Jordania – pod królewskim parasolem

Jeden z najbardziej otwartych na świat krajów arabskich przyciąga czerwienią skał na pustyni Wadi Rum, tajemnicami wykutej w skałach Petry, plażami w Aqabie, zdrowymi minerałami w wodach Morza Martwego oraz aromatem herbaty z miętą, którą pija się przy każdej okazji.

Od pierwszych chwil na jordańskiej ziemi, spogląda na mnie z portretów król Abdullah. Obok jest zazwyczaj portret jego ojca Husajna. Są też, rozmieszczone niby reklamowe plakaty na lotniskach, plażach i przydrożnych bannerach, zdjęcia królewskiej rodziny. Wszyscy jej członkowie są ubrani po europejsku, dzięki czemu można docenić urodę królowej Rani. Nie zasłania twarzy i w ogóle promuje współczesny styl życia. Chyba skutecznie, bo Jordańczycy są z niej dumni, autentycznie ją kochają i naśladują. Imię królowej powtarza się niemal wszędzie, głównie na tablicach szpitali czy szkół założonych z jej inicjatywy. O jej publicznych zajęciach na bieżąco donosi prasa. – Król jest dla nas jak parasol – mówi Nyazi z Aqaby. – Jak w Wielkiej Brytanii. Król jest narodowym symbolem, o polityce decyduje parlament, a rządzi rząd – dodaje. – A królowa? – Jest perłą jordańskiej korony.

Nutka świeżości
Nyazi zajmuje się turystyką i nieruchomościami… Zna więc bez mała wszystkich. Królewskiego brata, właściciela linii lotniczych Royal Jordanian, mozaikarzy z Madaby i Beduinów rozstawiających jak przed wiekami namioty w sercu pustyni. Trudno zaskoczyć go jakimś pytaniem, a opowiadać o swoim kraju lubi bardzo. Dopiero zainteresowanie królewskim pałacem sprawia, że Nyazi szeroko otwiera oczy. – Nie ma pałacu, chyba, że muzeum. Król ma zwykły dom, duży w Ammanie i letni w Aqabie nad Morzem Czerwonym. – Chcesz wpaść na herbatę?

Ze względu na popularny w krajach arabskich napar, Jordanię powinienem umieścić na czele prywatnego rankingu ulubionych miejsc na świecie. Uwielbiam herbatę, a tutaj pije się ją przy każdej okazji. Od szklaneczki brązowego naparu wszystko się zaczyna – i rozmowę, i przyjaźń. Czy w miejskim domu, czy pod beduińskim namiotem, jak wyczarowany przez dżina, pojawia się czajniczek z gorącym, aromatycznym, nieprzytomnie słodkim napojem. Często z listkiem mięty, która wzbogaca intensywny smak o delikatną nutkę świeżości.

Miasto w skałach
Jordania ma więcej takich nutek. Niespodziewanych. Przecież jak okiem sięgnąć rozciąga się pustynia. Wydawałoby się nieprzyjazna i bezludna. W nieznanej szerzej miejscowości na wschód od gór Dżabal-ash-Szara zbudowała dom urodzona w Jordanii malarka Shereen Audi. Otacza go iście rajski ogród, w którym dzięki systemowi irygacyjnemu rodzą się figi, pomarańcze, oliwki i winogrona. Ogród kończy się nad urwiskiem, skąd wzrok biegnie ku poprzecinanym krętymi wąwozami górom.

Wśród nich jest As-Sik, szczelina, w której skalnych ścianach wykuto przed dwoma tysiącami lat z okładem Petrę – miasto z imponującymi pałacami i świątyniami. Dzieło starożytnych Nabatejczyków imponuje tym bardziej, że byli koczownikami rozstawiającymi namioty w cieniu skał. Dopiero u progu naszej ery zmienili tryb życia i wznieśli wspaniałe budowle, czerpiąc inspiracje od sąsiednich ludów, zwłaszcza Egipcjan i Rzymian.

Przez wąwóz przepływa okresowa rzeka Wadi Musa, z gór spływają mniejsze strumienie. Dla gromadzenia i rozprowadzania wody Nabatejczycy skonstruowali skomplikowany system cystern i kanałów. W efekcie, położoną na szlakach handlowych z Indii do Egiptu i z Arabii do Syrii Petrę, zamienili w bezpieczne miejscem wytchnienia karawan. W zamian, z opłat za przejazd i gościnę czerpali dochody. Wnosząc z rozmachu przetrwałych budowli – nieliche.

