jak najbliżej, starając się na wąskiej drodze wyminąć inne pojazdy. Aby tylko znaleźć się z przodu kawalkady. Hałas się potęgował, a spokojna z początku tygrysica, odwracała się pomrukując coraz groźniej.

Podobno przed kilku laty, w trakcie podobnego zamieszania, tygrys chwycił za ramię, wychylającego się z jeepa turystę. Strażnicy odpędzili zwierzę krzykiem i nic się nie stało. A małżonka zaatakowanego z zimną krwią nakręciła nawet film z całego zdarzenia. Młoda tygrysica nie wykazywała jednak agresywnych zamiarów. Wydawała się nawet powoli oswajać z obecnością podnieconych ludzi. W końcu przystanęła. Rzuciła za siebie dumne spojrzenie… I odeszła dostojnie do matecznika.

INFO
Oficjalne strony parku: www.bandhavgarhnationalpark.com
Projekt ochrony tygrysów bengalskich: http://projecttiger.nic.in
* Kontakt do pracującego przy Project Tiger przyrodnika i pasjonata (z nim znakomicie podgląda się drapieżniki): Amber Sharma (ambersharma80@gmail.com)
Ponadto o historii gatunku, w tym białych tygrysach:
www.lairweb.org.nz
www.tigerhomes.org

do-sieci_6754-bialy-z-Bubaneswaru

Najdogodniejsze noclegi u bram parku w Tala (tam również wynajem przewodników). Jest tam kilkanaście lodge’ów o różnym standardzie; polecam Mogli Jungle Resorts (www.mogliresorts.com).
Wiza turystyczna do Indii jest ważna przez miesiąc. Bezpłatna, ale trzeba trochę czekać na jej wydanie (www.indianembassy.pl).

Waluta – rupia (INR). 1 PLN – 16 INR (marzec 2011)

Tekst był publikowany na łamach magazynu „Świat. Podróże. Kultura.” pt. „Na spotkanie z tygrysami” (kwiecień 2011, str. 38-43)

Indie / Orissa – synek malarzy

Kiedy patrzę w oczy chłopca, prezentującego malowidło z żywotem Siwy przypomina mi się podróż przez Orissę. Jeden z najbiedniejszych regionów Półwyspu Indochińskiego. Paradoksalnie jednak, nawet wokół jego stolicy, Bubaneśwaru, nie spotyka się rozległych slumsów. Ludzie nie rodzą się i nie umierają na ulicach jak w Kalkucie czy Dehli. Życie w niewielkim, bo niespełna milionowym mieście zdaje się pozbawione tej rozdrganej, pełnej napięcia atmosfery, jaką czuje się w wielkich miastach Indii. A może trafiłem akurat na dobry rok. Podstawowym bowiem zajęciem mieszkańców Orissy jest rolnictwo. Pola z soczyście zieloną dżunglą w tle ciągną się w nieskończoność… Sceneria jak z Filipin. Jeśli jednak nie ma urodzaju, idylla się kończy.

ORISSA_IMG_7227Specjalnością Orissy są także wyroby artystyczne. Bubaneśwar słynie z jubilerskich cacek – zarówno tanich srebrnych bransolet jak i kosztownych kolii mieniących się od szmaragdów i rubinów. Prowincja natomiast z rzemiosł artystycznych. Do najpiękniejszych dzieł należą powstające tu malowidła. Wymagające mrówczej pracy i ogromnej precyzji na palmowych liściach oraz podobne do tego – na jedwabiu, kuszące niezliczonymi barwnymi motywami.

Nie pamiętam nazwy tej niewielkiej wsi, w której zrobiłem chłopcu zdjęcie. Położona przy drodze z Bubaneśwaru do Puri, była na pierwszy rzut oka podobna do sąsiednich, o tyle jednak ciekawa, że zamieszkana przez malarzy, powtarzających po tysiąckroć mitologiczne i bohaterskie wątki. Malujących bóstwa z hinduskiego panteonu liczącego ponad 30 milionów istot o nadprzyrodzonych właściwościach oraz ilustracje prastarych poematów.

