Вишивка, czyli haftowanie na Ukrainie

Haftowane motywy są nader łatwo rozpoznawalnymi znakami regionów Ukrainy, każdy ma bowiem charakterystyczny dla siebie wzór i kolorystykę. Technika jest wszędzie podobna, a określa się ją mianem haftu krzyżykowego.

Współcześnie spotykamy dwie tendencje. Po pierwsze wiele haftów wykonanych jest maszynowo. Wyroby z takim haftem także cieszą oczy, nawet tym bardziej, że cena jest niższa niż tych wykonanych ręcznie. Oba rodzaje stanowią pełną uroku pamiątkę dla przybyszów. Dla Ukraińców ważniejszy jest jednak silny wydźwięk patriotyczny haftu.

Historia tej sztuki dekoracyjnej jest na Ukrainie bardzo długa. Najstarsze przykłady haftów odnalezione przez archeologów datowane są na I wiek po Chrystusie. Haftowane obrusy, chusty i stroje odgrywały przez stulecia istotną rolę ceremonialną, zarówno na książęcych dworach jak wśród prostego ludu, choćby podczas uroczystości ślubnych. Fala dumy z haftowanych motywów ludowych przelała się przez kraj za caratu, pod koniec XIX wieku, gdy od Lwowa przez Kijów po Krym rodziło się i nasilało wśród obywateli, poczucie ukraińskiej tożsamości. Haft – вишивка i haftowana koszula – вишиванка, stały się wtedy symbolami narodowej kultury, równie istotnymi jak godło – osławiony tryzub jaki tworzą splecione inicjały Władimira i Olgi, pary książęcej, która wprowadziła na Rusi chrześcijaństwo jako religię panującą, czy niebiesko żółta flaga.  W czasach radzieckiej urawniłowki tradycjom hafciarskim groziło zapomnienie, ale  w ukraińskich środowiskach emigracyjnych je kultywowano i dokumentowano motywy, by nie zaginęły. Ba, zakładano nawet kółka hafciarskie, zamieniając typowo kobiece zajęcie w popularne hobby.

Po agresji Rosji Putina i aneksji Krymu, poczucie godności narodowej niebotycznie wzrosło, a symbole niezależności stały się remedium dla udręczonej duszy. Nic więc dziwnego, że na klimatycznych lwowskich bazarach i w salonach z odzieżą вишиванки zajmują poczesne miejsce – obok motanek, ceramiki, niebiesko żółtych patriotycznych akcesoriów i tradycyjnych przetworów spożywczych.

Вишиванки są na wszystkich targowiskach, ale najlepiej szukać ich na cieszącym się ugruntowaną sławą bazarze sztuki ludowej i rękodzieła – na starówce, na wysokości Opery, między Bulwarem Wolności (od zachodu), a ulicami: Lesi Ukrainki (od północy), Niski Zamek (od południa) oraz Teatralną (od wschodu) – мистецький ринок „Вернісаж” przy Placu Вічева.


Lwowskie targowiska (Львівські ринки) w liczbie 15:  www.lviv.vgorode.ua

Reklamy

Крива Липа, smaczny zaułek Lwowa

Bodaj najpopularniejszym lwowskim zagłębiem kulinarnym jest zaułek Krzywej Lipy („Крива Липа”), ciągnący się wśród kamienic między ulicami Strzelców Siczowych () i Piotra Doroszenki ().

Nazwę dała mu lipa, rzeczywiście krzywa i stara, którą pieczołowicie zachowano. W przyziemiach kamienic zagnieździło się mnóstwo restauracji, barów oraz hotel – także z Krzywą Lipą w nazwie. Pionierskim nowoczesnym przedsięwzięciem było tutaj Kulinarne studio „Kryva Lypa”, restauracja-bar serwująca bardzo dobrze przyrządzone i elegancko podane potrawy kuchni europejskiej, herbaty, kawy, wina i drinki.

Na internetowych stronach zespół „Kryvej Lypy” (Кулінарна студія „Крива Липа”) tak się anonsuje: „Każdy z nas jest praktykiem i profesjonalistą, zakochanym w przygotowywaniu potraw i kuchni. Naturalne i świeże produkty które sami starannie każdego dnia dobieramy nadają najbardziej unikatowy smak potraw które serwujemy.  Tworząc ten projekt w 2009 roku, staraliśmy się podążać własną drogą co zaowocowało zdobyciem zaufania klientów, a także reputacji jednej z najlepszych restauracji we Lwowie.”.

W poniedziałki gastronomiczna oferta poszerza się o odrobinę kultury. Wyświetlane są filmy w języku oryginału, ale z napisami – ukraińskimi bądź rosyjskimi.


Кулінарна студія „Крива Липа” (проїзд Крива Липа 8): www.kryva-lypa.com
Menu lokalu po angielsku i ukraińsku (ściągnij —> PDF);
1 UAH – 0,14 PLN (czerwiec 2018; kalkulator walut: www.pl.coinmill.com)

We Lwowie przy Doroszenki 19

Lwowską starówkę otaczają pierścieniem dzielnice wyrosłe w czasach CK monarchii, z tej racji nazywane Lwowem austriackim.

Atmosfera panuje tam iście wiedeńska, czy budapeszteńska, a jeśli ktoś woli… krakowska. W tej właśnie okolicy, w przepięknej eklektycznej kamienicy z końca XIX wieku, przy ulicy Doroszenki 19, niemal u jej wylotu na Bulwar Wolności, mieści się Hostel „Leosfera”. Świetnie położony i dobrze skomunikowany, oferuje tanie noclegi w kilku zbiorowych salach ze wspólnymi łazienkami. Jest dostęp do wi-fi, a recepcja działa non-stop. Miejsce jest nader klimatyczne i rzeczywiście wszędzie stamtąd blisko. 200 m do Pałacu Potockich, 300 m na Iwanofrankowski Uniwersytet Lwowski, a 400 m do katedry rzymskokatolickiej i słynnej Kaplicy Boimów, jednego z najcenniejszych zabytków starego Lwowa.


Hostel „Leosfera”:  www.leospherehostel.webnode.com.ua

Olesko i Podhorce

Rodowe gniazdo Jana III Sobieskiego w Olesku i pałac w Podhorcach, który dzierżyły najznamienitsze kresowe rody Rzeczypospolitej Szlacheckiej. W pierwszym z nich jest dzisiaj muzeum, drugi – popada w ruinę… imponującą i piękną ruinę.

Zamek w Olesku – miejsce urodzin Jana III Sobieskiego, fot. Paweł Wroński
Olesko – klasztor kapucynów, fot. Paweł Wroński
Olesko historyczne na współczesnym obrazie ze zbiorów muzealnych, fot. Paweł Wroński

Wzmiankowany już w XIV wieku zamek w Olesku, stał się własnością Sobieskich w 1637 roku i pozostawał w ich rękach do 1725, kiedy to odsprzedali dobra oleskie Rzewuskim. To oni w 1739 roku ufundowali klasztor dla kapucynów – zakonu żebraczego, wywodzącego się z pnia franciszkańskiego (jako odrębna wspólnota, kapucyni działają od 1528 roku – ich oddzielenie się od franciszkanów było reakcją na odchodzenie macierzystego zakonu od surowej reguły założyciela, św. Franciszka z Asyżu). Dość szybko zgromadzenie zyskało możnych protektorów w Rzeczypospolitej Szlacheckiej. Na ziemie polskie sprowadził ich Jan III Sobieski po wiedeńskiej wiktorii, bo jak głosi legenda, przed bitwą, o. Marek z Aviano przepowiedział królowi zwycięstwo (www.piusx.org.pl).

Pałac w Podhorcach, zamieniony przez Koniecpolskich w obronne bastionowe założenie rezydencjonalne (Palazzo in fortezza), fot. Paweł Wroński
Podhorce, kościół św. Józefa, fot. Paweł Wroński

Zamek w Podhorcach wzniósł w latach 1637-1640 starosta perejasławski i wojewoda sandomierski Aleksander Koniecpolski. Świątynia powstała ponad sto lat później, w latach 1752-1766, a jej fundatorem był hetman wielki koronny Wacław Seweryn Rzewuski.

Rękodzieło – wyszywanki i ceramika na targowisku koło pałacu w Podhorcach, fot. Paweł Wroński

Oba zabytkowe kompleksy znajdują się w odległości 70-80 km od centrum Lwowa. Dojazd do Oleska odbywa się przy tym po najlepszej obecnie drodze Ukrainy, arterii szybkiego ruchu łączącej zachodnią metropolię kraju ze stolicą, Kijowem. Bez porównania gorszy, ale na szczęście krótki (ok. 7 km) jest odcinek między Oleskiem a Podhorcami. Pokonać go jednak warto, aby odbyć spacer taki, jak na załączonym slajdowisku z majowej wycieczki.

 

O budowie dróg na Ukrainie krąży następująca anegdota: „do przetargu stają 3 firmy – turecka, rosyjska i ukraińska. Turecka szacuje koszty na 1 mln, rosyjska na 2 mln, a ukraińska na 3 mln USD. Ktoś z komisji zadaje pytanie przedstawicielowi krajowego oferenta – skąd wy bierzecie takie kalkulacje? To proste – słyszy w odpowiedzi – jeden milion dolarów dla Wysokiej komisji, drugi za projekt i starania dla naszej firmy, a za trzeci Turcy wybudują drogę…”. Istotnie, wspomnianą drogę zbudowali Turcy!

