Od biegówek po skitoury

Od biegówek po skitoury, czyli 7 propozycji na aktywny zimowy urlop.

W puchu, fot. Paweł Wroński

1. Pobiegaj na nartach
Polska, Sudety – Polana Jakuszycka
 (www.nabiegowkach.pl)

Dopiero od niespełna 200 lat spuszczamy się karkołomnie na nartach z góry. Dawniej, przypiętych do nóg desek używało się do pokonywania głębokich śniegów wśród pagórków i na nizinach.

Tej tradycji hołdują miłośnicy narciarstwa biegowego, zwanego też – ze względów historycznych – norweskim. Ten rodzaj białego szaleństwa, rzecz jasna na potrzeby amatorskie, jest bez porównania łatwiej opanować niż narciarstwo alpejskie, a tym bardziej jego ekstremalną wersję – skialpinizm. Sprzęt jest też znacznie tańszy, no i nie trzeba wyjeżdżać w góry by się w nim rozsmakować. Korzyści są także związane ze zdrowiem. Po pierwsze dlatego, że poruszanie się na nartach biegowych czy ich turystycznej alternatywie – śladowych, angażuje wszystkie stawy i mięśnie. W efekcie bieganie na nartach znakomicie poprawia koordynację ruchów. Zresztą nie ma innego wyjścia, bo tylko przy odpowiedniej (współ)pracy rąk i nóg odczujemy maksimum przyjemności. Bieg na nartach to także prawdziwa dieta-cud, bo spalamy kilokalorie w takich ilościach, jak w żadnym innym sporcie. Konsekwencją uprawiania tej dyscypliny jest więc poprawa wydolności i odporności organizmu.
Mekką narciarstwa biegowego w Polsce są Sudety, konkretnie podnóża Gór Izerskich. Tam, na tzw. Polanie Jakuszyckiej każdego roku na początku marca odbywa się największa otwarta dla amatorów impreza – Bieg Piastów (www.bieg-piastow.pl). Zapisy na edycję 2019 roku już trwają (od 1 września 2018), a uzyskane wyniki liczą się każdemu startującemu w międzynarodowym rankingu Worldloppet (www.worldloppet.com).
Dolnośląskie Centrum Sportu na Polanie Jakuszyckiej: www.karkonosze.pl


2. Wykąp się w piwie
Czechy, Morawy – Rožnov pod Radhoštěm (www.visitroznov.cz)

W prywatnych rękach, miejscowy browar o 300-letniej tradycji zamienił się w wyrafinowane piwne SPA – Rožnovské pivní lázně.

Dobrze zorganizowane – gdy rodzice zażywają kąpieli, dzieci nie będą się nudzić. Całe piętro gospodarze zamienili w bawialnię, w której pedagogiczny personel dba o bezpieczeństwo najmłodszych, animując przy tym gry i zabawy. Integralną częścią browaru jest także restauracja, w której można bardzo smacznie zjeść, a na zakończenie wizyty, zaopatrzyć się w butelki jasnego lub ciemnego piwa, którego nie dostanie się w żadnym supermarkecie.
W ogóle, zimą w Rożnowie i okolicach można przyjemnie i ciekawie spędzać czas. Zwłaszcza w adwencie. W miejscowym skansenie (Valašské muzeum v přírodě), prezentującym regionalne budownictwo i ludowe obyczaje, urządzany jest każdego roku jarmark bożonarodzeniowy. Na adwentowych straganach rozmieszczonych w alejkach pośród zabytkowych chałup, uli i kapliczek, pod kościółkiem i koło karczmy (warto pamiętać, że serwuje smaczne regionalne dania i napoje, w tym przepyszny grzany miód), kuszą oczy nieprzebrane towary, przede wszystkim rękodzieło, wyroby artystyczne i użytkowe oraz regionalne smakołyki. Jarmarcznego programu dopełniają pochody przebierańców, zwanych w Czechach Čertami – kuzynów naszych Kolędników, czy popularnych w krajach niemieckojęzycznych Krampusów.
Ponadto, nad miasteczkiem góruje masyw niewysokiego Radhošťa (Radhoszcza; 1129 m n.p.m.), należącego do Beskidów Śląsko-Morawskich, którego stoki oplata sieć tras narciarskich ośrodka Pustevny. Nie jest ich może wiele i z racji niskiego położenia sezon zimowy do najdłuższych nie należy, ale tworzą dobrze urządzoną karuzelę i jeździ się tam bardzo przyjemnie. Atrakcji dopełniają zabytkowe drewniane budowle (odbudowywany po pożarze Libušín i Maměnka), wzniesione w latach 1897-1899 według projektu Dušana Jurkoviča oraz – od 1931 roku, kamienny posąg słowiańskiego bóstwa Radegasta, którego gontyną były tutejsze lasy w czasach przedchrześcijańskich.
Rožnovské pivní lázně (Pivovarská 6, Rožnov p. Radhoštěm): www.roznovskepivnilazne.cz
Valašské muzeum v přírodě; www.vmp.cz
Ośrodek aktywnego wypoczynku Pustevny: www.pustevny.cz


3. Rozkoszuj się rybką łowioną w przerębli
Litwa, Połąga
(www.palangatic.lt)

Atrakcyjnym celem urlopowym na litewskim wybrzeżu Bałtyku jest Połąga – rybackie miasteczko, a zarazem całoroczny nadmorski kurort wypoczynkowy.

Każdego roku, w styczniu i lutym, miejscowi rybacy wyruszają na skute lodem przybrzeżne wody morza, kują przeręble i łowią stynki (Osmerus eperlanus). Te niewielkie rybki żyją zarówno w słodkich wodach u ujścia rzek, jak i w słonych wodach przybrzeżnej strefy Morza Bałtyckiego. W kulminacyjnym momencie sezonu na stynkę, podczas Tradycyjnego Święta Rybaków „Połądzka stynka” (Šventė Palangos stinta”), miejski deptak zamienia się w wielką restaurację pod dachem nieba. Z rozstawianych wówczas licznych straganów, serwowana jest zupa rybna, rybki grillowane, smażone, wędzone… Nad miasteczkiem unosi się specyficzny, charakterystyczny dla stynki ogórkowy zapach oraz dymy z palenisk, na których się ją przyrządza – można zapomnieć, że to środek zimy.
Pobytu na litewskim wybrzeżu dopełniają dobrodziejstwa bursztynu. Złoto Bałtyku wykorzystuje się tam bowiem powszechnie do zabiegów w SPA, do przygotowywania zdrowej wody pitnej, a także do wyrobu nalewek, nie pozbawionych właściwości leczniczych.
Z bursztynem albo jantarem, używając bliższego Litwinom określenia, można też się zaznajomić bardziej klasycznie. Wystarczy odwiedzić miejsca związane z antycznym jantarowym szlakiem, które na krótkim, bo niespełna 100-kilometrowym litewskim wybrzeżu łączy trasa Baltijo gintaro kelias (Bałtycki szlak bursztynowy).
Święto „Połądzkiej Stynki” („Palangos stinta“): (galeria foto: www.ve.lt); www.15min.lt
Szlak bursztynowy – odcinek litewski (opis atrakcji po polsku): www.lithuania.travel


4. Poznaj się z psami i wyrusz na przejażdżkę saniami
Polska, Podhale – Zakopane/Kościelisko
(www.zakopane.pl)

Tatry i Zakopane zimową porą kojarzymy dość stereotypowo z jazdą na nartach lub desce.

