Kierunek: Dolna Saksonia

Dolna Saksonia to kraj rozległy. Na południu opiera się o Góry Harzu, na północy obmywają go wody Morza Północnego. W mozaice krajobrazów są słynne przybrzeżne płycizny – watty, tajemnicze wrzosowiska Pustaci Lineburskiej i głębokie doliny, nad którymi króluje Brocken, znany z sabatów czarownic. Zabytków zliczyć nie sposób, a wszystko nanizane na koryto szeroko rozlewającej się Łaby, królowej niemieckich rzek.

Świadomi tak wielu atrakcji, gospodarze landu rekomendują 9 miejsc historycznych – Brunszwik, Celle, Getyngę, Goslar, Hameln, Hanower, Hildesheim, Lineburg, Wolfenbüttel oraz pomnik współczesnej motoryzacji – Autostadt w Wolfsburgu, których nie sposób pominąć podczas wycieczek i urlopów.

Wskazówka 1: Odkryj uroki Brunszwiku, zwiedź Muzeum Herzoga Antoniego Ulricha, jedną z najstarszych i największych ekspozycji sztuki w Niemczech!

Miasto nosi w herbie lwa – godło księcia Henryka z rodu Welfów, pod którego panowaniem rozwinęło się w XII w. tak, że weszło do związku hanzeatyckiego, stając się na długie stulecia jednym z centrów handlowych Europy. Sukcesy gospodarcze pociągnęły za sobą rozwój sztuki i nauki, który trwa do dziś. W 2007 r. społeczność międzynarodowa nadała Brunszwikowi tytuł ‘miasta nauki’. Upodobał też je sobie amerykański artysta i wystawił w 1999 r. zaskakująco barwny, zwariowany dom – Happy-Rizzi-House.

 

Wskazówka 2: Poznaj Celle – średniowieczne miasto z fantastycznie dekorowanymi drewnianymi domami i stadniną ogierów o 300-letniej tradycji!

Przed słynnym drewnianym Hoppenerhausem można stać godzinami, podziwiając elewacje budynku z 1532 r. udekorowane ornamentami i figuralnymi rzeźbami. To najstarszy dom spośród niemal 500 o typowej dla krajów niemieckich szachulcowej konstrukcji. Vis a vis Hoppenerhausu wystawiono osobliwą grupę mówiących latarni. Mają ludzkie kształty i reprezentują różne charaktery. Czujniki ruchu sprawiają, że gdy do nich podchodzimy zaczynają mówić. Nowatorskie Muzeum Sztuki, pierwsze na świecie czynne non-stop, zachwyca grą świateł i dźwięków płynących ze szklanej fasady. Granice między sztuką i rzeczywistością zacierają się. We wrześniu, na ulicach Celle odbywa się parada ogierów z miejscowej stadniny, założonej w 1735 r. przez Jerzego II – szalonego króla Anglii, elektora Hanoweru i pasjonata hippiki.

 

Wskazówka 3: Odwiedź Getyngę, ciesz się energetyczną atmosferą uniwersyteckiego miasta, zażyj uciech nocnego życia i oddaj bez reszty shoppingowi!

Kluczowe miejsce w mieście zajmują gmachy uniwersytetu, założonego w 1737 roku przez Jerzego II Hanowerskiego, w którym studiowało, prowadziło badania bądź wykłady – jak dotąd – 44 noblistów. Spacer ulicami jest przechadzką przez intelektualną historię Europy, bo wmurowano przy nich tablice upamiętniające 300 zasłużonych dla nauki postaci, związanych z miastem i uczelnią. Natomiast przed starym ratuszem stoi secesyjna figurka gęsiarki, bodaj najczęściej całowana dziewczyna na świecie – przez doktorantów z Getyngi – na szczęście. Miasto rozbrzmiewa muzyką podczas festiwali, słynie z nocnych klubów i dyskotek, w dzień zaś mami witrynami sklepów, prześcigających się okazyjnymi cenami i wyprzedażami.

Solarny motyw zdobniczy na drewnianym, zabytkowym domu w Goslar , fot. Paweł WrońskiWskazówka 4: Nie omijaj Goslar – miasta cesarzy i królów, którzy tu polowali i osobiście doglądali wydobycia rud w kopalniach Rammelsbergu!

W wieńcu miasteczek usytuowanych u stóp Gór Harzu, Goslar przypadła najważniejsza rola, bo w okolicy wydobywano zasobne w kruszce rudy cynku, przynoszące obfite dochody skarbowi cesarstwa. Dlatego Fryderyk Barbarossa wzniósł tutaj rezydencję – Kaiserpfalz i, podobnie jak następcy, często w niej bawił. Świadectwem znaczenia i bogactwa miasteczka są wieże 47 kościołów i kaplic oraz mury fundowanych tu klasztorów. Dziś Goslar i nieczynne kopalnie wpisane są na listę UNESCO. Na rynku wygrywają górniczą melodię kuranty, a kręte uliczki biegną pośród szachulcowych domów, pokrytych dla ochrony przed deszczem płytkami łupków. Przez tysiąc lat na Rammelsbergu wydobyto 30 mln ton rudy. Jak to czyniono, pokazuje kopalniane muzeum i można skosztować „górniczej” strawy.

 

Wskazówka 5: Poznaj Hameln – miasto szczurów i szczurołapa! Być może się wzdrygniesz, ale zobaczysz, że szare stworzenie nie jest wcale takie straszne.

Nie ma obawy – szczury nie biegają po Hameln, są jedynie wyryte w bruku, by wskazywać dojście do interesujących obiektów. Wszystko za sprawą szczurołapa, który z zemsty za niewypłacone honorarium uprowadził z miasta dzieci, uwodząc je – podobnie jak szczury – dźwiękami fletu. O XIII-wiecznej legendzie opowiada inskrypcja na fasadzie renesansowej kamienicy Pied Piper Haus (Domu szczurołapa), w XIX w. Robert Browning napisał poemat, codziennie o godzinie 9:35 dzwonki na ścianie Domu Weselnego wygrywają melodię szczurołapa, od połowy maja do połowy września w każdą niedzielę odbywają się kostiumowe inscenizacje zdarzenia, a nad przepływającą pod miastem Wezerą, 7-metrową instalację Tańczącego szczura porusza wiatr (Tanzende Ratte).

 

Wskazówka 6: Odwiedź Hanower – zaskoczy cię nie tylko gigantycznymi terenami targowymi, ale również sztuką na najwyższym poziomie!

Niegdyś miasto hanzeatyckie, w latach 1714-1837 jako elektorat, a później królestwo Hanoweru w unii personalnej z Wielką Brytanią. Słynie dziś z największych na świecie  terenów targowych (466 tys. m2 powierzchni), muzeów i… zieleni. Imponujące, świetnie zachowane barokowe ogrody w Herrenhausen są wizytówką dolnosaksońskiej stolicy oraz tłem różnorodnych renomowanych festiwali, koncertów, przedstawień i iluminacji.

 

Wskazówka 7: Wstąp do Hildesheim by poznać godne cesarstwa skarby sztuki sakralnej i powąchać kwiat jedynej w swoim rodzaju róży!

Katedra w Hildesheim i kościół św. Michała powstały w czasach romańskich. Przez wieki, ich wnętrza zapełniły się bezcennymi skarbami. Skarbiec Katedralny mieści największa ich kolekcję w Niemczech. Niepowtarzalnymi zabytkami średniowiecza są także Drzwi Bernwarda z biblijnymi scenami z 1015 r. i Kolumna Chrystusa z 1020. Po murach katedry pną się pędy tysiącletniego różanego krzewu – prawdziwej osobliwości i symbolu miasta.

Targowisko pod ratuszem w Lineburgu, fot. Paweł Wroński

Wskazówka 8: Nie omijaj Lineburga, pulsującego wciąż życiem średniowiecznego miasta!

Satelita Hamburga jest bramą rozległych wrzosowisk – Pustaci Lineburskiej. Nad dachami góruje wieża jednej z najwspanialszych niemieckich katedr. Place tętnią targowym gwarem, a kręte uliczki prowadzą do romantycznych zaułków i przyjemnych knajpek.

 

Wskazówka 9: Skosztuj Jägermeistera w Wolfenbüttel!

Receptura legendarnego likieru z 56 ziół datuje się na rok 1934. W Wolfenbüttel produkuje się i rozlewa ten rozgrzewający, zdrowy trunek. Stąd też wędruje do 80 innych krajów.

 

Wskazówka 10: Poznaj w Wolfsburgu tajniki motoryzacji!

Aby uniknąć przesytu pamiątkami przeszłości, zajrzyjmy do Wolfsburga, siedziby koncernu Volkswagena. To miasto z desek kreślarskich, zbudowane pod koniec lat 30. XX w. Gospodarujący w nim koncern stworzył Autostadt – wyjątkowy park tematyczny, w którym rozrywka, sztuka i motoryzacja tworzą fascynujący świat sztuki i techniki. Jego motto brzmi: „Człowiek, samochód i to, co go porusza!”. Skojarzenie z charakterem kluczowej atrakcji budzi także główna handlowa promenada, nazwana – nomen omen – Porschestraße.


Więcej informacji: www.9staedte.de

Wskazówka ‘+’: Zwiedzanie Dolnej Saksonii, choćby w weekendy, umożliwią codzienne rejsy lotnicze do Hanoweru – LOT uruchamia je 4 czerwca 2018!


Tekst przygotowany do magazynu „Świat Podróże Kultura”, do numeru z czerwca 2018

Reklamy

Celle, świetny cel wycieczki

Dolnosaksońskie miasteczko Celle jest niczym szkatułka. Kunsztownie zdobiona kryje we wnętrzu bezcenne perły – intrygujące obiekty historyczne i współczesne.

Celle zachowało układ ulic i placów z 1292 roku, a więc z czasów panowania księcia Ottona Srogiego, który miasto założył. Układ tym ciekawszy, że onejmuje 500 pieczołowicie odrestaurowanych szachulcowych domów. Ich konstrukcja opiera się na szkielecie z grubych belek. Przestrzenie między belkami wypełniają glina i cegły. Na elewacjach pomalowanych tak, by nie ukrywać konstrukcji, powstaje charakterystyczna krata. Najstarszy dom pochodzi z 1526 roku.

Domy jak z baśni
Prawdziwym skarbem jest jednak nieco młodszy budynek. Jak głosi napis na fasadzie, wzniesiony w 1532 roku dla Simona Hoppenera. Potocznie nazywany Hoppenerhaus wznosi się przy rynku i wprawia w zdumienie każdego, kto go zobaczy po raz pierwszy. Zadziwia nie tylko rozmiarami, choć to niezwykle okazała sześciopiętrowa budowla, ale przede wszystkim bogatą dekoracją. Są w niej roślinne i figuralne ornamenty, postacie ludzi i zwierząt, mitycznych i rzeczywistych stworzeń oraz alegorie i maski powykrzywiane w różnorodnych grymasach. Nad wejściem, pośrodku ściany frontowej,  siedzi złoty lew i trzyma w łapach herb. Zabytkowe domy starówki pełnią tak jak przed wiekami funkcje mieszkalne. Niejeden zamieniono na hotel, a w przyziemiach zadomowiły się restauracje i sklepy z różnorodnym asortymentem. Ze względu na usytuowanie i ciekawą ofertę warto przynajmniej kilka z nich odwiedzić. Po pierwsze delikatesy „Huth’s Kaffee & Feinkost”. Otwarto je w 1851 r. W ofercie jest 100 gatunków herbaty, 20 rodzajów codziennie świeżo palonej kawy oraz ogromny wybór słodyczy. W sklepach „Vom Fass” i „Der Zapfhahn” można skosztować trunków, a wybrany kupić w ciekawie zaprojektowanej karafce. W zabytkowym domu mieści się także szacowna Apteka pod Lwem – „Löwenapotheke”. Obiekt tym ciekawszy, że stoi przy dziedzińcu urządzonym na miejscu dawnego placu turniejowego (Stechbahn). Wyryta w bruku podkowa jest pamiątką niefortunnie zakończonego pojedynku, jaki miał miejsce w 1471 r. Książę Otton II runął wtedy z konia i się zabił.

Nie tylko drewno
Pośród szachulcowych domów wznoszą się także zabytkowe budowle kamienne. Jedną z najcenniejszych jest kościół mariacki z 1308 r. Jego trzynawowe wnętrze kryje wspaniałe ołtarze i rzeźby. Jak na budowlę gotycką przystało, świątynia rysuje niebo strzelistą wieżą. Codziennie o 9:30 i 17:30 płyną stamtąd dźwięki trąbki. Hejnał odgrywany jest zgodnie z tradycją na cztery strony świata. Nieopodal wznosi się stary ratusz. Pierwsze wzmianki o tym budynku pochodzą z 1378 roku. Piwnice zajmuje „Ratskeller”, restauracja serwująca wykwintne dania przyrządzane według oryginalnych receptur. Można więc skosztować jagnięciny, dziczyzny, potraw ze szparagów czy kurek. Najsłynniejszym lokalnym daniem jest zupa krem. Jej receptura oparta jest na mieszance ośmiu specjalnie dobranych ziół.

