Blokowiska Kijowa… z lotu ptaka

Blokowiska z wielkiej płyty, tak typowe dla miast byłego bloku socjalistycznego, uległy w ostatnim ćwierćwieczu metamorfozie, przekształcając się z sypialni w rzeczywiste miasta. Owszem, są wciąż w nieludzkiej skali, ale jednak żyją i daje się w nich żyć.

Nasze największe blokowiska, takie jak Ursynów czy Tarchomin w Warszawie, stały się miastami w miastach. A tak wyglądają blokowiska Kijowa, przecięte wstęgą Dniepru.

Kijów liczy ponad 2,8 mln mieszkańców. Jest kluczowym ośrodkiem akademickim, kulturalnym i gospodarczym Ukrainy. Miasto zajmuje powierzchnię 836 km2 (dla porównania Warszawa – 517 km2, 1,75 mln mieszkańców). Stare miasto z szeregiem wspaniałych obiektów zabytkowych przegląda się w wodach Dniepru.


INFO
www.kiev.info
www.visitkievukraine.com
Główny kijowski port lotniczy znajduje się na terenie Boryspola, miejscowości oddalonej 29 km na wschód od centrum ukraińskiej stolicy; Kiev-Boryspil: www.kbp.kiev.ua
Drugim portem lotniczym są Zhuliany (pol. Żuliany), położone w dzielnicy o takiej właśnie nazwie, dawne lotnisko wojskowe powstałe w okresie międzywojennym w XX wieku; 8 km od centrum (lądują tam m.in., startujące na naszych lotniskach samoloty Wizz Air): www.iev.aero

Reklamy

Czerwcowe imprezy polecane przez KL

W kalendarzu wydarzeń Klubu Leniwca (KL) polecamy przede wszystkim imprezy cykliczne. Uzyskany prestiż i potwierdzana w kolejnych edycjach dobra organizacja gwarantują, że spędzimy interesująco czas i będziemy się dobrze bawić.


Lwowskie Grand Prix (Leopolis Grand Prix)
3-5 czerwca 2016
Ukraina / Lwów
www.leopolis-grand-prix.com

Tradycje wyścigów samochodowych we Lwowie sięgają przełomu lat 20. i 30. XX w., kiedy w mieście wybudowano tor Grand Prix, prekursora Formuły 1. Impreza odżyła w nowej formule w XXI w., jako miting zabytkowych samochodów. Tegoroczny odbędzie się w Parku Kultury. Uczestniczą w nim przede wszystkim youngtimery, czyli pojazdy wyprodukowane w latach 60., 70. i 80. XX w. Pojazdy będą wystawione publicznie, a jury oceni ich stan podczas piątkowego „Contest of Elegance”. Dla widzów przewidziano konkursy wiedzy z dziedziny motoryzacji oraz loterię. Kulminacyjnym punktem programu jest sobotni rajd uliczny (wokół Starego Miasta; trasa na stronach festiwalu). Samochody i motocykle startują w kilku klasach. Organizatorzy przewidują więc 5 do 7 wyścigów, w godz. 9-15.


Festiwal Bachowski (Bachfest Leipzig)
10-19 czerwca 2016
Niemcy / Saksonia, Lipsk
www.bachfestleipzig.de

Jeden z najważniejszych festiwali muzyki klasycznej w Niemczech. Zwyczajowo, część koncertów odbywa się w kościele św. Tomasza, z którym był związany genialny kompozytor. Obok interpretatorów dzieł instrumentalnych występują także chóry, w tym chłopięcy chór św. Tomasza, w którym Jan Sebastian Bach był przez długie lata kantorem (przewodził i intonował śpiewy liturgiczne; samodzielnie wykonywał psalmy). Tematem przewodnim tegorocznej edycji będą Sekrety harmonii – Geheimnisse der Harmonie.

Poniższy film, zamieszczony na Youtube przez Bach-Archiv Leipzig, jest zapisem koncertu jaki odbył się w 2014 roku. Zagrała LeipJAZZig-Orkester pod kierunkiem pianisty Stephana Königa; gościem specjalnym był Martin Petzold (tenor).


Festiwal Pięciopłatkowej Róży (Slavnosti Pětilisté Růže)
połowa czerwca; aktualna edycja: 17-19 czerwca 2016
Czechy / Południowe Czechy, Český Krumlov
www.slavnostipetilisteruze.eu
www.ckrumlov.cz
www.czechtourism.com

Nazwa festiwalu, który nadaje Czeskiemu Krumlowowi renesansowy kostium, wywodzi się od herbu rodu Rožmberków (niem. Rosenberg), którzy władali przez kilka stuleci miastem nad Wełtawą. Festiwal zapoczątkowano w 1909 r. na 600-lecie miasta. Regularnie odbywa się od 1968. W programie korowód w historycznych strojach, z postaciami związanymi z miastem, kawalkady konnego rycerstwa, turnieje, jarmark historyczny oraz pokazy tańców renesansowych, uliczne spektakle teatralne, a wieczorami fajerwerki. W niedzielę – zabawy i konkursy dla najmłodszych.

Czeski Krumlow, fot. Paweł Wroński
Czeski Krumlow, fot. Paweł Wroński

Powyższe informacje uzyskało ponad 10 tys. indywidualnych klientów Elvii pocztą elektroniczną (www.elvia.pl). Notatki o imprezach będą zamieszczone w kalendarzu wydarzeń na stronach Klubu Leniwca (KL; www.klubleniwca.pl).

