Tajlandia – kraj Odpoczywającego Buddy

Tajski masaż, boks, kuchnia i tajskie piękności. Egzotycznej kulturze Tajlandii trudno się oprzeć. Tym bardziej, że jej mieszkańcy witają turystów nader serdecznie. Jest bezpiecznie i łatwo się porozumieć po angielsku.

maly-Krid_IMG_5981

Krid, tajski dziennikarz, którego poznaję na przystani nad rzeką Aare w Szwajcarii, przyobleka twarz pełnym życzliwości uśmiechem. – Byłeś w moim kraju? – pyta raczej retorycznie, bo nie czekając na odpowiedź kontynuuje – serdecznie cię zapraszam! Mój przyjaciel prowadzi luksusowy hotel i organizuje niezapomniane Full-Moon-Party na Ko Pha-Ngan. Smaczna kuchnia, cudowne zabytki i krajobrazy, piękne plaże, a ladyboys – zawiesza na chwilę głos – nie mają sobie równych. Uwalnia moją rękę z uścisku, żeby owinąć się szczelniej jedwabnym szalikiem. Jest piękny jesienny dzień, ale od rzeki ciągnie chłodem. – My mamy – tłumaczy się Krid – dwie pory roku: gorącą i… cholernie gorącą. Rzeczywiście, temperatury w jego ojczyźnie rzadko spadają poniżej 20 st. C oscylując zazwyczaj koło 30. Cieplejsza, choć bardziej wilgotna pora deszczowa trwa od maja do października, a chłodniejsza sucha, od grudnia do lutego. W okresach przejściowych, to jest w listopadzie oraz w marcu i kwietniu jest zazwyczaj także bardzo ciepło. Najkorzystniej więc dla nas bo nie za mokro ani nie za gorąco jest zimą. A to czyni z wypoczynku w Tajlandii kuszącą alternatywę narciarskiego urlopu.

Zawsze jest czas na festiwal
Okazji do świętowania Tajowie znajdują mnóstwo. Jednak pora sucha jest dogodniejsza, bo huczne imprezy z tłumami uczestników odbywają się najczęściej pod gołym niebem.

Surin położony w północno wschodniej części kraju słynie z listopadowego Festiwalu Słoni, podczas którego prezentowana jest historia Tajlandii z rekonstrukcjami słynnych bitew. Za rozpoczęcie zimowego sezonu wypada jednak przyjąć ogólnokrajowe Loi Krathong. Święto przepraszania rzek za to, że były zanieczyszczane przez cały rok. Zapalone świece puszcza się wtedy na bananowych liściach z prądem tak, jak nasze wianki. A na północy kraju, w Chiang Mai, szybują w niebo lampiony. Wykonane z delikatnego papieru, z podczepioną na druciku porcją wosku. Zatopioną w nim tekturkę podpala się dzięki czemu wnętrze lampionu wypełnia ciepłe powietrze i unosi go. Dzieje się to po zmierzchu, więc tysiące płomyków lśnią potem na tle ciemnego nieba.

Uświęcony wielowiekową tradycją jest celebrowany w połowie kwietnia we wszystkich zakątkach kraju tajski Nowy Rok – Songkran. Uroczystości trwają tydzień, a towarzyszy im powszechne polewanie wodą. Z wielkich beczek, nie po to bynajmniej by zrobić komuś przykrość, ale dla błogosławieństwa.

Na 5 grudnia przypadają urodziny obecnego monarchy. Znany światu pod imieniem Ramy IX, Bhumibol Adulyadej skończył 87 lat. Na tronie zasiadł w 1946 r., i jest najdłużej rządzącym władcą Tajlandii. W dniu królewskich urodzin kraj udekorowany jest wizerunkami monarchy i wszyscy zanoszą w jego intencji modły. Jest to także Dzień Ojca, więc nikt nie idzie do pracy. Królewska małżonka, Sirikit obchodzi urodziny w sierpniu i jest to również jedno z najważniejszych dorocznych świąt, a zarazem, również wolny od pracy Dzień Matki.

