Mickiewicz z muzeum i według Haydamaków

Był rok 1831, gdy w niezbyt odległym od Jarocina pałacu w Śmiełowie, u Gorzeńskich, gościł Adam Mickiewicz, pod przybranym nazwiskiem, podając się za nauczyciela.

Po Gorzeńskich majątek przeszedł w ręce kolejnej wielkopolskiej rodziny ziemiańskiej, Chełkowskich. Maria z Donimirskich Chełkowska (1878-1960), ostatnia właścicielka Śmiełowa (rodzina władała majątkiem do 1939 roku), była w Wielkopolsce gorącą propagatorką kultu Mickiewicza. Zainicjowała w Śmiełowie ideę ‘dworu otwartego’, przyjmującego wybitne osobistości (m.in.: Henryka Sienkiewicza, Jana Ignacego Paderewskiego, Marię Gorecką – córkę Mickiewicza, gen. Józefa Hallera, Władysława Tatarkiewicza, Wojciecha Kossaka, Ludomira Różyckiego). Wraz z mężem Józefem gromadziła pamiątki po wieszczu.

Ucieleśniona idea
W latach 1970-1975 pałac wyremontowano i korzystając z ich dorobku, otwarto muzeum dedykowane poecie. W zbiorach znajdują się liczne przedmioty związane z Mickiewiczem i innymi goszczącymi tu wybitnymi postaciami końca XIX i pierwszej połowy XX wieku oraz cenne wyposażenie wnętrz z epoki, w tym oryginalne meble. Natomiast w pokoju, w którym Adam Mickiewicz mieszkał w 1831 roku, wmurowano pamiątkową tablicę.

Mickiewicz przebywał w Śmiełowie od połowy sierpnia do połowy września 1831 roku. Ponieważ chciał się przedostać do Królestwa posługiwał się fikcyjnym paszportem i podawał za Adama Mühla, kuzyna Gorzeńskich i nauczyciela ich synów: Antoniego i Władysława. Zastała go tu wiadomość o kapitulacji Warszawy 7 września 1831 roku, a ze względu na słabnący opór Polaków próby przeprawy przez granicę zakończyły się niepowodzeniem.

Muzeum Adama Mickiewicza w Śmiełowie: www.smielow.com.pl oraz fanpage placówki: www.facebook.com


Wieszcz w rockowym wydaniu
O Jarocinie słyszał nasz wieszcz bądź nie, rocka zaś nie przewidywał w najśmielszych nawet marzeniach. Inaczej zgoła rzecz się ma z rockmenami z Ukrainy z zespołu „Haydamaky” o naszym wielkim wieszczu słyszeli, zaś jego wersy tak ich zafascynowały, że we współpracy z pisarzem, Andrzejem Stasiukiem nagrali w 2017 roku płytę „Mickiewicz – Stasiuk – Haydamaky”. Kompozycje z tej właśnie płyty zaprezentowali artyści w lipcu 2018 roku festiwalowej publiczności. Dla mnie zaś, zwiedzanie Śmiełowa i koncert na parkowej scenie złożyły się w jeden, spójny dzień mickiewiczowski.

Pałac w Śmiełowie – Mickiewicz na Judahu Skale, bodaj najczęściej reprodukowany portret wieszcza pędzla Walentego Wańkowicza z lat 1827–1828, fot. Paweł Wroński

Na krążku jest 10 utworów z przejmującą balladą Alpuhara z Konrada Wallenroda, a niejako w opozycji, melancholijnym wierszem Mogiły haremu z cyklu Sonetów Krymskich. W warstwie muzycznej, wątki ze wschodnich kresów dawnej Rzeczypospolitej przeplatają się z motywami zaczerpniętymi z kultury Islamu. Z jednej strony ujęcie takie odzwierciedla podróże jakie odbywał Mickiewicz, z drugiej to przestroga dla współczesnych, niczym wersy Reduty Ordona, którą wykonawcy zadedykowali obrońcom Donbasu. Wokalista zespołu przypomniał bowiem słuchaczom, że 2 tys. km od Jarocina na wschód wciąż toczy się wojna. Zupełnie jakby ze sceny padły słowa: baczcie dokąd was prowadzą wyzbyci odpowiedzialności i wyobraźni samozwańczy wodzowie, byście nie ocknęli się na redutach. Warto o tym zawczasu pomyśleć, bo poeci głoszą wieczną sławę… poległych bohaterów.

Mickiewicz na łożu śmierci, obraz ze zbiorów Muzeum Adama Mickiewicza w Śmiełowie, fot. Paweł Wroński

ALPUHARA
(ballada z „Konrada Wallenroda”, wersy: 1330-1400)

Już w gruzach leżą Maurów posady,
Naród ich dźwiga żelaza,
Bronią się jeszcze twierdze Grenady,
Ale w Grenadzie zaraza.

Broni się jeszcze z wież Alpuhary
Almanzor z garstką rycerzy,
Hiszpan pod miastem zatknął sztandary,
Jutro do szturmu uderzy.

O wschodzie słońca ryknęły spiże,
Rwą się okopy, mur wali,
Już z minaretów błysnęły krzyże,
Hiszpanie zamku dostali.

Jeden Almanzor, widząc swe roty
Zbite w upornej obronie,
Przerznął się między szable i groty,
Uciekł i zmylił pogonie.

Hiszpan na świeżej zamku ruinie,
Pomiędzy gruzy i trupy,
Zastawia ucztę, kąpie się w winie,
Rozdziela brańce i łupy.

Wtem straż oddźwierna wodzom donosi,
Że rycerz z obcej krainy
O posłuchanie co rychlej prosi,
Ważne przynosząc nowiny.

Był to Almanzor, król muzułmanów,
Rzucił bezpieczne ukrycie,
Sam się oddaje w ręce Hiszpanów
I tylko błaga o życie.

