Warszawa i 10. rocznica hejnału

W dniu 22 listopada 2018, podczas uroczystego posiedzenia nowej Rady Warszawy, zaprzysiężono Rafała Trzaskowskiego na Prezydenta m.st. Warszawy. Został wybrany niemal pół milionem głosów mieszakńców stolicy!

Z tej okazji hejnał miasta. Melodię tę słyszymy każdego dnia o godz. 11:15 z wieży Zamku Królewskiego w Warszawie.

11:15 to symboliczny moment, bo w efekcie ostrzału niemieckiej artylerii, 17 września 1939 roku, o tej właśnie godzinie zegar na zamkowej wieży się zatrzymał. Tego dnia na miasto spadło około pięciu tysięcy pocisków! A był to tragiczny i trudny czas zarówno w dziejach kraju, jak i jego stolicy, ponieważ tego dnia, napadła na Polskę Armia Czerwona. Rosyjskiego ataku nie można nazwać inaczej niż napaścią, bo nastąpił bez wypowiedzenia wojny.

Kwadrans wcześniej, przed zatrzymaniem wskazówek zegara, o godzinie 11:00 Zamek Królewski stanął w płomieniach. Pełną dramatyzmu akcję ratunkową uwiecznili wówczas polscy filmowcy na osobiste zlecenie prezydenta stolicy, Stefana Starzyńskiego. Zniszczenia były ogromne, ale sojusznicy nie udzielili Polsce wsparcia, mimo, że w radiowym przemówieniu Starzyński apelował: Te ruiny i zgliszcza Warszawy uprawniają mnie dzisiaj, abym w imieniu tej ludności zwrócił się do rządów wielkiej Brytanii i Francji z zapytaniem – kiedy udzielą takiej pomocy Polsce, która pozwoli na odsunięcie czy przeciwdziałanie tym barbarzyńskim metodom, jakie są do nas stosowane”.

W 1944 roku, pod koniec trwającego 2 miesiące powstania warszawskiego, hitlerowcy wysadzili w powietrze zrujnowany w początkowej fazie wojny Zamek Królewski – symbol niepodległości Polski.

*

U schyłku XX wieku o warszawski hejnał zabiegał przez niemal dekadę Henryk Łagodzki, nieżyjący już żołnierz Armii Krajowej i powstaniec warszawski ze zgrupowania Chrobry II.  Jego starania uwieńczone zostały sukcesem. W 2008 roku postanowiono bowiem, że hejnał stołeczny będzie codziennie odgrywany na pamiątkę tamtych wydarzeń. Melodię granego przez trębacza hejnału, w 1995 roku, kompozytor – profesor Zbigniew Bagiński z warszawskiej Akademii Muzycznej – oparł na motywach „Warszawianki” i „Marszu Mokotowa”.

 

Hejnał odgrywany jest na trzy strony świata, z pominięciem wschodniej. Nie jest to jednak żaden symboliczny gest. Dzieje się tak z prozaicznego powodu. Mianowicie, wieża zegarowa Zamku Królewskiego ma tylko trzy okna. Symboliczny jest natomiast trójdzielny układ kompozycji, który – zgodnie z intencją kompozytora, nawiązuje do historycznych wartości patriotycznych, wyrażanych słowami: „Bóg – Honor – Ojczyzna”.

 

Korzystając z okazji, nowemu Prezydentowi m.st. Warszawy, Rafałowi Trzaskowskiemu życzę, żeby jego prezydentura rozpoczynająca się w szczególnym roku, bo jubileuszowym – 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości, 100-lecie nadania prawa wyborczego (czynnego i biernego), kobietom (w czym wyprzedziliśmy o bez małą dwie dekady Francję – kolebkę feminizmu) oraz 10-lecia odgrywania hejnału w stolicy, zapisała się w dziejach miasta i kraju chwalebnie!

 

 


O wprowadzeniu hejnału w 2008 roku w oficjalnym portalu stolicywww.um.warszawa.pl

Sto lat temu Polki uzyskały prawa wyborcze. „Ruch ten nowy witamy ze szczerą radością” / artykuł pod takim tytułem, w portalu: www.wiadomosci.gazeta.pl

Reklamy

Luksus z legendą wznoszą toast

Pytanie jak z teleturnieju: w którym ze średniowiecznych miasteczek można się oddawać białemu szaleństwu w luksusowych warunkach? Jedyna, słuszna odpowiedź: w Kitzbühel!

Rzeczywiście, w centrum, przy głównych ulicach piętrzą się imponujące kamienice i strzelają w niebo wieże gotyckich kościołów. Pierwsze wzmianki o Kitzbühel pochodzą z XII wieku, a powstanie i dynamiczny rozwój miasteczka wiążą się z poszukiwaniem w okolicznych górach szlachetnych kruszców. Wydobycie koncentrowało się w masywach Sinwell i Schattberg, od XIV wieku działało w pobliskim Gries bractwo górnicze, przy książęcym wsparciu wybudowano w początkach XV wieku szpital, w połowie tego samego stulecia uruchomiono zakład płukania złota, a pod koniec hutę. Był to okres prosperity, której efekty podziwiamy do dziś, zaglądając do butików światowej sławy marek, usytuowanych w przyziemiach starych kamienic, odwiedzając w jednej z nich miejscowe kasyno, bądź korzystając z apartamentu w jednym z licznych tu 4- i 5-gwiazdkowych hoteli zajmujących dziś zabytkowe domy starówki. W XVII wieku Kitzbühel zasłynęło z misteriów pasyjnych, a w 1707 roku rozpoczął dawać przedstawienia pierwszy w Tyrolu teatr.

Pod koniec XIX wieku narodziła się narciarska legenda Kitzbühel. Zainspirowany norweskimi pismami podróżniczymi Franz Reisch zjechał w 1893 roku na nartach z Kitzbüheler Hornu. Pierwszy w historii prawdziwie wysokogórski wyczyn narciarski przyniósł mu miano jednego z ojców narciarstwa alpejskiego i wywołał boom na sporty zimowe, bo w jego ślady poszli szybko liczni amatorzy przygody. Było ich tak wielu, że już od 1895 roku organizowano dla nich zawody narciarskie, a w 1902 założono Kitzbüheler Ski Club (KSC). Po dziś dzień ten związek, zrzeszający uprawiających białe szaleństwo, należy do najsłynniejszych klubów narciarskich na świecie.

Zawody zapoczątkowane przez Reischa stały się regularną imprezą w 1931 roku, a bieg zjazdowy rozgrywany podczas styczniowych zmagań Hahnenkamm Rennen ugruntował pozycję Kitzbühel na szczycie światowego rankingu organizatorów prestiżowych zawodów narciarskich. Trasa „Streif”, na której się odbywa uchodzi za najtrudniejszą na świecie. W związku z tym zwycięstwo w owianym legendą wyścigu jest cenione na równi z olimpijskim złotem czy zdobyciem Pucharu Świata. Nic więc dziwnego, że każdego roku w trzeciej dekadzie stycznia świat zwraca oczy na Kitzbühel i kończącą się w miasteczku smugę „Streifa” – trasę zjazdową, wymagającą nawet od najlepszych, by dali z siebie wszystko.

Nakręcony w 2014 roku podczas 74. edycji zawodów pod auspicjami Red Bulla ekscytujący film dokumentalny: „Streif. One Hell of a Ride”, doskonale pokazuje emocje, tragedie, morderczy trening oraz kulisy słynnych zawodów. Fascynująca jest zawsze atmosfera tych zmagań, ze wszech miar godni uznania kibice, którzy – rzecz jasna – marzą o zwycięstwie Austriaka, ale potrafią docenić i nagradzać rzęsistymi brawami kunszt każdego, kto ma odwagę zmierzyć się ze „Streifem”. I robią to szczerze, niezależnie od tego, że jak przyznają gospodarze kurortu – sukcesy przedstawicieli innych nacji, przekładają się wśród rodaków zwycięzcy na wzrost zainteresowania wypoczynkiem w Kitzbühel.

O wyzwaniu przed jakim stają zawodnicy niech świadczy fakt, że już podczas pierwszych zawodów ukuto odnoszący się do uczestników wyścigu slogan: „Denn sie wissen nicht, was sie tun” co można tłumaczyć – „Bo nie wiedzą co czynią” albo „Bo nie wiedzą co ich czeka”. Ciekawostką jest fakt, że w latach 1932-1961 do zmagań na „Streifie” stawały także panie. Ze względu na poziom ryzyka zaniechano jednak tej praktyki.

W 1977 roku Franz Strobl z Austrii ustanowił rekordowy czas przejazdu na pełnym dystansie (długość trasy jest zdeterminowana warunkami jakie panują w dniu zawodów; decyzję o ewentualnym skróceniu dystansu podejmują każdorazowo sędziowie). Zjazd zajął mu 1 min. 51,58 sek. Jak dotąd nie udało się nikomu dokonać tego szybciej. Rekordzistą innego typu jest szwajcarski alpejczyk Didier Cuche, który aż 5-krotnie triumfował w biegu zjazdowym na „Streifie”. Nazywany w związku z tym „mistrzem Streifu” wyprzedza w rankingu Austriaków: Karla Schranza i Franza Klammera, którzy odnotowali po 4 zwycięstwa.

Start ma miejsce na wysokości 1665 m, a zawodnicy pokonują dystans 3312 m i 860 m deniwelacji. Maksymalne nachylenie trasy w miejscu zwanym Pułapką na myszy (Mausefalle) sięga 85%, średnia dla całej trasy wynosi 27%. Wspominając zawody na Streifie, nasz były świetny zawodnik, a dziś równie sławny muzyk, Andrzej Bachleda wyznał, że owszem, w slalomach podczas Hahnenkamm Rennen uczestniczył, ale do biegu zjazdowego nie stanął. „Na treningach jeździłem zbyt wolno by się załapać w pierwszej dwudziestce, ale wystarczająco szybko by się zabić” – powiedział szczerze! Kto bowiem popełni minimalny nawet błąd, czy nie przekroczy na finiszu prędkości 140 km/h (średnia na całej trasie to około 103 km/h), żegna się z marzeniami o podium. Choć i tak może mówić o szczęściu, jeśli tylko nie wypadł z trasy, bo wypadki na Streifie są śmiertelnie niebezpieczne.

