Najwęższa ulica świata – która to?

Ot, problem. Pretendentów, a ściślej mówiąc – pretendentek, jest niemało. I chociaż Księga Rekordów Guinnessa odnotowuje liderkę klasyfikacji, lokalni patrioci i władze obstają przy swoim. Dlaczego? Bo chociaż sens ma to wprost proporcjonalny do szerokości – najwęższe – jak każde „naj”, przyciągają turystów niczym magnes.

Żeby więc rzecz rozstrzygnąć nie urażając niczyich uczuć, zapewne najlepiej byłoby dać każdej z pretendentek osobną, właściwą jej kategorię. Na przykład „ulica najwęższa na całej długości”, „ulica z najwęższym miejscem” albo „najdłuższa najwęższa ulica”, itd.

Klančić, najwęższa ulica świata, zdaniem gospodarzy malowniczego Vrbnika na wyspie Krk w Chorwacji, fot. Paweł Wroński
Klančić, najwęższa ulica świata, zdaniem gospodarzy malowniczego Vrbnika na wyspie Krk w Chorwacji, fot. Paweł Wroński

Do przyjrzenia się rozmiarom ulic natchnęła mnie tabliczka napotkana we Vrbniku, malowniczym chorwackim miasteczku z wyspy Krk. Nosi nazwę Klančić i prowadzi na trg, czyli plac Kralja Zvonimira. Na całej, niewielkiej zresztą długości, nie przekracza 50 cm szerokości. Wąska jest w istocie. A w zaproponowanej przeze mnie kategorii „ulic najwęższych na całej długości” ma z pewnością szansę na rekord.

Choć przyznać trzeba, że depce jej po piętach, a może nawet wyprzedza o przysłowiowy koński włos praska uliczka, Vinárna Čertovka na Kampie. W publikacjach jej szerokość szacowana jest na 19,6 cala, co daje po przeliczeniu na centymetry 49,78 cm. Prawie tyle samo ile ma Klančić. Żeby rozstrzygnąć kwestię pozycji w rankingu ostatecznie, trzeba by odwiedzić obie uliczki z tym samym centymetrem i dokonywać pomiaru na tej samej wysokości (różnice zdań w kwestii, wysokość brzucha, czy na przykład nosa jest najwłaściwsza, doprowadziłaby zapewne do ogromnego rozrostu liczby kategorii). Wróćmy jednak do Pragi. Wiadomo, że uliczka z Malej Strany ma zaledwie 10 m długości oraz, że zainstalowano na niej sygnalizację świetlną. Kto chce wejść, naciska guzik, a gdy zapali się zielone światło – idzie. Mając pewność, że z drugiej strony czerwone światło powstrzyma innego chętnego do przeciskania się wąskim przesmykiem.

vrbnik_najwezsza-uliczka-swiata_175
Klančić – tabliczka informująca arbitralnie, ze jest to najwęższa uliczka na świecie, fot. Paweł Wroński

Księga Guinnessa wymienia jako rekordową uliczkę z Reutlingen z landu Badenia-Wirtembergia w Niemczech. Jej szerokość waha się między 31 cm (12 cali) a 50 cm (20 cali). Wiadomo też o niej sporo. Przede wszystkim, że została wytyczona w 1727 roku podczas odbudowy strawionego rok wcześniej przez pożar miasta. Spreuerhofstraße jest oficjalnie ujęta w urzędowych rejestrach z tamtych czasów pod numerem 77.

Klančić, wyjście z ulicy na pobliski plac, fot. Paweł Wroński
Klančić, wyjście z ulicy na pobliski plac, fot. Paweł Wroński

Z przebojowo wąskich uliczek, wato może pamiętać o Strada Sforii w Brašov, w Rumunii. Usytuowana w centrum tego starego siedmiogrodzkiego (transylwańskiego), miasta pochodzi z XV wieku, i jak pisał XVII-wieczny kronikarz, urządzono ją jako korytarz, ułatwiający w razie pożaru przejście między kamienicami. Szerokość Strada Sforii waha się od 43,7 do 53,1 cm, a ulica jest dość długa – ciągnie się 80 m!

Długością ustępuje jej Parliament Street w Exter, w hrabstwie Devon w Wielkiej Brytanii. Ulica 50-metrowej długości jest też od poprzednio wspomnianych wyraźnie szersza, gdyż ma 64 cm w najciaśniejszym miejscu. Maksymalna odległość od ograniczających ją budynków liczy aż 122 cm. Wytyczono ją tak w XIV wieku. A gdy mieszkańcy postulowali jej poszerzenie w 1836 roku, z nieznanych dziś przyczyn ich prośbie nie uczyniono zadość.

