Z tęsknoty za Hamburgiem

Burgery ze zdjęć pochodzą z warszawskiego lokalu „Krowarzywa Vegan Burger”. Nazwa nie pozostawia wątpliwości co do idei na jakiej opiera się menu baru przy Hożej.

Moda na wegańskie potrawy zatacza coraz szersze kręgi, nie tylko zresztą u nas. W ojczyźnie hamburgerów zatoczyła już dawno. Hamburgery kojarzymy najczęściej z Ameryką. Poniekąd słusznie, bo tam rozpoczął się ich triumfalny marsz przez fastfoodowy świat. Z drugiej strony jednak niesłusznie, bo ojczyzną hamburgera są Niemcy, konkretnie miasto Hamburg, w którym już w XV wieku zajadano się kotletami z siekanej wołowiny. Z racji rosnącej szybko popularności potrawy nazwano je kotletami hamburskimi.

Nic więc dziwnego, że w epoce podboju Dzikiego Zachodu, emigranci z Hamburga piekli na ogniu siekane mięso – zarówno z tęsknoty za rodzinnymi stronami, jak i ze względów praktycznych. Potrawa zyskała szybko zwolenników wśród przedstawicieli innych nacji, i w XIX wieku, hamburgery zaczęto podawać w amerykańskich lokalach gastronomicznych. Podobno po raz pierwszy w 1838 roku, choć prasa doniosła o tym fakcie dopiero 50 lat później.

Kolejne etapy w ewolucji potrawy przypadają na wiek XX. Restaurator Charles Nagreen wpadł na pomysł by wkładać kotlet między dwie pajdy chleba. Za datę premiery kotleta w bułce przyjmuje się rok 1903. Z kolei prowadzącego bar w Teksasie Fletchera Davisa uważa się za prekursora serwowania wołowego kotleta na grzance i podawania go z warzywami. Pierwsza restauracja, w której menu hamburgery królowały niepodzielnie powstała na amerykańskiej ziemi w 1921 roku.

Dwie dekady później założył swoją sieć przedsiębiorczy wujek McDonald’s, który po wojnie „przywiózł” hamburgery do Europy, i sprzedaje po dziś dzień z niezłym zyskiem. Rynek potraw nie znosi jednak nudy, więc wciąż pojawiają się nowe wariacje tematu. Jakiś czas temu triumf święciły cheeseburgery, czyli burgery z serem, swoje pięć minut odnotowały chickenburgery (z  mięsem z kurczaka) i fishburgery (z rybą), teraz  zaś, zwłaszcza w restauracjach i barach wegańskich królują kotlety bezmięsne – z ziaren lub korzeni rodzimych, a jeszcze chętniej egzotycznych roślin, na przykład z ciecierzycy, czy wywodzącego się z Ameryki Północnej topinamburu (korzenia słonecznika bulwiastego). Temu ostatniemu nurtowi przyświecają idee zdrowego odżywiania i przeciwdziałania cierpieniu zwierząt, hodowanych i prowadzonych na rzeź w wołających o pomstę do nieba warunkach.

„Krowarzywa Vegan Burger”, burgery przygotowane z topinamburu i ciecierzycy, fot. Paweł Wroński

Ciekawostką jest fakt, że losy hamburgera podobne są do dziejów walentynek – skomercjalizowanych obchodów dnia św. Walentego, czy Halloween, wywodzącego się przecież z wysp brytyjskich zaduszkowego obyczaju, a więc zjawisk zrodzonych na Starym Kontynencie, ale przefiltrowanych przez obyczaje Nowego Świata i podbijających Stary dzięki barwnemu, komercyjnemu kostiumowi.


Krowarzywa („Wszystko, co serwujemy, jest w 100% roślinne i tworzone z troską o zwierzęta i środowisko naturalne.” – czytamy na stronach lokalu), działa oprócz Warszawy także w Toruniu: www.krowarzywa.pl

Reklamy

Favarger – dwa wieki z czekoladą

Versoix to podgenewskie miasteczko, w którym od 1826 roku działa manufaktura czekolady Favarger.