 

Jeszcze przed kilku laty, w miejscu, gdzie wąska droga łącząca Olesko z Podhorcami trawersuje niewielki pagórek w pobliżu wsi Chwatów (Хватів), podróżni doznawali szoku. Nad ich głowami pojawiały się bowiem gigantyczne kopyta i podbrzusza galopujących, spiżowych koni. Był to pomnik I Armii Konnej marszałka Budionnego (ukr. Першої Кінної армії, potocznie: «Олеські коні»), wystawiony i uroczyście odsłonięty w 1975 roku. Autorami kompozycji rzeźbiarskiej byli profesor Lwowskiego Instytutu Sztuki i Rzemiosła Валентин Борисенко oraz architekt Анатолій Консулов. Konie miały szarżować na zachód – symbolicznie – ku Polsce, w rzeczywistości skierowano je ku północy z niewielkim wręcz odchyleniem na wschód… Niezależnie od ideologicznej wymowy, na każdym widzu instalacja wywierała ogromne wrażenie. Była zakotwiczona w pagórku, a jeźdźcy zdawali się „frunąć” nad ziemią. Łatwo sobie wyobrazić jak skomplikowanym logistycznie przedsięwzięciem było ustawienie tego monumentu. Niestety, w 2015 roku cenne metale, z których odlano 27-metrowe dzieło, rozkradli „anonimowi sprawcy”. Pozostał szkielet, który skwapliwie zdemontowano. Cała historia zbiegła się z przyjęciem przez ukraiński parlament ustawy o dekomunizacji przestrzeni publicznej – usunięciu sowieckiej symboliki, pomników, zmianie nazw ulic i miejscowości. Pomnik Konnej Armii Budionnego, który stał się zabytkiem zarówno historii, jak techniki, można więc oglądać dziś jedynie na archiwalnych fotografiach. Poniższa też jest zabytkowa, gdyż pochodzi z albumu „Львівшчина”, wydanego w czasach sowieckich, w Kijowie, w 1984 roku.

Pomnik armii Budionnego z albumu „Львівшчина”, wydanego w Kijowie w 1984 roku, fot. Paweł Wroński

 

Siemion Budionny – marszałek Związku Radzieckiego. W lutym 1919 roku utworzył konny oddział Armii Czerwonej, przemianowany kilka miesięcy później na 1. Armię Konną (ros. Первая Конная армия, albo krótko: Конармия). Dowodził nią w latach 1919–1923, walcząc z wojskami gen. Piotra Wrangla nad Donem i kontrrewolucyjnymi oddziałami kozackimi. W wojnie polsko-bolszewickiej Konarmia nacierała na Lwów. 17 sierpnia 1920 roku stoczyła krwawą bitwę z Orlętami Lwowskimi pod Zadwórzem. Zważywszy na różnice sił (kilka tysięcy kawalerzystów przeciwko 300 piechurom), przyjęło się ją nazywać „polskimi Termopilami”. W tym zaś czasie, we Lwowie śpiewano na melodię „Krakowiaczek jeden”:
„Budionny, Budionny, bosy jenerale
Jeszcze będziesz wisiał na Czartowskiej Skale!”
Niedługo potem Konarmię rozgromili polscy ułani pod Komarowem, w największej bitwie kawaleryjskiej XX stulecia.

 


O Olesku i jego historii na stronach znakomitej restauracji „Grydnycia”, urządzonej w zamkowych piwnicach: www.grydnycia.lviv.ua

Zamki Lwowszczyzny (a jest ich sporo, choć w większości zrujnowane), w tym tzw. Złotą Podkowę Lwowa, jaką tworzą zamki w Olesku, Podhorcach i Złoczowie, zwiedzać najlepiej z lwowskim biurem Kumpel-Tur, polecam gorąco: www.kumpel-tour.com

Pstrąg przyrządzony w „Grydnyci”. Specjalnością są owocowe i ziołowe nalewki, przyrządzane według receptur właścicielki – z zawodu farmaceutki (220 UAH za buteleczkę 0,33), fot. Paweł Wroński

Herbatka z rokitnika

We wschodnim skrzydle gmachu zajmowanego przez piękny secesyjny Готель Жорж we Lwowie, znajduje się elegancka kawiarnia „Gloria”. W menu sporo pomysłowych pozycji, w tym napojów, takich jak обліпиховий чай – herbatka z rokitnika.

 

Rokitnik to po ukraińsku обліпиха. A, że u naszych sąsiadów panuje podobnie jak u nas moda na przetwory z owoców tej rośliny, dzbanek naparu z rokitnika znalazł się w karcie tego ekskluzywnego, przyhotelowego lokalu. Smak i aromat wzbogacają: mięta, limonka, kora cynamonu oraz miód podany do słodzenia (o występowaniu i właściwościach rośliny, czytaj na: www.encyklopedia.lasypolskie.pl).

 

Poprzednikiem hotelu Жорж był hotel Під трьома гаками wzniesiony w 1793 roku. W 1816 roku właścicielem został kupiec Ґеорґ (Жорж) Гофман, na którego cześć zmieniono nazwę. Dzisiejszy wygląd jest efektem przebudowy z lat 1898-1901. Projekt był dziełem  wziętej wiedeńskiej spółki architektonicznej: Ferdinand Fellner i Hermann Gottlieb Helmer. Swojego czasu hotel był wizytówką Lwowa. Dziś nie należy już ani do najbardziej luksusowych, ani najdroższych lwowskich hoteli, ale – chociaż nosi zaledwie trzy gwiazdki – jego gmach wciąż zachwyca i zalicza się do ciekawszych miejskich zabytków. Splendoru dodaje obiektowi fakt, że gościło w nim wiele osobistości świata polityki, biznesu i kultury. Byli pośród nich: Honoriusz Balzak, Franciszek Liszt, Maurycy Ravel, Jean-Paul Sartre, Jan Kiepura, Józef Piłsudski, Ignacy Jan Paderewski, a w czasach komunistycznych: Leonid Breżniew i Nikita Chruszczow oraz – spoza żelaznej kurtyny – aktor Ewan McGregor.


Hotel mieści się przy Placu Mickiewicza pod numerem 1: www.georgehotel.com.ua

Sobór św. Jura we Lwowie

Wielowyznaniowość, charakterystyczna cecha lwowskiej rzeczywistości, fundament dziejów miasta i jego mozaikowej kultury, jest wciąż wyraźnie widoczna w krajobrazie.

Strzelające ku niebu na Starym Mieście wieże gotyckiej rzymskokatolickiej katedry i jednej z najstarszych w mieście świątyń – katedry ormiańskiej, sąsiadują ze sobą. Nieopodal wznoszą się kopuły metropolitalnej prawosławnej cerkwi. Na wzgórzu, w oddaleniu, piętrzy się najważniejsza świątynia grekokatolików – Sobór św. Jura. Kościołów, cerkwi i klasztornych zabudowań jest tutaj mnóstwo, ale unicki Święty Jur jest bodaj najlepiej z nich wyeksponowany – zbudowano go na wzgórzu. Natomiast rzymskokatolicki kościół św. Elżbiety z początków XX wieku według projektu Teodora Talowskiego, niedaleko głównego lwowskiego dworca kolejowego, ma najwyższe we Lwowie wieże.

We wnętrzu Soboru św. Jura, fot. Paweł Wroński

Przez stulecia Lwów witał gości gwarem rozmów i modłów w różnych językach. Miasto rozwijało się i bogaciło, a jego kwartały wyznaczał przede wszystkim status ekonomiczny mieszkańców. Narodowości i religie koegzystowały, przeplatając się niczym wątki i osnowa wyrafinowanego kobierca. Gdy w 1866 roku we Lwowie zaczął obradować Sejm Galicyjski, powołany dekretem Franciszka Józefa I,  miasto wyrosło na trzecią po Wiedniu i Budapeszcie stolicę cesarstwa. Jednak na przełom XIX i XX wieku przypadł poważny wstrząs społeczny jakim było budzenie się u ludów CK monarchii świadomości narodowej. Prowadziło to do skrajnych postaw szowinistycznych, kusząc jednocześnie polityków możliwością podsycania religijnych i narodowościowych animozji dla osiągnięcia partykularnych celów. Wtedy narodziła się idea Samostijnej (niepodległej) Ukrainy, której twarzą stał się Stefan Bandera. Rozpad CK monarchii i układanie politycznej mapy Europy na nowo, wzmocniły jeszcze bardziej niepodległościowe dążenia Ukraińców.

