Radonie, czyli dwór szczęśliwy

W II Rzeczypospolitej istniało około 16 tysięcy szlacheckich dworów. Do naszych czasów dotrwało zaledwie kilkaset, w większości – niestety – nadal zrujnowanych.

Dwór w Radoniach pochodzi z 1842 roku. Wzniósł go Piotr Folkierski, który założył ceniony później w majątku ceniony szeroko browar, fot. Paweł Wroński

Takim dramatycznym zestawieniem rozpoczyna się opis historii dworu w Radoniach nieopodal Grodziska Mazowieckiego. Dworu, który – co tu dużo mówić – miał sczęście, bo w 2005 roku tę historyczną ruinę nabyli ludzie, którzy przywrócili zabytek do życia.

W spisanej przez współczesnych właścicieli hitorii dworu czytamy m.in. ustęp poświęcony Piotrowi Folkierskiemu, do którego należał majątek i dwór w Radoniu w połowie XIX wieku: „Czas administracji Piotra Folkierskiego to czas rozkwitu Radoń. Wieś składa się wówczas z 18 domów i liczy 183 mieszkańców, a powierzchnia ziem w majątku wynosi 526 mórg – z czego ponad 70% to grunty orne. Powstaje osada fabryczna i młynarska z wiatrakiem oraz browar produkujący licencjonowane piwo bawarskie. W latach 1880-tych produkcja wynosi 17 000 wiader piwa, a obroty około 20 000 rubli.”.

Przedświąteczny kiermasz w dworze w Radoniach, fot. Paweł Wroński

Odgrzebują historię obiektu, gospodarze dzielą się nią w sieci, podobnie zresztą jak wnętrzami, w których na codzień działa stworzone przez nich Muzeum Historii Lokalnej. Okazjonalnie zaś organizują różnorodne imprezy. My, trafiliśmy tam, szukając ciekawych drobiazgów, bo w dworskich wnętrzach, gospodarze zorganizowali, zresztą już po raz czwarty, kiermasz przedświąteczny. Były wyroby artystyczne i domowej roboty smakołyki. Uczestnikami byli głównie artyści i wytwórczy produktów spożywczych z okolicy, ale do dworu zjechali nawet z odległego przecież Beskidu Niskiego, właściciele gospodarstwa agroturystycznego „Farfurnia” z Zawadki Rymanowskiej, by wystawić na sprzedaż swoje ceramiczne wyroby.

W Radoniach, 16 grudnia 2018, fot. Paweł Wroński

Nam spodobała się ceramika z pracowni „Mamula”, piernik lukrowany i nalewka na śliwkach. Przede wszystkim jednak zachwycił nas sam dwór, pięknie wybielony, otoczony parkiem ze stawami. Akurat sypnął pierwszy tej zimy poważniejszy śnieg. Tym bardziej więc dwór w Radoniach tchnął ciepłem i życiem.

Dziś trudno uwierzyć, że w 1998 roku w książce o dworach powiatu grodziskiego „Domy i Ludzie”, Marek Cabanowski tak opisywał radoński zabytek: Za każdą moją kolejną wizytą stopień dewastacji tej rezydencji był coraz większy. Dzisiaj okoliczni mieszkańcy wyłupują cegły ze ścian nośnych i rozbierają drewniane gonty na opał. Myślę, że obecne zniszczenia są nieodwracalne i pałacu nie da się już odbudować.” Wbrew jego pesymizmowi – udało się. „Nić tradycji snuje się dalej na kołowrotku teraźniejszości”.


Dwór w Radoniach (m.in. historia obiektu od czasu budowy czyli 1842 roku do czasu remontu obiektu w 2010): www.radoniedwor.pl

Reklamy

Choinka z Niemiec, od św. Bonifacego

Choinka, którą powszechnie stroimy na święta przywędrowała do nas z zachodu, konkretnie z Niemiec. I to, dopiero, w XIX wieku.

Św. Bonifacy na starej rycinie, fot. z portalu: stacja7.pl

Ideę upamiętniania drzewkiem przyjścia Chrystusa (na świat), przypisuje się św. Bonifacemu. To postać historyczna, wyniesiona przez Kościół na ołtarze za gorliwość w szerzeniu wiary wśród germańskich plemion i męczeńską śmierć jaką zakończyła się jego apostolska misja w VIII wieku. Bonifacy kazał ścinać stare drzewa poświęcone pogańskim bóstwom, aby pokazać ich wyznawcom, że dawni bogowie nie mają sił, by obronić leśne gontyny przed ‚prawdziwym’ Bogiem. Dziś, serce się kraje na myśl, że pod siekierami gorliwców padały potężne dębowe pnie, bo te właśnie drzewa, zarówno Germanie, jak i my – Słowianie, najczęściej poświęcaliśmy w dawnych czasach bogom.

Podczas jednej z takich akcji, gdy usunięto z wyrębu dębowe pnie, wystrzeliła ku niebu mała jodełka (Tannenbaum). Dzięki swej elastyczności nie złamała się pod ciężarem wiekowego sąsiada. Wskazał ją Bonifacy i powiedział, że to właśnie drzewko powinno przypominać przyjście Chrystusa na świat. Jezus bowiem, niczym ta drobna jodełka, nigdy nie ugiął się przed wielkim złem i nie dał złamać, znosząc nieludzkie tortury, a wreszcie – ukrzyżowany – zmartwychwstał.

W XVI-wiecznych kazaniach z terenów współczesnego pogranicza Francji i Niemiec pojawiły się wzmianki świadczące o tym, że idea Bonifacego urzeczywistniła się. Do Polski, zwyczaj przystrajania drzewka (jodełki bądź świerka), dotarł w okresie zaborów. Najpierw zadomowił się na terenach Prus i Austrii, potem poszerzył na zabór rosyjski. Podobną drogą dotarły do nas adwentowe wieńce i kalendarze, a wreszcie szklane bombki, których narodziny także miały miejsce w XIX-wiecznych Niemczech.

Adwentowe wieńce wywodzą się z tradycji protestanckiej. Mają krótką historię sięgającą XIX wieku, fot, Paweł Wroński

Z czasem choinki wyrugowały słomiane pająki, zielone gałązki, czy jemiołę. Dopiero teraz w związku z zataczającym coraz szersze kręgi pro-ekologicznym myśleniem, żywe drzewka zastępują pomysłowe instalacje, wykonane najczęściej z materiałów nadających się do recyklingu.

Choinki nie żyją w spokoju, fot. Paweł Wroński

Takich właśnie dobrych pomysłów, życzyć wszystkim wypada. Inaczej bowiem, można podzielić los św. Bonifacego i jego 52 towarzyszy, których Germanie pozabijali, wyraźnie ceniąc wyżej stare drzewa niż chrześcijańską doktrynę.

