„Strachy na Lachy” trafiły do muzeum

Tekst jest w zasadzie przewodnikiem po wyjątkowej instalacji „Strachy na Lachy”. Tym bardziej intrygującej, że nie wszystkie przecież dzieła dzieci powstałe podczas zajęć plastycznych w jakimkolwiek ognisku trafiają do muzeów.

Fakt, że tak się stało w przypadku jordankowego projektu może więc napawać dumą zarówno małych twórców, ich rodziców, jak i osoby, które walnie się do tego przyczyniły – Małgosię Bockenheim, która prowadzi tak twórcze zajęcia, Edytę Trębicką, której zmysł organizacyjny i wyczucie zaowocowały wystawą w prawdziwym muzeum, jak i mnie, który w miarę możliwości projekt wspierałem.

Jordankowe „Strachy na Lachy” przywędrowały do Muzeum Warszawskiej Pragi, fot. Paweł Wroński

Efekt jest imponujący. W „praskim penthousie” jak nazywa się sala na II piętrze Muzeum Warszawskiej Pragi, vis a vis windy wita zwiedzających grupka Strachów – gospodarzy tego miejsca na czas wystawy (10 maja – 23 czerwca 2018). Zapraszają do wnętrza do głównej grupy, gdzie centralną pozycję zajmuje stare drzewo.

Bachan i towarzysze zapraszają do ‚praskiego penthouse’u’, fot. Paweł Wroński

W każdej kulturze drzewa sięgają korzeniami źródeł czasu, a w ich dziuplach i gąszczu konarów skrywają się liczne tajemnice. Nic więc dziwnego, że fascynowały dawnych Słowian.

Tak powstawało drzewo – Małgosia Bockenheim montuje gałęzie „starego dęby”, fot. Paweł Wroński

Po prawej, wschodniej stronie ekspozycji zobaczycie strefę Wiatru i Wody. W niej hula Powitrula, wyłaniają się Wużałki, Świtezianki, Nimfy i inne niebieskoskóre stwory.

Z lewej strony drzewa, w którego gałęziach buszują Czarownice, wyłania się korowód Leśnych, który otwierają Południca z Wilkołakiem. Tutaj jest zielono i brązowo, a jeszcze dalej – z lewej strony, tak się składa, że z zachodu, nadciąga fala Mroku i Cienia.

Pamiątka z wystawy – fotka w Strasznym Monidle, fot. Paweł Wroński

Jest na co popatrzeć, a przysłowiowa szczęka opada, gdy uświadomimy sobie, że wszystko wykonane zostało z papieru, worków na śmieci i niepotrzebnych już nikomu ciuchów, czy cekinów. U mnie budzi taki sam podziw, jak przed laty efekty specjalne z Seksmisji.

Strachy w windzie – ciekawe czy technika wzbudziła w nich grozę?! Fot. Paweł Wroński

Drugim filarem wystawy, obok tego historycznego są współczesne lęki, które wyrysowały dzieci zainspirowane demonami przodków. Szczerze, więc warto wziąć ich opinie pod uwagę. Z wystawy rysunków wynika bowiem, iż najbardziej traumatyczne są… szkoła i agresywnie oddziałujący na nasze zmysły, atakujący je zewsząd świat reklam.

Materiał filmowy z wernisażu jest dostępny również na kanale filmowym OPP1 Jordanek:  https://youtu.be/qXBvQxwLx_o

Jak powstawały Strachy, tekst i przygotowanie ulotki: Paweł Wroński

OPP1 „Jordanek”: www.opp1.waw.pl
Muzeum Warszawskiej Pragiwww.muzeumpragi.pl

Reklamy

Park imienia płk. Jana Szypowskiego

Park na Gocławku, ze skrytym wśród drzew pałacykiem mają ciekawą historię. Przez ten niewielki obszar, chętnie dziś odwiedzany przez rodziny z dziećmi i właścicieli psów, przetaczały się wielokrotnie działania wojenne. Istniejące obiekty popadały w ruinę, ale je odnawiano bądź wznoszono nowe, dzięki czemu wciąż stanowią dzielnicową atrakcję.

