U źródeł Borjomi, kaukaskiej wody

Borjomi, to obok wina i chinkali, jeden z rozpoznawanych na całym świecie symboli Gruzji. Tryskające w kurorcie wody zaleca się do picia przy problemach gastrycznych, a do kąpieli, by przeciwdziałać reumatyzmowi, czy chorobom skóry.

Zbawienne właściwości zdrowotne wód Borjomi znali już starożytni. Znalezione przez archeologów rzymskie wanny mogą jednak świadczyć o tym, iż raczej się w nich kąpano aniżeli rozkoszowano smakiem wody.

 

Woda mineralna Borjomi tryska spośród wulkanicznych skał ze źródła na wysokości około 2300 m (bije w rejonie pobliskiego ośrodka sportów zimowych – Bakuriani). Stamtąd transportowana jest rurociągiem do uzdrowiska Borjomi, gdzie się ją butelkuje. Produkcją zajmuje się firma IDS Borjomi Georgia (część koncernu IDS Borjomi International, największego producenta naturalnej wody mineralnej w WNP i krajach Bałtyckich).

 

Po zejściu starożytnego Rzymu z dziejowej sceny i tureckich najazdach w XVI wieku, powodujących spustoszenie i wyludnienie południowych terenów dzisiejszej Gruzji, wody jak i miejscowość Borjomi uległo zapomnieniu. Dopiero XIX stulecie przyniosło renesans zainteresowania walorami ukrytego wśród gór odcinka doliny rzeki Mtkvari (Kury), bo okolica zachwyciła Wielkiego Księcia Romanowa. W 1842 roku wzniesiono z jego rozkazu pierwszą na terenie Gruzji carską rezydencję, a towarzyszący księciu dworzanie, przyczynili się do wylansowania mody na wypoczynek w Borjomi. Pod koniec XIX stulecia, składem oraz właściwościami wód i mikroklimatu zainteresowali się naukowcy. Wyniki ich badań skłoniły carskich urzędników do przekształcenia miejscowości w uzdrowisko.

W tym domu, ispirowanym co do stylu architektury wzorami alpejskimi, w czasach świetności carskiego uzdrowiska, rezydował Mirza Riza Khan – ambasador Persji w Gruzji, fot. Paweł Wroński

W okresie międzywojennym w następnym stuleciu, rozpoczęto przemysłową eksploatację źródeł i zaczęto rozprowadzać wodę mineralną z Borjomi jako leczniczą. W czasach socjalistycznych kurort przeżywał oblężenie, ale nie rozwijano infrastruktury, więc po upadku ZSRR szybko opustoszał. Teraz szybko się odradza, kusząc parkiem ze źrółami i walorami tryskającej z nich wody. Wody z Borjomi zawierają związki siarki i nasycone są dwutlenkiem węgla. Gospodarze wykorzystują je do kuracji pitnych i kąpieli, a butelkowaną ze źródeł Borjomi, Likani i Waszlowani-Kwibisi eksportują do ponad 30 krajów.

 

Kurort leży w przełomie Kury, między pasmami gór Meskheti i Trialeti. Przyrodę regionu chroni się w granicach Parku Narodowego Borjomi-Kharagauli. Borjomi dzieli 160 km od Tbilisi, a 130 km od Kutaisi. 

 


Kurort Borjomi: www.georgianjournal.ge
Woda Borjomiwww.borjomi.com
Gastronomiczny przewodnik (Gastroguide) Borjomi: www.gastroguide.borjomi.com
Park Narodowy Borjomi-Kharagauli: www.borjomi-kharagauli-np.ge


Nissan XTerra, na trasie

10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, pożyczonym dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).

Reklamy

Błogosławieństwo Gruzji

Woda bije w Gruzji z tysięcy źródeł we wszechobecnych górskich łańcuchach, spływa bystrymi rzekami i tworzy setki jezior, w których toni przegląda się południowokaukaski kraj.

Z wody czerpią Gruzini moc. W przenośni i dosłownie, bo ich kraj zasila energia elektryczna generowana w sieci hydroelektrowni rozlokowanych przy tamach na górskich rzekach. Ich budowę rozpoczęto już w latach 60. XX wieku, gdy Gruzja była jedną z radzieckich republik, ale impulsem do powszechnego wykorzystania siły wody, była polityczna separacja Abchazji oraz rosyjski protektorat nad jej terytorium. Wschodnia granica regionu biegnie bowiem doliną rzeki Enguri. Wznosi się na niej jedna z najwyższych na świecie betonowych zapór. Zamontowano tam turbiny hydroelektrowni, która do połowy pierwszej dekady XXI wieku pokrywała zapotrzebowanie na 40% energii elektrycznej całego kraju. Urządzenia hydroelektrowni mieszczą się niestety na abchaskim brzegu. Gdy żądnemu autonomii regionowi wsparcia udzieliła Rosja, w rękach wielkiego brata zza Kaukazu znalazł się także przełącznik prądu. Budując hydroelektrownie na innych rzekach, zwłaszcza na niemniej potężnej Aragwi, spływającej z Wielkiego Kaukazu wprost do Tbilisi, Gruzini za jednym zamachem uniezależnili się od abchaskiej samowoli i rosyjskiego nacisku. Nie odczuwają już problemów z elektrycznością. Ba, niczym w geście Kozakiewicza, rzęsiście oświetlają najważniejsze miasta: Tbilisi i czarnomorski kurort, Batumi.

Zapora na rzece Enguri ze sporną elektrownią, położoną na abchaskim brzegu, fot. Paweł Wroński

Tbilisi na źródłach stoi
Z wodą wiążą się legendarne początki gruzińskiej stolicy. Ba, jej nazwa – Tbilisi, wywodzi się od określenia gorących źródeł, na jakie podczas polowania natknął się król Wachtang Gorgosali. Goniąc za zranionym jeleniem dotarł do przesłoniętego oparami wody leśnego zakątka. Ciepła woda uleczyła rany zwierzęcia, a król oczarowany pięknem zakątka i cudowną mocą wody, nakazał w tym miejscu budowę miasta, do którego przeniósł stolicę z pobliskiej Mcchety. Było to półtora tysiąca lat temu. Nad źródłami powstała z czasem u bram miasta rozległa łaziebna dzielnica Abanotubani. Zaczerpniętym od perskich i tureckich najeźdźców obyczajem, zatrzymywały się w niej karawany, by zdrożeni kupcy mogli się oddać kąpieli i zmyć kurz ze szlaku. Dopiero po ablucjach wkraczano do miasta. Kopuły zabytkowych łaźni Orbeliani wciąż są charakterystycznym elementem panoramy starego Tbilisi. Woda ma temperaturę 40 st. C i nasycona jest związkami siarki, co nie umknie niczyjej uwadze ze względu na specyficzny zapach. Łaźnie zaś cieszą się ogromnym powodzeniem wśród mieszkańców i gości Tbilisi. Pod każdą z 15 kopuł znajduje się niewielki basen z ciepłą wodą oraz kilka marmurowych łóżek, na których klienci poddają się zabiegom. Kości aż trzeszczą gdy wprawny masażysta, zwany z turecka mekise, ustawia stawy na właściwych miejscach, skóra czerwienieje od nacierania, a mocno uderzane mięśnie rozluźniają się. W połączeniu z kojącym działaniem termalnej wody i delikatnych siarkowych wyziewów, masaż znakomicie relaksuje, ciało nabiera sprężystości, a energia zdaje się podwajać. Typowa sesja trwa około godziny. Wiele osób decyduje się jednak na dłuższy pobyt, zwłaszcza po to, by omawiać interesy. Pamiętać jedynie należy, że łaźnie nie są koedukacyjne. Wejście zaś, znajduje się przy ulicy Grishashvili, noszącej imię poety, który twierdził, że „być w Tbilisi i nie zażyć kąpieli w Orbeliani, to tak jak odwiedzić Paryż i nie zobaczyć Wieży Eiffel’a”.