W Polsce o tak wąskich ulicach jakoś nie ma wiadomości, bo warszawskie Kamienne Schodki czy toruńska ulica Ciasna – owszem – są wąskie, ale w porównaniu z wymienionymi wcześniej, są tak szerokie, że można po nich hulać swobodnie, a mijanie się z przechodniami nadchodzącymi z drugiej strony nie sprawia na nich najmniejszego problemu. W kategorii najwęższych, z tamtymi rekordowymi, mogłyby zapewne konkurować miedzuszki z Lanckorony. Pozostaje tylko pytanie, czy można te przesmyki pod okapami dachów domów z sąsiednich posesji traktować jak ulice? I tak dochodzimy do kluczowej kwestii: co jest, a co ulicą nie jest?! Ale to już inna historia.

Miasteczka ze strefy śródziemnomorskiej zawsze są podejrzane o istnienie ciasnych, a nawet najciaśniejszych w świecie uliczek. Zabudowa jest bowiem tak skupiona, że inaczej być nie może. Vrbnik, fot. Paweł Wroński
Miasteczka ze strefy śródziemnomorskiej zawsze są podejrzane o istnienie ciasnych, a nawet najciaśniejszych w świecie uliczek. Zabudowa jest bowiem tak skupiona, że inaczej być nie może. Vrbnik, fot. Paweł Wroński
Reklamy

Rumunia jakiej nie znamy

Rumunia jawi nam się krajem dzikim, odległym od cywilizacji. Bywa, że traktujemy ją nawet z podszytą obawami rezerwą. Gdy się jednak przełamiemy, irracjonalne odczucia ustępują zachwytowi. Nad zabytkami, różnorodnością krajobrazu i pięknem przyrody.

Jest faktem, że ćwierćwiecze rządów komunistycznego dyktatora Nicolae Ceaușescu doprowadziło do totalnej dewastacji rumuńskiej gospodarki i dramatycznych zjawisk społecznych. A czas, który minął od jego egzekucji w grudniu 1989 r. nie wystarczył żeby naprawić wszystkie szkody. Jednak na naszą wyobraźnię, mocniej od realiów współczesnej historii i ekonomii, zdają się oddziaływać literatura i kino, które od przełomu XIX i XX w. podsycają zgoła nierzeczywisty wizerunek Rumunii. Symbolizuje go tajemnicza górska kraina – Transylwania i jej budzący grozę mieszkaniec – książę wampirów, Dracula.

Historia inspirująca mroczny mit
Paradoksalnie, Rumuni sami ulegli mrocznemu powabowi mitu i lansują miejsca związane z legendą Draculi. Utożsamia się z nim hospodara wołoskiego, Vlada Palovnika. Ten bowiem, po ojcu noszącym przydomek Smoka, nazywał się tak naprawdę Vlad Dragoulja. Władał Wołoszczyzną, a więc krainą położoną między Dunajem, a Karpatami w połowie XV w. u zarania tureckiej ekspansji w Europie. Naciskany na przemian i wspierany przez Turków i Węgrów, starał się wzmocnić panowanie w ojczystym kraju, ograniczając samowolę bojarów. Zasłynął z krwawej rzezi jakiej dokonał wśród nich w Wielkanoc 1457 r. Wielu nabito wówczas na pal, a książę zyskał ponury przydomek. Dwa lata później podobny los zgotował posłom tureckim, którzy domagali się zaległego haraczu, 500 dzieci z możnych rodzin jako rękojmi lojalności oraz osobistego stawienia się Vlada na sułtańskim dworze. Tak rozpoczęła się krwawa wojna z Turcją, którą hospodar prowadził z powodzeniem przez trzy lata, wyznaczając szlak swoich zwycięstw palami, na które nabijano pojmanych wrogów. Zdradzili go jednak żądni zemsty bojarzy i oddali w węgierskie ręce. Dopiero po kilkunastu latach, jako potencjalnego sojusznika w wojnie z Turcją, uwolnił go Maciej Korwin. W wojnie Vlad nie wziął udziału, bo zginął z rąk wołoskich przeciwników, wspieranych przez Turków.

Na historyczne wydarzenia nałożyły się legendy o utraconej miłości i krwawej zemście za doznane krzywdy, kontynuowanej przez Draculę zza grobu. Do nich nawiązał irlandzki pisarz Bram Stoker, kreując w powieści z 1897 r. postać Draculi-wampira. Związał przy tym swego bohatera z Transylwanią, choć konkretnego miejsca nie wskazał. Współcześnie więc, siedzibą księcia wampirów uczyniono zamek Bran. Świetnie zachowaną twierdzę, a zarazem ostatnią rezydencję rumuńskich królów, której w trakcie XIX-wiecznej rozbudowy nałożono kostium romantyczny. I chociaż noga Włada nigdy w niej nie postała, do wyimaginowanego świata Draculi, znanego też pod filmowym imieniem Nosferatu, pasuje jak ulał.