We wschodniej części znajduje się Dworek Grochowski. Dziś mieści się w nim szkoła muzyczna. Obiekt wznosi się być może na miejscu pałacyku, zbudowanego około 1780 roku przez Prymasa Polski, biskupa Michała Poniatowskiego. Początki założenia parkowego sięgają więc epoki stanisławowskiej. Wokół dziejów tego obiektu narosło sporo nieporozumień za sprawą Stanisława Wyspiańskiego, który w dramacie „Warszawianka” umieścił w pałagcyku sceny z powstania listopadowego. W jego artystycznej wizji, pałacyk mieścił sztab generała Józefa Chłopickiego, dowodzącego wojskami polskimi podczas lutowej bitwy o Olszynkę Grochowską. Ideę tę utrwaliła w społecznej świadomości nazwa ulicy, z której wchodzi się na teren szkolny – Kwatery Głównej.

Dworek Grochowski na Gocławku, fot. Paweł Wroński

Nie ma jednak dowodów na istnienie pałacyku ani żadnych wzmianek o roli jaką jakoby odgrywał pod koniec lutego 1831 roku. Nie wiadomo nawet czy jeszcze wtedy istniał, czy był już opuszczony, czy dopiero w wyniku artyleryjskiego ostrzału popadł w ruinę. Dworek Grochowski pojawia się na kartach historii dopiero w całkowicie nowej szacie w roku 1835, jako własność fabrykanta Karola Augusta Osterloffa. Luteranin pochodzenia szwedzkiego,  przedsiębiorca nabył w połowie lat 30. XIX wieku majątek Grochów i wykorzystując – być może – pozostałości prymasowskiego założenia wzniósł rezydencję otoczoną ogrodem.

Osterloffowie inwestowali w przemysł browarniczy i gorzelniczy w okolicach Częstochowy oraz na Mazowszu. Na peryferiach dzisiejszej prawobrzeżnej Warszawy, jak wówczas mówiono – w Miedzyszynie, założyli wytwórnię win szampańskich („Oprócz browaru Osterloff założył też w Grochowie fabrykę wódek i likworów, ale najbardziej znane i prestiżowe było jego wino szampańskie. Fabryka ta początkowo zatrudniała 8-10 robotników, a następnie ponad 20.”; za: www.dzielnica.pragapld.waw.pl), a nieopodal rezydencji browar parowy Royal („Browar na Grochowie działał do lat 20. XX w i przechodził przez kilka rąk. Gdy nazwa została zmieniona na Browar Parowy Royal w Grochowie, do asortymentu dołączono ówczesną nowinkę – piwo jasne o zwiększonej zawartości alkoholu, gorzkawym smaku i jasnym kolorze.”; za: www.dzielnica.pragapld.waw.pl). Mówiąc cynicznie, Osterloffowie rozpijali społeczeństwo, choć jak można wnosić z ówczesnych doniesień prasowych – produkcją na wysokim poziomie (temat jest rozwinięty w ciekawym wpisie z 2014 roku na: www.blog.czajkus.com). Niestety, u progu 1870 roku Osterloffowie ogłosili upadłość.