„Hiszpanie – woła – na waszym progu
Przychodzę czołem uderzyć,
Przychodzę służyć waszemu Bogu,
Waszym prorokom uwierzyć.

„Niechaj rozgłosi sława przed światem,
Że Arab, że król zwalczony,
Swoich zwyciężców chce zostać bratem,
Wasalem obcej korony”.

Hiszpanie męstwo cenić umieją;
Gdy Almanzora poznali,
Wódz go uścisnął, inni koleją
Jak towarzysza witali.

Almanzor wszystkich wzajemnie witał,
Wodza najczulej uścisnął,
Objął za szyję, za ręce chwytał,
Na ustach jego zawisnął.

A wtem osłabnął, padł na kolana,
Ale rękami drżącemi
Wiążąc swój zawój do nóg Hiszpana,
Ciągnął się za nim po ziemi.

Spójrzał dokoła, wszystkich zadziwił,
Zbladłe, zsiniałe miał lice,
Śmiechem okropnym usta wykrzywił,
Krwią mu nabiegły źrenice.

„Patrzcie, o giaury! jam siny, blady,
Zgadnijcie, czyim ja posłem? –
Jam was oszukał, wracam z Grenady,
Ja wam zarazę przyniosłem.

„Pocałowaniem wszczepiłem w duszę
Jad, co was będzie pożerać,
Pójdźcie i patrzcie na me katusze:
Wy tak musicie umierać!”

Rzuca się, krzyczy, ściąga ramiona,
Chciałby uściśnieniem wiecznym
Wszystkich Hiszpanów przykuć do łona;
Śmieje się – śmiechem serdecznym.

Śmiał się – już skonał – jeszcze powieki,
Jeszcze się usta nie zwarły,
I śmiech piekielny został na wieki
Do zimnych liców przymarły.

Hiszpanie trwożni z miasta uciekli,
Dżuma za nimi w ślad biegła;
Z gór Alpuhary nim się wywlekli,
Reszta ich wojska poległa.


MOGIŁY HAREMU
Mirza do Pielgrzyma

Tu z winnicy miłości niedojrzałe grona
Wzięto na stół Allacha; tu perełki Wschodu,
Z morza uciech i szczęścia, porwała za młodu
Truna, koncha wieczności, do mrocznego łona.

Skryła je niepamięci i czasu zasłona;
Nad nimi turban zimny błyszczy śród ogrodu,
Jak buńczuk wojska cieniów, i ledwie u spodu
Zostały dłonią giaura wyryte imiona.

O wy, róże edeńskie! u czystości stoku
Odkwitnęły dni wasze pod wstydu liściami,
Na wieki zatajone niewiernemu oku.

Teraz grób wasz spójrzenie cudzoziemca plami,
Pozwalam mu, – darujesz, o wielki Proroku!
On jeden z cudzoziemców poglądał ze łzami.


REDUTA ORDONA
Opowiadanie adiutanta

Nam strzelać nie kazano. – Wstąpiłem na działo
I spójrzałem na pole; dwieście armat grzmiało.
Artyleryi ruskiej ciągną się szeregi,
Prosto, długo, daleko, jako morza brzegi;
I widziałem ich wodza: przybiegł, mieczem skinął
I jak ptak jedno skrzydło wojska swego zwinął;
Wylewa się spod skrzydła ściśniona piechota
Długą czarną kolumną, jako lawa błota,
Nasypana iskrami bagnetów. Jak sępy
Czarne chorągwie na śmierć prowadzą zastępy.

Przeciw nim sterczy biała, wąska, zaostrzona,
Jak głaz bodzący morze, reduta Ordona.
Sześć tylko miała armat; wciąż dymią i świecą;
I nie tyle prędkich słów gniewne usta miecą,
Nie tyle przejdzie uczuć przez duszę w rozpaczy,
Ile z tych dział leciało bomb, kul i kartaczy.
Patrz, tam granat w sam środek kolumny się nurza,
Jak w fale bryła lawy, pułk dymem zachmurza;
Pęka śród dymu granat, szyk pod niebo leci
I ogromna łysina śród kolumny świeci.

Tam kula, lecąc, z dala grozi, szumi, wyje.
Ryczy jak byk przed bitwą, miota się, grunt ryje; –
Już dopadła; jak boa śród kolumn się zwija,
Pali piersią, rwie zębem, oddechem zabija.
Najstraszniejszej nie widać, lecz słychać po dźwięku,
Po waleniu się trupów, po ranionych jęku:
Gdy kolumnę od końca do końca przewierci,
Jak gdyby środkiem wojska przeszedł anioł śmierci.

Gdzież jest król, co na rzezie tłumy te wyprawia?
Czy dzieli ich odwagę, czy pierś sam nadstawia?
Nie, on siedzi o pięćset mil na swej stolicy,
Król wielki, samowładnik świata połowicy;
Zmarszczył brwi, – i tysiące kibitek wnet leci;
Podpisał, – tysiąc matek opłakuje dzieci;
Skinął, – padają knuty od Niemna do Chiwy.
Mocarzu, jak Bóg silny, jak szatan złośliwy,
Gdy Turków za Bałkanem twoje straszą spiże,
Gdy poselstwo paryskie twoje stopy liże, –
Warszawa jedna twojej mocy się urąga,
Podnosi na cię rękę i koronę ściąga,
Koronę Kazimierzów, Chrobrych z twojej głowy,
Boś ją ukradł i skrwawił, synu Wasilowy!

Car dziwi się – ze strachu. drzą Petersburczany,
Car gniewa się – ze strachu mrą jego dworzany;
Ale sypią się wojska, których Bóg i wiara
Jest Car. – Car gniewny: umrzem, rozweselim Cara.
Posłany wódz kaukaski z siłami pół-świata,
Wierny, czynny i sprawny – jak knut w ręku kata.