Świat pije Borjomi
Światową sławę zawdzięczają Gruzini wodzie – butelkowanej mineralnej Borjomi (czyt. Bordżomi). Miejscowość, w której tryskają jej źródła rozsiadła się w malowniczej dolinie rzeki Mtkwari (znanej pod turecką nazwą Kura), wijącej się między pasmami Małego Kaukazu. Źródła były znane przynajmniej od I stulecia przed Chrystusem. Ale odkryte przez archeologów kamienne wanny z czasów rzymskich świadczą, że używano ich raczej do kąpieli, niż do picia. Tak było do XVI wieku, do tureckiej inwazji, po której region się wyludnił i o wodach zapomniano. Miejscowością zainteresowano się ponownie, gdy zachwyciła Wielkiego Księcia Romanowa. W 1842 roku wzniesiono z jego rozkazu pierwszą na terenie Gruzji carską rezydencję, a towarzyszący księciu dworzanie przyczynili się do powstania mody na wypoczynek w Bordżomi. Pod koniec stulecia składem oraz właściwościami wód i mikroklimatu zainteresowali się naukowcy, i wkrótce miejscowość przekształcono w uzdrowisko. W okresie międzywojennym XX wieku rozpoczęto przemysłową eksploatację źródeł, aby wodę rozprowadzać jako leczniczą. W czasach socjalistycznych kurort przeżywał oblężenie, ale nie rozwijano infrastruktury, więc po upadku ZSRR uzdrowisko szybko popadło w ruinę. Dziś powoli się odradza, kusząc pięknym parkiem ze źródłami. Wody nasycone dwutlenkiem węgla zaleca się do picia osobom z niewydolnością układu pokarmowego. W zasilanych gorącą siarkową wodą basenach urządza się kąpiele zdrowotne. Są zbawiennie dla zreumatyzowanych stawów i skóry. Butelkowaną wodę ze źródeł Bordżomi, Likani i Waszlowani-Kwibisi eksportuje się do ponad 30 krajów.

W Tskaltubo kąpał się Stalin
Tskaltubo leży w zachodniej części kraju, 7 km od Kutaisi. Imponuje pałacową architekturą i rozmachem założenia. Bryły wzniesionych tam monumentalnych budowli wieńczą szeregi kamiennych figur i dekorowane płaskorzeźbami frontony. Do kolumnowych portyków poprzedzających wejścia prowadzą szerokie schody. We wnętrzach nie poskąpiono marmurów, a wystroju dopełniają ciężkie, ozdobne żyrandole. Wszystko tonie w bujnej zieleni, tak charakterystycznej dla niewielkich gruzińskich nizin, jakie ciągną się na kształt klina od wybrzeża Morza Czarnego po Kutaisi. W parkowym otoczeniu jest mnóstwo połączonych schodami widokowych tarasów z tralkowymi balustradami. W prowadzących na nie alejkach tryska woda z wielkich kamiennych fontann. Zachowana pieczołowicie socrealistyczna aranżacja zdradza, że kompleks powstał w latach 40. O lokalizacji zadecydowały zasoby przesyconych radonem wód termalnych. Ich temperatura oscyluje koło 35-36 st. C. Kąpiele sprzyjają leczeniu i profilaktyce chorób układu sercowo-naczyniowego, skóry, narządów ruchu, metabolizmu, układu nerwowego i ginekologicznego. Walory zdrowotne, ciepły klimat i odległość od teatrów toczącej się wojny sprawiły, że właśnie tutaj radzieckie Ministerstwo Obrony założyło luksusowy ośrodek wypoczynkowo-rehabilitacyjny, który szybko zyskał popularność wśród krajowych elit. Ba, ponoć sam Stalin, rodowity przecież Gruzin, chętnie w nim wypoczywał. Ten argument wykorzystywany jest zresztą skwapliwie w promocji ośrodka, który po odrestaurowaniu otwarto ponownie w 2011 roku jako „Tskaltubo SPA Resort”. Oprócz basenów i zabiegowych gabinetów ośrodek oferuje hotelowe zaplecze, sale konferencyjne i koncertową. Do dyspozycji gości oddano też klub, herbaciarnię i bilardowe stoły.

Tskaltubo SPA koło Kutaisi – socrealistyczna architektura doby stalinowskiej, fot. Paweł Wroński

Orzeźwienie z wody
Wedle współczesnej wiedzy Gruzja jest kolebką winiarstwa. Świadczą o tym fragmenty glinianych naczyń z początków VI tysiąclecia przed naszą erą odkryte przez archeologów około 30 km na południe od Tbilisi, nieopodal Szulaweri. Są pokryte osadem kamienia winnego, a żadna inna z okolicznych roślin nie zawiera kwasu winowego. W okolicy znaleziono więcej świadectw uprawy winorośli, a przede wszystkim pestki winogron i sadzonki z tego samego okresu. Dowodząc ośmiu tysięcy lat tradycji, w wyścigu o miano kolebki winiarstwa, Gruzja wyprzedziła konkurentów – Iran, gdzie w Hadzi Firuz Tepe istnieją ślady upraw z połowy VI tysiąclecia p.n.e. oraz Armenię z jaskinią Areni-1, którą nazwano nawet „winiarnią sprzed 6 tysięcy lat”. Jednak historią jeszcze dłuższą niż winiarska szczycą się w Gruzji producenci piwa. Ba, starożytni Grecy opisywali mieszkańców dzisiejszej Gruzji jako georgias czyli uprawiających ziemię. W południowej części kraju odnaleziono dowody przechowywania ziarna pszenicy i narzędzia, którymi ją uprawiano już na przełomie VII i VI tysiąclecia przed Chrystusem, czyli niemal 9 tysięcy lat temu, a więc nawet dawniej niż winorośl. Od uprawy pszenicy do produkcji piwa tylko krok, natomiast na smak piwa wpływa w ogromnej mierze woda. Tej zaś, jako się rzekło, w Gruzji nie brakuje. Z górskich źródeł czerpią ją browary produkujące Mtieli – piwo z gór, na którego etykiecie piętrzą się kaukaskie szczyty i widać sylwetkę kozicy, Kazbegi – wizytówkę Wysokiego Kaukazu, czy Natakhtari, które w krótkim czasie podbiło 65% krajowego rynku. Ostatnim akordem jest moda na minibrowary. Wprawdzie dotarła do Gruzji niedawno, ale do grona faworytów w wyścigu o miano najlepszego piwa stanęły już tbiliskie restauracje Mirzaani, oferując chmielowy trunek z własnej warzelni. Tak oto dzieje korzystania z wody dla zdrowia i przyjemności zataczają w Gruzji krąg, zaczynając się i kończąc w Tbilisi.


INFO
Oficjalny portal z informacjami turystycznymi na temat Gruzji: www.exploregeorgia.org
Ciekawe i pożyteczne posty kolportuje facebook’owa społeczność Открой Грузию


Tekst był publikowany w zimowym zeszycie magazynu Eden w 2017 roku (www.spaeden.pl).


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Gruzińscy potomkowie krzyżowców

W Szatili czy Barisacho, najsłynniejszych bodaj wioskach Chewsuretii, zdumiewają wieże mieszkalne. Są podobne do swaneckich, ale zestawione w skupieniu, zamieniają wsie w fortece.

W miejscowym dialekcie są wyraźne reminiscencje gruzińskiego języka literackiego z okresu średniowiecza, a w ludowej muzyce, wątki melodyczne i teksty zaczerpnięte jakby z repertuaru dawnych minstreli.

Etnograf rosyjski Arnold Zisserman, który w latach 1842-1867 badał kulturę kaukaskich górali, wysunął teorię, że Chewsurowie są potomkami krzyżowców. Szukając izolacji, czy też do niej przymuszeni, osiedli na niedostępnych terenach i bronili swoich dziedzin, wykorzystując doświadczenia wyniesione z walk z Saracenami.

Hipotezę Zissermana podbudował amerykański podróżnik Richard Halliburton. Przemierzając Chewsuretię odnajdywał starofrancuskie i germańskie wpływy w dialekcie autochtonów. W wydanej w latach 30. XX w. książce zamieścił fotografie przedstawiające zawieszone w izbach zbroje i oręż sprzed stuleci. W obrzędach towarzyszących celebrowaniu świąt dostrzegał podobieństwo do praktyk stosowanych przez krzyżowców. Ba, nawet współcześnie, chłopcy poddawani inicjacji podczas letniego święta Atengenoby, przechodzą chrzest krwi.