Katedra św. Jura na pocztówce z 1913 roku, fot. z portalu: www.zabytki.in.ua

Kulminacyjnym okresem burzliwych dziejów XX wieku była II wojna światowa, po której Europę, a w konsekwencji świat cały, podzieliły mur i zimna wojna. Ukraina stała się radziecką republiką, w której świątynie – niezależnie od wyznania – przeznaczono w większości na cele świeckie. W rzymskokatolickim kościele św. Anny, usytuowanym w rozwidleniu głównych ulic wylotowych, biegnących z centrum ku zachodowi, był na przykład sklep meblowy, w przyklasztornym kościele benedyktynek stołówka pobliskiego zakładu pracy, a w kościele i klasztorze dominikanów kuriozalne Muzeum Religii i Ateizmu. Po delegalizacji Cerkwi Greckokatolickiej przez władzę radziecką, św. Jura przekazano powolnym komunistycznej partii wyznawcom prawosławia. Żeby jednak nie dominowała w krajobrazie, wystawiono u stóp dźwigającego ją wzgórza potężny cyrk, ozdobiono go kolorowymi neonami i plątaniną kabli, żeby z głośników puszczać muzykę. Już wcześniej, bo po 1941 roku, synagogi – choć nie wszystkie – zrujnowali naziści. Poza tym, Lemberg, jak nazywali Lwów, uważali za miasto niemieckie, więc go nie zniszczyli.

Widok na Stare Miasto we Lwowie, fot. Paweł Wroński

W latach 1901-1944 metropolitą lwowskim był Andrzej Szeptycki, przedstawiciel rodu, z którego wywodzili się liczni lwowscy hierarchowie wschodniego kościoła, i to on rezydował w pałacu sąsiadującym z Soborem, a był postacią kontrowersyjną. Z jednej strony kolaborował z nazistami, z drugiej – ratował Żydów przed zagładą. Moralną dychotomię miała usprawiedliwiać przemożna chęć utworzenia wolnej Ukrainy… choćby nawet pod protektoratem diabła. Szeptycki pisał jednak listy do Watykanu krytykujące ludobójcze poczynania Niemców, a wiernych wzywał do niezabijania bliźnich, by – jak mówił – „nie służyć zakrwawionymi rękami świętej sprawie”. Związany z UJ historyk, Andrzej A. Zięba nazwał go na łamach „Uważam Rze” ‘patronem nieporozumienia polsko-ukraińskiego’.

Dziś, partia rządząca w Polsce zdaje się robić wszystko by popsuć polsko-ukraińskie stosunki. Natomiast we Lwowie, zwłaszcza na odrestaurowywanej z mozołem starówce, powraca do życia dawny klimat barwnego, wielonarodowego miasta. Spod tynków remontowanych kamienic wyłaniają się znowu hebrajskie napisy w jidisz, kreślone latynicą po polsku, gotykiem po niemiecku oraz cyrylicą po ukraińsku, informacje i reklamowe slogany. Święty Jur należy do architektonicznych cudów miasta i żywym miejscem kultu, zaś związana z nim postać Andrzeja Szeptyckiego – impulsem gorących dyskusji historyków.

 

Sobór św. Jura zbudowano w II połowie XVIII stulecia, na miejscu średniowiecznej prawosławnej cerkwi, zniszczonej przez kozaków Chmielnickiego. Autorem tego efektownego, rokokowego projektu był  Bernard Meretyn. W sąsiadującym ze świątynią pałacu, grekokatoliccy arcybiskupi rezydowali do 1944 roku, kiedy to sowieci zlikwidowali Cerkiew unicką, świątynię przekazali w użytkowanie prawosławnym, a arcybiskupa Josypa Slipyja (Йосиф Сліпий, 1892-1984) uwięzili. Spędził w łagrach 18 lat. W latach 1944-1990 grekokatolicy działali na Ukrainie jedynie w podziemiu. Dopiero po pieriestrojce, w 1990 roku zwrócono im katedrę, republika uzyskała niepodległość, a w 1991 uroczyście powrócił do Lwowa, rezydujący w Watykanie metropolita Myrosław Lubacziwśkyj. W 1998 roku Świętego Jura ze Starym Miastem, Wysokim Zamkiem i Podzamczem, wpisano na listę UNESCO.

 

Jak pisze historyk sztuki Mariusz Karpowicz: „kościół ten, na planie krzyża greckiego, ma cztery potężne sześciany ramion ukoronowane w środku piątym olbrzymim sześcianem czworobocznego tamburu i kopuły. Surowość potężnych bloków łagodzi autor koronką attyk, zaokrągleniami naroży, malowniczymi wazonowymi sterczynami i przede wszystkim fantazyjnym falowaniem powyginanej w pionie fasady. Na osi, na szczycie dopełnia ją niespokojna sylwetka św. Jerzego na koniu tratującego smoka. Jedna to z najoryginalniejszych fasad i brył osiemnastowiecznej Europy – wielka, bezwieżowa katedra, której królującym akcentem wertykalnym jest, do wieży podobna, kopuła.

Sobór św. Jura we Lwowie, fot. Paweł Wroński

Arcydziełem jest rzeźba św. Jerzego walczącego ze smokiem. Wieńczy fasadę. Fantazyjnie modelowane formy rozwianego płaszcza, końskiego ogona i grzywy dodają rzeźbie niezwykłej dynamiki, przez co kontrastuje ona ze znacznie bardziej statycznymi posągami świętych: Leona Wielkiego i Atanazego.

Wnętrze świątyni łączy barokowo-rokokową architekturę o wzorach zaczerpniętych z Zachodniej Europy z surowością kościoła wschodniego. Rokokowe detale dodają lekkości dekoracji. Obniżony ikonostas o przejrzystych formach składa się tylko z części dolnej z carskimi wrotami. Zamiast części górnej, w prezbiterium rozwieszono obrazy Łukasza Dolińskiego. W ołtarzu głównym znajduje się obraz pędzla Franciszka Smuglewicza – Chrystus Nauczający.

We wnętrzu Soboru św. Jura – widok na prezbiterium, fot. Paweł Wroński

W bocznym ołtarzu zawieszono cudowny, otoczony wielkim kultem obraz Matki Boskiej Trembowelskiej, nawiązujący swoim ikonograficznym stylem do rzymskiego obrazu Matki Boskiej Śnieżnej. Do św. Jura przywieziono go w XVII wieku z klasztoru bazylianów w Trembowli. W ten sposób liczba słynących łaskami wizerunków Matki Boskiej we Lwowie, sięgnęła 18. Najważniejsze z nich – jako zabytki, a zarazem obiekty kultu – znajdują się w katedrach lwowskich obrządków chrześcijańskich. W katedrze łacińskiej – Matka Boska Łaskawa zwana Domagaliczowską, a w katedrze ormiańskiej XV-wieczny wizerunek Matki Boskiej Jazłowieckiej. Co ciekawe, kult Matki Boskiej jednoczył we Lwowie wyznawców różnych odłamów chrześcijaństwa, czego dowodem były wspólne nabożeństwa. Najgłośniejszą taką mszę odprawiono w 2004 roku, w 50. rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu (przez Piusa IX bullą „Ineffabilis Deus”, 8 grudnia 1854).

Próby przywrócenia jedności chrześcijan i odejścia od wywołanej średniowieczną schizmą wielotorowości trwają od dawna. Unię brzeską ogłoszoną w 1596 roku można zaliczyć do tego nurtu, z tym, że w Rzeczpospolitej Szlacheckiej wyższą racją stanu było przywiązanie do korony terenów wschodnich, gdzie królował kościół prawosławny.  Istotą unii był fakt uznania przez prawosławnych wiernych prymatu papieża i przyjęcie katolickich dogmatów. W kwestiach obrządku i zwyczajów mieli oni szeroko pojętą autonomię. Cerkiew unicka (greckokatolicka) nie zyskała jednak zbyt szerokiego poparcia. Przeciwko niemu wystąpiły bractwa cerkiewne, dostojnicy duchowni i świeccy.

 

W 2001 w pałacu metropolitów grekokatolickich w kompleksie katedry św. Jura, zatrzymał się papież Jan Paweł II, jako gość urzędującego metropolity Lubomyra Huzara. Ponoć z tej okazji kompleks archikatedralny przeszedł gruntowny remont. Szacuje się, że koszty przedsięwzięcia przekroczyły 36 milionów hrywien (za: Andrzej Kępiński: „Ukraina – po obu stronach Dniestru”, Poznań 2013, s. 136).

