Royal Ascot w TVN24 BIS

Najbarwniejsze i bodaj najbardziej ceremonialne, otoczone tradycją sięgającą XVIII wieku, wydarzenie w Anglii. Jak zawsze w połowie czerwca, przez 5 dni. Royal Ascot łączy prestiżowe wyścigi konne z paradą strojów określonych drobiazgowym dress code.

Print screen – audycja poranna w TVN24 Bis w dniu 23 czerwca 2017

www.tvn24bis.pl

O Royal Ascot w niniejszym archiwum:
Kapelusze na wrzosowiskach
Anglia na wyścigach

Reklamy

Wielka Brytania / Anglia – z Londynu do Brighton

Każdego roku, w pierwszą niedzielę listopada, trasę z Londynu do Brighton pokonują samochody wyprodukowane przed 1 stycznia 1905 roku. Na dystansie 60 mil (97 km) kierowcy zabytkowych wehikułów demonstrują swój kunszt oraz niezawodność i wytrzymałość maszyn.

W niedzielę przed wschodem słońca, przemykam wśród widowni, gromadzącej się przy Serpentine Road na obrzeżach Hyde Parku. Idealny timing. Właśnie gdy się zatrzymuję w dogodnym punkcie, niespiesznym, acz precyzyjnie odmierzonym krokiem, na paddock wkracza kilku dżentelmenów. Nie po to żeby przemawiać, ale żeby przy owacjach publiczności rozedrzeć czerwoną chorągiewkę.

Diabelskie wehikuły
Symboliczny gest ma historyczne konotacje, sięgające XIX wieku. Wprawdzie podkreśla się tutaj na każdym kroku, że „Bonhams Lodnon to Brighton Veteran Car Run” nie jest wyścigiem, to jednak geneza imprezy wiąże się z szybkością. Konkretnie, z uchwaleniem w 1896 roku przez Parlament ustawy zatytułowanej „Highway Act”. Podniesiono w niej maksymalną prędkość z jaką mógł się poruszać samochód z 4 do 14 mil na godzinę. Ponadto, nie musiał już w odległości 60 jardów podążać przed nim pieszy, by ostrzegać o zbliżaniu się wehikułu. Ba, zgodnie z prawem zniesionym jeszcze wcześniej, bo w 1878 roku, piechur musiał wymachiwać czerwoną chorągiewką. Dlatego też dawne angielskie prawo o ruchu pojazdów („Locomotive Act”), określano potocznie jako „Red Flag Act”. Rozdarcie chorągiewki symbolizuje liberalizację przepisów i zniesienie barier dla rozwoju motoryzacji.

Ciesząc się ze zdjęcia z samochodów odium diaboliczności, Brytyjczycy zorganizowali 14 listopada 1896 roku „Emancipation Run” – pierwszy rajd samochodowy na trasie Londyn-Brighton. Od roku 1927 impreza nabrała charakteru cyklicznego. Dłuższą przerwę wymusiła II wojna światowa. Impreza nie odbyła się też w roku 1947, gdy wyspiarze byli zmuszeni racjonować paliwo. Wśród miłośników oldtimerów na świecie, angielski rajd cieszy się dziś najwyższą renomą, a obrastając imprezami towarzyszącymi, przekształcił się już dawno w huczne trzydniowe święto motoryzacji.

Kulminacyjny niedzielny wyścig poprzedzają: piątkowa aukcja zabytkowych samochodów organizowana przez tytularnego partnera imprezy – dom aukcyjny Bonhamsa (jeden z najstarszych i największych na świecie) oraz sobotni Motor Show przy Regent Street. Aukcji towarzyszą emocje związane z licytowanymi kwotami, a sobotniemu show oczekiwanie na wynik konkursu elegancji (International Concours d’Elegance), do którego staje tylko 100 aut. Spośród wszystkich zgłoszonych do udziału w imprezie, typuje je jury. A z roku na rok coraz trudniej wybierać, bo uczestników przybywa i na listach startowych jest ostatnio ponad 400 aut. Zresztą nie tylko dwuśladów, ale także motocykli i trzykołowców.

Całość jest niezwykle angielska. Z jednej strony egalitarna bo większość wydarzeń jest dostępna dla szerokiej publiczności. A równocześnie elitarna, wręcz hermetyczna, gdyż aktywne uczestnictwo wymaga posiadania zabytkowego wehikułu. Autentyczność, wiek i pochodzenie części oraz dobry stan techniczny muszą być przy tym poświadczone certyfikatem lub specjalnym paszportem. Dokumenty takie wydaje RAC – Królewski Klub Automobilowy (Royal Automobil Club; www.royalautomobileclub.co.uk) po zapoznaniu się przez ekspertów z konkretnym modelem. Jedynym odstępstwem od rygorystycznie przestrzeganej zasady autentyczności jest kwestia oświetlenia. Jeśli oryginalne jest niewystarczające lub nie spełnia współczesnych norm, można, a nawet należy, wzbogacić je na czas rajdu nowszymi elementami.

Wytchnienie u Harrodsa
Czerwona chorągiewka rozdzierana jest tuż przed wschodem słońca. Traktowanym też iście po angielsku. Bo choćby nie wiem jak gruba warstwa chmur zakrywała słoneczną tarczę, o podanym przez służby meteorologiczne czasie, rusza pierwszy samochód. Najstarszy, zgodnie z zasadą dostojeństwa. Ceremonia startu trochę trwa, ale i tak o oznaczonej w regulaminie godzinie, maszyny znikają z Hyde Parku. Żeby nadążyć za nimi, wsiadam na rower. Nie jestem odosobniony, bo wiele osób zamiast stać gdzieś przy drodze, wyrusza za samochodami.

Jest chłodno i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w każdej chwili może lunąć. Ale miejscowi znoszą harce chmur na niebie z godnością, nie zaszczycając ich nawet spojrzeniem. Kierowcy są odziani, nie tylko stosownie do wieku swoich aut, ale też przeciwdeszczowo i ciepło. Mnie i innych rowerzystów rozgrzewa wysiłek mięśni. Pierwsze kilometry przypominają rundę honorową. Samochody przejeżdżają pod Łukiem Wellingtona, defilują pod Pałacem Buckingham, mijają Big-Ben i gmach Parlamentu. Przekraczają Tamizę przez Westminster Bridge, by dopiero później skierować się ku granicom rozległego Londynu. Pora wprawdzie jest wczesna, ale impreza tak barwna, że tysiące londyńczyków wylegają z domów i ustawiają szpalerem wzdłuż trasy przejazdu.