Elvia_na-czerwiec-2016


Materiał zebrany przy wsparciu Mondial Assistance / Elvia (www.elvia.pl) oraz Mercedes-Benz Polska (www.mercedes-benz.pl) przez Klub Leniwca. Podczas wyjazdów studyjnych korzystaliśmy z najnowszych modeli samochodów z oferty Mercedes-Benz Polska: GLE 350D 4Matic (grudzień 2015), CLA 45 AMG (luty 2016), Smart ForFour (kwiecień 2016). 

Ukraina – wieczór kawalerski we Lwowie

Pewien znajomy z generacji moich dorosłych dzieci spytał, co za atrakcje mógłbym mu polecić we Lwowie na wieczór kawalerski. Świetny pomysł  – przyklasnąłem. Mnóstwo możliwości, dojazd prosty,  a koszty niewygórowane, o ile tylko zachowacie odrobinę przytomności.

Na lwowskim starym mieście i w niewielkiej od niego odległości działa mnóstwo lokali, w których ani się obejrzycie, jak wieczór przeminie. Nawet o nieco perwersyjnej – rzecz jasna – traktowanej z przymrużeniem oka, ofercie.

Trzeba oddać sprawiedliwość - mięsa nie brakuje (grill restauracji Mięso i Sprawiedliwość), fot. Paweł Wroński
Trzeba oddać sprawiedliwość – mięsa nie brakuje (grill restauracji Mięso i Sprawiedliwość), fot. Paweł Wroński

Smacznie i pomysłowo
Zacznijmy od Мазох cafe. Tak, tak nazwa nie jest przypadkowa, a skojarzenie z masochizmem jak najbardziej trafne. Na ulicy przed wejściem  wita przybyłych figura pana Leopolda Sacher-Masocha. Pisarza i mieszkańca Lwowa, którego powieści zyskały sobie w XIX-wiecznej Europie rzesze fanów. U ich bohaterów, odnajdujących rozkosz w odczuwaniu bólu, austriacki psychiatra Richard von Krafft-Ebing odnalazł tak wiele symptomów dewiacji, którą się właśnie zajmował, że w 1886 r. nazwał ją masochizmem. Wejście do lokalu mieszczącego się przy ulicy Serbskiej 7, w kształcie karykaturalnie powiększonej dziurki od klucza, nie pozostawia wątpliwości, że zaprasza do mrocznej sfery ludzkiego jestestwa. Ściany wewnątrz zdobią cytaty z powieści Masocha, a przez dźwięki muzyki przedzierają się okrzyki smaganych – na własne życzenie – biczem czy pobrzękiwanie łańcuchami tych, których posłuszna ich życzeniom obsługa przykuła do żelaznych siedzisk.

Można też oddać się w ręce kata. Bez obaw, w restauracji o oryginalnej nazwie: Грильова Ресторація М’яса та Справедливости (Mięso i sprawiedliwość) niczego się nie straci. Jeśli już, to przeciwnie – zyska. Zwłaszcza na wadze, bo specjalnością są dania z grilla. Obfite porcje, do których zamawiania zachęca kat lwowski we własnej osobie, a które przygotowują jego pomocnicy. Nawiązanie historyczne wynika z miejsca, w którym lokal usytuowano. Przy obronnych murach Lwowa, w dawnym arsenale, przy Wałowej 20.

W kontekście kawalerskiego wieczoru oferującej potrawy-afrodyzjaki restauracji Казановa (Casanova) raczej nie polecam. Co innego Трапезна, która jest częścią szerszego artystycznego przedsięwzięcia – Музей Ідей (Muzeum Pomysłów), przy Wałowej 18, w dawnym klasztorze Bernardynów. Odbywają się tam wernisaże i koncerty, a ogródek z telebimem zamienia się często w plenerowe kino.

Wieczór-kawalerski_5304
Browar lwowski, fot. Paweł Wroński

Na początek standardowo
Inne jeszcze możliwości daje wizyta we lwowskim browarze, który zapisał wspaniałą kartę w dziejach europejskiego piwowarstwa. Działa od 1715 r. Szeroko poza granicami Ukrainy cieszy się sławą wyrabiane w nim piwo „Lwowskie”. Browar zajmuje pojezuicki kompleks na Krakowskim Przedmieściu. A z jego pierwszym menedżerem, Robertem Domsem i piękną Zosią, która ponoć tak szefowi dobrze piwo podawała, że została jego żoną, wiąże się powtarzana do dziś romantyczna historia. Z wielkoprzemysłową produkcją konkurują smakiem piwa z minibrowaru Kumpel (na starówce są dwa ich lokale). Znakomite chmielowe trunki świetnie komponują się z potrawami z Zachodniej Ukrainy, zwłaszcza bazującymi na owczym serze, przygotowanymi według receptur karpackich górali – Hucułów i Bojków.

Zdaję sobie sprawę, że wizyty w browarze lub minibrowarach to na kawalerski wieczór za mało. Chyba że jako preludium do dłuższej zabawy w jednym z klubów, których liczba we Lwowie jest doprawdy imponująca. Rozbrzmiewają one muzyką do białego rana, a obsługa włada sprawnie obcymi językami, w tym polskim. Tak jak w klubie Metro (pełna nazwa: Міжнародний Молодіжний Розважальний Комплекс „Метро”) przy Zielonej 14, reklamującym się sloganem „Fun for Every One”. Jest największą lwowską dyskoteką z kilkoma barami i restauracją, parkietami pod dachem i na wolnym powietrzu. Tuż obok lwowskiego uniwersytetu, przy alei Czornowoła 2, mieści się Міленіум (Millenium). Dojście do niego spod Lwowskiej Opery zajmie nie więcej niż 10 minut. Słynie z trzech tanecznych hal i bogatego repertuaru muzycznego, w którym obok house i techno jest także ukraiński pop. Sąsiedztwo Uniwersytetu i niewygórowane ceny w restauracji Motorna Diwka przyciągają studentów oraz backpackersów z całego świata.