Niedaleko wznosi się nowy ratusz, który zajmuje budynek dawnych koszar. To budowla neogotycka, którą wzniesiono dla regimentu hanowerskiej piechoty w 1873 roku. W 300 istniejących niegdyś pomieszczeniach mogło mieszkać 1200 żołnierzy. Były to największe koszary w niemieckim cesarstwie. Tę część starówki oddziela od zamku książęcego (Das Celler Schloss) pięknie zagospodarowany park. Zamek zaś jest najstarszą budowlą w Celle. Został wzniesiony przed 1318 rokiem, ale po licznych przebudowach nosi dziś cechy nie tylko gotyckie, ale również renesansowe i barokowe. Od XIV wieku do 1705 roku rezydowali tutaj książęta Welfen Braunschweig-Lüneburg, a w XIX wieku wybrał ją na swoją siedzibę król Hanoweru. Dziś mieści się tu muzeum prezentujące wnętrza z różnych epok oraz renesansowa kaplica, która uchodzi w północnych Niemczech za najpiękniejszy przykład architektury z tego okresu. Na zamku znajduje się również najstarszy teatr barokowy w Europie. Założono go w 1617 roku i wciąż funkcjonuje jako „Teatr Zamkowy”.

Współczesne akcenty
W starą miejską tkankę Celle zręcznie wkomponowane są współczesne akcenty. Zwiedzającemu rzucają się w oczy przede wszystkim rzeźby wykonane przez współczesnych artystów. Szczególną ekspresją odznaczają się wśród nich dzieła francuskiego rzeźbiarza Jeana Ipoustéguy – „Lektura” przedstawia zaczytaną dziewczynę, a „Mężczyzna przekraczający bramę” skłania do refleksji, nawiązując do mitologicznej przeprawy przez rzekę Styks. Naprzeciwko słynnego Hoppenerhausu znajduje się grupa latarnianych figur. Każda symbolizuje inny typ ludzkiego charakteru, a na sygnał z czujników ruchu latarnie zaczynają mówić, a nawet rozmawiać ze sobą. Opowiadają anegdoty, czasami powtarzają zabawne powiedzonka, potrafią też odegrać krótki skecz. Najbardziej nowatorskim i ze wszech miar udanym projektem jest jednak Muzeum Sztuki (Kunstmuseum Celle). Zyskało już szeroki rozgłos, bo jest pierwszym na świecie obiektem tego typu, czynnym całą dobę. Szklane fasady budowli pozwalają grać światłem, a wyrafinowane instalacje świetlne i dźwiękowe sprawiają, że zacierają się granice między sztuką i rzeczywistą przestrzenią, między budynkiem i otaczającym go miastem. Wrażenie jest najsilniejsze właśnie nocą, gdy szklane foyer muzeum roztacza świetlisty blask, niczym kolorowo skrzący się kryształ.

W Celle trudno się nudzić
Poza licznymi zabytkami w mieście znajduje się oryginalny obiekt, który zainteresuje wielbicieli kwiatów. Mowa o centrum orchidei, w którym organizowane są targi i wystawy florystyczne. Po przepływającej przez miasto rzece Aller kursują wycieczkowe stateczki, ale można też spływać z jej nurtem kajakiem lub wsiąść do romantycznej gondoli.

Kalendarz wydarzeń kulturalnych Celle obejmuje różnorodne imprezy. Do najciekawszych należą bez wątpienia lipcowe Święto Starówki, organizowany zwyczajowo na przełomie lipca i sierpnia Jarmark Winny, jesienna Parada Ogierów (Hengstparade), czyli odbywający się zawsze na przełomie września i października wielki festyn hippiczny oraz Jarmark Bożonarodzeniowy, który rozpowszechnionym w Niemczech obyczajem trwa przez cały adwent – od ostatnich dni listopada do wigilii Bożego Narodzenia. Celle jest świetnym celem wycieczkowym przez cały rok.

Jerzy II Hanowerski, założyciel Stada Ogierów w Celle, reprodukcja pochodzi z portalu http://equista.pl

Celle (informacje dla turystów): www.celle-tourismus.de
Celle na stronach DZT:  www.germany.travel
O Stadzie Ogierów z 300-letnią tradycją, sięgającą panowania króla Jerzego II Hanowerskiego: www.equista.pl


Tekst publikowany na łamach magazynu „Świat Podróże Kultura” w numerze styczeń-luty 2014 na str. 56-61.

Trendsetterzy rodzinnego wypoczynku

Chwytliwe hasło: „Hotel przyjazny rodzinie” przyciąga jak magnes. Używanie go może się jednak okazać ryzykowne, zwłaszcza, gdy niespełnione obietnice rozczarują klientów.

Doświadczył tego niejeden hotel w Karyntii w latach 80. minionego stulecia. Landowe władze zachęcały wtedy właścicieli obiektów wypoczynkowych do specjalizacji. Uderzenie w tony rodzinne wydawało się łatwe i obiecujące. Jednak tamte, pierwsze próby, często kończyły się fiaskiem, i lokalne biura promocji turystyki zasypywane były skargami zawiedzionych klientów. Inaczej potoczyły się losy Gerharda Stroitza i Siegfrieda Neuschitzera. Skierowanie przez nich oferty wypoczynku do rodzin z dziećmi okazało się strzałem w dziesiątkę, a konsekwentnie doskonalona oferta przerodziła się w ideę, którą dziś realizuje z powodzeniem renomowana grupa hotelarska Kinderhotels Europa. Ba, zrzeszenie jest współcześnie liderem w sferze rodzinnego wypoczynku na kontynencie, wyznacza trendy w tej dziedzinie i winduje w górę poprzeczkę minimalnej jakości usług.

Pionierskie przedsięwzięcia
Gerhard Stroitz jest pionierem grupy. Jego pomysł jak prowadzić hotel dla rodzin z dziećmi nie narodził się w zaciszu gabinetu. Jego synowie, Wolfgang i Christian właśnie dorastali, więc „wakacje na farmie” zaczęły ich po prostu nudzić; chcieli urządzać ogniska, budować chaty w lesie, przeżywać przygody. Tworząc dla nich warunki bezpiecznej zabawy, Stroitz zamienił w 1986 roku swój niewielki pensjonat typu Bad & Breakfast nad Faaker See w duży hotel ze zróżnicowaną ofertą dziecięcych aktywności. Mniej więcej w tym samym czasie, podejmując wyzwanie jakim było przystosowanie SPA dla potrzeb rodzin z dziećmi, Siggi Neuschitzer uratował przed bankructwem prowadzony przez własną rodzinę interes w Trebesing nad Drawą. Zaczął od tego, że skupował od sąsiadów niepotrzebne im już dziecięce łóżeczka, podgrzewacze do butelek i wysokie krzesełka, żeby dzieci nawet te najmłodsze mogły siedzieć przy stolikach z rodzicami. Po pierwszym zakończonym sukcesem sezonie zyskał nawet przydomek Pieluchowego Gospodarza (Windelwirt). Neuschitzerowie wykorzystali przy tym pomysły Karin, niani własnych dzieci, podbijając jej ciepłym, a zarazem praktycznym podejściem, serca klientów.

Ewolucja doktryny
Drogi pionierów szybko się zeszły, i już podczas prestiżowych targów turystycznych ITB w 1988 roku, Karyntia mogła się pochwalić nowatorską ofertą. Dziesięć lat później, grupa zrodzona pod auspicjami Österreich Werbung, zaczęła nabierać międzynarodowego charakteru. Gdy jednak liczba członkowskich obiektów zaczęła szybko rosnąć i zbliżać się do magicznej setki, szefowie grupy powiedzieli: dość! Postawili na dyscyplinę i rzetelność w spełnianiu obietnic, ustalili precyzyjnie kryteria jakie muszą spełniać należące do grupy obiekty, a kontrolę przyjętych standardów powierzyli znanemu na europejskim rynku koncernowi certyfikującemu jakość produktów i usług – TÜV Rheinland Group (oddziały w naszym kraju, TÜV Rheinland Polska: www.tuv.com). W efekcie liczba członków grupy Kinderhotels Europa zmniejszyła się, a jakość usług znacząco wzrosła i utrzymywana jest wciąż na najwyższym poziomie. Do zrzeszenia należy teraz 50 obiektów, większość zlokalizowana jest w Karyntii, gdzie idea się narodziła, ale są także w innych krajach związkowych Republiki Austrii, a ponadto w Niemczech (w Bawarii), w Chorwacji, we Włoszech i w Portugalii. Zrzeszenie współpracuje także z ponad 80 firmami z całej Europy, produkującymi sprzęt, żywność, kosmetyki i inne produkty niezbędne do pielęgnacji i opieki nad dziećmi w różnym wieku, poczynając od niemowląt.

Akademia
Oferta zrzeszonych hoteli też się dynamicznie poszerza, i doskonalą się jej założenia. O ile w początkowym okresie Kinderhotels nastawione były głównie na opiekę nad dziećmi i odciążenie rodziców w okresie urlopowym, o tyle teraz dbają o równowagę, dzięki czemu rodzice, którzy są przecież z dziećmi mogą się zarówno cieszyć czasem dla siebie, jak i  spędzanym wspólnie. Profesjonalną obsługę pielęgnacyjną i wychowawczą wspiera prowadzona przez zrzeszenie Akademia. Pracownicy od których wymaga się na starcie odpowiedniego przygotowania zawodowego (pedagogicznego, psychologicznego, medycznego), doskonalą na organizowanych przez nią szkoleniach i kursach swoje kwalifikacje, zapoznając się na bieżąco z nowymi trendami i koncepcjami wychowawczymi, technicznymi nowinkami, a także językami klientów. W efekcie, w Kinderhotels rodzice mogą dziś już liczyć na profesjonalną opiekę nad pociechami i wyposażenie odpowiednie dla dzieci od 7 dnia życia!

Hotele z uśmiechami
Do zrzeszenia Kinderhotels Europa należą różnorodne hotele i pensjonaty, zarówno kameralne obiekty jak i luksusowe wielofunkcyjne kompleksy wypoczynkowe. Niezależnie od standardu świadczonych przez nie usług, zrzeszenie posługuje się własnymi kategoriami, przyznając Smiley’e – uśmiechnięte buźki – trzy, cztery albo pięć. Potrójny symbol oznacza minimum jakie musi spełnić każdy obiekt członkowski zrzeszenia. Ponieważ kluczową wagę przywiązuje się do bezpieczeństwa, są tam odpowiednio przygotowane strefy zabaw dla dzieci – pokój pod dachem i plac na zewnątrz. Zarówno w pokojach, jak w salach jadalnych znajduje się kompletne wyposażenie, są zabezpieczenia (np. kontaktów), dostosowane do potrzeb dzieci w różnym wieku. W restauracyjnym menu są zawsze dziecięce porcje. Działa non stop pralnia, zapewniony jest dostęp do usług medycznych dla dzieci i bezpłatna opieka wychowawcza – od 3 roku życia, do 20 godzin tygodniowo. Standardem jest przy tym, że 1 opiekun przypada na 20 dzieci. Wybierając się na spacer, rower czy narty, można na miejscu wypożyczać potrzebny sprzęt, w tym bezwzględnie – wózki i nosidełka. W obiektach z 4 Smiley’ami jest ponadto basen, nierzadko również kryty, w każdym pokoju jest zamontowany alarm dla dzieci, a w jadalniach są specjalne stoliki dla dzieci z opiekunem, z których można korzystać raz dziennie przez pięć dni w tygodniu. Opieka profesjonalnego personelu nad dziećmi zapewniona jest do 40 godzin tygodniowo, co najmniej przez 2 opiekunów pełniących dyżur od świtu do wieczora. Obiekty tej kategorii zapewniają też specjalnie przygotowany program wydarzeń dla dzieci i dorosłych. Najwyższy standard, czyli 5 Smiley’ów oznacza, że mamy do czynienia z hotelem minimum 4-gwiazdkowym, z foyer i barem dziennym, ze SPA, solarium i sauną, basenem i krytymi brodzikami dla najmłodszych. Zewnętrzny teren jest ogrodzony, a zabawki i gry są dostępne na życzenie, przy korzystaniu np. z terenów narciarskich zapewniony jest transport. A ponieważ wiadomo, że w czasie deszczu „dzieci się nudzą” wewnętrzne strefy zabaw są bogato wyposażone w miękkie urządzenia. Działają kino i teatr. W jadalniach czekają kosze owoców i lody. Dzieciom oferuje się przygotowane dla nich menu, mogą korzystać z toalet z odpowiednimi urządzeniami. Opieka dostosowana jest do wieku dzieci, stąd podział na grupy – przedszkolne, a teraz już także żłobkowe, w pokojach zamontowane są elektroniczne nianie. Bezpłatna opieka świadczona jest do 60 godzin tygodniowo, przez 1 opiekuna na każdą dziesiątkę dzieci (Babycare jest dostępna także podczas obiadu i kolacji). Specjalne wydarzenia rozrywkowe organizowane są przynajmniej 3 razy w tygodniu. Pewne jest także to, że 5-Smailey’owe hotele przyjmują jedynie rodziny z dziećmi.