Tylko, że w naszych czasach, masowa wycinka drzew, doprowadzi do katastrofy ekologicznej, której nie będzie już miał kto nazwać męczeństwem.


Kreatywna alternatywa choinki (na przykład): www.styl.fm

GRE i jubileusz „Skarbnicy Sztuki”

Pierwszą rocznicę działalności Fundacji „Skarbnica Sztuki” uświetnił wernisaż wystawy malarstwa Zbigniewa Gręziaka. Wystawa jego prac była 9. zorganizowaną w tak krótkim czasie przez Fundację Ewy i Pawła Boguta w Galerii przy Działdowskiej 8A w Warszawie.

Autor zaprezentowanych obrazów jest absolwentem Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Opracował autorską technikę oleju drapanego. Ma na koncie stworzenie Eliptosfery – obrazu otaczającego widza ze wszystkich stron. Ten aspekt jego twórczości przypomniała obecna na wernisażu, pani Danuta Węgrowska, która w latach 90. pełniła funkcję Naczelnika Wydziału Kultury w dzielnicy Warszawa-Wola.

Artysta nie pozostaje obojętny wobec otaczającej go rzeczywistości. Ba, komentując ją, nader często odnosi się do różnych zjawisk krytycznie. Widać to wyraźnie w dziełach takich jak: „Martwa natura z granatami”, „Propaganda”, „Zamiast skóry niedźwiedzia”. Zazwyczaj jednak, pozwala widzom szerokie pole do interpretacji, określając swoje obrazy mianem „Bez tytułu”.

Na wystawie w Galerii „Skarbnicy Sztuki”, Zbigniew Gręziak pokazał prace z lat 2015-2018, po raz pierwszy publicznie. „Tą wysatwą dodaję do mojej pracy nowe tematy – jestem na służbie. Na służbie, próbując skomentować rzeczywistość. Dlaczego? Bo rzeczywistość kąsa i nie pozwala koncentrować się na abstrakcji” – czytamy w wydanym przez Fundację katalogu słowa, którymi malarz podsumowuje swój aktualny dorobek.


Fundacja „Skarbnica Sztuki” w Interneciewww.skarbnicasztuki.com oraz fanpage: www.facebook.com

 

Warszawa i 10. rocznica hejnału

W dniu 22 listopada 2018, podczas uroczystego posiedzenia nowej Rady Warszawy, zaprzysiężono Rafała Trzaskowskiego na Prezydenta m.st. Warszawy. Został wybrany niemal pół milionem głosów mieszakńców stolicy!

Z tej okazji hejnał miasta. Melodię tę słyszymy każdego dnia o godz. 11:15 z wieży Zamku Królewskiego w Warszawie.

11:15 to symboliczny moment, bo w efekcie ostrzału niemieckiej artylerii, 17 września 1939 roku, o tej właśnie godzinie zegar na zamkowej wieży się zatrzymał. Tego dnia na miasto spadło około pięciu tysięcy pocisków! A był to tragiczny i trudny czas zarówno w dziejach kraju, jak i jego stolicy, ponieważ tego dnia, napadła na Polskę Armia Czerwona. Rosyjskiego ataku nie można nazwać inaczej niż napaścią, bo nastąpił bez wypowiedzenia wojny.

Kwadrans wcześniej, przed zatrzymaniem wskazówek zegara, o godzinie 11:00 Zamek Królewski stanął w płomieniach. Pełną dramatyzmu akcję ratunkową uwiecznili wówczas polscy filmowcy na osobiste zlecenie prezydenta stolicy, Stefana Starzyńskiego. Zniszczenia były ogromne, ale sojusznicy nie udzielili Polsce wsparcia, mimo, że w radiowym przemówieniu Starzyński apelował: Te ruiny i zgliszcza Warszawy uprawniają mnie dzisiaj, abym w imieniu tej ludności zwrócił się do rządów wielkiej Brytanii i Francji z zapytaniem – kiedy udzielą takiej pomocy Polsce, która pozwoli na odsunięcie czy przeciwdziałanie tym barbarzyńskim metodom, jakie są do nas stosowane”.

W 1944 roku, pod koniec trwającego 2 miesiące powstania warszawskiego, hitlerowcy wysadzili w powietrze zrujnowany w początkowej fazie wojny Zamek Królewski – symbol niepodległości Polski.

*

U schyłku XX wieku o warszawski hejnał zabiegał przez niemal dekadę Henryk Łagodzki, nieżyjący już żołnierz Armii Krajowej i powstaniec warszawski ze zgrupowania Chrobry II.  Jego starania uwieńczone zostały sukcesem. W 2008 roku postanowiono bowiem, że hejnał stołeczny będzie codziennie odgrywany na pamiątkę tamtych wydarzeń. Melodię granego przez trębacza hejnału, w 1995 roku, kompozytor – profesor Zbigniew Bagiński z warszawskiej Akademii Muzycznej – oparł na motywach „Warszawianki” i „Marszu Mokotowa”.

 

Hejnał odgrywany jest na trzy strony świata, z pominięciem wschodniej. Nie jest to jednak żaden symboliczny gest. Dzieje się tak z prozaicznego powodu. Mianowicie, wieża zegarowa Zamku Królewskiego ma tylko trzy okna. Symboliczny jest natomiast trójdzielny układ kompozycji, który – zgodnie z intencją kompozytora, nawiązuje do historycznych wartości patriotycznych, wyrażanych słowami: „Bóg – Honor – Ojczyzna”.

 

Korzystając z okazji, nowemu Prezydentowi m.st. Warszawy, Rafałowi Trzaskowskiemu życzę, żeby jego prezydentura rozpoczynająca się w szczególnym roku, bo jubileuszowym – 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości, 100-lecie nadania prawa wyborczego (czynnego i biernego), kobietom (w czym wyprzedziliśmy o bez małą dwie dekady Francję – kolebkę feminizmu) oraz 10-lecia odgrywania hejnału w stolicy, zapisała się w dziejach miasta i kraju chwalebnie!

 

 


O wprowadzeniu hejnału w 2008 roku w oficjalnym portalu stolicywww.um.warszawa.pl

Sto lat temu Polki uzyskały prawa wyborcze. „Ruch ten nowy witamy ze szczerą radością” / artykuł pod takim tytułem, w portalu: www.wiadomosci.gazeta.pl

Styria przypomina o sobie

Styria – najbardziej zalesiony z austriackich krajów związkowych, zwany z tej racji zielonym sercem Austrii, przywdziewa na zimę białą szatę.

Kulminacja zimowych wrażeń następuje na terenach narciarskich Schladming-Dachstein. Ośrodek należy do porozumienia Ski Amadé, a ponadto – sam w sobie – oferuje trasy rozciągniętej na czterech wybitnych kopcach huśtawki oraz na stokach ozdobionego lodowcowymi spływami, skalistego Dachsteinu.

