Ebru – na wodzie malowanie

Ebru – sztuka malowania na wodzie kształtowała się przez stulecia, a jej głównymi ośrodkami stały się z początkiem XVI wieku metropolie tureckiego imperium: Buchara (dziś w Uzbekistanie) oraz Stambuł. W 2015 roku wpisano ebru na listę niematerialnego dziedzictwa ludzkości UNESCO.

Kwiaty Anny Amil wykonane pdczas prezentacji ebru na Zamku Królewskim w Warszawie, fot. Paweł Wroński

Sztukę tę mylnie utożsamia się z techniką marmurkowania – również wywodzącą się z Turcji, a dziś powszechnnie używaną w introligatorstwie starodruków. Szuka się także podobieństw z japońskim kunsztem suminagashi – tworzenia deseni przez tusze pływające na wodzie. Ebru, zdecydowanie odróżnia od nich brak przypadkowości. Ebruista wie dokładnie czego pragnie i dąży do uzyskania takiego efektu jaki sobie wymarzył. Natomiast wzory stworzone technikami marmurkowania czy suminagashi, choć nierzadko porywające, są od woli artysty niezależne.

Nazwa tego wywodzącego się z tradycji orientu gatunku malarstwa pochodzi od perskiego określenia ebri (wym. abrï), oznaczającego coś zwiewnego, falistego, jak chmura.

Niepowtarzalność dzieł ebru wykorzystywano w Turcji już od XVI wieku, używając papierów zdobionych przez ebruistów do prowadzenia oficjalnej korespondencji oraz wystawiania dokumentów sułtańskich. Nie można ich było bowiem podrobić – ani skopiować, ani nawet powtórzyć uzyskanego przez konkretnego artystę wzoru. Najstarszy obraz wykonany techniką ebru o potwierdzonej dacie wykonania znajduje się w zbiorach muzealnych Pałacu Topkapi w Stambule. Powstał w 1539 roku.

W XIX wieku sztukę ebru zdominowały wzory kwiatowe i to one wyznaczają dziś kanon piękna obrazów wykonanych tą finezyjną techniką. Praca nad obrazem uważana jest także za formę medytacji, bo żeby ukończyć dzieło konieczne są głęboka koncentracja i spokój umysłu.

Anna Amil – ebruistka z Krakowa, fot. Paweł Wroński

Anna Amil, absolwentka orientalistyki i filologii tureckiej UJ, zajmuje się ebru od 7 lat, a swój warsztat doskonaliła pod okiem mistrzów ze Stambułu. Swoje kompozycje tworzy na papierze, choć dziś zdobi się w ten sposób także jedwab, choćby do celów użytkowych, jak na przykład krawaty.

Próbka możliwości jakie daje jedna z technik ebru, polegająca na rozprowadzaniu farb płynnymi ruchami – „pójdź i wróć”, fot. Paweł Wroński

Niezwykłe znaczenie dla sztuki ebru ma przygotowanie farb z naturalnych składników określonego pochodzenia, a nawet „oswojenie wody” w kuwecie, w której obraz powstaje. Składnikiem kluczowym jest żółć wołowa, która sprawia, że farby osiągają odpowiednią gęstość. Niebagatelne znaczenie ma oczywiście wyobraźnia twórcy, bo to ona podsuwa pomysły i sposoby odzwierciedlenia zrodzonych w myślach motywów na papierze, na który z powierzchni wody delikatnie się je przenosi.

Kwiat wykonany przez Annę Amil podczas kótkiego pokazu. Niby proste, ale kluczem było przygotowanie farb i wody, które umożliwiły sporządzenie tego delikatnego kwiatowego motywu, fot. Paweł Wroński

Anna Amil przedstawiła sztukę ebru podczas pokazu zorganizowanego na Zamku Królewskim w Warszawie pod auspicjami Ambasady Turcji w Polsce. W ramach kierowanego przez nią warsztatu powstało także kilka prac amatorskich.