Samochodowy szlak wiedzie na południe przez Norbury, Croydon i Redhill do Crawley. Na półmetek gdzie wyznaczone jest miejsce dłuższego postoju. Kierowcy i pasażerowie znajdują tam chwilę wytchnienia, a widzowie niepowtarzalną okazję, by w świetle dnia przyjrzeć się bliżej oldtimerom. I chociaż terenu użycza imprezie miejscowy dealer Hondy, punkt nosi nazwę „Harrods Stop”. Brytyjski dom towarowy, słynący z wysokiej jakości i ogromnej różnorodności towarów, jest jednym z kluczowych partnerów przedsięwzięcia. Luksusowy dom towarowy Harrodsa mieści się od 1849 roku przy Brompton Road w Londynie. Nomen omen w swej obecnej postaci pochodzi z 1905 roku. Jest największym na świecie zabytkowym obiektem handlowym. Ma imponującą powierzchnię 90 tys. m2, a na kilku piętrach mieści aż 330 różnorodnych działów. Motto sklepu: „Omnia Omnibus Ubique” można przetłumaczyć: „Wszystko Wszędzie dla Wszystkich”. W Crawley nie ma jednak wszystkiego, bo Harrods zapewnia uczestnikom i widzom jedynie catering. Można więc napić się kawy, herbaty lub czekolady i skosztować łakoci, znanych ze sklepowych półek, dzięki stylowym, oldskulowym opakowaniom (www.harrods.com).

Każdy jest zwycięzcą
Po przerwie, której czas kierowcy muszą regulować samodzielnie, choć nie później niż o 13:45, samochody ruszają dalej. Przez Hammer Hill, Cuckfield, Burgess Hill i Clayton Hill do Madeira Drive w Brighton. Organizatorzy przewidują, że uczestnicy rajdu pojawią się tam między 9:54, a 16:30. Morskie fale grzechoczą kamyczkami na plażach Brighton, a na piersi każdego kierowcy, który przekroczył metę zawieszany jest pamiątkowy medal. W pewnym sensie wszyscy są zwycięzcami, choć istnieje także swoista sportowa klasyfikacja. Sporządzana w oparciu o dość przewrotnie pojmowane kryterium czasu, bo uczestnicy są zobowiązani nie przekraczać określonego limitu prędkości. Poprzeczka ustawiona jest na poziomie 20 mil na godzinę. O pozycji w rankingu decyduje w tej sytuacji zbliżenie się kierowcy do określonego przez organizatorów ideału. Norm odpowiednich do mocy silników.

Na trasie jest 13-milowy odcinek regulacyjny. Trzeba go pokonać w czasie wskazanym precyzyjnie dla każdej średniej prędkości – od 8 do 18 mil na godzinę (przedziały co 2 mile). Samochód, który porusza się z najmniejszą średnią prędkością, to jest 8 mil na godzinę, powinien przejechać ów odcinek w 97 minut i 30 sekund. Poruszający się z największą dopuszczalną średnią, czyli 18 mil na godzinę – w 43 minuty i 18 sekund.

Kto się zanadto pospieszy otrzymuje 2 punkty karne za minutę wyprzedzenia, kto się spóźni – 1 punkt za minutę, ale tylko do pół godziny, potem wypada z gry. Kto zatrzyma się na ostatnim punkcie kontrolnym za wcześnie, dostaje 30 dodatkowych punktów karnych, kto zaś minie linię końcową kontrolnego odcinka bez zatrzymania, w ogóle nie będzie klasyfikowany. Jeśli są jakieś utrudnienia w ruchu drogowym, jury je uwzględnia, korygując wynik kierowcy. Ciekawe jest przy tym to, że dla potrzeb wyścigu nie zatrzymuje się innych pojazdów. Kierowcy włączają się do ruchu na swoich niesamowitych maszynach, i – bez żadnej taryfy ulgowej – muszą przestrzegać kodeksu drogowego oraz zachowywać bezpieczny dystans między pojazdami. Znani z uprzejmości funkcjonariusze angielskiej policji doglądają porządku. Ale biada temu, kto zachęcony życzliwym uśmiechem wda się w dyskusję, bo to oni, zawsze, mają rację!

Rekordy, nie tylko na drodze
Wśród uczestniczących w rajdzie pojazdów dostrzegam napędzane silnikami spalinowymi i parą. Ba, są modele elektryczne. Wszystkie ciekawe, ale ostatnie intrygują mnie najbardziej, bo okazuje się, że napędy hybrydowe nie są wcale tak rewolucyjne jak sugerują współcześni producenci. Niezależnie zaś od rozwiązań technicznych, zachwycam się najbardziej designem. Najstarsze samochody przypominają bryczki, w których konia zastąpiono jakąś tajemniczą siłą. Numer startowy „001” przypadł najstarszej uczestniczącej w rajdzie 2014 roku maszynie. Truchutet Tonneau z 1888 roku wyglądem zachwytu może nie wzbudza, ale zainteresowaniem cieszy się większym niż legendarne, a jednocześnie rzadkie modele  takie jak Panhard et Levassor KB Phaeton z 1903 roku czy o rok od niego młodszy Thornycroft.

Przed wyjazdem wpadł mi w oko krótki film na Youtube. Prezenterzy popularnego w Wielkiej Brytanii programu samochodowego „Wheeler Dealers” (Fani czterech kółek), Mike Brewer i Edd China, cieszyli się jak dzieci jeżdżąc automobilem Darracq L z 1903 roku. Stał długie lata u Edda w garażu. Gdy udało im się go wreszcie uruchomić, zapragnęli wystartować w słynnym rajdzie. Przez całą trasę wypatrywałem ich samochodu, ale bez rezultatu.

Zainspirowany wspomnieniami, przed zbliżająca się edycją 2015 roku (rajd odbędzie się w niedzielę 1 listopada), obejrzałem propozycję Bonhamsa. Podczas piątkowej aukcji, 29 października pod młotek pójdzie gotowy do udziału w rajdzie model z 1903 roku Clément AC4R (www.bonhams.com). Piękny, tyle tylko, że przewidywana cena (po przeliczeniu z funtów) waha się między 2,4 a 3 mln zł… Udział w imprezie też nie jest tani. Wpisowe waha się od 800 do 1500 zł w zależności od rodzaju pojazdu i terminu zgłoszenia. A trzeba jeszcze dodać koszty transportu auta, hotelu i garażu, pomnożone przez liczbę członków załogi. Owszem 50% wpisowego odzyskuje każdy kto w swoim samochodzie udostępni miejsce pasażera osobie wskazanej przez organizatorów. Wspaniale. Ale i tak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to właśnie koszty przedsięwzięcia tłumaczą, dlaczego organizatorzy liczą na aktywny udział niespełna 500 kierowców, spodziewając się jednocześnie kilkuset tysięcy kibiców. Tak czy inaczej jesienny rajd pozostaje dla mnie drugą obok czerwcowego Royal Ascot, najbardziej angielską w duchu imprezą i dlatego tak gorąco ją polecam.

INFO
Wszystko o rajdzie: www.veterancarrun.com
Informacje o Londynie: www.visitlondon.com; noclegi (wybierając kategorię wg cen i/lub standardu), w zakładce ‘Where to stay’.
Wypożyczenie roweru jest bardzo proste (dostępne dla każdego kto ukończył 14 rok życia); informacje na stronach Transport for London w zakładce ‘Cycling – Cycling in London – Renting a bike’: https://tfl.gov.uk/. Są tam uwzględnione zarówno rowery miejskie jak i adresy regularnych wypożyczalni, np. w firmie Londonbicycle www.londonbicycle.com) wypożyczenie modelu szosowego z karbonową ramą kosztuje 50 funtów za 1 dzień.
Z Brighton do Londynu można wrócić pociągiem – w sieci są dostępne rozkłady i cenniki kilku kompanii (po wrzuceniu w wyszukiwarkę słów Brighton to London train), np. www.tickets.southernrailway.com lub www.thetrainline.com.