Kinderhotels Europawww.kinderhotels.com (zrzeszenie kolportuje bezpłatnie aktualne katalogi, formularz zamówienia na stronie w zakładce ‘Service/Order catalogue’); siedziba stowarzyszenia mieści się w Austrii, w Karyntii, w miejscowości Villach-Drobollach
Flagowy obiekt: „Europas 1. Baby- und Kinderhotel” w Trebesing (prowadzony w Karyntii przez kolejną generację Neuschitzerów); www.babyhotel.eu
Kinderhotels na stronach Österreich Werbung: www.austria.info


Materiał publikowany na łamach magazynu Eden, pt. „Kinderhotels Europa – trendsetterzy rodzinnego wypoczynku” w numerze czerwcowym (2018).

Mucha szuka środka Europy

W 2004 roku Stanisław Mucha zaprezentował dokument „Mitte Europa”. W poszukiwaniu, czegoś tak abstrakcyjnego, jak geograficzny środek Europy, ekipa przemierzyła tysiące kilometrów, docierając do kilkunastu miejsc namaszczonych na „Środki” w Niemczech, Austrii, Polsce, na Litwie, Słowacji i Ukrainie.

Suchowola koło Białegostoku, Krahule w Górach Kremnickich na Słowacji, Braunau w Górnej Austrii, znane przede wszystkim jako rodzinna miejscowość Adolfa Hitlera, Purnuškės w okolicach Wilna na Litwie, czy Rachów, konkretnie miejscowość Diłowe, zagubiona na ukraińskim Zakarpaciu. Wszędzie tam żyją ludzie, wiążący nadzieje z faktem, że ich miejsce jest wyznaczonym przez kompetentnych specjalistów „Środkiem Europy”. W ciągu kilkunastu lat jakie minęły od premiery filmu, liczba „Środków” wzrosła do kilkudziesięciu. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego, gdyż tego typu miejsca i ich nierzadko egzotyczne zagospodarowanie, są wyrazem marzeń o byciu dostrzeżonym i docenionym, o rozgłosie i wzbogaceniu się dzięki rzadkiej atrakcji. Marzeń, pospolitych we wszystkich szerokościach geograficznych. Ot, weźmy dla porównania Kenię, kraj, którego popularność wśród turystów rośnie w ostatnich latach, zwłaszcza odkąd na ekranach kin pojawił się film „Pożegnanie z Afryką”. Gdyby za dobrą monetę brać wszystkie tamtejsze tablice informujące, że właśnie znaleźliśmy się na równiku, okazałoby się zapewne, że biegnie on… zygzakiem.

Chwilami pogodny, kiedy indziej rubaszny, lecz najczęściej tragikomiczny obraz Muchy zadaje kłam mitowi europejskiej tożsamości. Tym autentyczniej, że zamiast przemówień prominentnych polityków czy żądnych poklasku celebrytów, słyszymy prostych ludzi, którzy o instytucjach i górnolotnych ideach europejskich słyszeli niewiele, a w ich mentalności lokalność zajmuje w naturalny sposób poczesne miejsce. Tak jak u zaskoczonego pytaniem o krańce Europy Bawarczyka, dumnie prezentującego własny „Środek Europy”: „dobre pytanie, nigdy się tym nie interesowałem” – szczerze wyznaje.

Stanislaw Mucha (z prawej) – przez trzy marcowe wieczory w Goethe Insstitute Polen w Warszawie opowiada o swoich filmach inspirowany pytaniami dziennikarzy (po filmie „Mitte Europa”, rozmowę prowadził Jakub Majmurek), fot. Paweł Wroński

Poszukiwanie geograficznego środka Europy zainicjowali w XIX wieku kartografowie austriaccy, choć mieszkańcy Suchowoli odwołują się do pomiarów o niemal sto lat wcześniejszych. Współcześnie, co jakiś czas obiegają media informacje o wynikach precyzyjnych pomiarów przeprowadzonych według różnorodnych kryteriów. Mało kto baczy przy tym na fakt, że nie ma zgody co do granic Europy. W Polsce, tak jak w większości krajów na świecie  odwołujemy się do granic przyjętych przez Międzynarodową Unię Geograficzną (www.igu-online.org), choć jej definicje są także gorąco dyskutowane.

Dla reżysera, temat ze sfery mentalności i kultury jest przede wszystkim pretekstem do pokazania ludzi, którzy żyją w wybranych według klucza „Środka” miejscach. Mucha przyznaje, że „podłączenie się z kamerą” do tego co się dzieje wokół kulturowego fenomenu „Środka Europy”, stworzyło znakomitą okazję do wniknięcia w ten świat, nierzadko bardzo odległy od cywilizacyjnych „europejskich” standardów. Film bawi, a jednocześnie skłania do refleksji. A jego temat wciąż pozostaje aktualny, bo chociaż niektórzy z bohaterów już nie żyją, epopeja „Środka Europy” wcale się nie skończyła.


Pokaz filmów Stanisława Muchy w ramach projektu „Ach Europa!” zorganizował Goethe Institut w Warszawie, w dniach 22-24 marca 2018www.goethe.de
Film „Środek Europy” pod angielskim tytułem „The Center” można obejrzeć na: www.cultureunplugged.com
Ciekawa rozmowa publicysty i krytyka filmowego Jakuba Majmurka z reżyserem, Stanisławem Muchą na stronach Goethe Institut Polen: www.goethe.de

Po pokazie filmu, reżyser podzielił się swoimi refleksjami z publicznością, fot. Paweł Wroński

Fragment rozmowy (bezpośrednio po pokazie), Jakuba Majmurka ze Stanisławem Muchą, zatytułowany „Mucha o Środku Europy” na moim kanale Youtube: https://youtu.be/RvuFuorkW64


Z tęsknoty za Hamburgiem

Burgery ze zdjęć pochodzą z warszawskiego lokalu „Krowarzywa Vegan Burger”. Nazwa nie pozostawia wątpliwości co do idei na jakiej opiera się menu baru przy Hożej.

Moda na wegańskie potrawy zatacza coraz szersze kręgi, nie tylko zresztą u nas. W ojczyźnie hamburgerów zatoczyła już dawno. Hamburgery kojarzymy najczęściej z Ameryką. Poniekąd słusznie, bo tam rozpoczął się ich triumfalny marsz przez fastfoodowy świat. Z drugiej strony jednak niesłusznie, bo ojczyzną hamburgera są Niemcy, konkretnie miasto Hamburg, w którym już w XV wieku zajadano się kotletami z siekanej wołowiny. Z racji rosnącej szybko popularności potrawy nazwano je kotletami hamburskimi.

Nic więc dziwnego, że w epoce podboju Dzikiego Zachodu, emigranci z Hamburga piekli na ogniu siekane mięso – zarówno z tęsknoty za rodzinnymi stronami, jak i ze względów praktycznych. Potrawa zyskała szybko zwolenników wśród przedstawicieli innych nacji, i w XIX wieku, hamburgery zaczęto podawać w amerykańskich lokalach gastronomicznych. Podobno po raz pierwszy w 1838 roku, choć prasa doniosła o tym fakcie dopiero 50 lat później.

Kolejne etapy w ewolucji potrawy przypadają na wiek XX. Restaurator Charles Nagreen wpadł na pomysł by wkładać kotlet między dwie pajdy chleba. Za datę premiery kotleta w bułce przyjmuje się rok 1903. Z kolei prowadzącego bar w Teksasie Fletchera Davisa uważa się za prekursora serwowania wołowego kotleta na grzance i podawania go z warzywami. Pierwsza restauracja, w której menu hamburgery królowały niepodzielnie powstała na amerykańskiej ziemi w 1921 roku.

Dwie dekady później założył swoją sieć przedsiębiorczy wujek McDonald’s, który po wojnie „przywiózł” hamburgery do Europy, i sprzedaje po dziś dzień z niezłym zyskiem. Rynek potraw nie znosi jednak nudy, więc wciąż pojawiają się nowe wariacje tematu. Jakiś czas temu triumf święciły cheeseburgery, czyli burgery z serem, swoje pięć minut odnotowały chickenburgery (z  mięsem z kurczaka) i fishburgery (z rybą), teraz  zaś, zwłaszcza w restauracjach i barach wegańskich królują kotlety bezmięsne – z ziaren lub korzeni rodzimych, a jeszcze chętniej egzotycznych roślin, na przykład z ciecierzycy, czy wywodzącego się z Ameryki Północnej topinamburu (korzenia słonecznika bulwiastego). Temu ostatniemu nurtowi przyświecają idee zdrowego odżywiania i przeciwdziałania cierpieniu zwierząt, hodowanych i prowadzonych na rzeź w wołających o pomstę do nieba warunkach.

„Krowarzywa Vegan Burger”, burgery przygotowane z topinamburu i ciecierzycy, fot. Paweł Wroński

 

Ciekawostką jest fakt, że losy hamburgera podobne są do dziejów walentynek – skomercjalizowanych obchodów dnia św. Walentego, czy Halloween, wywodzącego się przecież z wysp brytyjskich zaduszkowego obyczaju, a więc zjawisk zrodzonych na Starym Kontynencie, ale przefiltrowanych przez obyczaje Nowego Świata i podbijających Stary dzięki barwnemu, komercyjnemu kostiumowi.

 

W zasadzie nie przepadam za hamburgerami. ale taki ‚homemade’ by Ola, to zupełnie co innego, fot. Paweł Wroński

Krowarzywa ; „Wszystko, co serwujemy, jest w 100% roślinne i tworzone z troską o zwierzęta i środowisko naturalne.” – czytamy na stronach lokalu, który oprócz Warszawy, działa także w Toruniu (www.krowarzywa.pl).

Prototypy z Hamburga

Personenkraftwagen, w skrócie PKW, to niemieckie określenie samochodów osobowych, złożone ze słów oznaczających ludzi, moc i pojazdy. Te trzy pojęcia wyznaczają tematykę ekspozycji w muzeum samochodowym z dzielnicy Speicherstadt w Hamburgu. W 2018 roku, Automuseum PROTOTYP obchodzi 10-lecie.

Zgromadzone modele samochodów sportowych i wyścigowych ilustrują 70-letni okres rozwoju niemieckiej motoryzacji, skupiając się na designie i rozwiązaniach technicznych, których zmiany najłatwiej dostrzec – zgodnie z nazwą placówki – w prototypach z lat 1939-2009. Uwagę poświęcono także wybitnym postaciom ze świata motoryzacji. Otto Mathé, Petermax Müller, czy Wolfgang Graf Berghe von Trips, przyczynili się w ogromnej mierze do sukcesów rynkowych, jakie po dziś dzień odnoszą marki niemieckie.

P. jak Personen, czyli ludzie
Tyrolczyk Otto Mathé był wynalazcą, przedsiębiorcą i kierowcą rajdowym. Już w czasie wojny opracował różnorodne dodatki do paliwa, które skutecznie wydłużały żywotność i podnosiły efektywność silników samochodowych. Pod koniec lat 40., za kierownicą Porsche 356 ze zmodyfikowanym przez siebie silnikiem, dystansował konkurentów na austriackich torach wyścigowych. Jako swojego idola z dzieciństwa wspominał go wielokrotnie Niki Lauda. Urodzony w Poczdamie Petermax Müller triumfował w wyścigach już przed wojną. A że zajmował się sprzedażą DKW, sukcesy w wyścigach klasy 1000 cm3 były najlepszą reklamą tej marki. Od 1938 roku jeździł w teamie Auto Union, zaś efektem jego powojennej współpracy z wybitnymi konstruktorami były modele Volkswagen Special, odnoszące spektakularne sukcesy w wyścigach w klasie 1100 cm3. Sam, jako kierowca wyścigowy, w latach 1949-1951 triumfował 60-krotnie, m.in w słynnym Rajdzie Monte Carlo. Wolfgang Graf Berghe von Trips był arystokratą, który do historii przeszedł także jako kierowca rajdowy. Zadebiutował w teamie Ferrari, w którym jako pierwszy używał centralnie umieszczonego silnika. Później odnosił sukcesy w barwach Porsche. Zginął tragicznie w wypadku do jakiego doszło na torze Monza w 1961 roku. Po zderzeniu z innym bolidem jego maszyna przekoziołkowała przez trybuny, zabijając 15 kibiców i raniąc 60.