Poznaj Turcję: www.facebook.com/PoznajTurcje/


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Reklamy

Kobiety nad Bosforem

If You like this site, your support will be welcome!

$5.00

Stambuł, dziś największa metropolia Turcji, niegdyś Konstantynopol – stolica Bizancjum, rozsiadła się okrakiem nad Bosforem, łącząc europejski brzeg cieśniny z azjatyckim.

Oprócz kontynentów, nad Bosforem spotykają się dwie kultury – europejska z bliskowschodnią oraz dwie wielkie religie monoteistyczne – chrześcijaństwo z islamem. Te zetknięcia dodają miastu niezwykłego kolorytu, rodząc również problemy, choćby nietolerancję jako uboczny efekt „powrotu do tradycyjnych wartości religijnych„. Na pozór, jednak wciąż jest pięknie, a przynajmniej było – w lipcu 2017, bo turystyka pozostaje kluczową dziedziną tureckiej gospodarki, a gdzie jak gdzie, ale najwyraźniej odczuwa się to w Stambule.

Selfie z widokiem na Złoty Róg z tarasu restauracji Konyali w kompleksie pałacowym Topkapi, fot. Paweł Wroński

Z tarasów kompleksu pałacowego Topkapi widać doskonale zatokę Złoty Róg i stambulski Manhattan jaki wyrósł na przełomie XX i XXI wieku, tworząc nowoczesne biznesowo-shoppingowe centrum miasta na europejskim brzegu cieśniny.

W cieniu pawilonu na terenie zamienionego na muzeum sułtańskiego pałacu – Topkapi Sarayi, fot. Paweł Wroński

Słynna rezydencja ottomańskich sułtanów jest zespołem pawilonów o różnorodnym przeznaczeniu – prywatnym, oficjalnym, modlitewnym. Dziś, uzupełniona o lokale gastronomiczne z przytulonym do murów, otwartym dla publiczności parkiem Gülhane (Gülhane Parkı), jest jednym z ulubionych celów odwiedzin przybyszów ze wszystkich prowincji kraju i zza granicy. Trzeba wszakże pamiętać, że w roku 2016 liczba gości zza granicy spadła – oficjalnie – o 30% w stosunku do lat poprzednich. Z jednej strony wpłynęły na to tragiczne w skutkach zamachy terrorystyczne, z drugiej – nasilające się łamanie praw człowieka przez prezydenta Erdogana, bezpardonowo zwalczającego opozycję.

 

Jak podaje Amnesty International Polska, „Turecki sąd pozbawił wolności dyrektorkę Amnesty International w Turcji Idil Eser oraz 7 innych obrońców praw człowieka zaledwie kilka tygodni po aresztowaniu prezesa Tanera Kiliça. Wobec 2 kolejnych, władze wydały nakaz aresztowania. Uwięziono ich dokładnie wtedy, kiedy są najbardziej potrzebni: gdy niezależne media są uciszane, zabieranie głosu jest ryzykowne, a ludzie żyją w strachu”.

 

Ulica İstiklal w dzielnicy Beyoğlu jest dziś shoppingową, tłumnie odwiedzaną aleją, fot. Paweł Wroński

Niezależnie od tego ile w tym ostentacyjnie wyrażanego sprzeciwu, a ile obawy o bezpieczeństwo, faktem jest, że trudno dziś spotkać turystów z krajów Zachodniej Europy, nie przyjeżdżają też Japończycy. Wciąż jest jednak sporo Rosjan i trochę Polaków, najwięcej jednak widać gości z Chin i Korei, a nade wszystko z krajów Bliskiego Wschodu. Rosnąca liczba tych ostatnich jest efektem intensywnej kampanii promującej walory turystyczne Turcji, prowadzonej w krajach muzułmańskich.