ORISSA_IMG_7245Konkurencja jest duża, bo w każdej niemal chacie powstają podobne dzieła. Gospodarze roztaczają więc skwapliwie przed przybyłym uroki swego barwnego świata. A ich synek włącza się do pracy z pełnym poświęceniem i zaciekawieniem, rozbudzonym zarówno przez bajkowe dzieła rodziców jak i odwiedzających dom klientów.

 

Tekst był publikowany w dzienniku „Rzeczpospolita”.

Indie / Uttar Pradesh, Sarnath – umiarkowanie

Ponoć Siddhartha Gautama zrozumiał, że drogą do osiągnięcia oświecenia jest umiarkowanie nie wtedy gdy ascetycznie pościł, ale gdy postu zaprzestał.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Tak bowiem osłabł, że uląkł się czy zdąży przed śmiercią zapanować nad umysłem. Los mu jednak sprzyjał, gdyż wtedy gdy zapragnął wrócić na drogę rozsądnej praktyki, pojawiła się dziewczyna z miską owsianki. Przyjął ją, odzyskał siły, wznowił medytacje, osiągnął oświecenie i stał się Buddą. Wyposażony w tak umiarkowaną wiedzę o istocie buddyzmu, przekroczyłem bramy kompleksu świątynnego w Sarnacie. Dziś to głównie ruiny budowli wzniesionych przez wielkiego władcę Indii, Ashokę. Kilka stup, ze słynną Dhamek, którą dla pozyskania energii obchodzi się 108 razy i najwyższa w Indiach złota statua Buddy. Jednak nie budowle i rzeźby, ale tradycja czyni to miejsce świętym. Gdyż to tutaj, osiągnąwszy oświecenie, Budda przekazał po raz pierwszy uczniom naukę o Dharmie, czyli prawach decydujących o wydarzeniach w życiu człowieka, a zarazem etyce, jaką powinno się kierować w swych poczynaniach. Obserwowałem z zaciekawieniem buddyjską grupę złożoną z młodych mnichów i ludzi świeckich, którzy z uwagą słuchali nauk starszego mnicha. Choć był mocno skupiony, nie uszło jego uwagi, że słuchacze zaczynają ukradkiem zmieniać pozycje. I chociaż nie dotarł jeszcze do puenty, przerwał, i uśmiechnąwszy się dał znak by na razie powędrować dalej. Ten jest na dobrej drodze – pomyślałem – wie co znaczy umiarkowanie. Rozumiała to także kobieta sprzedająca przed wejściem orzeszki. Buddyści wyznają przecież różne szkoły w drażliwej kwestii co jeść, a czego nie. Z jednej strony są wśród nich ortodoksyjni wegetarianie a nawet weganie, z drugiej znerwicowani liberałowie, którzy muszą coś pogryzać, zwłaszcza wtedy gdy odczuwają silne emocje. Sarnath nikogo z nich nie pozostawia obojętnym, a orzeszkom nie czyni wstrętu żaden z ideologicznych odłamów. Najdalej od istoty buddyzmu był artysta malarz, właściciel sklepiku z mandalami. Jego kram wymieniają wszystkie przewodniki. I te najsłynniejsze, i te, których autorzy jedynie spisują treści z tych pierwszych. Być może to właśnie uzasadnia brak umiarkowania jeśli chodzi o ceny. A może ten artysta w ogóle nie jest buddystą?!

INFO
www.varanasi.nic.in
www.up-tourism.com

Sarnath, usytuowany około 10 km na wschód od miasta Benares (Waranasi, prowincja Uttar Pradesh), jest jednym z najświętszych miejsc buddyzmu. Pozostałe to miejsce narodzin twórcy wielkiej religii (Lumbini w Nepalu) oraz dwa w Indiach. To, w którym Siddhartha Gautama doznał oświecenia i stał się Buddą (Bodh Gaja w prowincji Bihar), oraz to, w którym skremowano jego ciało (Kusinagar, także w prowincji Uttar Pradesh).