Artykuł publikowany w jesiennym numerze 2015 magazynu „Witaj w podróży” (z drobnymi skrótami :).

* * * * * * * *

Na dwóch poniższych filmach, zaczerpniętych z kanału organizatora, znajdują się relacje z wyścigów z 2014 (3:14 min; www.youtube.com) oraz z 2013 roku (6:33 min; www.youtube.com).

Wielka Brytania – Anglia na wyścigach

Przez pięć czerwcowych dni cała Anglia bawi w podlondyńskim Ascot, dzieląc uwagę między zmagania dżokejów, a kreacje pań z efektownymi nakryciami głowy.

Historia słynnych zawodów hippicznych Royal Ascot rozpoczęła się gdy Królowa Anna orzekła, że wrzosowiska nieopodal Windsoru są „idealne do galopowania”. Sama była zapaloną amazonką, i już w 1711 roku zorganizowano pod jej patronatem pierwszą gonitwę. Mógł do niej stanąć każdy kto był w stanie wystawić konia w wieku powyżej 6 lat. Na zwycięzcę finałowego biegu, do którego kwalifikowało się 7 jeźdźców, czekała ufundowana przez królową nagroda – Her Majesty’s Plate, wartości 100 gwinei. Sto lat później, zawody rozgrywane regularnie od 1768 roku uzyskały taką renomę, że główna nagroda – Złoty Puchar (Gold Cup), stała się jednym z najbardziej pożądanych trofeów na świecie. W 1813 roku angielski parlament uchwalił Act of Enclosure. Z jego mocy, gonitwy na terenach należących do korony pozostają otwarte dla szerokiej publiczności. W latach 20. XIX wieku, król Jerzy IV wyjeżdżał odkrytym landauerem na tor w towarzystwie członków partii rojalistycznej. Tak narodził się obyczaj, że pojawienie się monarchy jest sygnałem rozpoczęcia gonitw. Królowa Elżbieta II przybywa na czerwcowe zawsze o 14. I żadnej nie opuściła. Od 1945 roku!

Ascot, fot. Paweł Wroński
Ascot, fot. Paweł Wroński

What to wear?
Atmosferę święta podkreśla się zgodnym z etykietą zachowaniem, powściągliwym wyrażaniem emocji, a przede wszystkim oficjalnym strojem. Sale licznych restauracji, ogródki ponad 100 barów i pubów, halle i galerie głównego gmachu oraz trybuny przy torze wyglądają jak plan kostiumowego filmu. Roją się od uzbrojonych w lornetki dżentelmenów w surdutach i cylindrach oraz dam w kreacjach, w których największą uwagę przykuwa kapelusz. Oczywiście niepowtarzalny. Wyzwanie dla modystów, obiekt wyrażanego dyskretnie zachwytu dla panów, a zazdrości – dla konkurentek. Najciekawsze kreacje pojawiają się natychmiast w mediach. Ale w tych dniach, nawet polujący na celebrytów paparazzi, bardziej niż skandali poszukują piękna i elegancji.

Ascot, fot. Paweł Wroński
Ascot, fot. Paweł Wroński

Dzięki rygorystycznemu dress code, w barwnym tłumie bez trudu odróżnimy bywalców ekskluzywnej Royal Enclosure od gości egalitarnego Grandstand. Kurtuazyjnie zredagowany przewodnik (Guide Style), określa precyzyjnie co należy założyć z okazji zawodów (What to wear?). Panów z elity obowiązuje oficjalny strój dzienny, czyli surdut angielski znany u nas także pod nazwą fraka dziennego lub jaskółki. Czarny lub szary z kamizelką, chusteczką w butonierce i plastronem. Notabene klasyczny angielski plastron nazywany jest „ascot”. Buty czarne. A na głowie – koniecznie – szary lub czarny cylinder. Panie mogą występować w sukienkach, spódnicach z żakietami, albo w garniturach. Spódnice i sukienki powinny się kończyć tuż nad kolanem, choć dopuszczalne są również nieco dłuższe. Koniecznie z paskiem nie węższym jednak niż 1 cal, z zasłoniętymi rozcięciami wzdłuż uda, czy w talii. Jeśli spodnie, to tylko długie. Wolno też narzucić na ramiona szal lub chustę. Jeśli chodzi o obowiązkowe nakrycie głowy, to wskazany jest kapelusz, którego alternatywą może być jedynie elegancki stroik na okrągłej podstawie o średnicy 10 cali.

IMG_3326
Ascot, fot. Paweł Wroński

Po okresie pewnego rozluźnienia, w 2012 roku zaostrzono dress code. I dziś stanowczo zwraca się uwagę, że panowie nie mogą występować w fularach, panie zaś z odkrytymi ramionami albo w mini, w żadnym też wypadku z przypiętym do włosów fascinatorem. Żeby wejść do Grandstand Enclosure, panowie muszą założyć garnitur i być pod krawatem. Panie zaś podlegając podobnym rygorom jak w Royal Enclosure, mogą jednak ozdobić głowę również fascinatorem. W jeszcze bardziej oddalonych od królewskiej strefy sektorach (Silver Ring i Heath Enclosure), ścisłego dress code wprawdzie nie ma, ale i tam dobrze widziany jest stonowany ubiór. Kreacje sportowe, szorty, czy – Boże strzeż Królową – obnażone torsy, nigdzie nie są dopuszczalne. Kategorycznie zabrania się także noszenia nowości markowych lub odzieży promocyjnej. Generalnie, jeśli chodzi o ubiór, sugerowane jest podążanie za wymogami określonymi dla strefy elitarnej. Gościom zagranicznym zaleca się występowanie w strojach narodowych, albo w galowych mundurach służb, które reprezentują.

Ascot, fot. Paweł Wroński
Ascot, fot. Paweł Wroński

Szampan, piwo, Pimm’s i media
Nie tylko ubiór ale także zachowanie wyróżnia z tłumu elitarnych gości. Poruszają się bowiem ze swobodną elegancją. Uchylając cylindra, dżentelmeni dokładają starań aby miną wyrażać zdystansowaną uprzejmość wobec wszystkiego co się wokół dzieje. Ich towarzyszki okazują zazwyczaj życzliwe zainteresowanie spotykanym osobom, unikając jednak nadmiernej spontaniczności. Elitę od reszty społeczeństwa wyróżnia to co je i pije, a także w czym. Jak donoszą angielskie media, podczas pięciodniowej imprezy strzelają korki od 50 do 100 tys. butelek szampana. Goście wychylają około 175 tys. pint piwa i 45 tys. pucharów Pimmsa. Zjadają ponad 2 tony homarów i tysiące ostryg, a na deser 4,5 tony truskawek oraz 550 galonów kremów. Pospolitych Fish and Chips nikt nie liczy. Są one zresztą domeną barów i kiosków rozrzuconych po Silver Ringu. Royal Ascot odwiedza w ciągu tych 5 dni 300 tysięcy widzów, muszą więc pochłaniać krocie. Kilka słów wypada poświęcić Pimmsowi – alkoholowemu napojowi bazującemu na dżinie, w kolorze herbaty, o smaku przypraw i cytrusowych owoców. Urósł w Anglii do rangi napoju wyższych sfer, nic więc dziwnego, że serwują go w Ascot. Tyle, że w eleganckich restauracjach pawilonu Royal Ascot Village pije się go ze szklanych pucharów, a na błoniach w strefie Granstand i na Silver Ringu z plastiku.