K. jak Kraft, czyli moc
Nowocześnie zaaranżowane muzeum wykorzystuje multimedia i kusi symulatorami, takimi jak zamontowany w autentycznym Porsche 356. Zasiadając za jego kierownicą można się rzeczywiście poczuć jak Otto Mathé. Miejscem niezwykłym jest miniaturowy tunel aerodynamiczny, a archiwalne zdjęcia, stare kroniki filmowe i magazyny samochodowe, które można przeglądać w kabinach audio-video, pozwalają wejrzeć w historię motoryzacji przez pryzmat technologii i designu. Znaczące miejsce w muzeum zajmują przemiany sylwetki, czy kolorystyki, bo do kolekcji trafiły egzemplarze pokazowe. Służyły wprawdzie promocji nowych technologii, jednak – niejako przy okazji – kreowały zmiany samochodowej mody i designu. Ewolucję sylwetki samochodów można prześledzić nie jadąc nawet do Hamburga, bo na stronach muzeum w zakładce ‘Automotive Timeline’ zjawisko doskonale zobrazowano.

W. jak Wagen, czyli pojazdy
Oryginalny zbiór reklamowych grafik Volkswagena pokazuje historię motoryzacji. Jednak największe wrażenie robią oryginalne samochody. Mając tego świadomość gospodarze obiektu oferują nawet grupom eleganckie uczty pośród samochodów. Nietuzinkowych przecież, bo w większości prototypowych. Perełką kolekcji jest Porsche 64 z 1939 roku. Zmontowano wówczas tylko 3 egzemplarze tego samochodu, aby wzięły udział w propagandowym rajdzie Berlin-Rzym. Wyeksponowany samochód jest jednym z dwóch, które przetrwały do naszych czasów. Efektowny model tak bardzo poruszał wyobraźnię konstruktorów, że zaraz po wojnie chętnie nawiązywali do zastosowanych w nim rozwiązań. Nie brakuje słynnego samochodu dla ludu jakim był Volkswagen Käfer, którego projektowanie osobiście wspierał Adolf Hitler. Produkowany dopiero po wojnie rzeczywiście w masowej skali, szybko podbił światowy rynek. W latach 1938-2003 wyprodukowano łącznie 21,5 mln egzemplarzy tego kultowego auta. W Polsce nazywano je „Garbus”, na Zachodzie „Herbie” lub „Beetle”. Do osobliwości hamburskiej ekspozycji zaliczają się także nowsze modele: bolid Jordan F1 191, którym kierował po raz pierwszy w swojej karierze w wyścigach Formuły 1 Michael Schumacher w 1991 roku i Toyota TF110 o futurystycznej sylwetce z 2009.


Automuseum PROTOTYP: www.prototyp-hamburg.de
Hamburg Card: www.hamburg-tourism.de


Tekst publikowany na łamach magazynu „Świat Podróże Kultura” w zeszycie grudniowym z 2017 roku.


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Niemcy – czołgi w Munster

Czy oglądaliście kiedyś „Białego tygrysa”? Wstrzymujący bicie serca film z 2012 roku „Белый тигр”, którego fabuła osnuta jest wokół pełnego determinacji pojedynku dowódcy radzieckiego czołgu z nierzeczywistym, monstrualnym czołgiem niemieckim. W wojennej scenerii, w tajemniczej atmosferze, zapożyczonej jakby z „Moby Dicka”, pada przejmujące pytanie o szanse człowieka w starciu z nieludzką technologią.

Mimo że prezentuje najnowsze dzieje rozwoju takiej właśnie śmiercionośnej techniki, Niemieckie Muzeum Broni Pancernej w Munster w Dolnej Saksonii, potrafi wciągnąć na długie godziny. Ba, nawet osoby deklarujące pacyfistyczny światopogląd ulegną fascynacji niecodzienną atmosferą i autentyzmem tego miejsca. Zgromadzone eksponaty utrzymują na chodzie technicy z miejscowej szkoły oficerskiej (Panzertruppenschule), istniejącej tutaj od 1956 roku. Ponadto Munster otoczone jest poligonami (Truppenübungsplatz Munster), więc na okolicznych drogach, łatwo natknąć się na kolumny zmierzających na zgrupowanie współczesnych czołgów czy samobieżnych dział. Krajobraz potęguje wrażenie, gdyż Munster leży na wrzosowiskach falującej po horyzont, rozległej Pustaci Lineburskiej. W tym rejonie szkolono wojsko od czasów pruskich, czyli od końca XIX wieku.

100 eksponatów
Zaczątkiem muzealnej kolekcji były maszyny przeznaczone do szkolenia kadetów – przyszłych oficerów pancernych oddziałów Bundeswehry sformowanej w 1955 roku, a więc nowej, powojennej armii niemieckiej. Do chwili obecnej zgromadzono około 100 eksponatów – wyremontowanych maszyn – oryginalnych, bądź precyzyjnych replik wyposażenia armii niemieckich poczynając od 1917 roku.

Sturmpanzerwagen i leopardy
W zbiorach znajduje się jedyna na świecie wierna kopia czołgu A7V, jakim w 1918 roku, a więc u schyłku I wojny światowej, Niemcy pragnęli przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Sturmpanzerwagen, jak nazywano maszynę potocznie, ważył około 30 ton, poruszał się z prędkością do 15 km/h, a jego załogę stanowiło 18 osób. Z przodu osłaniała go stalowa tarcza grubości 30 cm, z tyłu cieńsza, bo zaledwie 10-centymetrowa.

Oglądając kolejne sektory kolekcji, poznajemy coraz to nowsze i doskonalsze rozwiązania, służące zwiększeniu skuteczności działań – szybkości i celności prowadzonego ognia, przy jednoczesnym zwiększaniu odporności na pociski przeciwnika, zwrotności i wszechstronności.

Pantery i tygrysy
Znajdziemy tutaj Panzerkampfwagen IV (potocznie Panzer IV) – najpopularniejszego bodaj czołg używanego w armii niemieckiej podczas II wojny światowej (wyprodukowano 8,5 tysiąca maszyn tego rodzaju) oraz jego sukcesora zwanego Panther (Pantera). Szczególne emocje wzbudza model Panzer IV Ausf G, który dominował w wyposażeniu Deutsches Afrikakorps, toczącego boje pod rozkazami generała Rommla na pustyniach Afryki.

W muzealnej kolekcji nie brakuje oczywiście osławionych tygrysów, z którymi zetknęli się żołnierze wszystkich walczących z hitlerowskimi Niemcami armii. Na polu walki tygrysy wzbudzały rzeczywistą grozę i respekt. Niezależnie bowiem od śmiercionośnego przeznaczenia, były w owym czasie tworem techniki najdoskonalszym. W muzeum wyeksponowany jest też Panzerkampfwagen Tiger Ausf. B, zwany krótko Tiger B, potocznie zaś Königstiger. Ta ostatnia nazwa pochodzi od niemieckojęzycznego określenia bengalskiego tygrysa. Nieświadomi niuansów językowych Amerykanie tłumaczyli ją jako Royal Tiger, a nawet King Tiger. Nie bez powodu, bo było się czego obawiać. Ważący niemal 70 ton tygrys rozwijał na drodze prędkość do 42 km/h (w terenie 15-20 km/h), i był uzbrojony w skuteczne, obrotowe działo – armatę 8.8 cm KwK 36 miotającą 10-kilogramowe pociski z prędkością 773 m/s, skonstruowane w zakładach Kruppa. Maszyna, wyposażona w silnik na ropę Maybach HL230 mogła po zatankowaniu pokonać dystans 170 km. Historia tej broni rozpoczęła się pod koniec lat 30. XX wieku (rozwiązania techniczne powierzono zakładom Henschel, a dwa lata później także Porsche). Wprawdzie pokazowy model był gotowy na 20 kwietnia 1942 roku, czyli na 53. urodziny Adolfa Hitlera, ale na polu walki tygrysów użyto w większej liczbie dopiero do odpierania lądujących w 1944 roku w Normandii wojsk alianckich oraz do wzmocnienia jednostek na froncie wschodnim, gdzie przewagę zdobywała już wtedy Armia Czerwona. Legendarny czołg był bowiem tak drogi, że wyprodukowano zaledwie… 1350 sztuk.

Ciekawym eksponatem jest Sturmtiger – miotacz min zbudowany na podwoziu czołgu Panzerkampfwagen VI Tiger, działo samobieżne uzbrojone w specjalny moździerz rakietowy 38 cm; pojazd był używany m.in. do tłumienia Powstania Warszawskiego.


Niemieckie Muzeum Broni Pancernej w Munster (Deutsches Panzermuseum Munster): www.daspanzermuseum.de


Artykuł publikowany na łamach magazynu „Świat Podróże Kultura”, w numerze Jesień-zima 2017, pt.: „Czołgi w Munster – Niemieckie Muzeum Broni Pancernej” (http://magazynswiat.pl;  ściągnij w formacie PDF –> str. 82-83).


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Dieta inspirowana ‘objawieniem’

Św. Hildegarda z Bingen zasłynęła za życia jako uzdrowicielka. Być może tajemnica jej sukcesów tkwiła w objawieniach, a może po prostu w tym, że preferowała potrawy bazujące przede wszystkim na orkiszu, gotowane warzywa, zioła i wino.

Najwyżej cenionymi składnikami leków oraz przyprawami do potraw bazujących na koncepcji św. Hildegardy, są dzisiaj: bertram, galgant chiński (inaczej zwany alpina lekarska), dyptam (krzew mojżeszowy), hyzop. Ponadto pojawiają się często w mieszankach leczniczych i potrawach: rzęsa wodna, babka płesznik, piołun, cynamon, gałka muszkatołowa, obrazki plamiste, fiołek, kasztan jadalny i języcznik zwyczajny (chroniona obecnie odmiana paproci).

Wszystkie zaprezentowane poniżej potrawy, zostały przyprawione galgantem, bertramem i hyzopem, a do deseru również dodana została starta gałka muszkatołowa i cynamon.

 

Zasady leczenia sformułowane przez niemiecką mniszkę w XII wieku przystosował do wymogów współczesności salzburski lekarz Gottfried Hertzka, nazywany odtąd odkrywcą hildegardowej medycyny.

 

Osoby głęboko wierzące mają oczywiście pełne zaufanie do jej receptur, bazujących na prawdach objawionych, dzięki czemu obce jej ponoć były ograniczenia wynikające z poziomu ówczesnej wiedzy. Hildegarda miewała wizje od wczesnego dzieciństwa, a wieku 42 lat „Bóg kazał ogłosić je pismem”. Jej postać zyskała szczególne uznanie pod koniec XX wieku. Zainteresowano się wówczas nie tylko jej zaleceniami medycznymi ale również muzyką. Papież Benedykt XVI wyniósł ją na ołtarze i ogłosił doktorem Kościoła w początkach drugiej dekady naszego stulecia. O austriackim lekarzu słyszeli jedynie głębiej zainteresowani tematem. Szczególną popularnością cieszą się hildegardowe zasady leczenia w Niemczech i w Austrii, gdzie prace Hertzki są najlepiej znane, aktywnie działają świeckie i kościelne towarzystwa hildegardowe, powstają na bazie jej przepisów produkty spożywcze, suplementy, mieszanki spożywcze i przyprawy.

Jak sama relacjonowała, św. Hildegarda „Owe wizje oglądałam nie we śnie, nie tracąc zmysłów, ale nie postrzegałam ich cielesnymi oczami i uszami. Nie otrzymywałam ich w miejscach ukrytych, ale zgodnie z wolą Bożą oglądałam je jawnie, widząc wzrokiem i słysząc słuchem wewnętrznego człowieka, będąc przytomna i o zdrowych zmysłach.” (cyt. za: www.fronda.pl).

Podejrzewam, że skuteczność leczenia hildegardowymi metodami, zwłaszcza przypadków złożonych wyrażała się stosunkiem 50/50. Natomiast przy dolegliwościach pospolitych mogła uzyskiwać dobre rezultaty, już choćby dlatego, że w jej czasach gotowanie, a więc spełnienie podstawowego wymogu higieny, już samo w sobie miało prawo czynić ‘cuda’.

Chociaż pozostaję sceptyczny wobec ‘medycyny objawionej’, potrawami jakie można stworzyć korzystając z hildegardowej inspiracji, jestem szczerze zachwycony. Czy będą działać zgodnie z oczekiwaniem? Trudno powiedzieć, przecież kuracje naturalne wymagają sporo czasu. Jeśli zaś zapragniemy po prostu spróbować czegoś innego niż dotychczasowa dieta, o recepturach benedyktyńskiej mniszki lub inspirowanych głoszonymi przez nią zasadami, można powiedzieć jedno – na pewno nie zaszkodzą, więc można spróbować!

Trzeba tylko pamiętać o umiarkowaniu w jedzeniu i piciu, które św. Hildegarda – jako dobra chrześcijanka, a tym bardziej mniszka – zalecała.

Zupa-krem… z gruszki i pietruszki, pomysł i przygotowanie Ola Trębicka, fot. Paweł Wroński

Na początek zupa-krem o ciekawym smaku, ponieważ powstała z przecieru z gruszek i pietruszki przed podaniem została ozdobiona prażonymi płatkami migdałów oraz podlana odrobiną oliwy. Smak ciekawy! Warto przy tym pamiętać, że z tak powszechnie używanej przez nas włoszczyzny św. Hildegarda wykluczyłaby pora, którego zaliczała do ‘trucizn’.