Można też zażyć emocji, zabawę łącząc z grą w bilard. Najwięcej stołów oferuje Занзібар przy Lipińskiego 36. Czynny jest do ostatniego klienta, a wstęp jest wolny. Alternatywą są popularne w lwowskich klubach sale do gry w pokera (choćby MI100, Split Club). Zalecałbym jednak ostrożność, gdyż – jak nie ukrywają gospodarze – to w sam raz dla ludzi, którzy lubią przepuścić trochę gotówki.

Wieczór-kawalerski_5816
Klubów i dyskotek we Lwowie nie brakuje, fot. Paweł Wroński

Dla odzyskania formy
Po szaleństwach nocy dobrze jest się wyspać, a potem trochę poruszać. Na jogging polecam Zamkowe Wzgórze. Spiralna aleja prowadzi na wysoki kurhan, z którego roztacza się wspaniała panorama starego Lwowa. Wystarczy też nie więcej niż 20 minut jazdy tramwajem nr 7, żeby z centrum dostać się do Gaju Szewczenki. Ten piękny park rozpościera się na wzgórzach wyrastających nieco na wschód od centrum. A jego kluczową atrakcją jest skansen – Muzeum Narodowej Architektury i Życia Codziennego Zachodniej Ukrainy. Ścieżki między sektorami pokonują głębokie jary i wspinają się stromo po zalesionych stokach. Cudowne miejsce do biegania albo na dłuższy spacer. Wytchnienie znajdziecie w kozackim chutorze – postrzelacie z łuku, skosztujecie tradycyjnych smakołyków, popijając je chlebowym kwasem, i to nie takim z butelki, ale domowej roboty.

Nieco mniej aktywnie, za to z pewnością interesująco, czas minie wam na oryginalnej wycieczce, jaką oferuje kompania Kumpel Tour. Pomysłodawcą, a często też prowadzącym jest na nich Ihor Lylo, historyk sztuki, zakochany w rodzinnym mieście. O Lwowie pisze i opowiada. A że pracą naukową związany jest również z Uniwersytetem Jagiellońskim, biegle mówi po polsku. Ihor, a jego wzorem i inni przewodnicy, krążą z chętnymi po zakamarkach starego Lwowa nocą, zapuszczając się do historycznych piwnic. Jednak w weekend, a zwłaszcza w dzień lepsza wydaje mi się trasa po lwowskich dachach. Po takich, na które normalnie się nie wchodzi, a z których widoki na Lwów są najciekawsze – dachach hoteli, banków i prywatnych kamienic, na które wyjeżdża się windami, nierzadko takimi, które same w sobie mają barwną historię.

– Nie zapominaj też proszę, że we Lwowie podają wspaniałą kawę – rozwijałem pomysły. Tradycja palenia kawy sięga XVII w. i wiedeńskiej wiktorii Jana Sobieskiego. Bo to ze Lwowa pochodził Ignacy Kulczycki. Prowadził interesy z Turkami, znał ich język i obyczaje. Ziarna kawy znalezione w namiotach Kara Mustafy wykorzystał w ten sposób, że otworzył w Wiedniu jedną z dwóch pierwszych kawiarni. Gdy 100 lat później, po rozbiorach, Lwów stał się stolicą Galicji, kawiarnie się rozpowszechniły. Tradycja jest kultywowana. W 2013 r. Kulczyckiemu wystawiono nawet pomnik na placu Daniela Halickiego.

Jedno tylko widzę zagrożenie – zakończyłem. W oczach znajomego pojawił się niepokój. – Lwowianki są bardzo ładne, więc twoja narzeczona może być zaniepokojona! Może lepiej pomyśl, czy zamiast kawalerskiego wieczoru nie spędzić tam weekendu we dwoje…

Wieczór-kawalerski_5042
Rano lepiej wsiąść do tramwaju, fot. Paweł Wroński

INFO
* Najprostszy dojazd do Lwowa autobusami PKS Polonus. Dogodnie na weekend – wyjazd z Warszawy w piątek o 1830. U celu, w sobotę o 630. Kursy powrotne: wyjazd w niedzielę o 2020; przyjazd do Warszawy o 545. Bilety od 60 zł w jedną stronę. http://pkspolonus.pl/
** We Lwowie jest mnóstwo hoteli. Polecam Ekotel. Przyjemny, nowoczesny, korzystnie usytuowany przy ul. Akademika Andriya Sakharova 42. Ceny niewygórowane – od 110 hrywien od osoby (1 UAH – 0,15 PLN). Chętnie przyjmują grupy. http://hotel-ekotel.lviv.ua/pl


Materiał publikowany w magazynie „Świat Podróże Kultura” w numerze kwiecień-maj 2016.

Ukraina / Lwów – idealny na weekend

Miasto o bogatej przeszłości, z zabytkami różnych kultur, narodowości i religii. Świetnie skomunikowane, zwłaszcza z centralną i południowo wschodnią Polską. A hrywna ma w tej chwili tak korzystny przelicznik, że spędzając przyjemnie czas, nie zrujnujemy budżetu.