Promocja Styrii w „Winosferze”, przy Chłodnej 31, fot. Paweł Wroński

Z czym jeszcze warto kojarzyć Styrię? Z malowniczą starówką stolicy Landu – Grazu, uzupełnioną tak niepowtarzalnymi współczesnymi realizacjami architektonicznymi jak sztuczna wyspa na rzece Mur (mieści restaurację-kawiarnię; Murinsel), torem wyścigów samochodowych – Red Bull Ringiem w Spielbergu, stadniną słynnych lipicanów w Piber, kościołem restaurowanym według projektu Hundertwassera w Bärnbach, wodami termalnymi, smakowitą kuchnią, winami z oryginalnym Schilcherem na czele oraz romantyczną legendą arcyksięcia Jana Habsburga.

Kulinarnym przebojem Styrii jest olej z pestek dyni – niezwykły dodatek do różnych potraw, sałatek, a nawet… deserów. Potrawy pasterskiej proweniencki mieszają się w Styrii z owocami lasu, fot. Paweł Wroński

Styria (Steiermark) po polsku: www.steiermark.com

Turracher Höhe, na stoku z kamerdynerem 

Na Turracher Höhe jest słonecznie i długo zalega śnieg, szumią limbowe lasy i skrzy się tafla skutego lodem jeziora. Jak to w Alpach – powiedzą sceptycy. Owszem, ale z pewnością na najwyższym poziomie, a poza tym tylko tam – nigdzie indziej – o komfort gości dbają… kamerdynerzy.

Ośrodek Turracher Höhe rozsiadł się na wysokości 1763 m w Alpach Gurktalskich (Alpach Doliny Gurk), na słonecznym płaskowyżu, od którego wziął nazwę. Najwyższy punkt zagospodarowanego narciarsko terenu to dostępny kolejkami Kornock (2205 m), zaś najniżej położona jest dolna stacja Turrachbahn na wysokości 1400 m. Trasy oplatają północne stoki szczytów: Rinsennock (2334 m) na wschodzie i Kaserhöhe (2318 m) na zachodzie. Leżąc na granicy dwóch krajów związkowych Austrii, ośrodek korzysta z ich naturalnych walorów: z pachnących żywicą lasów Styrii oraz ze słonecznego klimatu i górskich jezior Karyntii.

Fun dla małych i dużych
Na tym stosunkowo niewielkim, ale świetnie zorganizowanym i nowocześnie uzbrojonym terenie narciarskim, zróżnicowane pod względem trudności i charakteru trasy zjazdowe tworzą sieć o łącznej długości 42 km. Dwóch z nich nigdy nie wyrównują ratraki, pozostawiając wielbicielom białego szaleństwa przyjemność kontaktu z dziewiczym śniegiem. Trzy ciągi przeszkód w miejscowym Snowparku dostosowane są do poziomu umiejętności fanów freestyle’u, niezależnie od tego czy są wierni jednej czy dwóm deskom. Adrenalinę wyzwala zmierzenie się z wyzwaniami Funcrossu – toru do jazdy slalomem z przeszkodami. Równolegle poprowadzono 850-metrową Funslope – trasę o łagodniejszym od pozostałych profilu, wprawdzie z niższymi i łatwiejszymi ale fascynującymi boksami, dedykowaną rodzinnym wyczynom. Co ciekawe, można się nimi od razu pochwalić, wysyłając smartfonem film na Facebook, bo każdego zjeżdżającego rejestrują zamontowane na stałe kamery Spoton HD. Dla najmłodszych, którzy dopiero opanowują trudną sztukę stania na nartach, tuż obok zjazdu Wildkopfpiste przygotowano strefę „Nocky’s” WinterZeit, na której dzieciom towarzyszą maskotka ośrodka Nocky i jego przyjaciele.

Nie tylko narty zjazdowe
Wytyczone w pięknym górskim otoczeniu 4 trasy dla narciarzy-biegaczy mają łączny dystans 15 km, a całoroczny tor saneczkowy, otwarty codziennie w godzinach 10-16 alpejski rollercoaster Nocky Flitzer – 1,6 km. W sezonie zimowym, we wtorki i w czwartki od 20 do 21:30 dobrze oświetlony 1-kilometrowy odcinek trasy zjazdowej Sonnalm zamienia się w naturalny tor saneczkowy. Przyjemność sanny można tam łączyć z wieczornymi biesiadami w gospodach Sonnalm-Hütte lub Meizeit-Hütte. Do rozrzuconych po okolicy gospód można też z powodzeniem dostać się romantycznym środkiem transportu – saniami ciągniętymi przez konie. Podczas takiej sanny drogę rozświetla światło pochodni. Dla wielbicieli adrenaliny i większych szybkości organizowane są wyprawy z przewodnikiem skuterami śnieżnymi. Ufundowanie przejażdżki pod hasłem „get the experience” może stać się naprawdę niekonwencjonalnym, zaskakującym prezentem (www.snowmobiling.at).

Pewny śnieg i lód na jeziorze
Z racji dość wysokiego położenia, śnieg w rejonie Turracher Höhe pojawia się już w końcu października i zalega do maja. 90% terenu jest ponadto sztucznie dośnieżane, więc nie ma obawy, że zabraknie białej, skrzącej się w słońcu pierzynki. Gdy zaś śniegi się ustabilizują i zmniejszy radykalnie niebezpieczeństwo lawin, a więc praktycznie od marca, przed miłośnikami skitouringu i jazdy poza trasami otwierają się rozległe, dziewicze stoki Alp Gurktalskich, w których przyrodę chroni się w ramach rezerwatu biosfery.

Zimą, skute lodem Turracher See, największe z miejscowych jezior, zamienia się w gładkie jak stół lodowisko. Na naturalnej tafli można wtedy równie dobrze jeździć na łyżwach, jak oddawać się rozgrywkom Eisstockschießen. Tradycyjna gra o ludowym rodowodzie, która przypomina nieco curling, znakomicie sprzyja integracji w gronie przyjaciół lub rodziny, wyzwalając jednocześnie zdrową porcję sportowych emocji.

