Mrożkowski syndrom wiecznie żywy

Był początek lat 80., a ja byłem w Beskidzie Wyspowym. Na Ćwilinie, przypominającym wielką kopę siana szczycie, przekraczającym nieco tysiąc metrów wysokości. Na wierzchołku jest rozległa, widokowa polana, na niej stał wówczas sfatygowany szałas, a na skrzypiących drzwiach wejściowych, pysznił się wysmarowany węglem z szałasowego paleniska dumny napis: „KOR walczy”.

W wielu miejscach spotykałem później przejawy owego „mrożkowskiego syndromu Ostatniego husarza”. Ot, choćby w górach Riła w Bułgarii, także w latach 80., tyle że w ich połowie, na stokach efektownie piętrzącego się Dżengału (2730 m). Tam, na wielkiej wancie, ktoś – równie nieporadnie jak autor ćwilińskiej inwokacji – napisał czerwoną farbą: „Ъорете ся за Македония!” (Walczcie o Macedonię!).

Myślałem, że w naszej części świata czasy ostatnich husarzy już przeminęły. A tu masz, zaglądam przez dziurę w płocie (niedawno zresztą zrobioną, bo i płot niedawno wzniesiony, jako, że jeszcze nie zardzewiały), przy Owsianej, na teren zrujnowanej fabryki – przed wojną „Telefunkena”, po wojnie Zakładów Odzieżowych ‘Cora’, gdzie zza krzaków pozbawionych jeszcze liści, wyłania się na jednej ze ścian zaangażowane politycznie, współczesne malowidło. Nie odkryłem go rzecz jasna, bo jest ono tam już przynajmniej od dwóch lat. Szkoda tylko, że pole oddziaływania tego graffiti na społeczeństwo, ograniczają: wspomniany płot, rozrastające się spontanicznie krzaki i zniechęcająca do odwiedzin sceneria, obróconych w ruinę budynków.

Graffiti na północnej ścianie zrujnowanego budynku przy Owsianej na Pradze w Warszawie, fot. Paweł Wroński

 

 

 

Reklamy

Polska – Beskid Wyspowy, czyli góry niczym archipelag

Beskid Wyspowy wyłania się spośród beskidzkich pasm na podobieństwo morskiego archipelagu.

Takie skojarzenie musiało się nasunąć geografowi i podróżnikowi, Ludomirowi Sawickiemu, który jest ojcem chrzestnym tego rozległego górskiego pasma, rozciągającego się na wschód od doliny Raby na północnym skraju karpackiego łańcucha. Trafna, wprowadzona około 1910 roku nazwa przyjęła się za sprawą pierwszego przewodnika po Beskidach Zachodnich, autorstwa Kazimierza Sosnowskiego, którego wznawiane kilkakrotnie wydania ukazywały się od 1914 do 1948 roku.

Szczyty Beskidu Wyspowego wyrastają nieznacznie ponad 1000 metrów, a najwyższa Mogielica liczy 1170 m. Konsekwencje sporych wysokości względnych odczuje każdy komu przyjdzie wspinać się na wierzchołki poszczególnych szczytów, bo wysokości względne są znaczne. Na wschodzie, gdy zbliżamy się do doliny Dunajca, wyspowy charakter gór zanika, ustępując układowi pasmowemu, charakterystycznemu dla całych Beskidów. O ile Beskid Wyspowy wyraźnie oddzielony jest od Gorców na południu, o północną granicę uczeni wciąż się spierają. Tam bowiem pasmo obniża się przechodząc niezauważenie w Pogórze Wiśnickie i Rożnowskie. Najwyższe masywy Beskidu Wyspowego rozpoznamy bez trudu, gdyż mają wyraziste sylwetki. Spod szczytu Mogielicy spływa wielkim jęzorem rozległa polana. Równie wielka pokrywa łagodną kopułę Ćwilina (1072 m). Luboń Wielki (1022 m), zamykający od północy kotlinę, w której rozłożyło się uzdrowisko Rabka, tworzy długi rozciągnięty równoleżnikowo ciemny wał. Na szczycie wznosi się maszt telewizyjnego przekaźnika, pod którym widać niewielki budynek, obecnie najmniejszego schroniska w naszych górach. Tylko 10 miejsc noclegowych, ale z klimatem. Śnieżnica (1007 m) ma trzy zalesione wierzchołki, nazywane Na Budaszowie, Wierchy i Nad Stambrukiem, Modyń (1027 m) góruje nad Limanową zwalistym masywem, zaś wznoszący się pomiędzy Myślenicami, Pcimiem a Mszaną Dolną Szczebel (977 m), bije w niebo stożkiem, okrytym ciemnym płaszczem lasów.