Owszem z Kasprowego prowadzą najdłuższe w Polsce trasy zjazdowe, w otoczeniu bodaj najbardziej spektakularnym, bo wysokogórskim. Ale nie oszukujmy się, mimo piękna gór, zakopiańska oferta narciarska nie wytrzymuje porównania z alpejskimi możliwościami, tym bardziej, że zimy nie rozpieszczają nas w ostatnich latach. Z drugiej strony Zakopane wciąż ma tę magiczną, kuszącą moc.
Cóż zatem, poza kosztowaniem specjałów oferowanych w licznych restauracjach robić w dawnej zimowej stolicy naszego kraju? Można na przykład poznać psie obyczaje i zaznajomić się z prowadzeniem zaprzęgu. Ta oferta jest o tyle ciekawa, że jeśli nawet śnieg nie dopisuje, to sanie zastępuje się wózeczkiem z kołami. Zabawa nie traci przy tym na atrakcyjności nic a nic.
Specjalistę od powożenia nazywa się maszerem. Pod jego kierunkiem, pod Tatrami można posiąść, a potem doskonalić własne umiejętności, by na koniec kursu poczuć się jak przemierzający Alaskę bohaterowie książek Jacka Londona czy Jamesa Olivera Curwooda. Wprawdzie do Alaski daleko ale Ścieżka pod reglami i rozległe łąki u wylotu dolin Tatr Zachodnich są niemniej piękne.
Kursy maszerskie na Podhalu organizują m.in.:
‘Wataha Tatry’ z Kościeliska: www.psie-zaprzegi.pl lub www.wataha-tatry.pl
‘Zajadła Wataha’ z Zakopanego: www.psiezaprzegi.com.pl
A tak na marginesie, podobną przygodę można przeżyć na Pomorzu, korzystając z oferty, opisanej w portalu: www.przystanekalaska.pl


5. Nie zwijaj żagli na zimę
Polska, Mazury
(www.bojery.pl; www.mazury.info.pl)

Mimo niepewnego śniegu i lodu, Mazury pozostają wciąż najzimniejszym polskim regionem.

Lód na jeziorach pojawia sią zazwyczaj w pierwszej połowie grudnia i utrzymuje nawet do końca kwietnia. Panują wtedy doskonałe warunki do uprawiania żeglarstwa, ale… lodowego. I to nie tylko na żaglówkach na płozach, czyli bojerach, gdyż kontynuacji letniej pasji poszukują także miłośnicy surfingu i windsurfingu. Z ich doświadczeń wyrosły takie konstrukcje jak Iceflyer (bojer z żaglem od deski) lub Iceboard (lodowa deska windsurfingowa).
Żeglarstwo lodowe, bynajmniej nie jako forma rekreacji, ma długą historię. Przecież, najprościej rzecz ujmując bojer, to ślizg, który porusza się po zamarzniętej tafli wody dzięki sile wiatru chwytanego w żagiel. O poruszającym się bojerze mówi się nawet, że „lata”. Pierwsze regaty bojerowe zostały zorganizowane pod koniec XIX wieku. Wcześniej, przez stulecia ślizgi miały znaczenie praktyczne, bo używano ich do transportu towarów zimą, gdy rzeki, jeziora i kanały były zamarznięte.
Bojerowa oferta na Mazurach rozrosła się w ostatnich latach, a znakiem rozwoju „zimowego żeglarstwa” są liczne szkółki i wypożyczalnie sprzętu, dzięki czemu każdy chętny może bez większego trudu poznać tajniki tej dyscypliny sportu. Ba, w ofercie działających na Mazurach kompanii żeglarskich są także bojerowe imprezy integracyjne dla firm.
Przykładowe mazurskie adresy internetowe z szeroką ofertą bojerową:
www.a-hoj.pl
www.xmazury.pl


6. Spójrz na zimę z lotu ptaka
Polska… z innej perspektywy

Ileż to razy zadzieramy głowy uwiedzeni widokiem wiszącej w powietrzu barwnej paralotni.

Jeśli zapragniemy zakosztować podobnych wrażeń sami, skorzystajmy z oferty pasjonatów paraglajdingu (paralotniarstwa). Możliwości jest przy tym cały wachlarz. Może to być epizodyczna przygoda, czyli lot w tandemie z instruktorem, a więc całkowicie bezpieczny i nie kłopotliwy, bo świadczący usługę zadba również o sprzęt, wybór miejsca i transport na miejsce startu oraz powrót z miejsca lądowania. Na przeciwległym biegunie jest kilkudniowy kurs paralotniarski, po którym możemy już podejmować loty samodzielne.
Ten drugi scenariusz będzie się łączyć z nieuniknionymi wydatkami na sprzęt, strój, etc. No cóż, tak już jest, że pasja jest kosztowna. Podjęte raz wyzwanie rodzi bowiem kolejne, bo doświadczenie rośnie. Wreszcie przychodzi czas na to co bodaj najbardziej ekscytujące – połączenie latania ze zjazdem na nartach!
W obu przypadkach, zarówno z nartami jak bez – popatrzymy na świat z lotu ptaka, wiatr zahuczy w rozpostartym nad głową skrzydle, zobaczymy wirujące wokół krajobrazy i odczujemy zastrzyk adrenaliny. Co więcej przygody tej możemy zakosztować równie dobrze w Polsce, jak za granicą. Czy warto? Odpowiedzcie sobie na to pytanie sami, korzystając na początek z poniższych adresów internetowych renomowanych ośrodków paralotniarskich:
W Sudetach, we Wrocławiu: www.paragliding.com.pl
W Beskidach, w Szczyrku: www.beskid-paralotnie.pl
W Wielkopolsce, w Michałkowie (na lotnisku przy Aeroklubie Ostrowskim): www.pat-paragliding.pl


7. Bądź jak Andrzej Bargiel
Polska, i nie tylko – góry

Bądź jak Andrzej Bargiel – tak, ale zacznij rozsądnie – od Skitouringu, a nie od zjazdu z K2, bo to zdecydowanie najwyższa szkoła jazdy.

Wielki sukces Zakopiańczyka z lipca 2018 roku przejdzie do historii himalaizmu. Osłodzi też zapewne uczestnikom zimowej wyprawy na K2 gorycz porażki, jakiej kolejny już raz doznała polska zimowa wyprawa, atakująca wprawdzie drugi pod względem wysokości, ale za to najtrudniejszy szczyt na świecie.
Z amatorskiej perspektywy, wyczyn Bargiela graniczy z cudem, bo nie dość że zjeżdżał z niewyobrażalnie wysoko położonego miejsca, to jeszcze w terenie o jakim nawet nie śni się nikomu spośród nas, milionów uprawiających narciarstwo… przy wyciągach. Namiastką wyzwań, przed jakimi stanął odważny Zakopiańczyk jest jednak dostępny i dla nas Skitouring – wędrówka po górach na nartach. Potrzebny jest do niej odpowiednio przystosowany sprzęt narciarski, zwłaszcza wiązanie z blokowaną na czas zjazdów piętką i foki – pasy zakładane na ślizgi, ułatwiające podchodzenie. Rzecz jasna potrzeba też pewnych umiejętności, to znaczy treningu w jeżdżeniu po śniegu nietkniętym przez ratraki, dobrej orientacji w terenie, a co najważniejsze upodobania do penetrowania nieprzetartych szlaków.
Niezbędnemu szkoleniu możemy się poddać w niezliczonych szkółkach w naszych górach i za granicą, zwłaszcza w ośrodkach alpejskich, czy w modnej w ostatnich latach Andorze. Specjalizowało się w tej dziedzinie także kaukaskie Gudauri w Gruzji, ale po wypadku z ostatniego roku, gdy krzesełkowy wyciąg zakręcił im się nie w tą stronę co trzeba, będą potrzebować trochę czasu na odzyskanie reputacji. Na naszym podwórku, polecam zainteresowanym kursy jakie od lat organizują gospodarze malowniczo położonego karkonoskiego schroniska „Samotnia” (www.samotnia.com.pl).
Obozy w Samotni z nauką skitouringu: www.szkolagorska.com

Wiatr na grani Niżnych Tatr, fot. Paweł Wroński

Tekst publikowany na łamach magazynu ”My Company Polska” (www.mycompanypolska.pl), w numerze październikowym 2018 roku

Reklamy

Miron retrospektywnie w Skarbnicy Sztuki

Bohaterem kolejnej wystawy „Skarbnicy Sztuki” jest Miron, czyli Stanisław Eugeniusz Długosz. Współzałożyciel i drugi, obok Jerzego Lassoty, prezentowany w Galerii Fundacji przedstawiciel Warszawskiej Grupy Malarzy „Niezależni ’69”. Artysta świętuje w tym roku jubileusz 50-lecia pracy twórczej.