Tekst publikowany w portalu www.smakizycia.pl

Indie z motocyklowej perspektywy

Zwiedzanie Indii na motorze jest z pewnością niekonwencjonalne. Otwiera też niebywałe możliwości. Maszyny wedrą się na wysokie przełęcze Ladakhu, przemkną przez pustynie Radżastanu i Gudżaratu, przebiją przez zakorkowane ulice metropolii. Dotrą do świętego miasta Benares, do wrót parków narodowych, w których otacza się opieką bengalskie tygrysy, do bram barwnych świątyń oraz pod mury wzniesionych przed wiekami budowli, które tak jak bajeczny Taj Mahal, należą dziś do arcydzieł ludzkiej cywilizacji.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Nie jest to jednak przygoda dla ludzi o słabym charakterze. Nie łatwo bowiem prowadzić ciężką maszynę na dużych wysokościach gdy organizmowi brak tlenu. W upale, gdy nad drogami kłębi się pył, a rozgrzane powietrze rozdziera płuca przy każdym oddechu. Lub w strumieniu pojazdów: luksusowych limuzyn, zdezelowanych starych aut, zatłoczonych autobusów, ryksz, a nawet wielbłądów i słoni, na ulicach wypełnionych ogłuszającym dźwiękiem klaksonów. Dla nas – w atmosferze zaskakującej i egzotycznej, dla mieszkańców hinduskich miast, zwłaszcza największych – normalnej. Wprawdzie gdy tylko opuścimy przeludnione aglomeracje, przed oczami zaczną się przesuwać cudowne krajobrazy, ale i tam bezpieczna jazda wymaga nie lada koncentracji. Ruch jest lewostronny, a nawierzchnie w kiepskim stanie. Mimo to, potężne ciężarówki produkowane w zakładach firmy Tata, udekorowane wizerunkami bóstw, mrugające kolorowymi światełkami i ryczące muzyką z przymocowanych do kabin głośników, pędzą zdając się nie zwracać uwagi ani na przepisy ruchu, ani na innych użytkowników drogi. Wyjątek robią chyba tylko dla stad krów, które w Indiach chroni tradycja i prawo, a które nawet przez ruchliwa szosę kroczą ze spokojem, jakby były po środku pastwiska.

Trasę eskapady trzeba dobrze zaplanować. Realizując zaś najśmielsze zamierzenia, trzeba mieć odwagę przyznać, że natura jest silniejsza. Bo tylko respektując jej potęgę, przemierzymy Indie motocyklem. A będzie to godna opowieści podróż życia!

Na początek Ladakh
Niczym nieziemski parawan, wiecznie zaśnieżone łańcuchy Himalajów i Karakorum odcinają tę krainę od reszty świata. Mimo to, przez wieki przemierzali ją pielgrzymi i objuczone towarami karawany zmierzające z Indii do Tybetu. Przewożono jedwabie z Chin, przyprawy, herbatę i sól, perły i szlachetne kruszce, wełnę i opium. Pędzono stada owiec, jaków i lam. Zwierzęta i ludzie przekraczali 4 tysiące metrów, wspinając się po tym najwyżej położonym na świecie szlaku niemal do bram niebios. Ladakh utożsamiany jest z mityczną krainą wiecznej szczęśliwości Shangri-La, w której ludzie żyją w harmonii z przyrodą i w zgodzie z bogami, ciesząc się długowiecznością i dobrym zdrowiem. Dowody, że tak jest w istocie znajdziemy już u wrót regionu, w otoczonym górami mieście Srinagar, którego zabytkowe budowle przeglądają się w wodach jeziora Dal niczym w magicznym zwierciadle. Pobliskie góry kryją 35-kilometrowy jęzor potężnego lodowca Kolahoi, jednego z najdłuższych w całym Kaszmirze (Ladakh jest częścią prowincji). A wypełniona wiecznym śniegiem jaskinia Amarnath pełna jest naturalnych lodowych figur, w których wyznawcy hinduizmu dopatrują się postaci Parwati i Ganesi, syna boskiej pary z głową słonia, uosabiającego radość i nadzieję. To do niego, tytułując Ganapati, Hindusi zwracają się słowami: „Ganapati papa moria!” (Ganapati, przynieś mi szczęście). Jaskinia jest celem świętych pielgrzymek, bo jak głosi legenda, Sziwa wyjaśniał w niej tajemnice życia i wieczności swej boskiej małżonce, Parwati. Z krajobrazem zdominowanym przez lodowce i skalny rumosz kontrastują tereny wypasowe koło wioski Pahalgam, otoczonej uprawami gorczycy i szafranu. W głąb Ladakhu prowadzą serpentyny dróg, miejscami tak wąskich, że z trudem mija się inne pojazdy. Motocyklista zdaje się balansować na krawędzi urwiska, a najdrobniejszy nawet fałszywy ruch grozi stoczeniem się w przepaść. Ale wokół piętrzą się góry, a u ich stóp wije dolina, znacznie potężniejsza niż wizytówka Ameryki – Wielki Kanion.