Smacznie na każdym poziomie
Po szaleństwach na śniegu i lodzie specjały kuchni karynckiej i styryjskiej smakują jeszcze bardziej. Tym bardziej, że właściciele zarówno gospód, jak luksusowych hoteli za punkt honoru stawiają sobie użycie lokalnych, świeżych i zdrowych produktów. W gospodzie „K-Alm-Hütte” (1763 m) znajduje się nawet pierwszy w Europie humidor do przechowywania boczku. „AlmZeit-Hütte” (1968 m) specjalizuje się podawaniu pieczystego, hitem menu na Sonnalm (1845 m) jest raclette, a w Gasthofie „Almstube” (1850 m) zupa z siana – Almheu, w „Georgs Einkehr” (1450 m) podają grillowaną dziczyznę, a w gospodzie „MeiZeit” (1808 m) niezapomniane żeberka. W luksusowym hotelu „Genießer-Schlosshotel Seewirt”, szef kuchni Philipp Prodinger prowadzi małą, ekskluzywną restaurację dla smakoszy (od środy do soboty), sprowadzając wyroby od prominentnych lokalnych producentów – palię alpejską z hodowli Siegfrieda Grubera, wołowinę od Leonharda Pertla, czy ekologiczne lody od Hansa Petera Hubera (te ostatnie dopiero od marca). Wyjątkowe przysmaki, również wegańskie, serwowane są w hotelu „Hochschober”, a w hotelu „Romantik Seehotel Jägerwirt” gotuje się zgodnie z mottem: „Ekologiczne jest dobre, regionalne jest lepsze, lokalne – najlepsze”.

To co nas wyróżnia
Ze względu na rozległe możliwości i świetną organizację, Turracher Höhe cieszy się tytułem Najlepszej Fun-Mountain (Góry zabawy) w Austrii, a opiniotwórczy portal Skiresort.de przyznał mu w 2016 roku tytuł „Wiodącego ośrodka narciarskiego” w grupie stacji narciarskich oferujących trasy do 60 km. Jednak we wszystkich wymienionych dziedzinach Turracher Höhe ma potężną konkurencję. Nieustanny wyścig sprawia, że utrzymywanie najwyższego poziomu jest koniecznością i dawno już weszło w krew gospodarzom. Skłania ich także do poszukiwania niecodziennych, wyróżniających rodzimą stację atutów. Przebojem Turracher Höhe są stokowi kamerdynerzy (Pistenbutlerzy). Jeszcze kilkanaście lat temu była to usługa związana z jednym tylko hotelem. Dziś dostępna jest dla wszystkich, w – rzecz jasna – zleconym zakresie. Butlerzy przemieszczają się codziennie po ośrodku ułatwiając gościom życie. Na zakatarzone nosy mają zawsze pod ręką chusteczki, na zaczerwienione słońcem twarze – krem z filtrem. Wyposażeni w Snowmobile pojawiają się w umówionych miejscach i rozstawiają barek, by serwować Prosecco i smakołyki. Na zlecenie towarzyszą narciarzom przez cały dzień na stoku. Natomiast ich ekskluzywna oferta związana z wybranymi hotelami obejmuje na przykład poranne wędrówki na rakietach śnieżnych z obfitymi śniadaniami w górach lub całodniowe narciarskie tury z kulinarnymi przystankami. Usługę „Rent a Butler” można zamówić przez Tourismusverein Turracher Höhe (mailowo: info@almbutler.at, bądź telefonicznie: +43 4275 8392-0; informacje o ofercie i warunkach wynajmowania butlerów: www.turracherhoehe.at).


Turracher Höhe (po polsku!) : www.turracherhoehe.at
Austria.info dla dziennikarzy: www.press.austria.info

Stubaital – symfonia zimowych doznań

Niewyczerpane możliwości aktywnego wypoczynku, malownicze miejscowości, nieskażona przyroda oraz największy w Austrii zagospodarowany narciarsko teren na lodowcu – oto kluczowe atrakcje Stubaital – jednej z pięciu słynnych dolin Tyrolu.

Oferta doliny dedykowana jest rodzinom, ale z uwzględnieniem przeróżnych konfiguracji wieku i zaawansowania w sportach zimowych. Te wysiłki doceniają twórcy opiniotwórczego atlasu ADAC SkiGuide, który już kilka razy wyróżnił Stubaital tytułem „najbardziej przyjaznego dla rodzin terenu narciarskiego” w Austrii.

Snowpark Stubai Zoo, fot. Paweł Wroński

Lodowiec doliny Stubai
Kluczowe znaczenie ma ośrodek Stubaier Gletscher z 35 km tras. Lodowcowe jęzory łączy tam karuzela na stokach Schaufelspitze (3333 m), w dół prowadzi nietknięty ratrakami zjazd Wilde Grub’n długości 10 km. Jest też ogromny Snowpark Stubai Zoo, w którym popisują się freestylerzy, otwierając zmagania Pucharu Świata (najbliższa edycja: 20-24 listopada 2018). Z myślą o najmłodszych i mniej zaawansowanych poprowadzono trasę z zakrętami i skoczniami – BIG Family Fun Slope. Dzieci uwielbiają śnieżny zamek – BIG Family Schneeburg, który od lutego do kwietnia wznosi się przy stacji Gamsgarten. W 200-metrowej jaskini lodowej (Eisgrotte), goście – bez względu na wiek – poznają wnętrze lodowca, a z platformy Top of Tyrol, z wysokości 3210 m podziwiają panoramę z setką trzytysięczników. Dostęp z doliny ułatwia odporna na silne wiatry kolejka 3S Eisgratbahn, która niemal 1,5 km różnicy poziomów pokonuje w 12 min (www.stubaier-gletscher.com).

Miki w 2011 roku na Stubaiu, fot. Paweł Wroński

Stacje narciarskie w dolinie
W dolinie, przy wyciągach 3 jeszcze ośrodków, można z powodzeniem stawiać pierwsze kroki na nartach lub desce: Schlick 2000 (koło Fulpmes), Elfer (koło Neustift) i Serles (w rejonie Mieders). Trasy wszystkich ośrodków Stubaital są dostępne z karnetem Super-Skipass. Przy stacji Froneben w ośrodku Schlick 2000 środowe wieczory najbliższej zimy upłyną pod hasłem „Night of Colours”. Będą bogate iluminacje i karkołomne zjazdy w wykonaniu instruktorów narciarskich.

Rodziny z najmłodszymi dziećmi skusi jak zawsze plac zabaw urządzony na podobieństwo koryta wyschniętego potoku – Klaus Äuele Natur Aktiv Park (Dzika Rzeka w Klaus Äuele: www.stubai.at).

Saneczkarskie Eldorado
W poza narciarskiej ofercie Doliny Stubai poważną rolę odgrywają także lodowiska przy dolnych stacjach kolejek. Organizowane są na nich imprezy rozrywkowe dla dzieci – BIG Family Kinderfeste. Poza tym, Stubaital z 12 trasami o łącznej długości 43 km to saneczkarskie Eldorado Tyrolu (najdłuższy zjazd z Elfer do Neustift liczy 6 km, aż 4 są oświetlone do późnego wieczora; www.rodelfuehrer.de). Przyjemność sanny łączy się zwyczajowo z wieczornymi posiłkami w nastrojowych gospodach, do których można dotrzeć pieszo, konnymi saniami lub taksówką. A w dziedzinie gastronomii Stubaital również bije rekordy. Są tam bowiem: najwyżej położona w Austrii restauracja  – „Jochdole” (3150 m), a na Eisgrat (2900 m) – „Schaufelspitz”, najwyżej usytuowana gospoda rekomendowana w Austrii przez przewodnik kulinarny Gault Millau.