Narciarskiej sławy Kitzbühel przyczynił „Wunderteam” z lat 50. XX wieku. Toni Sailer, Ernst Hinterseer, Hias Leitner, Anderl Molterer, Fritz Huber i Christian Pravda to zawodnicy, którzy spektakularnymi zjazdami podbijali serca fanów narciarstwa na całym świecie. To im Kitzbühel zawdzięcza wizerunek legendarnego ośrodka sportowego, a także ideę Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim, jaka narodziła się w 1966 roku na Seidlalm.

Postawienie na rozwój narciarstwa, rozwój infrastruktury i konsekwentna promocja, pozwoliły przekształcić Kitzbühel w jeden z top-ośrodków narciarstwa alpejskiego. Dziś miasteczko należy do stowarzyszenia „Best of the Alps” (www.bestofthealps.com), zrzeszającego 12 najsłynniejszych ośrodków narciarskich w Europie, a prestiżowe magazyny przyznają mu niejednokrotnie tytuły najlepszego kurortu narciarskiego na świecie. 5 razy pod rząd Kitzbühel otrzymało wyróżnienie „Austria’s Best Ski Resort”, a Skiresort.de – największy niemieckojęzyczny portal testujący ośrodki sportów zimowych, uznał w 2018 roku Kitzbühel za najlepszy ośrodek narciarski na świecie. Bagatela, już po raz szósty z kolei! Nie byłoby tych sukcesów bez inwestycji. W latach 2000-18 w infrastrukturę zainwestowano ponad 280 mln euro! W efekcie liczący dziś 215 km tras zjazdowych teren narciarski należy do najlepiej i najefektowniej zagospodarowanych, nie tylko w Alpach.

W Kitzbühel, na trasach prowadzących w dolinę, śnieg zalega od grudnia do kwietnia, a sezon rozpoczyna się zwyczajowo w połowie października. Tak wczesne rozpoczęcie jest możliwe dzięki korzystnemu północno-zachodniemu położeniu tras, które zbiegają z wysokości 2000 m na 800 m. Lokalizacja sprzyja opadom, więc na najwyżej położonych trasach można jeździć nawet do 1 maja. A gdyby natura sprawiła przykrą niespodziankę (co niestety coraz częściej czyni), gospodarze sięgają po argument natury technicznej – jeden z najwcześniej założonych, nowoczesny system dośnieżania, który poprzez specjalną połączoną z GPS aplikacją, pozwala równomiernie rozprowadzać sztuczny śnieg wszędzie tam gdzie brakuje naturalnej białej śnieżynki, albo gdzie jest go za mało dla bezpiecznej i komfortowej jazdy.

Wśród 68 wytyczonych wokół miasteczka tras o różnym stopniu trudności każdy, niezależnie od stopnia zaawansowania, znajdzie coś dla siebie. Trasy obsługują 54 supernowoczesne wyciągi, które w ciągu godziny przewożą nawet 93.300 osób. Tytuł „World’s Best Ski Resort Company 2017” dla Bergbahn AG Kitzbühel („KitzSki”) jest więc jak najbardziej zasłużony. Notabene, największy operator kolei linowych w Austrii szczyci się nim już po raz czwarty.

Różnorodność możliwości jest, obok perfekcyjnego przygotowania i wspaniałej scenerii w jakiej wytyczono trasy, wielkim atutem terenów narciarskich Kitzbühel. 101 km spośród ratrakowanych zjazdów liczą łącznie trasy łatwe (niebieskie), średniotrudne (czerwone) – 61 km, a trudne (czarne) – 17 km. Początkujący mogą próbować sił na „Mini Streifie” – przeznaczonym do doskonalenia zręczności parcourze u kresu słynnej trasy zjazdowej z Hahnenkamm, a na „Ganslernhang” – jednym z ostatnich odcinków pucharowej trasy slalomu każdy może podążać w ślady mistrzów tej precyzyjnej narciarskiej techniki.

Z myślą o fanach freeride’u oznakowano 13 nieratrakowanych nartostrad o łącznej długości 36 km, zaś dla freestylerów przygotowano Snowpark Kitzbühel z ekscytującymi kickerami, boksami, railami, jibbami i przeszkodami specjalnymi. Gdy tylko śniegi się ustabilizują, a więc zazwyczaj już w marcu, miłośnicy skitouringu mogą się wypuszczać jeszcze dalej – w malownicze otoczenie Bichlalm, w masyw „Zweitausendera”, czy kuszące skalnym grzebieniem pasmo Wilder Kaiser, sięgające doliny Brixen (Brixental), z najwyższym szczytem o piramidalnym kształcie Ellmauer Halt (2344 m).

Mimo zdecydowanego ukierunkowania strategii rozwoju na narciarstwo, oferta Kitzbühel na trasach zjazdowych i zawodach dla profesjonalistów się nie kończy. Dla miłośników nart biegowych przygotowano 62 km tras przeznaczonych zarówno do kroku łyżwowego jak techniki klasycznej. Trasy wokół miasteczka są przeznaczone dla amatorów, więc łatwo je pokonać i nie ma na nich stromych wzniesień. Wysokogórską trasę biegową przygotowano na przełęczy Thurn, na wysokości 1200 m. Doskonaląc technikę warto się z nią jednak zmierzyć, bo jej otoczenie dostarcza wspaniałych widoków.

Romantycznego wizerunku kurortu dopełniają inne propozycje dla gości, na przykład kuligi nad jeziorem – konkretnie brzegami malowniczego Schwarzsee, wyprawy zimowe na terenowych wersjach segwayów, downhill na fatbike’ach, kilkukilometrowe zjazdy na saneczkach, czy rodzinne spacery z przewodnikiem na rakietach śnieżnych. Gospodarze polecają także gorąco tradycyjną grę Eisstockschiessen, do której specjalnie przygotowane lodowe tafle oferują wioski, sąsiadujące z kurortem, a w samym miasteczku – lodowisko Gieringer Weiher. Ponadto, w Sportparku Kitzbühel można oprócz jazdy na łyżwach spróbować swoich sił w curlingu. Moda na ten sport nazywany potocznie ‘szachami na śniegu’ zatacza współcześnie coraz szersze kręgi. Amatorom samodzielnego poznawania regionu pomocą służy internetowa witryna www.erlebnis.kitzbuehel.com, na której gospodarze zamieszczają ciekawe propozycje i niezbędne informacje praktyczne.

Kultowym wydarzeniem jest zawsze nastrojowy Kitzbüheler Advent – tradycyjny jarmark świąteczny, który zawsze od ostatnich dni listopada do końca Bożego Narodzenia sprawia, że miasteczko pachnie grzanym winem, pieczonymi na ogniu kasztanami i regionalnymi przysmakami, a na rozstawionych w krętych uliczkach straganach można nabyć przepiękne wyroby artystyczne i rękodzieło – krótko mówiąc tak pożądane oryginalne prezenty świąteczne i pamiątki. 1 stycznia na Rasmusleiten odpalane są noworoczne fajerwerki. Z imprez do oglądania raczej niż do uczestniczenia, zważywszy na szczupłą u nas pulę aktywnie uprawiających ten sport – gospodarze polecają Snow Polo Worldcup – zmagania mistrzów będą się odbywać od 17 do 20 stycznia 2019 roku (www.kitzbuehelpolo.com). Tydzień później, w dniach 25-27 stycznia rozegra się 79. edycja opisanego wcześniej Hahnenkamm Rennen (www.hahnenkamm.com).

W top-kurorcie wszystko jest doskonałe, w tym – oczywiście – kuchnia. Słynie z wyczynów swoich kucharzy działająca przy kasynie restauracja „Cuisino“. Nie ustępują jej inne restauracje, rozproszone w uliczkach liczącej ponad 700 lat starówki. Kulinarny repertuar jest przy tym podobnie zróżnicowany jak oferta narciarska – od regionalnych potraw domowej roboty po haute cuisine z całego świata. W Kitzbühel i sąsiednich miejscowościach 13 restauracji szczyci się łącznie 16 czapkami kucharskimi przyznanymi przez renomowany przewodnik Gault-Millau.

Doskonałe zaplecze jakim dysponuje Kitzbühel sprawia, że to także doskonała destynacja konferencyjna, zarówno dla małych szukających okazji do integracji zespołów, jak dla organizatorów wielkich, międzynarodowych kongresów. Do dyspozycji są bowiem sale o powierzchni od 21m2 do 543m2 w Centrum K3 Kitzkongress. Nic więc dziwnego, że wielkie koncerny organizują tu swoje imprezy. W 2018 roku na przykład, odbyły się tutaj 59. Mistrzostwa Świata w narciarstwie pracowników linii lotniczych, a jubileuszowej 75. edycji Hahnennkamm Rennenn w 2015 roku towarzyszyła impreza zorganizowana z okazji 100-lecia włoskiego koncernu samochodowego Maserati. Wypada przy tym wspomnieć, że Kitzbühel jest łatwo dostępne ze względu na bliskość portów lotniczych w Innsbrucku, Salzburgu i Monachium oraz doskonałe połączenia drogowe i kolejowe.

*

Polecając pod rozwagę zimowy wypoczynek właśnie tam w Tyrolu, w Kitzbühel pamiętać chyba warto, że kurort bywa często nazywany miastem kozic – po niemiecku: Gamsstadt, bo jego symbolem jest sylwetka kozicy, albo – po prostu i krótko – Kitz!


INFO: www.kitzbuehel.com

Styria przypomina o sobie

Styria – najbardziej zalesiony z austriackich krajów związkowych, zwany z tej racji zielonym sercem Austrii, przywdziewa na zimę białą szatę.