W kraju wysokich przełęczy, jak tłumaczy się nazwę Ladakh, życie toczy się nawet powyżej czterech tysięcy metrów. Rekordową wysokość 4270 m n.p.m. osiągamy w Kibber – wiosce położonej najwyżej w Azji. Tworzy ją około 80 domów zbudowanych z kamieni. Jest ośrodek zdrowia, szkoła, poczta, przystanek autobusowy, a nawet lokalna stacja telewizyjna. Ponad osadą góruje jeszcze buddyjska świątynia, do której prowadzi ścieżka, możliwa do pokonania jedynie pieszo. Wspinaczkę utrudnia usypujący się spod stóp żwir i staczające się głazy. Wysokość także daje się we znaki, bo powietrze jest mocno rozrzedzone i z trudem się oddycha. A choroba wysokościowa nikogo nie omija, powodując zawroty i bóle głowy. Niemniej jednak, po dwóch godzinach osiąga się cel. Barwne chorągiewki łopocą na wietrze, niosąc przed oblicze Buddy, intencje tych którzy je rozwiesili. Roztacza się spektakularna panorama na szczyty przekraczające 6 tysięcy metrów wysokości, a dusza doznaje ukojenia. Zejście jest nie mniej mozolne od podejścia, ale pokonanie własnych słabości daje ogromną satysfakcję.

Do największych wyzwań należy przełęcz Rohtang. Otwarta od maja do listopada droga wspina się tu na wysokość 3978 m n.p.m, prowadząc do Leh, pradawnej siedziby władców Ladakhu. Nie ma nawierzchni asfaltowej tylko żwir. Przejazd utrudniają dodatkowo ciągnące nią pojazdy wojskowe i wypełnione towarem ciężarówki. Zatory i korki nie należą do rzadkości, tym bardziej, że z okolicznych stoków zsuwają się często masy błota i kamieni. Snują się mgły. Na przełęczy zbiegają się trzy potężne górskie łańcuchy, więc aura jest kapryśna, a pogoda trudna do przewidzenia. Przejazd stanowi sprawdzian dla kierowców, nawet tych, którzy pokonują Rohtang jeepami z napędem 4×4. Przełęcz ma ogromne znaczenie komunikacyjne dla prowincji Kaszmiru. Dzieli też kraj kulturowo, wydzielając z rozległego zdominowanego przez muzułmanów i hinduistów regionu, buddyjski Mały Tybet, jak często mówi się o Ladakhu.