 


Na marginesie opowieści o lwowskiej świątyni, taki oto wywód przewodniczącego Rady Języka Polskiego w odpowiedzi na pismo Wydziału Spraw Obywatelskich Starostwa Powiatu Warszawskiego w sprawie zmiany imienia Jerzy na Jur (czyli o ekwiwalentności tych imion):

[…] zacznę od uwagi, że z podaniem p. Jerzego K. łączą się dwa problemy: pierwszy – czy posługiwanie się na co dzień imieniem w formie innej niż zapisana w aktach stanu cywilnego (lub zgoła innym imieniem) uzasadnia wniosek o zmianę zapisu imienia; drugi – czy forma Jur jest zdrobniałą formą imienia Jerzy. Jeśli chodzi o problem pierwszy, podtrzymuję wielokrotnie wyrażaną w podobnych sprawach opinię negatywną. Forma imienia zapisana w aktach stanu cywilnego jest bowiem jego formą oficjalną, która poza stosunkami urzędowymi nie musi być i zwykle nie jest używana. Wielu pisarzy, malarzy, rzeźbiarzy, a także polityków znamy pod imionami innymi niż ich imiona zapisane w aktach stanu cywilnego. Tak jest w Polsce, tak też jest w innych krajach. Problem drugi jest bardziej skomplikowany. W stanowisku Wydziału Spraw Osobowych uzewnętrznia się potoczna świadomość językowa współczesnych Polaków. Rzeczywiście niektóre z pytanych przeze mnie osób zadeklarowały, że formę Jur odczuwają jako „pieszczotliwe zgrubienie” imienia Jerzy. W rzeczywistości obie te formy współwystępowały w Polsce już w XIV wieku jako odpowiedniki greckiego imienia  Georgios, zapisywanego po łacinie jako Georgius, które w różnych językach przybrało różne postaci (por. angielskie George, francuskie Georges, hiszpańskie Jorge, niemieckie Georg,  Jorg,  Jürgen, rosyjskie Gieorgij, Jurij, włoskie Giorgio itd. Panującą dziś formę Jerzy zawdzięczamy Czechom (por. czeskie Jiři); wyparła ona formę Jur, po której pozostało jej regularne zdrobnienie  Jurek, łączone dziś z Jerzym. Relacja między Jerzym a Jurem jest mniej więcej taka, jak między formami Andrzej i Jędrzej. Jeśli zaś formy Andrzej i Jędrzej traktowane są jako osobne, samodzielne imiona, podobnie należałoby potraktować formy Jerzy i Jur.  Jur  bowiem historycznie nie jest zdrobnieniem imienia Jerzy. Nie od rzeczy będzie tu przypomnienie, że jednym z najznakomitszych zabytków architektonicznych Lwowa jest greckokatolicka katedra pod wezwaniem św. Jura.” (za: www.rjp.pan.pl).

Malowidła przed św. Jurem, dorobek imprezy plenerowej, fot. Paweł Wroński

Najpiękniejsze wnętrze we Lwowie

Subiektywnie rzecz jasna. Balkony nad bramami podtrzymują tytani, secesyjne witraże nad drzwiami. A z hallu na piętro prowadzą reprezentacyjne, przepięknie rzeźbione i profilowane dębowe schody.

Tak jest we wnętrzu lwowskiego Domu Uczonych (Будинок вчених), w którym niegdyś mieściło się… kasyno. Nazywano je Szlacheckim (Шляхетське казино) lub Narodowym, potocznie zaś Końskim, bo gośćmi bywali tu przede wszystkim zasobni ziemianie.

Od czasów radzieckich mieści pomieszczenia miejscowego odpowiednika naszej Akademii Nauk, z tym, że w budynku nie prowadzi się prac badawczych, ale organizuje uroczystości, konferencje i bale. Z niepowtarzalnego klimatu wnętrz korzystają także filmowcy. Przed pieriestrojką kręcono tu na przykład radziecką wersję „Trzech Muszkieterów”.

 

Jeszcze nie tak dawno trzeba było wiedzieć gdzie to cudo się znajduje, znaleźć ciecia (co nie było zbyt trudne, bo ten zdawał się czekać… na znalezienie), i za drobną opłatą wchodziło się do środka. Dziś o zabytkowym obiekcie opowiadają autorzy krajoznawczych artykułów i coraz liczniejsze przewodniki.

 

Budynek wzniesiono w latach 1897-1898, według projektu architektów z wiedeńskiego biura Fellner&Helmer, w stylu neobarokowym.

 


Czynne codziennie w godzinach 9:00-18:00; zwiedza się bez problemu uiściwszy opłatę za bilet w wysokości 30 UHR (cena z maja 2018, gdy hrywnę można było kupić za 0,13-0,17 PLN).
Adres: Czynu Listopadowego 6

W telegraficznym skrócie o obiekcie: www.lwow.info
Wyczerpująco i ciekawie o historii kasyna: www.kuriergalicyjski.com


„Sen o Lwowie – Bilet do Lwowa”

Czasami myślę, od tej pory
Minęło chyba ze sto lat
Bo człowiek na tęsknotę chory
Inne spojrzenie ma na świat
Nie widzi tego, co jest dokoła
I wrócić chce do dawnych dni
Bo coś w nim płacze, coś w nim woła
Snem żyje i na jawie śni

Czy jest na świecie taka stacja kolejowa
Gdzie ja bym mogła kupić bilet do Lwowa
Czy jest na świecie taki pociąg beztroski
Który by zawiózł mnie na dworzec lwowski

A ja wysiadam, a przed dworcem tramwaj czeka
Konduktor ręką mi przyjaźnie daje znak
Pani zmęczona, pani pewnie skądś z daleka
A we mnie serce tak trzepoce się jak ptak
I już nie widzę nic i jestem jak w półśnie
A tramwaj dzwoni, lwowski tramwaj dziwny jest

Już nie pamiętam, czy był czerwony
Raczej zielony, chyba tak
Tu Politechnika z tej strony
I nagle tchu mi w piersi brak
Zjeżdżamy z góry po Kopernika
Potem Sykstuska – poczta tam
Szyny są tuż koło chodnika
Jak często kiedyś tędy szłam

Czy jest na świecie taka stacja kolejowa
Gdzie ja bym mogła kupić bilet do Lwowa
Czy jest na świecie taki pociąg beztroski
Który by zawiózł mnie na dworzec lwowski

Ja na stojąco mogę jechać, mogę w tłoku
Niech tylko wiem, że z okna ujrzę napis Lwów
Ja mogę tydzień, miesiąc, nawet i pół roku
Byle dojechać, byle móc go ujrzeć znów
Ten lwowski dworzec mój
Ten lwowski tramwaj, ach
Żeby to było raz na jawie, a nie w snach

Lwów z dachów, czyli z Ihorem

Wycieczka po lwowskich dachach z Ihorem Lylo to uczta, już chociażby dlatego, że mało kto potrafi tak ciekawie i pogodnie opowiadać o metropolii Zachodniej Ukrainy. Atutem są także miejskie panoramy, roztaczające się z miejsc na co dzień niedostępnych.

Zaprzysiężenie przed „zdobywaniem” dachów, fot. Paweł Wroński

Zaczyna się też od zabawnego zaprzysiężenia – „na ziemi”. Uczestnicy klną się honorem, że nie wykorzystają okazji by popełnić samobójstwo oraz, że… nie będą pluć z dachów na przechodniów 🙂 Kulminacyjnym zaś momentem jest wypuszczenie w niebo czerwonych baloników, unoszących hen, w dal, deklarację przyjaźni wobec miasta i jego mieszkańców; nasze poszybowały z wiatrem z dachu eleganckiego hotelu „Rius” (ul. Akademika Hnatiuka 12А; www.rius-hotel.lviv.ua).

Już drugi raz uczestniczyłem w takiej wycieczce, tym ciekawszej, że dachy się wciąż zmieniają. Tym razem zaczęliśmy w centrum, na Bulwarze Wolności, a skończyliśmy w „Premier Hotel Dnister”, skąd pięknie widać miasto w otoczeniu zieleni (ul. J. Matejki 6;  www.dnister-hotel.phnr.com).

Fasada hotelu „Dniestr”, z którego roztacza się jedna z najszerszych panoram Lwowa, fot. Paweł Wroński

Hotel „Dniestr” sąsiaduje z grekokatolicką katedrą św. Jura – jedną z najpiękniejszych świątyń Lwowa. Wycieczkę można więc kontynuować… A, że miasto skupione jest wśród okalających je pagórków, atrakcja goni atrakcję, sytuacja się powtarza, i tak – bez końca!

WIdok na Stare Miasto we Lwowie – od wschodu, z najwyższej kondygnacji hotelu „Dniestr”, fot. Paweł Wroński

Stare Miasto we Lwowie – z dachowej perspektywy, 2 maja 2018, fot. Paweł Wroński

Ihor Lylo układa programy wycieczek i prowadzi trasami swego pomysłu w ramach oferty kompanii „Kumpel-Tour”; biuro kompanii mieści się na skraju Starego Miasta, przy ul. Valovej, 16 (wejście od  Serbskiej; www.kumpel-tour.com).

Czerwcowe imprezy polecane przez KL

W kalendarzu wydarzeń Klubu Leniwca (KL) polecamy przede wszystkim imprezy cykliczne. Uzyskany prestiż i potwierdzana w kolejnych edycjach dobra organizacja gwarantują, że spędzimy interesująco czas i będziemy się dobrze bawić.


Lwowskie Grand Prix (Leopolis Grand Prix)
3-5 czerwca 2016
Ukraina / Lwów
www.leopolis-grand-prix.com

Tradycje wyścigów samochodowych we Lwowie sięgają przełomu lat 20. i 30. XX w., kiedy w mieście wybudowano tor Grand Prix, prekursora Formuły 1. Impreza odżyła w nowej formule w XXI w., jako miting zabytkowych samochodów. Tegoroczny odbędzie się w Parku Kultury. Uczestniczą w nim przede wszystkim youngtimery, czyli pojazdy wyprodukowane w latach 60., 70. i 80. XX w. Pojazdy będą wystawione publicznie, a jury oceni ich stan podczas piątkowego „Contest of Elegance”. Dla widzów przewidziano konkursy wiedzy z dziedziny motoryzacji oraz loterię. Kulminacyjnym punktem programu jest sobotni rajd uliczny (wokół Starego Miasta; trasa na stronach festiwalu). Samochody i motocykle startują w kilku klasach. Organizatorzy przewidują więc 5 do 7 wyścigów, w godz. 9-15.