Kulminacja zimowych wrażeń następuje na terenach narciarskich Schladming-Dachstein. Ośrodek należy do porozumienia Ski Amadé, a ponadto – sam w sobie – oferuje trasy rozciągniętej na czterech wybitnych kopcach huśtawki oraz na stokach ozdobionego lodowcowymi spływami, skalistego Dachsteinu.

Promocja Styrii w „Winosferze”, przy Chłodnej 31, fot. Paweł Wroński

Z czym jeszcze warto kojarzyć Styrię? Z malowniczą starówką stolicy Landu – Grazu, uzupełnioną tak niepowtarzalnymi współczesnymi realizacjami architektonicznymi jak sztuczna wyspa na rzece Mur (mieści restaurację-kawiarnię; Murinsel), torem wyścigów samochodowych – Red Bull Ringiem w Spielbergu, stadniną słynnych lipicanów w Piber, kościołem restaurowanym według projektu Hundertwassera w Bärnbach, wodami termalnymi, smakowitą kuchnią, winami z oryginalnym Schilcherem na czele oraz romantyczną legendą arcyksięcia Jana Habsburga.

Kulinarnym przebojem Styrii jest olej z pestek dyni – niezwykły dodatek do różnych potraw, sałatek, a nawet… deserów. Potrawy pasterskiej proweniencki mieszają się w Styrii z owocami lasu, fot. Paweł Wroński

Styria (Steiermark) po polsku: www.steiermark.com

Akcenty i zgrzyty 100 lecia Niepodległej

Od Bałtyku po Tatry, od doliny Odry po Bug odbywały się w Polsce parady, marsze, biegi stulecia i przeróżne happeningi, festyny sportowe i rodzinne. Posypały się życzenia pomyślności i gratulacje z całego świata, choć najwyższej rangi politycy pojechali jak jeden mąż do Paryża, aby świętować 100. rocznicę zakończenia I wojny światowej.

W Dubaju na biało-czerwono podświetlono najwyższy budynek świata, w Budapeszcie udekorowano naszymi flagami Most Łańcuchowy. Piękną zapowiedź polskiego Dnia Niepodległości przygotowała tajwańska telewizja FTV Global News.

Litewskie lokomotywy wytrąbiły Mazurka Dąbrowskiego. To był miły i pomysłowy gest.

W kraju też się wiele działo. Na Kopcu Kościuszki w Krakowie pojawiła się biało czerwona flaga, a przepiękne zdjęcie Kopca, wyłaniającego się z mgły obiegło Internet. Flagi załopotały choćby na krzyżu na Giewoncie. Gdzieś ktoś skakał 100 razy na motorze, a gdzie indziej wykonano 100 skoków na spadochronie… Były oczywiście koncerty, składanie wieńców, przemówienia… Na Youtubie pojawił się krótki film z krajobrazami z naszego kraju, do którego narracji użyczył głosu Piotr Fronczewski, czytając wiersz Wisławy Szymborskiej „Gawęda o miłości do ziemi ojczystej” (za tym projektem stało PKP Intercity), a Polska Fundacja Narodowa przygotowała spot z udziałem Mela Gibsona.

W tym ostatnim spocie – nie wiadomo jedynie po co – usunięto z wizji PKiN. Cóż, pamiątka PRL-u budzi tak ogromne emocje i wciąż pojawiają się absurdalne żądania zburzenia budynku, że można zrozumieć powody tego infantylnego posunięcia. Andrzej Duda nie raczył też powitać Donalda Tuska, najwyższego i prawdę mówiąc – jako przewodniczącego Rady Europy – jedynego tak wysokiej rangi gościa oficjalnych uroczystości. Uprzedzenia członków PiS w stosunku do UE i jej przedstawicieli (zwłaszcza o polskim opozycyjnym rodowodzie), są tak silne, że tego typu faux pas nawet tak bardzo nie dziwi.

Kościół Wizytek w Warszawie przy Krakowskim Przedmieściu ze skromną dekoracją rocznicową, wieńce i kwiaty pod pomnikeim Prymasa Tysiąclecia, kardynała Stefana Wyszyńskiego, fot. Paweł Wroński

Przy odrobinie dobrej woli, byłaby więc rzeczywiście cała Polska zjednoczona wokół radosnego święta, gdyby nie przyzwolenie partii rządzącej na udział neofaszystów. Dali o sobie znać we Wrocławiu (było ich tam około 9 tys.), i – oczywiście – w Warszawie; w stolicy ze zrozumiałych względów najgłośniej (towarzyszyli im goście z takich organizacji jak Forza Nuova z Włoch). W tym synkretycznym marszu, uznanym oficjalnie za ‘Marsz Niepodległości’ wzięło – jak szacuje policja – ponad 200 tys. osób. W haniebnych okrzykach świadczących o nacjonaliźmie i nienawiści do innych, członkowie partii rządzącej nie dostrzegają nic szczególnego, a postulaty delegalizacji ONR kwitują stwierdzeniem, że jeśli ktoś tego żąda, to powinien żądać także delegalizacji ruchów takich jak Obywatele RP (zgodnie ze specyficznie pojmowaną zasadą symetryczności).

Może spuszczenie zasłony milczenia nad całą tą sprawą byłoby do przyjęcia – ponoć policja ściga winnych incydentów takich jak pobicia, rzucanie racami, czy – co ujmuje już wszystkim Polakom – spalenie unijnej flagi. Niestety, władze, tłumacząc, że czyniono to w dobrej wierze, negocjowały z ONR jak ma wyglądać marsz w Warszawie (szczegóły ustaleń nie są znane), aż wreszcie – ku zdziwiedniu opinii publicznej w kraju i na świecie – przedstawiciele władz RP przyłączyli się do marszu. Wprawdzie przeszli nieco wcześniej przez Most Poniatowskiego, otoczeni szczelnie wojskiem (sic!), a potem szybko spod Stadionu Narodowego odjechali, czego by nie mówić, wyglądało to na ucieczkę. Tylko nie wiadomo przed kim: narodowcami, obywatelami w ogóle, czy demonami, które budzą?

 

 

Turracher Höhe, na stoku z kamerdynerem 

Na Turracher Höhe jest słonecznie i długo zalega śnieg, szumią limbowe lasy i skrzy się tafla skutego lodem jeziora. Jak to w Alpach – powiedzą sceptycy. Owszem, ale z pewnością na najwyższym poziomie, a poza tym tylko tam – nigdzie indziej – o komfort gości dbają… kamerdynerzy.

Ośrodek Turracher Höhe rozsiadł się na wysokości 1763 m w Alpach Gurktalskich (Alpach Doliny Gurk), na słonecznym płaskowyżu, od którego wziął nazwę. Najwyższy punkt zagospodarowanego narciarsko terenu to dostępny kolejkami Kornock (2205 m), zaś najniżej położona jest dolna stacja Turrachbahn na wysokości 1400 m. Trasy oplatają północne stoki szczytów: Rinsennock (2334 m) na wschodzie i Kaserhöhe (2318 m) na zachodzie. Leżąc na granicy dwóch krajów związkowych Austrii, ośrodek korzysta z ich naturalnych walorów: z pachnących żywicą lasów Styrii oraz ze słonecznego klimatu i górskich jezior Karyntii.

Fun dla małych i dużych
Na tym stosunkowo niewielkim, ale świetnie zorganizowanym i nowocześnie uzbrojonym terenie narciarskim, zróżnicowane pod względem trudności i charakteru trasy zjazdowe tworzą sieć o łącznej długości 42 km. Dwóch z nich nigdy nie wyrównują ratraki, pozostawiając wielbicielom białego szaleństwa przyjemność kontaktu z dziewiczym śniegiem. Trzy ciągi przeszkód w miejscowym Snowparku dostosowane są do poziomu umiejętności fanów freestyle’u, niezależnie od tego czy są wierni jednej czy dwóm deskom. Adrenalinę wyzwala zmierzenie się z wyzwaniami Funcrossu – toru do jazdy slalomem z przeszkodami. Równolegle poprowadzono 850-metrową Funslope – trasę o łagodniejszym od pozostałych profilu, wprawdzie z niższymi i łatwiejszymi ale fascynującymi boksami, dedykowaną rodzinnym wyczynom. Co ciekawe, można się nimi od razu pochwalić, wysyłając smartfonem film na Facebook, bo każdego zjeżdżającego rejestrują zamontowane na stałe kamery Spoton HD. Dla najmłodszych, którzy dopiero opanowują trudną sztukę stania na nartach, tuż obok zjazdu Wildkopfpiste przygotowano strefę „Nocky’s” WinterZeit, na której dzieciom towarzyszą maskotka ośrodka Nocky i jego przyjaciele.

Nie tylko narty zjazdowe
Wytyczone w pięknym górskim otoczeniu 4 trasy dla narciarzy-biegaczy mają łączny dystans 15 km, a całoroczny tor saneczkowy, otwarty codziennie w godzinach 10-16 alpejski rollercoaster Nocky Flitzer – 1,6 km. W sezonie zimowym, we wtorki i w czwartki od 20 do 21:30 dobrze oświetlony 1-kilometrowy odcinek trasy zjazdowej Sonnalm zamienia się w naturalny tor saneczkowy. Przyjemność sanny można tam łączyć z wieczornymi biesiadami w gospodach Sonnalm-Hütte lub Meizeit-Hütte. Do rozrzuconych po okolicy gospód można też z powodzeniem dostać się romantycznym środkiem transportu – saniami ciągniętymi przez konie. Podczas takiej sanny drogę rozświetla światło pochodni. Dla wielbicieli adrenaliny i większych szybkości organizowane są wyprawy z przewodnikiem skuterami śnieżnymi. Ufundowanie przejażdżki pod hasłem „get the experience” może stać się naprawdę niekonwencjonalnym, zaskakującym prezentem (www.snowmobiling.at).