W 2003 roku większość udziałów w firmie nabył chorwacki przedsiębiorca Luka Rajic, zobowiązując się do zachowania dorobku siedmiu generacji rodziny, która założyła wytwórnię niemal 200 lat temu. Dzięki nim Favarger jest dziś marką cenioną na świecie za doskonałą jakość wyrobów oraz  dbałość o zasoby, z których korzysta. Nabywając bowiem pieczołowicie selekcjonowane ziarna kakao certyfikowane przez fundację UTZ, manufaktura wspiera ruch na rzecz setek tysięcy farmerów i robotników rolnych z 41 krajów na świecie (www.utz.org).

Czekolada i kakao firmy Favarger, fot. Paweł Wroński

Zapewne także za sprawą większościowego udziałowca, który po transakcji osiadł w Genewie, wyroby firmy Favarger są teraz dostępne poza granicami Szwajcarii, również w Polsce. Dystrybucją i sprzedażą przez Internet zajmuje się firma SSC (na jej stronach znajduje się aktualny katalog wyrobów; www.ssc-distribution.strikingly.com).

 

Versoix rozciąga się na północ od Genewy. Na zachodzie granica gminy pokrywa się z granicą z Francją, na północy z kantonem Vaud. Na wschodzie Versoix opiera się o Jezioro Genewskie, a na południu graniczy z podgenewskimi gminami Collex-Bossy i Genthod. Populacja gminy – niespełna 13 tys. osób (www.versoix.ch). Związki z Polską – 2 października 1946 roku w Versoix zmarł Ignacy Mościcki (www.dzieje.pl).

 


www.favarger.com


Józef Wilkoń o życiu i sztuce

Ilustracje Józefa Wilkonia, te zwykłe – malowane na papierze i te przestrzenne – wyciosane w drewnie, żyją. Po prostu!

Uchwycone w ruchu, o wyrazistych emocjach, naturalne postacie zwierząt, ludzi, czy baśniowych stworów – bez różnicy – są po prostu prawdziwe. I to jest u niego fenomenalne. W dziełach i charakterze. Żadna tam wystudiowana poza, ale autentyczna ekspresja temperamentu, potwierdzona tym o czym i jak mówi, fascynacją przyrodą i radością życia, którymi Józef Wilkoń i jego dzieła emanują.


Pełny zapis rozmowy z Józefem Wilkoniem i Agatą Napiórską, prowadzonej przez Sylwię Chutnik i Karolinę Sulej 13 lutego 2018 w kolumnie informacyjno-promocyjnej bloga oraz na kanale Youtube (wkrótce).


Promocja książki Agaty Napiórskiej „Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia”, która jest zapisem rozmów autorki z artystą o życiu, jedzeniu, jego warsztacie, sztuce i roli przypadku w życiu, zbiegła się z jego 88. urodzinami. A więc, niech mu szumią drzewa, zawsze!

Książka wydana przez Wydawnictwo Marginesy ukazała się w lutym 2018 roku (www.marginesy.com.pl).

Šurlice z wyspy Krk

Šurlice to popularne w Chorwacji, zwłaszcza w Zatoce Kwarnerskiej, obejmującej wyspę Krk i jej sąsiadki, dość długie, grube kluski z otworkiem w środku.

To że je jadłem akurat na Krku i to z wołowym gulaszem było inicjatywą gospodarzy. W W Zatoce Kwarnerskiej kluski takie przyrządza się bowiem bardzo często, zwłaszcza w domowych pieleszach. Każda gospodyni ma przy tym swoje sposoby na ich przygotowanie. Šurlice serwują także w gospodach o tradycyjnym, żeby nie powiedzieć rustykalnym anturażu. Mogą się pojawiać na stole w zawiesistych gulaszowych sosach z mięsem każdego rodzaju lub, w lżejszej wersji – z owocami morza. Dodatki są zazwyczaj dobrane do lokalnej specyfiki, więc na wyspie Krk w portowym mieście Vrbnik, aż prosiłoby się o wersję z owocami morza. Ale – jak to często bywa – gospodarze pragną odmiany, bo mają na co dzień w menu ryb i skorupiaków pod dostatkiem, więc rozkoszują się chętnie bardziej dla nich egzotyczną wersją potrawy.