Kuleczki mięsne z ryżem, pomysł i przygotowanie Edyta Trębicka, fot. Paweł Wroński

Mielone mięso indycze zostało pomieszane i wypanierowane płatkami jaglanymi. Ryż jaśminowy kurkumą polany został sosem z warzyw, na których gotowany był bulion, czyli na włoszczyźnie z opieczoną na ogniu cebulą zamiast pora, z niełuskanym czosnkiem i grubymi łodygami naci pietruszkowej. Ostatecznie wszystko zostało zblendowane z liśćmi naci. Frytki były upieczone, ale nie z ziemniaków tylko ze skorzonery (zwanej inaczej wężymordem lub salsefią).

Na deser jabłka pieczone z miodem, migdałami i rodzynkami cytrynowymi, przygotowanie Edyta Trębicka, fot. Paweł Wroński

Na deser jabłka pieczone (w piekarniku) z migdałami i rodzynkami cytrynowymi polane miodem. Po wyjęciu z piekarnika można dodać żurawinę albo jakąkolwiek konfiturę – w myśl hildegardowych zaleceń, najlepiej pigwową.

A do tego wszystkiego wino pietruszkowe, według ‚hildegardowego’ przepisu –  panaceum, m.in, na problemy z zaburzeniami krwioobiegu.

Warzy się wino pietruszkowe z miodem i odrobiną octu balsamicznego, receptura zanotowana w czasie pobytu z dietą św. Hildegardy w klasztorze pallotynów na kieleckiej Karczówce, fot. Paweł Wroński

Mówiąc szczerze to po prostu grzaniec, tyle że przyprawiony pietruszką, której pęczek dołożyliśmy gdy wino w garze zawrzało. Po czym gotowaliśmy dalej, na wolnym ogniu przez 5 minut. Potem po dodaniu kilku łyżeczek miodu gotowaliśmy kolejne 5 minut. Ostatnim dodatkiem była łyżka octu winnego, już bez dalszego gotowania. Zaznaczę, że użyliśmy taniego (dostępnego w Lidlu za 14,99 zł), sycylijskiego BIO-wina z popularnego na wyspie (za wyjątkiem stoków Etny), czerwonego szczepu nero d’Avola rocznik 2015.

Kto zaś w winie pietruszkowym nie zagustuje, może z powodzeniem gasić pragnienie ziołowymi naparami. Na hildegardowej liście, w czołówce utrzymują się koper włoski i macierzanka (tymianek). Niezłe są także mieszanki, zawierające w/w rośliny. Miłośnicy kawy mogą skosztować naparu orkiszowego – smacznego!

* * * * * * *

Dowodem na to, iż moda na hildegardowe praktyki zatacza coraz szersze kręgi jest pieczywo o składzie inspirowanym zasadami preferowanego przez nią sposobu odżywiania. W mojej okolicy działa Spółdzielnia Piekarniczo-Ciastkarska (SPC), która jeden ze swoich rodzajów pieczywa dedykuje sredniowiecznej uzdrowicielce, nazywając go Chlebem orkiszowym św. Hildegardy z Bingen.

Chleb orkiszowy (pszenno-żytni) św. Hildegardy z Bingen produkcji warszawskiej SPC, fot. Paweł Wroński

Jest to pieczywo pszenno-żytnie z płatkami owsianymi. Całkiem smaczne – nie powiem. Natomiast co do składu, nie chcę wyrażać żadnej opinii, ponieważ wydaje mi się to przede wszystkim kwestią nieco magiczną – czy wierzymy w ‘czarcią moc’ glutenu, czy też nie 🙂 (skład na zdjęciu obok).

 


Ciekawe potrawy zgodne z hildegardowymi zasadami, poleca na swoich stronach Polskie Towarzystwo Przyjaciół św. Hildegardy. Strona jest tym ciekawsza, że przy listach produktów polecanych przez nią bądź eliminowanych, otwierają się okna z tłumaczeniem fragmentów jej oryginalnych dzieł: www.hildegarda.edu.pl


 

 

If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Wina znad Renu i Mozeli

Uczestniczyłem niedawno w oryginalnej, bo adresowanej do amatorów degustacji Rieslingów i Burgunderów znad Renu oraz Mozeli, którą zorganizował nad Wisłą w Warszawie Niemiecki Instytut Wina (NIW).

Anna Gmurczyk reprezentująca NIW oraz Monika Wojtysiak – importerka szlachetnych trunków z Nimiec, a zarazem właścicielka warszawskiej restauracji „Jung & Lecker” przedstawiły 9 win. Jak to zazwyczaj w Niemczech bywa – przeważnie jednoodmianowych, przede wszystkim Rieslingów i Burgunderów.

Postawienie na Rieslingi nie było zaskoczeniem, bo dla niemieckojęzycznej Europy riesling to szczep wręcz podstawowy jeśli chodzi o produkcję win białych, a poza tym, to właśnie na nim opiera się dziś wizerunek winiarzy niemieckich, a w dużej mierze także austriackich, których winnice rozciągają się nad Renem, Mozelą i Dunajem.

Również rodzina tak dziś modnego czerwonego szczepu pinot noir, którego niemiecka nazwa brzmi spätburgunder, jest dla wspomnianej strefy geograficznej typowa. Podobnie bowiem popularne są tam białe mutacje tego prastarego szczepu – weissburgunder i grauburgunder.

Nie mniej znaną nad Renem i Mozelą odmianą winorośli jest portugieser. To z niego najczęściej przygotowuje się dobrze znany i nam Glühwein, czyli grzaniec. Na marginesie warto zaznaczyć, że wbrew kuszącemu skojarzeniu z nazwą, szczep ten nie wywodzi się z Portugalii.

Wśród zaprezentowanych win ewenementem był kupaż rieslinga z gewürztraminerem z Palatynatu, powstały w winiarni rodziny Braun. Na butelkach tego producenta widnieje jedynie lakoniczny napis Braun. Wspomniane wino ma też skromną białą etykietę i ponętną cenę, ponieważ jest przeznaczone do codziennej konsumpcji. Mimo to, jest całkiem wyrafinowanym kupażem, szczególnie udanym w roczniku 2016. Motto winiarni brzmi: Wein ist unsere Leidenschaft (Wino to nasza pasja).

Warto przy tym pamiętać, że użyte w nazwie opisanego trunku Riesling & Gewürztraminer Feinherb ostatnie słówko, oznacza wina wytrawne o naturalnym, delikatnie słodkim posmaku. Obecność tego terminu jest zawsze sygnałem, że mamy do czynienia z bardzo przyjemnym dodatkiem do potraw.

Warto także wiedzieć, że dodane do nazwy pojęcie Hochgewächs oznacza, iż winorośl pochodzi z krzewów długouprawianych, zaś twórca trunku chce nim podkreślić wartość i walory swojego produktu. Podobnie litera S jest skrótem od słowa Selektion, sygnalizującego, że do wyrobu tego właśnie wina użyto jedynie gron wybieranych pieczołowicie z kiści. Jak się łatwo domyśleć, winobranie odbywa się w takich przypadkach ręcznie, a co za tym idzie wyższa cena trunku nie powinna budzić zdziwienia.


Niemiecki Instytut Wina: www.winaniemieckie.pl
Degustacja odbyła się w Sun Eska Barze na Bulwarach Wiślanych (pawilon nr 3).


Wina degustowane w Sun Eska Barze (rocznik, nazwa; winiarnia):

Rieslingi i Burgundery znad Renu i Mozeli w Warszawie, nad Wisłą, fot. Paweł Wroński

If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Warszawa vs Berlin – drugie podobieństwo

Ogromnym zróżnicowaniem oferty kulinarnej, stolice Polski i Niemiec dystansują współcześnie inne europejskie metropolie.

Tak stawia sprawę Christian Tänzler z VisitBerlin, instytucji odpowiedzialnej za promocję atrakcji turystycznych niemieckiej stolicy (www.visitberlin.de). W naszej był podekscytowany degustacją polskich win. Kosztował ich w modnych teraz „Kieliszkach na Hożej” (www.kieliszkinahozej.pl), przy czym Riesling z Zielonej Góry naprawdę przypadł mu do gustu. Na miejsce prezentacji Berlina bez koturnów wybrał „InFormal Kitchen” przy Traugutta (www.informalkitchen.pl). Żywo zainteresował się festiwalem „Restaurant Week”, w którym od kilku już lat partycypuje wiele ciekawych warszawskich lokali (www.restaurantweek.pl). Co zaś się tyczy Berlina – zwrócił uwagę na rosnące zainteresowanie publiczności kuchnią wegańską (www.berlin-vegan.de).

Boom gastronomiczny i wysoka jakość kuchni są dziś drugą obok wielu centrów cechą obu miast. Ze zgoła bowiem odmiennych, acz historycznych powodów, Berlin i Warszawa nie mają wyrazistego środka. To już na pierwszy rzut oka odróżnia je na przykład od Mediolanu, Wiednia czy Londynu, gdzie centra otaczają pierścienie coraz to nowszych dzielnic. Berlin korzysta z tego z powodzeniem, my się dopiero uczymy.

Berlin jest znany z mozaiki etnicznej i narodowościowej powstałej na terenie Berlina Zachodniego, a okrzepłej po zwaleniu muru, czyli w ostatnim ćwierćwieczu. Zjawisko jest znane i akceptowane, o czym świadczy fakt, że Berlińczycy nie protestowali przeciwko polityce otwartych granic Angeli Merkel. Miasto i land Berlin uwypuklają wieloetniczność jako walor, łącząc z innymi atutami poszczególnych kwartałów. Zjawisko jest wątkiem wspartego multimedialną aplikacją programu Going Local Berlin, w którym miasto podzielone jest na 12 dystryktów, wydzielonych tak jak są rzeczywiście postrzegane. Zoning kulinarny należy do kluczowych kryteriów podziału.

W Warszawie, nakręcona przez PiS spirala szowinizmu i nietolerancji przyhamowała otwieranie się i asymilację środowisk tworzonych przez przybyszów z innych krajów i kontynentów. Nie zmienia to faktu, że w Warszawie, podobnie jak w Berlinie działa mnóstwo znakomitych lokali prowadzonych przez obcokrajowców: Gruzinów, Ormian, Włochów, Greków, Turków, Libańczyków, Ukraińców, przybyszów z Bałkanów, Hindusów, Chińczyków, Wietnamczyków.

W obu miastach wysoce ceniona jest także kreatywność, której hołdują wybitni szefowie kuchni, tacy jak Michael Kempf z berlińskiej restauracji „Facil” (www.facil.de), czy Bartosz Szymczak z warszawskiego Bakery&Wine Corner „Rozbrat 20” (www.rozbrat20.com.pl).

Dla ilustracji, kilka potraw z menu ‚nr 1’ serwowanego podczas Restaurant Week w kwietniu 2017 w „Rozbrat 20”. Lokal oferuje dania kuchni europejskiej i międzynarodowej. Szef chętnie wykorzystuje w potrawach motywy dalekowschodnie. Z charakterystyki zamieszczonej na fanpage’u na FB dowiadujemy się, że restauracja reprezentuje neo bistro, kierunek w gastronomii, który robi teraz furorę w Skandynawii i Wielkiej Brytanii.

Przystawka
Makrela / ogórek / rzodkiewka / ikra

Danie główne
Kurczak / marchewka / chorizo / cipollini

Deser
Tarta Custard

Rozbrat 20 – Restaurant Week (kwiecień 2017, menu Nr 1 – tarta na deser), fot. Paweł Wroński

Hansa Park – „von Chill bis Thrill“

Rodzinny park rozrywki Hansa Park obchodzi w 2017 roku 40-lecie. To wyjątkowe miejsce, w którym wyobraźnia projektantów połączyła walory nadmorskiej lokalizacji z mitologią, historią i cudami techniki. Efektem jest ponad 125 atrakcji – urządzeń oraz widowisk i festiwali, które przenoszą dorosłych i dzieci w świat fantazji bez granic.

Motto Hansa Parku: „von Chill bis Thrill“

Bez wątpienia hitem bieżącego sezonu jest „Przysięga Kärnan” (Der Schwur des Kärnan), niepowtarzalny w skali światowej rollercoaster, który osiągnął właśnie pełną moc. Jest drugą pod względem wysokości przygodową kolejką w Europie. Ale tylko tutaj, kto się zdecyduje na przejażdżkę, będzie spadać z najwyższego miejsca (79 m) z zawrotną prędkością 11 m/s. Trasa przejazdu liczy 1235 m długości, a osiąga się na niej prędkość 127 km/h. Wprawdzie już w ubiegłym roku można było przeżyć namiastkę tej przygody, ale był to okres rozruchu, więc spadało się dwukrotnie wolniej. W tym roku widać też dopiero jak ukończona już baśniowa wieża jest potężna. To w rzeczywistości cała twierdza, na której budowę zużyto 1,5 mln cegieł, i którą udekorowano wykonanymi z żeliwa i drewna elementami.