W tej krainie u progu Himalajów niezapomniane są także biwaki. Rozbicie namiotów bywa jednak trudne, bo hulają silne wiatry, ulewne deszcze nie należą do rzadkości, a temperatury spadają nocą poniżej zera. Jednak w pogodną noc, gdy silniki motocykli dawno już milczą i ustanie obozowa krzątanina, ciszę przerywają jedynie głosy zwierząt i trzask ogniska. Płomienie, inaczej niż wielkomiejskie światła, nie gaszą blasku gwiazd. Dają natomiast ciepło i poczucie bezpieczeństwa, potrzebne zwłaszcza wtedy, gdy po okolicy krążą wilki. Jednostajny warkot motocyklowych silników nie jest tak znowu odległy od terkotania modlitewnych bębenków czy łopotu chorągiewek na wietrze. Jeśli Buddzie spodoba się ich odgłos, przywita podróżnych słonecznym porankiem. Da znak, że modlitwy zostały wysłuchane i nadzieję na szczęśliwe dotarcie do celu.

Skarby Radżastanu
Zgoła odmienne doznania towarzyszą podróżom po Radżastanie. W krajobrazie tej największej obszarowo prowincji Indii dominują rozległe, wypalone słońcem obszary. Najrozleglejsza pustynia Thar ciągnie się z północnego-wschodu na południowy zachód przez 850 km. Zdobią ją barchany – ruchome wydmy o kształcie półksiężyca z ramionami usypanymi przez wiatr. Niczym fatamorgana na pozbawionych roślinności terenach wyrastają barwne miasta. Małe, ze ścianami domów dekorowanymi barwnymi malowidłami i wielkie, fascynujące architekturą i tętniące życiem. Najsłynniejszy jest Dżajpur, stolica prowincji usytuowana na płaskowyżu Malwa, sąsiadującym z pustynią. Czerwone ściany zabytkowych budowli sprawiają, że ta właśnie barwa kojarzona jest powszechnie z miastem. Do pereł hinduskiej architektury należy usytuowany w centrum Pałac Wiatrów, którego misternie dekorowana fasada kryje 953 małe okienka. Kobiety z dworu maharadży, same trudne do zauważenia, obserwowały z nich główną, ruchliwą miejską arterię. Kilkanaście kilometrów na północny wschód wznosi się tysiącletni Amber Fort – twierdza i zespół pałacowy władców Radżastanu. A że wybudowano ją na wzgórzu, już w czasach kolonialnych utarł się obyczaj podróżowania do jego bram na grzbietach słoni. Z położonym w górach Arawali miastem Udajpur kojarzony jest kolor błękitny. Historyczne budowle, z XVIII-wiecznym Pałacem na wodzie (na skalistej wysepce Jag Niwas; dziś to luksusowy hotel) przeglądają się w lustrze jeziora Pichola.

Pudża w Varanasi
Indie są mozaiką wielu kultur i religii. Stąd wywodzi się buddyzm, a podbój mongolski sprawił, że po kraju rozlał się islam. Najbarwniejszą jednak religią pozostaje hinduizm, którego wyznawcy czczą miliony bóstw wielkich i małych. Na czele tak licznego panteonu stoją Brahma, Wisznu i Sziwa, wyjęci spod oddziaływania czasu. Brahma tworzy światy, Wisznu podtrzymuje je przy życiu, a Sziwa niszczy. Ten odwieczny cykl uosabia święta rzeka Ganges, której wody niszczą wprawdzie podczas wylewów rozległe połacie kraju, ale nawadniając je przywracają znowu do życia. Nad Gangesem rozsiadło się w środkowych Indiach święte miasto Varanasi (Benares). Wyznawcy pielgrzymują do niego z całego kraju, by obmyć się w wodach rzeki. Marzą, by u kresu żywota, ich doczesne szczątki spłonęły tutaj na drewnianym stosie. Wierni i oczarowani magią tego miejsca turyści z całego świata uczestniczą pospołu w uroczystych pudżach nad rzeką. Szczególny nastrój mają wieczorne uroczystości religijne, celebrowane przy świetle pochodni, w dymach kadzideł. Wizyta w Varanasi jest znakomitą okazją do obserwacji ludzi i podziwiania ich odświętnych strojów: barwnych sari, w których kobiety wyglądają jak motyle i turbanów dodających mężczyznom dostojeństwa.