‚Sosnowy las’ w Parku im. płk. Jana Szypowskiego, fot. Paweł Wroński

Potem przyszła I wojna światowa i czas zniszczeń. Optymistyczne było to, że w 1915 roku Rosjanie opuścili Warszawę. Pesymistyczne, że ich miejsce zajęli Prusacy, choć akurat efektem tej zamiany przysłowiowej siekierki na kijek było przyłączenie Grochowa do Warszawy. Dekretem generał-gubernatora Hansa Hartwiga von Beselera. Wprawdzie nie zrobił tego dla dobra miasta, tylko dla potrzeb wojennej strategii, jednak gdy wojna się skończyła w dworku zainstalowano jedną z pierwszych polskich szkół, a następnie sierociniec. 13 lipca 1916 roku inż. Aleksander Około-Kułak, członek Komitetu Obywatelskiego, odczytał proklamację o przyłączeniu Grochowa do Warszawy. I na ten fakt mogli się powoływać mieszkańcy Grochowa, gdy w 1924 roku gruchnęła wieść, że władze miejskie postanowiły pałacyk rozebrać z powodu opłakanego stanu. Mieszczące się w nim instytucje nie zagrzewały bowiem miejsca na dłużej, a eksploatowany bez remontów, a w końcu opuszczony obiekt szybko popadł w ruinę. Decyzję o wyburzeniu ostatecznie cofnięto, a zaniedbany obiekt kupił znany polityk i przedsiębiorca, Piotr Wierzbicki. Wyremontował pałacyk i rozwinął założenie parkowe, sadząc rośliny i wytyczając alejki. Ba, zapewne w tamtym czasie urządzono staw, zasypany w latach 50. podczas remontu dworu uszkodzonego w czasie II wojny światowej.

Stare drzewa w Parku na Gocławku, fot. Paweł Wroński

Potem park i pałacyk były niejednokrotnie sceną różnorodnych wydarzeń i inicjatyw. Na zbudowanej specjalnej scenie odbywały się do lat 60. XX wieku zabawy taneczne i występy estradowe. Scenę niestety zniszczył pożar (szczątkowe jej fragmenty można oglądać w rejonie placu zabaw). W latach 70. wzniesiono też pergolę, ale do jej budowy użyto m.in. macew z likwidowanego podówczas cmentarza żydowskiego na Bródnie. W 2014 roku, gdy cmentarz odrestaurowano, szczątki kamiennych tablic powróciły na kirkut.

Świadkiem przeszłości są też kamienne bloki koło miejsca, w którym wznosiła się pergola. To fragmenty rozebranego cokołu, Pomnika Lotnika, który wystawiono w latach międzywojennych na Placu Unii Lubelskiej.

Fragment cokołu przedwojennego Pomnika Lotnika z Pl. Unii Lubelskiej, fot. Paweł Wroński

Osobną kartę w dziejach Grochowa i Gocławka zapisuje zajmujące północno wschodni narożnik parku Ognisko Pracy Pozaszkolnej nr 1 Jordanek. Placówka powstała przed 70 laty i działa dynamicznie, prowadząc zajęcia artystyczne, muzyczne i ruchowe dla dzieci oraz włączając się i inicjując różnorodne wydarzenia adresowane głównie do lokalnej społeczności (www.opp1.waw.pl).

Dzieci z Jordanka podczas zabawy w plenerze, fot. Paweł Wroński

Co zaś się tyczy parku, to w latach 1990-2005 nosił on imię Piotra Wierzbickiego. Jednak w 2005 roku, na wniosek Rady Dzielnicy Praga Południe, zmieniono patrona. Od tamtej pory jest nim płk. Jan Szypowski „Leśnik”, szef uzbrojenia AK, twórca podziemnego przemysłu zbrojeniowego w czasach II wojny światowej (www.armiakrajowa.org.pl).

Nawiązując do działalności Piotra Wierzbickiego na polu ekonomicznym, Konfederacja Pracodawców Lewiatan, przyznaje co roku nagrody jego imienia osobom nadającym styl polskiej przedsiębiorczości, które nie tylko tworzą dobrą, sprawnie zarządzaną firmę, ale uczestniczą w działaniach na rzecz rozwoju przedsiębiorczości i odpowiedzialnego biznesu oraz wspierają inicjatywy gospodarcze i społeczne (www.konfederacjalewiatan.pl).

O Osterloffach rzadko kto pamięta (www.dzielnica.pragapld.waw.pl).

Park im. płk. Jana Szypowskiego „Leśnika”, fot. Paweł Wroński

 

Park rozciąga się na Gocławku, między ulicami: Osowską, Kwatery Głównej, Grochowską i Trembowelską.