 

W książce „Seven League Boots” z 1935 roku, Richard Halliburton opisał wyjątkowe wydrzenie, którego świadkiem był w Tbilisi w 1915 roku. W rozdizale „The Last of the Crusaders” Halliburton napisał:Wiosną 1915, kilka miesięcy po tym jak Rosja Russia’s wypowiedizała wojnę Turcji, zastęp krzyżowców z XII stulecia odzianych od stóp do głów w kolczugi z tarczami i mieczami pojawił się na koniach na główwnej ulicy Tiflis [jak z rosyjska nazywano Tbilisi]. Ludzie wybałuszali oczy ze zdziwienia. Ale to nie była grupa statystów filmowych. To byli krzyżowcy albo ich duchy.” Zdjęcie otwarcia prezentuje jedną z zamieszczonych przez niego fotografii. Więcej: www.georgiaabout.com.

 

Chewsuretia nie ma pisanych kronik, ale przekazywane ustnie podania, w których już dawno zatarły się daty i miejsca zdarzeń. Podania sąsiadów dowodzą niebywałego kunsztu jakim górale z Chewsuretii wykazywali się w walce. Dodawała im sił wiara w krzyż z Gudani, którego czuli się obrońcami. A tak na marginesie, podobieństwo krzyży z płaszczów krzyżowców i z gruzińskiego sztandaru jest również uderzające.

Kultura regionalna odchodzi niestety w niepamięć, bo trwa migracja zapoczątkowana przesiedleniami Chewsurów przez władze radzieckie. W regionie pozostało nieco ponad 3 tys. mieszkańców, a osady, w których żyje kilka rodzin uchodzą za spore. Już wkrótce, oryginalne tradycje Chewsurów mogą więc ostać się jedynie w tańcu wojennym. Jak można przypuszczać, był dla nich formą treningu umiejętności przydatnych w walce. Stał się najefektowniejszym układem choreograficznym w repertuarze Narodowego Baletu Gruzińskiego „Sukhishvili”, Akademickiego Zespołu Pieśni i Tańca „Rustavi”, czy Narodowego Zespołu Tańca „Romiosini”. W wykonaniue tego ostatniego zespołu taniec oparty o tradycje Chewsuretii, w filmie „Georgian Dance of Khevsureti region >Parikaoba<„.

5 x Gruzja, czyli narty na Kaukazie

Gudauri, Bakuriani, Goderdżi, Hatsvali i Tetnuldi – oto pięć gruzińskich ośrodków narciarskich. Trzy z nich zorganizowane są w Wysokim, a dwa w Małym Kaukazie. We wszystkich nie ma się co martwić o śnieg, ponieważ nawet Mały Kaukaz to wielkie góry, sięgające 3 tysięcy metrów wysokości.

Nad podziw szybko posuwają się w nich zimowe inwestycje. Jeszcze nie tak dawno w najszerzej znanym Gudauri było zaledwie 15 km urządzonych tras. Dziś jest 57 km, a licząc z nieratrakowanymi, a łatwo dostępnymi z zainstalowanych w ośrodku wyciągów – ponad 70 km. Inna rzecz, że największy gruziński ośrodek to póki co jedynie kompleks hoteli i wyciągów. Z drugiej jednak strony wokół rozciągają się nieograniczone niemal tereny wymarzone wprost do jazdy off-pist oraz skitouringu i paraglaidingu – również zimowego. Nieograniczone – rzecz jasna – pod względem rozległości terenu, bo zagrożenie lawinowe może zniweczyć śmiałe plany. Nie wolno o tym zapominać. Jednak narciarze z różnych krajów takie właśnie sportowe, może nawet ekstremalne oblicze ośrodka cenią najwyżej.

W Gudauri jeździ się najwyżej
Trasy w Gudauri poprowadzono na wysokości 2000-3250 m, a najdłuższa z nich jest 7-kilometrowa. Gruzini muszą lubić tę liczbę, ponieważ w Bakuriani i Goderdżi najdłuższe trasy mają także długość 7 km. Najdłuższą trasą szczyci się otwarte w 2015 roku Tetnuldi – 9,5 km. Ten ośrodek stanowi chyba najpoważniejszą w tej chwili konkurencję dla Gudauri. Urządzono go w Swanetii, na stokach potężnego szczytu o takiej nazwie i wysokości 4858 m, piętrzącego się w okolicach Mestii. O tym miasteczku, które jako centrum turystyczne rozwija się dynamicznie zaledwie od dekady, przybysze z zagranicy mówią – ze słabnącym przekąsem, za to coraz głośniej – gruzińskie Chamonix [!]. Mestia położona jest bowiem u stóp uchodzącej za najpiękniejszą na Kaukazie Uszby. Szybko się rozrasta i unowocześnia, ponieważ musi je odwiedzić każdy kto zmierza do słynnego Uszguli (położonej na Kaukazie najwyżej zamieszkałej wioski, w której istnieją i są wciąż używane średniowieczne wieże mieszkalne). Innej drogi po prostu nie ma.

W Tetnuldi niewiele niżej
Tetnuldi oferuje 25 km ratrakowanych tras, poprowadzonych na niemniej atrakcyjnej niż w Gudauri wysokości, to znaczy 2265-3165 m. Walory Mestii jako centrum sportów zimowych podnosi także sąsiedztwo drugiego ośrodka – Hatsvali. Jest tam co prawda tylko 6 km tras urządzonych na wysokości 1865-2347 m, ale w związku z niższym położeniem mają odmienny charakter. Oba kompleksy dzieli dystans 15 km. Z Hatsvali do Mestii jest zaledwie 8 km, a z Tetnuldi – 15 km. Z najwyższego punktu, na który można dotrzeć wyciągami w Hatsvali roztacza się wspaniała panorama z dwuwierzchołkową Uszbą, piramidalnym Tetnuldi i innymi kaukaskimi gigantami, którą podziwia się ze wyniesionej tam restauracji.

Dla osób, które poza białym szaleństwem chciałyby posmakować gruzińskiej kultury, Mestia z dwoma mniejszymi ośrodkami może być nawet atrakcyjniejsza niż Gudauri. Wspomnieć wystarczy interesujące muzeum prezentujące kulturę Swanetii, regionu dość szczególnego, bo przez wieki niemal całkowicie odizolowanego od świata. Kolekcja lokalnych ikon, czy zbiór misternie zdobionych przedmiotów codziennego użytkowych są naprawdę imponujące. Lokale gastronomiczne mają europejski sznyt, choć serwują przede wszystkim tradycyjne dania i gruzińskie wina. W osiedlach rozrzuconych po okolicy sterczą wieże mieszkalne takie same jak w Uszguli, tyle że mniej romantycznie bo otaczają je nowe budynki.

Bliżej Kuatisi – bliżej Tbilisi
Znaczącą rolę przy wyborze miejsca odgrywają w Gruzji prozaiczne względy. Jeżeli lecimy samolotem Wizz Air, wylądujemy w Kutaisi, a stamtąd bliżej do Mestii i jej stacji narciarskich (od 210 km do Hatsvali do 225 km do Tetnuldi), niż przez Tbilisi do Gudauri (łącznie 300 km, w tym Gruzińską drogą wojenną z Tbilisi do celu – 120 km). Jeśli skorzystamy z połączeń LOT-u, którego samoloty lądują w Tbilisi, logiczniejszym wydaje się wybór Gudauri. Przejazdy, ze względu na stan dróg, nie są łatwe. Przejażdżka w tę i z powrotem z Gudauri do Tbilisi, to 240 km (120 w jedną stronę). Praktycznie więc, zajmie cały, krótki przecież zimowy dzień. Na miejscu, oferta après-ski – jak na razie – jest dość skromna. A decyzji co do miejsca, w którym spędzimy zimowy urlop w Gruzji nie będzie łatwo zmienić.