Na zdjęciu otwierającym bohater wernisażu – Miron, młoda historyk sztuki, autorka pracy poświęconej grupie Niezależni ’69 – Agnieszka Stróżyk, oraz właściciel Galerii – Paweł Boguta.

„Miron”, czyli Stanisław Eugeniusz Długosz; w tle „Taniec” (olej, płótno z 1988 roku), fot. Paweł Wroński

Choć należał do grupy Niezależnych ’69, Miron nie wystawiał w latach 70. swoich prac na Barbakanie. Jak pisze Agnieszka Stróżyk jego droga artystyczna rozpoczęła się wprawdzie inaczej niż na przykład Jerzego Lassoty, ale „świetnie czuł się w towarzystwie zbuntowanych młodych artystów, zaprzyjaźnił się z całą grupą i szybko stał się jednym z nich”. Ta fascynacja nieskrępowaną wolnością sprawiła, że „początkowo myślał nawet o zdawaniu na Akademię Sztuk Pięknych.” Nie bez wpływu na jego postępowanie była też „dezaprobata ojca, który nie wyobrażał sobie syna, jako niebieskiego ptaka z długimi włosami i brodą,  (…) postanowił zostać artystą niezależnym i – oczywiście – zapuścił brodę.”.

Każdy z „Niezależnych” szedł własną drogą, unikając przynależności do związków czy organizacji. Każdy też inaczej postrzegał malarstwo. Zaprezentowane dzieła Mirona zachwycają kolorystyką, choć nie unikał on także odcieni szarości, ani w ogóle ujęć monochromatycznych. Wielkogabarytowe płótna imponują rozmachem. Dominują płótna olejne, ale w dorobku artysty są także prace wykonane kredką lub ołówkiem na kartonie, czy linoryty, które – choć może nie tak spektakularne – przykuwają w niemniejszym stopniu uwagę.

Wszystkie niemal prace łączy stylistyczna jednorodność. Odbiega wprawdzie od innych grupa 4 obrazów dedykowana Andy’emu Warholowi. Nie ma jednak w tym nic dziwnego, bo było to dzieło przygotowane z konkretnej okazji, a obrazy ukłonem wobec talentu i konwencji wylansowanej przez amerykańskiego artystę o słowiańskich korzeniach.

Po raz pierwszy, jak podkreślił ze zdumieniem Miron, jego prace zostały wystawione także na… podłodze.  W tak niecodzienny sposób pokazane wielkoformatowe grafiki budziły szczere zainteresowanie, pesząc jednak nieco gości, którzy – przynajmniej początkowo – starali się nie stąpać po przykrytych grubą folią obrazach.

Rertrospektywną wystawę „Miron” w Galerii Fundacji „Skarbnica Sztuki” można oglądać do 15 listopada 2018 roku (po wcześniejszym uzgodnieniu; tel. 516 034 650). Adres: Warszawa, Działdowska 8A.


Wkrótce, więcej o artyście w witrynie Fundacji: www.skarbnicasztuki.com

Nagroda WPEK 2018 dla ekipy Jordanka

Jak mawiano przed wiekami w Sparcie – wróciliśmy dziś z tarczą. Ba, …z dyplomem za I miejsce w kategorii Instytucji Animacji Kultury. Za co nam ją przyznano? Za „Strachy na Lachy” – projekt edukacyjny, którego finałem była instalacja w Muzeum Warszawskiej Pragi, wystawiona od maja do czerwca 2018 na widok publiczny.

Najpiękniejsze jest to, że takiego finału, ba – w ogóle żadnego finału – nie planowaliśmy. Świetny pomysł Małgosi Bockenheim na zajęcia plastyczne, rosnące zaangażowanie dzieci i ich fascynacja tworzonymi kukłami, tytuł wymyślony przez Edytę, zdjęcia z zajęć i filmiki kręcone na pamiątkę i jako materiały na Youtube’owski kanał Jordanka – zaprowadziły nas niespodziewanie do Muzeum Warszawskiej Pragi, gdzie – podobnie jak same Strachy, całą instalację wykonaliśmy wykorzystując… śmieci (formułując rzecz bardziej nobliwie: surowce wtórne).

Nagroda przyznana przez kapitułę Warszawskiej Nagrody Kulturalnej cieszy niezwykle naszą całą trójkę, a także naszą macierzystą placówkę, czyli OPP1 Jordanek. Tym bardziej, że w konfrontacji z wieloma fantastycznymi pomysłami, nasza skromna podróż do świata lęków dawnych Słowian i niemniej fascynującego świata lęków współczesnych, dała się zauważyć.

Gratulujemy więc wszystkim uczestnikom projektu, zwłaszcza dzieciakom, które i bez nagrody wspominają bardzo ciepło całe to przedsięwzięcie, i – mam nadzieję – zapamiętają je na długo!


Warszawski Program Edukacji Kulturalnejwww.edukacjakulturalna.pl oraz fanpage Programu na FB: www.facebook.com
OPP1 Jordanek (fanpage): www.facebook.com
Muzeum Warszawskiej Pragi: www.muzeumpragi.pl

Wolfgang znad Weissensee

Nie ma to jak żywa promocja! Strategię zapoczątkowaną uczynieniem z Franza Klammera – legendy narciarstwa alpejskiego, ambasadora karynckich atrakcji, land ze słonecznej strony Alp z powodzeniem kontynuuje. Do wypoczynku w Karyntii zachęcali już: Elmar Ebner – butler (kamerdyner) i Ron Kapteyn – strażnik z Parku Narodowego Wysokie Taury. Tym razem wyzwanie podjął Wolfgang Wernitznig – trener personalny.

Wolfgang znad Weissensee, czyli Wolfgang Wernitznig opowiada o walorach wypoczynkowych i aktywnej rekreacji nad Weissensee w Karyntii, fot. Paweł Wroński

Przed rozpoczęciem sezonu zimowego 2018/2019, Wolfgang Wernitznig, od kilkunastu lat trener personalny i aktywny triathlonista, opowiadał o tym co robić nad Weissensee (zwłaszcza zimą), najwyżej położonym w Karyntii jeziorem. Jego tafla pokryta lodem, zamienia się każdego roku w największe naturalne lodowisko w Alpach. Na 4 miesiące!

Pierwsi zaczęli korzystać z tego Holendrzy, którzy zwyczajowo ścigali się na łyżwach na zamarzniętych kanałach w rodzinnym kraju. Gdy klimat się zaczął ocieplać, wyścigi na kanałach przeszły – niestety – do historii. Dopiero gdy doroczny turniej przeniesiono na taflę karynckiego jeziora, Holendrzy mogli znowu się ścigać. Zarazili przy okazji swoją pasją łyżwiarzy z innych krajów.