A dodać wypada, że większość miejsc, którymi interesują się turyści znajduje się w zasięgu piechura, jest dostępna tramwajem lub w nie więcej niż kwadrans – taxi.

Lwów, wnętrze katedry rzymskokatolickiej, fot. Paweł Wroński
Lwów, fot. Paweł Wroński

Wachlarz możliwości

Przed melomanami otwiera podwoje gmach Lwowskiej Opery. Budowla jest jedną z wizytówek zachodnioukraińskiej metropolii. Jej fronton zdobią płaskorzeźby obrazujące sens ludzkiego życia. Wnętrza zachwycają bogatą dekoracją. Zaś pod względem akustyki, teatr wymieniany jest wśród najlepszych na świecie. Kto hołduje innym gustom, ma we Lwowie tak szeroki wybór klubów, dyskotek i restauracji, że zagospodarują wieczory niejednego weekendu, i tak wszystkich nie odwiedzi. Sentymentalni znajdą tu ślady wielowiekowych związków z Polską. Nie tylko na Cmentarzu Łyczakowskim, ale niemal na każdym kroku, w zaułkach Starego Miasta, we wnętrzach i na fasadach świątyń. Kto woli oddychać pełną piersią podejmie wysiłek i wspiąwszy się zamkowe wzgórze, będzie podziwiać panoramę miasta z wieżami kościołów i cerkwi. Albo wybierze się ‘siódemką’ do skansenu w Gaju Szewczenki. W rozległym parku kryją się cerkwie i chałupy z Zachodniej Ukrainy. Poza tym, niemal każdego miesiąca we Lwowie organizowany jest jakiś festiwal, bo w ciągu roku w mieście odbywa się około setki, nierzadko międzynarodowych imprez.

Lwów, gmach Teatru Opery i Baletu, fot. Paweł Wroński
Lwów, gmach Teatru Opery i Baletu, fot. Paweł Wroński

Mozaika smaków

W europejskiej historii smaku, miasto odegrało niepoślednią rolę. A to za sprawą Jerzego Kulczyckiego, kupca lwowskiego, który w 1863 roku pod Wiedniem służył w polskiej armii jako tłumacz. Tylko on wiedział jak wykorzystać znalezione w obozie Kara Mustafy ziarna i założył jedną z pierwszych kawiarni w Wiedniu. Tradycje parzenia dobrej kawy są we Lwowie pieczołowicie kultywowane. Na elewacji kamienicy przy Serbskiej widać niecodzienną konstrukcję – fragment linii produkcyjnej mieszczącej się we wnętrzach Lwowskiej Manufaktury Czekolady. Lady firmowego sklepu uginają się od pralinek. Furorę robią figurki Putina z białej i mlecznej czekolady. Na kolejnych kondygnacjach, dostępnych skrzypiącymi drewnianymi schodami, można wypić filiżankę gęstej czekolady. Na peryferiach miasta wznosi się natomiast wielkoprzemysłowy browar działający nieprzerwanie od 1715 roku. Konkuruje z nim smakiem (bo wielkością produkcji równać się nie może), minibrowar Kumpel, w którego lokalach można skosztować znakomitych piw zajadając się potrawami przygotowanymi wedle tradycyjnych lwowskich i ludowych receptur.

Lwowska Manufaktura Czekolady, fot. Paweł Wroński
Lwowska Manufaktura Czekolady, fot. Paweł Wroński

Niebanalna pamiątka

Można oczywiście oddawać się zakupom, zwłaszcza w kryjącym liczne sklepy „Magnusie”. Wznosi się nieopodal Lwowskiej Opery przy Szpitalnej. Z żelbetonowym szkieletem i wielkimi taflami przeszklonych okien uchodził w chwili powstania w 1912 roku za jeden z awangardowych budynków europejskich. Po pieriestrojce przywrócono mu świetność z inicjatywy, i za pieniądze polskich biznesmenów. Tylko tam można zobaczyć co najbardziej kusi współczesne lwowianki. Bardziej jednak adekwatną do weekendowej wycieczki pamiątkę znajdziemy na nazywanym dawniej barachołką rzemieślniczym targowisku przy placu Ziarnowym. To także nieopodal Opery. Na tamtejszych straganach znajdziemy laleczki, które robi się motając nici na patyku. Ubrane na ludowo, zamiast ust, oczu i nosa, mają zawsze skrzyżowane paski krajki, fragmenty haftu albo wyrysowane węglem kreski. Uważano bowiem, że laleczka z twarzą uzyska tożsamość, skupi na własnych życzeniach i wchłonie duszę właściciela. Motanki bez twarzy – przynoszą szczęście!

Motanki z barachołki, fot. Paweł Wroński
Motanki z barachołki, fot. Paweł Wroński

Materiał publikowany na łamach magazynu „Świat Podróże Kultura” w numerze sierpień-wrzesień 2015.

Ukraina – Lwów na weekend

Historia i współczesność tworzą we Lwowie oryginalny kolaż. Atmosfery dawnej Galicji i współczesnych europejskich trendów. Żeby się w tym rozsmakować, weekend wystarczy. Na głębsze poznanie raczej nie ma co liczyć. Jednak nie ma się co martwić niedosytem. Lwów leży przecież tak blisko naszych granic, że wizytę łatwo powtórzyć.