Ura! ura! Patrz, blisko reduty, już w rowy
Walą się, na faszynę kładąc swe tułowy;
Już czernią się na białych palisadach wałów.
Jeszcze reduta w środku, jasna od wystrzałów,
Czerwieni się nad czernią: jak w środek mrowiaka
Wrzucony motyl błyska, – mrowie go naciska, –
Zgasł – tak zgasła reduta. Czyż ostatnie działo
Strącone z łoża w piasku paszczę zagrzebało?
Czy zapał krwią ostatni bombardyjer zalał?
Zgasnął ogień. – Już Moskal rogatki wywalał.

Gdzież ręczna broń? – Ach, dzisiaj pracowała więcej
Niż na wszystkich przeglądach za władzy książęcej;
Zgadłem, dlaczego milczy, – bo nieraz widziałem
Garstkę naszych walczącą z Moskali nawałem.
Gdy godzinę wołano dwa słowa: pal, nabij;
Gdy oddechy dym tłumi, trud ramiona słabi;
A wciąż grzmi rozkaz wodzów, wre żołnierza czynność;
Na koniec bez rozkazu pełnią swą powinność,
Na koniec bez rozwagi, bez czucia, pamięci,
Żołnierz jako młyn palny nabija – grzmi – kręci
Broń od oka do nogi, od nogi na oko:
Aż ręka w ładownicy długo i głęboko
Szukała, nie znalazła – i żołnierz pobladnął,
Nie znalazłszy ładunku, już bronią nie władnął;
I uczuł, że go pali strzelba rozogniona;
Upuścił ją i upadł; – nim dobiją, skona.
Takem myślił, – a w szaniec nieprzyjaciół kupa
Już łazła, jak robactwo na świeżego trupa.

Pociemniało mi w oczach – a gdym łzy ocierał,
Słyszałem, że coś do mnie mówił mój Jenerał.
On przez lunetę wspartą na moim ramieniu
Długo na szturm i szaniec poglądał w milczeniu.
Na koniec rzekł; „Stracona”. – Spod lunety jego
Wymknęło się łez kilka, – rzekł do mnie: „Kolego,
Wzrok młody od szkieł lepszy; patrzaj, tam na wale,
Znasz Ordona, czy widzisz, gdzie jest?” – „Jenerale,
Czy go znam? – Tam stał zawsze, to działo kierował.
Nie widzę – znajdę – dojrzę! – śród dymu się schował:
Lecz śród najgęstszych kłębów dymu ileż razy
Widziałem rękę jego, dającą rozkazy. –
Widzę go znowu, – widzę rękę – błyskawicę,
Wywija, grozi wrogom, trzyma palną świécę,
Biorą go – zginął – o nie, – skoczył w dół, – do lochów”!
„Dobrze – rzecze Jenerał – nie odda im prochów”.

Tu blask – dym – chwila cicho – i huk jak stu gromów.
Zaćmiło się powietrze od ziemi wylomów,
Harmaty podskoczyły i jak wystrzelone
Toczyły się na kołach – lonty zapalone
Nie trafiły do swoich panew. I dym wionął
Prosto ku nam; i w gęstej chmurze nas ochłonął.
I nie było nic widać prócz granatów blasku,
I powoli dym rzedniał, opadał deszcz piasku.
Spojrzałem na redutę; – wały, palisady,
Działa i naszych garstka, i wrogów gromady;
Wszystko jako sen znikło. – Tylko czarna bryła
Ziemi niekształtnej leży – rozjemcza mogiła.
Tam i ci, co bronili, -i ci, co się wdarli,
Pierwszy raz pokój szczery i wieczny zawarli.
Choćby cesarz Moskalom kazał wstać, już dusza
Moskiewska. tam raz pierwszy, cesarza nie słusza.
Tam zagrzebane tylu set ciała, imiona:
Dusze gdzie? nie wiem; lecz wiem, gdzie dusza Ordona.
On będzie Patron szańców! – Bo dzieło zniszczenia
W dobrej sprawie jest święte, Jak dzieło tworzenia;
Bóg wyrzekł słowo stań się, Bóg i zgiń wyrzecze.
Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona
Obleją, jak Moskale redutę Ordona –
Karząc plemię zwyciężców zbrodniami zatrute,
Bóg wysadzi tę ziemię, jak on swą redutę.


Гайдамаки (Haydamaky), zespół uprawiający etno-rock z Ukrainy, występujący od pewnego czasu z polskimi wykonawcami. Projekt oparty o oryginalną poezję Mickiewicza zespół zrealizował z Andrzejem Stasiukiem. Obecnie grają w składzie:

  • Олександр Ярмола (Oleksander Iarmola) – śpiew, słowa utworów
  • Андрій Слепцов (Andrij Slepcow) – gitara
  • Дмитро Кірічок (Dmytro Kirichok) – gitara basowa
  • Дмитро Кушнір (Dmytro Kushnir) – instrumenty perkusyjne
  • Роман Дубонос (Roman Dubonos) – trąbka
  • Максим Бойко (Maksym Boyko) – puzon

Oficjalny portal grupy: www.haydamaky.com


Reklamy

Вишивка, czyli haftowanie na Ukrainie

Haftowane motywy są nader łatwo rozpoznawalnymi znakami regionów Ukrainy, każdy ma bowiem charakterystyczny dla siebie wzór i kolorystykę. Technika jest wszędzie podobna, a określa się ją mianem haftu krzyżykowego.

Współcześnie spotykamy dwie tendencje. Po pierwsze wiele haftów wykonanych jest maszynowo. Wyroby z takim haftem także cieszą oczy, nawet tym bardziej, że cena jest niższa niż tych wykonanych ręcznie. Oba rodzaje stanowią pełną uroku pamiątkę dla przybyszów. Dla Ukraińców ważniejszy jest jednak silny wydźwięk patriotyczny haftu.