Wolfgang Wernitznig z Karyntii, fot. Paweł Wroński

W zbliżającym się zimowym sezonie, ich słynne wyścigi na dystansach 100 i 200 km (sic!) oraz wymagający żelaznej kondycji triathlon odbędą się już po raz 31. pod austriackim niebem! Ponad 3 tysiące uczestników, w tym światowa czołówka łyżwiarzy szybkich, będzie się ubiegać o medale, a najlepsi (czyt. najsilniejsi / najwytrwalsi), będą bić rekord na tym niewyobrażalnie długim dystansie, który wynosi obecnie 5 godzin i 11 minut.

 

Weissensee leży na wysokości 945 m. Jego woda jest krystalicznie czysta więc nadaje się do picia, a ponadto jest tak ciepła, że od wiosny do jesieni można się w niej z powodzeniem kąpać. Zimą, zamarznięta tafla zamienia się w lodowisko o powierzchni 6,5 km², a miłośnicy nurkowania (pod lodem), mogą cieszyć się widocznością w promieniu nawet 40 m.

 


Weissensee: www.weissensee.com oraz www.natureislauf.at
Alternative Holländische 11-Städte-Tour (najbliższe zmagania: 22 stycznia – 2 lutego 2019): www.weissensee.com
Wolfgang Wernitznig: www.facebook.com oraz www.weissensee-aktiv.com
Triathlon na Weissensee: www.weissensee-triathlon.at

Na wilkoniowate w Piasecznie

No proszę, docenili moją fraszkę… w konkursie „Piaseczyńskie rzeźby Józefa Wilkonia”. A więc się nią pochwalę, rekomendując przy okazji jeszcze raz najnowszą atrakcję miasta Piaseczna, jaką stanowią odlewy mistrzowskich rzeźb artysty.

 

Na wilkoniowate w Piasecznie
Zdobią Piaseczno w metalu odlane,
zwierzęta dzikie, z drewna ciosane.
Tur, niedźwiedź, lwica z lwiątkiem,
hipopotamy. Ba, dzików kilka.
Że niby groźne?! Próżna obawa.
Dla Mistrza Wilkonia to była chwilka,
dla miasta rozgłos i wieczna sława!

 


Wyniki konkursu, rozstrzygniętego 15 września 2018 podczas Festiwalu Pięknej Książki (szukaj na fanpage’u Fundacji „Arka” im. Józefa Wilkonia na FB): www.facebook.com
Strony Fundacji Arkawww.fundacjawilkonia.pl
Strony Miasta: www.piaseczno.eu

Cis – drzewo sprężyste i trujące

Cisy są ozdobą parków i ogrodów, a ich dość rzadkie naturalne stanowiska otacza się pieczołowicie ochroną.

Mimo niezbyt imponującej sylwetki, to właśnie cis, a nie żaden z potężnych, otoczonych legendami dębów jest najstarszym drzewem w Polsce. Wiek okazu z Henrykowa na Dolnym Śląsku szacuje się na 1300 lat.

Szczególnie pięknie, te przez długi czas krzewiaste rośliny, wyglądają u progu jesieni, gdy obsypują się jagodami owoców w jaskrawo czerwonych otoczkach. Cis jest dowodem na to, że piękno bywa zgubne. Czerwona barwa jest bowiem niczym innym jak ostrzeżeniem dla zwierząt i ptaków, by jagód nie jeść, gdyż są trujące.

Cis, który jest ozdobą jordankowego ogródka w Warszawie na Gocławku, natchnął nas do stworzenia na zielonym terenie wokół placówki czegoś w rodzaju ścieżki przyrodniczej z opisem roślin, które tam się znajdują. Slajdowisko zaprezentowane wyżej otwiera ten projekt, zaś cisowa tablica będzie pierwszą jaką już wkrótce postawimy.


OPP1 Jordanek: www.opp1.waw.pl
Park im. płk. Jana Szypowskiego „Leśnika”www.parki.org.pl oraz www.twoja-praga.pl

Dzieci z Jordanka w Muzeum Pragi

W roku szkolnym 2017/2018 Jordanek zagościł dwukrotnie w prawdziwym muzeum. Po udanym debiucie wystawowym, sukcesem zakończył się także koncert chóru Mille Voci na dziedzińcu Muzeum Warszawskiej Pragi.

Koncert zakończył cykl wydarzeń wakacyjnych organizowanych przez Muzeum oraz akcję wypoczynkową Lato w Mieście 2018. Brawa dla chórzystów, tym większe, że na próby było naprawdę niewiele czasu!

Utwór wykorzystany w tym video to „Piosenka drewnianych lalek” ze słowami Cezarego Domagały i muzyką Tomasza Bajerskiego. Chór dziecięcy Mille Voci zaśpiewał ją w Muzeum Warszawskiej Pragi, 30 sierpnia 2018. Wcześniejsza sekwencja z próby w sali OPP1 Jordanek miała miejsce zaledwie 2 dni wcześniej.


Mille Vociwww.pracownia-piosenki.blogspot.com
„Piosenka drewnianych lalek” znajduje się od 1 września na kanale Mille Voci: www.youtube.com (Chór Dziecięcy Mille Voci: www.youtube.com)
OPP1 Jordanek: www.opp1.waw.pl
Muzeum Warszawskiej Pragiwww.muzeumpragi.pl

Artysta, który lubił (się) portretować

Józef Sendecki, wszechstronnie utalentowany polski artysta – śpiewak, skrzypek, reżyser operetek dożył słusznego wieku 90 lat. Oprócz muzyki, którą się zawodowo parał, jego życiową pasją było malarstwo.

W 1965 roku, z okazji 60-lecia pracy artystycznej, w foyer Teatru Wielkiego w Poznaniu odbyła się wystawa malarska Józefa Sendeckiego – wystawiono około 80 płócien jego pędzla. Wiele z nich znajduje się dziś w kolekcji Fundacji Skarbnica Sztuki, fot. (reprodukcja i kolaż): Paweł Wroński

Józef Sendecki uczył się malarstwa i rysunku u profesora Stanisława Lentza. Tak o tym pisze w swoim „Życiorysie”: „Aby i w malarstwie artystycznym dojść do perfekcji, w roku 1917 zapisałem się do Warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych (…) na Wybrzeżu Kościuszkowskim. Studiowałem w pracowni prof. Stanisława Lentza, znakomitego portrecisty (…) dowodem tego, że wystawiałem swoje prace w warszawskim Salonie w Zachęcie, w Katowicach i Poznaniu miałem swoje wystawy obrazów.”.

Jak można wnosić z malarskiego dorobku artysty, zgromadzonego przez Fundację Skarbnica Sztuki, paleta i pędzel towarzyszyły Sendeckiemu przez całe życie. Zastępowały mu na przykład aparat w czasie podróży, o czym świadczą cykle lakonicznie podpisane, takie jak np. „Wilno”, czy kilka obrazów prezentujących wnętrza krakowskich kościołów.

Pejzaż z nie datowanego cyklu „Wilno” pędzla Józefa Sendeckiego ze zbiorów Fundacji Skarbnica Sztuki, fot. Paweł Wroński

Obrazy były także dla niego swoistą kroniką towarzyską, portretował bowiem ludzi, którzy odgrywali znaczącą rolę w jego życiu, związanych z jego karierą solisty i reżysera oraz losami scen, na których występował, przede wszystkim poznańskiego Teatru Wielkiego oraz – jak to ojciec – córkę, Krystynę.