 


Zamieniecka gastronomicznie

Przy ulicy Zamienieckiej, którą podążają tłumy klientów bazaru przy Pl. Szembeka, wyrasta coraz więcej należących do większych sieci punktów gastronomicznych. Charakteryzuje je fastfoodwe tempo obsługi i całkiem przyzwoity smak jedzenia.

Pączki z Naszej Pączkarni mają okazałe rozmiary i przeróżne nadzienia, fot. Paweł Wroński

Taki jest „Parnik” z chińskimi pierożkami przy Zamienieckiej 70 i niedawno otwarta pod numerem 80. „Nasza Pączkarnia”. Wokół tej ostatniej toczy się dyskusja na FB; temat: czy serwują tam smaczne pączki. No cóż, wszystkich, którzy łudzą się, że da się tego typu rzecz rozstrzygnąć w wirtualnej rzeczywistości w oparciu o opinie innych, a bez sprawdzenia bojem – krótko mówiąc skosztowania, odsyłam do czarno-białego filmu „Rashomon” Kurosawy (traktat o relatywizmie prawdy). Zaś pozostałych, zwłaszcza tych, którzy się nie boją doświadczeń – na Zamieniecką. Jutro tłusty czwartek – czy można sobie wymarzyć lepszą okazję?!


Nasza Pączkarnia przy Zamienieckiej, fot. P. Wroński

„Nasza Pączkarnia” (punkty ogólnopolskiej sieci): www.m.facebook.com

Subiektywny ranking cukierni oferujących pączki na warszawskiej Pradze: www.dziendobrypraga.pl

Przegląd ogólno-warszawski, np. na blogu kulinarnym Joanny Lutoborskiej „Jajko i Boczek”: www.jajkoiboczek.pl

Rzymskie korzenie Kaduka

Ludzie starszej daty, bądź bardziej obyci w piśmie, znają zapewne określenie „prawem kaduka”. Odpowiedź na pytanie skąd się takie powiedzenie wzięło, to sięgająca czasów rzymskich historia.

W rzymskim prawie istniało pojęcie ius caducum, bądź jure caduco, które oznaczało spadek pozostawiony bez dziedzica, albo bez testamentu. Prawo do dysponowania majątkiem przechodziło na tego kto sprawował władzę. Taki obyczaj utarł się również w średniowieczu – najpierw w państwie Karolingów, potem w krajach niemieckich. Był także praktykowany w Polsce, gdzie – jeśli nie było żadnych krewnych (do 8 pokolenia) – dobra przypadały królowi. Określano je mianem kaduk, czerpiąc nazwę od łacińskiego słowa caducus (bezpański). Tyle, że król nie mógł nimi zasilić państwowego skarbu, ale musiał je przekazać „rycerstwu”. Beneficjentem była więc szlachta, bowiem dobrami pozostałymi po szlachcicu, król musiał obdarować kogoś z tegoż stanu, zaś kaduk po chłopie przypadał jego panu. Nic więc dziwnego, że do naszej mowy weszło powiedzenie „Prawem kaduka”, stając się wkrótce synonimem niesprawiedliwości. Kadukowy, kaduczny majątek budził zawiść, wprost proporcjonalnie do wartości.

Określenie kaduk, stało się także synonimem zła wcielonego, a więc biesa, diabła. Być może na tę konotację miała wpływa epilepsja, której przyczyn nie znano, więc – skwapliwie – w atakach choroby dopatrywano się diabelskiej sprawki. Ba, wyobrażając sobie, że na polecenie złych mocy, wywołuje je istota nie z tego świata, zwana paraluszem, odganiano ją, poszukując pomocy u wszelkiej maści znachorów i  zaklinaczy. A że doktorzy padaczkę po łacinie nazywali morbus cadusus, do kaduka było nie daleko.

Frazy typu: „Do kaduka”, „Kaduk go przyniósł!”, „Ki kaduk?”, zadomowiły się w języku polskim i były używane wymiennie z powiedzonkami: „Do diabła”, „Diabli nadali”, „Ki diabeł?”.