Pewny śnieg i lód na jeziorze
Z racji dość wysokiego położenia, śnieg w rejonie Turracher Höhe pojawia się już w końcu października i zalega do maja. 90% terenu jest ponadto sztucznie dośnieżane, więc nie ma obawy, że zabraknie białej, skrzącej się w słońcu pierzynki. Gdy zaś śniegi się ustabilizują i zmniejszy radykalnie niebezpieczeństwo lawin, a więc praktycznie od marca, przed miłośnikami skitouringu i jazdy poza trasami otwierają się rozległe, dziewicze stoki Alp Gurktalskich, w których przyrodę chroni się w ramach rezerwatu biosfery.

Zimą, skute lodem Turracher See, największe z miejscowych jezior, zamienia się w gładkie jak stół lodowisko. Na naturalnej tafli można wtedy równie dobrze jeździć na łyżwach, jak oddawać się rozgrywkom Eisstockschießen. Tradycyjna gra o ludowym rodowodzie, która przypomina nieco curling, znakomicie sprzyja integracji w gronie przyjaciół lub rodziny, wyzwalając jednocześnie zdrową porcję sportowych emocji.

Smacznie na każdym poziomie
Po szaleństwach na śniegu i lodzie specjały kuchni karynckiej i styryjskiej smakują jeszcze bardziej. Tym bardziej, że właściciele zarówno gospód, jak luksusowych hoteli za punkt honoru stawiają sobie użycie lokalnych, świeżych i zdrowych produktów. W gospodzie „K-Alm-Hütte” (1763 m) znajduje się nawet pierwszy w Europie humidor do przechowywania boczku. „AlmZeit-Hütte” (1968 m) specjalizuje się podawaniu pieczystego, hitem menu na Sonnalm (1845 m) jest raclette, a w Gasthofie „Almstube” (1850 m) zupa z siana – Almheu, w „Georgs Einkehr” (1450 m) podają grillowaną dziczyznę, a w gospodzie „MeiZeit” (1808 m) niezapomniane żeberka. W luksusowym hotelu „Genießer-Schlosshotel Seewirt”, szef kuchni Philipp Prodinger prowadzi małą, ekskluzywną restaurację dla smakoszy (od środy do soboty), sprowadzając wyroby od prominentnych lokalnych producentów – palię alpejską z hodowli Siegfrieda Grubera, wołowinę od Leonharda Pertla, czy ekologiczne lody od Hansa Petera Hubera (te ostatnie dopiero od marca). Wyjątkowe przysmaki, również wegańskie, serwowane są w hotelu „Hochschober”, a w hotelu „Romantik Seehotel Jägerwirt” gotuje się zgodnie z mottem: „Ekologiczne jest dobre, regionalne jest lepsze, lokalne – najlepsze”.

To co nas wyróżnia
Ze względu na rozległe możliwości i świetną organizację, Turracher Höhe cieszy się tytułem Najlepszej Fun-Mountain (Góry zabawy) w Austrii, a opiniotwórczy portal Skiresort.de przyznał mu w 2016 roku tytuł „Wiodącego ośrodka narciarskiego” w grupie stacji narciarskich oferujących trasy do 60 km. Jednak we wszystkich wymienionych dziedzinach Turracher Höhe ma potężną konkurencję. Nieustanny wyścig sprawia, że utrzymywanie najwyższego poziomu jest koniecznością i dawno już weszło w krew gospodarzom. Skłania ich także do poszukiwania niecodziennych, wyróżniających rodzimą stację atutów. Przebojem Turracher Höhe są stokowi kamerdynerzy (Pistenbutlerzy). Jeszcze kilkanaście lat temu była to usługa związana z jednym tylko hotelem. Dziś dostępna jest dla wszystkich, w – rzecz jasna – zleconym zakresie. Butlerzy przemieszczają się codziennie po ośrodku ułatwiając gościom życie. Na zakatarzone nosy mają zawsze pod ręką chusteczki, na zaczerwienione słońcem twarze – krem z filtrem. Wyposażeni w Snowmobile pojawiają się w umówionych miejscach i rozstawiają barek, by serwować Prosecco i smakołyki. Na zlecenie towarzyszą narciarzom przez cały dzień na stoku. Natomiast ich ekskluzywna oferta związana z wybranymi hotelami obejmuje na przykład poranne wędrówki na rakietach śnieżnych z obfitymi śniadaniami w górach lub całodniowe narciarskie tury z kulinarnymi przystankami. Usługę „Rent a Butler” można zamówić przez Tourismusverein Turracher Höhe (mailowo: info@almbutler.at, bądź telefonicznie: +43 4275 8392-0; informacje o ofercie i warunkach wynajmowania butlerów: www.turracherhoehe.at).


Turracher Höhe (po polsku!) : www.turracherhoehe.at
Austria.info dla dziennikarzy: www.press.austria.info

Stubaital – symfonia zimowych doznań

Niewyczerpane możliwości aktywnego wypoczynku, malownicze miejscowości, nieskażona przyroda oraz największy w Austrii zagospodarowany narciarsko teren na lodowcu – oto kluczowe atrakcje Stubaital – jednej z pięciu słynnych dolin Tyrolu.

Oferta doliny dedykowana jest rodzinom, ale z uwzględnieniem przeróżnych konfiguracji wieku i zaawansowania w sportach zimowych. Te wysiłki doceniają twórcy opiniotwórczego atlasu ADAC SkiGuide, który już kilka razy wyróżnił Stubaital tytułem „najbardziej przyjaznego dla rodzin terenu narciarskiego” w Austrii.

Snowpark Stubai Zoo, fot. Paweł Wroński

Lodowiec doliny Stubai
Kluczowe znaczenie ma ośrodek Stubaier Gletscher z 35 km tras. Lodowcowe jęzory łączy tam karuzela na stokach Schaufelspitze (3333 m), w dół prowadzi nietknięty ratrakami zjazd Wilde Grub’n długości 10 km. Jest też ogromny Snowpark Stubai Zoo, w którym popisują się freestylerzy, otwierając zmagania Pucharu Świata (najbliższa edycja: 20-24 listopada 2018). Z myślą o najmłodszych i mniej zaawansowanych poprowadzono trasę z zakrętami i skoczniami – BIG Family Fun Slope. Dzieci uwielbiają śnieżny zamek – BIG Family Schneeburg, który od lutego do kwietnia wznosi się przy stacji Gamsgarten. W 200-metrowej jaskini lodowej (Eisgrotte), goście – bez względu na wiek – poznają wnętrze lodowca, a z platformy Top of Tyrol, z wysokości 3210 m podziwiają panoramę z setką trzytysięczników. Dostęp z doliny ułatwia odporna na silne wiatry kolejka 3S Eisgratbahn, która niemal 1,5 km różnicy poziomów pokonuje w 12 min (www.stubaier-gletscher.com).

Miki w 2011 roku na Stubaiu, fot. Paweł Wroński

Stacje narciarskie w dolinie
W dolinie, przy wyciągach 3 jeszcze ośrodków, można z powodzeniem stawiać pierwsze kroki na nartach lub desce: Schlick 2000 (koło Fulpmes), Elfer (koło Neustift) i Serles (w rejonie Mieders). Trasy wszystkich ośrodków Stubaital są dostępne z karnetem Super-Skipass. Przy stacji Froneben w ośrodku Schlick 2000 środowe wieczory najbliższej zimy upłyną pod hasłem „Night of Colours”. Będą bogate iluminacje i karkołomne zjazdy w wykonaniu instruktorów narciarskich.

Rodziny z najmłodszymi dziećmi skusi jak zawsze plac zabaw urządzony na podobieństwo koryta wyschniętego potoku – Klaus Äuele Natur Aktiv Park (Dzika Rzeka w Klaus Äuele: www.stubai.at).

Saneczkarskie Eldorado
W poza narciarskiej ofercie Doliny Stubai poważną rolę odgrywają także lodowiska przy dolnych stacjach kolejek. Organizowane są na nich imprezy rozrywkowe dla dzieci – BIG Family Kinderfeste. Poza tym, Stubaital z 12 trasami o łącznej długości 43 km to saneczkarskie Eldorado Tyrolu (najdłuższy zjazd z Elfer do Neustift liczy 6 km, aż 4 są oświetlone do późnego wieczora; www.rodelfuehrer.de). Przyjemność sanny łączy się zwyczajowo z wieczornymi posiłkami w nastrojowych gospodach, do których można dotrzeć pieszo, konnymi saniami lub taksówką. A w dziedzinie gastronomii Stubaital również bije rekordy. Są tam bowiem: najwyżej położona w Austrii restauracja  – „Jochdole” (3150 m), a na Eisgrat (2900 m) – „Schaufelspitz”, najwyżej usytuowana gospoda rekomendowana w Austrii przez przewodnik kulinarny Gault Millau.

Jochdole, dziś nowoczesna restauracja ze stali i szkła, a jeszcze kilkanaście lat temu stało w tym miejscu stare wysokogórskie schronisko. Tak czy siak, to wciąż najwyżej położona gospoda w Austrii, fot. Paweł Wroński

Jak widać, w Stubaital nie sposób się nudzić, tym bardziej, że dolina jest świetne skomunikowana z pobliskim Innsbruckiem, więc wielkomiejskie atrakcje też są łatwo dostępne. Ponadto, dla nas – jako że jesteśmy jedną z najliczniej odwiedzających Stubaital nacji – wszelkie dostępne w Internecie informacje podawane są po polsku (www.stubai.at).


Tekst publikowany w 2018 roku na łamach jesiennego wydania magazynu „Świat Podróże Kultura” (www.magazynswiat.pl)

Tanini Trio, Ali Ufki i 95 lat Republiki

Muzyka znad Bosforu kojarzy nam się zazwyczaj i chyba przede wszystkim… z Marszem Tureckim Mozarta albo, formułując rzecz bardziej muzycznie – Rondem Alla Turca, czyli III częścią XI Sonaty fortepianowej (KV 331). Zapewne dla młodszej generacji czytelniejsze są asocjacje z filmem o klubach Stambułu Fatiha Akina z 2005 roku – „Życie jest muzyką”.