Atmosferą Royal Ascot upaja się przez pięć czerwcowych dni cały kraj, gdyż na scenę wyścigów kierują uwagę media. Nadają stąd swoje codzienne programy niemal wszystkie liczące się stacje radiowe i telewizyjne. A przede wszystkim BBC, której prezenterzy i prezenterki są ubrani stosownie do okoliczności.

Ascot, fot. Paweł Wroński
Ascot, fot. Paweł Wroński

How to bet?
Najsilniejsze emocje panują w namiocie trenerów i właścicieli koni. Skrywane są wprawdzie po angielsku, za maską wyszukanej galanterii. Ale pula nagród sięga współcześnie 5 milionów funtów, a oprócz Złotego Pucharu stawką są jeszcze Królewski Puchar Myśliwski (Royal Hunt Cup) oraz Waza Królowej (Queen’s Vase). Wprawdzie wszystkie trafiają w ręce hodowców zwycięskich koni tylko na rok, jednak liczące się media i kroniki hippicznych sportów, fakty takie skrzętnie odnotowują. Nic więc dziwnego, że profesjonaliści opróżniają w tym dniu najwięcej kieliszków. Wokół natomiast trwa beztroski festyn. Do 13.40, gdyż najpóźniej na 20 minut przed spodziewanym przybyciem Królowej należy zająć dogodne miejsce by być świadkiem paradnej rundy (Royal Procession), i w należyty sposób oddać hołd. Królowa pojawia się w odkrytym powozie, w towarzystwie Księcia Edynburga (taki tytuł nosi mąż Królowej). Panowie zgromadzeni wokół Ring Parade zdejmują cylindry, panie pochylają głowy. Lśnią w słońcu szable gwardzistów w czerwonych mundurach. Potem Królowa udaje się do Royal Enclosure, i wszyscy spieszą zająć miejsca na trybunach.

Na tablicach bukmacherów (ich stoiska znajdują się między trybunami, a bieżnią), wyświetlane są imiona startujących koni. W Ascot ogląda się zwierzęta najpóźniej na 15 minut przed biegiem, wyniki zaś obstawia niezależnie od sportowych zainteresowań, bo to także część rytuału. Nie ma więc dżentelmena, który nie studiowałby w tych dniach gazety „The Racing Post”. Gra bowiem dodaje mitingowi rumieńców, a jeśli ktoś nie do końca rozumie jej zasady może zawsze sięgnąć do poradnika „Jak obstawiać?” (How to bet?).

Ascot, fot. Paweł Wroński
Ascot, fot. Paweł Wroński

Gdy tylko konie ruszą, unoszą się lornetki. Jeźdźców co prawda najlepiej obserwować na ekranach telebimów, bo tor ma 1,5 mili długości, a podczas gonitw konie obiegają jego główną, zbliżoną kształtem do trójkąta część kilkakrotnie. Zgodnie bowiem z tradycją, dystans do pokonania liczy 4 mile (6437 m). Lornetka jest uświęconym tradycją rekwizytem dżentelmena. I wystarczająco dobra by dostrzec szczegóły czy nie, ale ozdobiona emblematami z różnych edycji imprezy, świadczy dobitnie o pozycji właściciela.

Jazda konna i hodowla koni wyścigowych są wielką, powszechnie znaną pasją Królowej Elżbiety II. Noszący jej barwy dżokeje zdobywali już wielokrotnie prestiżowe laury, a 22 konie z królewskiej stajni triumfowały w Ascot. Jednak dopiero w ubiegłym roku, Ryan Moore na ogierze Estimate wywalczył dla Królowej Złoty Puchar. Odbierając go, Her Majesty nie ukrywała radości. Zewsząd posypały się też gratulacje, jako że sukces miał epokowe znaczenie. Najcenniejsze trofeum Royal Ascot ustanowione w 1807 roku, trafiło po raz pierwszy w historii do rąk panującego monarchy. Królowej przypadła też nagroda w wysokości niemal 156 tys. funtów. Nic natomiast nie wygrała w zakładach, ponieważ nigdy nie obstawia wyników gonitw. Za jej długiego panowania to także stało się tradycją. A ponieważ tradycje monarchistyczne są drugim obok prawa filarem angielskiej kultury, Royal Ascot jest najważniejszym wydarzeniem sportowym i towarzyskim w Wielkiej Brytanii.

Ascot, fot. Paweł Wroński
Ascot, fot. Paweł Wroński

Gwarantowana ustawowo…
…otwartość Royal Ascot ma wyraźnie zarysowane, nieprzekraczalne granice. Żeby się bowiem dostać do Royal Enclosure sam strój nie wystarczy. Ba, nawet wielopokoleniowa przynależność do wyższych sfer to za mało. Aplikacja do elitarnego grona wymaga wprowadzenia przez osobę, która sama dostąpiła już tego zaszczytu i aktywnie uczestniczyła w Royal Ascot przynajmniej czterokrotnie. Gości zagranicznych obdarza się prawem do przebywania w obecności Królowej w podobnym trybie albo za pośrednictwem macierzystych ambasad. Za wszelkie sprawy protokolarne, pobyt rodziny królewskiej i nobliwych gości w Royal Enclosure odpowiada wywodzący się tradycyjnie z arystokratycznej rodziny urzędnik – Her Majesty’s Representative at Ascot. I choć funkcja ta wyewoluowała z kręgu królewskich masztalerzy, nabrała tak dużego politycznego znaczenia, że po powołaniu nowego rządu w Wielkiej Brytanii, następuje zmiana również na tym stanowisku.

Ascot, fot. Paweł Wroński
Ascot, fot. Paweł Wroński

Ladies Day
W 1823 roku nieznany poeta, oczarowany efektownymi strojami pań określił kulminacyjny dzień zawodów (ten w którym stawką jest Golden Cup), jako Ladies’ Day. „Kobiety niczym anioły emanują boską słodyczą” – argumentował. Dla pań chęć wystąpienia w jak najpiękniejszej kreacji jest naturalna. Obyczaje dotyczące stroju panów narodziły się u progu wieku XIX, w tym samym czasie, w którym pojawił się Złoty Puchar. Beau Brummell, bliski przyjaciel ówczesnego Księcia Regenta, ogłosił, że z tak doniosłej okazji elegancki mężczyzna powinien zakładać zwężony czarny surdut, pantalony, a pod szyją wiązać biały fular. Zmiany stroju ulegają od tamtego czasu nieznacznym tylko zmianom. Bardziej jednak niż modne trendy wyznacza je nieustanne dążenie do ideałów szyku i elegancji.

Ascot, fot. Paweł Wroński
Ascot, fot. Paweł Wroński

Wszystko ściśle uregulowane!
Nawet długość trawy! W Ascot, murawę przycina się do 4 cali na torze wyścigowym. Natomiast na parkurze gdzie, dopiero od 1965 roku rozgrywane są konkursy skoków przez przeszkody, do wysokości 5 cali.