Zdrowy środek
Bakuriani można nazwać z powodzeniem „ośrodkiem środka” – złotego środka. Zarówno bowiem z Tbilisi jak z Kutaisi nie jest doń zbyt daleko. Odpowiednio – 184 i 160 km. Kolejki i wyciągi obsługują tam 16 km tras poprowadzonych na wysokości 1626-2269 m, a więc takiej – jak zwykli podkreślać Austriacy – że jest najkorzystniejsza dla zdrowia. Atutem ośrodka, i to w sferze zdrowotnej jest także sąsiedztwo Bordżomi, kurortu ze źródłami cenionych na świecie wód mineralnych, pijalnią i innymi – historycznymi oraz nowoczesnymi urządzeniami zdrojowymi.

Z nart nad morze
Goderdżi znalazło się na końcu listy, nie dlatego, że jest najgorsze. Jest najmłodsze, ośrodek otwarto w grudniu 2015 roku. Oferuje 13 km ratrakowanych tras na wysokości 1700-2390 m, a więc bardzo podobnie do Bakuriani. Otaczają go rozległe, raczej łagodne stoki Małego Kaukazu ciągnącego się na tureckim pograniczu, jakby stworzone do uprawiania freeride’u bądź górskich wędrówek na nartach tourowych. Goderdżi stanowi przy tym egzotyczną konkurencję dla francuskiej Isoli 2000. Stamtąd do Nicei, nad Adriatyk, jest zaledwie 100 km. Dokładnie tyle co z Goderdżi do Batumi nad Morzem Czarnym! Niedaleko znajdują się: słynne skalne miasto Vardzia i prastara twierdza Khertsivi w dolinie rzeki Mtkvari oraz tzw. zamki cyklopów – tajemnicze budowle megalityczne z poukładanych bez żadnej zaprawy bazaltowych bloków, które znajdziemy koło Akhalkalaki. Goderdżi warto wziąć pod uwagę przede wszystkim korzystając z lotów liniami Wizz Air. Leży bowiem 260 km od Kutaisi, a 490 km od Tbilisi.

Sezon długi i dłuższy
Ostatnią istotną zmienną jest długość sezonu zimowego. W Gudauri trwa on od pierwszej dekady grudnia niemal do końca kwietnia. W pozostałych czterech jest krótszy – zaczyna się dopiero pod koniec grudnia, a kończy w ostatnich dniach marca. Na ustabilizowanie śniegów pod kątem wypraw skialpinistycznych trzeba czekać jak w Alpach – do wiosny!


gruzja-narciarska_logoOpisy i porównanie gruzińskich ośrodków narciarskich z adresami zakwaterowania i pożytecznymi linkami: www.snow.ge

Portale ośrodków narciarskich w Gruzji
Gudauri: www.gudauri.info
Tetnuldi: www.tetnuldi.com oraz, pod kątem wypraw skitourowych: www.svanetibackcountry.com
Hatsvali: www.georgia.travel
Bakuriani: www.bakuriani.ge
Goderdżi: www.goderdzi.com


Dostępny na Youtube film przygotowany przez BBC zatytułowany „Skiers return to Georgia” z 2013 roku w sferze infrastruktury jest już dziś niczym więcej jak dokumentem z przeszłości. Pokazuje jednak piękno Kaukazu w rejonie Gudauri i jazdę off-pist po przelocie helikopterem (Heli-skiing).

Najwięcej filmów dotyczy Gudauri, ale coraz więcej zamieszczają też Youtuberzy z Tetnuldi i Goderdżi, zwłaszcza snowboarderzy.

Gruzja / Swanetia – nierzeczywiste Uszguli

Przed kilku laty Monastyr Świętej Dziewicy w Uszguli odwiedził Patriarcha Cerkwi Gruzińskiej, katolikos Eliasz II. Przybył do klasztoru konnym zaprzęgiem, w mroźny dzień. „Mieszkacie najbliżej Boga, jesteście świętymi” – powitał zgromadzonych, chwaląc zapewne Pana, że dalej już podróżować nie trzeba.

Uszguli leży na wysokości 2200 m, a monastyr na pagórze za wsią. Zbudowano go na przełomie X i XI w. z miejscowego kamienia, i poświęcono Matce Boskiej Dziewicy (Lamaria). Rezyduje w nim góra 10 mnichów i kaukaski owczarek, witający przybyszów głuchym pomrukiem, nieskory jednak do ruszania się z budy. Wieś tworzą przysiółki Czadżaszi, Czwibiani, Murkmeli, Lamdżuriszi i Żibiani. W Gruzji, nikt już wyżej nie mieszka!

Wieś została wpisana na listę UNESCO i od kilku lat przeżywa turystyczny boom. Sezon jest wprawdzie krótki i ogranicza się do miesięcy letnich, ale to i tak wystarcza, by w każdym niemal domu przyjmowano gości. W wielu otwarto restauracje i bary, tym ciekawsze, że serwują w nich rzeczywiście domowe jedzenie. Magnesem dla turystów są średniowieczne wieże mieszkalne. Zupełnie jak w toskańskim San Giminiano. W kamiennych wieżach skrywano dobytek i zamykano się na wypadek niebezpieczeństwa. Napaści z zewnątrz, bądź zemsty sąsiadów.

W tutejszej obyczajowości żywa jest wciąż tradycja zemsty rodowej – licwri, pokrewna sycylijskiej vendetcie.

Uszguli, mieszkalne wieże stanowiły od średniowiecza schronienie na wypadek niebezpieczeństwa, fot. Paweł Wroński
Uszguli, mieszkalne wieże stanowiły schronienie na wypadek niebezpieczeństwa, fot. Paweł Wroński

Dziś aż trudno uwierzyć, ale do 2003 roku nie było tutaj prądu i trzeba było korzystać z lamp naftowych. Teraz też się przydają, bo przerwy w dostawach energii, nie należą do rzadkości. Droga, jaką trzeba pokonać około 30 km z Mestii, głównej miejscowości Górnej Swanetii, dostępna jest tylko dla samochodów z napędem na cztery koła. Gdy spadną śniegi w ogóle jest nieprzejezdna. Ale tak naprawdę, Uszguli zawdzięcza swoje otwarcie się na świat, realizacji przez prezydenta Saakaszwilego jego przedwyborczych obietnic. Mieszkańców i przybyszów terroryzował bowiem od lat klan Apraszydze. Pobierali haracze, porywali dla okupu, nierzadko mordując, tych którzy się sprzeciwiali. Saakaszwili obiecał, że zaprowadzi porządek. W 2004 roku, podczas spektakularnego ataku komandosów, zginął jeden z członków rodu, pozostałych aresztowano.

Dopiero od dekady, wsie Górnej Swanetii cieszą się zainteresowaniem.

Uszguli. Do 2003 roku nie było tutaj prądu, fot. Paweł Wroński
Uszguli. Do 2003 roku nie było tutaj prądu, fot. Paweł Wroński

Wieś leży na skłonach Szchary, pięciotysięcznika, który zajmuje wśród kaukaskich olbrzymów trzecie lub czwarte miejsce, zależnie od tego uwzględnionego pomiaru wysokości. Chociaż różnice wyników dochodzą do 150 m, Szchara, a w zasadzie jej główny, wschodni wierzchołek zawsze pozostaje najwyższym szczytem Gruzji (według najnowszych pomiarów 5068 m). Granią biegnie granica z Rosją. Fragment grzbietu, w którym piętrzy się Szchara, czyli Mur Bezingi – obejmuje niemal wszystkie (prócz Elbrusa i Kazbeku), najwyższe kaukaskie szczyty. Pięć z siedmiu niekwestionowanych pięciotysięczników oraz największe zgrupowanie lodowców. Wspinacze nazywają go Małymi Himalajami, a skorzy do poetyzowania Gruzini, Sercem Kaukazu.

Nazwa Uszguli pochodzi od słów ushishari – nieustraszony i guli – serce.

Uszguli w Górnej Swanetii. Gruzińska wieś z zamierzchłej epoki, fot. Paweł Wroński
Uszguli w Górnej Swanetii. Gruzińska wieś z zamierzchłej epoki, fot. Paweł Wroński
Do Uszguli przyjeżdża coraz więcej turystów, fot. Paweł Wroński
Do Uszguli przyjeżdża coraz więcej turystów, fot. Paweł Wroński

Materiał powstał w 2016 r. po lipcowej podróży studyjnej do Gruzji, zorganizowanej pod auspicjami Wizz Tours, platformy turystycznej, członka Wizz Air Group. Został opublikowany w portalu http://magazynswiat.pl w dziale <Akcje/Gruzja z Wizz Tours>.