Festiwal Bachowski (Bachfest Leipzig)
10-19 czerwca 2016
Niemcy / Saksonia, Lipsk
www.bachfestleipzig.de

Jeden z najważniejszych festiwali muzyki klasycznej w Niemczech. Zwyczajowo, część koncertów odbywa się w kościele św. Tomasza, z którym był związany genialny kompozytor. Obok interpretatorów dzieł instrumentalnych występują także chóry, w tym chłopięcy chór św. Tomasza, w którym Jan Sebastian Bach był przez długie lata kantorem (przewodził i intonował śpiewy liturgiczne; samodzielnie wykonywał psalmy). Tematem przewodnim tegorocznej edycji będą Sekrety harmonii – Geheimnisse der Harmonie.

Poniższy film, zamieszczony na Youtube przez Bach-Archiv Leipzig, jest zapisem koncertu jaki odbył się w 2014 roku. Zagrała LeipJAZZig-Orkester pod kierunkiem pianisty Stephana Königa; gościem specjalnym był Martin Petzold (tenor).


Festiwal Pięciopłatkowej Róży (Slavnosti Pětilisté Růže)
połowa czerwca; aktualna edycja: 17-19 czerwca 2016
Czechy / Południowe Czechy, Český Krumlov
www.slavnostipetilisteruze.eu
www.ckrumlov.cz
www.czechtourism.com

Nazwa festiwalu, który nadaje Czeskiemu Krumlowowi renesansowy kostium, wywodzi się od herbu rodu Rožmberków (niem. Rosenberg), którzy władali przez kilka stuleci miastem nad Wełtawą. Festiwal zapoczątkowano w 1909 r. na 600-lecie miasta. Regularnie odbywa się od 1968. W programie korowód w historycznych strojach, z postaciami związanymi z miastem, kawalkady konnego rycerstwa, turnieje, jarmark historyczny oraz pokazy tańców renesansowych, uliczne spektakle teatralne, a wieczorami fajerwerki. W niedzielę – zabawy i konkursy dla najmłodszych.

Czeski Krumlow, fot. Paweł Wroński
Czeski Krumlow, fot. Paweł Wroński

Powyższe informacje uzyskało ponad 10 tys. indywidualnych klientów Elvii pocztą elektroniczną (www.elvia.pl). Notatki o imprezach będą zamieszczone w kalendarzu wydarzeń na stronach Klubu Leniwca (KL; www.klubleniwca.pl).

Elvia_na-czerwiec-2016


Materiał zebrany przy wsparciu Mondial Assistance / Elvia (www.elvia.pl) oraz Mercedes-Benz Polska (www.mercedes-benz.pl) przez Klub Leniwca. Podczas wyjazdów studyjnych korzystaliśmy z najnowszych modeli samochodów z oferty Mercedes-Benz Polska: GLE 350D 4Matic (grudzień 2015), CLA 45 AMG (luty 2016), Smart ForFour (kwiecień 2016). 

Ukraina – wieczór kawalerski we Lwowie

Pewien znajomy z generacji moich dorosłych dzieci spytał, co za atrakcje mógłbym mu polecić we Lwowie na wieczór kawalerski. Świetny pomysł  – przyklasnąłem. Mnóstwo możliwości, dojazd prosty,  a koszty niewygórowane, o ile tylko zachowacie odrobinę przytomności.

Na lwowskim starym mieście i w niewielkiej od niego odległości działa mnóstwo lokali, w których ani się obejrzycie, jak wieczór przeminie. Nawet o nieco perwersyjnej – rzecz jasna – traktowanej z przymrużeniem oka, ofercie.

Trzeba oddać sprawiedliwość - mięsa nie brakuje (grill restauracji Mięso i Sprawiedliwość), fot. Paweł Wroński
Trzeba oddać sprawiedliwość – mięsa nie brakuje (grill restauracji Mięso i Sprawiedliwość), fot. Paweł Wroński

Smacznie i pomysłowo
Zacznijmy od Мазох cafe. Tak, tak nazwa nie jest przypadkowa, a skojarzenie z masochizmem jak najbardziej trafne. Na ulicy przed wejściem  wita przybyłych figura pana Leopolda Sacher-Masocha. Pisarza i mieszkańca Lwowa, którego powieści zyskały sobie w XIX-wiecznej Europie rzesze fanów. U ich bohaterów, odnajdujących rozkosz w odczuwaniu bólu, austriacki psychiatra Richard von Krafft-Ebing odnalazł tak wiele symptomów dewiacji, którą się właśnie zajmował, że w 1886 r. nazwał ją masochizmem. Wejście do lokalu mieszczącego się przy ulicy Serbskiej 7, w kształcie karykaturalnie powiększonej dziurki od klucza, nie pozostawia wątpliwości, że zaprasza do mrocznej sfery ludzkiego jestestwa. Ściany wewnątrz zdobią cytaty z powieści Masocha, a przez dźwięki muzyki przedzierają się okrzyki smaganych – na własne życzenie – biczem czy pobrzękiwanie łańcuchami tych, których posłuszna ich życzeniom obsługa przykuła do żelaznych siedzisk.

Można też oddać się w ręce kata. Bez obaw, w restauracji o oryginalnej nazwie: Грильова Ресторація М’яса та Справедливости (Mięso i sprawiedliwość) niczego się nie straci. Jeśli już, to przeciwnie – zyska. Zwłaszcza na wadze, bo specjalnością są dania z grilla. Obfite porcje, do których zamawiania zachęca kat lwowski we własnej osobie, a które przygotowują jego pomocnicy. Nawiązanie historyczne wynika z miejsca, w którym lokal usytuowano. Przy obronnych murach Lwowa, w dawnym arsenale, przy Wałowej 20.

W kontekście kawalerskiego wieczoru oferującej potrawy-afrodyzjaki restauracji Казановa (Casanova) raczej nie polecam. Co innego Трапезна, która jest częścią szerszego artystycznego przedsięwzięcia – Музей Ідей (Muzeum Pomysłów), przy Wałowej 18, w dawnym klasztorze Bernardynów. Odbywają się tam wernisaże i koncerty, a ogródek z telebimem zamienia się często w plenerowe kino.

Wieczór-kawalerski_5304
Browar lwowski, fot. Paweł Wroński

Na początek standardowo
Inne jeszcze możliwości daje wizyta we lwowskim browarze, który zapisał wspaniałą kartę w dziejach europejskiego piwowarstwa. Działa od 1715 r. Szeroko poza granicami Ukrainy cieszy się sławą wyrabiane w nim piwo „Lwowskie”. Browar zajmuje pojezuicki kompleks na Krakowskim Przedmieściu. A z jego pierwszym menedżerem, Robertem Domsem i piękną Zosią, która ponoć tak szefowi dobrze piwo podawała, że została jego żoną, wiąże się powtarzana do dziś romantyczna historia. Z wielkoprzemysłową produkcją konkurują smakiem piwa z minibrowaru Kumpel (na starówce są dwa ich lokale). Znakomite chmielowe trunki świetnie komponują się z potrawami z Zachodniej Ukrainy, zwłaszcza bazującymi na owczym serze, przygotowanymi według receptur karpackich górali – Hucułów i Bojków.

Zdaję sobie sprawę, że wizyty w browarze lub minibrowarach to na kawalerski wieczór za mało. Chyba że jako preludium do dłuższej zabawy w jednym z klubów, których liczba we Lwowie jest doprawdy imponująca. Rozbrzmiewają one muzyką do białego rana, a obsługa włada sprawnie obcymi językami, w tym polskim. Tak jak w klubie Metro (pełna nazwa: Міжнародний Молодіжний Розважальний Комплекс „Метро”) przy Zielonej 14, reklamującym się sloganem „Fun for Every One”. Jest największą lwowską dyskoteką z kilkoma barami i restauracją, parkietami pod dachem i na wolnym powietrzu. Tuż obok lwowskiego uniwersytetu, przy alei Czornowoła 2, mieści się Міленіум (Millenium). Dojście do niego spod Lwowskiej Opery zajmie nie więcej niż 10 minut. Słynie z trzech tanecznych hal i bogatego repertuaru muzycznego, w którym obok house i techno jest także ukraiński pop. Sąsiedztwo Uniwersytetu i niewygórowane ceny w restauracji Motorna Diwka przyciągają studentów oraz backpackersów z całego świata.

Można też zażyć emocji, zabawę łącząc z grą w bilard. Najwięcej stołów oferuje Занзібар przy Lipińskiego 36. Czynny jest do ostatniego klienta, a wstęp jest wolny. Alternatywą są popularne w lwowskich klubach sale do gry w pokera (choćby MI100, Split Club). Zalecałbym jednak ostrożność, gdyż – jak nie ukrywają gospodarze – to w sam raz dla ludzi, którzy lubią przepuścić trochę gotówki.

