Las według Wilkonia

„Kornik drukarz” to tytuł wystawy w warszawskiej Galerii 18A, której główny wątek tworzyły inspirowane naturą dzieła Józefa Wilkonia. Przede wszystkim rzeźby w drewnie, ale także trochę metalowych nietoperzy oraz ilustracje książkowe.

Tytuł ekspozycji nawiązuje do absurdalnej argumentacji, jaką posługują się aktualne władze RP do uzasadnienia karygodnej wycinki drzew w Puszczy Białowieskiej. Józef Wilkoń kocha drewno, i w nim tworzy, ale to nie znaczy, że nie kocha żywych drzew. Wielokrotnie dawał temu wyraz podczas wywiadów i wystąpień publicznych, nazywając grabieżcze wyręby zbrodnią, bo „(…) las jest naszym największym skarbem”. Martwych drzew mamy dosyć, zaś kornik drukarz przyspiesza ich rozkład. Nie jest więc wrogiem lasu, tylko elementem skomplikowanego i niezwykle bogatego ekosystemu, w którym natura dąży do harmonii bez, a nierzadko wbrew, niefortunnej działalności człowieka.

Dziełom mistrza towarzyszyły fotografie zafascynowanego klimatami leśnymi Jacka Kusza i instalacja Jozefa Piláta.

„Kornik drukarz”, czyli las według Józefa Wilkonia, fot. Paweł Wroński

Pałac Brzozowskich to neobarokowa budowla z 1882 roku, nawiązująca architekturą do XVII-wiecznych pałaców francuskich (projekt: architekt Bronisław Żochowski-Brodzic). Wystawiono go w dość niecodziennym miejscu, bo w podwórzu istniejącej już od 40 lat kamienicy. Podczas II wojny światowej pałac uległ zniszczeniu. Powstańcy warszawscy toczyli o niego ciężkie walki z Niemcami. Został zdobyty ale spłonął, a wraz z nim ukryty na strychu przed grabieżą obraz Jana Matejki „Zamojski pod Byczyną”. W odebranym właścicielom i odbudowanym po 1945 roku obiekcie znalazły siedzibę takie instytucje jak: Naczelna Rada Adwokacka, Zarząd Główny i Okręgowy Zrzeszenia Prawników Polskich, czy redakcja pisma „Prawo i Życie”. Potem, do czasu rozpoczęcia remontu, działała tutaj popularna stołeczna imprezownia – klub „Huśtawka”. Dysponowała salą na II piętrze o nie byle jakiej powierzchni – 300 m2; teraz pomieszczenia te zajmuje Galeria 18A.

Twórczość wybitnego artysty promuje Fundacja „Arka” im. Józefa Wilkoniawww.fundacjawilkonia.pl

Galeria 18A mieści się w lokalu 101 przy Brackiej 20B, w Śródmieściu Warszawy. Miejsce jest tym ciekawsze, że to miejski pałac Brzozowskich, poddawany właśnie gruntownemu remontowi (www.facebook.com/Galeria18A/). Jak piszą gospodarze, galeria: „jest miejscem multidyscyplinarnym, w którym przenikają się wszystkie obszary współczesnej aktywności”. To względnie nowy punkt na kulturalnej mapie stolicy. Galeria zainaugurowała działalność 24 lutego 2018 roku interdyscyplinarną wystawą zatytułowaną „Próba generalna”, przedstawiającą kompozycje malarskie Marty Banaszak, wielkoformatowe mozaiki ceramiczna Marka Działka oraz współczesny teatr instrumentalny Miłosza Pękali połączony ze sztuką video Zuzanny Kołodziej (www.galeria18a.pl).

Promotor wystawy „Kornik drukarz” – Chain Fundacja Chem Poland Na Rzecz Kulturywww.facebook.com/chainfundacja/

O pałacu Brzozowskich, m.in.:
warszawyhistoriaukryta.blogspot.com (post z 2014 r.)
www.warszawa.wyborcza.pl (materiał w 2012 r.)