Ascot, fot. Paweł Wroński
Ascot, fot. Paweł Wroński

INFO
Ascot jest oddalone 45 km od londyńskiego centrum: www.visitlondon.com
Royal Ascot odbywa się zawsze w czerwcu. Witryna imprezy: www.ascot.co.uk
Oficjalne strony brytyjskiej monarchii: www.royal.gov.uk

Ascot, fot. Paweł Wroński
Ascot, fot. Paweł Wroński

Tekst publikowany na łamach „EGO Inspiracje” – live styl’owego dodatku do polskiej edycji Harvard Business Review w 2014 roku.

Wielka Brytania / Anglia – Arundel Castle

Siedziba książąt Norfolk ma już bez mała tysiąc lat. Arystokraci dzierżący najwyższy po królewskim tytuł w Koronie Brytyjskiej piastują prestiżowe godności, przede wszystkim Marszałka Anglii (Earl Marshal).

Arundel_3405Jako jeden z tak zwanych Wielkich Urzędników Państwowych (Great Officers of State), Marszałek Anglii sprawował w średniowieczu pieczę nad królewskimi stajniami. Współcześnie odpowiada za organizację uroczystości koronacyjnych i otwiera sesje Parlamentu. Spadkobierca rodowych apanaży i tytułu jest zawsze jednym z trzech kandydatów do urzędu Naczelnego Kamerdynera Anglii (Chief Butler of England). Z tytułem Lorda Marszałka wiąże się także kierowanie College of Arms, głównym urzędem heraldycznym Anglii, Walii i Irlandii Północnej.

Arundel Castle został poddany pieczołowitej rekonstrukcji na przełomie XIX i XX w. Stąd silne wtręty neogotyckie w archaicznej, pamiętającej średniowiecze bryle oraz w dekoracjach. Ciekawostką jest fakt, że zamek był jednym z pierwszych obiektów, które w Anglii zelektryfikowano i wyposażono w bieżącą wodę.

Arundel_3516W cieniu gigantycznego, otoczonego ogrodami zamczyska rozsiadło się miasteczko. Po angielsku ciasne i malownicze, jakby wyjęte z animacji o Listonoszu Pacie, którego figurkę można zresztą spotkać przy jednej z ulic.

INFO
www.arundelcastle.org

Wielka Brytania / Walia – tropem arturiańskiej legendy

Walijczycy podkreślają z dumą, że mają najwięcej zamków na świecie.

Na walijskim skrawku Zjednoczonego Królestwa zachowały się mury blisko pięciuset twierdz. Zresztą nie tylko zamków, ale również obwarowanych opactw. Przy niewielkim stosunkowo terytorium oznacza to, że budowle obronne spotyka się na każdym prawie kroku. Fascynuje mnie, że są dokładnie takie, jak wyobrażałem sobie rycerskie siedziby w dzieciństwie. Gdy patrzę na potężne mury z kamienia otoczone fosami, baszty, bramy i mosty, przychodzą mi na myśl legendy o Królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu.

Normańska spuścizna
Kontemplację przerywa krzyk mew. Krążą nad murami i bacznie obserwują zwiedzających, czyhając na łatwy żer. Widać równie chętnie polują na ryby jak i na okruchy. Skąd ich tak wiele? Około VII wieku Walia podzielona była na szereg zwalczających się niewielkich królestw. Na przełomie X i XI stulecia opanowali ją Normanowie. Paradoksalnie, im właśnie Walia zawdzięcza arcydzieła obronnej architektury. Miejscowi feudałowie rozbudowywali swoje rodowe gniazda. Napotykający na opór najeźdźcy, wznosili własne warownie. Od morza łatwiej było się dostać do Walii niż przez ciągnące od Chester po Cardiff góry. Choć malownicze, stanowiły zawsze przeszkodę dla najeźdźców. Podboju dokonywano więc od strony morza i na wybrzeżu wznoszono najważniejsze zamki.

Na wiek XI przypada też rozwój arturiańskiej legendy w literaturze. Chociaż wzoru postaci Króla Artura poszukiwano nie tylko wśród bohaterów walczących na tym terenie pięć stuleci wcześniej, ale również w Kornwalii i w okolicach Londynu.

Pod koniec XIII wieku, Edward I (z normańskiej dynastii) jednoczył siłą wyspiarzy pod angielskim berłem. Wznosząc zamki zacisnął na walijskim gardle kamienny pierścień. Stosunki między najeźdźcami, a autochtonami unormowały się w ciągu wieków. Zamki utraciły w tym czasie militarne znaczenie i zeszły do roli arystokratycznych siedzib z mroczną przeszłością. Kosztowne w utrzymaniu, popadały w ruinę. Niektóre przeżyły renesans w epoce romantyzmu. Ale nie wszystkie, bo nawet hołdując modzie, łatwiej było wznieść stylizowany dwór niż restaurować twierdzę sprzed wieków. Tak czy owak, mroczna rezydencja z gniazdami nietoperzy, doskonale pasowała do literackiego wzorca świata.

Pod czerwonym smokiem
W tym czasie Walia wkroczyła w okres gospodarczego rozkwitu. Źródłem bogactwa stało się czarne złoto – węgiel. Pojawiły się kopalniane szyby, dymy zasnuły krajobraz. Wytrzebiono lasy. Pojawiły się hałdy. Rozkwitł natomiast handel i rozrosły porty. Pod koniec XIX wieku, Cardiff stało się obok Nowego Jorku i Londynu najbogatszym miastem portowym świata. W szczytowym okresie zawijało tutaj ponad tysiąc statków tygodniowo. Miasto nabrało charakteru kosmopolitycznego. Wielu kupców i marynarzy osiedliło się w nim na stałe.

W ekskluzywnej dzielnicy zbudowanej współcześnie na miejscu niepotrzebnego już portu, mieszkają ich potomkowie, przedstawiciele ponad pięćdziesięciu nacji. W Cardiff jest ich nawet więcej. A to w związku z emigracją zarobkową z naszej części Europy. Liczną grupę stanowią Polacy. Pracują w hotelach, restauracjach, sklepach… wszędzie. Głównie kobiety. Łatwo je rozpoznać zanim się odezwą. Po… urodzie. Przybyszów jest tak wielu, że ciśnie się na usta pytanie: czy ktoś tu jeszcze mówi po angielsku?

O walijski z oczywistych względów lepiej nie pytać. Język o celtyckich korzeniach z gardłowymi dźwiękami bez samogłosek, nie budzi skojarzeń. Chociaż, uważnie się wsłuchując, można odnaleźć słowa pochodzenia łacińskiego: mil – tysiąc, mor – morze, sant – święty. Ostatnio, może w odpowiedzi na przypływ emigrantów, a może po to by zamanifestować zadawnioną niechęć do Anglików, walijski staje się modny. Posługuje się nim znowu około 25% Walijczyków. Chętnie uczy się młodzież. Nadają walijskie radiostacje, chociaż co ciekawe, ich repertuar muzyczny nie odbiega od międzynarodowych standardów. Odnoszę nawet wrażenie, że celtycka muzyka bardziej jest popularna u nas. Zresztą i tak skuteczniej lansują ją Irlandczycy i kojarzy się głównie z Zieloną Wyspą.