SOBOTA
Lwów przywitał mnie turkotem tramwajów i krokami nielicznych jeszcze przechodniów. Była 7 rano, więc weekend dopiero się zaczynał gdy wysiadłem z autobusu Polonusa przy dworcu kolejowym. W kilka minut dotarłem spacerem do przyjemnego hotelu „Irena” (ul. Storożenka 21; www.irenahotel.com.ua). Dwie godziny później, odświeżony i po śniadaniu, ruszyłem w miasto. Wzdłuż głównej ulicy, mówiąc po polsku – Grodzkiej. Nad okolicą góruje neogotycki kościół św. Elżbiety. Inspiracje wiedeńską katedrą św. Szczepana były tak wyraźne, że u progu minionego stulecia rzadko kto nazywał świątynię inaczej niż Stephanskirche. Ponadto wywołała na Gródeckiem, jak zwie się ta dzielnica, modę na nadawanie chłopcom imienia Szczepan. We Lwowie zaroiło się więc od Szczepciów, podobnie jak od Tońciów, pochodzących z Łyczakowa, nad którym górował kościół św. Antoniego. Para popularnych lwowskich komików, która zabawiała radiową publiczność przedwojennej Polski, nosiła takie właśnie imiona.

maly_IMG_4890

U stóp wzgórza, na którym wznosi się jedna z lwowskich ikon – grekokatolicka katedra św. Jura, minąłem cyrk z czasów komunistycznych. Pamiętałem go z 1986 roku. Rozbrzmiewał wówczas głośną muzyką i migotał neonami, odwracając uwagę od wieńczącej świątynię figury św. Jerzego. Dziś role są odwrócone. Św. Jerzy pobłyskuje złociście, a obskurny cyrk czeka na wyburzenie albo na pomysłowego inwestora.

Wkrótce dotarłem do potężnego gmachu Lwowskiej Opery. Wydał mi się łudząco podobny do krakowskiego Teatru Słowackiego. Kawałek dalej zatrzymałem się pod monumentem Tarasa Szewczenki. Może z racji wąsów, profil wielkiego ukraińskiego poety wzbudził u mnie skojarzenia z wizerunkami Piłsudskiego. Pomnik był dla mnie drogowskazem, bo od niego tylko przysłowiowy krok w bok, i o godzinie 11. stanąłem na Rynku.

maly_IMG_4752

Akurat na czas by przywitać się z Ihorem Lylo. Historykiem sztuki i zakochanym w rodzinnym mieście pasjonatem. O Lwowie pisze i opowiada, prowadząc trasami, które obmyśla dla kompanii Kumpel Tour (www.kumpel-tour.com). Raz na rok wciela się w rolę mera i prezentuje jego gabinet. Krąży z chętnymi po zakamarkach starego Lwowa nocą. Zapuszcza do historycznych piwnic. Jednak na weekend, a zwłaszcza na początek, najlepsza jest trasa po lwowskich dachach. Po takich, na które normalnie się nie wchodzi, a z których widoki na Lwów są najciekawsze – dachach hoteli, banków i prywatnych kamienic. Cóż zobaczyłem? Miasto rozsiadłe niczym Rzym na siedmiu wzgórzach. Stłoczone ciasno kamienice, świątynie, teatry, urzędy, banki i hotele. Wciskające się w wąskie ulice tramwaje i pełznące przez skrzyżowania samochody. Parki. Wystające ponad korony drzew elementy miejskiej infrastruktury. Balkony z wywieszonym praniem, dachy oblepione telewizyjnymi antenami oraz pnące się ku niebu wieże i kopuły świątyń. Oddaloną nieco od centrum katedrę św. Jura, katedrę ormiańską. Lwowską Operę z fasadą zwieńczoną rzeźbami. A po środku smukłą ratuszową wieżę z zegarową tarczą.

maly_IMG_4610

Na dachy wyjeżdżaliśmy windami. Nawet taką, którą za radzieckich czasów wywieziono do Leningradu bo była piękna i zabytkowa – secesyjna. Teraz, szybem kursuje zwykła kabina. Szkoda, ale i ona wystarczy, by zgodnie z ideą Ihora, w wycieczce można było uczestniczyć równie dobrze na wózku, jak z wózkiem. Za 150 hrywien od osoby (1 UHR – 0,25 PLN; kurs z przełomu 2014/2015). Nie ma przy tym problemu z porozumieniem, bo związany pracą z Uniwersytetem Lwowskim i Jagiellońskim Ihor biegle włada naszą mową.

Półtorej godziny minęło jak z bicza strzelił. A żołądek zaczął się domagać lunchu. Pozostając wiernym idei poznawania Lwowa i zachodniej Ukrainy, wybrałem „Trapezną” (ul. Wałowa 18a). Jej klimat tworzą średniowieczne piwnice bernardyńskiego klasztoru. A w menu (strawopisie), zgodnie zresztą z tytułem, znalazłem 100 potraw galicyjskiej kuchni. W gruncie rzeczy bardzo nam bliskiej, bo to z niej wywodzą się znane w świecie polskie przeboje kulinarne – barszcz i pierogi. Z drugiej strony zaskakującej bogactwem, bo składają się nią potrawy karpackich górali, Kozaków, szlachty i mieszczan o ormiańskich, ruskich, niemieckich i żydowskich korzeniach.