Film został zamieszczony na Youtube przez COASTERCREWGermany

36 przejażdżek
Fabuła przygód związanych z „Przysięgą Kärnan”, odwołuje się do dziejów zrujnowanej twierdzy ze szwedzkiego wybrzeża, wznoszącej się w Helsinborgu. Wraz z siostrzaną fortyfikacją w duńskim Kronborgu, wieże strzegły przez stulecia drogi morskiej wiodącej z Morza Północnego na Bałtyk przez cieśniny Kattegat i Øresund. Do tego wątku odwołuje się także inna uruchomiona w tym roku w Hansa Parku atrakcja – „Kärnapulten”, wystawiona obok „Przysięgi Kärnan”. Na tym interaktywnym urządzeniu można wyzwolić adrenalinę i wyobraźnię, realizując wojenne scenariusze własnego pomysłu, włącznie z rozpoznawczymi lotami. Atrakcja dostępna jest dla dzieci w różnym wieku, bo chociaż przygodę można zaczynać na wysokości 22 m, równie dobrze można się bawić zaledwie 1,25 m nad ziemią. Hansa Park oferuje łącznie 36 zróżnicowanych rollercoasterów, z których najmłodszym dedykowany jest „Mały Car”. Ze względu na dostosowanie urządzeń do potrzeb dzieci w różnym wieku i wyjątkową dbałość o bezpieczeństwo, Hansa Park otrzymał już wielokrotnie międzynarodowy tytuł „OK for Childen“ (Ok für Kids).

Baśniowe światy i kino 4D
Na terenie parku rozlokowano kilkanaście  światów, inspirowanych historią i legendami. Tak jak na „Ziemi Wikingów”, która jest chyba. najlepszym przykładem w czasach, w których śledzimy z zapartym tchem przygody Ragnara Lodbroka. W tym sektorze, Einar i jego siostra Elin wchodzą do szopy starego bajarza w wikińskiej osadzie Hedeby. Ich ciekawość pobudzają opowieści starca o morskich przygodach, potyczkach w Wężem Midgardu, podróżach na mroźną Grenlandię. Gdy zbliżają się nieznajomi, dzieci kryją się w jednej ze skrzyń na pokładzie należącej do bajarza łodzi-smoka. Wtedy zaczyna się przygoda, bo magiczny statek rusza. Spragnionych cieplejszego klimatu skusi z pewnością rejs pontonami po rzece Rio Dorado – do krainy złota, w słonecznej „Hiszpanii”. Tam też nie zabraknie emocji, bo na półkilometrowej trasie, łodzie wirują w zawrotnym tempie i huśtają na dzikich, nieokiełznanych falach.
W Hansa Parku działa też Kino 4D. W nowym sezonie na jego ekranie wyświetlane są nowe przygody znanego z poprzednich lat bohatera – kota Thundera. W filmie „Nawiedzony dwór” Thunder ratuje dom magika Lawrence’a przed zakusami chciwego siostrzeńca. Mozaiki atrakcji dopełniają bary i restauracje, związane klimatem z sektorami, w których je rozmieszczono, często nagradzane za stosunek jakości serwowanych potraw do ceny.

Kwiaty i monstra
Parkowy program atrakcji uzupełniają cykliczne festiwale, których scenariusze są każdego roku wzbogacane o nowe wątki. Sztandarową imprezą jest „Festiwal Kwiatów”, który zacznie się 1 lipca, a zakończy 15 września. Dwukrotnie Hansa Park nawiedzą nocne mary podczas festiwali „Zeit der Schattenwesen“ – w dniach 30 września – 1 października oraz 6-8 października. Sezon zakończy 16-dniowa „Czarodziejska Jesień nad Morzem”, podczas której w dniach 14-29 października cały Park rozbłyśnie światłem. W sektorach pojawią się magiczne rzeźby świetlne, w alejkach zapalą tysiące elektrycznych gwiazd, a o zmierzchu, na niebie będą rozkwitać girlandy fajerwerków. Oby tylko pogoda dopisała, bo w razie deszczu – ze względów bezpieczeństwa – gospodarze będą zmuszeni do odwołania imprezy.


Hansa Park – nowości 2017 roku (film z youtube’owskiego kanału HujaTV).


INFO
Hansa Park znajduje się w miejscowości Sierksdorf nad Zatoką Lubecką. Czynny jest od kwietnia do października; codziennie w godzinach 9:00-18:00 (rollercoastery od 10:00).
www.hansapark.de


Materiał przygotowany do magazynu Świat Podróże Kultura (www.magazynswiat.pl).
Zdjęcie otwierające pochodzi z portalu www.parkerlebnis.de i przedstawia jazdę testową.

15 miejsc na weekend (dojazd w 3-5 h)

Wiosna nastraja optymizmem, dodaje energii, sprawia, że chce się wyruszyć w podróż. W weekend, niekoniecznie długi, każde ze wskazanych niżej miejsc w Europie, samolotem lub samochodem, osiągniemy w zaledwie kilka godzin.

POLSKA

1. Do Trójmiasta po jod i muzykę
Z Łodzi czy z Warszawy dotrzemy na wybrzeże w 3–4 godz., z dalej położonych miast dogodniejsze będą połączenia lotnicze.
Do podróży nad morze – po miesiącach zimowych, kiedy to nieustannie byliśmy bombardowani zatrważającymi statystykami smogowymi – nie trzeba specjalnie zachęcać. Trójmiasto wydaje się przy tym celem idealnym. Powietrze na nadbałtyckich plażach przesycone jest drogocennym jodem, a na krańcu wysuniętego niemal pół kilometra w morze sopockiego molo jego stężenie jest dwukrotnie wyższe niż na lądzie.
Okazję, by odetchnąć pełną piersią, a zarazem podziwiać nadmorską panoramę, znajdziemy też na Wyspie Spichrzów. W znanym z zabytków i nowatorskich przedsięwzięć kwartale Gdańska kręci się już drugi sezon Amber Sky – diabelski młyn z 36 klimatyzowanymi gondolami. Podczas 15-minutowej przejażdżki kilkakrotnie osiąga się wysokość 50 m. A z góry widać więcej.
Z klasycznych atrakcji wypada wspomnieć oliwskie organy w archikatedrze, ze słynnymi figurami aniołków-muzykantów poruszających się podczas koncertu, a także gdyńskie nabrzeże portowe z otwartymi dla zwiedzających pokładami historycznych statków oraz efektownym akwarium.
W szwach pęka też majowy kalendarz trójmiejskich wydarzeń, zwłaszcza jeśli chodzi o propozycje muzyczne. 12 maja 2017 na Starym Maneżu da koncert Nigel Kennedy, a na Ergo Arenie wystąpią Hans Zimmer (26 maja) oraz, dzień później, Orkiestra Johanna Straussa, którą dyryguje André Rieu.

 

Trójmiasto ma trzy odmienne oblicza niczym prasłowiański Światowid. Wszystkie zwraca ku Bałtykowi, który jest głównym atutem metropolii.

 


2. Do bełchatowskich gigantów
Samochodem: z Warszawy – 162 km (2 godz.), z Krakowa – 213 km (3 godz.), z Wrocławia – 192 km (3 godz.), z Poznania – 280 km (3 godz.).
Pod patronatem bełchatowskiej kopalni odkrywkowej węgla brunatnego działa na wskroś nowoczesna, multimedialna wystawa Giganty Mocy (www.gigantymocy.pl). Ekspozycję poświęcono wydobyciu cennego surowca oraz technologii pozyskiwania z niego energii elektrycznej. Po uzgodnieniu telefonicznym można także zwiedzić samą kopalnię.
Dla wszystkich dostępne są platformy widokowe zainstalowane na krawędzi wyrobiska, a kto skończył 15 lat, może w towarzystwie przewodnika zjechać na dno tej największej w naszym kraju „dziury w ziemi”. Wyrobisko ma imponujące rozmiary: 280 m głębokości, 3,5 km długości oraz 2,5 km szerokości. Widać je z kosmosu, a pracujące w jego czeluściach potężne węglowe kombajny przypominają machiny z Gwiezdnych Wojen. Oglądane z bliska nie pozostawiają jednak wątpliwości, że nie są wytworami fantazji filmowych scenarzystów. Niezapomniane wrażenia – gwarantowane!
W kopalnianym pawilonie wyeksponowano także najciekawsze górnicze znaleziska. Są wśród nich wyjątkowe okazy geologiczne oraz czaszka mamuta włochatego, potężnego zwierzęcia, które zainspirowało twórców postaci Mańka z „Epoki lodowcowej”.
Program wyjazdu do Bełchatowa wzbogaci wycieczka na Górę Kamieńsk (386 m n.p.m.). Miejsce ściśle wiąże się z górniczym klimatem regionu, gdyż na ośrodek sportu i rekreacji zamieniono tu zrekultywowaną kopalnianą hałdę. Na stoku byłego wysypiska kręci się dziś wyciąg krzesełkowy. Zimą używają go narciarze, a w pozostałych porach roku – piechurzy i rowerzyści. U jego podnóża można przez cały rok szaleć na quadach.

 

Multimedialna wystawa Giganty Mocy w nowoczesny sposób wprowadza w tajniki wydobycia węgla brunatnego.

 


3. Do stadniny hucułów w Regietowie
Z centralnej i północnej Polski samolotem do Rzeszowa. Dalej autobusami przez Gorlice.
W maju, w bukowych lasach Beskidu Niskiego, zakwita czosnek niedźwiedzi, na łąkach ścielą się łany biało-różowej rzeżuchy, a nad potokami – złocistożółte kaczeńce. Pachną intensywnie, obsypane w tym czasie białymi kwiatami, krzewy tarniny i czeremchy. To idealny czas, by odwiedzić stadninę koni huculskich w Regietowie koło Gładyszowa.
Zarówno dorośli, jak i dzieci mogą tam pojeździć konno, odbyć przejażdżkę bryczką albo poddać się hipoterapii.
Koniki huculskie są dumą polskich hodowców, którzy uratowali ten gatunek przed wyginięciem. Wprawdzie wszystko zaczęło się jeszcze pod zaborem austriackim, ale prace kontynuowano konsekwentnie od okresu międzywojennego XX w. W efekcie wszystkie hucuły na świecie mają dzisiaj polski rodowód.
Stadnina w Regietowie oferuje gościom kwatery i restaurację. Jest malowniczo położona przy turystycznych trasach: na widokową Jaworzynę Konieczniańską czy na Rotundę z pomnikowym cmentarzem z I wojny światowej, który niedawno odrestaurowano.
Beskid Niski zamieszkiwali do II wojny światowej wyznawcy Kościoła wschodniego, górale ruscy zwani Łemkami. Ponieważ w latach 1941–1947 przesiedlono niemal wszystkich, a na przełomie lat 50. i 60. XX w. wrócili jedynie nieliczni, śladów ich kultury materialnej zachowało się niewiele. Gdzieniegdzie chałupy, przydrożne krzyże i figury z piaskowca. Przetrwała natomiast blisko setka drewnianych cerkwi malowniczo skomponowanych z miejscowym krajobrazem, z pięknymi polichromiami i ikonami. Podczas krótkich wypadów z Regietowa warto zwiedzić zróżnicowane pod względem architektonicznym świątynie w Skwirtnem, Kwiatoniu, Gładyszowie, Koniecznej i Zdyni.

 

Hucuły to niewielkie koniki o zadziwiającej odporności na trudy, dużej inteligencji i przyjaznym, choć zdecydowanym charakterze.

 


4. Na rzemieślnicze warsztaty w Akademii Łucznica
Samochodem: z Warszawy – 64 km (1,5 godz.), z Łodzi – 184 km (3 godz.), z Lublina – 123 km (2 godz.). Z innych miast samolotem do Warszawy, dalej pociągiem i miejscowymi autobusami.
W odrestaurowanym dworze szlacheckim w Łucznicy koło Pilawy gospodaruje stowarzyszenie promujące rzemiosło i rękodzielnictwo. Gospodarze zapraszają na warsztaty różnych dawnych prac, czyli na spotkanie, jak to ujmują, „z kulturą stosowaną – dla przyjemności”. Znakiem rozpoznawczym jest wikliniarstwo (stowarzyszenie korzysta z własnej wikliny), ale w ofercie znajdziemy także kursy batiku, ceramiki, tkactwa, tworzenia witraży, meblarstwa, ciesielstwa czy wyrobu miedzianej biżuterii. Ciekawostką jest też projekt dotyczący konstrukcji ludowych instrumentów muzycznych. Tego typu warsztaty trwają pięć dni lub dłużej, a ich cena obejmuje również zakwaterowanie i wyżywienie. Gospodarze są jednak otwarci na różne opcje. Można więc jedynie uczestniczyć w warsztatach, mieszkając gdzie indziej, albo korzystać tylko z kwater i wyżywienia, aby po prostu wypocząć w malowniczej okolicy.
Dwór otoczony jest parkiem z pomnikowym okazami kilkusetletnich drzew, a wokół zespołu dworsko-parkowego szumią lasy Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Można więc wyruszać na dłuższe nawet eskapady pieszo lub rowerem.