Czy to już koniec pracy nad kukłą? Raczej nie, bo Kaduka z takim wyrazem twarzy nie może mieć przecież zniewieściałej postury, fot. Paweł Wroński

Kaduk opisany i narysowany w książce „Bestiariusz Słowiański” autorstwa Pawła Zycha i Wiktora Vargasa, jawi się złym, i złośliwym, tym bardziej groźnym, że silnym i otoczonym gronem totumfackich, stworem. Tłumacząc na język współczesny – Kaduk był gangsterem, szefem półświatka, łasym na dobra materialne gburem, okazującym chętnie władzę i obnoszącym się ze swoim bogactwem. Taki Kaduk, stał się inspiracją kukły wykonywanej przez Amelię na zajęciach prowadzonych w Jordanku przez Małgorzatę Bockenheim w ramach projektu „Strachy na Lachy”. Jakich nabierze konotacji – czas pokaże, bo jak wynika z dwuletnich już doświadczeń z jordankowych zajęć, prastare słowiańskie demony nabierają szybko współczesnych znaczeń i żyją własnym życiem.


www.opp1.waw.pl
www.slowianskibestiariusz.pl

Życzenia świąteczne od Zmory

Ponoć w Wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem. Muszą być zdolne, bo my zwierzęcymi nie potrafimy. Zmory wprawdzie jeszcze po ludzku mówiącej nie słyszałem, ale jest nader komunikatywna, więc i tak się rozumiemy.

Dziś, zaś – jako wilk o ponadprzeciętnej inteligencji – składa życzenia świąteczne i noworoczne wszystkim członkom fanclubu oraz śle pozdrowienie dzikim szarym pobratymcom. Howgh!

Powitrula, Bachan i inne stwory

Projekt „Strachy na Lachy” rozwija się dynamicznie. Dziś o już niemal gotowych postaciach, jakie na zajęciach plastycznych z Małgorzatą Bockenheim wykonują dzieci w Jordanku.

Tak jak Małgosia – ty też możesz pogadać z Powitrulą, fot. i animacja GIF: Paweł Wroński

Inspiracją dla wszystkich postaci są wprawdzie demony dawnych Słowian, opisane w „Bestiariuszu Słowiańskim”, ale wyobraźnia dzieci jest nieograniczona, więc powstają niepowtarzalne dzieła plastyczne, wobec których nie da się przejść obojętnie.

Marta (pierwsza z prawej) stworzyła Powitrulę, ale w wykańczaniu kukły uczestniczyły chętnie inne dziewczynki z grupy, fot. Paweł Wroński

Zacznijmy od wykreowanego przez Martę zwiewnego demona. Nasi słowiańscy przodkowie kojarzyli Powitrulę z wiatrem. Spotykali ją najczęściej pasterze na górskich halach, pachniała owczą wełną, trawą i kwiatami. Miała włosy w nieładzie i postrzępioną podmuchami wiatru szatę. Marta, najmłodsza jak dotąd autorka postaci z bestiariusza (jest uczennicą III klasy szkoły podstawowej), zaraziła pasją koleżanki uczestniczące w zajęciach. Najpierw pomogły udrapować – oczywiście wietrznie – włosy i suknię Powitruli, potem zajęły się wertowaniem książek w poszukiwaniu inspiracji dla własnych kreacji.

Marta (autorka kukły) zabiera wystrojoną przy pomocy koleżanek Powitrulę, fot. Paweł Wroński

Drugim bohaterem jest Bachan. Pogańskie bóstwo zapewniające dobrobyt, bynajmniej nie altruistycznie. Zielonoskóry demon o skrzących się oczach, odwzajemniał się przynosząc szczęście tylko tym, którzy o niego dbali. W przeciwnym razie zachowywał się podle – bywał złośliwy, nawet mściwy. Posłuchajcie jak o swojej kreacji opowiada Ignacy (uczeń VI klasy szkoły muzycznej, specjalista od instrumentów perkusyjnych).


Marta zajmie się zapewne wkrótce kolejną postacią, a Ignacy – być może – zagra demonom do tańca. Poza tym wiele jeszcze kukieł – choćby Kaduk, czy Biali ludzie, czeka na dokończenie i opowieści  młodych twórców.