Gülhane Parkı, popularne miejsce rodzinnego wypoczynku i towarzyskich spotkań w plenerze, fot. Paweł Wroński

W efekcie, na ulicach Stambułu obserwować można różnorodne zachowania i stroje kobiet, żyjących w środowiskach hołdujących koranicznej tradycji. Od liberalizmu charakterystycznego dla Turcji, zwłaszcza dla wielkich miast, po towarzyszące mężom stare i młode kobiety, okutane od stóp do głów na czarno, oglądające świat przez wąską szczelinę czarczafu – choć nie jest to strój komfortowy, wydaje się nie przeszkadzać żadnej z nich we wspomaganiu własnych wrażeń, czerpanymi z Internetu.

Im bardziej szczelne zakrycie, tym kraj pochodzenia jest bardziej ortodoksyjny obyczajowo, fot. Paweł Wroński

Najbardziej kolorowo i – ewentualnie – z lekkim jedynie odcieniem tradycji ubierają się młode Turczynki. Z krajów najradykalniejszych religijnie, gości oczywiście nie ma, bo po prostu nie podróżują.

Muzułmanki z tradycyjnych środowisk muszą przy posiłkach unosić niqab – zasłonę na twarz, część czarczafu (hidżab), fot. Paweł Wroński

 

Niqab to zasłona na twarz, część czarczafu (hidżab) o wielkim znaczeniu w świetle prawa koranicznego. Nie jest powiedziane, że „(…) kobieta, która nie nosi niqabu, nie znajdzie się w Raju, albowiem jak wiemy, są dwa ważne poglądy odnośnie hidżabu. Jeden pogląd, który podzielają uczeni to – niqab (zasłanianie twarzy) jest wadżib (obowiązkowy) inni twierdzą że jest – mustahab (zalecany, i jest to najlepsza rzecz, aczkolwiek nie-obowiązkowa). (…) wyjaśnienie dla tych, którzy twierdzą, że >>niqab nie ma podstaw w islamie i nie ma znaczenia<< (…) – ludzie tacy powinni zrozumieć, że niqab znajduje uzasadnienie w Koranie i hadisach – i nawet jeśli ktoś podziela pogląd, że nie jest wadżib – jest on niezaprzeczalnie najlepszą rzeczą i zalecaną, i każdy kto nosi niqab zasługuje na szacunek. Zaś ten, kto zniechęca do noszenia niqabu, lub neguje jego zasadność i twierdzi, że niqab nie ma podstaw w Koranie i sunnie, lub krytykuje i naśmiewa się z kobiet, które go noszą, powinien obawiać się Allaha (…)” (zasłona na twarz, w: oislamie/artykuly).

 

Yerebatan Sarayi – cuda Stambułu (4)

If You like this site, your support will be welcome!

$5.00

Yerebatan Sarayi, czyli Zatopiony Pałac to nazwa wielkiej antycznej cysterny, zbudowanej w pobliżu bazyliki Hagia Sophia (meczetu Ayasofya) za panowania cesarza Justyniana.

Ponad 300 marmurowych kolumn 9-metrowej wysokości wspiera ceglane sklepienie gigantycznej podziemnej hali. Na podstawach dwóch z nich znajdują się wizerunki głowy meduzy, a jedną zdobi abstrakcyjny ornament. Jak głosi legenda, tę trzecią dedykowano niewolnikom zmarłym podczas wznoszenia budowli Konstantynopola. W rzeczywistości wykorzystano kolumnę pozostałą z łuku triumfalnego, wystawionego na cześć jednego z cesarzy w IV stuleciu. Cysternę zbudowano dwa wieku później, za panowania Justyniana.