Wśród licznych wydarzeń i festiwali, królewskie święta zajmują zawsze poczesne miejsce, gdyż rodzina panująca otoczona jest głęboką czcią. Obchody 10 grudnia upamiętniają uchwalenie konstytucji (ostatnia pochodzi z 2007 r.), a 6 kwietnia początek panującej dynastii Chakri oraz założenie Bangkoku w roku 1782. Dzień koronacji obecnego króla jest fetowany 5 maja. Podobnie jak dla Brytyjczyków, władca jest dla Tajów symbolem państwa. Które, jak podkreślają z dumą obywatele, nigdy w liczącej niemal 800 lat historii nie zostało podbite. Thaj (taj) – znaczy wolny!

Tysiące Buddów
Filarem tajskiej kultury jest buddyzm. Świątynie kryjące posągi Siddharthy, który doznał oświecenia i stał się Buddą rozrzucone są po całym kraju. Ba, w samym Bangkoku jest ich ponad 400. Większość przykuwa uwagę fantazyjną architekturą i kolorowymi trójpoziomowymi dachami. Bogato zdobione pawilony aż się proszą by do nich zajrzeć. Jeśli jednak odwiedzimy zbyt wiele świątyń, wrażenia zleją się, zacierając wspomnienie tych najważniejszych. Z pewnością należy do nich Wat Pho, w której wnętrzach znajdziemy ponad tysiąc wizerunków Buddy. Ale najważniejszy jest ten, który dał imię świątyni – Odpoczywający. W kaplicy przy zachodnim dziedzińcu. Lśniąca od pozłoty, wysoka na 15 m i długa na 46 postać z wygrawerowanymi na stopach starożytnymi symbolami, inkrustowanymi macicą perłową. Rzeźbiarz przedstawił Buddę w chwili osiągnięcia nirwany.

Niemal vis a vis, na drugim brzegu płynącej przez Bangkok rzeki Menam (Chao Phraya) wznosi się Świątynia Świtu (Wat Arun). Centralna z jej wysokich wież zwanych parangami ma 104 m wysokości, a otaczające ją – po 80-85 m. Praktycznie, do 2016 roku nie ma sensu do niej zaglądać, bo jest w remoncie. Nic natomiast nie stoi na przeszkodzie by skierować kroki do Świątyni Szmaragdowego Buddy (Wat Phra Kaeo). Wejścia strzegą budzące grozę giganty, ale nazwę i rozgłos zawdzięcza posążkowi siedzącego Buddy. Wykonanemu z jadeitu mlecznozielonej barwy (stąd nazwa), zaledwie 75-centymetrowej wysokości, w szatach zmienianych w marcu, lipcu i listopadzie. Wprawdzie przy świątyni nie mieszkają mnisi, ale i tak jest to żywe miejsce kultu. Cel pielgrzymów, przybywających by adorować Buddę w głównej sali modlitewnej zwanej bot. Prowadzi do niej sześcioro drzwi strzeżonych przez pary lwów. A niepozorny posążek umieszczony na piramidalnym ołtarzu jest sercem świątyni i buddyzmu w Tajlandii.

Wat Pho mieści renomowaną akademię tajskiego masażu (Nuat Pen Boran). W czasie krótkiej wizyty starczy czasu na podstawowe zabiegi. Przynoszą ulgę i relaksują, przywracając równowagę ciału i umysłowi, ale są dość bolesne. Jeśli mamy do dyspozycji 10 do 15 dni, poznamy tajniki tradycyjnej sztuki leczniczej podczas kursu.

Oblicza stolicy
Od Szmaragdowego Buddy niedaleko do Wielkiego Pałacu, niemniej efektownej od świątyń, dawnej rezydencji królów z dynastii Chakri. Otaczają ją mury długości 1900 m, a liczne pawilony kryją arcydzieła tajskiej sztuki. Historię Tajlandii ilustruje w oryginalny sposób kolekcja Muzeum Barek Królewskich. Uliczki zabytkowej dzielnicy prowadzą do zamienionej na muzeum siedziby Jima Thompsona, amerykańskiego biznesmena handlującego jedwabiem w latach 50. i 60. XX w. Tę malowniczą grupę budynków z drewna tekowego wzniesiono niegdyś na palach, bo miasto rozsiadło się na terenach podmokłych. Do dziś przecinają je liczne kanały, w których pluskają krokodyle.