W menu podyktowanym zarówno chęcią popisania się przez kucharzy jak i zaprezentowaniem kulinarnych osobliwości z wyspy, była jeszcze przystawka i rybka jako główne danie – po šurlicach, na włoską modłę występujących w roli primo piatto. Przystawką (antipasto), była wędlina  i sery z przepysznymi bułeczkami, a na deser gałka polanych czekoladą i posypanych orzeszkami lodów na kawałku ciasta z listkiem mięty jako stroikiem.

 

Co zaś się tyczy šurlic, to łączą w sobie słowiańskie upodobanie do mącznych potraw z włoską wyobraźnią znajdującą ujście w niezliczonych wariantach pasty. Polane gulaszem przypominają o węgierskich wpływach, a poprzedzając lody – o tureckim upodobaniu do słodkości. Są więc przy całej swej prostocie, wizytówką chorwackiej (w tym kvarnerskiej) kuchni, przesiąkłej wpływami habsburskimi, serbskimi, madziarskimi, tureckimi, włoskimi i Bóg wie jakimi jeszcze.

To smaczne wspomnienie, wywołały któregoś dnia zakupy w Selgrosie, bynajmniej nie związane z jedzeniem. Tyle tylko, że przechodząc wśród półek zastawionych winami znalazłem trunki chorwackie (zakwalifikowane zresztą do węgierskich – sic!): Graševinę i Traminac – jednoodmianowe białe wina z Ilockich podrumi, piwnic zlokalizowanych na wschodnim krańcu Chorwacji, przy granicy z Serbią, a więc od Krku dość daleko. Cóż więc ma piernik do wiatraka? Jak wiele skojarzeń, to także ma głównie sentymentalną wartość, choć akurat te šurlice – z konoby Luce we Vrbniku, smakowały mi najbardziej ze wszystkich jakie kiedykolwiek w Chorwacji jadłem. Wspomniane natomiast wina piłem tam niejednokrotnie – zarówno w interiorze, z którego pochodzą jak i na wybrzeżu. Choć akurat nie we Vrbniku, bo na wyspie Krk mają własny szczep (vrbnička žlahtina), z którego tak są dumni, że zrobione z niego wina podają zawsze w pierwszej kolejności!

 

Uživajte u jelu! Cieszcie się posiłkiem!

 


Konoba Luce (Braće Trinajstić 15, Vrbnik, Krk): www.konoba-luce.hr
Adres wart zapamiętania, bo jak piszą na swoich internetowych stronach właściciele „Na otoku Krku nalazi se drevni, kameni gradić Vrbnik, koji izranja iz mora i osvaja svojom začudnom ljepotom i duhom.” (Na wyspie Krk znajduje się starożytne, kamienne miasteczko Vrbnik, które wynurza się z morza, czarując niesamowitym pięknem i duchem). Konoba Luce ze swoją kuchnią doskonale wpisuje się w ten obraz.

Z wód Zatoki Kwarnerskiej (Kvarnerski zaljev) wyłaniają się wyspy: Cres, Rab, Lošinj, Mali Lošinj i Pag oraz szereg mniejszych (m.in. UnijeSusakIlovikPlavnikPrvićSv. GrgurGoli otok). Zatokę zamyka od zachodu półwysep Istria. Na brzegach leżą tak znane miejscowości jak kurort Opatija (d. Abbazia) i duże portowe miasto Rijeka.


Z lodowca do term

Czy jest coś przyjemniejszego niż ciepła kąpiel po dniu spędzonym na nartach lub desce? Raczej nie, o czym wiedzą gospodarze licznych hoteli w rodzimych i europejskich kurortach, w których luksusowe aneksy Wellness & SPA stały się już standardem.

Instalacja na powitanie przed tyrolskim Aqua Dome, fot. Paweł Wroński

Przyjemność wynikającą z podziału dnia na część sportową i relaksacyjną można jednak stopniować, na podobieństwo trudności tras zjazdowych. Z analizy jakości i cen usług, naturalnych warunków oraz usytuowania, otrzymujemy wynik: Austria! Dlaczego? W ofercie najbliższego naszych granic śnieżnego imperium są bowiem miejsca, w których naprawdę można zjechać „z lodowca do term”. W Austrii infrastrukturę dla amatorów białego szaleństwa zainstalowano na ośmiu lodowcach. Aż pięć takich ośrodków posiada Tyrol, po jednym – Styria, Karyntia i Kraj Salzburski. Uznając zaś za kluczowe tytułowe kryterium, o miano rozwiązania idealnego konkurują ze sobą Kaprun z lodowcem Kitzsteinhorn w Kraju Salzburskim oraz dolina Ötz w Tyrolu z lodowcami w Sölden i termami w Längenfeld.