Bazy dwóch kolumn zdobią wizerunki głowy meduzy, ułożone w innych płaszczyznach; tam najchętniej fotografują się turyści, fot. Paweł Wroński

Meduza budzi największy podziw. Nie tylko dlatego, że oddano misternie jej wężowe włosy i oczy, których spojrzenie zamieniało śmiałka w kamień. Wspaniałe płaskorzeźby są arcydziełem sztuki rzeźbiarskiej z VI wieku. Nie wiadomo wprawdzie dlaczego ozdobiono w ten sposób tylko dwie kolumny. Zagadka intryguje tym bardziej, że każda z głów jest przedstawiona w innej płaszczyźnie. Tajemniczą atmosferę tego miejsca, wykorzystano kręcąc w 1963 roku sceny do bondowskiej sagi. W filmie „From Russia with Love”, zamieniono cysternę w budzące grozę podziemia rosyjskiej ambasady.

Meduza z odwróconą głową. Takie przedstawienia tłumaczą liczne legendy, choć powód był zapewne prozaiczny – wyrównanie poziomu baz wszystkich kolumn zależne od ukształtowania gruntu na dnie cysterny, fot. Paweł Wroński

Turcy woleli wodę z akweduktów, więc o cysternie zapomniano do czasu aż odnalazł ją francuski badacz Petrus Gyllius (albo Pierre Gilles), poszukujący w połowie XVI wieku śladów bizantyjskiej przeszłości. Jego uwagę zwrócili mieszkańcy Stambułu, którzy z otworów w ziemi wyciągali wodę jak ze studni albo łowili ryby.

Płacząca kolumna, fot. Paweł Wroński

Cysterna jest największą z trzech jakie zachowały się w Stambule. Po dziś dzień w zbierającej się na dnie zbiornika wodzie żyją ryby. Czuć wilgoć, a słupy kolumn są mokre od skraplającej się pary wodnej. Panuje chłód, w największy nawet, dokuczliwie odczuwany na ulicach upał. Z zewnątrz cysternę wskazuje niewielki wejściowy pawilon, przy którym – tak jak przy wszystkich tłumnie odwiedzanych obiektach – trzyma straż policyjny patrol. Meduzę zaś uwieczniono w nazwie pobliskiej restauracji, zdobiąc fasadę mieszczącego ją budynku kamienną plakietą z wizerunkiem mitycznego potwora.

Ryby zawsze znajdowały dogodne warunki do życia w cysternie, fot. Paweł Wroński

W naszych przewodnikach Zatopiony Pałac kryje się najczęściej pod nazwą Cysterna Bazyliki: www.yerebatan.com

Chrześcijanie i muzułmanie

Chrześcijanie i muzułmanie żyją w zgodzie, od 175 lat w Polonezköy. Polska wieś koło Stambułu została założona za zgodą sułtana w 1842 roku, na ziemiach zakupionych przez księcia Adama Czartoryskiego po azjatyckiej stronie Bosforu.

Firman sułtański, przechowywany w Domu Pamięci Cioci Zosi w Polonezköy, fot. Paweł Wroński

Społeczność osady zwanej początkowo na cześć fundatora Adampolem przechowuje z szacunkiem sułtański firman i utrzymuje niezmiennie dobrosąsiedzkie stosunki z tureckimi członkami lokalnej wspólnoty. Tym bardziej zasługuje to na uwagę, że w ciągu minionych 175 lat działy się na świecie rzeczy straszne, a Turcja i Polska, której tradycje Adampolanie pieczołowicie kultywują, nie zawsze znajdowały się po tej samej stronie.

Świadectwem dobrych lokalnych stosunków są świątynie – rzymsko-katolicki kościół i cmentarz na wzgórzu oraz niewielki meczet, którego budowę w cieniu cmentarnego wzgórza zainicjowali notabene Polacy z miejscowej wspólnoty.

Tureccy obywatele o polskich korzeniach z Polonezköy, pieczołowicie kultywują obyczaje przodków, religię i język. Ba, od czasu wizyty Lecha Wałęsy posiadają zazwyczaj dwa paszporty, bo obok tureckiego także polski. Jak im się udaje od pokoleń – w kraju muzułmańskim, o obcej ich przodkom mowie, wciąż biegle władać mową Mickiewicza? Posłuchajcie co mówi na ten temat Antoni Dohoda, jeden z rodowitych mieszkańców wsi.