Historia tej sztuki dekoracyjnej jest na Ukrainie bardzo długa. Najstarsze przykłady haftów odnalezione przez archeologów datowane są na I wiek po Chrystusie. Haftowane obrusy, chusty i stroje odgrywały przez stulecia istotną rolę ceremonialną, zarówno na książęcych dworach jak wśród prostego ludu, choćby podczas uroczystości ślubnych. Fala dumy z haftowanych motywów ludowych przelała się przez kraj za caratu, pod koniec XIX wieku, gdy od Lwowa przez Kijów po Krym rodziło się i nasilało wśród obywateli, poczucie ukraińskiej tożsamości. Haft – вишивка i haftowana koszula – вишиванка, stały się wtedy symbolami narodowej kultury, równie istotnymi jak godło – osławiony tryzub jaki tworzą splecione inicjały Władimira i Olgi, pary książęcej, która wprowadziła na Rusi chrześcijaństwo jako religię panującą, czy niebiesko żółta flaga.  W czasach radzieckiej urawniłowki tradycjom hafciarskim groziło zapomnienie, ale  w ukraińskich środowiskach emigracyjnych je kultywowano i dokumentowano motywy, by nie zaginęły. Ba, zakładano nawet kółka hafciarskie, zamieniając typowo kobiece zajęcie w popularne hobby.

Po agresji Rosji Putina i aneksji Krymu, poczucie godności narodowej niebotycznie wzrosło, a symbole niezależności stały się remedium dla udręczonej duszy. Nic więc dziwnego, że na klimatycznych lwowskich bazarach i w salonach z odzieżą вишиванки zajmują poczesne miejsce – obok motanek, ceramiki, niebiesko żółtych patriotycznych akcesoriów i tradycyjnych przetworów spożywczych.

Вишиванки są na wszystkich targowiskach, ale najlepiej szukać ich na cieszącym się ugruntowaną sławą bazarze sztuki ludowej i rękodzieła – na starówce, na wysokości Opery, między Bulwarem Wolności (od zachodu), a ulicami: Lesi Ukrainki (od północy), Niski Zamek (od południa) oraz Teatralną (od wschodu) – мистецький ринок „Вернісаж” przy Placu Вічева.


Lwowskie targowiska (Львівські ринки) w liczbie 15:  www.lviv.vgorode.ua

Крива Липа, smaczny zaułek Lwowa

Bodaj najpopularniejszym lwowskim zagłębiem kulinarnym jest zaułek Krzywej Lipy („Крива Липа”), ciągnący się wśród kamienic między ulicami Strzelców Siczowych () i Piotra Doroszenki ().

Nazwę dała mu lipa, rzeczywiście krzywa i stara, którą pieczołowicie zachowano. W przyziemiach kamienic zagnieździło się mnóstwo restauracji, barów oraz hotel – także z Krzywą Lipą w nazwie. Pionierskim nowoczesnym przedsięwzięciem było tutaj Kulinarne studio „Kryva Lypa”, restauracja-bar serwująca bardzo dobrze przyrządzone i elegancko podane potrawy kuchni europejskiej, herbaty, kawy, wina i drinki.

Na internetowych stronach zespół „Kryvej Lypy” (Кулінарна студія „Крива Липа”) tak się anonsuje: „Każdy z nas jest praktykiem i profesjonalistą, zakochanym w przygotowywaniu potraw i kuchni. Naturalne i świeże produkty które sami starannie każdego dnia dobieramy nadają najbardziej unikatowy smak potraw które serwujemy.  Tworząc ten projekt w 2009 roku, staraliśmy się podążać własną drogą co zaowocowało zdobyciem zaufania klientów, a także reputacji jednej z najlepszych restauracji we Lwowie.”.

W poniedziałki gastronomiczna oferta poszerza się o odrobinę kultury. Wyświetlane są filmy w języku oryginału, ale z napisami – ukraińskimi bądź rosyjskimi.


Кулінарна студія „Крива Липа” (проїзд Крива Липа 8): www.kryva-lypa.com
Menu lokalu po angielsku i ukraińsku (ściągnij —> PDF);
1 UAH – 0,14 PLN (czerwiec 2018; kalkulator walut: www.pl.coinmill.com)

We Lwowie przy Doroszenki 19

Lwowską starówkę otaczają pierścieniem dzielnice wyrosłe w czasach CK monarchii, z tej racji nazywane Lwowem austriackim.

Atmosfera panuje tam iście wiedeńska, czy budapeszteńska, a jeśli ktoś woli… krakowska. W tej właśnie okolicy, w przepięknej eklektycznej kamienicy z końca XIX wieku, przy ulicy Doroszenki 19, niemal u jej wylotu na Bulwar Wolności, mieści się Hostel „Leosfera”. Świetnie położony i dobrze skomunikowany, oferuje tanie noclegi w kilku zbiorowych salach ze wspólnymi łazienkami. Jest dostęp do wi-fi, a recepcja działa non-stop. Miejsce jest nader klimatyczne i rzeczywiście wszędzie stamtąd blisko. 200 m do Pałacu Potockich, 300 m na Iwanofrankowski Uniwersytet Lwowski, a 400 m do katedry rzymskokatolickiej i słynnej Kaplicy Boimów, jednego z najcenniejszych zabytków starego Lwowa.


Hostel „Leosfera”:  www.leospherehostel.webnode.com.ua

Olesko i Podhorce

Rodowe gniazdo Jana III Sobieskiego w Olesku i pałac w Podhorcach, który dzierżyły najznamienitsze kresowe rody Rzeczypospolitej Szlacheckiej. W pierwszym z nich jest dzisiaj muzeum, drugi – popada w ruinę… imponującą i piękną ruinę.