Zabytki tworzą tylko jedno z obliczy Bangkoku. Egzotyczną atmosferę mają targowiska, zwłaszcza te rozsławione zdjęciami, na łodziach. Przewodniki polecają najczęściej skomercjalizowany do bólu Damnoek. Bardziej autentyczny jest działający jedynie w weekendy targ spożywczy w Talling Chan na peryferiach miasta. Za Wat Mahathat są targowiska amuletów i medycyny naturalnej. Na pierwszym spotkamy mnichów, diagnozujących przy pomocy lup czy amulet lub afrodyzjak zadziała. Drugi warto odwiedzić, ale z zakupami lepiej nie przesadzać. Już choćby dlatego, że medycyna Wschodu wymaga cierpliwego stosowania ziół, do których po powrocie do domu nie będziemy mieć dostępu.

Prawdziwy festiwal azjatyckich klimatów i smaków oferuje chińska dzielnica – z angielska Chinatown, a w miejscowym slangu Yaowarat. Rozrywkę dla rodziny znajdziemy w akwarium Siam Ocean World w największym ze stołecznych kompleksów handlowych Siam Paragon, w Siam Parku ze sztuczną plażą, basenami i lunaparkowymi atrakcjami oraz w parku rozrywki w amerykańskim stylu – Dream World.

Intrygująca i pożyteczna może się okazać wizyta w Snake Farm (Queen Saovabha Institute), gdyż w Tajlandii żyje około 170 gatunków jadowitych węży. Pod auspicjami Czerwonego Krzyża opracowuje się tam surowice. Odbywają się pokazy pobierania wydzieliny z gruczołów jadowych i prowadzone są szkolenia przygotowujące do ratowania ukąszonych.

Turystów młodszej generacji przyciąga jak magnes ulica Khao San. Pełno tam knajpek i hotelików, fryzjerzy zaplotą warkoczyki i można pokryć ciało efektownym tatuażem (uwaga – trudno go potem usunąć). Żądnych erotycznych rozrywek przybyszów wciągają atrakcjami Soi Cowboy i Patpong. Są tam kabarety z tancerkami go-go, wulgarne Ping Pong Show oraz salony masażu zaspokajające nie tylko zdrowotne potrzeby.

Wachlarz możliwości jest tak ogromny, a sąsiedztwo imponujących nowoczesnością dzielnic z enklawami nędzy i brudu tak bliskie, że przybysze dzielą się szybko na zakochanych w Bangkoku od pierwszego wejrzenia i na tych, którzy nigdy nie zamierzają tam wracać.

Wspaniała panorama Bangkoku roztacza się z obrotowej, 84. kondygnacji najwyższego w mieście budynku. Bayoke Sky Tower mieści luksusowy hotel. Liczy 304 m wysokości (z antenami 328,4 m). Ma 85 kondygnacji.

Uroki prowincji
Niczym w modelu elementów Jin i Yang wybrzeże i wyspy południowej części kraju sprzyjają leniwemu wypoczynkowi, zaś górzysty interior na północy aktywnemu spędzaniu czasu. Ale Jin i Yang nie są czarno-białe i zawsze zawierają elementy przeciwstawne. Dlatego też, kurorty wybrzeża są centrami sportów wodnych, a na północy znajdą się oazy luksusu ukryte wśród bujnej roślinności. Zaś pola golfowe, oceniane przez profesjonalne przewodniki za najpiękniejsze na świecie, rozrzucone są niemal po całym kraju.