Wszędzie za to, nie tylko na zamkowych wieżach, łopoce na wietrze czerwony smok na biało-zielonym sztandarze. Godło Walii.

Croeso i Cymru
Witamy w Walii. Jak wiele dumnych ale małych i pozbawionych państwowości narodów, Walijczycy na każdym kroku podkreślają swoją tożsamość. Pod niebiosa wynoszą dokonania, puszą bogactwem przodków. Tak jest w Cardiff, gdzie stary port przekształcono w luksusową dzielnicę. Po referendum w 1997 roku wzniesiono tam na wskroś nowoczesny budynek narodowego parlamentu. Z drewna, kamieni i szkła, wszystko z lokalnych surowców. Pobliski teatr, fakturą murów nawiązuje do struktury nadmorskich klifów. Nieco dalej luksusowy hotel przyciąga wzrok oryginalną konstrukcją dachu, kojarząc z rozpiętym na wietrze żaglem i z rozpostartymi skrzydłami mewy. Każdy z tych budynków jest wyrafinowanym dziełem nowoczesnej architektury. Ale łącznie z zabytkową XIX-wieczną ceglaną giełdą, tworzą kosztowną, acz nieprzemyślaną kompozycję.

W Swansea, również portowym i przemysłowym mieście, nie chciałbym spędzać wakacji. Ale właśnie tam Walijczycy umieścili National Waterfront Museum. Ekspozycja ilustruje ideę wyrażoną hasłem – wszystko co dziś mamy, zawdzięczamy wyborom dokonywanym przez przodków. Gospodarze serdecznie zapraszają do zwiedzania. Podobnie do angielskich i niemieckich turystów kieruję się ku morzu. Im dalej od Swansea, tym wybrzeże jest atrakcyjniejsze. Zatrzymuję się w Mumbles, gdzie przedłużeniem cypla są skaliste wysepki. Ostatnia z białą latarnią morską. Czuję się jak w Sopocie. Stare molo ciągnie się w morze, a restauracje są w pawilonie o ażurowej, uzdrowiskowej architekturze. Najpiękniejsze bodaj piaszczyste wybrzeże ciągnie się nieco dalej na wschód, w okolicach Pembrey i Kidwelly.

Rajd po zamkach
Zastanawiające, że nawiązania do zamkowej i rycerskiej przeszłości są bardzo dyskretne. Może dlatego, że najwspanialsze obiekty są spuścizną po normańskich najeźdźcach. Mimo to ruiny są pieczołowicie konserwowane i oznaczone. Jednak niemal ostentacyjnie, Walijczycy niewiele wkładają w ich uatrakcyjnienie. Zakładają barierki, zamykają niebezpieczne dla zwiedzających lochy, wznoszą widokowe platformy i sprzedają pamiątki w kioskach przy kasach. Owszem od czasu do czasu urządzają turnieje, festyny, przedstawienia. Na co dzień jednak niewiele się dzieje. Tylko w zamku Caernarfon spotykam przebranych w stroje z epoki członków stowarzyszenia opiekującego się zabytkami. Wciągają gości w średniowieczną atmosferę opowiadaniem o „swoich” zajęciach. Skąd jesteś – zwraca się do mnie jeden z nich. – Z Polski… – Ach! Ilu wy mieliście wspaniałych rycerzy… – kiwa głową z uznaniem. Zamkowe wnętrza w Cardiff są prawdziwym rarytasem. Rzadko gdzie zachowało się coś poza murami. W Cardiff są po prostu dwa zamki. Wewnętrzny, jest starą twierdzą na otoczonym fosą kopcu, miejscu po celtyckiej warowni. Natomiast zewnętrzny zamek zachwyca ozdobioną kurantem wieżą i wystrojem komnat. Dekoracje nawiązują do przeszłości akcentami takimi jak sylwetka rycerza nad kominkiem sali balowej. Całość jest jednak wytworem zgoła nie rycerskiej epoki, ale XIX-wieczną romantyczną aranżacją.

Mimo oszczędności z jaką są traktowane, zamki nie pełnią jedynie roli muzealnej.

W najbardziej bodaj imponującej twierdzy, we wzniesionym pod koniec XIII wieku Cearnarfon, koronował się następca brytyjskiego tronu, noszący od 1707 roku honorowy tytuł Prince of Wales (Książę Walii). Ceremonia nadania tytułu księciu Karolowi odbyła się w 1969 roku. Twierdza pochodzi z czasów Edwarda I.

Podobnie Conwy. Zamek łączy się z miejskimi murami, najeżonymi 21 wieżami. Zespół należy do najlepiej zachowanych na świecie średniowiecznych fortyfikacji. Jest celem spacerów i ozdobą przesmyku Menai Strait. Nieopodal, w marinie cumują jachty. A w przytulonej do murów uliczce znajduje się najmniejszy w Wielkiej Brytanii dom.

Inny ważny zamek Edwarda I wznosi się w Harlech, na skałach górujących nad piaszczystym wybrzeżem. Walijczycy wiążą z nim cieplejsze uczucia, gdyż w 1404 roku znienawidzony symbol angielskiej władzy wpadł w ręce powstańców. Dowodził nimi Owain Glyn Dwr, którego można nazwać walijskim Williamem Wallesem. Przez kilka lat skutecznie walczył z Anglikami, a zdobywszy miasto Machynlleth, koronował się nawet na Księcia Walii. To właśnie on używał flagi z czerwonym smokiem.

Ostatnią wielką edwardiańską fortecą jest zamek Beaumaris. Normańskie korzenie nazwy są aż nadto widoczne – piękne mokradła. Wspaniale widać fragment wybrzeża i zatokę. Ale podczas odpływów piaszczysta plaża zamienia się w szeroki błotnisty pas. Dziś zamek jest atrakcją nadmorskiego kurortu. Przedmurze zamieniono w plac zabaw. Na huśtawkach i zjeżdżalni pełno maluchów, trudno znaleźć wolną piknikową ławkę, a w minigolfa grają z równym zapałem rodzice i dziećmi. Pobliskie plaże są zatłoczone, a na głównym placu miasteczka koncertują orkiestry. W zamku zwracam uwagę na rodzinę z formularzem. Jak się okazuje odpowiadają na pytania edukacyjnego quizu i szukają podpowiedzi na rozmieszczonych w obiekcie tablicach. Zapewne jako jedni z nielicznych wyjdą świadomi, że zamek z 14 basztami, setką stanowisk dla łuczników i symetrycznym planem, uznawany jest za światowej rangi arcydzieło sztuki fortyfikacyjnej wieków średnich.

Wszystkie wspomniane zamki są na liście UNESCO. Ale do pierścienia umocnień, które wzniósł Edward I należy też Rhuddlan. Leży 3 mile (około 5 km) od morza, nad przystosowaną już w średniowieczu do żeglugi rzeką Clwyd. Łatwy do zaopatrywania, stanowił główną bazę angielskich wojsk. Łoskot wojennych machin dawno już ucichł. Zamek przegląda się więc spokojnie w wodzie, a na nadrzecznych łąkach pasą się owce.