Nasi przodkowie postrzegali rzecz raczej klasycznie, o czym świadczy fakt, że dzwoneczki przy końskiej uździe nazwali janczarami. Owe zaś dzwonki, przy których maszerowały w bój oddziały janczarów, skojarzyły się właśnie genialnemu austriackiemu kompozytorowi z Imperium Osmanów, pobrzmiewają więc dźwięcznie w jego słynnym rondzie.

 

Sułtańskie zaproszenie do walca
O związkach Turcji z Europą w kontekście muzycznym słyszałem już wielokrotnie, i gdzieś na szczycie dokonań w tej dziedzinie, umieściłbym kompozycję Sułtana Abdülaziza, 32. władcy Imperium Osmańskiego (1830-1876). Jego pogodne Valse Davet (Zaproszenie do walca) nie pozostawia wątpliwości którym z dworów europejskich sułtan był najbardziej zafascynowany.

Pierwszy raz słuchałem wspomnianej kompozycji, goszcząc w Sali Wielkiej Zamku Królewskiego na zaproszenie Ambasadora Turcji w Polsce, na koncercie zorganizowanym z okazji 94. Święta Republiki Turcji. Wykonał ją wówczas zespół cenionych kameralistów „Ottoman Ensemble”.

Słuchaj: www.pawelwronski.blog w poście zatytułowanym: „Sułtan zaprasza do walca”.

95. Święto Republiki
Rok później, podczas kolejnego Święta Republiki Turcji (tym razem okrągłego, bo 95.), utwór pojawił się w programie zespołu zaproszonego przez Ambasadora Turcji w Polsce, J.E. Tunça Üğdüla do uświetnienia uroczystości, ponownie zresztą zorganizowanej w Sali  Wielkiej warszawskiego Zamku Królewskiego.

Źródło zdjęcia: Wikimedia.org

„Tanini Trio” w składzie Tahir Aydoğdu (kanun), Burçin Büke (fortepian) i Bilgin Canaz (ney), wykonało sułtański walc jeszcze dynamiczniej niż poprzednicy. W żadnym wypadku nie chcę powiedzieć przez to, że lepiej, bo w obu przypadkach były to interpretacje wirtuozerskie. Tym razem zachwyciło mnie i zaskoczyło brzmienie neya, z której Bilgin Canaz wydobywał cały ocean dźwięków. A przecież ney to prosta piszczałka (turecka ma 7 otworów – 6 z przodu, 1 z tyłu na kciuk), zbliżona do fletu, znana już w starożytnym Egipcie, czyli 3 tys. lat temu, do dziś bardzo popularna w krajach Środkowego Wschodu.

 


Bobowski po przemianie

Tanini Trio – zdjęcie pochodzi z internetowego anonsu koncertu tureckich muzyków w Muzeum Pałacu w Wilanowie, jaki odbył się w maju 2018 roku

Słuchając muzyki tureckiej i czytając o niej, natrafiłem na nazwisko rodaka, Wojciecha Bobowskiego (1610-1675). Pochodził z protestanckiej rodziny, z Bobowej w Małopolsce, a swoją przygodę z muzyką rozpoczął za młodu jako organista kościelny. Podczas tatarskiego najazdu w jakie obfitował wiek XVII, dostał się w jasyr. Los zawiódł go do Stambułu, gdzie dość szybko niewola okazała się niezbyt uciążliwa. Zapewne dlatego, że jego talenty muzyczne i znajomość języków (16!), doceniono na sułtańskim dworze. Bobowski nie sprzeciwiał się zresztą przeznaczeniu – przeszedł wkrótce na islam i został wyzwolony. Co więcej, posłano go do Enderun – szkoły kształcącej urzędników Ottomańskiego dworu. Ostatecznie do tureckiej historii przeszedł jako Ali Ufki. Ba, i to z tytułem ‘Bey’, przysługującym urzędnikom, jakim go obdarzono, wyrażając uznanie dla jego zasług w roli tłumacza, dyplomaty i kompozytora. W wykonaniu „Tanini Trio” kompozycja Ali Ufki Beya: Nikriz Peşrev.

 

 

„Tanini Trio” powstało w 2006 roku. Od początku, zespół buduje swój repertuar tak, aby stał się mostem pomiędzy Wschodem a Zachodem. W ten sposób Trio promuje pokój i przyjaźń na świecie. Zachodnia muzyka z tureckimi elementami przeplata się w ich programach z turecką muzyką z zachodnimi wątkami.

Sala Wielka Zamku Królewskiego na moment przed koncertem „Tanini Trio”, fot. Paweł Wroński

Tanini Trio: www.taninitrio.com oraz (fanpage) www.facebook.com

Od biegówek po skitoury

Od biegówek po skitoury, czyli 7 propozycji na aktywny zimowy urlop.

W puchu, fot. Paweł Wroński

1. Pobiegaj na nartach
Polska, Sudety – Polana Jakuszycka
 (www.nabiegowkach.pl)

Dopiero od niespełna 200 lat spuszczamy się karkołomnie na nartach z góry. Dawniej, przypiętych do nóg desek używało się do pokonywania głębokich śniegów wśród pagórków i na nizinach.

Tej tradycji hołdują miłośnicy narciarstwa biegowego, zwanego też – ze względów historycznych – norweskim. Ten rodzaj białego szaleństwa, rzecz jasna na potrzeby amatorskie, jest bez porównania łatwiej opanować niż narciarstwo alpejskie, a tym bardziej jego ekstremalną wersję – skialpinizm. Sprzęt jest też znacznie tańszy, no i nie trzeba wyjeżdżać w góry by się w nim rozsmakować. Korzyści są także związane ze zdrowiem. Po pierwsze dlatego, że poruszanie się na nartach biegowych czy ich turystycznej alternatywie – śladowych, angażuje wszystkie stawy i mięśnie. W efekcie bieganie na nartach znakomicie poprawia koordynację ruchów. Zresztą nie ma innego wyjścia, bo tylko przy odpowiedniej (współ)pracy rąk i nóg odczujemy maksimum przyjemności. Bieg na nartach to także prawdziwa dieta-cud, bo spalamy kilokalorie w takich ilościach, jak w żadnym innym sporcie. Konsekwencją uprawiania tej dyscypliny jest więc poprawa wydolności i odporności organizmu.
Mekką narciarstwa biegowego w Polsce są Sudety, konkretnie podnóża Gór Izerskich. Tam, na tzw. Polanie Jakuszyckiej każdego roku na początku marca odbywa się największa otwarta dla amatorów impreza – Bieg Piastów (www.bieg-piastow.pl). Zapisy na edycję 2019 roku już trwają (od 1 września 2018), a uzyskane wyniki liczą się każdemu startującemu w międzynarodowym rankingu Worldloppet (www.worldloppet.com).
Dolnośląskie Centrum Sportu na Polanie Jakuszyckiej: www.karkonosze.pl


2. Wykąp się w piwie
Czechy, Morawy – Rožnov pod Radhoštěm (www.visitroznov.cz)

W prywatnych rękach, miejscowy browar o 300-letniej tradycji zamienił się w wyrafinowane piwne SPA – Rožnovské pivní lázně.

Dobrze zorganizowane – gdy rodzice zażywają kąpieli, dzieci nie będą się nudzić. Całe piętro gospodarze zamienili w bawialnię, w której pedagogiczny personel dba o bezpieczeństwo najmłodszych, animując przy tym gry i zabawy. Integralną częścią browaru jest także restauracja, w której można bardzo smacznie zjeść, a na zakończenie wizyty, zaopatrzyć się w butelki jasnego lub ciemnego piwa, którego nie dostanie się w żadnym supermarkecie.
W ogóle, zimą w Rożnowie i okolicach można przyjemnie i ciekawie spędzać czas. Zwłaszcza w adwencie. W miejscowym skansenie (Valašské muzeum v přírodě), prezentującym regionalne budownictwo i ludowe obyczaje, urządzany jest każdego roku jarmark bożonarodzeniowy. Na adwentowych straganach rozmieszczonych w alejkach pośród zabytkowych chałup, uli i kapliczek, pod kościółkiem i koło karczmy (warto pamiętać, że serwuje smaczne regionalne dania i napoje, w tym przepyszny grzany miód), kuszą oczy nieprzebrane towary, przede wszystkim rękodzieło, wyroby artystyczne i użytkowe oraz regionalne smakołyki. Jarmarcznego programu dopełniają pochody przebierańców, zwanych w Czechach Čertami – kuzynów naszych Kolędników, czy popularnych w krajach niemieckojęzycznych Krampusów.
Ponadto, nad miasteczkiem góruje masyw niewysokiego Radhošťa (Radhoszcza; 1129 m n.p.m.), należącego do Beskidów Śląsko-Morawskich, którego stoki oplata sieć tras narciarskich ośrodka Pustevny. Nie jest ich może wiele i z racji niskiego położenia sezon zimowy do najdłuższych nie należy, ale tworzą dobrze urządzoną karuzelę i jeździ się tam bardzo przyjemnie. Atrakcji dopełniają zabytkowe drewniane budowle (odbudowywany po pożarze Libušín i Maměnka), wzniesione w latach 1897-1899 według projektu Dušana Jurkoviča oraz – od 1931 roku, kamienny posąg słowiańskiego bóstwa Radegasta, którego gontyną były tutejsze lasy w czasach przedchrześcijańskich.
Rožnovské pivní lázně (Pivovarská 6, Rožnov p. Radhoštěm): www.roznovskepivnilazne.cz
Valašské muzeum v přírodě; www.vmp.cz
Ośrodek aktywnego wypoczynku Pustevny: www.pustevny.cz


3. Rozkoszuj się rybką łowioną w przerębli
Litwa, Połąga
(www.palangatic.lt)

Atrakcyjnym celem urlopowym na litewskim wybrzeżu Bałtyku jest Połąga – rybackie miasteczko, a zarazem całoroczny nadmorski kurort wypoczynkowy.