Jochdole, dziś nowoczesna restauracja ze stali i szkła, a jeszcze kilkanaście lat temu stało w tym miejscu stare wysokogórskie schronisko. Tak czy siak, to wciąż najwyżej położona gospoda w Austrii, fot. Paweł Wroński

Jak widać, w Stubaital nie sposób się nudzić, tym bardziej, że dolina jest świetne skomunikowana z pobliskim Innsbruckiem, więc wielkomiejskie atrakcje też są łatwo dostępne. Ponadto, dla nas – jako że jesteśmy jedną z najliczniej odwiedzających Stubaital nacji – wszelkie dostępne w Internecie informacje podawane są po polsku (www.stubai.at).


Tekst publikowany w 2018 roku na łamach jesiennego wydania magazynu „Świat Podróże Kultura” (www.magazynswiat.pl)

Tanini Trio, Ali Ufki i 95 lat Republiki

Muzyka znad Bosforu kojarzy nam się zazwyczaj i chyba przede wszystkim… z Marszem Tureckim Mozarta albo, formułując rzecz bardziej muzycznie – Rondem Alla Turca, czyli III częścią XI Sonaty fortepianowej (KV 331). Zapewne dla młodszej generacji czytelniejsze są asocjacje z filmem o klubach Stambułu Fatiha Akina z 2005 roku – „Życie jest muzyką”.

Nasi przodkowie postrzegali rzecz raczej klasycznie, o czym świadczy fakt, że dzwoneczki przy końskiej uździe nazwali janczarami. Owe zaś dzwonki, przy których maszerowały w bój oddziały janczarów, skojarzyły się właśnie genialnemu austriackiemu kompozytorowi z Imperium Osmanów, pobrzmiewają więc dźwięcznie w jego słynnym rondzie.

 

Sułtańskie zaproszenie do walca
O związkach Turcji z Europą w kontekście muzycznym słyszałem już wielokrotnie, i gdzieś na szczycie dokonań w tej dziedzinie, umieściłbym kompozycję Sułtana Abdülaziza, 32. władcy Imperium Osmańskiego (1830-1876). Jego pogodne Valse Davet (Zaproszenie do walca) nie pozostawia wątpliwości którym z dworów europejskich sułtan był najbardziej zafascynowany.

Pierwszy raz słuchałem wspomnianej kompozycji, goszcząc w Sali Wielkiej Zamku Królewskiego na zaproszenie Ambasadora Turcji w Polsce, na koncercie zorganizowanym z okazji 94. Święta Republiki Turcji. Wykonał ją wówczas zespół cenionych kameralistów „Ottoman Ensemble”.

Słuchaj: www.pawelwronski.blog w poście zatytułowanym: „Sułtan zaprasza do walca”.

95. Święto Republiki
Rok później, podczas kolejnego Święta Republiki Turcji (tym razem okrągłego, bo 95.), utwór pojawił się w programie zespołu zaproszonego przez Ambasadora Turcji w Polsce, J.E. Tunça Üğdüla do uświetnienia uroczystości, ponownie zresztą zorganizowanej w Sali  Wielkiej warszawskiego Zamku Królewskiego.

Źródło zdjęcia: Wikimedia.org

„Tanini Trio” w składzie Tahir Aydoğdu (kanun), Burçin Büke (fortepian) i Bilgin Canaz (ney), wykonało sułtański walc jeszcze dynamiczniej niż poprzednicy. W żadnym wypadku nie chcę powiedzieć przez to, że lepiej, bo w obu przypadkach były to interpretacje wirtuozerskie. Tym razem zachwyciło mnie i zaskoczyło brzmienie neya, z której Bilgin Canaz wydobywał cały ocean dźwięków. A przecież ney to prosta piszczałka (turecka ma 7 otworów – 6 z przodu, 1 z tyłu na kciuk), zbliżona do fletu, znana już w starożytnym Egipcie, czyli 3 tys. lat temu, do dziś bardzo popularna w krajach Środkowego Wschodu.

 


Bobowski po przemianie

Tanini Trio – zdjęcie pochodzi z internetowego anonsu koncertu tureckich muzyków w Muzeum Pałacu w Wilanowie, jaki odbył się w maju 2018 roku

Słuchając muzyki tureckiej i czytając o niej, natrafiłem na nazwisko rodaka, Wojciecha Bobowskiego (1610-1675). Pochodził z protestanckiej rodziny, z Bobowej w Małopolsce, a swoją przygodę z muzyką rozpoczął za młodu jako organista kościelny. Podczas tatarskiego najazdu w jakie obfitował wiek XVII, dostał się w jasyr. Los zawiódł go do Stambułu, gdzie dość szybko niewola okazała się niezbyt uciążliwa. Zapewne dlatego, że jego talenty muzyczne i znajomość języków (16!), doceniono na sułtańskim dworze. Bobowski nie sprzeciwiał się zresztą przeznaczeniu – przeszedł wkrótce na islam i został wyzwolony. Co więcej, posłano go do Enderun – szkoły kształcącej urzędników Ottomańskiego dworu. Ostatecznie do tureckiej historii przeszedł jako Ali Ufki. Ba, i to z tytułem ‘Bey’, przysługującym urzędnikom, jakim go obdarzono, wyrażając uznanie dla jego zasług w roli tłumacza, dyplomaty i kompozytora. W wykonaniu „Tanini Trio” kompozycja Ali Ufki Beya: Nikriz Peşrev.

 

 

„Tanini Trio” powstało w 2006 roku. Od początku, zespół buduje swój repertuar tak, aby stał się mostem pomiędzy Wschodem a Zachodem. W ten sposób Trio promuje pokój i przyjaźń na świecie. Zachodnia muzyka z tureckimi elementami przeplata się w ich programach z turecką muzyką z zachodnimi wątkami.

Sala Wielka Zamku Królewskiego na moment przed koncertem „Tanini Trio”, fot. Paweł Wroński

Tanini Trio: www.taninitrio.com oraz (fanpage) www.facebook.com

Na wilkoniowate w Piasecznie

No proszę, docenili moją fraszkę… w konkursie „Piaseczyńskie rzeźby Józefa Wilkonia”. A więc się nią pochwalę, rekomendując przy okazji jeszcze raz najnowszą atrakcję miasta Piaseczna, jaką stanowią odlewy mistrzowskich rzeźb artysty.