Bohatera tego obrazu ze zbiorów Fundacji Skarbnica Sztuki, pędzla Józefa Sendeckiego nie udało się jeszcze zidentyfikować, ale można sądzić, że przedstawia postać ściśle związaną ze środowiskiem muzycznym Poznania, fot. Paweł Wroński

Znaczącą rolę w malarskiej spuściźnie Józefa Sendeckiego odgrywają autoportrety. Ba, można śmiało powiedzieć, że uwielbiał się portretować. Może nie tyle nawet siebie, co siebie w teatralnych rolach. Widzimy go więc w stroju Cyganki, Gladiatora, w huzarskim mundurze, w cylindrze z elegancką laseczką (patrz zdjęcie otwierające), i w wielu, wielu innych, adekwatnie do przedstawień, w których grywał. A zebrało się tych ról wiele. Od 1904 do 1963 roku, występował w spektaklach muzycznych na scenach wielu polskich miast, najczęściej w Poznaniu i Warszawie. Szczyt zaś jego kariery przypadł na lata 1928-1939. Był wtedy solistą zespołu Teatru Wielkiego w Poznaniu, a w 1929 roku objął tam stanowisko dyrektora operetki. Do wybuchu wojny wyreżyserował i wystawił ponad 30. operetkowych przedstawień. Na przyszły rok przypada 90. rocznica rozpoczęcia tego ważnego etapu w jego życiu i karierze.

Józef Sendecki – autoportret w stroju Cyganki (obraz ze zbiorów Fundacji Skarbnica Sztuki), fot. Paweł Wroński

Kariera artystyczna Sendeckiego rozwijała się, przynajmniej do wybuchu II wojny światowej wspaniale ale, że strzeżonego Pan Bóg strzeże, zadbał u progu jej szczytowego okresu o coś ‘na ciężkie czasy’. Oczywiście stosownie do owych czasów – na wystawionym w Warszawie świadectwie przemysłowym dla przedsiębiorstwa handlowego na rok 1927 czytamy bowiem – „Rodzaj przedsiębiorstwa:  Dorożka samochodowa”.

Ilustracją jego zawodowych możliwości może być jedno z nielicznych zachowanych nagrań – z kolekcji Jerzego Płaczkiewicza, znalezione przeze mnie na youtube’owskim kanale filmowym właściciela unikalnej już płyty. Józef Sendecki, przedstawiony na krążku nagranym przez Janus-Record jako artysta opery lwowskiej, śpiewa „Mów do mnie jeszcze” (słowa: Kazimierz Przerwa-Tetmajer, muzyka: Napoleon Rutkowski).

Długie życie artysty wypełnione muzyką i malowaniem pozostanie dla nas, współczesnych pełne zagadek. Swoich obrazów raczej nie datował. Zachowało się trochę archiwaliów – programów teatralnych, wzmianek w prasie, pamiątek rodzinnych. Wśród dokumentów są cenne, ale tylko 4, zapisane własnoręcznie strony z zeszytu, zatytułowane „Życiorys Józefa Sendeckiego solisty śpiewaka w państwowej Operze im. St. Moniuszki w Poznaniu”. Nie wiemy ani kiedy, ani z jaką intencją autor zaczął go pisać. Życiorys kończy się w pierwszej dekadzie XX wieku. Najciekawsze są więc w nim informacje u kogo, i z jaką determinacją, szlifował Sendecki swój wszechstronny talent artystyczny – śpiewaka, skrzypka, malarza…

Fragment obrazu Józefa Sendeckiego o tematyce scenicznej z kolekcji Fundacji Skarbnica Sztuki – być może jest tu przedstawiona Lucyna Skałbania, primadonna Operetki Poznańskiej, a zarazem utalentowana uczennica malarza (jeśli tak, to płótno powstało najprawdopodobniej w 1959 roku), fot. Paweł Wroński

Artystyczna biografia Józefa Sendeckiegowww.encyklopediateatru.pl lub www.e-teatr.pl
O Józefie Sendeckim malarzu, pisze Krzysia Samoń w artykule (przygotowanym w oparciu o materiały Fundacji Skarbnica Sztuki), w cyklu Malarze znani i mniej znani: „Józef Sendecki (1883-1973)”; „Mówią Wieki” Nr 4 (675), 2016 rok.


Więcej o artyście i jego malarstwie już wkrótce na stronach Fundacji Skarbnica Sztuki:  www.skarbnicasztuki.com

Poniżej kilka obrazów ze wspomnianej na wstępie wystawy w foyer Teatru Wielkiego w Poznaniu, które teraz znajdują się w zbiorach Fundacji Skarbnica Sztuki.


Piaseczno Wilkoniem stoi

Spotkanie z dzikiem nie jest niczym niezwykłym na peryferiach Warszawy. Ale piaseczyńskie dziki w parku i na miejskim skwerze są inne, bo to odlewy – metalowe kopie wyciosanych w drewnie bajkowych rzeźb Józefa Wilkonia.

Są wśród nich nie tylko dziki, ale także tur, niedźwiedź, lwica z potomstwem, a na rynku – w specjalnie zaaranżowanej sadzawce – hipopotamica z dzieciątkiem. Zwierzęta Wilkonia tworzą szlak jego imienia w miasteczku, którego godłem jest od 1429 roku biały baranek (herb Junosza, m.in. zasłużonej dla rozwoju Warszawy rodziny Bielińskich). Odlewy są dziś wizytówką miasteczka, któremu nazwisko światowej sławy artysty, a zarazem mieszkańca gminy i honorowego jej obywatela (od 2015 roku), dodaje splendoru.

Hipopotamy na Skwerze Kisiela należą do najefektowniejszych punktów Ścieżki Józefa Wilkonia w Piasecznie, fot. Paweł Wroński

 

Ścieżkę Józefa Wilkonia w Piasecznie (centrum miasteczka i park) zdobią liczne zwierzęce instalacje. Urządzono także skwerek dedykowany artyście.

 

W miejscu gdzie był niegdyś parking, pomiędzy budynkiem Przystanku Kultura a Urzędem Miasta Piaseczna jest dziś Skwer dedykowany Józefowi Wilkoniowi. Miejsce wypoczynku, plenerowych szachowych pojedynków, i – w przyszłości – scena recitali i innych otwartych dla publiczności imprez kulturalnych.

Plan skweru dedykowanego Wilkoniowi. Na ażurowej ściance wiszą zdjęcia okładek ilustrowanych przez niego książek, pod drzewem przebiega dzik (odlany z metalu, podobnie jak inne wilkoniowate zwierzęta) – kopia drewnianej rzeźby artysty; źrodło: www.naszepiaseczno.pl

 

Fundacja ARKA im. Józefa Wilkonia, Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Piaseczno, Centrum Kultury w Piasecznie oraz Biuro Promocji Urzędu Miasta i Gminy Piaseczno ogłosiły Ogólnopolski Konkurs “Piaseczyńskie rzeźby Józefa Wilkonia”. Termin składania prac od 25.06 do 3.09.2018 roku (opis zadań: www.piaseczno.eu).


Zwierzyniec Józefa Wilkonia w Piaseczniewww.piaseczno.eu oraz www.facebook.com
Idea ścieżki Józefa Wilkonia w Piasecznie i jej realizacja: www.kurierpoludniowy.pl
Pierwsze wilkoniowate zwierzęta w Piasecznie (post w tym archiwum/blogu, zatytułowany „Repliki Wilkonia w Piasecznie”):  www.pawelwronski.blog
Dzieje herbowego piaseczyńskiego barankawww.piaseczno.eu

Czersk, świadek historii Mazowsza

Ceglana wieża i połączone z nią murem dwie baszty pysznią się w Czersku na skarpie górującej nad starorzeczem Wisły. Średniowieczny zamek książąt mazowieckich, a później królewska forteca jest ozdobą południowej części stołecznej aglomeracji.

Zamek w Czersku, widok z baszty więziennej na wieżę bramną, most nad fosą i kościół parafialny poza murami, fot. Paweł Wroński

Początkowo wznosił się tutaj drewniany gród – jeden z najstarszych na Mazowszu, ale na przełomie XIV i XV wieku z rozkazu księcia Janusza I wybudowano na jego miejscu nowocześniejszą, ceglaną twierdzę. Mazowiecki książę, ten sam którego postać jako sojusznika Jagiełły, przywołuje w „Krzyżakach” Henryk Sienkiewicz, rezydował w niej potem aż do śmierci, czyli do 1429 roku.