Kumpir – kartofel gigant z dodatkami

Kumpir to wielki zapiekany ziemniak. Jego gorący miąższ zamienia się w purée, mieszając z masłem i serem kasar, a potem dopełnia dodatkami dobranymi indywidualnie przez klienta.

Pomysłowy i smaczny fast food, a zarazem jeden z kulinarnych przebojów Stambułu!

Tak właśnie wygląda kumpir – łatwo sobie wyobrazić jak smakuje, fot. Paweł Wroński

Prosta potrawa podbiła Turcję i ulice Stambułu, a nieopodal Meczetu Ortaköy (Ortaköy Camii), powstała nawet cała ’kumpir-zone’, odwiedzana przez autochtonów i przybyszów, właśnie po to, by zajadać się kumpirem, śledząc przepływające przez Bosfor jednostki.

Kumpir-zone w Stambule powstała w rejonie Mostu Bostońskiego, po europejskiej stronie Bosforu, fot. Paweł Wroński

Zasada jest prosta. Gdy ziemniak jest gotowy, klient dobiera dodatki, takie jak mielone mięso, kukurydzę, oliwki, kapary, posiekane, pomidory, fasolę i inne warzywa, sosy oraz przyprawy – lokalne, tureckie i uniwersalne, takie jak ketchup czy majonez. Nawet w restauracji z obsługą kelnerską po wybór dodatków trzeba się zgłosić do stoiska; przy stoliku można natomiast zamówić napoje. Kumpir kosztuje w tej strefie 20-25 lirów.

Do picia zamawia się herbatę, sok wyciskany z owoców, lemoniadę lub piwo (najczęściej Efes, bo jest miejscowy i całkiem niezły, a inne pochodzą z importu). Wszystko fajnie. Jedno mnie tylko zastanawia – skąd biorą takie wielkie kartofle? Modyfikują je genetycznie, czy wyhodowali specjalnie tak gigantyczną odmianę?

Inny dobór dodatków, ale to także kumpir, fot. Paweł Wroński

O tym jak jest przygotowywany kumpir opowiada poniższy film, zamieszczony na Youtube przez użytkownika Culinistanbul w 2013 roku, nakręcony właśnie tam, w dzielnicy Ortaköy (Beşiktaş) w europejskiej części Stambułu, tuż nad Bosforem.

U Daniela i Barbary w Polonezköy

If You like this site, your support will be welcome!

$5.00

Wspomnienie pierwszych chwil w Polonezköy ze wszech miar godne zapamiętania!

Było pod wieczór, pogoda prześliczna, wokół zielono, ale w brzuchu burczało. Niczym pod wpływem zaklęcia „Stoliczku nakryj się!”, pojawiły się potrawy. Bliskie naszemu narodowemu, zgodnemu z tradycją i patriotycznemu przyzwyczajeniu – sute, do cna tureckie i smaczne!

Fasola po turecku podawana jest na wiele sposobów, bo używane są różne jej rodzaje, z przeróżnymi przyprawami; dressing –  w tym przypadku z sałaty – jest zarówno ozdobą, jak smakowym odświeżającym dodatkiem, fot. Paweł Wroński

Na początek fasola, i to trzech rodzajów, delikatnie i aromatycznie przyprawiona ziołami, z sałatą, pietruszką oraz plasterkami cytryny – dla ozdoby i do smaku. Fasola (fasulye) ma w kuchni tureckiej ugruntowaną pozycję. Do niezwykle popularnych należą takie potrawy jak taze fasulye, czyli zielona fasolka z przyprawami, etli kuru fasulye, czyli fasola w sosie z papryką i pomidorami, kurufasulye – fasola z surową cebulką, czy popularne także w Grecji i krajach o silnych wpływach tureckich, zwłaszcza na Bałkanach, pilaki. Fasolowe dania z powodzeniem wystarczą by się nasycić, często jednak stanowią jedynie przystawkę, obfitą przystawkę ma się rozumieć.