Reklamy

Między fabułą a dokumentem

Jordankowy projekt „Strachy na Lachy” dobiega końca. Jeszcze tylko finisaż wystawy w Muzeum Warszawskiej Pragi, a potem? Potem możliwości wprost nieograniczone – od zaniechania (by zająć się czymś innym), po kontynuację, bo w końcowej fazie okazało się, że szlakiem obaw i zagrożeń historycznych i współczesnych, da się powędrować we wszystkie niemal zakątki świata – realnego i wyimaginowanego.

Dla dzieci uczestniczących w zajęciach plastycznych i teatralnych prowadzonych w Jordanku przez Małgosię Bockenheim projekt „Strachy na Lachy” był fascynującą przygodą. Podróżą przez świat wyobraźni, emocji i twórczych impulsów.

Zebrane tutaj filmiki i slajdowiska (łącznie 10 pozycji), pokazują to co się działo na zajęciach, towarzyszące tworzeniu kukieł emocje, skupienie i chaos, z którego – ostatecznie – powstała w maju muzealna instalacja, która będzie obecna w Muzeum Warszawskiej Pragi (Targowa 50/52, II piętro – warszawski penthouse; we czwartki wstęp wolny), do 23 czerwca 2018. Finisaż wystawy – 14 czerwca, w godz. 18:00-20:00.

Film z wernisażu wystawy, puentujący projekt jest dostępny w tym archiwum (www.pawelwronski.blog) oraz na filmowym kanale OPP1 Jordanek na Youtube (www.youtube.com).


www.opp1.waw.pl
www.muzeumpragi.pl

„Strachy na Lachy” trafiły do muzeum

Tekst jest w zasadzie przewodnikiem po wyjątkowej instalacji „Strachy na Lachy”. Tym bardziej intrygującej, że nie wszystkie przecież dzieła dzieci powstałe podczas zajęć plastycznych w jakimkolwiek ognisku trafiają do muzeów.

Fakt, że tak się stało w przypadku jordankowego projektu może więc napawać dumą zarówno małych twórców, ich rodziców, jak i osoby, które walnie się do tego przyczyniły – Małgosię Bockenheim, która prowadzi tak twórcze zajęcia, Edytę Trębicką, której zmysł organizacyjny i wyczucie zaowocowały wystawą w prawdziwym muzeum, jak i mnie, który w miarę możliwości projekt wspierałem.

Jordankowe „Strachy na Lachy” przywędrowały do Muzeum Warszawskiej Pragi, fot. Paweł Wroński

Efekt jest imponujący. W „praskim penthousie” jak nazywa się sala na II piętrze Muzeum Warszawskiej Pragi, vis a vis windy wita zwiedzających grupka Strachów – gospodarzy tego miejsca na czas wystawy (10 maja – 23 czerwca 2018). Zapraszają do wnętrza do głównej grupy, gdzie centralną pozycję zajmuje stare drzewo.

Bachan i towarzysze zapraszają do ‚praskiego penthouse’u’, fot. Paweł Wroński

W każdej kulturze drzewa sięgają korzeniami źródeł czasu, a w ich dziuplach i gąszczu konarów skrywają się liczne tajemnice. Nic więc dziwnego, że fascynowały dawnych Słowian.

Tak powstawało drzewo – Małgosia Bockenheim montuje gałęzie „starego dęby”, fot. Paweł Wroński

Po prawej, wschodniej stronie ekspozycji zobaczycie strefę Wiatru i Wody. W niej hula Powitrula, wyłaniają się Wużałki, Świtezianki, Nimfy i inne niebieskoskóre stwory.

Z lewej strony drzewa, w którego gałęziach buszują Czarownice, wyłania się korowód Leśnych, który otwierają Południca z Wilkołakiem. Tutaj jest zielono i brązowo, a jeszcze dalej – z lewej strony, tak się składa, że z zachodu, nadciąga fala Mroku i Cienia.