W Petrze przewodnicy powtarzają z upodobaniem słowo grobowiec, ale w większości budowli nie odnaleziono żadnych szczątków i na dobrą sprawę nie wiadomo czemu służyły. Archeologowie wciąż odkrywają nowe tajemnice. Ogromne zainteresowanie wzbudza skarbiec. Również dlatego, że znajduje się w rozszerzeniu wąwozu i pojawia nagle, gdy tylko opuszczamy długi i kręty skalny korytarz. W czeluściach skarbca poszukiwał filmowych tajemnic Indiana Jones. Dziś u wrót czuwa policjant w mundurze, z tradycyjną kefiją (chustą) na głowie. Strażnik robi wrażenie ale nie ma czego pilnować. Wnętrze jest puste. Za jednym z kolejnych zakrętów wąwozu boczna droga między skały ku imponującym kolumnom zdobiącym fasadę klasztoru. Nazwa nawiązuje do okresu, w którym mieszkali tu bizantyjscy mnisi. Czemu wcześniej służył budynek – podobnie jak skarbiec – nie wiadomo. Tylko imponujący teatr nie budzi wątpliwości. Na widowni mieści dziesięć tysięcy ludzi. Wśród skał zachowały się też tarasy. To były zwykłe miejskie rynki. Handlowano skarbami wschodu: srebrem, złotem, kadzidłem, mirrą i kością słoniową. Jaskinie i groty w skałach zamieniono na mieszkalne domy z ozdobnymi wejściami i obramieniami okien. Dziś niemal niewidocznymi, bo trzęsienia ziemi, wiatr i czas zamieniają nieubłaganie Petrę w piasek.

Marzenie Beduina
W szczytowym okresie Petrę zamieszkiwało około 40 tysięcy ludzi. Dziś wąwóz znowu tętni życiem i kwitnie w nim handel, przede wszystkim pamiątkami – misternie oprawionymi w srebro ozdobnymi kamieniami z jordańskich gór oraz piaskiem pustyni. To jest ciekawostka. W szklanej fiolce wprawny rzemieślnik układa warstwy kolorowego piasku. Delikatnie sklejone, nawet po przechyleniu nie przesypują się i wzór pozostaje nienaruszony.

Uważana za jeden z cudów świata Petra przyciąga rzesze turystów. Konno, na grzbietach osiołków, w bryczkach, na wielbłądach lub pieszo wędrują wąwozem tysiące ludzi dziennie. Zadzierają wysoko głowy, by w wąskich przesmykach podziwiać wykute w skałach budowle. Nie bez przyczyny twórcy miasta nazywali je Rqm (Rakmu), co oznacza barwne skały. Kolory są nieprawdopodobne. W promieniach słońca ściany wąwozu mienią się ciepłymi odcieniami od żółto brązowego po intensywnie czerwony. Ferii barw dopełniają stroje, zwłaszcza muzułmanek. Najbardziej bodaj kolorowe, z chustami na włosach noszą Turczynki. Jasne szaty w delikatnych kolorach, lekko jedynie przesłaniając twarze zakładają miejscowe kobiety oraz przyjezdne z liberalnych krajów arabskich. Czarne szaty z wąską szparką na oczy – te z emiratów i Arabii Saudyjskiej. Wszystkie natomiast chętnie używają biżuterii.

Strojniejsze od kobiet bywają jedynie wielbłądy. Uprząż jest bowiem punktem honoru Beduina. A to oni pracują głównie jako przewodnicy i poganiacze zwierząt.

Jeden z beduińskich przyjaciół, a niegdyś pracownik Nyazi’ego, Kadar, wyznał mu – Chciałbym mieć 15 tysięcy dolarów. Byłbym milionerem. Kupiłbym siedmioprzęsłowy namiot (może sobie na niego pozwolić rzeczywiście bogaty Beduin, nazywany z szacunkiem szejkiem). Zawsze paliłbym ogień i czekał na gości z herbatą. I miałbym nie jednego ale pięć wielbłądów przystrojonych wspaniałymi rzędami, brzęczącymi tysiącami cekinów. Dziś Kadar prowadzi przedsiębiorstwo przewozowe i zapewne stać go na spełnienie marzeń.