Jako danie główne grillowane mięsa z również grillowanymi warzywami – ostrą papryką i pomidorem oraz z frytkami, fot. Paweł Wroński

Mięsne danie główne nie należy do rzadkości. Był jeszcze Ramazan, a więc Wielki Post przez nas nazywany ramadanem. Wtedy wyznawcy islamu unikają przez cały dzień jedzenia i picia, aż do wieczora. W wielkopostnym menu nie ma mięsa, ale Polonezköy to wieś zamieszkała – zgodnie zresztą z nazwą – przez potomków polskich osadników, chrześcijan z dziada pradziada. Tureckim gościom w tym czasie, gospodarze mięsa nie zaproponują, choć i z tym teraz różnie bywa, jako że od czasów Atatürka. laicyzacja tureckiego społeczeństwa postępuje bardzo szybko. Ciemne kawałki mielonego, grillowanego bądź smażonego mięsa – inegöl köfte, przygotowano mieszając jagnięcinę (kuzu) z wołowiną (sr). Wieprzowina jest zwyczajowo wykluczona z receptur, choć czasem używa się tu także dziczyzny, bo do zabudowań Polonezköy podchodzą dziki. Ba, jest w ich w pełnej drzew okolicy sporo, więc mieszkańcy polskiego pochodzenia polują. Potrawy z dziczego mięsa cieszą się sporym zainteresowaniem wśród ich tureckich przyjaciół, choć nie wszyscy ich kosztują. Jasne mięso to oczywiście drób – pieczona pierś z kurczaka, czyli kzarm tavuk, także bardzo w Turcji popularne danie. Drobiu używa się tutaj w kebabach, szaszłykach, podaje z patelni, bądź grilla. Kosmopolitycznym dodatkiem są frytki, zaś warzywa na gorąco – papryka (biber) i pomidor (domates) – tradycyjnym, i do tego pospolitym.

Sütlaç należy do najpopularniejszych tureckich deserów, fot. Paweł Wroński

Na deser sütlaç, czyli pudding ryżowy, z przypaloną warstewką niczym Crème brûlée. Dobrze, że dbać o linię nie muszę, bo to prawdziwie kaloryczna bomba, a słodki tak, że chociaż uwielbiam słodkości, nie dałem mu rady.

Sery, kawałki wędliny, porcja chałwy, omlet i oliwki, do tego warzywa, pieczywo i herbata, krótko mówiąc – śniadanie po turecku, fot. Paweł Wroński

A po nocy przychodzi dzień… chciałoby się zaśpiewać, niczym Budka Suflera w dobrych czasach. Na śniadanie talerz przysmaków – głównie serów: słony biały (beyaz peynir) i żółty (kasar). Były także w zestawie: plasterki wędliny i porcja chałwy. Do tego oliwki, omlet, dobre świeże pieczywo z miodem lub konfiturą – wedle życzenia, i oczywiście… herbata (çay)!

Herbata (çay), na orientalną modłę – gorąca, mocna, słodka, przepyszna, dozowana niewielkimi porcjami fot. Paweł Wroński

Taką oto obiadokolacją i śniadaniem, uraczyli nas w restauracji „Club Adampol Otel” Daniel i Barbara Ohotski, którzy prowadzą w Polonezköy pod Stambułem kilka wysokiej klasy turystycznych obiektów: www.polonezkoy.com

Szyld jednego z hoteli należących w Polonezköy koło Stambułu do Daniela i Barbary Ohotski, fot. Paweł Wroński

Polska wieś pod Stambułem – 175 lat

Książę Adam Czartoryski, przewodzący na emigracji patriotycznej grupie Hotelu Lambert, wykupił w XIX wieku skrawek ziemi po azjatyckiej stronie Bosforu.