 

Książę Janusz I, zwany Starszym, był orędownikiem głębokiej reformy gospodarczej dzielnicy mazowieckiej. W ciągu swego długiego panowania 24 ośrodkom nadał prawa miejskie, w tym Czerskowi. Jego żoną była księżna Danuta Anna córka Wielkiego Księcia Litewskiego Kiejstuta. Ze względów rodzinnych oraz przez wzgląd na interes polityczny, utrzymywał bliskie stosunki z Polską i Litwą, co powodowało głęboką niechęć zakonu krzyżackiego, skutkując granicznymi prowokacjami i politycznymi knowaniami rycerzy-zakonników. Dwukrotnie uwięzili go nawet z całą rodziną, w tym na 6 lat przed walną rozprawą z zakonem pod Grunwaldem. Wstawiennictwo Jagiełły pozwoliło mu za każdym razem odzyskać wolność. Za męstwo w walce na grunwaldzkich polach, król podarował mu odebrane krzyżakom zamki w Nidzicy, Olsztynie i Ostródzie.

 

Dwa stulecia później Mazowsze weszło w granice Korony, a zamki piastowskich książąt stały się własnością królewską. Po XVI-wiecznej przebudowie dawna czerska baszta więzienna sięga 24 metrów wysokości. W tym samym czasie podwyższono drugą basztę, która także nie wyrastała początkowo ponad mury.

Ostatni akord czerskiej epopei rozbrzmiał w czasach gdy funkcję starosty objął marszałek wielki koronny Franciszek Bieliński. Zasłużony dla unowocześnienia Warszawy magnat podjął przebudowę zamku zniszczonego podczas potopu szwedzkiego w latach 1762–1766 z zamiarem umieszczenia tutaj siedziby sądów grodzkiego i ziemskiego. Wtedy także przerzucono stały most nad fosą, bo dawniej był jedynie zwodzony. Wybudowany z gotyckiej cegły z ostrymi łukami między filarami, wygląda jakby rzeczywiście powstał w wiekach średnich.

Natomiast autentycznie gotycka, choć i ona została podwyższona dopiero 200 lat po budowie, raczej ze względów reprezentacyjnych, bo jako obiekt obronny już by się i tak nie sprawdziła, wieża bramna jest najbardziej imponującą częścią zamku. Ma 22 m wysokości. Prowadzi przez nią wjazd na teren fortalicji. Niegdyś w wieży mieściły się kasztelańskie komnaty, a w przyziemiu izba wrotnego, który obsługiwał most zwodzony za pomocą wielkich kołowrotów. Po restauracji, we wnętrzach urządzono niewielkie muzeum.

Ze szczytów baszty więziennej i wieży bramnej roztaczają się rozległe widoki na zamek oraz starorzecze Wisły. Wzrok niesie ponad polami uprawnymi i sadami ku pasom łęgów wyznaczających przebieg współczesnego koryta królowej polskich rzek.

 


Zamek w Czersku: www.zamekczersk.pl

Tarce, na wschód od Jarocina

Ekskluzywny hotel z restauracją w pałacu w Tarcach otworzyli współcześni właściciele, rodzina Trzcielińskich z Poznania. Zainwestowali fortunę w rekonstrukcję zabytkowego gmachu i rewitalizację otaczającego go francuskiego założenia parkowego włącznie z zagrodą z danielami. Pałac, w którym przez długie lata mieściła się szkoła rolnicza, odzyskał dawną świetność.

Tylko patrzeć jak współcześni bywalcy pałacu zaczną łowić zwierzynę w okolicznych lasach. Tak było przecież w pierwszych dekadach XX wieku, gdy do właściciela, hrabiego Zbigniewa Ostroroga-Gorzeńskiego przyjeżdżali na polowania prominentni goście z całej Polski. Trzeba tylko pamiętać, że równocześnie hrabia położył wielkie zasługi dla  Wielkopolski i przyczynił się walnie do odzyskania przez Polskę niepodległości. Wyposażył i wyszkolił kompanie jarocińskich ochotników, którymi dowodził podczas powstania, a ponadto – zarówno przed, jak i po powstaniu wielkopolskim – wspierał hojnie polskie organizacje kulturalno-oświatowe na ziemi jarocińskiej. Zmarł bezpotomnie w 1926 roku.

 

Pałac w Tarcach pochodzi z 1871 roku. Na zlecenie właścicieli, rodziny Ostrorogów-Gorzeńskich herbu Nałęcz, neorenesansowy francuski kostium nadał mu ceniony w tamtym czasie poznański architekt, Stanisław Hebanowski (najbardziej znanym jego projektem jest gmach Teatru Polskiego w Poznaniu). Wzorem wielu innych rodzin, gospodarze chętnie gościli u siebie luminarzy kultury i polityki. Bywali u nich m.in.: Wojciech Kossak, Magdalena Samozwaniec, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska oraz kilkakrotnie marszałek Edward Rydz-Śmigły, w 1937 roku w towarzystwie generalicji i wyższych oficerów.

 

Wojciechowi Kossakowi pałac zawdzięcza miano „perły ukrytej wśród lasów”, a jego córce – popularnej później pisarce Magdalenie Samozwaniec opis wizyty w Tarcach w 1926 roku, gdy wraz z ojcem i siostrą (notabene Marią Pawlikowską-Jasnorzewską), zjechali „do najpiękniejszego majątku w Poznańskiem, gdzie był olbrzymi zwierzyniec pełen saren i rogaczy, oraz park, a w nim trzy poetyczne stawy, na których rosły lilie wodne i pływały łabędzie (…) oswojona sarenka, wypiła mleko z dzbanuszka, skubnęła bułkę, uszczknęła kawałek kiełbasy. Posiliwszy się, krokiem baletnicy wybiegła z pokoju przez niedomknięte drzwi. Niełatwo było opuścić dwór, gdzie była taka dobra kuchnia i gdzie zwierzęta przychodziły na śniadanie.”. Do świetnych tradycji podjarocińskiej rezydencji nawiązuje przywrócona w obiekcie funkcja concierge’a – historycznie osoby odpowiedzialnej za utrzymanie palących się świec w trakcie uroczystości. Hotel-restauracja w pałacu w Tarcach adresuje swoją ofertę do wymagających klientów.

Park otaczający rezydencję ma 10 ha powierzchni. Jest w nim romantyczna altana na wyspie i figura Matki Boskiej z Lourdes wystawiona w drugiej dekadzie XX wieku na kamiennym pagórku, spod którego bije źródełko. Jest także odtworzona po 2007 roku zagroda z danielami, a pośród 750 starych drzew aż 20 posiada status pomnika przyrody.


Pałac w Tarcach (Tarce 20, 63-200 Jarocin), fanpagewww.facebook.com; stronę hotelową (www.palac-tarce.pl) blokują programy antywirusowe (na stronie jest także wirtualny spacer po pałacu: www.palac-tarce.pl/vt/index.php)
Pałac z krótkim opisem zamieszczono także w galerii fotograficznej wielkopolskich rezydencji: www.galeriawielkopolska.info

Kórnik tonie w zieleni

Kórnicki zamek i ogrody są tak urządzone by sprawiać wrażenie, że właściciele jeszcze przed chwilą tu bawili i wkrótce powrócą do przerwanych zajęć. Sala muzealna na piętrze, a także biblioteka i pokoje gościnne używane są współcześnie jako pracownie naukowe.