Gruzja / Swanetia – ikony z Mestii

W nowym pawilonie, usytuowanym w Mestii nieco na uboczu, znajduje się zbiór ikon z X-XII wieku. Pochodzą z dawnych klasztorów i cerkwi Swanetii.

Niektóre odbiegają od obowiązującego w prawosławiu kanonu formą i kolorytem. Może dlatego, że Swanetia była zawsze odcięta od cywilizacyjnych centrów wysokimi górami. A może dlatego, że Swanowie są ludem niepokornym i dumnym, broniącym swojej niezależności za wszelką cenę.

Mestia. Hall muzeum poświęconego historii i etnografii Swanetii, fot. Paweł Wroński
Mestia. Hall muzeum poświęconego historii i etnografii Swanetii, fot. Paweł Wroński

Już pierwsza z ikon wzbudziła moje zaciekawienie. Dwie postacie na jednej desce. Matka Boska i św. Nina pomyślałem. Ale dlaczego nie ma krzyża? Charakterystycznego, który według legendy splotła własnymi włosami z dwóch gałązek winorośli.

ikony--z-Mestii-do-sieci_5234
Ikona z X w., najstarsza z kolekcji w Mestii, fot. Paweł Wroński

Nic dziwnego – okazało się, że koło tronu Matki Boskiej stoi św. Barbara, a nie apostołka Gruzji. Popularnością, kult św. Barbary niewiele ustępuje w Gruzji czci jakiej doznaje św. Nina. Świadczą o tym choćby doroczne uroczystości, celebrowane w całym kraju. Barbaroba, 17 grudnia. Św. Barbara jest patronką rzemieślników, opiekunką kobiet, zwierząt gospodarskich i w ogóle – płodności. Kult rozpowszechnił się szybko po wprowadzeniu chrześcijaństwa w 337 roku. Tym zapewne łatwiej, że można w nim odnaleźć pogańskie echa kultu boga słońca, którego nazywano Barbale. Nie bez znaczenia była zapewne fonetyczna zbieżność imion oraz fakt, że bóg czy też bogini, zajmowała poczesne miejsce w panteonie przedchrześcijańskich Kartlów. Z tak odległych czasów wywodzi się podtrzymywana po dziś dzień tradycja pieczenia na dzień św. Barbary ciast, przypominających kształtem słońce. Ba, pokrywa się je z wierzchu żółtkiem, żeby przyrumienione nabrały słonecznej barwy. Ikona Matki Boskiej i św. Barbary otwiera wspaniałą kolekcję swaneckich ikon. Nie tylko dlatego, że przedstawia tak ważne z religijnego punktu widzenia postacie, ale także dlatego, że jest w kolekcji najstarsza, jej powstanie datuje się na X stulecie.

ikony--z-Mestii-do-sieci_5238
Chrystus z X/XI w. z kolekcji w Mestii, fot. Paweł Wroński

Pozostałe ze zgromadzonych ikon są niewiele młodsze, bo cóż to są dwa, a nawet trzy stulecia w ortodoksyjnym kościele, w którym kanony nie ulegają zmianie od lat tysiąca. Niemniej, po chwili natrafiłem na kolejną odbiegającą od przyjętych norm ikonę. Przedstawia Chrystusa. Zwróconego nieco pod kątem. Z rękoma zatrzymanymi w takim geście, jakby właśnie komuś coś wręczył, przekazał, podarował. Zaiste, nie było tego mało. Przesłanie miłości i szacunku dla wszelkiego stworzenia, na które, mimo złożonego w ofierze życia, wciąż pozostają głuche niekończące się zastępy hipokrytów. XI-wieczny Chrystus z muzealnej gabloty w Mestii nie rezygnuje, uchwycony przez przenikliwego malarza, który z okien klasztornej celi patrzył każdego dnia na góry. Wielkie, piękne i surowe.

XII-wieczna ikona Chrystusa Pantokratora, fot. Paweł Wroński
XII-wieczna ikona Chrystusa Pantokratora, fot. Paweł Wroński

Historycy podkreślają, że malarstwo Swanetii prezentowało się bardzo ciekawie w okresie od X do XIII wieku. Izolacja geograficzna sprzyjała wytworzeniu się w regionie odrębnego stylu. Malowidła z tego okresu odznaczały się uproszczoną stylizacją. Były ekspresyjne bo linearne, wręcz konturowe.

W okresie złotego wieku Gruzji, czyli za panowania Królowej Tamary (przełom XII i XIII wieku), nastąpił boom w sztuce, i zmieniło się malarstwo.

Widać to wyraźnie, porównując dwie pokazane przeze mnie ikony Chrystusa. Tę starszą i surową, XI-wieczną z przynajmniej o 100 lat młodszą, znacznie bogatszą w detale, a co najważniejsze ożywioną kolorami. Malarz, który ją stworzył nie zawahał się bowiem użyć zieleni, czerwieni i ochry.

ikony--z-Mestii-do-sieci_5235
Mestia. Tłoczona w srebrze ikona z XI/XII w., fot. Paweł Wroński

W kolekcji ikon z muzeum w Mestii, oprócz obrazów malowanych na deskach, są także tłoczone w srebrze. Jest również kilka w misternie wykonanych metalowych sukienkach.

Wśród ikon narracyjnych, zwróciła moją uwagę grupa postaci. Ikona z XII w. przedstawia kaźń w jeziorze – 40 męczenników z Sebasty. Pochodzili ponoć z Kapadocji. Byli żołnierzami XII legionu, zwanego Fulminata  (Błyskawica). W 320 roku, w Sebaście, na terenie dzisiejszej Armenii, kazano im się wyrzec wiary. Nie chcieli tego uczynić, więc jak głosi jedna z wersji hagiograficznej legendy, wpędzono ich podczas srogiej zimy do jeziora. Ponoć tylko jeden się ugiął, uląkłszy śmierci. Ale jego miejsce zajął strażnik, który zobaczył nad głowami skazańców korony wiecznej chwały.

ikony--z-Mestii-do-sieci_5236
Mestia, ikona z muzealnej kolekcji, przedstawiająca śmierć 40 męczenników z Sebasty, fot. Paweł Wroński

Miejsce, w którym zgodnie z tradycją znajduje się dół, do którego wrzucono potem ich ciała, nosi po dziś dzień dzisiaj nazwę Kyrklar, pochodzącą z języka tureckiego, która oznacza Czterdzieści.

Malarz symbolicznie i prosto, acz wymownie oddał toń wody.

Dziwić może fakt, że poddano ich śmiertelnej torturze po 313 roku, w którym cesarz Konstantyn wydał dekret mediolański, wprowadzający wolność wyznania, a tym samym zakazujący prześladowania chrześcijan. I do tego na terenie Armenii, która przyjęła chrzest już w 317 roku, jako pierwszy kraj imperium. Jednak ci nieszczęśnicy byli rzymskimi żołnierzami, podległymi współrządzącemu w owym czasie cesarstwem Licyniuszowi. A ten przestał właśnie respektować dekret i dążył do konfrontacji z Konstantynem, pożądając pełni władzy.


INFO
Mestia. Swaneckie Muzeum Historyczno Etnograficzne: http://museum.ge/

Muzeum w Mestii prezentuje kolekcję gromadzoną od 1936 roku. Jest filią Gruzińskiego Muzeum Narodowego. Posiada w zbiorach, jedne z najcenniejszych w Gruzji artefaktów archeologicznych, średniowiecznych dzieł gruzińskiej sztuki sakralnej oraz rzadkich zabytków kultury materialnej Swanów. Fot. Paweł Wroński
Muzeum w Mestii prezentuje kolekcję gromadzoną od 1936 roku. Jest filią Gruzińskiego Muzeum Narodowego. Posiada w zbiorach, jedne z najcenniejszych w Gruzji artefaktów archeologicznych, średniowiecznych dzieł gruzińskiej sztuki sakralnej oraz rzadkich zabytków kultury materialnej Swanów. Fot. Paweł Wroński

Materiał powstał w 2016 r. po lipcowej podróży studyjnej do Gruzji, zorganizowanej pod auspicjami Wizz Tours, platformy turystycznej, członka Wizz Air Group. Został opublikowany w portalu http://magazynswiat.pl w cyklu <Akcje/Gruzja z Wizz Tours>.