Forteca Caerphilly też leży nad wodą – na wyspie, na jeziorze. Jest tak wspaniały, że zazdroszczę facetom, którzy zajęli ławeczkę vis a vis i rozsiedli się wygodnie. Nic nie wskazuje na to, by mieli zamiar odejść. XIII-wieczna forteca wzniesiona przez lorda Gilberta de Clare jest największym obok Windsoru i Dover zamkiem na wyspach brytyjskich. Ciekawostką jest krzywa baszta, wychylona od pionu mocniej niż wieża w Pizie.

Na koniec wspomnę jeszcze o Dinas Bran. Choć w odróżnieniu od wielkich na listę UNESCO nie trafi, legenda głosi, że ukryty jest w nim Święty Graal. Istotnie, gdzie szukać tajemnicy jeśli nie w odwiecznych ruinach?! Zburzony w XIII wieku Dinas Bran, utwierdza mnie w przekonaniu, że walijskie zamki doskonale bronią się przed niszczącym upływem czasu. Jak rycerz tarczą i mieczem w starciu z wrogiem, tak one legendami i historią.

Walia (Wales, Cymru). W średniowieczu niezależne królestwo, obecnie część Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. Głową państwa jest monarcha brytyjski. Powołane do życia w 1999 roku Walijskie Zgromadzenie Narodowe jest ciałem doradczym rządu brytyjskiego do spraw Walii. Od 1967 roku język walijski (welsh) jest prawnie zrównany z angielskim. Ludność – 3 mln. mieszkańców. Powierzchnia – 21 tys. km2. Stolica Cardiff. Najwyższa góra – Snowdon (3560 stóp czyli 1085 m wysokości).

INFO
www.visitwales.co.uk
www.castlewales.com

Tekst był publikowany na łamach magazynu „Podróże” (2006)

Anglia / Ascot – kapelusze na wrzosowiskach

Historia Ascot rozpoczęła się, gdy Królowa Anna odkryła przestronne wrzosowiska w pobliżu Windsoru. „Idealne do galopowania” – mawiała (a była zapaloną amazonką).

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W 1711 roku urządzono pierwszy wyścig o nagrodę ufundowaną przez Jej Wysokość wartą 100 gwinei (Her Majesty’s Plate). Od początku wyścigi były otwarte dla każdego jeźdźca, którego koń miał powyżej sześciu lat. W finale brało udział 7 dżokejów.

Za życia królowej wielokrotnie odbywały się jeszcze jeździeckie turnieje, ale potem gwiazda Ascot przygasła. Zawody reaktywował dopiero pod koniec XVIII w. stryj Króla Grzegorza III, Duke of Cumberland – Strażnik Lasów Windsoru i właściciel wielkiej stadniny. Za jego namową, ale pod patronatem korony wzniesiono wówczas w Ascot królewskie stajnie, tory i wybiegi, znane po dziś dzień jako Royal Enclosure. Co ciekawe, w 1813 roku sprawa Ascot stała się przedmiotem parlamentarnej debaty zakończonej uchwałą zwaną Act of Enclosure. Brytyjski parlament postanowił, że gonitwy na należących do korony wrzosowiskach (Ascot Heath), pozostaną otwarte dla szerokiej publiczności.

W centrum terenów hippicznych w Ascot otwarto w 2006 roku nowoczesny budynek – Royal Ascot Village. Gigantyczna galeria ze stali i szkła przykryta oryginalnym parasolowatym dachem mieści restauracje, sale bankietowe i hotel, z którego korzystają właściciele koni, trenerzy oraz przybyli z dalszych stron goście. Pod dachem kryją się też otwarte na północną stronę trybuny, z których można obserwować gonitwy. Są również telebimy na których można oglądać jeźdźców. I na których – mówiąc szczerze – widać ich najlepiej. Tor ma bowiem 4 mile długości (6,44 km).

Kluczowym wydarzeniem w Ascot jest czerwcowy tydzień – Royal Ascot. To nie tylko prestiżowe zawody sportowe, ale przede wszystkim wielkie święto mody i dobrego tonu w czysto angielskim wydaniu. Dżentelmeni pojawiają się we frakach i cylindrach – obowiązkowo z lornetką, damy zaś w kreacjach, w których najistotniejszym elementem jest nakrycie głowy. Kapelusz, a przynajmniej stroik. Oczywiście… niepowtarzalny! Wyzwanie dla modystów, magnes dla kamer, dla konkurentek – obiekt zazdrości, dla panów – zachwytu. Najciekawsze kreacje pojawiają się natychmiast na łamach gazet i w Internecie. Paparazzi polują oczywiście na celebrytów, ale nawet oni, bardziej niż skandali poszukują w tych dniach piękna i elegancji.

W ciągu całej imprezy odbywa się szereg gonitw, z których najważniejsze mają miejsce trzeciego dnia. Ladies Day jak się popularnie nazywa kulminacyjny dzień, skupia uwagę całej Anglii. Trofeami są Złoty Puchar (Gold Cup), Królewski Puchar Myśliwski (Royal Hunt Cup) oraz Waza Królowej (Queen’s Vase), które trafiają w ręce zwycięzców na rok. Każdego dnia o godzinie 14.00 przybywa w towarzystwie rodziny i gwardii Królowa. Jej pojawienie się jest sygnałem rozpoczęcia zawodów. Notabene, Królowa Elżbieta sama jest właścicielką koni, a jeżdżący w barwach korony dżokeje często zdobywają laury.

Wyścigi wyścigami… Naturalnie wzbudzają emocje i wprawiają w ruch ogromne pieniądze, ale Royal Ascot to przede wszystkim piknik nad piknikami oraz rewia mody. Chociaż jest piwo, to jednak strumieniami leje się przede wszystkim szampan. I Pimm’s – napój alkoholowy bazujący na dżinie, w kolorze herbaty, o smaku przypraw i owoców cytrusowych, który w Anglii urósł do rangi napoju wyższych sfer. Nic więc dziwnego, że serwują go w Ascot. Restauracje w pawilonie oferują wyrafinowane menu, namioty na błoniach – popularne w Anglii Fish and Chips. Do rytuału należy także oglądanie koni i obstawianie wyników. Bukmacherzy którzy zajmują stanowiska między trybunami a bieżnią, zachęcają do obstawiania kolejności na mecie… Każdy z przybyłych studiuje więc uważnie program oraz doniesienia prasowe, w których na czołówki trafiają opinie ekspertów na temat koni, ich rodowodów i macierzystych stadnin. Nie ma dżentelmena, który nie studiowałby w tych dniach specjalistycznej gazety „The Racing Post”. Po wyścigu odbiera się nagrodę lub… godzi z porażką – po angielsku, rzecz jasna. Gra dodaje mitingowi rumieńców. Przez pięć czerwcowych dni Ascot jest nieustannie obecne w mediach. Nadaje stąd codzienne programy wiele stacji, przede wszystkim BBC, a prezenterzy i prezenterki są ubrani stosownie do okoliczności.

INFO
www.ascot.co.uk

Ascot leży na północno zachodnich obrzeżach londyńskiej aglomeracji. Najwygodniejszy dojazd pociągiem (bezpośrednie od stacji London-Waterloo); dojście ze stacji do celu zajmuje ok. kwadransa. Są liczne parkingi samochodowe, ale kosztują słono i miejsce trzeba rezerwować ze sporym wyprzedzeniem.