Pamiątka z wystawy – fotka w Strasznym Monidle, fot. Paweł Wroński

Jest na co popatrzeć, a przysłowiowa szczęka opada, gdy uświadomimy sobie, że wszystko wykonane zostało z papieru, worków na śmieci i niepotrzebnych już nikomu ciuchów, czy cekinów. U mnie budzi taki sam podziw, jak przed laty efekty specjalne z Seksmisji.

Strachy w windzie – ciekawe czy technika wzbudziła w nich grozę?! Fot. Paweł Wroński

Drugim filarem wystawy, obok tego historycznego są współczesne lęki, które wyrysowały dzieci zainspirowane demonami przodków. Szczerze, więc warto wziąć ich opinie pod uwagę. Z wystawy rysunków wynika bowiem, iż najbardziej traumatyczne są… szkoła i agresywnie oddziałujący na nasze zmysły, atakujący je zewsząd świat reklam.

Materiał filmowy z wernisażu jest dostępny również na kanale filmowym OPP1 Jordanek:  https://youtu.be/qXBvQxwLx_o

Jak powstawały Strachy, tekst i przygotowanie ulotki: Paweł Wroński

OPP1 „Jordanek”: www.opp1.waw.pl
Muzeum Warszawskiej Pragiwww.muzeumpragi.pl

Pielmieni w Hali Gwardii

Z okazji Święta Pielmieni, w Hali Gwardii serwowano dziś pierogi zza wschodniej granicy w promocyjnej cenie. Jestem fanem mącznych potraw, a pielmieni to nic innego jak kuzyni naszych ruskich, litewskich kołdunów, czy tyrolskich Schlutzkrapfen…

Wspomniana atrakcyjna cena porcji (za 16 szt. pielmieni z mięsnym farszem) – 5 zł; relatywnie do zwykłej (20 zł), rzeczywiście nader atrakcyjna! A smak taki, jak należy.

W stoisku są także chinkali, a raczej „kozacka” wariacja na temat tej gruzińskiej potrawy – z farszem z baraniny. Jedne i drugie można polać śmietaną i zaostrzyć, dodając odrobinę przypraw.

 

Ponoć пельмени wywodzą się z Syberii. Wokół potrawy w tamtejszym wydaniu narosło wiele mitów, choćby o wkładaniu lodu do farszu i przechowywaniu w ten sposób wody. Nie zmienia to faktu, że pielmieni rozpowszechnione są dziś w całej Rosji, na Ukrainie, w Polsce i krajach ościennych. Podobne danie przygotowują też panie domu w Alpach i w krainach rozrzuconych wokół Kaukazu. Różnice dotyczą głównie rodzajów farszu, a zwłaszcza jego przygotowania oraz wielkości pierożków, przez co wariacji jest mnóstwo!

Tradycyjne rosyjskie pielmieni robi się z mielonego, ale z surowego, a nie jak to zazwyczaj u nas bywa, przegotowanego mięsa. Dzięki temu w pielmienach jest ono soczyste, bo soki wydobywające się z niego podczas gotowania pozostają wewnątrz pierożka. Potrawa jest aromatyczna, a okrasa zbędna, stąd zapewne zwyczaj polewania ich jedynie śmietaną.

Co do wielkości, pielmieni są niewielkie, bo żeby odczuć w pełni ich smak i aromat najlepiej całe wkładać do ust. I tu rysuje się podobieństwo do gruzińskich chinkali – dużych, więc technika jedzenia jest zupełnie inna (więcej o chinkali w tym portalu: https://pawelwronski.blog).