Gruzja – za stołem

Żeby zasiąść za stołem Gruzini nie potrzebują zachęty. A jak już zasiadają, to nie może na nim zabraknąć ani jedzenia, ani wina. W przewodnikach piszą, że biesiadowanie jest specyficzną cechą kultury tego kaukaskiego narodu. W rzadko których – dlaczego.

Geografowie nie są zgodni co do tego czy Gruzja jest krajem europejskim czy azjatyckim. Nikt jednak nie kwestionuje jej przynależności do kręgu kultury śródziemnomorskiej. Jest przecież sukcesorem mitycznej Kolchidy. Krainy, do której Jazon wyprawił się po złote runo. Położonej nad Morzem Czarnym, gdzieś tam, gdzie dziś ciągną się plaże Batumi. Mimo to, że sięga morza, krajobraz Gruzji kształtują potężne górskie grzbiety, sięgające w Wysokim Kaukazie pięciu tysięcy metrów wysokości. Od zarania dziejów na halach wypasa się owce i bydło. A ziemie w dolinach są tak żyzne, że zbóż, warzyw i owoców nie brakuje. Na terenie Gruzji i sąsiedniej Armenii znaleziono najstarsze na świecie ślady uprawy winorośli. Sprzed 8 tysięcy lat! Ba, słowo „wino” wywodzi się z języka gruzińskiego. Gruzini zaś są przekonani, że to Amirani, nieśmiertelny syn kaukaskiej bogini łowów Dali, pokazał ludziom jak je robić.

Żal utopiony w winie
Skłonność do biesiadowania Gruzini mają więc zakodowaną genetycznie. Jednak do długiego i uroczystego celebrowania uczt przyczynili się wrogowie. Tyle, że nie Rzymianie, Persowie, Azerowie, czy Turcy, którzy najeżdżali ich przez tysiąclecia. Tylko Wielki Brat zza kaukaskiego muru, w wieku XVIII. Najpierw car objął gruzińskie królestwo ojcowskim patronatem, a potem taką nad nim roztoczył opiekę, że nim się Gruzini zorientowali przekształcił dumne królestwo w jedną ze swoich guberni. Pociechę znaleziono za suto zastawionym stołem. Żal utopiono w winie. W towarzystwie rodziny i przyjaciół wspominano lepsze czasy. Śpiewano narodowe pieśni i wznoszono słynne, płomienne toasty. Przesiąknięty patriotyzmem obyczaj wszedł wtedy Gruzinom w krew. Do dziś zresztą, Wielki Brat nie pozwala o nim zapomnieć. Znanym od starożytności transkaukaskim traktem zwanym Gruzińską Drogą Wojenną wędrowali przez stulecia kupcy. Do celów militarnych wykorzystali ją tak naprawdę dopiero Rosjanie. Ostatni raz w minionej dekadzie. W 2006 roku zablokowali trakt, hamując transport nie tylko gruzińskich towarów. W 2008, pod pretekstem ochrony praw mniejszości w południowej Osetii, wkroczyli nim zbrojnie. Wojna przeszła do historii pod nazwą pięciodniowej, i chociaż nie pociągnęła za sobą wielu ofiar, w jej wyniku rosyjskie wojska kontrolują enklawy gruzińskiego państwa. Osetię i Abchazję, przejawiające separatystyczne tendencje i promoskiewskie sympatie od dawna.

Kropla dla wrogów
W świat gruzińskiej obyczajowości, potraw i win wprowadził mnie przyjaciel. Dawid, rodowity Gruzin, który przynajmniej od ćwierć wieku mieszka w Polsce, a z racji talentów i zamiłowania jest autentycznym ambasadorem przyjaźni miedzy naszymi narodami. Jest też urodzonym tamadą. A bez tamady nie ma biesiady, czyli supry. Notabene takim samym słowem jak ucztę określa się stół. Tamada jest za nim dyrygentem, dyrektorem, królem. Wznosi bowiem toasty. A nie są to żadne tam „chluśniem bo uśniem”, ale długie, iście poetyckie oracje. O miłości, przyjaźni, urokach tego świata, pięknie kobiet, zaletach gospodarzy i uprzejmości gości. Gdy tamada zaczyna mówić zalega cisza, nikt nie je ani nie pije. Żeby się sprawdzić, tamada musi być powszechnie szanowany. Umieć ubrać w kwieciste słowa wszelkie myśli, być jednocześnie uwodzicielskim i charyzmatycznym. Dawid taki właśnie jest. I nawet jako gość polskich uczt, gdy wznosi toasty, robi to prawdziwie po gruzińsku. Nie traci przy tym okazji, by nie przybliżyć zgromadzonym kultury swojego narodu. Uwielbiam jego chwyty. – W Gruzji wychylamy za przyjaźń kielichy do dna – mówi często. – Ale ostatnią kroplę zostawiamy zawsze dla wrogów. Czeka potem chwilę, a wszyscy, którzy są świadkami tej sceny po raz pierwszy, zawieszają oczy na nim i jego kieliszku. Gdy kropla trunku spadnie ze szkła na paznokieć kciuka – Dawid konkluduje – żeby stali się ot, takim małym problemem!

Klucz do serca
Przerwy na toasty podczas gruzińskiej uczty mają zbawienny wpływ na kondycję biesiadników i… trawienie. Tylko dzięki nim można przetrwać wielogodzinną ucztę, ten niekończący się festiwal potraw i potok wina. Mówiąc szczerze, popłynąłem niemal jak tamada. Zwłaszcza z potokiem szlachetnego trunku. Przede wszystkim Gruzini piją z takich okazji raczej wina białe. Wprawdzie znają około 500 różnych szczepów, współcześnie wykorzystują co najwyżej 10% z nich. Uprawiają zarówno białe jak czerwone odmiany, choć ilość trunku wyrabiana z tych drugich zwiększa się. Dlaczego? Sprawa prosta – czerwone wina są teraz modne na całym świecie, więc lepiej się sprzedają. Ale białe są delikatniejsze i wolniej idą do głowy. Ponadto, napełnione puchary (znowu licencia poetica), czekają na sakramentalne gaumardżos! Dopiero gdy tamada je wypowie można wychylić zawartość. Gaumardżos znaczy zwyciężaj. Owszem, jest odpowiednikiem naszego „na zdrowie”, ale można się nim posługiwać równie dobrze na powitanie, pożegnanie czy w ogóle – życząc napotkanym ludziom pomyślności. Jest niczym klucz do gruzińskiego serca. Nauczyłem się tego od Dawida i sprawdziłem w praktyce. Sprawdza się doskonale, choć czasem prowadzi też do biesiadowania w zgoła nieoczekiwanych sytuacjach. Pierwszy raz zakosztowałem mocy „gaumardżos” na malowniczym targowisku w Telavi. W głównym mieście Kachetii, najważniejszego w Gruzji winiarskiego regionu. Zwróciłem się w ten sposób do sprzedających warzywa ludzi, którzy na masce starego samochodu rozłożyli posiłek. Natychmiast pojawiła się również porcja dla mnie. Co więcej, musiałem wychylić zdrowie gospodarzy. Tyle, że nie winem, ale czaczą, którą się właśnie raczyli. Popularnym nie mniej niż wina destylatem z winogron, krótko mówiąc gruzińską grappą.