Folklorystyczny zespół z Rumunii na TTW 2016, fot. Paweł Wroński
Folklorystyczny zespół z Rumunii na TTW 2016, fot. Paweł Wroński

Cerkwie malowane
W rumuńskim interiorze dominują Karpaty. Ich grzbiet otacza pierścieniem krainę zwaną Transylwanią. Z geopolitycznego punktu widzenia to dawny Siedmiogród, księstwo którym władał wyniesiony w połowie XVI w. na polski tron Stefan Batory. Karpaty tworzą wokół naturalny mur, oddzielając od Mołdawii na wschodzie i Wołoszczyzny na południu. Obniżenie gór na północnym zachodzie sprawia, że Transylwania była zawsze najłatwiej dostępna od strony węgierskiej. To sprzyjało związkom gospodarczym, a wreszcie połączeniu z Koroną Świętego Stefana. W czasach habsburskich Siedmiogród stał się jedną z prowincji austrowęgierskiej monarchii. Po jej rozpadzie w 1918 r., wśród nowych krajów na mapie Europy, pojawiła się Rumunia. Nazwę Siedmiogród odrzucono, a największe miasto, Kolozsvár przemianowano na Cluj-Napoca.

Otoczona górami kraina pełna jest pamiątek przeszłości. Wspaniałych zamków, do których należy wspomniany wcześniej Bran. A także świątyń, w miastach często ewangelickich bądź rzymskokatolickich. W górach natomiast, zwłaszcza w północno-wschodniej części, również grekokatolickich. Jest to dawne pogranicze z ukrainnymi ziemiami Rzeczypospolitej, a jego ozdobą są drewniane cerkwie. Szczególnie piękne zachowały się w dolinie Izy, w regionie Maramuresz (po rumuńsku Maramureş), mówiąc inaczej – w Górach Marmaroskich. Mają niezwykle smukłe, ostrosłupowe hełmy na wieżach, pnące się ku niebu na wysokość nawet kilkudziesięciu metrów.

Natomiast, w położonej już na terenach dawnej Mołdawii Bukowinie, są cerkwie, które wyglądają jak stodoły bo w ogóle wież nie mają. Kontrast jest zaskakujący. A stało się tak, gdy Turcy opanowali Bukowinę i zabronili przedstawicielom innych wyznań budowy wież przewyższających minarety meczetów. Rekompensując ten brak, uwagę skoncentrowano na wystroju wnętrz. A że w kościele prawosławnym i kierującym się podobnymi regułami grekokatolickim, unika się przedstawień rzeźbiarskich, bukowińskie cerkwie mają bodaj najpiękniej w Rumunii zdobione malowidłami wnętrza.

Świat monastyrów
W Rumunii dominują wyznawcy prawosławia, stanowiąc 86% populacji. Nic więc dziwnego, że wśród narodowych skarbów znalazły się ich świątynie i monastyry. Na Bukowinie znajduje się grupa 8 cerkwi wpisanych na listę UNESCO. Wszystkie mają bogate polichromie wewnątrz, ale prawdziwym fenomenem są XVI-wieczne malowidła na zewnętrznych ścianach. Ze szczególnego piękna słyną freski z cerkwi należących do zespołów klasztornych Humor, Moldowica i Woronec. Pierwsza z nich, cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy, jak zgodnie ze wschodnią tradycją określa się śmierć Matki Boskiej, znajduje się w miejscowości Mănăstirea Humorului, druga, cerkiew Zwiastowania – w monastyrze w Vatra Moldoviței, a trzecia, której patronuje św. Jerzy w miejscowości Voroneț. W programie malarskim wyróżnia się tam zachodnia elewacja, na której przedstawiono Sąd Ostateczny. Fresk tak bogaty w treści, że można go studiować godzinami. Na najwyższym poziomie, w obecności Boga Ojca, aniołowie zwijają nieboskłon niczym połać sukna ozdobioną znakami zodiaku. Nieco niżej spod stóp Chrystusa wypływa rzeka piekielnego ognia. Poniżej jego tronu klęczą Adam i Ewa. Za Adamem stoją prorocy, męczennicy i inni sprawiedliwi, a za Ewą i towarzyszącym jej Mojżeszem – nieprawowierni czyli Żydzi, Turcy, Tatarzy, Ormianie i Saraceni. Jeszcze niżej ważą się na wielkiej wadze ludzkie uczynki. O każdą czekającą na werdykt duszę walczą anioły i diabły starając się przeważyć szalę na swoją stronę. Najniżej przedstawione są wrota Raju, do którego trafiają zbawieni i rzeka piekielna, nad którą na potępionych czeka Lewiatan.