Spotkanie z tygrysem
Fauna i flora Indii dorównują bogactwem mozaice kultur, języków i religii. Szczególnie ciekawe są wizyty w parkach narodowych, i to tych, w których można spotkać bengalskie tygrysy. Zagładę królewskich zwierząt powstrzymała w latach 70. XX wieku Indira Gandhi, zakazując polowań. Dziś gatunek się odradza, a pod opieką parkowych strażników można podejść nawet blisko do groźnego drapieżnika. Najlepiej… na grzbiecie słonia. Bezpieczne i romantyczne, ale zawsze emocjonujące spotkanie oko w oko z tygrysem jest wielkim przeżyciem. Pozostaje na zawsze w pamięci podróżnika.

Tekst był publikowany na łamach magazynu „Świat. Podróże. Kultura” wiosną 2012 r.

Indie / Sunderbans – rejs wśród mangrowców

Mangrowce to niewysokie drzewa o szarej korze i niewielkich pokarbowanych listkach, wspierające się na charakterystycznych pałąkowatych korzeniach.

W najrozleglejszej delcie Ziemi, jaką na pograniczu Indii i Bangladeszu tworzą rzeki Ganges, Brahmaputra i Meghna, znajduje się 56 zalesionych wysp. Porasta je mangrowcowy las, największy tego typu zespół roślinny na świecie wpisany w latach 90. XX w. na listę UNESCO.

U wrót parku
Podróż po delcie zaczyna się na przystani niewielkiej miejscowości Gadkhali. Kilka sklepików, świątynia i promy nieustannie kursujące między brzegami rzeki Bidya. Od Kalkuty to niespełna 100 km, ale dojazd zajmuje dobre 3 godziny. Z przyjemnością rozporostowujemy więc kości, spacerując po pokładzie dużej motorowej łodzi. Spod pokładu dolatuje zapach curry i warzyw. Bosman i kucharz w jednej osobie pitrasi potrawę, którą bez względu na ingredienty będziemy jeść przez następne dwa dni bez mała na okrągło. Niezależnie bowiem co się znajdzie w kotle – również ziemniaki i jajka – wszystko zostanie zasypane przyprawami.

Rozłożeni wygodnie na dziobie, obserwujemy rzekę, na której panuje nieustanny ruch, bo oprócz nas w głąb parku narodowego Sunderbans płynie wiele innych łodzi. Ponadto kręcą się rybacy. Ich łódki są znacznie mniejsze, mają postrzępione żagle i są zasłane sieciami. Kobiety pomagając mężczyznom, ciągną więcierze przy brzegu, naprawiają nadwątlone wylewami rzeki wały, pomagają przy naprawie i konserwacji wyciągniętych na brzeg łodzi. Rozrzucone na wałach domostwa kryją dachy z trzciny. Gdzie niegdzie łopocą chorągiewki znacząc niepozorne budynki świątyń. Niespełna dwie godziny później opuszczamy gęściej zamieszkały rejon i wpływamy do sanktuarium przyrody.

W oczekiwaniu na drapieżnika
Okazuje się jednak, że to dopiero parkowe obrzeża. Za kolejnym zakrętem rzeki czar dzikiej puszczy pryska, bo wita nas tłum ludzi na przystani. U bram turystycznej bazy jaką jest państwowy Sajnekhali Tourist Lodge przycumowało kilka innych statków. Kilkadziesiąt osób wysypuje się na drewniane molo. W ośrodku panuje gwar, biegają dzieci. Wielu mieszkańców Kalkuty chętnie przyjeżdża tutaj na weekend. Są też turyści ze Stanów i ze Skandynawii. Wszystkich ekscytuje nadzieja spotkania z dzikimi zwierzętami, zwłaszcza z drapieżnikami, z królem puszczy – bengalskim tygrysem na czele. Około 400 wielkich kotów żyje na terenie Sunderbans (w całych Indiach ich ilość szacuje się na 1800). Ale to ogromna przestrzeń. Ponad 9,5 tys. km2 (1/3 należy do Indii). Zaledwie piąta część obszaru jest dostępna dla turystów, ale to i tak kawał puszczy, labirynt kanałów i rzek oraz ciągnące się kilometrami mangrowce, kryjące przed oczami przybyszów tajemnice przyrody.