Zamkowy kostium pochodzi z wieku XIX, bowiem tutejszy późnośredniowieczny zamek rycerski Górków dwukrotnie poddano przebudowie. W XVII wieku przekształciła go w barokową rezydencję Teofila z Działyńskich Szołdrska-Potulicka. Mody się zmieniają, więc dwa stulecia później, na zlecenie hrabiego Tytusa Działyńskiego, kolejnych wielkich zmian dokonał wzięty wówczas berliński architekt Karol Fryderyk Schinkel. Według jego projektu powstała neogotycka rezydencja, nawiązująca krenelażem i basztami oraz orientalnymi akcentami do wojennej profesji członków rodu oraz do tak chętnie w tamtych czasach przywoływanej ‘mocarstwowej’ przeszłości Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Mimo hołdowania romantycznym trendom, Tytus Działyński był w duchu pozytywistą. Sam posiadł gruntowne wykształcenie techniczne, więc wiele uwagi poświęcał rozwojowi polskiego przemysłu i rzemiosła, upatrując w gospodarce klucza do podtrzymania wśród rodaków polskości. Szkolił własnym sumptem rzemieślników, urządzał wystawy polskich wyrobów oraz pokazy ogrodnicze. Był jednym z założycieli i prezesem Towarzystwa Przemysłowego, a do kórnickiego parku sprowadzał i aklimatyzował różne, nierzadko egzotyczne gatunki drzew oraz krzewów, pragnąc by w przyszłości służyły słuchaczom uczelni rolniczej jaką pragnął założyć. Nie udało mu się wprawdzie tej idei urzeczywistnić, ale jego dzieło stało się zaczątkiem utworzonej w 1933 roku placówki naukowej, przekształconej później w Instytut Dendrologii Polskiej Akademii Nauk w Kórniku.

 

Arboretum w Kórniku szczyci się teraz najstarszą i jedną z najbogatszych w kraju kolekcją roślin drzewiastych, liczącą około 3000 okazów. Początkami sięga roku 1826. Hrabia Tytus Działyński rozpoczął wówczas przebudowę ogrodu otaczającego zamek. Jego pracę kontynuował syn, Jan oraz ostatni właściciel majątku, Władysław Zamoyski. Tak powstał rozległy ogród krajobrazowy, w typie parku angielskiego (o swobodnym, naturalnym układzie drzew, krzewów i roślin kwiatowych). Działyński zapoczątkował tworzenie kolekcji różnych gatunków oraz odmian drzew i krzewów. Ostatni z właścicieli Kórnika, hrabia Władysław Zamoyski ofiarował majątek z zamkiem i ogrodami narodowi polskiemu, tworząc w 1925 roku Fundację Zakłady Kórnickie (restytuowaną w roku 2001; www.fzk.pl).

 

Każda pora roku w kórnickich ogrodach wiąże się z odmiennymi wrażeniami. Co można zobaczyć w Arboretum sygnalizuje poświęcona mu strona kórnickiego portalu (www.kornik.travel), z której pochodzi poniższy opis.

Wiosna
Barwne widowisko rozpoczyna się w marcu kwitnieniem łanów śnieżyc, później niebieskich cebulic oraz zawilców. Już w połowie kwietnia zaczynają kwitnąć magnolie, krzewy i drzewa o wyjątkowo dużych kwiatach. W tym okresie również wiele innych roślin pochodzących z różnych zakątków globu rozpoczyna kwitnienie, wiosną można więc podziwiać kwitnące derenie, wiśnie, jabłonie ozdobne, ośnieże, obiele, dawidie, kielichowce, fotergille i wiele innych.

W połowie maja rozpoczyna się kwitnienie lilaków. To czas kiedy można zwiedzać na ogół niedostępną tzw. „Nową” część Arboretum, bo właśnie tam znajdziemy najwięcej kwitnących krzewów – jest to jedna z największych kolekcji lilaków w Polsce. Lilaki, potocznie nazywane bzami, zna prawie każdy, jednak kolekcja licząca ponad 170 odmian zachwyca nawet stałych bywalców zarówno widokiem, jak i zapachem.

Kolejna odsłona maja to kwitnące różaneczniki i azalie, których uprawa nastręcza wielu problemów, stąd widok ponad czterdziestoletnich krzewów w naszym arboretum przyciąga wielu zwiedzających. W weekendy drugiej połowy maja można podziwiać te piękne krzewy zarówno w części przyzamkowej, jak i na terenie „Nowego” Arboretum.

Lato
Arboretum jest spokojne, pełne nastrojowych zakątków w cieniu wspaniałych, starych drzew. Kwitną jaśminowce, lipy i hortensje, których kolekcja jest w ostatnich latach poszerzana. Latem można dostrzec różnorodność zgromadzonych w kolekcji roślin, porównać ich liście, pokrój czy zawiązujące się już owoce. To również czas letnich koncertów Festiwalu Muzyka z Kórnika.

Jesień
Rozpoczyna się barwny spektakl przebarwiania. W zależności od przebiegu pogody od pierwszej dekady października możemy podziwiać cudowne jesienne barwy liści drzew gatunków pochodzących z całego świata zgromadzonych w jednym obiekcie. To również czas obradzania, na każdym kroku możemy spotkać najróżniejsze owoce, nasiona, szyszki.

Zima
Magiczna i cicha, a naszą uwagę zwracają wówczas gatunki zimozielone. Można wtedy przyjrzeć się bliżej jodłom, sosnom, świerkom, cisom i jałowcom, zobaczyć kwitnące oczary, których kwiaty okryte śniegiem stanowią iście czarowny widok.

Przez tereny arboretum prowadzą 2 ścieżki edukacyjne: „Drzewa Świata” i „Cisowe komnaty”.


Zamek w Kórniku, Arboretum i inne elementy zabytkowego kompleksu opisuje portal: www.kornik.travel
Historię zamku i jego wlaścicieli prezentuje portal: www.zamkipolskie.com
Zasoby Biblioteki PAN w Kórniku: www.bkpan.poznan.pl

Gołuchowska ostoja sztuki i żubrów

Pałac w Gołuchowie przypomina zamki znad Loary, bo chociaż początkami sięga XVI wieku, to jego ostatnią wielką przebudową kierował w drugiej połowie XIX stulecia francuski architekt, Maurycy August Ouradou.

Zamek w Gołuchowie, fot. Paweł Wroński
Zamek w Gołuchowie, fot. Paweł Wroński
Zamek w Gołuchowie, fot. Paweł Wroński

Współpracowali z nim również wywodzący się z Francji – rzeźbiarz Karol Biberon i malarz Ludwik Breugnot. Artystów sprowadziła Izabella Czartoryska po ślubie z hrabią Janem Działyńskim, gdy stała się panią gołuchowskich dóbr. Była malarką amatorką, a ponadto, z upodobaniem kolekcjonowała dzieła sztuki. Na kilka lat przed śmiercią, w 1893 roku Izabella utworzyła Ordynację Książąt Czartoryskich w Gołuchowie, w której statucie zagwarantowała powszechną dostępność swoich zbiorów oraz ich niepodzielność. Prywatne muzeum funkcjonowało nieprzerwanie do września 1939 roku. Potem kolekcja zagrabiona przez Niemców po wybuchu II wojny światowej, rozproszyła się, a to co z niej ocalało udało się odzyskać z ZSRR dopiero w 1956 roku.

 

W roku 1853 majątek gołuchowski kupił Tytus Działyński, właściciel dóbr kórnickich, dla swego jedynego syna, Jana. Ten zaś 4 lata później poślubił Izabellę, córkę księcia Adama Jerzego Czartoryskiego, przywódcy emigracyjnego stronnictwa ‘Hotel Lambert’, działającego w Paryżu.