Na południu Rumunii, w ojczyźnie Vlada Palovnika zachowały się monastyry, słynące z białych elewacji i pogodnych pełnych złota polichromii we wnętrzach. Najcenniejsze z nich zawdzięczają architekturę i wystrój fundacjom księcia Constantina Brancoveanu, wielkiego mecenasa sztuki, władającego Wołoszczyzną na przełomie XVII i XVIII w. Najwspanialszy tamtejszy zespół klasztorny znajdujący się w miejscowości Horezu wpisano na listę zabytków UNESCO.

Kobiety w strojach ludowych z rumuńskich Karpat na TTW 2016, fot. Paweł Wroński
Kobiety w strojach ludowych z rumuńskich Karpat na TTW 2016, fot. Paweł Wroński

Góry, delta i riwiera
W rumuńskich Karpatach przeważnie brak turystycznej infrastruktury. Owszem, są ośrodki, które powstały już w czasach socjalistycznych, jak na przykład w zagospodarowanych narciarsko Górach Bucegi. Są dobrze oznakowane ścieżki w centralnej części Retezatu i na przypominjącej wapienną żyletę blisko 20-kilometrowej grani Piatra Craiului (Vârful La Om; 2238 m), czy na grzbiecie najwyższego pasma rumuńskich Karpat jakim są Góry Fogaraskie. Ba, przez Fogarasz przechodzi także jedna ze słynnych panoramicznych dróg europejskich – Transfăgărăşan, czyli Szosa Transfogaraska licząca 151 km długości, która wspina się pod najwyższe rumuńskie szczyty Moldoveanu (2554 m) i Negoiu (2547 m). Budowę podjęto ze względów militarnych w czasach Ceauşescu. Pochłonęła miliardy lei, tony cementu oraz życie zatrudnionych więźniów i żołnierzy. Oficjalnie 40 osób, choć z zeznań naocznych świadków wynika, że przynajmniej 10 razy więcej. Dziś należy do kluczowych atrakcji w kraju. Prowadzi z otoczonej górami Transylwanii na słoneczną Wołoszczyznę. W większości jednak rumuńskich pasm górskich spotkamy na szlakach jedynie pasterzy ze stadami owiec. Możemy też być świadkami, jak pod koszary (zagrody dla owiec), strzeżone przez psy z długimi kolcami na obrożach będzie się podkradać nocą niedźwiedź. Jeśli ktoś szuka dzikich gór w Europie, znajdzie je z pewnością, właśnie w Rumunii.

Karpaty opływa Dunaj, tworząc przy ujściu do Morza Czarnego rozległą deltę. To kolejny oprócz gór region Rumunii, w którym przyroda prezentuje swoje niczym nieskażone piękno. Królestwo ptaków i ryb. Do nielicznych osiedli trudno tam dotrzeć inaczej niż łodzią. Krótko mówiąc, jest to rzeczywiście tajemniczy i dziki, nieskażony za grosz masową turystyką rejon.

Wbrew pozorom o masowej turystyce też jeszcze trudno mówić na czarnomorskim wybrzeżu, choć cieszy się ono rosnącym zainteresowaniem. Zapewne w dużej mierze dlatego, że jest przedłużeniem wybrzeża bułgarskiego. Niezbyt długa, rumuńska riwiera oferuje szerokie, piaszczyste plaże. Zaplecze też jest tam nienajgorsze, a kurorty takie jak Mamaia, Eforia, Costinesti, Neptun, Jupiter i Mangalia mogą z powodzeniem konkurować ze znanymi ośrodkami riwiery bułgarskiej, Krymu czy Batumi po gruzińskiej stronie akwenu. Antyczne zabytki nadmorskiej Konstancy przypominają, że tereny dzisiejszej Rumunii podbili dwa tysiące lat temu Rzymianie, tocząc krwawe boje z walecznymi ludami Traków i Daków.

Znad morza niedaleko też do miasta Murfatlar, centrum najbardziej bodaj znanego regionu winiarskiego Rumunii. Trunki tam produkowane docierały już do nas przed 1990 r. Były słodkie i mocno przesycone alkoholem, zgodnie z charakterystyczną dla państw bloku socjalistycznego koncepcją, że „naród pijany, nie pożąda zmiany”. Odkąd możliwościami produkcji wina w Rumunii zainteresowali się inwestorzy z krajów zachodnich, miejscowe winiarstwo zmieniło zdecydowanie oblicze. W efekcie trunki rumuńskie mają coraz wyższą jakość i są z roku na rok ciekawsze. Świetnie się przy tym komponują z miejscowymi potrawami. Owocami morza, rybami z wód Dunaju i innych rzek spływających z gór oraz z typowymi dla górskich terenów serami i mięsem, zwłaszcza po mistrzowsku przygotowywaną baraniną.