Zamek w Olesku – miejsce urodzin Jana III Sobieskiego, fot. Paweł Wroński
Olesko – klasztor kapucynów, fot. Paweł Wroński
Olesko historyczne na współczesnym obrazie ze zbiorów muzealnych, fot. Paweł Wroński

Wzmiankowany już w XIV wieku zamek w Olesku, stał się własnością Sobieskich w 1637 roku i pozostawał w ich rękach do 1725, kiedy to odsprzedali dobra oleskie Rzewuskim. To oni w 1739 roku ufundowali klasztor dla kapucynów – zakonu żebraczego, wywodzącego się z pnia franciszkańskiego (jako odrębna wspólnota, kapucyni działają od 1528 roku – ich oddzielenie się od franciszkanów było reakcją na odchodzenie macierzystego zakonu od surowej reguły założyciela, św. Franciszka z Asyżu). Dość szybko zgromadzenie zyskało możnych protektorów w Rzeczypospolitej Szlacheckiej. Na ziemie polskie sprowadził ich Jan III Sobieski po wiedeńskiej wiktorii, bo jak głosi legenda, przed bitwą, o. Marek z Aviano przepowiedział królowi zwycięstwo (www.piusx.org.pl).

Pałac w Podhorcach, zamieniony przez Koniecpolskich w obronne bastionowe założenie rezydencjonalne (Palazzo in fortezza), fot. Paweł Wroński
Podhorce, kościół św. Józefa, fot. Paweł Wroński

Zamek w Podhorcach wzniósł w latach 1637-1640 starosta perejasławski i wojewoda sandomierski Aleksander Koniecpolski. Świątynia powstała ponad sto lat później, w latach 1752-1766, a jej fundatorem był hetman wielki koronny Wacław Seweryn Rzewuski.

Rękodzieło – wyszywanki i ceramika na targowisku koło pałacu w Podhorcach, fot. Paweł Wroński

Oba zabytkowe kompleksy znajdują się w odległości 70-80 km od centrum Lwowa. Dojazd do Oleska odbywa się przy tym po najlepszej obecnie drodze Ukrainy, arterii szybkiego ruchu łączącej zachodnią metropolię kraju ze stolicą, Kijowem. Bez porównania gorszy, ale na szczęście krótki (ok. 7 km) jest odcinek między Oleskiem a Podhorcami. Pokonać go jednak warto, aby odbyć spacer taki, jak na załączonym slajdowisku z majowej wycieczki.

 

O budowie dróg na Ukrainie krąży następująca anegdota: „do przetargu stają 3 firmy – turecka, rosyjska i ukraińska. Turecka szacuje koszty na 1 mln, rosyjska na 2 mln, a ukraińska na 3 mln USD. Ktoś z komisji zadaje pytanie przedstawicielowi krajowego oferenta – skąd wy bierzecie takie kalkulacje? To proste – słyszy w odpowiedzi – jeden milion dolarów dla Wysokiej komisji, drugi za projekt i starania dla naszej firmy, a za trzeci Turcy wybudują drogę…”. Istotnie, wspomnianą drogę zbudowali Turcy!

 

Jeszcze przed kilku laty, w miejscu, gdzie wąska droga łącząca Olesko z Podhorcami trawersuje niewielki pagórek w pobliżu wsi Chwatów (Хватів), podróżni doznawali szoku. Nad ich głowami pojawiały się bowiem gigantyczne kopyta i podbrzusza galopujących, spiżowych koni. Był to pomnik I Armii Konnej marszałka Budionnego (ukr. Першої Кінної армії, potocznie: «Олеські коні»), wystawiony i uroczyście odsłonięty w 1975 roku. Autorami kompozycji rzeźbiarskiej byli profesor Lwowskiego Instytutu Sztuki i Rzemiosła Валентин Борисенко oraz architekt Анатолій Консулов. Konie miały szarżować na zachód – symbolicznie – ku Polsce, w rzeczywistości skierowano je ku północy z niewielkim wręcz odchyleniem na wschód… Niezależnie od ideologicznej wymowy, na każdym widzu instalacja wywierała ogromne wrażenie. Była zakotwiczona w pagórku, a jeźdźcy zdawali się „frunąć” nad ziemią. Łatwo sobie wyobrazić jak skomplikowanym logistycznie przedsięwzięciem było ustawienie tego monumentu. Niestety, w 2015 roku cenne metale, z których odlano 27-metrowe dzieło, rozkradli „anonimowi sprawcy”. Pozostał szkielet, który skwapliwie zdemontowano. Cała historia zbiegła się z przyjęciem przez ukraiński parlament ustawy o dekomunizacji przestrzeni publicznej – usunięciu sowieckiej symboliki, pomników, zmianie nazw ulic i miejscowości. Pomnik Konnej Armii Budionnego, który stał się zabytkiem zarówno historii, jak techniki, można więc oglądać dziś jedynie na archiwalnych fotografiach. Poniższa też jest zabytkowa, gdyż pochodzi z albumu „Львівшчина”, wydanego w czasach sowieckich, w Kijowie, w 1984 roku.

Pomnik armii Budionnego z albumu „Львівшчина”, wydanego w Kijowie w 1984 roku, fot. Paweł Wroński

 

Siemion Budionny – marszałek Związku Radzieckiego. W lutym 1919 roku utworzył konny oddział Armii Czerwonej, przemianowany kilka miesięcy później na 1. Armię Konną (ros. Первая Конная армия, albo krótko: Конармия). Dowodził nią w latach 1919–1923, walcząc z wojskami gen. Piotra Wrangla nad Donem i kontrrewolucyjnymi oddziałami kozackimi. W wojnie polsko-bolszewickiej Konarmia nacierała na Lwów. 17 sierpnia 1920 roku stoczyła krwawą bitwę z Orlętami Lwowskimi pod Zadwórzem. Zważywszy na różnice sił (kilka tysięcy kawalerzystów przeciwko 300 piechurom), przyjęło się ją nazywać „polskimi Termopilami”. W tym zaś czasie, we Lwowie śpiewano na melodię „Krakowiaczek jeden”:
„Budionny, Budionny, bosy jenerale
Jeszcze będziesz wisiał na Czartowskiej Skale!”
Niedługo potem Konarmię rozgromili polscy ułani pod Komarowem, w największej bitwie kawaleryjskiej XX stulecia.