Około 100 km na południowy wschód od Bangkoku rozciąga się Tajlandzka Riviera. Jej kluczowym ośrodkiem jest Pattaya. Plaże są tam przyjemne, działa prężnie aeroklub bo okolice są idealne do uprawiania sportów powietrznych, ale do kurortu przylgnęła zła sława zagłębia seks-turystyki. Jeszcze bodaj słynniejszy jest Pukhet w zachodniej części kraju. Zarazem największa z tajskich wysp rozsypanych u wybrzeży Morza Andamańskiego, około 900 km od stolicy. Woda ma tam szmaragdową barwę, na plażach ścieli się złoty piasek, niedaleko do rafy koralowej. Niestety, im miejsce lepiej znane, tym bardziej zatłoczone.

Opinią oazy spokoju cieszy się położona u zachodnich wybrzeży kraju wyspa Koh Jam, chociaż niedaleko z niej do gwarnych kurortów Lanty, Krabi, czy na Pukhet. Fenomen tłumaczy fakt, że nie ma tam luksusowych hoteli. Jest tylko kilka i to małych. Na stałe mieszka około 200 osób, a promy nawet nie dopływają do brzegu. Pasażerowie muszą przesiadać się na łódki, które dowożą do celu. Na miejscu nie ma nic do roboty. Pozostaje jedynie się opalać, ewentualnie czytać książki w cieniu drzew.

Na Równinie Korat na wschodzie (leży tam wspomniany już Surin), dokonano najciekawszych odkryć archeologicznych, ale znalezione artefakty złożono w muzeach w Udon Thani i Khon Kaen. Tylko pradawne rysunki pozostały na ścianach grot w Bang Chieng. Okoliczne miejscowości słyną z kultywowania tradycji religijnych i rzemiosła.

W środkowej części kraju, na Nizinie Menam leży Sukhothai – kolebka Tajlandii, stolica z lat 1251-1350. Zachowały się w niej liczne świątynie buddyjskie, a wśród nich szczególnie piękne waty Mahathat, Sri Sawai, Saphan Hin i Chetuphon. Bliżej Bangkoku leży jeszcze jedno pełne zabytków miasto, wpisana na listę UNESCO Ayuthaya.

Perłą północnej Tajlandii jest Chiang Mai. Miasto z XIII w., początkowo stolica niezależnego królestwa Lanna. Dziś szczyci się i zabytkami, i rozwiniętą turystyczną infrastrukturą. Ozdobą krajobrazu w okolicy są wysokie niemal na 100 m wodospady Mea Klang. Można zażyć kąpieli w którymś z 50 termalnych źródeł w pobliskim Fang. Poza tym to świetna baza trekkingów, raftingu i wspinaczek, bo charakterystyczne dla północnej części kraju są góry. W większości pokryte tropikalnymi lasami z poletkami ryżowymi na stokach. Żyją w nich plemion o archaicznej kulturze, zachowujące oryginalną kulturę.

Zachwycający krajobraz doliny rzeki Pai (na pograniczu z Myanmarem, d. Birmą) tworzą skalne progi i kręte wąwozy. Jednak każdy kto zna film „Most na rzece Kwai” zwróci najpierw uwagę na jej dolinę. W pobliżu miasta Kanchanaburi, alianccy jeńcy rzeczywiście budowali most aby okupujący Indochiny Japończycy mogli połączyć koleją Malaje z Birmą. Operacja prowadzona w latach 1942-1943 pochłonęła życie 100 tys. ludzi, a ich dzieło i tak alianci zbombardowali. Współczesny most skonstruowano po wojnie.