 


‘Chinkali * Pielmieni’ w Hali Gwardii: www.facebook.com

Slogan pierogarni: „Mamy jeden rodzaj pielmieni – najlepszy

Organizacja: Centrum Wielokulturowe, Jagiellońska 54; www.centrumwielokulturowe.waw.pl

Slogan Centrum: „Warszawiacy się nie boją

I ja tam byłem… jak to w bajkach, fot. Edyta Trębicka

Przedwiośnie w Skaryszewskim

Ciekawe, czy Ignacy Jan Paderewski (1860-1941) był dumny z tego, że jego imię nosi tak wspaniały park, jak Skaryszewski. Bo, że na to zasłużył, ja przynajmniej, wątpliwości nie mam.

Wybitny pianista, mąż stanu z przypadku, przystojny mężczyzna, który robił wrażenie na kobietach i wielkoduszny, życzliwy dla otoczenia człowiek. Jego skromne popiersie wita wchodzących na teren Parku Skaryszewskiego od strony Ronda Waszyngtona. Bujna czupryna, taka jak na archiwalnych zdjęciach, znajduje rozwinięcie w konarach drzew. Popiersie pianisty zapowiada więc zarówno przyjemność ze spaceru wśród zieleni, jak z odkrywania ukrytych wśród niej skarbów sztuki. Park, w którego nazwie uczczono pamięć Paderewskiego jest oryginalną plenerową galerią rzeźby z okresu międzywojennego XX w. Tym ciekawszą, że usytuowane w kulminacyjnych punktach sieci alejek rzeźby oraz inne pomniki i tablice pamiątkowe, tworzą ciekawą kronikę niemal 100 minionych lat.

Alejki Parku Skaryszewskiego (im. Ignacego Jana Paderewskiego) przemierzam od dziecka. Biegałem tu jako berbeć, taplałem w wodzie pod wodospadem w grocie na porośniętej świerkami górce, jeździłem na łyżwach na lodowisku wylewanym niegdyś zimą na kortach, a jeszcze chętniej po taflach naturalnego lodu jaki skuwa zimą miejscowe stawy niemal do dna. Bawiły się tu także moje dzieci, a „społeczne towarzystwo ochrony wiewiórek” niejednokrotnie donosiło konnym patrolom policji, że mój pies… goni rudych mieszkańców parkowego gąszczu. Ma więc to miejsce dla mnie wartość nie tylko zabytkową, ale i sentymentalną. Z tym większą więc satysfakcją uczestniczyłem w marcowej wycieczce poprowadzonej przez Rafała Dąbrowieckiego „Park Skaryszewski od deski do deski”; zdjęcia powstały podczas tego właśnie spaceru (www.butempowawie.pl).

 

Park Skaryszewski powstał w 1905 roku na polach i łąkach dawnego majątku Skaryszew, według planów Franciszka Szaniora, architekta krajobrazu, projektanta wielu założeń parkowych w Warszawie przełomu XIX i XX wieku. Park Skaryszewski, zgodnie z założeniami twórcy, był wielkomiejską strefą zieleni służącą rekreacji i wypoczynkowi, z rozwiniętą siecią komunikacyjną, przystosowaną do ówczesnego ruchu pojazdów konnych. Zaprojektowane przez Szaniora stawy komponowały się z oprawą bogatej zieleni. Z inicjatywy autora nasypano wzgórza, utworzono sztuczny wodospad i rozarium. W 1929 nadano parkowi imię Jana Ignacego Paderewskiego. Ponieważ nie propagowano tego faktu w okresie PRL, w potocznym obiegu utrwaliła się pierwotna nazwa, nawiązująca do lokalizacji na terenie dóbr skaryszewskich. Dziś, Park Skaryszewski wraz z Kamionkowskimi Błoniami Elekcyjnymi (ta nazwa obowiązuje od 2012 roku; nawiązuje do faktu, że właśnie tu w 1573 roku odbyła się pierwsza wolna elekcja Rzeczypospolitej Szlacheckiej – szlachta obwołała królem Henryka Walezego) i Kanałem Wystawowym, łączącym je z Jeziorkami Gocławskimi, tworzy rozległą i zróżnicowaną krajobrazowo strefę zieleni w stolicy.