Każdego roku, w styczniu i lutym, miejscowi rybacy wyruszają na skute lodem przybrzeżne wody morza, kują przeręble i łowią stynki (Osmerus eperlanus). Te niewielkie rybki żyją zarówno w słodkich wodach u ujścia rzek, jak i w słonych wodach przybrzeżnej strefy Morza Bałtyckiego. W kulminacyjnym momencie sezonu na stynkę, podczas Tradycyjnego Święta Rybaków „Połądzka stynka” (Šventė Palangos stinta”), miejski deptak zamienia się w wielką restaurację pod dachem nieba. Z rozstawianych wówczas licznych straganów, serwowana jest zupa rybna, rybki grillowane, smażone, wędzone… Nad miasteczkiem unosi się specyficzny, charakterystyczny dla stynki ogórkowy zapach oraz dymy z palenisk, na których się ją przyrządza – można zapomnieć, że to środek zimy.
Pobytu na litewskim wybrzeżu dopełniają dobrodziejstwa bursztynu. Złoto Bałtyku wykorzystuje się tam bowiem powszechnie do zabiegów w SPA, do przygotowywania zdrowej wody pitnej, a także do wyrobu nalewek, nie pozbawionych właściwości leczniczych.
Z bursztynem albo jantarem, używając bliższego Litwinom określenia, można też się zaznajomić bardziej klasycznie. Wystarczy odwiedzić miejsca związane z antycznym jantarowym szlakiem, które na krótkim, bo niespełna 100-kilometrowym litewskim wybrzeżu łączy trasa Baltijo gintaro kelias (Bałtycki szlak bursztynowy).
Święto „Połądzkiej Stynki” („Palangos stinta“): (galeria foto: www.ve.lt); www.15min.lt
Szlak bursztynowy – odcinek litewski (opis atrakcji po polsku): www.lithuania.travel


4. Poznaj się z psami i wyrusz na przejażdżkę saniami
Polska, Podhale – Zakopane/Kościelisko
(www.zakopane.pl)

Tatry i Zakopane zimową porą kojarzymy dość stereotypowo z jazdą na nartach lub desce.

Owszem z Kasprowego prowadzą najdłuższe w Polsce trasy zjazdowe, w otoczeniu bodaj najbardziej spektakularnym, bo wysokogórskim. Ale nie oszukujmy się, mimo piękna gór, zakopiańska oferta narciarska nie wytrzymuje porównania z alpejskimi możliwościami, tym bardziej, że zimy nie rozpieszczają nas w ostatnich latach. Z drugiej strony Zakopane wciąż ma tę magiczną, kuszącą moc.
Cóż zatem, poza kosztowaniem specjałów oferowanych w licznych restauracjach robić w dawnej zimowej stolicy naszego kraju? Można na przykład poznać psie obyczaje i zaznajomić się z prowadzeniem zaprzęgu. Ta oferta jest o tyle ciekawa, że jeśli nawet śnieg nie dopisuje, to sanie zastępuje się wózeczkiem z kołami. Zabawa nie traci przy tym na atrakcyjności nic a nic.
Specjalistę od powożenia nazywa się maszerem. Pod jego kierunkiem, pod Tatrami można posiąść, a potem doskonalić własne umiejętności, by na koniec kursu poczuć się jak przemierzający Alaskę bohaterowie książek Jacka Londona czy Jamesa Olivera Curwooda. Wprawdzie do Alaski daleko ale Ścieżka pod reglami i rozległe łąki u wylotu dolin Tatr Zachodnich są niemniej piękne.
Kursy maszerskie na Podhalu organizują m.in.:
‘Wataha Tatry’ z Kościeliska: www.psie-zaprzegi.pl lub www.wataha-tatry.pl
‘Zajadła Wataha’ z Zakopanego: www.psiezaprzegi.com.pl
A tak na marginesie, podobną przygodę można przeżyć na Pomorzu, korzystając z oferty, opisanej w portalu: www.przystanekalaska.pl


5. Nie zwijaj żagli na zimę
Polska, Mazury
(www.bojery.pl; www.mazury.info.pl)

Mimo niepewnego śniegu i lodu, Mazury pozostają wciąż najzimniejszym polskim regionem.

Lód na jeziorach pojawia sią zazwyczaj w pierwszej połowie grudnia i utrzymuje nawet do końca kwietnia. Panują wtedy doskonałe warunki do uprawiania żeglarstwa, ale… lodowego. I to nie tylko na żaglówkach na płozach, czyli bojerach, gdyż kontynuacji letniej pasji poszukują także miłośnicy surfingu i windsurfingu. Z ich doświadczeń wyrosły takie konstrukcje jak Iceflyer (bojer z żaglem od deski) lub Iceboard (lodowa deska windsurfingowa).
Żeglarstwo lodowe, bynajmniej nie jako forma rekreacji, ma długą historię. Przecież, najprościej rzecz ujmując bojer, to ślizg, który porusza się po zamarzniętej tafli wody dzięki sile wiatru chwytanego w żagiel. O poruszającym się bojerze mówi się nawet, że „lata”. Pierwsze regaty bojerowe zostały zorganizowane pod koniec XIX wieku. Wcześniej, przez stulecia ślizgi miały znaczenie praktyczne, bo używano ich do transportu towarów zimą, gdy rzeki, jeziora i kanały były zamarznięte.
Bojerowa oferta na Mazurach rozrosła się w ostatnich latach, a znakiem rozwoju „zimowego żeglarstwa” są liczne szkółki i wypożyczalnie sprzętu, dzięki czemu każdy chętny może bez większego trudu poznać tajniki tej dyscypliny sportu. Ba, w ofercie działających na Mazurach kompanii żeglarskich są także bojerowe imprezy integracyjne dla firm.
Przykładowe mazurskie adresy internetowe z szeroką ofertą bojerową:
www.a-hoj.pl
www.xmazury.pl


6. Spójrz na zimę z lotu ptaka
Polska… z innej perspektywy

Ileż to razy zadzieramy głowy uwiedzeni widokiem wiszącej w powietrzu barwnej paralotni.

Jeśli zapragniemy zakosztować podobnych wrażeń sami, skorzystajmy z oferty pasjonatów paraglajdingu (paralotniarstwa). Możliwości jest przy tym cały wachlarz. Może to być epizodyczna przygoda, czyli lot w tandemie z instruktorem, a więc całkowicie bezpieczny i nie kłopotliwy, bo świadczący usługę zadba również o sprzęt, wybór miejsca i transport na miejsce startu oraz powrót z miejsca lądowania. Na przeciwległym biegunie jest kilkudniowy kurs paralotniarski, po którym możemy już podejmować loty samodzielne.
Ten drugi scenariusz będzie się łączyć z nieuniknionymi wydatkami na sprzęt, strój, etc. No cóż, tak już jest, że pasja jest kosztowna. Podjęte raz wyzwanie rodzi bowiem kolejne, bo doświadczenie rośnie. Wreszcie przychodzi czas na to co bodaj najbardziej ekscytujące – połączenie latania ze zjazdem na nartach!
W obu przypadkach, zarówno z nartami jak bez – popatrzymy na świat z lotu ptaka, wiatr zahuczy w rozpostartym nad głową skrzydle, zobaczymy wirujące wokół krajobrazy i odczujemy zastrzyk adrenaliny. Co więcej przygody tej możemy zakosztować równie dobrze w Polsce, jak za granicą. Czy warto? Odpowiedzcie sobie na to pytanie sami, korzystając na początek z poniższych adresów internetowych renomowanych ośrodków paralotniarskich:
W Sudetach, we Wrocławiu: www.paragliding.com.pl
W Beskidach, w Szczyrku: www.beskid-paralotnie.pl
W Wielkopolsce, w Michałkowie (na lotnisku przy Aeroklubie Ostrowskim): www.pat-paragliding.pl


7. Bądź jak Andrzej Bargiel
Polska, i nie tylko – góry

Bądź jak Andrzej Bargiel – tak, ale zacznij rozsądnie – od Skitouringu, a nie od zjazdu z K2, bo to zdecydowanie najwyższa szkoła jazdy.

Wielki sukces Zakopiańczyka z lipca 2018 roku przejdzie do historii himalaizmu. Osłodzi też zapewne uczestnikom zimowej wyprawy na K2 gorycz porażki, jakiej kolejny już raz doznała polska zimowa wyprawa, atakująca wprawdzie drugi pod względem wysokości, ale za to najtrudniejszy szczyt na świecie.
Z amatorskiej perspektywy, wyczyn Bargiela graniczy z cudem, bo nie dość że zjeżdżał z niewyobrażalnie wysoko położonego miejsca, to jeszcze w terenie o jakim nawet nie śni się nikomu spośród nas, milionów uprawiających narciarstwo… przy wyciągach. Namiastką wyzwań, przed jakimi stanął odważny Zakopiańczyk jest jednak dostępny i dla nas Skitouring – wędrówka po górach na nartach. Potrzebny jest do niej odpowiednio przystosowany sprzęt narciarski, zwłaszcza wiązanie z blokowaną na czas zjazdów piętką i foki – pasy zakładane na ślizgi, ułatwiające podchodzenie. Rzecz jasna potrzeba też pewnych umiejętności, to znaczy treningu w jeżdżeniu po śniegu nietkniętym przez ratraki, dobrej orientacji w terenie, a co najważniejsze upodobania do penetrowania nieprzetartych szlaków.
Niezbędnemu szkoleniu możemy się poddać w niezliczonych szkółkach w naszych górach i za granicą, zwłaszcza w ośrodkach alpejskich, czy w modnej w ostatnich latach Andorze. Specjalizowało się w tej dziedzinie także kaukaskie Gudauri w Gruzji, ale po wypadku z ostatniego roku, gdy krzesełkowy wyciąg zakręcił im się nie w tą stronę co trzeba, będą potrzebować trochę czasu na odzyskanie reputacji. Na naszym podwórku, polecam zainteresowanym kursy jakie od lat organizują gospodarze malowniczo położonego karkonoskiego schroniska „Samotnia” (www.samotnia.com.pl).
Obozy w Samotni z nauką skitouringu: www.szkolagorska.com

Wiatr na grani Niżnych Tatr, fot. Paweł Wroński

Tekst publikowany na łamach magazynu ”My Company Polska” (www.mycompanypolska.pl), w numerze październikowym 2018 roku

Miron retrospektywnie w Skarbnicy Sztuki

Bohaterem kolejnej wystawy „Skarbnicy Sztuki” jest Miron, czyli Stanisław Eugeniusz Długosz. Współzałożyciel i drugi, obok Jerzego Lassoty, prezentowany w Galerii Fundacji przedstawiciel Warszawskiej Grupy Malarzy „Niezależni ’69”. Artysta świętuje w tym roku jubileusz 50-lecia pracy twórczej.