Analogie i osobliwości
Gruzini uwielbiają wskazywać podobieństwa między kulturą swoją a europejską. Zależy im na zbliżeniu do UE, co skwapliwie manifestują, wywieszając obok swoich sztandarów granatowe flagi z wieńcem złotych gwiazd. Ale ponieważ to właśnie za stołem zawiera się u nich przyjaźnie i utrwala wszelkie więzy, chętnie sięgają do analogii w sferze potraw. Popularny placek z serem, chaczapuri, nazywają kaukaską pizzą. Podkreślam – kaukaską, a nie gruzińską. Bo choć są różne, od pulchnych jak nasze omlety-grzybki, po rzeczywiście cieniutkie jak włoska pizza, a do tego z różnymi rodzajami sera, plackami tego typu zajadają się wszystkie narody po obu stronach potężnego górskiego łańcucha. O czurczcheli mówią, że to taki ich snickers. Zastygły na nanizanych na sznureczek migdałach lub orzechach, zaprawiony mąką gęsty syrop z winogron. Podobny robią wprawdzie w Grecji, na Cyprze, w Turcji, ale tu, w Gruzji jest przysmakiem narodowym. Z popularnymi u nas pierogami z mięsem, włoskimi ravioli czy nawet tyrolskimi Schlutzkrapfen blisko są spokrewnione gruzińskie czinkali. Sztandarowa potrawa. Połyskujące tłuszczem, wypchane mięsem zanurzonym w rosole. Specjalnie nadaje im się kształt sakiewek, bo trzeba je brać pojedynczo i przytrzymując rękami odgryźć kawałek. Potem przez dziurkę wyssać soki z farszu, a sztuka polega na tym, by nie trysnęły na stół, ubranie, czy co gorsza towarzyszy biesiady. Do kanonu potraw bez których życie nie ma sensu należą szaszłyki – mcwadi. Podstawą jest jagnięcina, ale zazwyczaj używa się też innych rodzajów mięsa. A że do mięs potrzeba sosu, na stole obecny jest zawsze thremali. Czerwony albo zielony, zależnie od przypraw i ziół, uzupełniających zmiksowane owoce. Rosnąc tylko na Kaukazie i są zbliżone do mirabelek. Rozmiarem, bo poza tym są zielone, twarde i tak niewyobrażalnie kwaśne, że choć stoją na stole, sięgają po nie jedynie koneserzy lub osoby całkowicie nieobeznane z gruzińską kuchnią. Zioła i przyprawy równoważą smak owoców. Nigdy nie brakuje też krojonych w plastry i smażonych bakłażanów – badridżani, posmarowanych pastą z orzechów i posypanych ziarenkami granatu. Zadziwiająca kompozycja. Słodkawo gorzka i zdrowa, bo granaty zawierają panaceum na tysiące dolegliwości, a ten kto się nimi zajada przedłuża sobie życie.

Niczym góralska muzyka
Generalnie gruzińska supra składa się z wielu dań na podobieństwo tureckich czy greckich mezedes. Tyle, że tam potrawy pojawiają się na stole po kolei, tu zaś zaściełają go niczym wzorzysty, gęsto tkany obrus. Poza tym, gospodarze uzupełniają natychmiast i niemal w nieskończoność, opróżnione półmiski i salaterki. Nie zapominając o pieczywie. Spośród wielu jego rodzajów żaden nie może się równać z szoti. Chlebem z pieca tone o walcowatym kształcie. Ma taki każda szanująca się restauracja, piekarze na targowiskach. Ba, używają go w wielu domach, za wyjątkiem może bloków w Tbilisi. Piekarz nurkuje do niego, żeby na ściankach poprzyklejać paski ciasta. Na dnie pali się ogień. Gdy szoti jest gotowy, odpada wygięty jak księżyc w nowiu. Na blachę, którą przykrywa się żar, żeby chleba nie spalić. Należę do fanów gruzińskiej kuchni i gdy tam jestem mam wrażenie, że mogę się zajadać tym co podają w nieskończoność. Tym bardziej zdziwiłem się, gdy zawitałem tam jako pilot, i po kilku dniach usłyszałem pytanie, czy moglibyśmy zjeść choć raz coś innego. Bo stół w gruzińskiej restauracji niemal nie różni się od domowego. A za szczyt kulinarnego kunsztu uchodzą potrawy takie „jak w domu”. Z owoców, warzyw, grzybów, mleka i mięsa – produktów, którymi Bóg tak hojnie obdarzył Gruzinów. Moim zdaniem, przed monotonią chroni fakt, że w każdym domu matki i babki, stosują znane tylko sobie chwyty. Nigdy więc nie spotkamy identycznych czinkali czy badridżani, nawet w restauracjach. Może jednak z gruzińską kuchnią jest tak, jak z góralską muzyką? Nie każdy ją lubi. Ale to jednak zjawisko! Gaumardżos!

Znaleziska archeologów w Imiri w dolinie Marneuli w południowo-wschodniej Gruzji, potwierdzają fakt, że gruzińskie winiarstwo może się poszczycić przynajmniej 8 tysiącami lat tradycji. Krótki film kanału Fox News.

Tekst publikowany w magazynie „Witaj w podróży” w numerze czerwiec-lipiec 2015 (Gruzja – pdf roboczy).

Gruzja – Sakartwelos Samchedro Gza

Gruzińska Droga Wojenna stanowi główną i tak na prawdę jedyną przeprawę przez Wielki Kaukaz. Ciągną nią TIR-y, turyści pokonują jeepami, a miejscowi… czym się da.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Droga biegnie w górę rzeki Aragwi, z której Tbilisi czerpie wodę do picia i energię elektryczną. Przebiega przez Mtskhetę – starożytną stolicę królestwa Kartli-Iberii, położoną u ujścia Aragwi do Mtkwari (Kury), pod XVII-wieczną twierdzą Ananuri, przez najważniejszy z gruzińskich ośrodków narciarskich – Gudauri, koło pomnika przyjaźni gruzińsko-rosyjskiej wzniesionego na krawędzi urwiska w 1983 roku, Dżwris Ugheltechili (Przełęcz Krzyżową), Stepantsmindę (miasteczko zwane potocznie Kazbegi) i granicę z Rosją w kanionie Dariali o tysiącmetrowych ścianach. Najwyższy punkt przez jaki przechodzi trakt jest niewiele niższy od naszych Rysów; przełęcz Dżwris ma 2379 m.

Największa atrakcja znajduje się nad Stepantsmindą, u stóp Kazbeku (Mkinvartsveri, 5033 m) – efektownego, pokrytego czapą wiecznych śniegów pięciotysięcznika. Na halnym kopcu Gergeti (2180 m) wznosi się średniowieczny monastyr z XIV-wieczną cerkwią Tsminda Sameba (Trójcy Świętej) i dzwonnicą dostawioną sto lat później. Ten bodaj najczęściej wykorzystywany motyw z Gruzji, trafia na okładki setek albumów i przewodników. W niewielkim, współczesnym budynku klasztornym mieszka 10 mnichów. Aż wierzyć się nie chce, że zimą są całkowicie odcięci od świata. Przecież Kazbegi leży zaledwie 6 km stąd i tylko 430 m niżej. Mimo to, ze zgromadzonymi  zapasami mnisi muszą czekać aż zejdą śniegi. Latem, 28 sierpnia, wokół cerkwi na Gergeti gromadzą się tłumy.  Odbywa się Gergetoba – tradycyjne poświęcenie trzód z barwną procesją, w której zwierzęta i pasterze okrążają trzykrotnie świątynię. Korzenie tego obyczaju sięgają czasów przedchrześcijańskich (Gruzja jako jedna z pierwszych przyjęła nową wiarę w 317 roku).

Droga liczy 208 km i biegnie z Tbilisi do Rosji, do Władykaukazu – stolicy Północnej Osetii. Przejazdu przez granicę strzeże wojsko. Oprócz kontroli dokumentów pobierana jest opłata 50 lari (ok. 100 zł); to jedyny płatny przejazd na gruzińskich drogach.

Szlak, którym biegnie Droga Wojenna znany jest od starożytności. Poszerzyli go Rosjanie pod koniec XIX wieku, kolejnej modernizacji dokonano za sowieckich czasów. Blokada szlaku przez Rosjan w 2006 roku spowodowała kryzysową sytuację w gruzińskiej gospodarce. Stanął tranzyt towarów przez Kaukaz. Sytuacja zachwiała również interesami Armenii i Azerbejdżanu. Właśnie tędy, pod pretekstem obrony osetyńskiej mniejszości wkroczyły do Gruzji rosyjskie wojska. Droga znalazła się wówczas na wschodniej flance obszaru objętego działaniami wojennymi, których eskalacja nastąpiła w sierpniu 2008 roku.