 

Oprócz aktywnego spędzania czasu alternatywą błogiego lenistwa są pomysłowe weekendowe kursy, na których rozwiniemy skrywane talenty i wyzwolimy wyobraźnię.

 


5. Do Kamieńca Ząbkowickiego na Wiosnę Tulipanów
Samochodem: z Wrocławia – 82 km (2 godz.), z Krakowa – 269 km (3,5 godz.), z Warszawy – 432 km (5 godz.). Z odleglejszych miast samolotem do Wrocławia i lokalnymi autobusami.
Historyczne rezydencje Dolnego Śląska łączy Europejski Szlak Zamków i Pałaców. W położonych przy nim obiektach funkcjonują dziś nie tylko muzea, ale także eleganckie hotele spa czy nowoczesne sanatoria. A w odrestaurowanych wnętrzach odbywają się różnorodne imprezy.
Do najciekawszych obiektów na szlaku należy pałac Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim. 6–7 maja 2017 odbędzie się tam trzecia już edycja festiwalu kwiatów i muzyki Wiosna Tulipanów.
Rezydencję wpływowej arystokratki przewodniki określają mianem neogotyckiej fantazji Karla Friedricha Schinkla, wziętego w II połowie XIX w. architekta pruskiego. Jemu to księżna Marianna von Preussen powierzyła projekt i budowę rezydencji. Na jej ogromny dolnośląski majątek składało się 35 wsi i 2 miasta. Z własnych funduszy budowała drogi, mosty i osiedla mieszkalne, wznosiła i utrzymywała szpitale, ochronki dla dzieci i szkoły. Zasłynęła także z działalności charytatywnej, w tym z założenia funduszu dla wdów i sierot.
Kamieniec Ząbkowicki jest dogodnym punktem wypadowym na szlaki Kotliny Kłodzkiej oraz Opolszczyzny. Wystarczą więc jednodniowe wycieczki, by zwiedzić Kopalnię Złota w pobliskim Złotym Stoku, Paczków, nazywany z racji zachowanych fortyfikacji polskim Carcassonne, czy położone nad jeziorami Nysę lub Otmuchów.

 

XIX-wieczna rezydencja księżnej  Marianny Orańskiej jest monumentalną neogotycką budowlą z czterema narożnymi wieżami – każda o wysokości niemal 34 m.

 


KRAJE OŚCIENNE

6. Na Litwę do wód w Birsztanach
Do Wilna: samolotem (z Warszawy lata Wizz Air – 1 godz. 10 min). Dalej autobusem firmy Marijampolės AP, relacji Vilnius–Marijampolė. Dystans 92 km z Wilna (Vilnius) do Birsztan (Birštonas) pokonuje w 1 godz. 55 min. Dworzec autobusowy w Wilnie: ul. Sodų 22 (rozkład i ceny: www.autobusubilietai.lt).
Birsztany są drugą obok Druskiennik litewską oazą zdrowia i wypoczynku. Leżą w malowniczym zakolu Niemna, wśród sosnowych lasów, a ich największym skarbem są obficie tryskające wody mineralne. Najmniej zmineralizowaną butelkuje się na miejscu (woda Vytautas jest jednym z najlepiej znanych w świecie litewskich produktów eksportowych).
W odrestaurowanej pieczołowicie, centralnej części założonego w XIX w. uzdrowiska wystawiono z kolei niedawno stylowe inhalatorium, z którego korzysta się bezpłatnie.
Do kluczowych obiektów należą egalitarne Eglės Sanatorija (www.birstonas.sanatorija.lt) oraz elitarne Vytautas Mineral Spa (www.vytautasmineralspa.lt). Pierwsze łączy funkcje lecznicze i rehabilitacyjne z rekreacyjnymi. Obok pacjentów skierowanych tu przez litewską służbę zdrowia jest zawsze wielu gości korzystających z zabiegów profilaktycznych i lekarskich konsultacji na zasadach komercyjnych. Duży, nowocześnie urządzony obiekt otoczony jest rozległym parkiem, w jaki gospodarze kurortu zamienili sosnowy las na wydmach. Wytyczono w nim przyjemne ścieżki spacerowe, urządzono stacje fitness i zbudowano tężnię. Równie przyjemnie spaceruje się wałami przeciwpowodziowymi nad szeroko rozlewającym się Niemnem. Vytautas Mineral Spa z kolei, jest dziś najbardziej luksusowym obiektem w kurorcie. Oferuje bogaty wybór zabiegów dla zdrowia i urody. Ma wyrafinowany wystrój stworzony przez młodych litewskich projektantów. Skrzydła: zabiegowe, wellness z basenami oraz hotelowe zbiegają się pod szklaną kopułą ze stalowym kolibrem. Wszystko na najwyższym poziomie, włącznie… z kosztami pobytu. Ze wszystkich urządzeń kurortowych obiektów można także korzystać, wynajmując kwaterę prywatną lub pokój w pensjonacie (www.visitbirstonas.lt).

 

Birsztany leżą w wielkim zakolu szeroko rozlewającego się Niemna. Bogata przyroda doliny jest drugim, oprócz obfitych zasobów wód mineralnych, atutem litewskiego kurortu.

 


7. Na dixieland do Drezna
Samochodem: z Wrocławia – 272 km (3 godz.; loty z centralnej Polski do Wrocławia obsługuje Ryanair). Z innych miast: samolotem (najtaniej Lufthansą – 3 godz. 10 min, z przesiadką); można też dolecieć jedynie do Berlina (Air Berlin), a dalej do Drezna – pociągiem.
Każdego roku w wybranym tygodniu maja (tym razem 14–21) stolica Saksonii zamienia się w „Nowy Orlean nad Łabą”. Od niemal pół wieku goszczą wtedy w Dreźnie muzycy uprawiający nowoorleańską odmianę jazzu. Festiwalowe koncerty mają luźną formę, ponieważ odbywają się w ogródkach drezdeńskich kawiarni. Imprezę kończy zwyczajowo imponujący pokaz sztucznych ogni. Odpala się je nad Łabą, na nadrzecznych błoniach Nowego Miasta. To malownicze miejsce usytuowane jest vis-à-vis Tarasów Brühla, piętrzących się na drugim brzegu, po stronie Starego Miasta.
Na drezdeńskiej starówce nie sposób się nudzić. Pełna jest restauracji i kawiarni. Można ją zwiedzać trabantami, podczas ekscytującego Trabi Safari (www.trabi-safari.de) albo wybrać się do Semperoper, która cieszy się sławą jednego z najlepszych teatrów muzycznych na świecie. Nieopodal wznosi się z kolei Szklana Fabryka Volkswagena, a osobliwością Nowego Miasta jest sklep mleczarski Molkerei Gebrüder Pfund, którego ściany wyłożono kafelkami z pobliskiej Miśni (www.pfunds.de).
Drezno jest również świetną bazą wypadową do pieszych i rowerowych wycieczek po Szwajcarii Saksońskiej (przypomina nieco Góry Stołowe). Inny charakter mają natomiast łagodnie pofalowane tereny między Dreznem a Miśnią. W miasteczku ma siedzibę najsłynniejsza manufaktura europejskiej porcelany, a na skłonach nadłabskich wzgórz rośnie winorośl. Znajdzie się tam niejedna okazja do degustacji miejscowych trunków.
W okolicy znajdziemy też mnóstwo zamków i pałaców, jak twierdza Königstein, w której chroniła się rodzina Wettinów, barokowy Moritzburg na jeziorze czy mroczny, średniowieczny zamek Stolpen, w którym 39 lat mieszkała odsunięta od łask metresa Augusta II Mocnego, hrabina Cosel.

 

Zabytki drezdeńskiej starówki pieczołowicie odrestaurowano, korzystając – tak jak w Warszawie – z wedut Canaletta.

 


8. Do Czech na praski Festiwal Piwa
Samochodem: z Wrocławia – 331 km (4,5 godz.). Z innych stron kraju samolotem (Czech Airlines, Ryanair).
Błonia Malej Strany, najsłynniejszego obok Hradczan kwartału stolicy Czech, zajmą 11–27 maja 2017 stoiska 150 małych i średnich browarów. Do tradycji praskiego festiwalu (www.ceskypivnifestival.cz) należy warzenie specjalnego piwa. Dokonuje tego sládek, czyli mistrz piwowarski z browaru w Kruszowicach. Takiego piwa nigdzie indziej spróbować się nie da! W głównym namiocie serwowane będą dania kuchni czeskiej oraz – dla porównania – amerykańskiej i azjatyckiej, aby każdy mógł sprawdzić, jak się komponują z chmielowymi trunkami.
Zwiedzanie Pragi szlakiem piwa zaprowadzi smakoszy do dziesiątek minibrowarów, do znanych i nieznanych zakątków każdej z dzielnic miasta. Jeszcze kilkanaście lat temu Czesi, słynący z największej na świecie konsumpcji piwa, narzekali, że browarnictwo schodzi na psy. Winą obciążali międzynarodowe koncerny, które zmonopolizowały rynek. Sytuację uratował nowy trend zza oceanu. Na początku stulecia w Czechach zaczęły wyrastać małe wytwórnie. Teraz w Pradze mieści się niemal połowa z działających w kraju, w tym słynny minibrowar U Fleků (www.ufleku.cz). Niektóre hołdują tradycji, serwując piwa klasyczne z pasującymi do nich zakąskami czeskiej kuchni. Inne prześcigają się w tworzeniu eksperymentalnych receptur i w wykorzystaniu piwa w potrawach. Nic więc dziwnego, że można dziś skosztować także piwnych ciast i tortów, a nawet wypić piwnego szampana.

 

Podczas Czeskiego Festiwalu Piwa w namiotach rozstawionych na Malej Stranie można skosztować trunku ze 150 browarów.

 


9. Do Austrii nad Jezioro Nezyderskie
Samochodem: z Katowic – 447 km (4,5 godz.), z innych miast samolotem do Wiednia, dalej autobusami. Na miejscu: rowerem, a kwaterując w gospodarstwach ze stadninami… konno!
Jezioro Nezyderskie jest jedynym w Europie akwenem o charakterze stepowym – płytkim, z porośniętym szuwarami brzegiem, które upodobały sobie różnorodne gatunki ptactwa. Jest ich tak dużo, że wiosną przy szosach pojawiają się specjalne znaki nakazujące wzmożoną czujność.

 

Na zachodnim brzegu Jeziora Nezyderskiego leży Rust, które wyjątkowo upodobały sobie bociany. Na każdym z domów w miasteczku jest przynajmniej jedno gniazdo.

 

Wokół jeziora rozciągają się winnice. Urodzajne gleby, dużo słońca i wilgotny klimat sprzyjają uprawom winorośli tak dalece, że okolice te zasłynęły poza granicami Austrii z czerwonych wytrawnych trunków oraz win lodowych wyrabianych z winogron zbieranych dopiero po przymrozkach. Spośród wielu prominentnych winiarzy, którzy działają nad jeziorem, wypada przynajmniej wspomnieć należącego do światowej czołówki Umathuma z Frauenkirchen (www.umathum.at).
Oprócz winorośli w okolicy uprawia się z powodzeniem warzywa i owoce. O jednym z miejscowych rolników Erichu Stekovicsu nie mówi się inaczej niż Pomidorowy Cesarz. Ma on nasiona ponad 3200 odmian pomidorów. Uprawia jednak nie więcej niż 1000 z nich, przygotowując potem przepyszne przetwory (www.stekovics.at).

 

Głębokość Jeziora Nezyderskiego nie przekracza 2 m i nie szaleją na nim szkwały. Żeglowanie po nim, w połączeniu z podglądaniem ptaków, jest jednak niezwykle przyjemne.

 


10. Do okrągłych wiosek nad Łabą
Samochodem z zachodniej Polski do Hitzacker (centralnego miasteczka subregionu): ze Szczecina – 355 km (4 godz.), z Poznania – 498 km (5,5 godz.). Z innych miast samolotem do Hamburga (najtaniej Eurowings), dalej autobusami.
W średniowieczu słowiańsko-germańskie pogranicze ukształtowało się nad Łabą. Przez ok. 150 lat, od połowy XII w., powstawały w tym rejonie osady z okrągłym placem otoczonym domami o szachulcowej konstrukcji i działkami ziemi podzielonymi jak tort. Z ponad 1000 okrągłych wsi przetrwało 90. W okresie od Wniebowstąpienia do Zielonych Świątek, a więc w terminie zależnym od tego, kiedy wypadają święta wielkanocne, odbywa się w ich scenerii alternatywny festiwal Kulturelle Landpartie (w tym roku od 25 maja do 5 czerwca; www.kulturelle-landpartie.de). Na program składają się happeningi, koncerty i oryginalne warsztaty z udziałem ponad setki artystów. Imprezy są bezpłatne, a wyjątkiem jest chyba tylko koncert wirtuoza harfy i jego uczniów – aby wziąć w nim udział, trzeba przynieść szczapki drewna na opał, o które prosi maestro. Mieszka bowiem w zabytkowym szachulcowym domu i nie chce rezygnować z archaicznych pieców na rzecz nowoczesnej instalacji.
Wybierając się w ten region, zwany Wendlandem, warto pamiętać, że pensjonaty i hotele działają też w okrągłych wioskach. Godne uwagi są: stylowy Kartoffelhotel w Lübeln (www.kartoffelhotel.de) oraz oryginalne spa z lat 90. XX w. wystylizowane na okrągłą wioskę – Rundlingsdorf Sagasfeld w Göhrde-Metzingen (www.sagasfeld.de).