Właściciel lokalu jest artystą i, podobnie jak Ihor, pasjonatem. Osobiście wyszukuje przepisy, a nawet sam wykonuje naczynia. Wprawdzie na realizację zamówienia trzeba w „Trapeznej” poczekać, ale niczego nie serwują tam z mikrofalówek. Menu zmienia się zgodnie z porami roku, a produkty są zawsze świeże. Restauracja jest ponadto elementem szerszego projektu kulturalnego – Muzeum Pomysłów. Odbywają się w niej wernisaże i koncerty, a ogródek z telebimem często zamienia się w plenerowe kino, teatralną scenę lub estradę. Przyjemnym akcentem był też rachunek, który za moje ulubione galicyjskie pierogi opiewał na… 27 hrywien (niespełna 7 zł; teraz – o ile ceny się nie rozhuśtały z powodu dramatycznego spadku wartości hrywny – jeszcze mniej).

maly_IMG_4939

Po lunchu zajrzałem na targowisko z pamiątkami i rękodziełem, nazywane Wernisażem. Przy ulicy Teatralnej, bo usytuowane nieopodal Lwowskiej Opery i wejścia do dawnego Teatru Skarbka. Dawniej, czyli  do 1960 roku z podobnych towarów słynęło inne targowisko za Lwowską Operą, zlokalizowane przy placu Ziarnowym nazywane potocznie barachołką. Na jego współczesnej, ucywilizowanej wersji, oprócz haftowanych koszul – soroczek, znalazłem doskonale nadające się na pamiątki motanki. Laleczki-amulety, które robi się motając nici na patyku. Ubrane na ludowo, zamiast ust, oczu i nosa, mają zawsze skrzyżowane paski krajki, fragmenty haftu albo wyrysowane węglem kreski. Uważano bowiem, że laleczka z twarzą uzyska tożsamość. A skupiając się na własnych życzeniach może wchłonąć duszę właściciela. Oczekiwania wobec motanek zbiegają się też ze stawianymi marzannom. Nikt ich jednak nie topi, ani nie pali. Zachowuje się je na szczęście!

Pod pomnikiem Iwana Fedorowicza, pierwszego lwowskiego drukarza, poszperałem trochę wśród książek. Na tym bibliofilskim targowisku, pośród stert bezwartościowej makulatury znalazłem wydawnictwa z tekstami w jidysz, pisane cyrylicą, latynicą i niemieckim gotykiem.

maly_IMG_4877

Nim się spostrzegłem, zapadł zmrok. Gdybym był w rodzinnym gronie, i do tego z drobną dziatwą, wybrałbym się zapewne do Opery. Kapiące od złota dekoracje skojarzyłyby się najmłodszym z baśniowym pałacem. A my, dorośli, zachwycalibyśmy się akustyką. Jednak dzieci ze mną nie było, więc uznałem, że nie ma lepszej recepty na wieczór niż rajd po klubach i dyskotekach.

Oferta lwowska jest pod tym względem imponująca. Lokale są czynne do świtu i tchną obietnicą szalonej rozrywki. Tradycje zaś mają zaskakujące. Ot, choćby „Masoch Café”, w samym centrum. W menu drinki takie jak „Śliska pipka” i nie mniej „perwersyjne” potrawy, które można konsumować przykuwając się do siedzisk łańcuchami. Ba, można sobie zamówić biczowanie. Wszystko dlatego, że we Lwowie urodził się Leopold Ritter von Sacher-Masoch. Autor poczytnych pod koniec XIX wieku powieści. Być może jego literackie dzieła i nazwisko odeszłyby w niepamięć, gdyby nie psychiatra Richard Freiherr von Krafft-Ebing, badający seksualne dewiacje. Znajdując symptomy jednej z nich u bohaterów Masocha, nazwał ją masochizmem. W kawiarni patologii nie ma, a historią inspirowane „danie” jakim jest biczowanie, kelnerzy serwują z przymrużeniem oka.

maly_IMG_4796

Mimo to, zakuwać się w kajdany nie zamierzałem. Skierowałem więc kroki do „Millenium”. Klubu zainstalowanego w dawnym kinie, przy alei Czornowoła 2. Sąsiedztwo uniwersyteckich wydziałów i niewygórowane ceny klubowej restauracji „Motorna Diwka” przyciągają studentów oraz goszczących w mieście backpackersów. Ba, kolorytu dodają goście, którzy spłukawszy się w sąsiednim kasynie, zamiast popadać w depresję, przychodzą właśnie tutaj zabawić się za ostatnie pieniądze. Pojawienie się jednego z nich przypomniało mi, że też byłem w kasynie. I to najstarszym. W gmachu o zachwycających secesyjnych wnętrzach. Tyle, że nikt już nie uprawia tam hazardu, bo jest teraz siedzibą oddziału Ukraińskiej Akademii Nauk. Ech, wspomnienia. Gdy opuszczałem „Millenium” okazało się, że szarzeje, i zamarzyłem o odrobinie snu.

NIEDZIELA
Po hulaniu niemal do świtu, zapragnąłem przed południem spaceru. Założę się, że powodowani sentymentem poszliby na cmentarz Łyczakowski, a przyzwyczajeni do porannego joggingu pobiegliby na zamkowe wzgórze i z powrotem. Ja poszedłem na zwykły spacer, po parku, tyle, że choć ich we Lwowie nie brakuje, udałem się do najrozleglejszego z nich – „Gaju Szewczenki”. Tramwajem nr 7. Kupując bilet za 2 hrywny u konduktora, przypomniałem sobie z rozrzewnieniem warszawskie tramwaje z czasów dzieciństwa.