Gruzja – poezja zanurzona w winie

Gaumardżos! Czyli zwyciężaj! Ten zwrot otwiera gruzińskie serca, jest równie dobry na powitanie, pożegnanie jak i życzenie pomyślności.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Rozbrzmiewa gromko gdy wznosi się toasty. Zanim to jednak nastąpi trzeba z uwagą wysłuchać tamady, zazwyczaj najszacowniejszej osoby pośród zgromadzonych. Oracje tamady są długie, poetyckie, przepełnione miłością do kraju i ludzi, zawsze stosowne do sytuacji, pełne ciepła i szczerości. Chyba nigdzie indziej, tak jak podczas supry, serca i usta nie brzmią jednym głosem. Za gruzińskim stołem biesiaduje się, płomiennie przemawia, śpiewa i cieszy życiem, nawet w najtrudniejszych czasach. Gdy tamada wypowie magiczne gaumardżos, można wychylić puchary.

Za suto zastawionym stołem
Supra, jak określa się w Gruzji i stół, i biesiadę, jest kwintesencją tutejszej kultury. Za stołem spędza się długie godziny, celebrując zarówno wielkie uroczyste święta, jak i kameralne spotkania w gronie przyjaciół i rodziny. Stół ugina się zawsze pod ciężarem potraw – pieczywa, mięs, serów, owoców i warzyw. Poczesne miejsce zajmuje na nim wino. Tradycja jego wyrobu sięga korzeni gruzińskiej kultury. Nawet słowo „wino” wywodzi się nie ze starożytnej Grecji ani z Rzymu, ale właśnie z Gruzji, w której znaleziono najstarsze nasiona winorośli przygotowane do użycia. Rozsypały się widocznie prehistorycznemu winiarzowi. Bagatela, osiem tysięcy lat temu. W Kachetii, w rozległej dolinie Alazani. U stóp Kaukazu, gdzie wciąż powstają najszlachetniejsze z gruzińskich trunków. W piwnicach zwanych marani, nierzadko wciąż jeszcze w zakopanych w ziemię ceramicznych stągwiach kwewri. Na ogół z jednej odmiany winorośli. Proste białe Rkatsiteli czy Mtsvane królują na stołach podczas supry, bo są delikatniejsze i nie uderzają tak szybko do głowy jak czerwone – Saperavi czy Kindzmarauli, żeby wymienić jedynie najpospolitsze z ponad 500 znanych tutaj odmian winorośli (40 zaledwie używa się dziś do komercyjnej produkcji wina). Ewenementem pozostaje wciąż Khvanchkara, kupaż – pół na pół ze szczepów Alexandreuli i Mujuretuli. Lekkie, o subtelnej słodyczy, domowym smaku oraz aromacie pospolitych owoców: truskawek, jeżyn, żurawin i dzikiej róży czerwone wino, uwielbiane przez Stalina, który był przecież rodowitym Gruzinem i szczycił swoim pochodzeniem. A tak, na marginesie, stosunek do „batiuszki Stalina” jest kwestią delikatną i złożoną. Bo chociaż jego liczne pomniki rozrzucone są po kraju, nie znaczy to, że Gruzini pochwalają jego działalność. Nikt nie pochwala, ale jednak był „swój”. I dawał dowody patriotyzmu. Najmniej kontrowersyjnie w młodzieńczym wierszu: „Rozkwitaj moja Gruzjo! Niech pokój panuje w kraju! A wy, przyjaciele, nauką rozsławcie swoją ojczyznę!”.

W oczach władców i świętych
Na wyniosłym kopcu na tle wyniosłych gór wznosi się monastyr Alaverdi, bodaj najsłynniejszy zabytkowy kompleks sakralny w Kachetii. Zręby budowli powstały w VI wieku, taka jaką dziś możemy podziwiać pochodzi z XI stulecia. Na tle wiecznie zaśnieżonego Kazbeku (5047 m n.p.m.) rysuje się sylwetka XIV-wiecznej cerkwi Cminda Sameba. Wzniesiona na wzgórzu Gergeti (2170 m) jest zapewne najszerzej znaną budowlą spośród setek gruzińskich klasztorów i świątyń. Fascynując zderzeniem wysokich gór i zabytkowej świątyni, trafia zazwyczaj na okładki przewodników i albumów. 28 sierpnia gromadzą się pod nią tłumy bo odbywa się uroczyste poświęcenie trzód Gergetoba). Korzenie tego związanego z pasterstwem obyczaju sięgają jeszcze przedchrześcijańskich czasów. Na porośniętym krzakami pagórze u zbiegu rzek Mtkvari (Kura) i Aragwi, nieopodal Tbilisi, ponad starą stolicą Mcchetą wznosi się Dżwari – cerkiew Krzyża Świętego. Wzniesiono ją w VI wieku i nie przebudowywano. Od stuleci, piaskowcowe płaskorzeźby, których nie osłaniają gzymsy spłukuje woda i smaga wiatr. A na krawędzi płaskowyżu piętrzącego się nad doliną Alazani, miasto Signaghi otaczają XVII-wieczne mury z 23 wieżami. Każda z nich nosi imię którejś z okolicznych wiosek, bo w razie zagrożenia za murami chronili się mieszkańcy okolicy. Z murów roztaczają się szerokie panoramy na dolinę i góry. Kilka kilometrów stąd wznosi się monastyr Bodbe, w którym przechowywane są relikwie św. Niny. Do nich pielgrzymują ludzie z całego kraju. Święta apostołka, która żyła na przełomie III i IV wieku, utrwalając chrześcijaństwo, które Gruzja przyjęła za religię panującą jako jedna z pierwszych na świecie. Święta Nina jest obok św. Jerzego patronką Gruzji. W jednym z kilku skalnych miast, w położonym na pograniczu z Armenią i Turcją Wardzia, z XII-wiecznego fresku spogląda na przybyszów królowa Tamara, władczyni, na której 29-letnie rządy (1184-1213), przypadł „złoty wiek” Gruzji. Lista zabytków podkaukaskiego kraju obejmuje setki pozycji. Nie zabrakłoby na niej skarbów stolicy, choć bardzo trudno zdecydować, które obiekty umieścić na początku. Niemal wszystkie łączy jednak odrobina poezji, jakiej nie znajdziemy w najwspanialszych nawet muzeach Europy. Bowiem barierki ani kraty nie bronią tu dostępu do pamiątek przeszłości. Można bez przeszkód zaglądać w twarze świętych i królów, a przewodnikiem jest błądzący pośród murów duch czasu.

W świecie mitów i legend
Od wysokich gór po wybrzeże Morza Czarnego, na którym rozsiadło się Batumi, kurort kuszący plażami, słońcem i ciepłą, spokojną wodą – cały kraj owiany jest legendami. To tutaj znajdowała się mityczna Kolchida, do której wyruszył po złote runo Jazon. U podstaw tej opowieści legły wieści o bogatych złożach złota. A jeden z najstarszych sposobów jego pozyskiwania polegał na zanurzaniu baraniej skóry w wodach złotonośnych potoków. Legenda opowiada też o początkach stolicy kraju – Tbilisi. Podczas polowania sokół króla Wachtanga Gorgosali pochwycił bażanta, ale oba ptaki zniknęły z oczu myśliwym. Znaleziono je wkrótce w jednym z tryskających tu obficie gorących siarkowych źródeł. Mimo tego zdarzenia władcy o gorącym sercu, dzielnie broniącemu swego kraju przed perskim panowaniem, spodobała się okolica. I to tak dalece, że kazał założyć miasto, w którego nazwie pobrzmiewa słowo tbili – gorący. Źródła zaś służą po dziś dzień kąpielom, zażywanym z równą przyjemnością dla relaksu, jak w celach zdrowotnych. Mityczną postacią jest wreszcie Amirani. Nieśmiertelny syn kaukaskiej bogini łowów Dali, który dokonał wielu bohaterskich czynów oraz nauczył ludzi jak mają używać ognia i jak robić wino. Gaumardżos!

INFO
www.tourism.gov.ge

Tekst w nieco krótszej wersji był publikowany na łamach magazynu „Świat. Podróże. Kultura” (kwiecień 2012)