Na zdjęciu otwierającym bohater wernisażu – Miron, młoda historyk sztuki, autorka pracy poświęconej grupie Niezależni ’69 – Agnieszka Stróżyk, oraz właściciel Galerii – Paweł Boguta.

„Miron”, czyli Stanisław Eugeniusz Długosz; w tle „Taniec” (olej, płótno z 1988 roku), fot. Paweł Wroński

Choć należał do grupy Niezależnych ’69, Miron nie wystawiał w latach 70. swoich prac na Barbakanie. Jak pisze Agnieszka Stróżyk jego droga artystyczna rozpoczęła się wprawdzie inaczej niż na przykład Jerzego Lassoty, ale „świetnie czuł się w towarzystwie zbuntowanych młodych artystów, zaprzyjaźnił się z całą grupą i szybko stał się jednym z nich”. Ta fascynacja nieskrępowaną wolnością sprawiła, że „początkowo myślał nawet o zdawaniu na Akademię Sztuk Pięknych.” Nie bez wpływu na jego postępowanie była też „dezaprobata ojca, który nie wyobrażał sobie syna, jako niebieskiego ptaka z długimi włosami i brodą,  (…) postanowił zostać artystą niezależnym i – oczywiście – zapuścił brodę.”.

Każdy z „Niezależnych” szedł własną drogą, unikając przynależności do związków czy organizacji. Każdy też inaczej postrzegał malarstwo. Zaprezentowane dzieła Mirona zachwycają kolorystyką, choć nie unikał on także odcieni szarości, ani w ogóle ujęć monochromatycznych. Wielkogabarytowe płótna imponują rozmachem. Dominują płótna olejne, ale w dorobku artysty są także prace wykonane kredką lub ołówkiem na kartonie, czy linoryty, które – choć może nie tak spektakularne – przykuwają w niemniejszym stopniu uwagę.

Wszystkie niemal prace łączy stylistyczna jednorodność. Odbiega wprawdzie od innych grupa 4 obrazów dedykowana Andy’emu Warholowi. Nie ma jednak w tym nic dziwnego, bo było to dzieło przygotowane z konkretnej okazji, a obrazy ukłonem wobec talentu i konwencji wylansowanej przez amerykańskiego artystę o słowiańskich korzeniach.

Po raz pierwszy, jak podkreślił ze zdumieniem Miron, jego prace zostały wystawione także na… podłodze.  W tak niecodzienny sposób pokazane wielkoformatowe grafiki budziły szczere zainteresowanie, pesząc jednak nieco gości, którzy – przynajmniej początkowo – starali się nie stąpać po przykrytych grubą folią obrazach.

Rertrospektywną wystawę „Miron” w Galerii Fundacji „Skarbnica Sztuki” można oglądać do 15 listopada 2018 roku (po wcześniejszym uzgodnieniu; tel. 516 034 650). Adres: Warszawa, Działdowska 8A.


Wkrótce, więcej o artyście w witrynie Fundacji: www.skarbnicasztuki.com

Nagroda WPEK 2018 dla ekipy Jordanka

Jak mawiano przed wiekami w Sparcie – wróciliśmy dziś z tarczą. Ba, …z dyplomem za I miejsce w kategorii Instytucji Animacji Kultury. Za co nam ją przyznano? Za „Strachy na Lachy” – projekt edukacyjny, którego finałem była instalacja w Muzeum Warszawskiej Pragi, wystawiona od maja do czerwca 2018 na widok publiczny.

Najpiękniejsze jest to, że takiego finału, ba – w ogóle żadnego finału – nie planowaliśmy. Świetny pomysł Małgosi Bockenheim na zajęcia plastyczne, rosnące zaangażowanie dzieci i ich fascynacja tworzonymi kukłami, tytuł wymyślony przez Edytę, zdjęcia z zajęć i filmiki kręcone na pamiątkę i jako materiały na Youtube’owski kanał Jordanka – zaprowadziły nas niespodziewanie do Muzeum Warszawskiej Pragi, gdzie – podobnie jak same Strachy, całą instalację wykonaliśmy wykorzystując… śmieci (formułując rzecz bardziej nobliwie: surowce wtórne).

Nagroda przyznana przez kapitułę Warszawskiej Nagrody Kulturalnej cieszy niezwykle naszą całą trójkę, a także naszą macierzystą placówkę, czyli OPP1 Jordanek. Tym bardziej, że w konfrontacji z wieloma fantastycznymi pomysłami, nasza skromna podróż do świata lęków dawnych Słowian i niemniej fascynującego świata lęków współczesnych, dała się zauważyć.

Gratulujemy więc wszystkim uczestnikom projektu, zwłaszcza dzieciakom, które i bez nagrody wspominają bardzo ciepło całe to przedsięwzięcie, i – mam nadzieję – zapamiętają je na długo!


Warszawski Program Edukacji Kulturalnejwww.edukacjakulturalna.pl oraz fanpage Programu na FB: www.facebook.com
OPP1 Jordanek (fanpage): www.facebook.com
Muzeum Warszawskiej Pragi: www.muzeumpragi.pl

Wolfgang znad Weissensee

Nie ma to jak żywa promocja! Strategię zapoczątkowaną uczynieniem z Franza Klammera – legendy narciarstwa alpejskiego, ambasadora karynckich atrakcji, land ze słonecznej strony Alp z powodzeniem kontynuuje. Do wypoczynku w Karyntii zachęcali już: Elmar Ebner – butler (kamerdyner) i Ron Kapteyn – strażnik z Parku Narodowego Wysokie Taury. Tym razem wyzwanie podjął Wolfgang Wernitznig – trener personalny.

Wolfgang znad Weissensee, czyli Wolfgang Wernitznig opowiada o walorach wypoczynkowych i aktywnej rekreacji nad Weissensee w Karyntii, fot. Paweł Wroński

Przed rozpoczęciem sezonu zimowego 2018/2019, Wolfgang Wernitznig, od kilkunastu lat trener personalny i aktywny triathlonista, opowiadał o tym co robić nad Weissensee (zwłaszcza zimą), najwyżej położonym w Karyntii jeziorem. Jego tafla pokryta lodem, zamienia się każdego roku w największe naturalne lodowisko w Alpach. Na 4 miesiące!

Pierwsi zaczęli korzystać z tego Holendrzy, którzy zwyczajowo ścigali się na łyżwach na zamarzniętych kanałach w rodzinnym kraju. Gdy klimat się zaczął ocieplać, wyścigi na kanałach przeszły – niestety – do historii. Dopiero gdy doroczny turniej przeniesiono na taflę karynckiego jeziora, Holendrzy mogli znowu się ścigać. Zarazili przy okazji swoją pasją łyżwiarzy z innych krajów.

Wolfgang Wernitznig z Karyntii, fot. Paweł Wroński

W zbliżającym się zimowym sezonie, ich słynne wyścigi na dystansach 100 i 200 km (sic!) oraz wymagający żelaznej kondycji triathlon odbędą się już po raz 31. pod austriackim niebem! Ponad 3 tysiące uczestników, w tym światowa czołówka łyżwiarzy szybkich, będzie się ubiegać o medale, a najlepsi (czyt. najsilniejsi / najwytrwalsi), będą bić rekord na tym niewyobrażalnie długim dystansie, który wynosi obecnie 5 godzin i 11 minut.

 

Weissensee leży na wysokości 945 m. Jego woda jest krystalicznie czysta więc nadaje się do picia, a ponadto jest tak ciepła, że od wiosny do jesieni można się w niej z powodzeniem kąpać. Zimą, zamarznięta tafla zamienia się w lodowisko o powierzchni 6,5 km², a miłośnicy nurkowania (pod lodem), mogą cieszyć się widocznością w promieniu nawet 40 m.

 


Weissensee: www.weissensee.com oraz www.natureislauf.at
Alternative Holländische 11-Städte-Tour (najbliższe zmagania: 22 stycznia – 2 lutego 2019): www.weissensee.com
Wolfgang Wernitznig: www.facebook.com oraz www.weissensee-aktiv.com
Triathlon na Weissensee: www.weissensee-triathlon.at

Na wilkoniowate w Piasecznie

No proszę, docenili moją fraszkę… w konkursie „Piaseczyńskie rzeźby Józefa Wilkonia”. A więc się nią pochwalę, rekomendując przy okazji jeszcze raz najnowszą atrakcję miasta Piaseczna, jaką stanowią odlewy mistrzowskich rzeźb artysty.

 

Na wilkoniowate w Piasecznie
Zdobią Piaseczno w metalu odlane,
zwierzęta dzikie, z drewna ciosane.
Tur, niedźwiedź, lwica z lwiątkiem,
hipopotamy. Ba, dzików kilka.
Że niby groźne?! Próżna obawa.
Dla Mistrza Wilkonia to była chwilka,
dla miasta rozgłos i wieczna sława!