INFO
Promocją w Polsce zajmuje się Ośrodek Informacji Turystycznej Rumunii, działający w Warszawie (tel. / faks: +48 22 243 10 34; e-mail: info.rumunia@wp.pl).
O atrakcjach turystycznych informują strony www.romaniatourism.com, czy luźniejszy, prowadzony w blogowej formie portal www.romaniatourism.net.
„Zamek Draculi”, czyli zamek Bran w Transylwanii: www.bran-castle.com


Materiał publikowany w magazynie 24. Międzynarodowych Targów Turystycznych TT Warsaw „TT News” jesienią 2016, na str. 4-6 (www.ttwarsaw.pl).

Rumunia – ballada o białym koniu i klasztorze

Nie umiem powiedzieć jak jest w największych miastach Rumunii, ani w nadmorskich ośrodkach, bo podczas tej wycieczki tam nie dotarliśmy. Ale na prowincji spotykaliśmy się jedynie z życzliwością. Zaś w dzikich nadal górach jedynie z pasterzami. Nacechowane wzajemną ciekawością kontakty miały zawsze przyjacielski charakter.

Cabana_do-sieci

Jest faktem, że restauracje, szczególnie na południu, oblegają sfory wygłodniałych psów, żebrzące cygańskie dzieci, kaleki i starcy… Wspominam o tym, by uniknąć posądzenia, że przejawy nędzy postrzegam jako egzotykę. Bo niezależnie od niej, Rumunia jest krajem egzotycznym i to bodaj najbardziej pośród krajów współczesnej Europy. Z drugiej strony zarówno w miastach jak i w wioskach działają 7 dni w tygodniu, liczne sklepiki. I można w nich dostać wszystkie podstawowe produkty spożywcze i przemysłowe jakich turysta potrzebuje. Typowy „Magazin mixt” może nie mieć tabliczki, ale stoi pod nim kilka stolików z parasolami i… sterta butli z gazem. Rumunia przeżywa boom, w jakimś stopniu podobny do naszego początku lat 90. Ożywił się handel, Większość mijanych przez nas miejscowości, poczynając od położonego po siedmiogrodzkiej stronie gór Sibiu, przez rozwijające się ośrodki turystyczne – Paltiniş i Rinca, po Horezu i Râmnicu Vâlcea na Wołoszczyźnie, po południowej stronie gór, to nieco chaotyczne, ale jakże dynamiczne place budowy. Bez szkody dla zdrowia, a z przyjemnością dla podniebienia i do tego niezwykle tanio jedliśmy w tutejszych barach. Jeździliśmy najzwyklejszymi pociągami i autostopem w rozgrzane słońcem, leniwe niedzielne południe… I przez cały ten czas, nikt nie próbował wykorzystać naszej nieznajomości języka lub miejscowych obyczajów, by nas oszukać czy okpić. Wręcz przeciwnie, w Cabana Obârşia Lotrului, gdy przechodziliśmy z Lotru w Paring, zwróciłem się do cabainera o pomoc, bo właśnie wysiadła żaróweczka mojej czołówki. Pojawił się po chwili z trzema różnego rodzaju. Rozkręcił w tym celu chyba wszystkie latarki w cabanie. I nie uczynił tego z chęci zysku, gdyż kwota 5 tysięcy lei jaką dałem za żaróweczkę, ma znaczenie iście symboliczne. Podobnie w Cabana Cinaia na południowym stoku Cindrelu, prowadzący ją staruszek odsprzedał mi turystyczną mapę okręgu Sibiu. Wydana dobre 25 lat temu nie była używana. I tak znów za równoważną naszym 12 złotym kwotę 100 tysięcy lei stałem się posiadaczem tego archiwalnego egzemplarza turystycznej mapy z czasów Ceaușescu… Po dziesięciu dniach wróciliśmy pełni wrażeń o jakie trudno w skomercjalizowanym świecie szeroko otwartej na turystów, ale mocno zuniformizowanej pod względem standardów Zachodniej Europy.

Kraina pasterzy
Pierwszy sygnał, że jesteśmy w kraju pasterzy odebraliśmy z Rafałem w Vintu de Jos, po północnej stronie Południowych Karpat. Półgodzinną przerwę w podróży wykorzystaliśmy na spacer dla rozprostowania kości. Była niedziela, siódma rano. Z bocznych wiejskich uliczek wychodzili ludzie odprowadzając do głównej drogi krowy. Tu oddawali je pod opiekę chłopcu, wyekwipowanemu w bacik. Pożegnanie krów miało też aspekt towarzyski. Gdy bowiem odeszły, właściciele mogli spokojnie porozmawiać z sąsiadami, popatrzeć jaką pogodę zwiastuje niebo i zerknąć na nas – turystów, też dość oryginalne zjawisko.