 

Na wilkoniowate w Piasecznie
Zdobią Piaseczno w metalu odlane,
zwierzęta dzikie, z drewna ciosane.
Tur, niedźwiedź, lwica z lwiątkiem,
hipopotamy. Ba, dzików kilka.
Że niby groźne?! Próżna obawa.
Dla Mistrza Wilkonia to była chwilka,
dla miasta rozgłos i wieczna sława!

 


Wyniki konkursu, rozstrzygniętego 15 września 2018 podczas Festiwalu Pięknej Książki (szukaj na fanpage’u Fundacji „Arka” im. Józefa Wilkonia na FB): www.facebook.com
Strony Fundacji Arkawww.fundacjawilkonia.pl
Strony Miasta: www.piaseczno.eu

Lassota – tam i z powrotem

Tam i z powrotem, czyli z Barbakanu przez Europę na Działdowską i znowu na Barbakan. Tak, w największym skrócie można opisać 50-letni fragment artystycznej drogi Jerzego Lassoty, warszawskiego malarza, współzałożyciela grupy „Niezależni ’69”.

Jerzy Lassota porządkuje swój dorobek, zgodnie z katalogiem, fot. Paweł Wroński

Pierwsze swoje prace wystawiał na murach Barbakanu w Warszawie w latach 1963-1967. Gdy zaczął, miał 17 lat, a jego młodość przypadła na epokę, w której taka działalność była nielegalna. Formalnie, bo w praktyce artyści korzystali z tego miejsca, a sprzedaż ich dzieł rozwijała się. W naturalny sposób, wraz ze wzrostem liczby turystów, odwiedzających stolicę. Po dziś dzień zresztą, obecność malarzy i rzeźbiarzy pracujących na oczach przechodniów, cieszy gości z zagranicy oraz spacerujących po starówce warszawiaków. Nie ma w tym nic niezwykłego. Podobnie dzieje się na świecie, wszędzie tam, gdzie ruch napędzają turystyczne atrakcje.

W sierpniu 2018 roku, czyli 50 lat później, reprodukcje wybranych prac Lassoty zawisły na staromiejskich murach. Tak oto, malarz, którego obrazy widziałem po raz pierwszy niespełna rok wcześniej w Galerii Fundacji „Skarbnica Sztuki” Ewy i Pawła Boguta, powrócił na Barbakan.

Retrospektywna wystawa nie jest też jedynym wydarzeniem w dojrzałym życiu artysty, bowiem Jerzy Lassota nadal tworzy. Ba, można powiedzieć, że nabrał znów wiatru w żagle. Odkąd bowiem ma do czynienia ze „Skarbnicą Sztuki” (Fundacja ma w swych zbiorach pokaźną część dorobku artysty), zadomowił się w galerii, rozstawił sztalugi, i maluje. Czy obrazy się spodobają, czy będą nawiązaniem do dawnych poszukiwań, czy czymś nowym? Zobaczymy. Podczas kolejnych wystaw, choćby poświęconej twórczości „Niezależnych ’69”, jaka niebawem zostanie zorganizowana w wolskiej filii Muzeum Warszawy. Dlaczego właśnie tam? Ano także retrospektywnie, gdyż w 1976 roku tworzący grupę artyści w Galerii KMPiK-Wola zaprezentowali swoje prace. Po raz pierwszy – oficjalnie. Niedługo potem, bo w 1981 roku, wystawiono je także w Muzeum Woli.

Jerzy Lassota podczas pracy nad nowym obrazem (w Galerii Fundacji „Skarbnica Sztuki”; wrzesień 2018 roku), fot. Paweł Wroński

Jerzy Lassota de Kaliński (biografia): http://www.skarbnicasztuki.com/jerzy-lassota/
O wystawie artysty w Galerii Fundacji „Skarbnica Sztuki”: www.pawelwronski.blog
Muzeum Woliwww.muzeumwoli.muzeumwarszawy.pl

Cis – drzewo sprężyste i trujące

Cisy są ozdobą parków i ogrodów, a ich dość rzadkie naturalne stanowiska otacza się pieczołowicie ochroną.

Mimo niezbyt imponującej sylwetki, to właśnie cis, a nie żaden z potężnych, otoczonych legendami dębów jest najstarszym drzewem w Polsce. Wiek okazu z Henrykowa na Dolnym Śląsku szacuje się na 1300 lat.

Szczególnie pięknie, te przez długi czas krzewiaste rośliny, wyglądają u progu jesieni, gdy obsypują się jagodami owoców w jaskrawo czerwonych otoczkach. Cis jest dowodem na to, że piękno bywa zgubne. Czerwona barwa jest bowiem niczym innym jak ostrzeżeniem dla zwierząt i ptaków, by jagód nie jeść, gdyż są trujące.

Cis, który jest ozdobą jordankowego ogródka w Warszawie na Gocławku, natchnął nas do stworzenia na zielonym terenie wokół placówki czegoś w rodzaju ścieżki przyrodniczej z opisem roślin, które tam się znajdują. Slajdowisko zaprezentowane wyżej otwiera ten projekt, zaś cisowa tablica będzie pierwszą jaką już wkrótce postawimy.


OPP1 Jordanek: www.opp1.waw.pl
Park im. płk. Jana Szypowskiego „Leśnika”www.parki.org.pl oraz www.twoja-praga.pl

Dzieci z Jordanka w Muzeum Pragi

W roku szkolnym 2017/2018 Jordanek zagościł dwukrotnie w prawdziwym muzeum. Po udanym debiucie wystawowym, sukcesem zakończył się także koncert chóru Mille Voci na dziedzińcu Muzeum Warszawskiej Pragi.

Koncert zakończył cykl wydarzeń wakacyjnych organizowanych przez Muzeum oraz akcję wypoczynkową Lato w Mieście 2018. Brawa dla chórzystów, tym większe, że na próby było naprawdę niewiele czasu!

Utwór wykorzystany w tym video to „Piosenka drewnianych lalek” ze słowami Cezarego Domagały i muzyką Tomasza Bajerskiego. Chór dziecięcy Mille Voci zaśpiewał ją w Muzeum Warszawskiej Pragi, 30 sierpnia 2018. Wcześniejsza sekwencja z próby w sali OPP1 Jordanek miała miejsce zaledwie 2 dni wcześniej.


Mille Vociwww.pracownia-piosenki.blogspot.com
„Piosenka drewnianych lalek” znajduje się od 1 września na kanale Mille Voci: www.youtube.com (Chór Dziecięcy Mille Voci: www.youtube.com)
OPP1 Jordanek: www.opp1.waw.pl
Muzeum Warszawskiej Pragiwww.muzeumpragi.pl

Artysta, który lubił (się) portretować

Józef Sendecki, wszechstronnie utalentowany polski artysta – śpiewak, skrzypek, reżyser operetek dożył słusznego wieku 90 lat. Oprócz muzyki, którą się zawodowo parał, jego życiową pasją było malarstwo.