 


Wyniki konkursu, rozstrzygniętego 15 września 2018 podczas Festiwalu Pięknej Książki (szukaj na fanpage’u Fundacji „Arka” im. Józefa Wilkonia na FB): www.facebook.com
Strony Fundacji Arkawww.fundacjawilkonia.pl
Strony Miasta: www.piaseczno.eu

Cis – drzewo sprężyste i trujące

Cisy są ozdobą parków i ogrodów, a ich dość rzadkie naturalne stanowiska otacza się pieczołowicie ochroną.

Mimo niezbyt imponującej sylwetki, to właśnie cis, a nie żaden z potężnych, otoczonych legendami dębów jest najstarszym drzewem w Polsce. Wiek okazu z Henrykowa na Dolnym Śląsku szacuje się na 1300 lat.

Szczególnie pięknie, te przez długi czas krzewiaste rośliny, wyglądają u progu jesieni, gdy obsypują się jagodami owoców w jaskrawo czerwonych otoczkach. Cis jest dowodem na to, że piękno bywa zgubne. Czerwona barwa jest bowiem niczym innym jak ostrzeżeniem dla zwierząt i ptaków, by jagód nie jeść, gdyż są trujące.

Cis, który jest ozdobą jordankowego ogródka w Warszawie na Gocławku, natchnął nas do stworzenia na zielonym terenie wokół placówki czegoś w rodzaju ścieżki przyrodniczej z opisem roślin, które tam się znajdują. Slajdowisko zaprezentowane wyżej otwiera ten projekt, zaś cisowa tablica będzie pierwszą jaką już wkrótce postawimy.


OPP1 Jordanek: www.opp1.waw.pl
Park im. płk. Jana Szypowskiego „Leśnika”www.parki.org.pl oraz www.twoja-praga.pl

Dzieci z Jordanka w Muzeum Pragi

W roku szkolnym 2017/2018 Jordanek zagościł dwukrotnie w prawdziwym muzeum. Po udanym debiucie wystawowym, sukcesem zakończył się także koncert chóru Mille Voci na dziedzińcu Muzeum Warszawskiej Pragi.

Koncert zakończył cykl wydarzeń wakacyjnych organizowanych przez Muzeum oraz akcję wypoczynkową Lato w Mieście 2018. Brawa dla chórzystów, tym większe, że na próby było naprawdę niewiele czasu!

Utwór wykorzystany w tym video to „Piosenka drewnianych lalek” ze słowami Cezarego Domagały i muzyką Tomasza Bajerskiego. Chór dziecięcy Mille Voci zaśpiewał ją w Muzeum Warszawskiej Pragi, 30 sierpnia 2018. Wcześniejsza sekwencja z próby w sali OPP1 Jordanek miała miejsce zaledwie 2 dni wcześniej.


Mille Vociwww.pracownia-piosenki.blogspot.com
„Piosenka drewnianych lalek” znajduje się od 1 września na kanale Mille Voci: www.youtube.com (Chór Dziecięcy Mille Voci: www.youtube.com)
OPP1 Jordanek: www.opp1.waw.pl
Muzeum Warszawskiej Pragiwww.muzeumpragi.pl

Artysta, który lubił (się) portretować

Józef Sendecki, wszechstronnie utalentowany polski artysta – śpiewak, skrzypek, reżyser operetek dożył słusznego wieku 90 lat. Oprócz muzyki, którą się zawodowo parał, jego życiową pasją było malarstwo.

W 1965 roku, z okazji 60-lecia pracy artystycznej, w foyer Teatru Wielkiego w Poznaniu odbyła się wystawa malarska Józefa Sendeckiego – wystawiono około 80 płócien jego pędzla. Wiele z nich znajduje się dziś w kolekcji Fundacji Skarbnica Sztuki, fot. (reprodukcja i kolaż): Paweł Wroński

Józef Sendecki uczył się malarstwa i rysunku u profesora Stanisława Lentza. Tak o tym pisze w swoim „Życiorysie”: „Aby i w malarstwie artystycznym dojść do perfekcji, w roku 1917 zapisałem się do Warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych (…) na Wybrzeżu Kościuszkowskim. Studiowałem w pracowni prof. Stanisława Lentza, znakomitego portrecisty (…) dowodem tego, że wystawiałem swoje prace w warszawskim Salonie w Zachęcie, w Katowicach i Poznaniu miałem swoje wystawy obrazów.”.

Jak można wnosić z malarskiego dorobku artysty, zgromadzonego przez Fundację Skarbnica Sztuki, paleta i pędzel towarzyszyły Sendeckiemu przez całe życie. Zastępowały mu na przykład aparat w czasie podróży, o czym świadczą cykle lakonicznie podpisane, takie jak np. „Wilno”, czy kilka obrazów prezentujących wnętrza krakowskich kościołów.

Pejzaż z nie datowanego cyklu „Wilno” pędzla Józefa Sendeckiego ze zbiorów Fundacji Skarbnica Sztuki, fot. Paweł Wroński

Obrazy były także dla niego swoistą kroniką towarzyską, portretował bowiem ludzi, którzy odgrywali znaczącą rolę w jego życiu, związanych z jego karierą solisty i reżysera oraz losami scen, na których występował, przede wszystkim poznańskiego Teatru Wielkiego oraz – jak to ojciec – córkę, Krystynę.

Bohatera tego obrazu ze zbiorów Fundacji Skarbnica Sztuki, pędzla Józefa Sendeckiego nie udało się jeszcze zidentyfikować, ale można sądzić, że przedstawia postać ściśle związaną ze środowiskiem muzycznym Poznania, fot. Paweł Wroński

Znaczącą rolę w malarskiej spuściźnie Józefa Sendeckiego odgrywają autoportrety. Ba, można śmiało powiedzieć, że uwielbiał się portretować. Może nie tyle nawet siebie, co siebie w teatralnych rolach. Widzimy go więc w stroju Cyganki, Gladiatora, w huzarskim mundurze, w cylindrze z elegancką laseczką (patrz zdjęcie otwierające), i w wielu, wielu innych, adekwatnie do przedstawień, w których grywał. A zebrało się tych ról wiele. Od 1904 do 1963 roku, występował w spektaklach muzycznych na scenach wielu polskich miast, najczęściej w Poznaniu i Warszawie. Szczyt zaś jego kariery przypadł na lata 1928-1939. Był wtedy solistą zespołu Teatru Wielkiego w Poznaniu, a w 1929 roku objął tam stanowisko dyrektora operetki. Do wybuchu wojny wyreżyserował i wystawił ponad 30. operetkowych przedstawień. Na przyszły rok przypada 90. rocznica rozpoczęcia tego ważnego etapu w jego życiu i karierze.

Józef Sendecki – autoportret w stroju Cyganki (obraz ze zbiorów Fundacji Skarbnica Sztuki), fot. Paweł Wroński

Kariera artystyczna Sendeckiego rozwijała się, przynajmniej do wybuchu II wojny światowej wspaniale ale, że strzeżonego Pan Bóg strzeże, zadbał u progu jej szczytowego okresu o coś ‘na ciężkie czasy’. Oczywiście stosownie do owych czasów – na wystawionym w Warszawie świadectwie przemysłowym dla przedsiębiorstwa handlowego na rok 1927 czytamy bowiem – „Rodzaj przedsiębiorstwa:  Dorożka samochodowa”.

Ilustracją jego zawodowych możliwości może być jedno z nielicznych zachowanych nagrań – z kolekcji Jerzego Płaczkiewicza, znalezione przeze mnie na youtube’owskim kanale filmowym właściciela unikalnej już płyty. Józef Sendecki, przedstawiony na krążku nagranym przez Janus-Record jako artysta opery lwowskiej, śpiewa „Mów do mnie jeszcze” (słowa: Kazimierz Przerwa-Tetmajer, muzyka: Napoleon Rutkowski).

Długie życie artysty wypełnione muzyką i malowaniem pozostanie dla nas, współczesnych pełne zagadek. Swoich obrazów raczej nie datował. Zachowało się trochę archiwaliów – programów teatralnych, wzmianek w prasie, pamiątek rodzinnych. Wśród dokumentów są cenne, ale tylko 4, zapisane własnoręcznie strony z zeszytu, zatytułowane „Życiorys Józefa Sendeckiego solisty śpiewaka w państwowej Operze im. St. Moniuszki w Poznaniu”. Nie wiemy ani kiedy, ani z jaką intencją autor zaczął go pisać. Życiorys kończy się w pierwszej dekadzie XX wieku. Najciekawsze są więc w nim informacje u kogo, i z jaką determinacją, szlifował Sendecki swój wszechstronny talent artystyczny – śpiewaka, skrzypka, malarza…

Fragment obrazu Józefa Sendeckiego o tematyce scenicznej z kolekcji Fundacji Skarbnica Sztuki – być może jest tu przedstawiona Lucyna Skałbania, primadonna Operetki Poznańskiej, a zarazem utalentowana uczennica malarza (jeśli tak, to płótno powstało najprawdopodobniej w 1959 roku), fot. Paweł Wroński

Artystyczna biografia Józefa Sendeckiegowww.encyklopediateatru.pl lub www.e-teatr.pl
O Józefie Sendeckim malarzu, pisze Krzysia Samoń w artykule (przygotowanym w oparciu o materiały Fundacji Skarbnica Sztuki), w cyklu Malarze znani i mniej znani: „Józef Sendecki (1883-1973)”; „Mówią Wieki” Nr 4 (675), 2016 rok.


Więcej o artyście i jego malarstwie już wkrótce na stronach Fundacji Skarbnica Sztuki:  www.skarbnicasztuki.com

Poniżej kilka obrazów ze wspomnianej na wstępie wystawy w foyer Teatru Wielkiego w Poznaniu, które teraz znajdują się w zbiorach Fundacji Skarbnica Sztuki.