Nomadzka gościnność
Do namiotu też zdarzyło mi się zawitać. Miał wprawdzie tylko pięć przęseł, ale gospodyni – matka Muhammeda, jak ją nazywa Nyazi i jej córki podjęły nas nadzwyczaj serdecznie. Oczywiście herbatą i przygotowanym na naszych oczach podpłomykiem, pieczonym na żarze. Namiot składa się z ciemnej wełnianej plandeki rozbitej na metalowym stelażu. Wnętrze podzielone jest płachtami. Wyposażenie ogranicza się do mat i poduszek rozłożonych na gołej ziemi. Służą do siedzenia (trzeba zdjąć buty) i do spania. Gotuje się pod namiotem, paląc ogień w wygrzebanym w piasku zagłębieniu. Chociaż nasza gospodyni używała też butli z gazem. Namiot chroni przed upałem i wiatrem. Późnym popołudniem córki Haya i Asha opuściły nas na chwilę aby zagonić do zagrody owce i kozy. Namiot stał na kamieniach, a jednak zwierzęta coś skubały w okolicy i wcale nie wyglądały na zabiedzone. Co zaś do wody, to podobno Beduini potrafią ją zawsze odnaleźć. W Jordanii mieszka ich około 250 tysięcy i co najmniej 50 tysięcy wciąż wiedzie koczowniczy tryb życia.

Problem pojawia się gdy dzieci dorastają do wieku szkolnego. I tu znowu pojawia się imię królowej Rani. Z jej inicjatywy państwo wznosi szkoły i domostwa dla beduińskich rodzin. W pobliżu Aqaby odwiedziliśmy z Nyazim jego przyjaciół, którzy prowadzą trekkingi na wielbłądach przez pustynię Wadi Rum. Starsi z pięciu braci: Oda, Ali i Salim mają już po dziewięcioro dzieci. Jeden z młodszych jest dyrektorem szkoły. Cała rodzina przeniosła się więc na przedmieścia i zamieszkała w domu wzniesionym przez fundację. Mimo to mężczyźni większość czasu spędzają pod namiotem. Tam też nas podjęli – herbatą, wielbłądzim mlekiem i mansafem – gotowanym mięsem, którego kawałki wybieraliśmy palcami z wielkiej misy. Mocząc w jogurtowym sosie, zajadaliśmy się mlaskając z apetytu.

Siedem Filarów Mądrości
Na Wadi Rum Beduini nie tylko są poganiaczami wielbłądów. Kierują jeepami albo prowadzą miłośników pieszych wędrówek w głąb „ogromnej, boskiej, rozbrzmiewającej echem pustyni, otoczonej urwistymi górami z piaskowca i granitu” – jak pisał Thomas Edward Lawrence, oficer armii brytyjskiej, któremu w latach 1917-1918 udało się zjednoczyć rozproszone plemiona Beduinów i poderwać do zbrojnego powstania przeciwko Turkom. Wspomnienia zatytułował „Siedem Filarów Mądrości”, upamiętniając najoryginalniejszą w kształcie grupę skał, witającą przybyszów na Wadi Rum. Wszystkie skały cieszą tu oczy niecodziennymi kształtami i zapierającymi dech w piersiach pionowymi urwiskami. Niektóre niosą przesłanie z przeszłości. Trzeba tylko poświęcić czas na studiowanie rycin pozostawionych przez wędrujących tędy przed wiekami Nabatejczyków. Gdzie nie gdzie spotyka się beduińskie namioty rozrzucone niby przypadkiem przy turystycznych szlakach. Nikt w nich jednak nie mieszka. Tylko wioskę Rum, jedyną w tym chronionym obszarze, zamieszkuje trzydzieści beduińskich rodzin. W namiotach przy szlakach są pamiątki – do wzięcia. Wystarczy zostawić w zamian pieniądze – zgodnie z rozłożonymi cennikami.

Niecierpliwe oczekiwanie zachodu słońca wynagrodziły czerwieniące się w jego promieniach skały. Żal, że płonęły tylko chwilę. Potem zapadł zmrok, zrobiło się chłodniej, i jedynie poszarpane sylwetki skał rysowały się na tle rozgwieżdżonego nieba.