Na wierzchołkach, zwłaszcza w północnej części spotyka się zazwyczaj wychodnie piaskowca. Na grzbietach i stokach, skalne ostańce przyjmują fantazyjne formy. Jedna z najatrakcyjniejszych grup rozrzucona jest na stokach na pograniczu beskidzko-pogórzańskim. Są to Kamienie Brodzińskiego rozrzucone nad Rajbrotem i Lipnicą Murowaną. Stoki Lubonia Wielkiego(1022 m), górującego nad Chabówką pokrywa gołoborze. Najpotężniejszy natomiast piaskowcowy blok leży nieopodal Szczyrzyca, w dolinie Stradomki. Długi na 55 m, szeroki na 8 do 12 m, i wysoki na 17-25 m, poprzecinany jest  szczelinami, które dzielą go na kilka części. W górnym fragmencie znajduje się galeryjka, częściowo naturalna, częściowo wykuta w skale, ubezpieczona drewnianym mostkiem zawieszonym nad przepaścią. Diabli Kamień, pod którym – nomen omen – od 1810 do 1995 roku pędzili żywot kolejni świątobliwi pustelnicy. Najczęściej bracia zakonni, którzy wzorem pioniera, Andrzeja Grzybkowskiego opiekowali się kapliczką i maleńką pustelnią wzniesionymi nieopodal skalnego bloku. Z Kamieniem wiąże się wiele podań, a najpopularniejsze mówi o diable, który zamierzał podstępnie ogromny głaz zwalić na cysterskie opactwo w Szczyrzycu, ale że kur zapiał, musiał swój ciężar porzucić, i chybił celu. Co ciekawe, podobny bajeczny motyw powtarza się w Karpatach dość często. Podobnie jak nazwa Diabli Kamień dla piaskowcowych ostańców. Zmieniają się tylko konkretne diabelskie cele, którymi są najczęściej drażniące biesa dźwiękiem dzwonów świątynie lub klasztory, w których mnisi chwalą w pokorze Pana modlitwą i pracą. Pod Diablim kamieniem w Smykani mieszkał najdłużej Florian Klamka, franciszkanin z Libiąża – 51 lat. Uprawiał zioła i nosił charakterystyczną, długą brodę, stając się w latach 70. XX wieku wielką atrakcją turystyczną. Zajeżdżały tutaj autokary nie po to by dowiedzieć się czegoś o karpackiej geologii, ile żeby zobaczyć pustelnika. Klamka opuścił pustelnię na starość, a jego miejsce zajął ostatni pustelnik Zygmunt Młynek, zwany Kamilem. Spędził pod kamieniem 11 lat. Zalazła mu jednak za skórę właścicielka gruntu, na którym stoi pustelnia, żądając od świątobliwego męża pieniędzy za dzierżawę. Żądana kwota musiała być niemała, skoro Kamil w akcie desperacji rozbił trumnę, w której zwyczajowo sypiali pustelnicy, i trzasnąwszy drzwiami, pustelnię opuścił.

Osobliwością Beskidu Wyspowego są ponadto jaskinie, groty i schroniska skalne, których zinwentaryzowano już ponad 60, ale speleologowie i amatorzy podziemnych eksploracji nie ustają w poszukiwaniach kolejnych. Największa, nie jedyna zresztą jaskinia, znajduje się na północnych stokach, sąsiadującego z Ćwilinem Łopienia (951 m). Nazwano ją Zbójecką i uznano za pomnik przyrody. Jej korytarze liczą około 400 metrów długości. Jeszcze bardziej kuriozalna, choć znacznie mniejsza jaskinia znajduje się na północnym skłonie Szczebla. Łatwo ją znaleźć ponieważ otwór wejściowy leży nieopodal ścieżki czarnego szlaku prowadzącego z Lubnia do Kasinki Małej. Od wejście przez spory otwór o rozmiarach 3×4 m prowadzi w dół krótki pochyły korytarzyk. Z komory wychodzą 3 dalsze, trudno jednak dostępne, bo szybko się zwężające. Łącznie cały system przejść liczy 25 m długości. Na ścianach głównej komory są podpisy odwiedzających jaskinię. Najstarsze pochodzą z lat 60. XIX wieku. Przez cały rok we wnętrzu panuje temperatura o kilka do kilkunastu stopni niższa niż na zewnątrz. Często, nawet latem dno zaścieła lód. Skalę i charakter jaskini znakomicie oddaje jej nazwa – Zimna Dziura.

Z ciekawostek historycznych zapamiętać warto, że siodło między Mogielicą a Łopieniem nosi imię marszałka Rydza-Śmigłego. Tędy bowiem, w 1914 roku, prowadził szlak dowodzonych przez niego oddziałów legionowych maszerujących pod Limanową. Walki i przemarsze żołnierzy polskich w Karpatach w czasie I wojny światowej, upamiętnia wzniesiony w okresie międzywojennym obelisk.


Powiązane artykuły:
Polska – mozaika naszych gór
Polska – Beskid Śląski, czyli u źródeł Wisły
Polska – Beskid-Żywiecki, czyli wokół Królowej Beskidów
Polska – Beskid Mały i Makowski, czyli papieskie góry
Polska – Gorce, czyli górska rozgwiazda
Polska – Pieniny, czyli świat motyli
Polska – Beskid Sądecki, czyli samo zdrowie
Polska – Beskid Niski to przede wszystkim doliny
Polska – Bieszczady, czyli legenda połonin
Polska – Tatry, czyli odrobina Alp w Karpatach