Jakże relatywnym zjawiskiem jest egzotyka – wynik kulturowych różnic uświadamiałem sobie podczas naszego przejścia przez góry Cindrel, Lotru i Parâng niejednokrotnie podczas tej wycieczki. My staraliśmy się uwiecznić w obiektywie pasterzy. Oni – co obserwowałem ilekroć zostałem nieco w tyle – z pewnym rozbawieniem, dyskretnie, z życzliwym, acz może nieco pobłażliwym wyrazem twarzy, zerkali na podpierającego się teleskopowymi kijkami Rafała. Pasterze (ciobani), wędrujący całymi dniami po górach ze stadem owiec i sforą psów też mają kije… solidne, długie, drewniane laski. To z jednej strony oręż, gdyż do stad, szczególnie nocą, potrafią podchodzić tu wilki i niedźwiedzie. Z drugiej zaś nieskomplikowany maszt do namiotu jaki powstaje, gdy oparłszy go o ziemię zawieszają na nim płaszcz, albo baranicę, osłaniając się od deszczu lub wiatru. Klimat południowych Karpat, których najwyższe szczyty przekraczają 2500 m jest ostry. Ludzie i zwierzęta pozostają więc na halach zaledwie trzy miesiące – od połowy czerwca do połowy września, póki w górach nie jest zbyt zimno.

Paring_do-sieci

Granica światów
Miejscem szczególnym, związanym z wypasem jest stână – szałas. Nierzadko to po prostu letnie gospodarstwo, w którym towarzyszące pasterzom rodziny zajmują się wyrobem sera. W tych najprymitywniejszych nie ma nawet podłogi. Gotuje się na ognisku, a dzieciaki od najmłodszych lat przyzwyczajają się do pracy na hali i to nie tylko przy owcach. Stadom towarzyszą bowiem i inne zwierzęta: bydło, osły, kury, świnie i konie. Z tymi ostatnimi zwierzętami wiąże się jedna z najoryginalniejszych sytuacji jakiej byliśmy świadkami. Schodząc z Parângu drogą wiodącą przez stânę na stokach Papuşy napotkaliśmy stado koni. Ich przewodnikiem był biały ogier, charakterem dorównujący chyba tylko Gryfowi – „królowi wszystkich koni”, którego dosiadał czarodziej Gandalf w tolkienowskiej trylogii. Nadchodząc spłoszyliśmy młode ogiery i klaczki pijące wodę w jarze przecinającym drogę. Biały ogier zareagował natychmiast groźnym, donośnym rżeniem i ruszył galopem w naszą stronę. Uznaliśmy za najlepsze zejść mu z drogi, bo wyglądało na to, że w obronie młodszych koni będzie kopał i gryzł. Było to dobre posunięcie. Gdy tylko się odsunęliśmy na bok, płoszone konie zawróciły. Scena godna ballady, tym bardziej, że niedługo potem stanęliśmy na drodze, której serpentyny wiją się od kilkudziesięciu lat przez wschodni skraj Parângu. I wtedy nie mogliśmy się oprzeć wrażeniu, że biały ogier ostrzegał nie tylko swe stado przed rozproszeniem, ale również nas, że przekraczamy granicę światów.

Cabana Bradul
Zostały za nami dzikie góry i stanęliśmy na wielkim placu budowy. Niegdyś była tu tylko kamienna cabana i parę drewnianych budynków. A dziś widać jak Rânca zamienia się w turystyczny ośrodek. Działka przy działce, powstają mniejsze i większe pensjonaty. Ba, wzniesiono nawet cerkiew, bielejącą z oddali świeżymi gontami. Cabanę Bradul rozpoznaliśmy jednak bez trudu, bo jak to jest tu we zwyczaju, powiewały na niej rumuńskie flagi. Wnętrze świeciło pustkami, nie napawając w pierwszej chwili optymizmem. Jednak pojawienie się właścicielki rozwiało wszelkie obawy. Zaoferowała bogate, bazujące na baraninie menu. W solidnych porcjach ciorby pływały kawałki tłustego mięsa, a pieczona jagnięcina oraz posypane tartym owczym serem przysmażone ziemniaki, pachniały znakomicie. Królewska uczta, najlepsza na naszej trasie i bodaj najtańsza. Razem z napojami… 380 tysięcy lei – niespełna 20 złotych na osobę.