Na tarasie Gipfelrestaurant na Kitsteinhornie w pochmurny dzień, fot. Paweł Wroński

Z Kitzsteinhornu do Tauern SPA
Efektowną gondolą i wagonikiem szynowej kolejki wyjeżdża się z Kaprun w szczytowe partie Kitzsteinhornu (3203 m), do zbudowanej nieco poniżej skalistego wierzchołka. Zbudowana na wysokości 3029 m „Gipfel Restaurant” jest najwyżej położonym obiektem gastronomicznym w Kraju Salzburskim. Docierając do niej wkraczamy w świat Wysokich Taurów. Stajemy wprawdzie oko w oko z naturą, ale w przyjaznej otoczce cywilizacji, co docenimy zwłaszcza w chłodny dzień, gdy pędzone gwiżdżącym wiatrem chmury przesłaniają widoki. My zaś, w komfortowych warunkach, na wygodnych kanapach, rozkoszując się smakołykami, podziwiamy spektakl przyrody. Jeszcze przyjemniej tu w słoneczny dzień, gdy nic nie przesłania rozległej panoramy najwyższych gór Austrii z królującym wśród nich Groẞglocknerem (3798 m). Śniegi się skrzą, a lśniącymi wstęgami spływają w doliny lodowcowe jęzory. „Gipfel Restaurant” jest jednym z najefektowniejszych punktów narciarskiego systemu rozciągającego się na wysokości 911 m – 3.023 m. Przy pięknej pogodzie możemy przejść z niej przez tunel przepruty w skałach i tam od razu przypiąć narty lub deskę, by puścić się w dół i korzystać do woli z tras o łącznej długości ponad 40 km. Oprócz ratrakowanych zjazdów (oznaczonych – odpowiednio do stopnia trudności – lizakami w kolorach niebieskim, czerwonym lub czarnym), poprowadzono także szereg zjazdów przez naturalne nietknięty przez maszyny śnieg (są w terenie wyznaczone tyczkami z pomarańczowymi rombami, a warunki na nich są uwzględniane w codziennych komunikatach pogodowych). Na lodowcu są także trasy z muldami, świetnie przygotowane Snowparki i widokowe tory do biegania na nartach. Ten sam karnet umożliwia jazdę na Maiskogelu oraz na Schmittenhöhe koło oddalonego od Kaprun o 7 km Zell am See. Krótko mówiąc – jest gdzie poszaleć! Na peryferiach kurortu, w jaki zamieniło się pod koniec minionego stulecia Kaprun, wznosi się rozległy termalny kompleks kąpielowy, eleganckie Tauern SPA z bogatym zapleczem Wellness. Baseny, zarówno kryte, jak i pod gołym niebem zajmują 20 tys. m2 powierzchni. To najbardziej nowoczesne i największe centrum tego typu w Kraju Salzburskim, pięknie skomponowane z górskim otoczeniem. Z urządzeń kąpielowych można korzystać przez cały rok. Sezon zimowy trwa od końca września do pierwszych dni kwietnia. Z infrastruktury narciarskiej na lodowcu można również korzystać latem, choć warto pamiętać o słowach legendy austriackiego narciarstwa, Franza Klammera, że od zimy i nart trzeba także czasem odpocząć!

Kitzsteinhorn i Maiskogel, czyli tereny narciarskie w Kaprun – fot. z archiwum ośrodka

INFO
Gletscherschigebiet Kaprun-Kitzsteinhorn: www.kitzsteinhorn.at
Tauern SPA w Kaprun: www.tauernspakaprun.com