Wieczór-kawalerski_5816
Klubów i dyskotek we Lwowie nie brakuje, fot. Paweł Wroński

Dla odzyskania formy
Po szaleństwach nocy dobrze jest się wyspać, a potem trochę poruszać. Na jogging polecam Zamkowe Wzgórze. Spiralna aleja prowadzi na wysoki kurhan, z którego roztacza się wspaniała panorama starego Lwowa. Wystarczy też nie więcej niż 20 minut jazdy tramwajem nr 7, żeby z centrum dostać się do Gaju Szewczenki. Ten piękny park rozpościera się na wzgórzach wyrastających nieco na wschód od centrum. A jego kluczową atrakcją jest skansen – Muzeum Narodowej Architektury i Życia Codziennego Zachodniej Ukrainy. Ścieżki między sektorami pokonują głębokie jary i wspinają się stromo po zalesionych stokach. Cudowne miejsce do biegania albo na dłuższy spacer. Wytchnienie znajdziecie w kozackim chutorze – postrzelacie z łuku, skosztujecie tradycyjnych smakołyków, popijając je chlebowym kwasem, i to nie takim z butelki, ale domowej roboty.

Nieco mniej aktywnie, za to z pewnością interesująco, czas minie wam na oryginalnej wycieczce, jaką oferuje kompania Kumpel Tour. Pomysłodawcą, a często też prowadzącym jest na nich Ihor Lylo, historyk sztuki, zakochany w rodzinnym mieście. O Lwowie pisze i opowiada. A że pracą naukową związany jest również z Uniwersytetem Jagiellońskim, biegle mówi po polsku. Ihor, a jego wzorem i inni przewodnicy, krążą z chętnymi po zakamarkach starego Lwowa nocą, zapuszczając się do historycznych piwnic. Jednak w weekend, a zwłaszcza w dzień lepsza wydaje mi się trasa po lwowskich dachach. Po takich, na które normalnie się nie wchodzi, a z których widoki na Lwów są najciekawsze – dachach hoteli, banków i prywatnych kamienic, na które wyjeżdża się windami, nierzadko takimi, które same w sobie mają barwną historię.

– Nie zapominaj też proszę, że we Lwowie podają wspaniałą kawę – rozwijałem pomysły. Tradycja palenia kawy sięga XVII w. i wiedeńskiej wiktorii Jana Sobieskiego. Bo to ze Lwowa pochodził Ignacy Kulczycki. Prowadził interesy z Turkami, znał ich język i obyczaje. Ziarna kawy znalezione w namiotach Kara Mustafy wykorzystał w ten sposób, że otworzył w Wiedniu jedną z dwóch pierwszych kawiarni. Gdy 100 lat później, po rozbiorach, Lwów stał się stolicą Galicji, kawiarnie się rozpowszechniły. Tradycja jest kultywowana. W 2013 r. Kulczyckiemu wystawiono nawet pomnik na placu Daniela Halickiego.

Jedno tylko widzę zagrożenie – zakończyłem. W oczach znajomego pojawił się niepokój. – Lwowianki są bardzo ładne, więc twoja narzeczona może być zaniepokojona! Może lepiej pomyśl, czy zamiast kawalerskiego wieczoru nie spędzić tam weekendu we dwoje…

Wieczór-kawalerski_5042
Rano lepiej wsiąść do tramwaju, fot. Paweł Wroński

INFO
* Najprostszy dojazd do Lwowa autobusami PKS Polonus. Dogodnie na weekend – wyjazd z Warszawy w piątek o 1830. U celu, w sobotę o 630. Kursy powrotne: wyjazd w niedzielę o 2020; przyjazd do Warszawy o 545. Bilety od 60 zł w jedną stronę. http://pkspolonus.pl/
** We Lwowie jest mnóstwo hoteli. Polecam Ekotel. Przyjemny, nowoczesny, korzystnie usytuowany przy ul. Akademika Andriya Sakharova 42. Ceny niewygórowane – od 110 hrywien od osoby (1 UAH – 0,15 PLN). Chętnie przyjmują grupy. http://hotel-ekotel.lviv.ua/pl


Materiał publikowany w magazynie „Świat Podróże Kultura” w numerze kwiecień-maj 2016.

Ukraina / Lwów – idealny na weekend

Miasto o bogatej przeszłości, z zabytkami różnych kultur, narodowości i religii. Świetnie skomunikowane, zwłaszcza z centralną i południowo wschodnią Polską. A hrywna ma w tej chwili tak korzystny przelicznik, że spędzając przyjemnie czas, nie zrujnujemy budżetu.

A dodać wypada, że większość miejsc, którymi interesują się turyści znajduje się w zasięgu piechura, jest dostępna tramwajem lub w nie więcej niż kwadrans – taxi.

Lwów, wnętrze katedry rzymskokatolickiej, fot. Paweł Wroński
Lwów, fot. Paweł Wroński

Wachlarz możliwości

Przed melomanami otwiera podwoje gmach Lwowskiej Opery. Budowla jest jedną z wizytówek zachodnioukraińskiej metropolii. Jej fronton zdobią płaskorzeźby obrazujące sens ludzkiego życia. Wnętrza zachwycają bogatą dekoracją. Zaś pod względem akustyki, teatr wymieniany jest wśród najlepszych na świecie. Kto hołduje innym gustom, ma we Lwowie tak szeroki wybór klubów, dyskotek i restauracji, że zagospodarują wieczory niejednego weekendu, i tak wszystkich nie odwiedzi. Sentymentalni znajdą tu ślady wielowiekowych związków z Polską. Nie tylko na Cmentarzu Łyczakowskim, ale niemal na każdym kroku, w zaułkach Starego Miasta, we wnętrzach i na fasadach świątyń. Kto woli oddychać pełną piersią podejmie wysiłek i wspiąwszy się zamkowe wzgórze, będzie podziwiać panoramę miasta z wieżami kościołów i cerkwi. Albo wybierze się ‘siódemką’ do skansenu w Gaju Szewczenki. W rozległym parku kryją się cerkwie i chałupy z Zachodniej Ukrainy. Poza tym, niemal każdego miesiąca we Lwowie organizowany jest jakiś festiwal, bo w ciągu roku w mieście odbywa się około setki, nierzadko międzynarodowych imprez.

Lwów, gmach Teatru Opery i Baletu, fot. Paweł Wroński
Lwów, gmach Teatru Opery i Baletu, fot. Paweł Wroński

Mozaika smaków

W europejskiej historii smaku, miasto odegrało niepoślednią rolę. A to za sprawą Jerzego Kulczyckiego, kupca lwowskiego, który w 1863 roku pod Wiedniem służył w polskiej armii jako tłumacz. Tylko on wiedział jak wykorzystać znalezione w obozie Kara Mustafy ziarna i założył jedną z pierwszych kawiarni w Wiedniu. Tradycje parzenia dobrej kawy są we Lwowie pieczołowicie kultywowane. Na elewacji kamienicy przy Serbskiej widać niecodzienną konstrukcję – fragment linii produkcyjnej mieszczącej się we wnętrzach Lwowskiej Manufaktury Czekolady. Lady firmowego sklepu uginają się od pralinek. Furorę robią figurki Putina z białej i mlecznej czekolady. Na kolejnych kondygnacjach, dostępnych skrzypiącymi drewnianymi schodami, można wypić filiżankę gęstej czekolady. Na peryferiach miasta wznosi się natomiast wielkoprzemysłowy browar działający nieprzerwanie od 1715 roku. Konkuruje z nim smakiem (bo wielkością produkcji równać się nie może), minibrowar Kumpel, w którego lokalach można skosztować znakomitych piw zajadając się potrawami przygotowanymi wedle tradycyjnych lwowskich i ludowych receptur.

Lwowska Manufaktura Czekolady, fot. Paweł Wroński
Lwowska Manufaktura Czekolady, fot. Paweł Wroński

Niebanalna pamiątka

Można oczywiście oddawać się zakupom, zwłaszcza w kryjącym liczne sklepy „Magnusie”. Wznosi się nieopodal Lwowskiej Opery przy Szpitalnej. Z żelbetonowym szkieletem i wielkimi taflami przeszklonych okien uchodził w chwili powstania w 1912 roku za jeden z awangardowych budynków europejskich. Po pieriestrojce przywrócono mu świetność z inicjatywy, i za pieniądze polskich biznesmenów. Tylko tam można zobaczyć co najbardziej kusi współczesne lwowianki. Bardziej jednak adekwatną do weekendowej wycieczki pamiątkę znajdziemy na nazywanym dawniej barachołką rzemieślniczym targowisku przy placu Ziarnowym. To także nieopodal Opery. Na tamtejszych straganach znajdziemy laleczki, które robi się motając nici na patyku. Ubrane na ludowo, zamiast ust, oczu i nosa, mają zawsze skrzyżowane paski krajki, fragmenty haftu albo wyrysowane węglem kreski. Uważano bowiem, że laleczka z twarzą uzyska tożsamość, skupi na własnych życzeniach i wchłonie duszę właściciela. Motanki bez twarzy – przynoszą szczęście!

Motanki z barachołki, fot. Paweł Wroński
Motanki z barachołki, fot. Paweł Wroński

Materiał publikowany na łamach magazynu „Świat Podróże Kultura” w numerze sierpień-wrzesień 2015.

Ukraina – Lwów na weekend

Historia i współczesność tworzą we Lwowie oryginalny kolaż. Atmosfery dawnej Galicji i współczesnych europejskich trendów. Żeby się w tym rozsmakować, weekend wystarczy. Na głębsze poznanie raczej nie ma co liczyć. Jednak nie ma się co martwić niedosytem. Lwów leży przecież tak blisko naszych granic, że wizytę łatwo powtórzyć.