W 1965 roku, z okazji 60-lecia pracy artystycznej, w foyer Teatru Wielkiego w Poznaniu odbyła się wystawa malarska Józefa Sendeckiego – wystawiono około 80 płócien jego pędzla. Wiele z nich znajduje się dziś w kolekcji Fundacji Skarbnica Sztuki, fot. (reprodukcja i kolaż): Paweł Wroński

Józef Sendecki uczył się malarstwa i rysunku u profesora Stanisława Lentza. Tak o tym pisze w swoim „Życiorysie”: „Aby i w malarstwie artystycznym dojść do perfekcji, w roku 1917 zapisałem się do Warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych (…) na Wybrzeżu Kościuszkowskim. Studiowałem w pracowni prof. Stanisława Lentza, znakomitego portrecisty (…) dowodem tego, że wystawiałem swoje prace w warszawskim Salonie w Zachęcie, w Katowicach i Poznaniu miałem swoje wystawy obrazów.”.

Jak można wnosić z malarskiego dorobku artysty, zgromadzonego przez Fundację Skarbnica Sztuki, paleta i pędzel towarzyszyły Sendeckiemu przez całe życie. Zastępowały mu na przykład aparat w czasie podróży, o czym świadczą cykle lakonicznie podpisane, takie jak np. „Wilno”, czy kilka obrazów prezentujących wnętrza krakowskich kościołów.

Pejzaż z nie datowanego cyklu „Wilno” pędzla Józefa Sendeckiego ze zbiorów Fundacji Skarbnica Sztuki, fot. Paweł Wroński

Obrazy były także dla niego swoistą kroniką towarzyską, portretował bowiem ludzi, którzy odgrywali znaczącą rolę w jego życiu, związanych z jego karierą solisty i reżysera oraz losami scen, na których występował, przede wszystkim poznańskiego Teatru Wielkiego oraz – jak to ojciec – córkę, Krystynę.

Bohatera tego obrazu ze zbiorów Fundacji Skarbnica Sztuki, pędzla Józefa Sendeckiego nie udało się jeszcze zidentyfikować, ale można sądzić, że przedstawia postać ściśle związaną ze środowiskiem muzycznym Poznania, fot. Paweł Wroński

Znaczącą rolę w malarskiej spuściźnie Józefa Sendeckiego odgrywają autoportrety. Ba, można śmiało powiedzieć, że uwielbiał się portretować. Może nie tyle nawet siebie, co siebie w teatralnych rolach. Widzimy go więc w stroju Cyganki, Gladiatora, w huzarskim mundurze, w cylindrze z elegancką laseczką (patrz zdjęcie otwierające), i w wielu, wielu innych, adekwatnie do przedstawień, w których grywał. A zebrało się tych ról wiele. Od 1904 do 1963 roku, występował w spektaklach muzycznych na scenach wielu polskich miast, najczęściej w Poznaniu i Warszawie. Szczyt zaś jego kariery przypadł na lata 1928-1939. Był wtedy solistą zespołu Teatru Wielkiego w Poznaniu, a w 1929 roku objął tam stanowisko dyrektora operetki. Do wybuchu wojny wyreżyserował i wystawił ponad 30. operetkowych przedstawień. Na przyszły rok przypada 90. rocznica rozpoczęcia tego ważnego etapu w jego życiu i karierze.

Józef Sendecki – autoportret w stroju Cyganki (obraz ze zbiorów Fundacji Skarbnica Sztuki), fot. Paweł Wroński

Kariera artystyczna Sendeckiego rozwijała się, przynajmniej do wybuchu II wojny światowej wspaniale ale, że strzeżonego Pan Bóg strzeże, zadbał u progu jej szczytowego okresu o coś ‘na ciężkie czasy’. Oczywiście stosownie do owych czasów – na wystawionym w Warszawie świadectwie przemysłowym dla przedsiębiorstwa handlowego na rok 1927 czytamy bowiem – „Rodzaj przedsiębiorstwa:  Dorożka samochodowa”.

Ilustracją jego zawodowych możliwości może być jedno z nielicznych zachowanych nagrań – z kolekcji Jerzego Płaczkiewicza, znalezione przeze mnie na youtube’owskim kanale filmowym właściciela unikalnej już płyty. Józef Sendecki, przedstawiony na krążku nagranym przez Janus-Record jako artysta opery lwowskiej, śpiewa „Mów do mnie jeszcze” (słowa: Kazimierz Przerwa-Tetmajer, muzyka: Napoleon Rutkowski).

Długie życie artysty wypełnione muzyką i malowaniem pozostanie dla nas, współczesnych pełne zagadek. Swoich obrazów raczej nie datował. Zachowało się trochę archiwaliów – programów teatralnych, wzmianek w prasie, pamiątek rodzinnych. Wśród dokumentów są cenne, ale tylko 4, zapisane własnoręcznie strony z zeszytu, zatytułowane „Życiorys Józefa Sendeckiego solisty śpiewaka w państwowej Operze im. St. Moniuszki w Poznaniu”. Nie wiemy ani kiedy, ani z jaką intencją autor zaczął go pisać. Życiorys kończy się w pierwszej dekadzie XX wieku. Najciekawsze są więc w nim informacje u kogo, i z jaką determinacją, szlifował Sendecki swój wszechstronny talent artystyczny – śpiewaka, skrzypka, malarza…

Fragment obrazu Józefa Sendeckiego o tematyce scenicznej z kolekcji Fundacji Skarbnica Sztuki – być może jest tu przedstawiona Lucyna Skałbania, primadonna Operetki Poznańskiej, a zarazem utalentowana uczennica malarza (jeśli tak, to płótno powstało najprawdopodobniej w 1959 roku), fot. Paweł Wroński

Artystyczna biografia Józefa Sendeckiegowww.encyklopediateatru.pl lub www.e-teatr.pl
O Józefie Sendeckim malarzu, pisze Krzysia Samoń w artykule (przygotowanym w oparciu o materiały Fundacji Skarbnica Sztuki), w cyklu Malarze znani i mniej znani: „Józef Sendecki (1883-1973)”; „Mówią Wieki” Nr 4 (675), 2016 rok.


Więcej o artyście i jego malarstwie już wkrótce na stronach Fundacji Skarbnica Sztuki:  www.skarbnicasztuki.com

Poniżej kilka obrazów ze wspomnianej na wstępie wystawy w foyer Teatru Wielkiego w Poznaniu, które teraz znajdują się w zbiorach Fundacji Skarbnica Sztuki.