Usytuowany nieco na wschód od centrum park, kryje Muzeum Narodowej Architektury i Życia Codziennego (wstęp 20 hrywien). Jednym słowem skansen, do którego pościągano cerkwie i chałupy z subregionów Zachodniej Ukrainy. Być może u uważnego obserwatora wzbudzi zdziwienie fakt, że wśród góralskich sektorów oprócz bojkowskiego i huculskiego, jest także łemkowski. A przecież Łemkowie zamieszkują nasz Beskid Niski. Skąd się więc wzięli na Ukrainie? Wyjaśnienie jest proste. W utworzonym w latach 30. XX w. skansenie zgromadzono pamiątki kultury materialnej przede wszystkim z XVIII i XIX wieku, a więc z czasów gdy ani Polski, ani tym bardziej Ukrainy nie było na politycznej mapie Europy. Ekspozycja i wystawy prezentują więc Galicję i zasięg kultury ruskiej z czasów habsburskiego panowania (plan sektorów). Cerkiew w sektorze łemkowskim to kopia XIX-wiecznej cerkwi z Kotani, wybudowana za pieniądze Łemków z USA i Kanady, poświęcona w 1991 roku.

maly_IMG_4948

Zgodnie ze współczesnymi trendami wnętrza zabytkowych budynków są żywe, bo oddano je do dyspozycji pomysłowym twórcom. Można więc na przykład dowiedzieć się jak i z czego wyrabiano na dawnej wsi mydło, a nawet kupić sobie na pamiątkę pachnące wybranymi ziołami. Podobnie słoiczek z konfiturami, butelkę soku czy pięknie haftowaną galanterię.

Skansenowe ścieżki przecinają głębokie jary i pną na strome zbocza pagórków. Naspacerowałem się więc za wszystkie czasy, i z tym większą przyjemnością postanowiłem wytchnąć w kozackim chutorze. Skosztowałem tradycyjnych smakołyków i popiłem modnym we Lwowie od wieków kwasem chlebowym. I to nie z butelki, ale z beczki, czyli wyrabiany domowym sposobem, a nie przemysłowo, a więc najlepszym. Potem zaś postrzelałem z łuku bo to jak wiadomo wymaga skupienia i przywraca równowagę. Tak zrelaksowany, wróciłem do centrum tramwajem.

maly_IMG_4930

Na niedzielny lunch wybrałem minibrowar „Kumpel” (ul. Wynnyczenka 6). Lwów ma wspaniałe tradycje piwowarskie, podtrzymywane przez istniejący od 1715 roku wielkoprzemysłowy browar. Oferta Kumpla jest jego kameralną konkurencją ale na wysokim poziomie. Tym ciekawszą, że w restauracyjnym menu nie brakuje oryginalnych dań. Ja, zdecydowałem się na inspirowaną huculskimi tradycjami potrawę z bryndzą, i muszę przyznać, że z kumplowym piwem komponowała się znakomicie. Warto tylko pamiętać, że „Kumpel” ma dziś dwa lokale, nazywane potocznie starym i nowym (Al. Czornowoła 2b) ze względu na chronologię powstawania, a nie wystrój czy lokalizację. Oba są nowoczesne. I z obu na starówkę da się dojść spacerem.

Znowu na starówkę? O tak, na deser! Do zajmującej starą kamienicę przy ulicy Serbskiej „Lwowskiej Manufaktury Czekolady”. Długo stałem z nosem przyklejonym do szklanej tafli, obserwując cukierników przy pracy. Jak w Szwajcarii – wszystko robią ręcznie. Prawdziwa manufaktura. Potem wspiąłem się po skrzypiących drewnianych schodach na górę, by wybrać ze stert pralinek piętrzących się na ladach firmowego sklepu zestaw dla siebie. A potem jeszcze wyżej, żeby wypić przy stoliku filiżankę gęstego, ciepłego napoju. Był pogodny dzień i chciałem to zrobić na tarasie najwyższej kondygnacji, bo szczęśliwcy, którzy zajmą tam miejsce raczą się napojem podziwiając kolejną lwowską panoramę z „dachowej” perspektywy. Niestety, wszystkie miejsca były zajęte, więc tylko rzuciłem okiem na miasto i wróciłem do nastrojowej sali.

maly_IMG_4993

Od ubiegłego roku przebojem manufaktury są czekoladowe figurki Putina (po 65 hrywien). Takie na ząb. Są humorystyczną lwowską ripostą na rosyjską agresję. Podobnie jak sprzedawany na straganach toaletowy papier z podobizną rosyjskiego przywódcy. Czy bijący rekordy powodzenia shot – Chwała Ukrainie (коктейль Слава Україні), któremu ajerkoniak i Blue Curaçao nadają narodowe niebiesko żółte barwy. A który wychyla się jednym haustem z okrzykiem: „Budźma! Hej, hej, hej!”, odpowiadającym naszemu „na zdrowie!”.