 


O Olesku i jego historii na stronach znakomitej restauracji „Grydnycia”, urządzonej w zamkowych piwnicach: www.grydnycia.lviv.ua

Zamki Lwowszczyzny (a jest ich sporo, choć w większości zrujnowane), w tym tzw. Złotą Podkowę Lwowa, jaką tworzą zamki w Olesku, Podhorcach i Złoczowie, zwiedzać najlepiej z lwowskim biurem Kumpel-Tur, polecam gorąco: www.kumpel-tour.com

Pstrąg przyrządzony w „Grydnyci”. Specjalnością są owocowe i ziołowe nalewki, przyrządzane według receptur właścicielki – z zawodu farmaceutki (220 UAH za buteleczkę 0,33), fot. Paweł Wroński

Herbatka z rokitnika

We wschodnim skrzydle gmachu zajmowanego przez piękny secesyjny Готель Жорж we Lwowie, znajduje się elegancka kawiarnia „Gloria”. W menu sporo pomysłowych pozycji, w tym napojów, takich jak обліпиховий чай – herbatka z rokitnika.

 

Rokitnik to po ukraińsku обліпиха. A, że u naszych sąsiadów panuje podobnie jak u nas moda na przetwory z owoców tej rośliny, dzbanek naparu z rokitnika znalazł się w karcie tego ekskluzywnego, przyhotelowego lokalu. Smak i aromat wzbogacają: mięta, limonka, kora cynamonu oraz miód podany do słodzenia (o występowaniu i właściwościach rośliny, czytaj na: www.encyklopedia.lasypolskie.pl).

 

Poprzednikiem hotelu Жорж był hotel Під трьома гаками wzniesiony w 1793 roku. W 1816 roku właścicielem został kupiec Ґеорґ (Жорж) Гофман, na którego cześć zmieniono nazwę. Dzisiejszy wygląd jest efektem przebudowy z lat 1898-1901. Projekt był dziełem  wziętej wiedeńskiej spółki architektonicznej: Ferdinand Fellner i Hermann Gottlieb Helmer. Swojego czasu hotel był wizytówką Lwowa. Dziś nie należy już ani do najbardziej luksusowych, ani najdroższych lwowskich hoteli, ale – chociaż nosi zaledwie trzy gwiazdki – jego gmach wciąż zachwyca i zalicza się do ciekawszych miejskich zabytków. Splendoru dodaje obiektowi fakt, że gościło w nim wiele osobistości świata polityki, biznesu i kultury. Byli pośród nich: Honoriusz Balzak, Franciszek Liszt, Maurycy Ravel, Jean-Paul Sartre, Jan Kiepura, Józef Piłsudski, Ignacy Jan Paderewski, a w czasach komunistycznych: Leonid Breżniew i Nikita Chruszczow oraz – spoza żelaznej kurtyny – aktor Ewan McGregor.


Hotel mieści się przy Placu Mickiewicza pod numerem 1: www.georgehotel.com.ua

Sobór św. Jura we Lwowie

Wielowyznaniowość, charakterystyczna cecha lwowskiej rzeczywistości, fundament dziejów miasta i jego mozaikowej kultury, jest wciąż wyraźnie widoczna w krajobrazie.

Strzelające ku niebu na Starym Mieście wieże gotyckiej rzymskokatolickiej katedry i jednej z najstarszych w mieście świątyń – katedry ormiańskiej, sąsiadują ze sobą. Nieopodal wznoszą się kopuły metropolitalnej prawosławnej cerkwi. Na wzgórzu, w oddaleniu, piętrzy się najważniejsza świątynia grekokatolików – Sobór św. Jura. Kościołów, cerkwi i klasztornych zabudowań jest tutaj mnóstwo, ale unicki Święty Jur jest bodaj najlepiej z nich wyeksponowany – zbudowano go na wzgórzu. Natomiast rzymskokatolicki kościół św. Elżbiety z początków XX wieku według projektu Teodora Talowskiego, niedaleko głównego lwowskiego dworca kolejowego, ma najwyższe we Lwowie wieże.

We wnętrzu Soboru św. Jura, fot. Paweł Wroński

Przez stulecia Lwów witał gości gwarem rozmów i modłów w różnych językach. Miasto rozwijało się i bogaciło, a jego kwartały wyznaczał przede wszystkim status ekonomiczny mieszkańców. Narodowości i religie koegzystowały, przeplatając się niczym wątki i osnowa wyrafinowanego kobierca. Gdy w 1866 roku we Lwowie zaczął obradować Sejm Galicyjski, powołany dekretem Franciszka Józefa I,  miasto wyrosło na trzecią po Wiedniu i Budapeszcie stolicę cesarstwa. Jednak na przełom XIX i XX wieku przypadł poważny wstrząs społeczny jakim było budzenie się u ludów CK monarchii świadomości narodowej. Prowadziło to do skrajnych postaw szowinistycznych, kusząc jednocześnie polityków możliwością podsycania religijnych i narodowościowych animozji dla osiągnięcia partykularnych celów. Wtedy narodziła się idea Samostijnej (niepodległej) Ukrainy, której twarzą stał się Stefan Bandera. Rozpad CK monarchii i układanie politycznej mapy Europy na nowo, wzmocniły jeszcze bardziej niepodległościowe dążenia Ukraińców.