SOBOTA
Lwów przywitał mnie turkotem tramwajów i krokami nielicznych jeszcze przechodniów. Była 7 rano, więc weekend dopiero się zaczynał gdy wysiadłem z autobusu Polonusa przy dworcu kolejowym. W kilka minut dotarłem spacerem do przyjemnego hotelu „Irena” (ul. Storożenka 21; www.irenahotel.com.ua). Dwie godziny później, odświeżony i po śniadaniu, ruszyłem w miasto. Wzdłuż głównej ulicy, mówiąc po polsku – Grodzkiej. Nad okolicą góruje neogotycki kościół św. Elżbiety. Inspiracje wiedeńską katedrą św. Szczepana były tak wyraźne, że u progu minionego stulecia rzadko kto nazywał świątynię inaczej niż Stephanskirche. Ponadto wywołała na Gródeckiem, jak zwie się ta dzielnica, modę na nadawanie chłopcom imienia Szczepan. We Lwowie zaroiło się więc od Szczepciów, podobnie jak od Tońciów, pochodzących z Łyczakowa, nad którym górował kościół św. Antoniego. Para popularnych lwowskich komików, która zabawiała radiową publiczność przedwojennej Polski, nosiła takie właśnie imiona.

maly_IMG_4890

U stóp wzgórza, na którym wznosi się jedna z lwowskich ikon – grekokatolicka katedra św. Jura, minąłem cyrk z czasów komunistycznych. Pamiętałem go z 1986 roku. Rozbrzmiewał wówczas głośną muzyką i migotał neonami, odwracając uwagę od wieńczącej świątynię figury św. Jerzego. Dziś role są odwrócone. Św. Jerzy pobłyskuje złociście, a obskurny cyrk czeka na wyburzenie albo na pomysłowego inwestora.

Wkrótce dotarłem do potężnego gmachu Lwowskiej Opery. Wydał mi się łudząco podobny do krakowskiego Teatru Słowackiego. Kawałek dalej zatrzymałem się pod monumentem Tarasa Szewczenki. Może z racji wąsów, profil wielkiego ukraińskiego poety wzbudził u mnie skojarzenia z wizerunkami Piłsudskiego. Pomnik był dla mnie drogowskazem, bo od niego tylko przysłowiowy krok w bok, i o godzinie 11. stanąłem na Rynku.

maly_IMG_4752

Akurat na czas by przywitać się z Ihorem Lylo. Historykiem sztuki i zakochanym w rodzinnym mieście pasjonatem. O Lwowie pisze i opowiada, prowadząc trasami, które obmyśla dla kompanii Kumpel Tour (www.kumpel-tour.com). Raz na rok wciela się w rolę mera i prezentuje jego gabinet. Krąży z chętnymi po zakamarkach starego Lwowa nocą. Zapuszcza do historycznych piwnic. Jednak na weekend, a zwłaszcza na początek, najlepsza jest trasa po lwowskich dachach. Po takich, na które normalnie się nie wchodzi, a z których widoki na Lwów są najciekawsze – dachach hoteli, banków i prywatnych kamienic. Cóż zobaczyłem? Miasto rozsiadłe niczym Rzym na siedmiu wzgórzach. Stłoczone ciasno kamienice, świątynie, teatry, urzędy, banki i hotele. Wciskające się w wąskie ulice tramwaje i pełznące przez skrzyżowania samochody. Parki. Wystające ponad korony drzew elementy miejskiej infrastruktury. Balkony z wywieszonym praniem, dachy oblepione telewizyjnymi antenami oraz pnące się ku niebu wieże i kopuły świątyń. Oddaloną nieco od centrum katedrę św. Jura, katedrę ormiańską. Lwowską Operę z fasadą zwieńczoną rzeźbami. A po środku smukłą ratuszową wieżę z zegarową tarczą.

maly_IMG_4610

Na dachy wyjeżdżaliśmy windami. Nawet taką, którą za radzieckich czasów wywieziono do Leningradu bo była piękna i zabytkowa – secesyjna. Teraz, szybem kursuje zwykła kabina. Szkoda, ale i ona wystarczy, by zgodnie z ideą Ihora, w wycieczce można było uczestniczyć równie dobrze na wózku, jak z wózkiem. Za 150 hrywien od osoby (1 UHR – 0,25 PLN; kurs z przełomu 2014/2015). Nie ma przy tym problemu z porozumieniem, bo związany pracą z Uniwersytetem Lwowskim i Jagiellońskim Ihor biegle włada naszą mową.

Półtorej godziny minęło jak z bicza strzelił. A żołądek zaczął się domagać lunchu. Pozostając wiernym idei poznawania Lwowa i zachodniej Ukrainy, wybrałem „Trapezną” (ul. Wałowa 18a). Jej klimat tworzą średniowieczne piwnice bernardyńskiego klasztoru. A w menu (strawopisie), zgodnie zresztą z tytułem, znalazłem 100 potraw galicyjskiej kuchni. W gruncie rzeczy bardzo nam bliskiej, bo to z niej wywodzą się znane w świecie polskie przeboje kulinarne – barszcz i pierogi. Z drugiej strony zaskakującej bogactwem, bo składają się nią potrawy karpackich górali, Kozaków, szlachty i mieszczan o ormiańskich, ruskich, niemieckich i żydowskich korzeniach.

Właściciel lokalu jest artystą i, podobnie jak Ihor, pasjonatem. Osobiście wyszukuje przepisy, a nawet sam wykonuje naczynia. Wprawdzie na realizację zamówienia trzeba w „Trapeznej” poczekać, ale niczego nie serwują tam z mikrofalówek. Menu zmienia się zgodnie z porami roku, a produkty są zawsze świeże. Restauracja jest ponadto elementem szerszego projektu kulturalnego – Muzeum Pomysłów. Odbywają się w niej wernisaże i koncerty, a ogródek z telebimem często zamienia się w plenerowe kino, teatralną scenę lub estradę. Przyjemnym akcentem był też rachunek, który za moje ulubione galicyjskie pierogi opiewał na… 27 hrywien (niespełna 7 zł; teraz – o ile ceny się nie rozhuśtały z powodu dramatycznego spadku wartości hrywny – jeszcze mniej).

maly_IMG_4939

Po lunchu zajrzałem na targowisko z pamiątkami i rękodziełem, nazywane Wernisażem. Przy ulicy Teatralnej, bo usytuowane nieopodal Lwowskiej Opery i wejścia do dawnego Teatru Skarbka. Dawniej, czyli  do 1960 roku z podobnych towarów słynęło inne targowisko za Lwowską Operą, zlokalizowane przy placu Ziarnowym nazywane potocznie barachołką. Na jego współczesnej, ucywilizowanej wersji, oprócz haftowanych koszul – soroczek, znalazłem doskonale nadające się na pamiątki motanki. Laleczki-amulety, które robi się motając nici na patyku. Ubrane na ludowo, zamiast ust, oczu i nosa, mają zawsze skrzyżowane paski krajki, fragmenty haftu albo wyrysowane węglem kreski. Uważano bowiem, że laleczka z twarzą uzyska tożsamość. A skupiając się na własnych życzeniach może wchłonąć duszę właściciela. Oczekiwania wobec motanek zbiegają się też ze stawianymi marzannom. Nikt ich jednak nie topi, ani nie pali. Zachowuje się je na szczęście!

Pod pomnikiem Iwana Fedorowicza, pierwszego lwowskiego drukarza, poszperałem trochę wśród książek. Na tym bibliofilskim targowisku, pośród stert bezwartościowej makulatury znalazłem wydawnictwa z tekstami w jidysz, pisane cyrylicą, latynicą i niemieckim gotykiem.

maly_IMG_4877

Nim się spostrzegłem, zapadł zmrok. Gdybym był w rodzinnym gronie, i do tego z drobną dziatwą, wybrałbym się zapewne do Opery. Kapiące od złota dekoracje skojarzyłyby się najmłodszym z baśniowym pałacem. A my, dorośli, zachwycalibyśmy się akustyką. Jednak dzieci ze mną nie było, więc uznałem, że nie ma lepszej recepty na wieczór niż rajd po klubach i dyskotekach.

Oferta lwowska jest pod tym względem imponująca. Lokale są czynne do świtu i tchną obietnicą szalonej rozrywki. Tradycje zaś mają zaskakujące. Ot, choćby „Masoch Café”, w samym centrum. W menu drinki takie jak „Śliska pipka” i nie mniej „perwersyjne” potrawy, które można konsumować przykuwając się do siedzisk łańcuchami. Ba, można sobie zamówić biczowanie. Wszystko dlatego, że we Lwowie urodził się Leopold Ritter von Sacher-Masoch. Autor poczytnych pod koniec XIX wieku powieści. Być może jego literackie dzieła i nazwisko odeszłyby w niepamięć, gdyby nie psychiatra Richard Freiherr von Krafft-Ebing, badający seksualne dewiacje. Znajdując symptomy jednej z nich u bohaterów Masocha, nazwał ją masochizmem. W kawiarni patologii nie ma, a historią inspirowane „danie” jakim jest biczowanie, kelnerzy serwują z przymrużeniem oka.

maly_IMG_4796

Mimo to, zakuwać się w kajdany nie zamierzałem. Skierowałem więc kroki do „Millenium”. Klubu zainstalowanego w dawnym kinie, przy alei Czornowoła 2. Sąsiedztwo uniwersyteckich wydziałów i niewygórowane ceny klubowej restauracji „Motorna Diwka” przyciągają studentów oraz goszczących w mieście backpackersów. Ba, kolorytu dodają goście, którzy spłukawszy się w sąsiednim kasynie, zamiast popadać w depresję, przychodzą właśnie tutaj zabawić się za ostatnie pieniądze. Pojawienie się jednego z nich przypomniało mi, że też byłem w kasynie. I to najstarszym. W gmachu o zachwycających secesyjnych wnętrzach. Tyle, że nikt już nie uprawia tam hazardu, bo jest teraz siedzibą oddziału Ukraińskiej Akademii Nauk. Ech, wspomnienia. Gdy opuszczałem „Millenium” okazało się, że szarzeje, i zamarzyłem o odrobinie snu.