Wszystko co dobre ma swój koniec. Ostatnie chwile pobytu wykorzystałem żeby zajrzeć do domu towarowego „Magnusa”. Wznosi się nieopodal Lwowskiej Opery przy ulicy Szpitalnej. Wybudowany w 1912 roku z żelbetonowym szkieletem i wielkimi taflami przeszklonych okien był jednym z pierwszych awangardowych i funkcjonalnych budynków europejskich. Po pieriestrojce przywrócono mu świetność z inicjatywy, i za pieniądze polskich biznesmenów. Dziś, zlokalizowane w „Magnusie” luksusowe sklepy są celem shoppingowych wypraw goniącej za modą klienteli. Tylko tam można zobaczyć co najbardziej kusi lwowianki.

maly_IMG_5047

Spojrzenie na zegarek zadziałało jak ukłucie szpilką. Wezwałem taksówkę. Tak jak mnie nauczyli lwowscy przyjaciele, cenę za przejazd do dworca – tym razem – autobusowego, uzgodniłem z kierowcą. We Lwowie jest tylko jedna taryfa przez całą dobę i nie ma podziału na strefy, zaś cena rzucona przez taksówkarza zgodziła się co do hrywny z tą jaką na koniec kursu pokazał taksometr (aktualne ceny i telefony do firm przewozowych są zebrane tutaj). Na koniec jeszcze jedna uwaga. Ponieważ z autobusów Polonusa korzystają pracujący w Polsce Ukraińcy, wszystkie miejsca podczas kursów z piątku na sobotę tam, i z niedzieli na poniedziałek z powrotem są zajęte. Bilety trzeba koniecznie rezerwować przez Internet, a bilet powrotny wykupić w kasie na lwowskim dworcu autobusowym. Dojazd z centrum, z krótkim postojem na zabranie rzeczy z hotelu, zabiera około pół godziny. Autobus startuje o 20.20, a do Warszawy przyjeżdża koło 4. Jadąc do Lwowa z miast południowej Polski najlepiej chyba wsiąść do pociągu. Można też dojeżdżać samochodem. Mój znajomy zostawił go zresztą przy przejściu granicznym. Granicę przekroczył na piechotę (tak, jak się okazało, jest najszybciej), a dzielący miasto od granicy odcinek 70 km przejechał marszrutką. Tanio i pewnie, a poza tym odpadły mu kłopoty z parkowaniem. Co zaś do poruszania się po Lwowie, to latem 2015, niemiecka firma NextBike uruchomi sieć rowerów miejskich. A ścieżek rowerowych przybywa już od kilku lat, i rower staje się coraz modniejszym środkiem lokomocji na ulicach zachodnioukraińskiej metropolii.

maly_IMG_5188

Tekst publikowany na łamach magazynu „Witaj w podróży”, pt. Tylko we Lwowie (kwiecień-maj 2015; pdf —> tutaj).

Ukraina – Вишиваний Шлях (Haftowany szlak)

Każdy z regionów Ukrainy, wyróżniały niegdyś motywy haftów na bluzkach i koszulach – soroczkach. Ze względu na technikę wykonania gęsty haft nosi nazwę krzyżykowego. We wzory wplatano także drobniutkie barwne koraliki weneckiej roboty.

Sztuka ludowa, a zwłaszcza sztuka haftu na Ukrainie żywsza jest niż ludowe rękodzieło u nas, bo i większym zainteresowaniem cieszy się na krajowym rynku. Sam widziałem jak oczy lwowianek świecą się – nie chcę powiedzieć – pożądaniem, ale na pewno ciekawością, na popularnym Wernisażu. Targowisku na lwowskiej starówce. Z różnościami. Pamiątkami, dewocjonaliami i rękodziełem, w tym właśnie ręcznie haftowanymi bluzkami i koszulami.

maly_IMG_4982

Wyszywane koszule są charakterystycznym elementem ukraińskiej kultury. Misternie wykonane przekazywano z pokolenia na pokolenie. Być może uległyby zapomnieniu, gdyby nie fakt, że tradycje української вишивки, przeżywają dziś renesans. Zakładając bowiem haftowane koszule, Ukraińcy manifestują patriotyczną postawę. Kiedy na początku 2013 roku jeden z prorosyjskich deputowanych stwierdził publicznie, że parlamentarzyści nie powinni przychodzić tak ubrani na posiedzenia, opozycja (posłanki i posłowie Bat’kiwszczyny oraz Swobody), stawiła się na obrady 19 lutego solidarnie – w haftowanych koszulach.

Ponoć jako pierwszy, dla zjednania sobie Ukraińców, soroczkę nosił pod mundurem oficerskim Wilhelm von Habsburg. Wprawdzie jako postać historyczna, marzący o ukraińskiej koronie arcyksiążę nie zapisał się zbyt chwalebnie, jednak witając we wrześniu 1917 roku po niemiecku i ukraińsku, powracającego do Lwowa z rosyjskiego więzienia metropolitę cerkwi greckokatolickiej, Andrzeja Szeptyckiego, wzbudził wśród zgromadzonych entuzjazm. A haftowana koszula tak się zgromadzonym spodobała, że zaczęli skandować „Wyszywany!”. Wilhelm posługiwał się później chętnie tym przydomkiem, a w dwudziestoleciu międzywojennym, we Francji miał nawet paszport na nazwisko Wasyl Wyszywany.

W zamyśle projektodawców, biegnąc z zachodu na wschód, Haftowany szlak połączy miejsca, w których kultywuje się, bądź inspiruje tradycyjną sztuką ludową, rozrzucone po dawnych etnograficznych regionach kraju, dziś bilansujących się w granicach 24 administracyjnych okręgów – obłasti (11 zgłosiło akces). Na mapce są motywy charakterystyczne dla każdego z nich.

Na razie inicjatywa jest w powijakach, ale funpage na FB już mają 🙂 Jest także anons „Ornament Way” na stronie www.zotic.zp.ua (również po angielsku i rosyjsku), prezentacja projektu (pdf) oraz Trailer (Youtube).

Trochę mody inspirowanej ludową sztuką.

Trochę folkloru – z haftami, a jakże 🙂

Trochę przykładów regionalnych haftów z Ukrainy jako ilustracja piosenki: Анна Торішня ~ Вишиванка моя Україна.