Konkurencja w świecie Bonda
Tyrolski superkurort Sölden, z uzbrojonymi w wyciągi lodowcami Rettenbach i Tiefenbach cieszy się od lat sławą jednego z najciekawszych terenów narciarskich w Europie. A jakby sławy ośrodkowi było mało, przed dwoma laty zawitał doń James Bond. Na lodowcu kręcono bowiem sekwencje do filmu „Spectre”, emocjonującej części niekończącej się sagi o przygodach agenta 007. Wbrew oczekiwaniom Bond nie jeździł jednak na nartach, bo zabraniał mu tego kontrakt. Co więcej, w związku z pracami ekipy filmowej zamknięto nawet, i to w środku sezonu na dwa tygodnie, trasy na jednym z lodowców. Ba, w Sölden trzeba było też wymienić latarnie bo stare nie spodobały się scenarzystom. Mimo to gospodarze i tak wyszli na swoje, bo ekipa filmowa pozostawiła w Tyrolu 9 mln. euro, a sława jaką cieszą się namaszczone bytnością Bonda miejsca będzie pomnażać zyski jeszcze przez długie, długie lata. Mimo to gospodarze nie spoczęli na laurach, ale już w tym sezonie otworzyli na lodowcu stricte bondowski obiekt – „007 Elements”, po sąsiedzku zresztą z futurystyczną restauracją „Ice Q”, która w filmie kryła tajemniczą klinikę Hofflera. Przez tajemniczy tunel wnika się tam w świat filmowych przygód. Z pewnością atrakcja będzie skłaniać do zdjęcia nart, choć na chwilę. Nie zmienia to jednak faktu, że po przeżyciach – czy to w realu, na 144 km tras zjazdowych (z których najdłuższa liczy 15 km), czy to w wirtualnym świecie, relaks się przyda. W kąpielisku termalnym w Längenfeld. Aqua Dome to wizytówka Tyrolu o bajecznej scenografii, z wiecznie zielonym mamutem brodzącym w sadzawce przed głównym wejściem. Choć kąpielisko dzieli od Sölden kilka kilometrów, łatwo się do niego dostać, dzięki uruchomionym specjalnie aquabusom. Tak jak skibusami dojeżdżamy do wybranych stacji wyciągów, tak aquabusami, po nartach, dojedziemy do term. W obu przypadkach – ze skipassem – bezpłatnie. Tereny narciarskie na lodowcach Sölden rozciągają się na wysokości 1.350 m – 3.340 m, a sezon zimowy trwa od do końca kwietnia. Dwa główne lodowce połączone są przy tym tunelami: dolne stacje wyciągów – samochodowym, a górne – narciarskim. Co więcej, od bieżącego sezonu dostępna jest Pow(der)Card – skipass honorowany w Sölden oraz w stacjach Obergurgl-Hochgurgl, gdzie trasy biegną także bardzo wysoko, mimo że zagospodarowanych lodowców nie ma.

Na lodowcu Rettenbach w Sölden, fot. Paweł Wroński

INFO
Ötztal Sölden: www.soelden.com
Aqua Dome w Längenfeld: www.aqua-dome.at


Materiał publikowany na łamach pierwszego (zimowego) zeszytu magazynu „Eden” z 2018 roku (www.spaeden.pl).


Wiener Eistraum przed ratuszem

Rathausplatz – plac przed wiedeńskim ratuszem, zbudowanym w 1883 roku, był przez niemal sto lat świadkiem gorących wydarzeń politycznych i kulturalnych. Od 2002 roku, od stycznia do marca spotykają się na nim Wiedeńczycy, by beztrosko ślizgać się po lodowej tafli.

Na powierzchni 8 tys. m2 znajdują się 2 lodowiska, do których można swobodnie dojeżdżać zamrożonymi alejkami parkowymi. Wokół są rozstawione punkty gastronomiczne, których właściciele serwują proste potrawy i popularne napoje – od Coca Coli po szlachetne trunki. Na miejscu jest wypożyczalnia łyżew i setki szafek, w których można bezpiecznie schować rzeczy.

Ślizgawka zwana Wiener Eistraum (wiedeńskie lodowe marzenie), jest zawsze czynna przez 44-45 dni w roku. Gdy ją otwarto, z łyżwiarskiej oferty skorzystało około 250 tys. osób, w ostatnich latach ta liczba wzrosła, i oscyluje na poziomie 700 tys.