Polonezköy – zielone płuca Stambułu; krajobraz przypomina nieco nasze Beskidy, fot. Paweł Wroński

Znaleźli tam swoje miejsce do życia polscy emigranci, którzy pod kierunkiem Michała Czajkowskiego (Sadyka Paszy), założyli w 1842 roku polską wieś, nazywając ją na cześć fundatora Adampolem.

Fryderyk Nowicki i barwy Adampola, fot. Paweł Wroński

Osada przetrwała 175 lat, i nosi dziś oficjalną nazwę Polonezköy. Ba, nadal – zgodnie z turecką nazwą – jest Polską Wsią, bo potomkowie emigrantów kultywują tradycje – religię i język, którym posługują się biegle członkowie około 30 rodzin. To oni stanowią miejscową elitę, są aktywni gospodarczo i tworzą cenione przez tureckich sąsiadów miejsca pracy w prowadzonych przez siebie hotelach i restauracjach. Rozwojowi turystycznej infrastruktury sprzyja bowiem fakt, że Polonezköy jest jedyną tak rozległą enklawą zieleni w stambulskiej metropolii, a w konsekwencji popularnym wśród jej mieszkańców miejscem weekendowego wypoczynku.

Na każdym kroku spotyka się w Adampolu polskie akcenty, poczynając od flag i napisów na ulicach, po wystrój hotelowych wnętrz (na zdjęciu manekiny w polskich strojach w Gülayım Otel w kompleksie Clubu Adampol, należącym do rodziny Ohotski). Fot.: Paweł Wroński

Daniel i Barbara
Dziś w Polonezköy gospodarzą potomkowie owych XIX-wiecznych osadników, z reguły przedstawiciele 5., a w najdłużej zasiedziałych rodzinach – 7. generacji. Należy do nich Daniel Ohotski, który z urodzoną w Polsce żoną Barbarą, prowadzi tutaj aż cztery turystyczne obiekty – hotel, pensjonaty i restauracje, w tym stylowy, wzniesiony przez kurpiowskich cieśli lokal o wzruszającej nazwie Karçma Kriha (pisane też czasem na angielską modłę Karchma). Ba, ich związki z Polską mają poza sentymentalnym także biznesowy charakter, gdyż prowadzą hodowlę bydła… na Mazurach.

Daniel i Barbara Ohotski; on jest przedstawicielem 5. generacji adampolan – rodziny Ochockich, ona urodziła się w Polsce, fot. Paweł Wroński

Antoni i Dom Pamięci Cioci Zosi
Chodzącą historią Adampola jest obecnie Antoni Dohoda. Jego rodowe nazwisko – Dochoda, uległo w czasach Atatürka – ze względów praktycznych – kosmetycznej modyfikacji. Elementem rewolucji kulturalnej, której przewodził „Ojciec Turków” było bowiem przejście z alfabetu arabskiego na łaciński. Polskie rodziny dostosowywały wówczas oryginalną pisownię do tureckiej wymowy. Antoni przepracował życie na menedżerskim stanowisku w korporacji Siemensa. Teraz, na emeryturze prowadzi restaurację „Leonardo”, duży elegancki lokal, w którym często wyprawiane są na zlecenie gości weselne uroczystości. Aż wierzyć się nie chce, że za murem jest tak ogromna posesja. Na zachowanych bowiem archiwalnych zdjęciach widać stojącą w tym samym miejscu, krytą strzechą chałupę.

XIX-wieczny dom Dochodów stoi tam gdzie dziś jest elegancka restauracja „Leonardo”, fot. Paweł Wroński

Archiwalia zgromadzono głównie w Domu Pamięci Cioci Zosi. Jej pamięć jest wciąż żywa w polskiej społeczności, bo niejednego mieszkańców pamięta ją jeszcze z dzieciństwa gdy uczyła go polskiego języka. Ekspozycja w zamienionym na poświęcone jej muzeum domu rodziny Ryży, z której się wywodziła, prezentuje 175 lat dziejów polskiej osady po azjatyckiej stronie Bosforu.