Nie znam imienia, ale to też ciekawa postać inspirowana tajemnicami natury, fot. Paweł Wroński

OPP1 Jordanek: www.opp1.waw.pl
Fanpage Jordanka: www.facebook.com/opp1jordanek
Kanał filmowy placówki: www.youtube.com


Materiał podsumowuje kolejny etap jordankowego projektu „Strachy na Lachy”, który zakończy się w maju 2018 roku wystawą w Muzeum Pragi.


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Jesień, i… po ziemniakach

Bynajmniej nie chodzi o tradycyjne jesienne wykopki, ale o podsumowanie zabawy jaką przygotowaliśmy w Jordanku, nazywając „Jordankowym Ziemniaczyskiem 2017”.

Sobota (28 października 2017), upłynęła w Jordanku pod znakiem ZIEMNIAKA. Był film o tym skąd się wzięły na naszych stołach ziemniaki, i o tym kto wymyślił frytki (możecie obejrzeć go w tym wpisie: www.pawelwronski.blog). Były zadania – na wyczucie i inteligencję, gra terenowa, obieranie ziemniaków i mieszanie purée z różnymi składnikami dla nadania im smaku i koloru.

Na toczących się równolegle zajęciach teatralnych powstały, inspirowane tematyką dnia, ziemniaczane widowiska, których bohaterom odpadały marchewkowe nosy. Seler – trzeba przyznać, trzymał się mocno – bez felerów!

Wszystkim uczestnikom sobotnich zajęć podziękowaliśmy okazjonalną kartką wręczoną osobiscie przez Panią Dyrektor (występującą podczas imprezy pod pseudonimem: Główna Sowa Jordankowa). Pogratulowaliśmy inwencji i błyskotliwości przy rozwiązywaniu rebusów, prowadzących do ziemniaków ukrytych w kilku miejscach na jordankowym terenie. Tak było trzeba, bo podpowiadały co robić dalej. A krótki test ziemniaczanej wiedzy wykazał, że wysiłek organizatorów nie poszedł na marne. 🙂

Krótko mówiąc, działo się! Poniższe slajdowsiko z filmowymi sekwencjami, podsumowuje zabawę. Jest zamieszczone na youtube’owskim kanale OPP1 Jordanek. Zwłaszcza jeśli nie uczestniczyliście w imprezie – popatrzcie jak było. I nie martwcie się – wkrótce znowu coś fajnego wymyślimy!


OPP1 „Jordanek”: www.opp1.waw.pl


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Kukły nabierają wyrazu

Jak postacie z ludowych słowiańskich wierzeń nabierają charakteru? Niczym koncepcja heliocyntrycznego układu naszych planet – niespiesznie i spontanicznie – od twarzy naszkicowanej na tekturze. Zabawa się uda, o ile tylko postać przestanie być płaska.

Wszystko zaczyna się od projektu twarzy – reszta nasuwa się w naturalny sposób – wystarczy się wciągnąć i zżyć z postacią. Czy Gosia ma rację? Zobaczymy.


Warsztaty plastyczne pod kierunkiem Małgorzaty Bockenheim: www.opp1.waw.pl
Projekt OPP1 „Jordanek” i Muzeum Pragi w Warszawie, zatytułowany „Strachy na Lachy”: www.pawelwronski.blog


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Joan Miró i sztuka „pod strzechą”

Twórczość hiszpańskiego surrealisty posłużyła za inspirację dekoracji klatki schodowej jednego z domów Gocławka w Warszawie. Oryginalne, ciekawe, choć może ciut psychodeliczne, a wygląda tak.

„Próbuję stosować kolory tak jak słowa, które nadają kształt poematowi, jak nuty nadające kształt muzyce.” J. Miró


Przegląd twórczości artysty (1893-1983) na stronach Fundació Joan Miró, działającej w jego rodzinnym mieście, Barcelonie: www.fmirobcn.org
Biografia i twórczość: www.joan-miro.net