Katedra św. Jura na pocztówce z 1913 roku, fot. z portalu: www.zabytki.in.ua

Kulminacyjnym okresem burzliwych dziejów XX wieku była II wojna światowa, po której Europę, a w konsekwencji świat cały, podzieliły mur i zimna wojna. Ukraina stała się radziecką republiką, w której świątynie – niezależnie od wyznania – przeznaczono w większości na cele świeckie. W rzymskokatolickim kościele św. Anny, usytuowanym w rozwidleniu głównych ulic wylotowych, biegnących z centrum ku zachodowi, był na przykład sklep meblowy, w przyklasztornym kościele benedyktynek stołówka pobliskiego zakładu pracy, a w kościele i klasztorze dominikanów kuriozalne Muzeum Religii i Ateizmu. Po delegalizacji Cerkwi Greckokatolickiej przez władzę radziecką, św. Jura przekazano powolnym komunistycznej partii wyznawcom prawosławia. Żeby jednak nie dominowała w krajobrazie, wystawiono u stóp dźwigającego ją wzgórza potężny cyrk, ozdobiono go kolorowymi neonami i plątaniną kabli, żeby z głośników puszczać muzykę. Już wcześniej, bo po 1941 roku, synagogi – choć nie wszystkie – zrujnowali naziści. Poza tym, Lemberg, jak nazywali Lwów, uważali za miasto niemieckie, więc go nie zniszczyli.

Widok na Stare Miasto we Lwowie, fot. Paweł Wroński

W latach 1901-1944 metropolitą lwowskim był Andrzej Szeptycki, przedstawiciel rodu, z którego wywodzili się liczni lwowscy hierarchowie wschodniego kościoła, i to on rezydował w pałacu sąsiadującym z Soborem, a był postacią kontrowersyjną. Z jednej strony kolaborował z nazistami, z drugiej – ratował Żydów przed zagładą. Moralną dychotomię miała usprawiedliwiać przemożna chęć utworzenia wolnej Ukrainy… choćby nawet pod protektoratem diabła. Szeptycki pisał jednak listy do Watykanu krytykujące ludobójcze poczynania Niemców, a wiernych wzywał do niezabijania bliźnich, by – jak mówił – „nie służyć zakrwawionymi rękami świętej sprawie”. Związany z UJ historyk, Andrzej A. Zięba nazwał go na łamach „Uważam Rze” ‘patronem nieporozumienia polsko-ukraińskiego’.

Dziś, partia rządząca w Polsce zdaje się robić wszystko by popsuć polsko-ukraińskie stosunki. Natomiast we Lwowie, zwłaszcza na odrestaurowywanej z mozołem starówce, powraca do życia dawny klimat barwnego, wielonarodowego miasta. Spod tynków remontowanych kamienic wyłaniają się znowu hebrajskie napisy w jidisz, kreślone latynicą po polsku, gotykiem po niemiecku oraz cyrylicą po ukraińsku, informacje i reklamowe slogany. Święty Jur należy do architektonicznych cudów miasta i żywym miejscem kultu, zaś związana z nim postać Andrzeja Szeptyckiego – impulsem gorących dyskusji historyków.

 

Sobór św. Jura zbudowano w II połowie XVIII stulecia, na miejscu średniowiecznej prawosławnej cerkwi, zniszczonej przez kozaków Chmielnickiego. Autorem tego efektownego, rokokowego projektu był  Bernard Meretyn. W sąsiadującym ze świątynią pałacu, grekokatoliccy arcybiskupi rezydowali do 1944 roku, kiedy to sowieci zlikwidowali Cerkiew unicką, świątynię przekazali w użytkowanie prawosławnym, a arcybiskupa Josypa Slipyja (Йосиф Сліпий, 1892-1984) uwięzili. Spędził w łagrach 18 lat. W latach 1944-1990 grekokatolicy działali na Ukrainie jedynie w podziemiu. Dopiero po pieriestrojce, w 1990 roku zwrócono im katedrę, republika uzyskała niepodległość, a w 1991 uroczyście powrócił do Lwowa, rezydujący w Watykanie metropolita Myrosław Lubacziwśkyj. W 1998 roku Świętego Jura ze Starym Miastem, Wysokim Zamkiem i Podzamczem, wpisano na listę UNESCO.

 

Jak pisze historyk sztuki Mariusz Karpowicz: „kościół ten, na planie krzyża greckiego, ma cztery potężne sześciany ramion ukoronowane w środku piątym olbrzymim sześcianem czworobocznego tamburu i kopuły. Surowość potężnych bloków łagodzi autor koronką attyk, zaokrągleniami naroży, malowniczymi wazonowymi sterczynami i przede wszystkim fantazyjnym falowaniem powyginanej w pionie fasady. Na osi, na szczycie dopełnia ją niespokojna sylwetka św. Jerzego na koniu tratującego smoka. Jedna to z najoryginalniejszych fasad i brył osiemnastowiecznej Europy – wielka, bezwieżowa katedra, której królującym akcentem wertykalnym jest, do wieży podobna, kopuła.

Sobór św. Jura we Lwowie, fot. Paweł Wroński

Arcydziełem jest rzeźba św. Jerzego walczącego ze smokiem. Wieńczy fasadę. Fantazyjnie modelowane formy rozwianego płaszcza, końskiego ogona i grzywy dodają rzeźbie niezwykłej dynamiki, przez co kontrastuje ona ze znacznie bardziej statycznymi posągami świętych: Leona Wielkiego i Atanazego.