Antoni Dohoda w Domu Pamięci Cioci Zosi, fot. Paweł Wroński

Wójt w Turcji, sołtys na Mazurach
Pamiątki przeszłości pozbierał też zapobiegliwie Fryderyk Nowicki. O ile jego sąsiedzi realizują się przede wszystkim w biznesie, on jest ‚urodzonym’ lokalnym politykiem. Już po raz czwarty pełni teraz funkcję wójta. Ba, na Maurach w Sucholaskach koło Gizycka, gdzie ma kilka domków na wynajem pełnił funkcję sołtysa, i jest dumny, że do dziś nazywają go tam tureckim sołtysem. Tutaj zaś, bije na alarm, pokazując na zmiany w składzie miejscowej rady. Z kadencji na kadencję coraz więcej w niej Turków. Dla niego to dowód, że polska społeczność się dezintegruje, a inicjatywę przejmują powoli tureccy sąsiedzi. – Cóż z tego? – argumentują inni potomkowie polskich osadników – przecież po reformie administracji przeprowadzonej pod rządami Erdogana Polonezköy i tak utraciła status gminy, stając się czymś podobnym do sołectwa w Polsce, a więc rada, jaka by nie była, nie ma wielkiego znaczenia. No cóż – stare polskie przysłowie mówi, że „gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania”. Widać Turcy o polskich korzeniach, też nie są wolni od tego naszego narodowego przekleństwa.

Drzewo genealogiczne rodziny Nowickich, fot. Paweł Wroński

Chwała Sadykowi Paszy

Michał Czajkowski vel Mehmed Sadyk Pasza, generał oddziałów kozackich w służbie sułtana, fot. Paweł Wroński

Konflikty w łonie polskiej społeczności w Adampolu / Polonezköy, choć towarzyszą osadnikom od czasów założycielskich, nie przeszkodziły, by osada przetrwała 175 lat, a niewykluczone, że nie tracąc kondycji, doczeka 200. jubileuszu. Zasługę przypisać należy z pewnością Sadykowi Paszy, czyli Michałowi Czajkowskiemu, twórcy fundamentów Adampola. Był oficerem, uczestniczył w powstaniu listopadowym, włączając się po klęsce w działania niepodległościowe środowisk emigracyjnych. Los związał go wtedy z Adamem Czartoryskim. Z jego polecenia trafił nad Bosfor z misją tworzenia na wschodzie agentury paryskiego Hotelu Lambert. W 1841 roku Czajkowski znalazł się w Turcji, a już rok później kierował zakładaniem osady w Adampolu, rekrutując jednocześnie kozaków do armii sułtańskiej. Dowodził nimi w randze generała podczas wojny krymskiej. W 1850 roku przyjął islam; stąd imię i tytuł – Mehmed Sadyk Pasza; opuścił Turcję w 1872.

Antoni Dohoda we wnętrzu adampolskiego kościoła, fot. Paweł Wroński


Jako podkład muzyczny wykorzystałem utwór „Sultani Yegah”, wykonawca: Seyyah, ściągnięty z portalu www.freemusicarchive.org


O Adampolu po polsku: www.polonezkoy.com/pl/
Wzmianka na stronach MSZ: www.stambul.msz.gov.pl
Polonezköy – Gülayım Otel: www.polonezkoy.com
Polonezköy – Leonardo Restaurant-Cafe: www.leonardo.com.tr
Polonezköy – Mari’s House Cafe: www.marishouse.com

Przyjemnemu, acz skromnemu lokalowi, Fryderyk Nowicki nadał imię matki, fot. Paweł Wroński