 

Dąb Jan nosi imię na cześć hrabiego Jana Działyńskiego, protektora sztuki i przyrody, fot. Paweł Wroński
Stacja edukacyjna z przekrojami pni i pokrojami koron drzew spotykanych w gołuchowskim parku-arboretum, fot. Paweł Wroński
Budka lęgowa dla sowy pójdźki, fot. Paweł Wroński

Dziś zamkowa ekspozycja jest oddziałem Muzeum Narodowego w Poznaniu, a kolekcję Izabelli Elżbiety z Czartoryskich Działyńskiej wzbogacono o liczne cenne dzieła sztuki z innych zbiorów.  Gołuchowską rezydencję otacza ponadto rozległy park, w którym chroni się rośliny i zwierzęta. Także zgodnie z intencją Izabelli, która do urządzenia zieleni wokół pałacu zatrudniła utalentowanego ogrodnika swoich czasów, Adama Kubaszewskiego. Powstał jeden z największych ogrodów w stylu angielskim, a przy tym pierwszych jakie zakładano w drugiej połowie XIX stulecia. Dziś, wystawione przy alejkach tablice informacyjne i pomysłowe stacje zamieniły tę oazę przyrody w interesującą plenerową strefę edukacyjną. Jej przebojem jest król naszych puszcz – żubr. W Pokazowej zagrodzie zwierząt żyje kilka żubrzych rodzin, są także: daniele, koniki polskie oraz dziki.

 

W gołuchowskim parku-arboretum rośnie około 80 tysięcy drzew, z czego 262 okazy mają wymiary pomnikowe. 600 gatunków i odmian drzew oraz krzewów to duma placówki, tym bardziej, że niektóre okazy należą do najstarszych i najpiękniejszych w Polsce (www.okl.lasy.gov.pl).

 

Żubry w gołuchowskiej Pokazowej zagrodzie zwierząt, fot. Paweł Wroński

 

Ze 107 żubrów (dane z 2014 roku), żyjących w Gołuchowie, w Pokazowej zagrodzie zwierząt urodziło się ponad 90 osobników (www.okl.lasy.gov.pl).

 


Muzeum Zamek w Gołuchowiewww.mnp.art.pl
Park-arboretum oraz Pokazowa zagroda zwierzątwww.okl.lasy.gov.pl

Fasada zamku w Gołuchowie z kartuszem herbowym Działyńskich, fot. Paweł Wroński

Chałupy bielone na niebiesko

W skansenie w Maurzycach zebrano wiejskie budynki z okolic Łowicza. Jest też „Karczma”, serwująca proste, smaczne potrawy. Tyle tylko, że żeby skorzystać w niej z oferty, trzeba zapłacić… za bilet wstępu.

Na pytanie „dlaczego…?” odpowiedź brzmi: „…bo Karczma jest integralną częścią ekspozycji”. I wszystko jasne, zwłaszcza to dlaczego panuje tam cisza, niezmącona raczej nadmierną obecnością klientów. Muzeum wsi łowickiej, założono w latach 70. XX wieku. Przyjemne miejsce – nie powiem, ale pewne znaki na niebie i ziemi wskazują, że czas się tam rzeczywiście zatrzymał.


Łowicki Park Etnograficzny w Maurzycach (inaczej: Muzeum wsi łowickiej) jest filią Muzeum w Łowiczu: www.muzeumlowicz.pl oraz www.skanseny.net

W muzeum w Maurzycach odbywają się Biesiady Łowickie, w których uczestniczą zespoły folklorystyczne z różnych regionów Polski. Ta doroczna impreza organizowana jest pod koniec sierpnia. Natomiast w bieżącym roku, 22 lipca odbędą się Łowickie Żniwa 2018 (www.powiat.lowicz.pl). O Biesiadzie lokalne media milczą, może to efekt zeszłorocznych działań skarbówki, o których w sierpniu 2017 donosił portal: www.wolnosc24.pl?!

Lipcowy Jarocin, letnia stolica Rocka

Gwiazdą tegorocznej edycji festiwalu był Johnny Rotten (w rzeczywistości John Lydon), legendarny założyciel i lider pierwszego na świecie uprawiającego punk-rock zespołu ‘Sex Pistols’, a obecnie post-punkowej formacji ‘PiL’.

Muzyk, ekscentryk o rozbuchanym ego, filozof, pajac – krótko mówiąc – artysta, Johnny Rotten (pseudonim legendarnego lidera grupy ‚Sex Pistols’, Johna Lydona), fot. Paweł Wroński

Niestety, podczas oczekiwanego niecierpliwie przez wielu wywiadu, czar prysł. Pajacowaniu nie było bowiem końca, a obrażanie zgromadzonej na sali publiczności przeplatało się z graniczącym z mantrą narzekaniem na szykany jakich bohater wieczoru doznawał przez całe życie ze strony brytyjskiego przemysłu płytowego. Niemniej jednak, John jako muzyk, który wylansował nowy niegdyś styl rocka, zasługi dla rozwoju muzyki ma, więc jego złote myśli zdobiły festiwalowy Jarocin.

Kolejną ozdobą są liczne graffiti, najczęściej o muzycznej tematyce choć nie tylko. Podczas festiwalu odsłonięto na przykład mural poświęcony Piotrowi Łazarkiewiczowi.

Umieszczony na ścianie kina „Echo” (www.jarocin21.pl), jeszcze dobrze nie wysechł, a już stał się obiektem adoracji fanów polskiego kina i muzyki. Na 15 lipca 2018 roku przypadła bowiem 10. rocznica śmierci tego utalentowanego reżysera teatralnego i filmowego, który zapisał się w pamięci współczesnych jako przyjaciel młodych artystów.

Mural ku czczi Piotra Łazarkiewicza namalowany na ścianie kina „Echo” latem 2018 roku, fot. Paweł Wroński

Odsłonięcie tablicy poprzedziła emisja filmu jego reżyserii z 1986 roku, dokumentującego Festiwal Muzyków Rockowych, jaki odbył się w Jarocinie rok wcześniej, a widziany oczami uczestników, przedstawicieli ówczesnych władz i mieszkańców. W tle rozbrzmiewała znakomita polska muzyka rockowa lat 80. XX wieku.

Powstaje kolejne graffiti – w parku, przy ruinach gotyckiego kościoła, fot. Paweł Wroński

Historia jarocińskich murali sięga 2007 roku, kiedy to młodzież z osiedla 1000-lecia stworzyła pierwsze tego typu malowidło, zaakceptowane przez władze i mieszkańców. Kolejny krok związany był już wprost z dorocznym rockowym festiwalem. W 2010 roku, zaangażowany w organizację imprezy wiceburmistrz Robert Kaźmierczak zainicjował tworzenie murali związanych z muzyczną specjalnością Jarocina. Dziś murale są dumą miasta, a po trasach wyznaczonych ich lokalizacjami oprowadza się wycieczki, którym patronuje miejskie muzeum (www.muzeumjarocin.pl).

Reszta jest milczeniem… chciałoby się powtórzyć za poetą, ale w kontekście rockowego festiwalu to by się nie trzymało kupy, niech więc zabrzmi muzyka, bo to ona w największym stopniu rozsławia miasto od kilku dekad, czyniąc z Jarocina – letnią stolicę polskiego rocka! Poniżej utwór „Obrazy” w wykonaniu grupy Distant Nights z Wrocławia. Zagrali na scenie ‘Rynek’ 13 lipca 2018, w ramach cyklu: ‘Jarocińskie rytmy młodych’.


Jarocin, Festiwal 2018www.jarocinfestiwal.pl oraz fanpage imprezy: www.facebook.com
Opinie o festiwalu ‘Jarocin 2018’ w materiale filmowym przygotowanym przez dziennikarzy Gazety Jarocińskiej: www.youtu.be (Gazeta Jarocińska: www.youtube.com).