 

W okrągłych wioskach nad Łabą duch germańskiego porządku ulega urokowi słowiańskiej sielskości. W tej niecodziennej atmosferze przyjemnie się wypoczywa.

 


I DALEJ

11. Do Włoch na kwiatową Sycylię
Samolotem Wizz Air do Katanii (z polskich lotnisk ok. 3 godz.). Na miejscu można tanio wynająć samochód, np. przez http://www.rentalcars.com (w wyszukiwarce trzeba wpisać „Catania”, a potem określić czas wynajmu).
Na Sycylię można jeździć przez cały rok. Najlepiej jednak odwiedzić ją w maju, ewentualnie w czerwcu, wrześniu lub październiku. Jest wtedy słonecznie, a względnie stabilne temperatury wahają się między 20 a 30°C.
W krajobrazie wyróżnia się Etna (3345 m n.p.m.), najwyższy i najaktywniejszy z europejskich wulkanów. Popioły z powtarzających się wciąż erupcji użyźniają glebę, zamieniając stoki wulkanu w rozległy ogród. Rodzą się tu obficie warzywa i owoce, w tym odmiany winorośli, odmienne od uprawianych w pozostałych rejonach wyspy.
Majowy festiwal w niezbyt odległym od Katanii Noto jest swoistym hołdem składanym sycylijskiej przyrodzie. W piątek, zawsze przed trzecim majowym weekendem, miejscowi i zagraniczni artyści układają na głównej ulicy miasteczka dywan z kwiatów. Są na nim sceny obyczajowe, mitologiczne i heraldyczne.
Nietrwałe dzieło można podziwiać tylko przez dwa dni. W poniedziałek bowiem, zanim jeszcze kwiaty zwiędną, przebiegają po nim dzieci. To tradycja symbolizująca odwieczny cykl przyrody, powtarzające się wciąż odradzanie świata. Impreza nosi nazwę Primavera Barocca Infiorata, bo wpisane na listę UNESCO Noto słynie z barokowych pałaców, kamienic i świątyń. W 2017 r. kwiatowy dywan będzie można podziwiać 19–21 maja.

 

Górzyste ukształtowanie Sycylii sprawia, że miejsca nawet niezbyt od siebie odległe mogą znacząco różnić się klimatem, zwłaszcza temperaturą. Warto o tym pamiętać, planując wycieczki.

 


12. Na Węgry po męskiego potomka
Nawet z Krakowa do Somlóvásárhely najszybszą trasą jest 600 km, więc lepiej polecieć do Budapesztu samolotem. Stamtąd zaś autobusem lub wynajętym autem pokonać jeszcze ok. 160 km (2,5 godz.).
Świadectwem odległej przeszłości są na Węgrzech wulkany, wygasłe w prawiekach, mocno więc już zerodowane. Ich wyraźną grupę wypatrzymy bez trudu na północno-zachodnich brzegach Balatonu. W odosobnieniu wznosi się jeszcze dalej na północ wzgórze Somló. Niezwykłe miejsce – jeden z najmniejszych, ale także najciekawszych regionów winiarskich Węgier. Sławę zyskało dzięki samoukowi Béli Feketemu. Krytycy nie szczędzili mu uznania, pisząc o nim „Grand Old Man of Somló”. Niestety, winiarz wycofał się, dobiegając dziewięćdziesiątki,i przed dwoma laty sprzedał swoją niewielką winnicę.
Ciekawych win znajdziemy jednak w tym regioniezdecydowanie więcej. W jednej z dwóch winiarni przyjdzie spędzić więcej czasu, już choćby dlatego, że tylko one dysponują hotelami: Kreinbacher Birtok (www.kreinbacher.hu) oraz Tornai Pincészet (www.tornaipince.hu). Specjalnością pierwszej jest wino musujące – węgierski szampan (pezsgő), stanowiący 50 proc. produkcji winiarni. Czas upływa tam niepostrzeżenie, przy winie, rzecz jasna, i smacznych posiłkach. Winiarnia rodziny Tornai ma bardziej rustykalny klimat, ale wina także interesujące i równie niezłą kuchnię. Ponadto gospodarze urządzają koncerty muzyki jazzowej.
Odwiedzając Somló, warto pamiętać, że sztandarową winoroślą jest tu juhfark. Białe wina z niego wyrabiane wychwalano już przed 200 laty, sugerując, że należy je pić przed… aktem miłosnym. Dlaczego? Aby zapewnić sobie męskiego potomka.

Nad hotelem z winnicami Kreinbachera góruje zerodowany wulkaniczny stożek Somló.


13. Nad jezioro Bled po szczęście
Samolotem do Lublany – względnie rozsądne ceny przelotów oferują zarówno LOT (1 godz. 55 min), jak i słoweńska Adria (1 godz. 30 min). Z centrum Lublany do Bledu jest 74 km, w tym 55 km autostradą; wygodnie jest wynająć samochód; są też połączenia autobusowe.
Słowenia należy do „kieszonkowych” krajów europejskich. Z podstołecznego lotniska można więc równie dobrze udać się zarówno do centrum Lublany, jak i do malowniczego Bledu. Miasteczko należy do słoweńskich must to see. Słynie z otoczonego górami jeziora z wyspą. Ponoć w przedchrześcijańskich czasach stała na niej gontyna bogini miłości Živy. Gdy lud przyjął chrzest, w tym miejscu zbudowano kościół, jednak w ludowych wierzeniach kult Matki Boskiej splatał się jeszcze długo z kultem zakazanego bóstwa.
Motyw jeziora z kościołem na wyspie, namalowany akwarelkami, jest popularną pamiątką ze Słowenii. Najważniejsze jest jednak to, że zgodnie z romantycznym przekonaniem spełnią się marzenia temu, kto uderzy w XVI-wieczny dzwon na wieży kościoła. Dlatego nazywa się go dzwonem życzeń, a na poszukiwaczy szczęścia czekają na brzegu jeziora płaskodenne łodzie zwane pletna. Jak to bywa, i w tej legendzie drzemie ziarno prawdy. Wizyta w Bledzie może się przysłużyć szczęściu, bo wyjątkowy klimat czyni z miasteczka uzdrowisko. Co więcej, bijące z dna jeziora wody termalne pozwalają się w nim kąpać dłużej niż w jakimkolwiek innym alpejskim akwenie.
Na skałach 130 m powyżej tafli jeziora wznosi się zamek z XII w. Ponoć to najstarsza w Słowenii twierdza. Po drugiej natomiast stronie rzuca się w oczy elegancki budynek z 1947 r. Przylgnęła do niego nazwa willi Tito, gdyż jugosłowiański przywódca uwielbiał tam spędzać czas. Teraz to elegancki, 4-gwiazdkowy hotel-butik Vila Bled.

 

Po tafli jeziora Bled niesie się głos Dzwonu Życzeń. Żeby się spełniły, trzeba samemu poruszyć jego serce.

 


14. Do czarownic w góry Harzu
Z zachodniej Polski do Goslar samochodem, np. z Poznania – 475 km (5 godz.), z Wrocławia – 519 km (5,5 godz.), ze Szczecina – 393 km (4,5 godz.). Z innych miejsc samolotem do Berlina (tanie loty oferuje Air Berlin), dalej pociągami i/lub autobusami.
Maj to chyba najlepszy czas na wypad w góry Harzu. Piętrzą się, sięgając 1142 m wysokości, pośrodku niemieckiego niżu. Przez 300 dni w roku najwyższy szczyt, Brocken, zasłaniają chmury. Dodają masywowi tajemniczości, stąd przed wiekami utarło się przekonanie, że za ich zasłoną spotykają się czarownice. Ludowy motyw sabatu podchwycili artyści m.in. Goethe i Bułhakow. Góry Harzu objęte są granicami parku narodowego, którego logo stała się sylwetka czarownicy na miotle.
Kłębiące się na szczycie chmury tworzą często specyficzny ekran, na którym, o ile tylko słońce jest nisko, można dostrzec cień własnej postaci z głową okoloną tęczowym nimbem. Zjawisko to, nazwane później widmem Brockenu, opisał w 1780 r. niemiecki teolog Johann Esaias Silberschlag. Mimo wyjaśnień długo jeszcze budziło zabobonny lęk, dowodząc niezbicie, że Harzem władają złe moce.
Dziś na szczyt można wjechać 100-letnią kolejką ciągniętą przez zabytkowy parowóz. A także… przelecieć się na miotle, dzięki symulatorowi w stacyjnym pawilonie. Kolejka kursuje z Wernigerode, miasteczka, którego ozdobą jest okazały szachulcowy ratusz i 700 innych podobnie skonstruowanych domów. A nie jest to rekordowa liczba, bo podobnych w nieodległym Quedlinburgu jest aż 1300.
Harz otacza zresztą wianuszek interesujących miasteczek ze starą zabudową. Do najciekawszych należy Goslar. Na elewacjach tamtejszych domów rzadko jednak widać motyw kratki, budynki obłożone są bowiem skalnymi łupkami, odpadami z kopalni na pobliskim Rammelsbergu. Przez 1000 lat wydobywano tam rudy cynku, a czerpane ze sprzedaży bogactwo zasilało skarb niemieckiej rzeszy, tworząc podstawy władzy królów i cesarzy.

 

Z Wernigerode na wierzchołek Brockenu w górach Harzu kursuje 100-letnia kolejka.

 


15. Na Istrię po trufle i spokój
Najlepiej samochodem, ale półwysep dzieli od Polski 1000 km. Pozostaje samolot do Zagrzebia (Ryanair) i wynajęcie samochodu. Z Zagrzebia do Motovunu jest 229 km (na pokonanie trasy potrzeba ok. 3 godz.; korzystając z komunikacji publicznej, trzeba w Rijece przesiąść się do autobusu).
Na Istrii splatają się dzieje Chorwacji i Włoch, dosłownie i w przenośni. Jak żartobliwie rzecz ujmują współcześni: „przedwojenna większość stała się mniejszością”. Chociaż wielu Włochów mieszka wciąż na terenie Chorwacji, wpływy Italii odczuwa się tu najmocniej, zwłaszcza w kulturze stołu.
Najsłynniejszym nadmorskim kurortem jest Opatija. To proste tłumaczenie włoskiej nazwy Abbazia nawiązującej do założenia w średniowieczu opactwa przez mnichów benedyktyńskich. Opatija zachowała klimat z czasów, gdy była perłą habsburskich uzdrowisk i gdy gościli w niej również przedstawiciele polskiej socjety: potomkowie zamożnych rodzin oraz artyści, choćby Henryk Sienkiewicz. Ale każda z nadmorskich miejscowość Istrii godna jest odwiedzenia (Rovinj z malowniczym portem, Poreč z bazyliką z cennymi mozaikami, Pula z koloseum niewiele mniejszym od rzymskiego). Wszystkie jednak cieszą się tak dużą popularnością, że tłoczno w nich właściwie przez cały rok.
Sprzyjający wypoczynkowi spokój można znaleźć w interiorze, w miasteczku Motovun. Usadowione na szczycie wyniosłego pagórka, otoczone winnicami i oliwnymi gajami, znajduje się w rejonie, z którego pochodzą zbierane na półwyspie trufle. Do Motovunu nie mają prawa wjeżdżać samochody i jest tu tylko jeden hotel – usytuowany na szczycie wzgórza – Kastel. Ma ładnie zaaranżowane pokoje, niezłą restaurację i jest na tyle mały, że nie zmieszczą się w nim pasażerowie wycieczkowego autokaru. Stąd wszędzie blisko – do wspomnianych miasteczek i do lokalnych atrakcji, takich jak gospodarstwo rodziny Ipša (drobnego, ale wysoko cenionego producenta oliwy), do restauracji Zigante, specjalizującej się w potrawach z trufli, czy na lawendowe farmy, z których także półwysep słynie. Na weekend, nawet długi, Istria atrakcji ma aż nadto!

 

W nadmorskich kurortach Istrii znajdziemy potężne hotele i liczne mariny. W głębi półwyspu jest kameralnie i zielono. Powstają tam wino i oliwa, zbiera się trufle i uprawia lawendę.

 


Materiał publikowany na łamach „My Company Polska” w numerze kwietniowym (04) 2017 (tutaj –> PDF); www.mycompanypolska.pl