Trochę historii
Pierwszym publicznym wydarzeniem na placu była demonstracja 17 września 1911 roku. Około 100 tys. osób odpowiedziało wówczas na wezwanie socjaldemokratów, by zaprotestować przeciwko narastającej inflacji. Demonstracja przebiegła bez żadnego incydentu, ale do starć z policją jednak doszło, i to wtedy, gdy uczestnicy opuszczali już Rathausplatz. Trzy osoby poniosły wówczas śmierć, a dziesiątki odniosło rany.

Potem wielokrotnie socjaldemokraci zwoływali tłumy pod ratusz. Zbierali się tutaj także ich przeciwnicy, np. 2 sierpnia 1920 roku pod hasłem sprzeciwu wobec „bolszewizmu podatkowego socjaldemokratów z ratusza”, którzy chcieli wówczas wprowadzić podatek od luksusu. 22 stycznia 1923 roku, chadecy i nacjonaliści zainaugurowali falę wieców antysemickich.

Po II wojnie światowej próbowano organizować różne parady i wiece, ale obyczaj się nie przyjął i w latach 50. XX wieku plac zamienił się w… parking samochodowy. Burmistrz Feliks Slavik pragnął przekształcić Rathausplatz w miejsce spotkań, ale dość niefortunnie połączył tę ideę z konkursem architektonicznym. Wniosek z przedsięwzięcia był taki, że wznoszenie solidnych budynków na placu nie ma sensu. Jeden z jego następców, Leopold Gratz przywrócił w 1975 roku jarmark adwentowy. Tradycje przedświątecznego handlu sięgały w Wiedniu roku 1600, ale stałego miejsca dla organizowanych targowisk nie było. Pomysł okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę, przyjął się i po dziś dzień odbywa się w adwencie przed ratuszem ogromny, barwny jarmark bożonarodzeniowy.

Dobre doświadczenie z tej masowej imprezy, stało się tak inspirujące, że plac wykorzystywany jest teraz praktycznie przez cały rok. Największym letnim wydarzeniem stał się organizowany od 1990 roku plenerowy Festiwal Filmowy. W lipcu i sierpniu, po zapadnięciu zmroku, wyświetlane są na telebimach inscenizacje oper i operetek oraz transmitowane są koncerty, zwyczajowo – również – Noworoczny, który jest zawsze wielkim wydarzeniem kulturalnym w Wiedniu. Filmowe atrakcje szybko uzupełniła oferta kulinarna. Rekordową frekwencją cieszył się festiwal filmowy w lecie 2005 roku. Wzięło w nim udział 0,5 mln osób.

Wszystkie te pozytywne doświadczenia kumulują się zimą, w okresie funkcjonowania słynnej wiedeńskiej ślizgawki – Wiener Eistraum, a Rathausplatz jest już dla Wiedeńczyków i turystów zza granicy największym plenerowym „salonem Wiednia”.

Wiener Eistraum w styczniu 2016 roku, fot. Paweł Wroński

www.wienereistraum.com
www.wien.info
www.wien.gv.at

Ekskluzywnie bez gwiazdek

Schwarzer Adler, butikowy hotel przy Kaiserjägerstrasse 2 w Innsbrucku, należy z pewnością do najbardziej ekskluzywnych w całej Austrii, a jednak nie ma żadnej gwiazdki.

Tak się dzieje dlatego, że obiekt nie poddaje się kategoryzacji. To oczywiście ewenement na skalę nie tylko Tyrolu, ale całej Republiki, choć usprawiedliwiony. Gospodarzami hotelu o 500-letniej tradycji jest obecnie 15 pokolenie rodziny Ultsch, która go prowadzi od początku (tak długą tradycją może się w stolicy Tyrolu poszczycić chyba tylko rodzina słynnych ludwisarzy, Grassmayrów). Z gościny Ultschów korzystały nieraz koronowane głowy, co symbolizują akcenty wyposażenia z habsburskimi orłami z kryształkami od Swarovski’ego, na czele.


„Schwarzer Adler” należy do grupy Adlers Hotel wraz z nowoczesnym „Harry’s Home”, usytuowanym tuż przy głównym dworcu kolejowym w Innsbrucku.
www.schwarzeradler-innsbruck.com
www.deradler.com


„Schwarzer Adler” był już wspomniany na tym blogu, w artykule zatytułowanym: „Cesarski Innsbruck”: https://pawelwronski.blog/