Jaskinia Kobiet
Kres naszej górskiej wędrówki stanowiła położona blisko tysiąc metrów niżej miejscowość Baia de Fier. To właśnie stąd pochodzili ostatni ze spotkanych w górach ciobanów. Górną, północną część osady zamieszkuje wiejska biedota. Domostwa pozbawione są nierzadko własnej studni. Wodę czerpie się z potoku lub pompuje do wiader przy sklepie. Nad osiedlem unosi się dym palonego drewna, kopcą mielerze – sterty, palącego się powoli pod kożuchem z darni, zazwyczaj bukowego drewna. Wypalanie węgla drzewnego jest jednym z podstawowych tutejszych zajęć. Drugim – wypalanie wapna. Wieś leży bowiem przy wejściu do skalnej gardzieli wąwozu jakim potok Galbenul wypływa na równiny u południowych podnóży Parângu. Skalna brama zbudowana jest w dużej mierze z wapieni. W ścianach widać liczne otwory grot i jaskiń. W zachodniej, woda wyrzeźbiła jedną z najpiękniejszych jaskiń Rumunii. Peştera Muierilor (Jaskinia Kobiet) ma blisko 600 metrów udostępnionego turystom, oświetlonego korytarza i wspaniałą szatę naciekową. Jest pomnikiem przyrody i miejscem naukowych badań, które doprowadziły między innymi do odnalezienia kości człowieka sprzed 29 tysięcy lat i szkieletów blisko dwustu niedźwiedzi jaskiniowych. Skąd wzięła się jej nazwa? Genezą nie sięga w tak odległą przeszłość, jedynie do czasów ekspansji tureckiej, kiedy to chroniły się w niej przed najeźdźcami kobiety z okolicznych wsi. Pamiątką tych wydarzeń jest malowniczy stalagmit nazwany, ze względu na swe podobieństwo do janczara, Turkiem.

Polovrag_do-siecii

Chwała księciu Brîncoveanu
W bogatszej części Baia de Fier, położonej po południowej stronie skalnego wąwozu, znaleźliśmy pierwszą na naszej trasie bisericę (cerkiew) w stylu Brîncoveanu. Władający na przełomie XVII i XVIII stulecia Wołoszczyzną książę zasłynął jako fundator klasztorów i świątyń. Najsłynniejszym dziełem zatrudnionych przez niego budowniczych, malarzy, kamieniarzy i snycerzy jest klasztor w Horezu. Obronna budowla z cerkwią o białych ścianach jest dziś wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO i należy do najwspanialszych zabytków Rumunii. Jest jednocześnie żywym miejscem religijnego kultu. Ponieważ książę odnowił wiele innych świątyń na swoich ziemiach, a do końca XVIII wieku naśladowano styl budowania i malowania z jego czasów, mówi się nawet o stylu Brîncoveanu. Charakterystyczną jego cechą jest łączenie tradycji sztuki cerkiewnej proweniencji południowej z wpływami Siedmiogrodu, a więc tradycją środkowoeuropejską. I chociaż freski czy ikony nie naruszają kanonów prawosławia, to w bisericach z tego okresu pojawiają się otwarte arkadowe przedsionki, ozdobione wyrafinowanymi reliefami kamienne portale i obramienia okien, zaś we wnętrzach cudownie rzeźbione drewniane kolumny. Wśród fresków popularne jest przedstawienie Chrystusa Emanuela – rzadkie malowidło – młodzieńcza twarz bez atrybutów męczeństwa ani typowej, zwłaszcza dla ikonografii ruskiej, surowości oblicza.

Pożegnalny chorał
O ile Horezu pozostanie w naszej pamięci jednym z godnych uwagi europejskich zabytków, o tyle sąsiednie Polovragi będzie już na zawsze miejscem niezwykłym. Przyszliśmy tam pod wieczór i podobnie jak inni goście chcieliśmy opuścić teren klasztoru by szukać noclegu nad potokiem, gdy widok wchodzącej na dziedziniec rodziny z bagażami, natchnął mnie, by porozmawiać z furtianką. – Czy są tu jakieś miejsca noclegowe, hotel…? – spytałem. – Ależ skąd – odpowiedziała z uśmiechem. Jeśli jednak chcemy, to możemy przenocować w dormitorium. Rodzina, której widok mnie zainspirował przyjechała w odwiedziny do jednej z zakonnic i zobaczyliśmy ich dopiero następnego dnia jak opuszczali klasztor. W praktyce wieczorem byliśmy więc tylko my dwaj, kilkanaście sióstr i pop. Zastanawialiśmy się czy stanowimy dla nich dopust boży czy też dar niebios? Siostry nie miały z tym jednak problemu… Otrzymaliśmy solidną porcję wieczornej strawy – ziemniaki z serem, które w swej dobroci posypały obficie cukrem i zsiadłe mleko. A po posiłku zaproszenie do biserici na wieczorne modły. Siostry śpiewały cudownie, a w ciszy wieczoru ich głosy niosły się daleko poza klasztorne mury. Zgromadzone po dwóch stronach nawy wokół podświetlanych pulpitów, intonowały na przemian chorał. Zza ikonostasu odpowiadał im celebrujący mszę kapłan. Gdy kolej przypadła na jedną z nowicjuszek, jej niepewny głos wspomogła szybko starsza siostra. Trzygodzinna blisko celebra stanowi nie lada szkołę charakteru. W wieczornej ciszy, choć nie rozumieliśmy słów, chorał brzmiał iście nieziemsko. Gdy zaś w obrzędzie doszło do poczęstunku chlebem i winem, siostry zaprosiły nas do udziału w uczcie. Gdy się wzbranialiśmy, jedna ze starszych, zdecydowanym gestem przecięła nasze rozterki. A potem nalała resztę wina do kielicha i podeszła do nas z tacą. Równie stanowczo jak poprzednio nakłoniła nas do zjedzenia ostatnich porcji pszennego chleba i kazała… dopić wino. Żal było odchodzić w niedzielny poranek. Ostatecznie opuściliśmy więc klasztor dopiero koło 11, serdecznie żegnani przez siostrę furtiankę i dwie jej towarzyszki. Zanim jednak powiedzieliśmy mulţumesk i la revedere, wysłuchaliśmy jeszcze niecodziennego koncertu na dzwony i… deski (wiszą obok dzwonów na wieży nad bramą). Z niebywałym mistrzostwem, w zawrotnie, narastającym tempie, zakonnice uderzały w nie drewnianymi młoteczkami. Koncert urwał się nagle, gdy prowadzącej wypadł jeden z nich z ręki. Pozostałe skwitowały to wesołym śmiechem. A gdy odchodząc wysadzaną drzewami aleją odwróciliśmy głowy, równie pogodnie, jakby z uśmiechem, żegnała nas brama monastyru.