Wnętrze świątyni łączy barokowo-rokokową architekturę o wzorach zaczerpniętych z Zachodniej Europy z surowością kościoła wschodniego. Rokokowe detale dodają lekkości dekoracji. Obniżony ikonostas o przejrzystych formach składa się tylko z części dolnej z carskimi wrotami. Zamiast części górnej, w prezbiterium rozwieszono obrazy Łukasza Dolińskiego. W ołtarzu głównym znajduje się obraz pędzla Franciszka Smuglewicza – Chrystus Nauczający.

We wnętrzu Soboru św. Jura – widok na prezbiterium, fot. Paweł Wroński

W bocznym ołtarzu zawieszono cudowny, otoczony wielkim kultem obraz Matki Boskiej Trembowelskiej, nawiązujący swoim ikonograficznym stylem do rzymskiego obrazu Matki Boskiej Śnieżnej. Do św. Jura przywieziono go w XVII wieku z klasztoru bazylianów w Trembowli. W ten sposób liczba słynących łaskami wizerunków Matki Boskiej we Lwowie, sięgnęła 18. Najważniejsze z nich – jako zabytki, a zarazem obiekty kultu – znajdują się w katedrach lwowskich obrządków chrześcijańskich. W katedrze łacińskiej – Matka Boska Łaskawa zwana Domagaliczowską, a w katedrze ormiańskiej XV-wieczny wizerunek Matki Boskiej Jazłowieckiej. Co ciekawe, kult Matki Boskiej jednoczył we Lwowie wyznawców różnych odłamów chrześcijaństwa, czego dowodem były wspólne nabożeństwa. Najgłośniejszą taką mszę odprawiono w 2004 roku, w 50. rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu (przez Piusa IX bullą „Ineffabilis Deus”, 8 grudnia 1854).

Próby przywrócenia jedności chrześcijan i odejścia od wywołanej średniowieczną schizmą wielotorowości trwają od dawna. Unię brzeską ogłoszoną w 1596 roku można zaliczyć do tego nurtu, z tym, że w Rzeczpospolitej Szlacheckiej wyższą racją stanu było przywiązanie do korony terenów wschodnich, gdzie królował kościół prawosławny.  Istotą unii był fakt uznania przez prawosławnych wiernych prymatu papieża i przyjęcie katolickich dogmatów. W kwestiach obrządku i zwyczajów mieli oni szeroko pojętą autonomię. Cerkiew unicka (greckokatolicka) nie zyskała jednak zbyt szerokiego poparcia. Przeciwko niemu wystąpiły bractwa cerkiewne, dostojnicy duchowni i świeccy.

 

W 2001 w pałacu metropolitów grekokatolickich w kompleksie katedry św. Jura, zatrzymał się papież Jan Paweł II, jako gość urzędującego metropolity Lubomyra Huzara. Ponoć z tej okazji kompleks archikatedralny przeszedł gruntowny remont. Szacuje się, że koszty przedsięwzięcia przekroczyły 36 milionów hrywien (za: Andrzej Kępiński: „Ukraina – po obu stronach Dniestru”, Poznań 2013, s. 136).

 


Na marginesie opowieści o lwowskiej świątyni, taki oto wywód przewodniczącego Rady Języka Polskiego w odpowiedzi na pismo Wydziału Spraw Obywatelskich Starostwa Powiatu Warszawskiego w sprawie zmiany imienia Jerzy na Jur (czyli o ekwiwalentności tych imion):

[…] zacznę od uwagi, że z podaniem p. Jerzego K. łączą się dwa problemy: pierwszy – czy posługiwanie się na co dzień imieniem w formie innej niż zapisana w aktach stanu cywilnego (lub zgoła innym imieniem) uzasadnia wniosek o zmianę zapisu imienia; drugi – czy forma Jur jest zdrobniałą formą imienia Jerzy. Jeśli chodzi o problem pierwszy, podtrzymuję wielokrotnie wyrażaną w podobnych sprawach opinię negatywną. Forma imienia zapisana w aktach stanu cywilnego jest bowiem jego formą oficjalną, która poza stosunkami urzędowymi nie musi być i zwykle nie jest używana. Wielu pisarzy, malarzy, rzeźbiarzy, a także polityków znamy pod imionami innymi niż ich imiona zapisane w aktach stanu cywilnego. Tak jest w Polsce, tak też jest w innych krajach. Problem drugi jest bardziej skomplikowany. W stanowisku Wydziału Spraw Osobowych uzewnętrznia się potoczna świadomość językowa współczesnych Polaków. Rzeczywiście niektóre z pytanych przeze mnie osób zadeklarowały, że formę Jur odczuwają jako „pieszczotliwe zgrubienie” imienia Jerzy. W rzeczywistości obie te formy współwystępowały w Polsce już w XIV wieku jako odpowiedniki greckiego imienia  Georgios, zapisywanego po łacinie jako Georgius, które w różnych językach przybrało różne postaci (por. angielskie George, francuskie Georges, hiszpańskie Jorge, niemieckie Georg,  Jorg,  Jürgen, rosyjskie Gieorgij, Jurij, włoskie Giorgio itd. Panującą dziś formę Jerzy zawdzięczamy Czechom (por. czeskie Jiři); wyparła ona formę Jur, po której pozostało jej regularne zdrobnienie  Jurek, łączone dziś z Jerzym. Relacja między Jerzym a Jurem jest mniej więcej taka, jak między formami Andrzej i Jędrzej. Jeśli zaś formy Andrzej i Jędrzej traktowane są jako osobne, samodzielne imiona, podobnie należałoby potraktować formy Jerzy i Jur.  Jur  bowiem historycznie nie jest zdrobnieniem imienia Jerzy. Nie od rzeczy będzie tu przypomnienie, że jednym z najznakomitszych zabytków architektonicznych Lwowa jest greckokatolicka katedra pod wezwaniem św. Jura.” (za: www.rjp.pan.pl).

Malowidła przed św. Jurem, dorobek imprezy plenerowej, fot. Paweł Wroński