Termin: czerwiec. Czas trwania: 5 dni. Odbywa się wtedy około 20 gonitw w międzynarodowej obsadzie, początek biegów – codziennie, po przybyciu Królowej, co ma miejsce zwyczajowo o godz. 14.00. Koszty: zależne od strefy (Royal Enclosure dostępna na wyjątkowych zasadach). Wejście tylko w oficjalnych strojach!

Anglia / Brighton – molo królowej Wiktorii

If You like this site, your support will be welcome!

$5.00

Brighton, najsłynniejszy kurort nadmorski Anglii kusi londyńczyków obietnicą wypoczynku niemal przez cały rok.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Tutejsze wybrzeże upodobał sobie na początku XIX wieku książę regent, przyszły król Anglii Jerzy IV Hanowerski. Na jego polecenie rozbudowano i udekorowano budynek, który po dziś dzień jest dumą miasta – Pawilon Królewski (Royal Pavilion).

Pałac z cebulastymi kopułami, najeżony cienkimi niczym minarety wieżyczkami, pełen smoków na ścianach i drzewiastych żyrandoli, odzwierciedla brytyjskie fascynacje egzotyką Indii i Chin. Wzorem króla na wypoczynek do Brighton ciągnęli przedstawiciele dworskich elit. Obyczaj ten utrwalił się pod panowaniem królowej Wiktorii. U schyłku jej rządów, w 1899 roku wzniesiono molo (Brighton Pier). Trochę inne niż sopockie, przykuwa uwagę ażurową dekoracją wzniesionych na nim budynków. Podziwia się z niego stada mew i słucha szumu morza, albo spacerując po skrzypiących deskach, albo korzystając z rozstawionych leżaków. W stylowym Tea Roomie pije się herbatę. Młodzież odwiedza najczęściej olbrzymi salon gier, a dzieci – lunapark, usytuowany na wysuniętym w morze krańcu budowli. Nieopodal wejścia znajduje się jeszcze jedna atrakcja – oceanarium (Sea Life Centre), z najdłuższym w Europie podwodnym korytarzem umożliwiającym podglądanie co się dzieje w głębinach.

Życie miasta koncentruje się na starówce, w dawnym rybackim Brighton, ograniczonym dziś szerokimi alejami King’s Road, West Street, Old Steine i Church Street. Przy skrzyżowaniu dwóch ostatnich wznosi się Royal Pavilion. Sąsiedni, zamknięty Trafalgar Street obszar z gęstym rusztem uliczek dopełnia zabytkowego centrum miasta. Wijące się w nim wąskie uliczki noszą nazwę Lanes. Mieszczą się przy nich dziesiątki sklepików i galerii, restauracje, puby i kluby… Pamiętają takich gości jak Graham Green czy Oscar Wild, którzy chętnie gościli w Brighton.

Po Lanes się spaceruje i robi przy nich zakupy. Pośród luksusowych sklepów oryginalnością wyróżnia się perfumeria przy Meeting House Lane 45-46. Tutaj kosmetyki wyrabia się na indywidualne zamówienie, dopasowując do charakteru i upodobań klienta. Na podstawie wybranego zapachu powstają perfumy, woda toaletowa, olejek do ciała, krem do golenia albo zapachowe świece… W stosownym kolorze i opakowaniu. W Pecksniff’s, jedynej tego typu firmie w Anglii, dobranie flakonika perfum (100 ml) kosztuje… 250 funtów.

Brighton jest miastem akademickim. Studenci także korzystają z uroków Lanes, zwłaszcza z dyskotek i klubów. Bodaj najciekawszy „The Church” przy Dyke Road 11 urządzono w nieczynnej świątyni. To w Anglii praktyka popularna. Gdy gmina nie ma środków na utrzymanie kościoła albo wzniosła nowy, stary oddaje w dzierżawę. Ostatecznie wyzbywa się nie Domu Bożego, ale opuszczonych, pozbawionych religijnych utensyliów murów, oddając dobre samopoczucie gości w ręce barmanów i DJ-ów. Przy Lanes mieści się także najwięcej typowo brytyjskich hotelików. Ściśnięte na wąskich parcelach mają małe pokoje i karkołomnie strome schodki. Ale panuje w nich angielski duch, ceny są niewysokie, i blisko nad morze.

Do rybackich korzeni Brighton, nawiązują zainstalowane przy nadmorskiej promenadzie kutry. Nie wypływa się w nich już jednak na połowy. Są stylową dekoracją pubów, galerii oraz sklepów z biżuterią i pamiątkami. Wszystkie lokale urządzono w piwnicach służących niegdyś do przechowywania łodzi i sieci. Wprawdzie jeszcze około 20 osób podtrzymuje rybackie tradycje (niewiele jak na 150-tysięczne miasto), ale ostatni rybacy częściej przetwarzają owoce morza, aniżeli je z morskiej toni pozyskują. Właściciele wystawionych nad brzegiem kiosków z rybami korzystają więc z towarów przywożonych… w kontenerach. Podobnie zresztą jak liczne restauracje z morskim menu w zaułkach starego Brighton.

Plaże ciągną się wąskim pasem wzdłuż King’s Road. Przy niej zaś, mieszczą się najdroższe hotele i restauracje – z widokiem na morze i najbliżej plaż! Kamienistych, pokrytych grubymi brązowo żółtymi otoczkami. A że miasto leży niedaleko wylotu kanału La Manche, morze burzy się nieustannie. Uderzające o brzeg fale zabierają kamyki z charakterystycznym grzechotem. Niepowtarzalnego koncertu dopełnia skrzek mew, penetrujących wybrzeże w poszukiwaniu pożywienia. Gdy tylko zbliża się sztorm, ptaki kryją się w mieście, wypełniając Lanes głośnym krzykiem.

INFO
Brighton: www.visitbrighton.com
Wybrzeże: www.tourism.brighton.co.uk
Lokale i sklepy: www.brightonlife.com
Dojazd z Londynu ok. 2 godz. Pociągi z Londynu kursują co 20-30 minut; bilet – 25 GBP. Po Brighton najlepiej poruszać się pieszo. Spod oceanarium do mariny kursuje kolejka elektryczna z 1883 r. (Volks’s Electric Travel).

Atrakcje miasta i okolicy
Pawilon Królewski – 8,80 GBP (kwiecień-grudzień – 4,40 GBP); dzieci, do 4 lat – gratis; www.royalpavilion.org.uk
Molo (czynne od 10.00 do zmierzchu), wejście gratis; www.brightonpier.co.uk
Oceanarium – 8,40 GBP, dzieci do lat 12 – 6 GBP; www.sealifeeurope.com
www.arundelcastle.org
Arundel Castle, położona 25 km na zachód od Brighton imponująca siedziba książąt Norfolk – (zwiedzanie kwiecień-październik w godz. 10.00-17.00) – 15 GBP
Owoce morza w kioskach przy promenadzie – od 2,5 GBP
Muzyczne imprezy na miejskich plażach i w parkach
UWAGA: Barbecue – dozwolone jest grillowanie na plaży, ale po 18.00.

Tekst był publikowany na łamach tygodnika „Świat i ludzie” (2009)