Piaseczno Wilkoniem stoi

Spotkanie z dzikiem nie jest niczym niezwykłym na peryferiach Warszawy. Ale piaseczyńskie dziki w parku i na miejskim skwerze są inne, bo to odlewy – metalowe kopie wyciosanych w drewnie bajkowych rzeźb Józefa Wilkonia.

Są wśród nich nie tylko dziki, ale także tur, niedźwiedź, lwica z potomstwem, a na rynku – w specjalnie zaaranżowanej sadzawce – hipopotamica z dzieciątkiem. Zwierzęta Wilkonia tworzą szlak jego imienia w miasteczku, którego godłem jest od 1429 roku biały baranek (herb Junosza, m.in. zasłużonej dla rozwoju Warszawy rodziny Bielińskich). Odlewy są dziś wizytówką miasteczka, któremu nazwisko światowej sławy artysty, a zarazem mieszkańca gminy i honorowego jej obywatela (od 2015 roku), dodaje splendoru.

Hipopotamy na Skwerze Kisiela należą do najefektowniejszych punktów Ścieżki Józefa Wilkonia w Piasecznie, fot. Paweł Wroński

 

Ścieżkę Józefa Wilkonia w Piasecznie (centrum miasteczka i park) zdobią liczne zwierzęce instalacje. Urządzono także skwerek dedykowany artyście.

 

W miejscu gdzie był niegdyś parking, pomiędzy budynkiem Przystanku Kultura a Urzędem Miasta Piaseczna jest dziś Skwer dedykowany Józefowi Wilkoniowi. Miejsce wypoczynku, plenerowych szachowych pojedynków, i – w przyszłości – scena recitali i innych otwartych dla publiczności imprez kulturalnych.

Plan skweru dedykowanego Wilkoniowi. Na ażurowej ściance wiszą zdjęcia okładek ilustrowanych przez niego książek, pod drzewem przebiega dzik (odlany z metalu, podobnie jak inne wilkoniowate zwierzęta) – kopia drewnianej rzeźby artysty; źrodło: www.naszepiaseczno.pl

 

Fundacja ARKA im. Józefa Wilkonia, Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Piaseczno, Centrum Kultury w Piasecznie oraz Biuro Promocji Urzędu Miasta i Gminy Piaseczno ogłosiły Ogólnopolski Konkurs “Piaseczyńskie rzeźby Józefa Wilkonia”. Termin składania prac od 25.06 do 3.09.2018 roku (opis zadań: www.piaseczno.eu).


Zwierzyniec Józefa Wilkonia w Piaseczniewww.piaseczno.eu oraz www.facebook.com
Idea ścieżki Józefa Wilkonia w Piasecznie i jej realizacja: www.kurierpoludniowy.pl
Pierwsze wilkoniowate zwierzęta w Piasecznie (post w tym archiwum/blogu, zatytułowany „Repliki Wilkonia w Piasecznie”):  www.pawelwronski.blog
Dzieje herbowego piaseczyńskiego barankawww.piaseczno.eu

Czersk, świadek historii Mazowsza

Ceglana wieża i połączone z nią murem dwie baszty pysznią się w Czersku na skarpie górującej nad starorzeczem Wisły. Średniowieczny zamek książąt mazowieckich, a później królewska forteca jest ozdobą południowej części stołecznej aglomeracji.

Zamek w Czersku, widok z baszty więziennej na wieżę bramną, most nad fosą i kościół parafialny poza murami, fot. Paweł Wroński

Początkowo wznosił się tutaj drewniany gród – jeden z najstarszych na Mazowszu, ale na przełomie XIV i XV wieku z rozkazu księcia Janusza I wybudowano na jego miejscu nowocześniejszą, ceglaną twierdzę. Mazowiecki książę, ten sam którego postać jako sojusznika Jagiełły, przywołuje w „Krzyżakach” Henryk Sienkiewicz, rezydował w niej potem aż do śmierci, czyli do 1429 roku.

 

Książę Janusz I, zwany Starszym, był orędownikiem głębokiej reformy gospodarczej dzielnicy mazowieckiej. W ciągu swego długiego panowania 24 ośrodkom nadał prawa miejskie, w tym Czerskowi. Jego żoną była księżna Danuta Anna córka Wielkiego Księcia Litewskiego Kiejstuta. Ze względów rodzinnych oraz przez wzgląd na interes polityczny, utrzymywał bliskie stosunki z Polską i Litwą, co powodowało głęboką niechęć zakonu krzyżackiego, skutkując granicznymi prowokacjami i politycznymi knowaniami rycerzy-zakonników. Dwukrotnie uwięzili go nawet z całą rodziną, w tym na 6 lat przed walną rozprawą z zakonem pod Grunwaldem. Wstawiennictwo Jagiełły pozwoliło mu za każdym razem odzyskać wolność. Za męstwo w walce na grunwaldzkich polach, król podarował mu odebrane krzyżakom zamki w Nidzicy, Olsztynie i Ostródzie.

 

Dwa stulecia później Mazowsze weszło w granice Korony, a zamki piastowskich książąt stały się własnością królewską. Po XVI-wiecznej przebudowie dawna czerska baszta więzienna sięga 24 metrów wysokości. W tym samym czasie podwyższono drugą basztę, która także nie wyrastała początkowo ponad mury.

Ostatni akord czerskiej epopei rozbrzmiał w czasach gdy funkcję starosty objął marszałek wielki koronny Franciszek Bieliński. Zasłużony dla unowocześnienia Warszawy magnat podjął przebudowę zamku zniszczonego podczas potopu szwedzkiego w latach 1762–1766 z zamiarem umieszczenia tutaj siedziby sądów grodzkiego i ziemskiego. Wtedy także przerzucono stały most nad fosą, bo dawniej był jedynie zwodzony. Wybudowany z gotyckiej cegły z ostrymi łukami między filarami, wygląda jakby rzeczywiście powstał w wiekach średnich.

Natomiast autentycznie gotycka, choć i ona została podwyższona dopiero 200 lat po budowie, raczej ze względów reprezentacyjnych, bo jako obiekt obronny już by się i tak nie sprawdziła, wieża bramna jest najbardziej imponującą częścią zamku. Ma 22 m wysokości. Prowadzi przez nią wjazd na teren fortalicji. Niegdyś w wieży mieściły się kasztelańskie komnaty, a w przyziemiu izba wrotnego, który obsługiwał most zwodzony za pomocą wielkich kołowrotów. Po restauracji, we wnętrzach urządzono niewielkie muzeum.

Ze szczytów baszty więziennej i wieży bramnej roztaczają się rozległe widoki na zamek oraz starorzecze Wisły. Wzrok niesie ponad polami uprawnymi i sadami ku pasom łęgów wyznaczających przebieg współczesnego koryta królowej polskich rzek.

 


Zamek w Czersku: www.zamekczersk.pl