Siedząc z Nyazim na skalnej wychodni myślałem o innym widoku. Z chrześcijańskiego sanktuarium maryjnego na Mount Nebo, na rozległe pustynie otaczające dolinę Jordanu. Ziemia Święta, zarówno dla muzułmanów, jak chrześcijan i Żydów. Miejsce religijnych ekstaz i krwawych konfliktów sprzecznych z zasadami jakiejkolwiek religii. Widocznie na Abdullaha II spłynęła mądrość z Siedmiu Filarów pomyślałem, gdyż prowadzi kraj pokojową drogą. Z jednej strony podtrzymuje więzi ze światem arabskim. Zachowywał życzliwą dla Iraku neutralność podczas wojny z Saddamem, pozwala na przejazd ciężarówek z pomocą dla mieszkańców bombardowanego niedawno przez Izrael Bejrutu. Z drugiej zaś strony zabiega o kontakty z resztą świata i jest aktywny na międzynarodowych forach. Dzięki niemu, dumna dewiza Jordanii: Allah, Al-Watan, Al-Malek (Bóg, Ojczyzna, Król) nie ma nic wspólnego z fanatyzmem. Dzięki temu nad Morze Martwe przyjeżdżają kuracjusze z całego świata, by w gęstej od soli wodzie szukać zdrowia. A Aqaba żyje w przykładnej zgodzie z bliźniaczym izraelskim Eilatem. Oba miasta, oddzielone jedynie wąskim pasemkiem pustyni, tulą się do piaszczystych plaż w zatoce Morza Czerwonego. Tyle, że to w Aqabie utworzono specjalną strefę ekonomiczną. Wszystko ma więc przystępne ceny – i hotele, i towary w sklepach, czyniąc z Aqaby przyjemne miejsce wypoczynku i dobry punkt wypadowy do zwiedzania Jordanii. Przede wszystkim jednak miasto stało się oknem na świat dla wszystkich, którzy chcą robić interesy. Choć jak mówi Nyazi – nie jest łatwo, bo Arabowie mają wolny piątek, Żydzi szabas, a chrześcijanie niedzielę. Oby to były jedyne trudności.

Al-Urdunn, oficjalnie Al-Mamlaka al-Urdunnijja al-Haszimijja (Jordańskie Królestwo Haszymidzkie), jest monarchią konstytucyjną. Obecny władca Abdullah II (Abd Allah ibn Husajn) panuje od 1999 roku. Jordania leży w jednym z newralgicznych miejsc na politycznej mapie świata, ale obecnie dba o pokój i dobre stosunki z sąsiadami. Graniczy z Izraelem, Zachodnim Brzegiem Jordanu, Syrią, Irakiem i Arabią Saudyjską. Powierzchnia 92.300 km2. Niespełna 6 mln. mieszkańców. Ponad 99 proc. stanowią Arabowie. Jest wśród nich wielu Palestyńczyków. Dominującą religią jest islam (92 proc. stanowią sunnici). Większość terytorium leży na wysokości 700-1000 m n.p.m. Kraj jest pustynny. Najwyższy jest Dżabal-Ram (1754 m n.p.m.) w górach Dżabal-ash-Szara, najniższym – depresja Morza Martwego (339 m p.p.m.). Najważniejszą rzeką jest graniczny Jordan, wzdłuż którego lewego brzegu kraj rozciąga się południkowo. Stolicą jest Amman.

* * * * *

Tekst był publikowany na łamach magazynu „Podróże” w 2006 roku. Dziś, spokój i prozachodnią ścieżkę rozwoju Jordanii zakłóca ekspansja państwa islamskiego, które kontroluje już rozległe obszary sąsiednich krajów – Syrii i Iraku. Po męczeńskiej śmierci jordańskiego pilota, którego po wzięciu do niewoli dżihadyści spalili żywcem w styczniu 2015 roku, król Abdullah II nakazał bombardowanie ich pozycji w Syrii. Stał się tym samym przywódcą krucjaty przeciwko nim, a w jednym z nalotów uczestniczył, osobiście pilotując samolot. Wielokrotnie też nazywał publicznie islamistów terrorystami, a szef jordańskiej dyplomacji Nasser Judeh zapowiedział w lutym 2015 roku rozszerzenie nalotów również na tereny Iraku. Król jest od dawna krytykowany w islamskim świecie przez zwolenników państwa islamskiego za utrzymywanie dobrych stosunków z USA i Izraelem. Jordania jest więc realnie zagrożona nasileniem ataków terrorystycznych. Do tej pory najtragiczniejszy zamach miał miejsce w Ammanie w 2005 roku – zginęło wówczas 60 osób. Wygląda jednak na to, że nieugięta postawa króla znajduje coraz silniejsze poparcie narodu jordańskiego, czego symbolem stało się zaproszenie do namiotu do wspólnych modłów z ojcem, podczas królewskiej wizyty kondolencyjnej u rodziny zamordowanego pilota.

Reklamy