NIEDZIELA
Po hulaniu niemal do świtu, zapragnąłem przed południem spaceru. Założę się, że powodowani sentymentem poszliby na cmentarz Łyczakowski, a przyzwyczajeni do porannego joggingu pobiegliby na zamkowe wzgórze i z powrotem. Ja poszedłem na zwykły spacer, po parku, tyle, że choć ich we Lwowie nie brakuje, udałem się do najrozleglejszego z nich – „Gaju Szewczenki”. Tramwajem nr 7. Kupując bilet za 2 hrywny u konduktora, przypomniałem sobie z rozrzewnieniem warszawskie tramwaje z czasów dzieciństwa.

Usytuowany nieco na wschód od centrum park, kryje Muzeum Narodowej Architektury i Życia Codziennego (wstęp 20 hrywien). Jednym słowem skansen, do którego pościągano cerkwie i chałupy z subregionów Zachodniej Ukrainy. Być może u uważnego obserwatora wzbudzi zdziwienie fakt, że wśród góralskich sektorów oprócz bojkowskiego i huculskiego, jest także łemkowski. A przecież Łemkowie zamieszkują nasz Beskid Niski. Skąd się więc wzięli na Ukrainie? Wyjaśnienie jest proste. W utworzonym w latach 30. XX w. skansenie zgromadzono pamiątki kultury materialnej przede wszystkim z XVIII i XIX wieku, a więc z czasów gdy ani Polski, ani tym bardziej Ukrainy nie było na politycznej mapie Europy. Ekspozycja i wystawy prezentują więc Galicję i zasięg kultury ruskiej z czasów habsburskiego panowania (plan sektorów). Cerkiew w sektorze łemkowskim to kopia XIX-wiecznej cerkwi z Kotani, wybudowana za pieniądze Łemków z USA i Kanady, poświęcona w 1991 roku.

maly_IMG_4948

Zgodnie ze współczesnymi trendami wnętrza zabytkowych budynków są żywe, bo oddano je do dyspozycji pomysłowym twórcom. Można więc na przykład dowiedzieć się jak i z czego wyrabiano na dawnej wsi mydło, a nawet kupić sobie na pamiątkę pachnące wybranymi ziołami. Podobnie słoiczek z konfiturami, butelkę soku czy pięknie haftowaną galanterię.

Skansenowe ścieżki przecinają głębokie jary i pną na strome zbocza pagórków. Naspacerowałem się więc za wszystkie czasy, i z tym większą przyjemnością postanowiłem wytchnąć w kozackim chutorze. Skosztowałem tradycyjnych smakołyków i popiłem modnym we Lwowie od wieków kwasem chlebowym. I to nie z butelki, ale z beczki, czyli wyrabiany domowym sposobem, a nie przemysłowo, a więc najlepszym. Potem zaś postrzelałem z łuku bo to jak wiadomo wymaga skupienia i przywraca równowagę. Tak zrelaksowany, wróciłem do centrum tramwajem.

maly_IMG_4930

Na niedzielny lunch wybrałem minibrowar „Kumpel” (ul. Wynnyczenka 6). Lwów ma wspaniałe tradycje piwowarskie, podtrzymywane przez istniejący od 1715 roku wielkoprzemysłowy browar. Oferta Kumpla jest jego kameralną konkurencją ale na wysokim poziomie. Tym ciekawszą, że w restauracyjnym menu nie brakuje oryginalnych dań. Ja, zdecydowałem się na inspirowaną huculskimi tradycjami potrawę z bryndzą, i muszę przyznać, że z kumplowym piwem komponowała się znakomicie. Warto tylko pamiętać, że „Kumpel” ma dziś dwa lokale, nazywane potocznie starym i nowym (Al. Czornowoła 2b) ze względu na chronologię powstawania, a nie wystrój czy lokalizację. Oba są nowoczesne. I z obu na starówkę da się dojść spacerem.

Znowu na starówkę? O tak, na deser! Do zajmującej starą kamienicę przy ulicy Serbskiej „Lwowskiej Manufaktury Czekolady”. Długo stałem z nosem przyklejonym do szklanej tafli, obserwując cukierników przy pracy. Jak w Szwajcarii – wszystko robią ręcznie. Prawdziwa manufaktura. Potem wspiąłem się po skrzypiących drewnianych schodach na górę, by wybrać ze stert pralinek piętrzących się na ladach firmowego sklepu zestaw dla siebie. A potem jeszcze wyżej, żeby wypić przy stoliku filiżankę gęstego, ciepłego napoju. Był pogodny dzień i chciałem to zrobić na tarasie najwyższej kondygnacji, bo szczęśliwcy, którzy zajmą tam miejsce raczą się napojem podziwiając kolejną lwowską panoramę z „dachowej” perspektywy. Niestety, wszystkie miejsca były zajęte, więc tylko rzuciłem okiem na miasto i wróciłem do nastrojowej sali.

maly_IMG_4993

Od ubiegłego roku przebojem manufaktury są czekoladowe figurki Putina (po 65 hrywien). Takie na ząb. Są humorystyczną lwowską ripostą na rosyjską agresję. Podobnie jak sprzedawany na straganach toaletowy papier z podobizną rosyjskiego przywódcy. Czy bijący rekordy powodzenia shot – Chwała Ukrainie (коктейль Слава Україні), któremu ajerkoniak i Blue Curaçao nadają narodowe niebiesko żółte barwy. A który wychyla się jednym haustem z okrzykiem: „Budźma! Hej, hej, hej!”, odpowiadającym naszemu „na zdrowie!”.

Wszystko co dobre ma swój koniec. Ostatnie chwile pobytu wykorzystałem żeby zajrzeć do domu towarowego „Magnusa”. Wznosi się nieopodal Lwowskiej Opery przy ulicy Szpitalnej. Wybudowany w 1912 roku z żelbetonowym szkieletem i wielkimi taflami przeszklonych okien był jednym z pierwszych awangardowych i funkcjonalnych budynków europejskich. Po pieriestrojce przywrócono mu świetność z inicjatywy, i za pieniądze polskich biznesmenów. Dziś, zlokalizowane w „Magnusie” luksusowe sklepy są celem shoppingowych wypraw goniącej za modą klienteli. Tylko tam można zobaczyć co najbardziej kusi lwowianki.

maly_IMG_5047

Spojrzenie na zegarek zadziałało jak ukłucie szpilką. Wezwałem taksówkę. Tak jak mnie nauczyli lwowscy przyjaciele, cenę za przejazd do dworca – tym razem – autobusowego, uzgodniłem z kierowcą. We Lwowie jest tylko jedna taryfa przez całą dobę i nie ma podziału na strefy, zaś cena rzucona przez taksówkarza zgodziła się co do hrywny z tą jaką na koniec kursu pokazał taksometr (aktualne ceny i telefony do firm przewozowych są zebrane tutaj). Na koniec jeszcze jedna uwaga. Ponieważ z autobusów Polonusa korzystają pracujący w Polsce Ukraińcy, wszystkie miejsca podczas kursów z piątku na sobotę tam, i z niedzieli na poniedziałek z powrotem są zajęte. Bilety trzeba koniecznie rezerwować przez Internet, a bilet powrotny wykupić w kasie na lwowskim dworcu autobusowym. Dojazd z centrum, z krótkim postojem na zabranie rzeczy z hotelu, zabiera około pół godziny. Autobus startuje o 20.20, a do Warszawy przyjeżdża koło 4. Jadąc do Lwowa z miast południowej Polski najlepiej chyba wsiąść do pociągu. Można też dojeżdżać samochodem. Mój znajomy zostawił go zresztą przy przejściu granicznym. Granicę przekroczył na piechotę (tak, jak się okazało, jest najszybciej), a dzielący miasto od granicy odcinek 70 km przejechał marszrutką. Tanio i pewnie, a poza tym odpadły mu kłopoty z parkowaniem. Co zaś do poruszania się po Lwowie, to latem 2015, niemiecka firma NextBike uruchomi sieć rowerów miejskich. A ścieżek rowerowych przybywa już od kilku lat, i rower staje się coraz modniejszym środkiem lokomocji na ulicach zachodnioukraińskiej metropolii.

maly_IMG_5188

Tekst publikowany na łamach magazynu „Witaj w podróży”, pt. Tylko we Lwowie (kwiecień-maj 2015; pdf —> tutaj).