Ze względu na dzikie zwierzęta lodge jest ogrodzony. Przy płocie wznosi się jednak widokowa wieża. Drzewa sięgają po horyzont. Jednak tuż za płotem wykopano zbiorniki na słodką wodę, i wyrąbano promieniście rozchodzące się kilkustemetrowe przesieki. Słodka woda ma przyciągać zwierzęta. Główny – jak się potem dowiadujemy – parkowy sposób na ich obserwowanie nie sprawdza się tym razem. Obecność podekscytowanych ludzi zniechęca i żadno zwierzę nie podchodzi tego wieczoru do wody.

Jedynie wszędobylskie rezusy nie sprawiają zawodu. Wyciągają odważnie łapki po smakołyki. Ba, próbują udowodnić kto tu rządzi. Szczerząc zęby, fukają i doskakują na tyle blisko, że nawet dorosli mężczyźni cofają się zdeprymowani. Rankiem zaś budzą się pierwsze i uganiając po dachach robią turystom pobudkę. Gdy wejdą do pokoju przez niedomknięte okno, rozrabiają na całego. Buszując po bagażach szukają jedzenia. A zachęcone chrupką czy ciastkiem, czychają na dogodny moment i chwytają całe opakowanie. Potem pokrzykując radośnie uciekają z łupem.

Wśród mangrowców
Kolejny dzień zaczyna się od wizyty w wiosce po przeciwnej stronie rzeki. Jest tam zaledwie kilka zabudowań, ale uliczki są tak naprawdę jednym spożywczym targowiskiem. Asortymentu straganów dopełniają aromatyczne, spiralnie skręcone kadzidełka do odstraszania komarów oraz podsatwowe artykuły gospodarcze. Ceny – niewygórowane. Brokuły, bakłażany, ziemniaki, jajka, banany, przyprawy i herbata trafiają do naszego koszyka. A, zapomniałbym o smakołyku jakim jest shobida, popularny w Indiach owoc wielkości kiwi w skórce ziemniaczanego koloru. Rośnie na drzewach, jest przyjemnie słodki i soczysty. Ashok, nasz przewodnik i bosman częstowani owocami nie podzielają entuzjazmu. – Pochodzimy z tej wioski – mówią. – Shobida rośnie przy każdym domu.

Dość szybko dopływamy do linii wyznaczonej bojami i zardzewiałego statku ze znakami stopu. To strażniczy posterunek. Trzeba pokazać przepustkę i dopiero po zakończeniu formalności otwiera się brama sanktuarium przyrody. Za posterunkiem nie ma już wiosek, lodge’ów ani żadnej cywilizacji poza ogrodzonymi punktami strażniczymi. Tylko tam można dobić do brzegu i wyjść na ląd. Tam także są wieże obserwacyjne i przyświecająca przybyszom nadzieja, że do przygotowanego przez ludzi wodopoju podejdą zwierzęta. Po dwóch próbach uwieńczonych oglądaniem jedynie małej grupki jeleni, rezygnujemy jednak i płyniemy nie zatrzymując się więcej przy posterunkach.

Dzień w pełni, słońce wysoko, ludzi dzużo… Szanse na ogladanie zwierząt znikome… Zaszyły się na pewno gdzieś w puszczńskim cieniu. A na rzece jest pięknie. Wśród drzew uwijają się ptaki, maleńkie kolorowe zimorodki i duże białe czaple. Kilka razy spotykamy warany. Mają kolor tak upodobniający je do błota, że te ponad metrowe jaszczury zauważamy w ostatniej chwili. Najwiekszą atrakcją są krokodyle. Jednego wypatrujemy z oddali. Wygrzewa się właśnie na słońcu, ale gdy nasz sternik zatacza koło, żeby podpłynąć bliżej, zwierzę zsuwa się z błotnistego brzegu i znika pod wodą.