Tekst publikowany w magazynie „Podróże” (październik 2003, a więc jeszcze w czasach hiperinflacji rumuńskich lei)

Trasa opisanej wycieczki wiodła z Sibiu w Transylwanii (Siedmiogród) przez góry Cindrel (2244 m), Lotru (2242 m) i Parâng (2519 m), do białych monastyrów w Horezu i Polovragi oraz do miasta Râmnica Vâlcea  na Wołoszczyźnie, po południowej stronie Karpat.

 

Rumunia – Transfăgărăşan

Szosa Transfogaraska liczy 151 km długości. Przecina Karpaty Południowe, wspinając się pod najwyższe ich szczyty Moldoveanu (2554 m) i Negoiu (2547 m).

owce-w-Rumunii

Powstała dla celów militarnych w mrocznych dla Rumunii czasach Nicolae Ceauşescu. Budowa pochłonęła miliardy lei, tony cementu oraz życie zatrudnionych więźniów i żołnierzy. Oficjalnie 40 osób, z zeznań naocznych świadków wynika, że przynajmniej 10-krotnie więcej. Dziś droga należy do kluczowych atrakcji turystycznych kraju. Prowadzi z otoczonej górami Transylwanii na słoneczną Wołoszczyznę, docierając na wysokość 2034 m. Tam tunelem długości 887 m przebija się przez łączącą najwyższe szczyty Fogaraszu grań Paltinu. Tunel sam w sobie jest atrakcją gdyż brak w nim twardej nawierzchni i oświetlenia, a wewnątrz panuje zawsze wilgoć. Zanim jednak dotrzemy w najwyższe partie Gór Fogaraskich, droga wiedzie przez wioski rozrzucone wśród zielonych wzgórz. Dopiero po kilkunastu kilometrach od Cârtişoary zaczynają się serpentyny, prowadzące do Bâlea Cascadă, wodospadu którym odpływają wody z oddalonego o kolejne 4 kilometry, polodowcowego jeziora Bâlea Lac. W wysokogórskiej scenerii rozlokowała się Cabana Bâlea: dwa schroniska i wystawiany ku uciesze gości sezonowy lodowo śnieżny hotel (śnieg na grzbiecie Fogaraszu nie należy do rzadkości nawet w lipcu). Dalej droga znika za stalową furtą prowadzącą w głąb tunelu. Po drugiej stronie, z wijących się w dół serpentyn widać kolejne atrakcje. Przede wszystkim zaporę z imponującym murem 160-metrowej wysokości. Spiętrza rzekę Argeş tworząc Jezioro Vidraru – długie na 14 kilometrów i głębokie na 155 m. Dalej wznosi się zrujnowana twierdza Poienari, własność legendarnego księcia Vlada Tepeşa, zwanego dla jego okrucieństwa Palovnikiem, pierwowzoru literackiego Drakuli. Wzdłuż całej drogi jest mnóstwo zatoczek, na których można się bezpiecznie zatrzymać, i nie tarasując jej podziwiać widoki. Nie jest jednak łatwo o dobrą pogodę. W najwyższych partiach Fogaraszu opady są intensywne, często kłębią się chmury i zazwyczaj jest chłodno.

INFO
www.motoromania.com
Szosa Transfogaraska oznaczona jest symbolem DN7C. Przejezdna od czerwca do września (bezpłatnie). Obowiązuje ograniczenie prędkości do 40 km/h. Rekomendowany kierunek jazdy: z północy na południe, z Sibiu przez Cârtişoarę do Curtea de Argeş i Piteşti.