Z durianem nie wchodzić!
Wszędzie zjemy smacznie i będą to lokalne potrawy. Trzeba oczywiście trochę odwagi, aby skosztować pewnych smakołyków z ulicznych stoisk. Na przykład grillowanych szczurów, serwowanych przy drogach na północy. Smażone koniki polne, czy szarańcze są może dobrą choć nieco przewrotną pamiątka dla znajomych, ale do jedzenia – hmm – co kto lubi?! Poza tym miejscowa kuchnia zyskuje sobie rzesze zwolenników. Jej podstawą jest ryż. Świetne są makarony i różnego rodzaju curry. Do specjałów zaliczają się zupy z mlekiem kokosowym. Przez cały rok dostępne są owoce, choć konkretne rodzaje mają charakter sezonowy. Jest pośród nich Durian – „król owoców południowo-wschodniej Azji”. Wielkości arbuza z grubymi kolcami na ciemno zielonej skórze. Bardzo smaczny, ale okropnie pachnie. Słodkawą cebulą zmieszaną ze zgniłymi owocami. Dlatego nie wnosi się go do żadnych pomieszczeń. Jest kaloryczny, więc nie powinno się nim objadać. A łączenie go z alkoholem bywa szkodliwe. Na szczęście to owoc letni. Przez cały rok dostaniemy żółte lub czerwone arbuzy, soczyste mango, ananasy, papaje i gujawy oraz znakomicie gaszące pragnienie Syzygium malaccense określane z racji podobieństwa macierzystej rośliny do róż angielskim terminem „rose apple”. Zielona papaja jest podstawą sałatki som tam. Ze słówkiem thai w nazwie – słodkawej, z orzeszkami i suszonymi krewetkami oraz pu albo pra ra – z solonymi krabami lub sfermentowaną rybą. Druga odmiana jest ostra. W ogóle przypraw Tajowie nie żałują, więc jeśli komuś to nie odpowiada powinien opanować zwrot „maj pet” – nieostro!

Bangkok to nazwa spreparowana z myślą o obcokrajowcach, ale nawet Tajowie używają skrótów oryginalnej: Krung Thep Maka Nakhon albo po prostu Krung Thep – Miasto Aniołów. Pełna bowiem jest najdłuższą na świecie i brzmi: Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit.

INFO
Tajlandia – do 1949 roku nazywana Syjamem
monarchia konstytucyjna
leży na Półwyspie Indochińskim, granicząc z: Laosem, Kambodżą, Malezją, Myanmarem
ludność: 67,10 mln.
powierzchnia: 513,12 tys. km2
stolica: Bangkok (6,35 mln mieszkańców)
75% ludności to Tajowie, najliczniejsza mniejszość chińska – niemal 14% populacji
ponad 93% stanowią buddyści; na południu skupiska muzułmańskie (5,5%); w skrajnych przypadkach domagają się odłączenia
Waluta – baht dzieli się na 100 satangów. 1 THB – 0,10 PLN

Tajowie posługują się buddyjskim kalendarzem, ale ze względu na turystów używają równolegle gregoriańskiego. Łatwo się więc zorientować, choć różnica wynosi 543 lata.

Trudno o autentyczną pamiątkę z podróży bo rynek zalany jest tanimi chińskimi wyrobami, które niewiele mają wspólnego z kulturą i sztuką Tajów.

Tajowie są przyjaźnie nastawieni, ale czuli na punkcie zasad. Po pierwsze, nie wolno w żaden sposób krytykować króla ani członków rodziny panującej. Co do kontaktów z mnichami, to kobietom nie wolno ich dotykać, ani nic im podawać. W świątyniach bez wyjątku, a i w wielu innych miejscach trzeba być przyzwoicie ubranym. Plażowe stroje są dobre tylko na plaży! Ponieważ Tajlandia jest popularnym kierunkiem seks-turystycznym mężczyźni powinni uważać na gesty i słowa, kierowane do kobiet, żeby nie zostały odebrane jako obraźliwe, bo tak naprawdę rzadko która Tajka trudni się prostytucją. Za uprzejmym uśmiechem Tajowie skrywają własne troski i oczekują od gości uprzejmego zachowania – krzykiem i awanturami niczego tam nie wskóramy. Nazwą farang (tak samo jak miejscowy owoc), określają przybyszów, ale nie ma w tym nic obraźliwego. Jeśli nie chcemy sobie z Taja zrobić wroga, nigdy nie próbujmy go ośmieszyć, bo nie ma dla niego gorszej hańby niż utrata twarzy.

www.abctajlandia.pl
www.etajlandia.pl

Tekst dla magazynu „Ego Inspiracje” (publikowany jesienią 2014 pt. „Królestwo uśmiechu”); artykuł w formacie pdf.

Reklamy