Z przyrodniczego punktu widzenia mangrowce są słonoroslami. Dostarczają garbników, olejków eterycznych oraz cennego drewna. Tutaj są chronione. Mają ciekawe, długie i wysokie korzenie podporowe. Tworzące oryginalną plątaninę nie tylko umożliwiają drzewom umocowanie w błotnistym, grząskim gruncie, ale również pobierają tlen i filtrują sól. Wyrastają do wysokosci 1,5 m. Rano woda była bardzo wysoko. Z każdą godziną się obniża. W ciągu doby różnica poziomu dochodzi do 2-3 metrów. W porze monsunowej jest jeszcze większa. Korzenie sprawiają, że drzewa nie toną w wodzie. Mimo to, i tak nigdy nie osiągają większych rozmiarów.

Wola Bonobibi
Przy strażnicach jest zawsze mała świątynia poświęcona Ma Bonobibi – bogini puszczy. Jednym z zajęć mieszkańców delty było zbieranie miodu dzikich pszczół. Największe zagrożenie dla zbieraczy stanowiły tygrysy. Ponieważ jak wieść niesie drapieżnik nie atakuje z tyłu, zbieracze zakładali na plecy maski z oczami. Na wszelki wypadek oddawali się także bogini w opiekę. Legenda głosi, że małego chłpca, który szukał miodu napadł jednak tygrys. Chłopiec pomny nauk matki zaczął głośno wzywać pomocy Bonobibi. Za jej wstawiennictwem, władca tygrysów uzbrojony w wielka maczugę Dakshinroy przepędził drapieżnika. W kapliczkach są wszyscy bohaterowie tej opowieści.

W labiryncie rzek i kanałów czas szybko mija. Miejscami, w rozlewiskach rzek Bidya i Matla woda wygląda jak otwarty akwen. A że smak ma słony ze względu na pływy pobliskiego oceanu, tym trudniej oprzeć się wrażeniu, że wypłyneliśmy do Zatoki Bangalskiej. Jednak nadal płyniemy po rzece. Nawet jeśli koło łodzi pojawią się delfiny. W delcie żyje bowiem lokalna odmiana. Mniejsze niż spotykane na oceanie, stanowią wesołą kompanię dla łodzi.

O zachodzie słońca wracamy do lodge’u. Niby nic się nie działo, a jednak po całym dniu pływania i obserwowania przyrody, śpimy tak smacznie i mocno, że nie budzą nas harce rezusów. Rano czas pożegnać Sunderbans i wracać do Kalkuty. Rejs powrotny zajmuje trzy godziny, a przejażdżka samochodem – kolejne trzy. W mieście hałas, tumult, korki i tłok. Ruch przyprawia o zawrót głowy, a hałas jest jak uderzenie maczugą Dakshinroya. Ale to nic, wystarczy zamknąć powieki, aby przed oczami przesuwał się uspokajający zielony pas mangrowców na brzegach szarej rzeki.

Tygrysy natomiast, najlepiej obserwuje się w lasach centralnych Indii, zwłaszcza w parkach narodowych Bandavgarh i Kanha w regionie Madhya Pradesh. Poszukiwanie drapieżników łączy się tam ze sporymi emocjami. A prawdopodobieństwo, że wyprawa zakończy się sukcesem jest bardzo duże. Wizyta w Sunderbans jest czymś diametralnie odmiennym. Jest receptą na wytchnienie, opalanie się na pokładzie kołyszącej lekko łodzi (do monotonnego warkotu silnika łatwo się przyzwyczaić). Mangrowce uspokajają. Powietrze jest czyste i wcale nie trzeba wypatrywać oczu za tygrysem. Jeśli Bonobibi zechce – zobaczymy drapieżnika. Jeśli nie… Rejs po delcie jest sam w sobie niepowtarzalnym przeżyciem.

INFO
www.india-wildlife.com

Tekst był publikowany na łamach „Rzeczpospolitej” (2007)