 

Ciekawostki, związane z parkowymi rzeźbami okresu międzywojennego XX wieku

Popiersie Paderewskiego witające od strony Ronda Waszyngtona wchodzących do Parku ufundowali Janina i Zbigniew Porczyńscy w 1988 roku. Odlew z brązu wykonał Stanisław Sikora (1911-2000; notka poświęcona artyście: www.desa.pl). Postument wykonano z szarego granitu. W latach 30. XX wieku planowano ustawienie pomnika Ignacego Jana Paderewskiego w parku jego imienia, lecz zniweczyła projekt, i – ostatecznie – pomnik słynnego pianisty ozdobił Park Ujazdowski. Powrót do przedwojennej koncepcji był możliwy dopiero w czasach głębokiej odwilży politycznej, pod koniec lat 80. XX wieku (biografia Ignacego Jana Paderewskiego w kategorii ‘muzyka’: www.culture.pl).

Modelką, którą uwiecznił Stefan Stanisław Jackowski (1887-1951) widoczną na otwierającym zdjęciu rzeźba „Tancerka”, była mieszkanka Saskiej Kępy, znana w dwudziestoleciu międzywojennym primabalerina, Halina Szmolcówna. Zajmowała z mężem, Grzegorzem Fitelbergiem (skrzypkiem, kompozytorem i dyrygentem), willę na Saskiej Kępie, przy Elsterskiej. Nad wejściem domu pod numerem 3. są wciąż amorki trzymające tarczę z jej monogramem H.S., ale na tablicy pamiątkowej wspomniano jedynie małżonka (więcej o jej biografii w wortalu teatralnym: www.e-teatr.pl; artykuł o Stefanie Stanisławie Jackowskim (1887-1951) w portalu: www.culture.pl).

Twórczość Olgi Niewskiej (1898-1943), autorki przepięknej rzeźby „Kapiąca się”, była bardzo zróżnicowana pod względem tematyki, skali, rodzaju i używanego materiału. Artystka sięgała po glinę, gips, brąz i inne metale, różnorodne gatunki kamienia, drewno, ceramikę, a nawet beton (obszerniejszy wpis poświęcono jej w portaluwww.culture.pl).

„Rytm” Henryka Kuny stał się manifestem działającej w Paryżu grupy artystycznej, która przyjęła nazwę od tytułu rzeźby. Historia „Rytmu” rozpoczęła się w 1922 roku, kiedy to powstała wymodelowana w hebanie pierwsza z jej czterech wersji. Zważywszy na materiał i technikę było to dzieło snycerskie. Posąg cieszył się tak dużym zainteresowaniem, że w 1923 roku Kuna stworzył dwie repliki odlane z brązu. Pierwsza ozdobiła dwa lata później polski pawilon na Wystawie Sztuk Dekoracyjnych w Paryżu (ekspozycja prezentująca główny nurt ówczesnej oficjalnej sztuki polskiej, zdobyła srebrny medal). Drugi posąg, sztukowany mosiądzem, przywieziono w 1929 roku do Polski i ustawiono w Parku Skaryszewskim, nad stawem, gdzie możemy go wciąż podziwiać. Ostatnią wersję posągu, artysta wykuł w 1925 roku z marmuru. Stanęła w holu ambasady RP w Paryżu (więcej o rzeźbiarzu w portalu: www.culture.pl).

Monument poświęcony Edwardowi Mandellowi House’owi związany jest z parkiem od 1932 roku, ale ten, który możemy oglądać nie jest dziełem przedwojennym. Oryginalna praca rzeźbiarza Franciszka Blacka stała zresztą gdzie indziej – w jednej z nisz parkowego murowanego ogrodzenia przy Zielenieckiej. Monument przetrwał II wojnę światową, ale za PRL-u, na początku lat 50., zdemontowano go bez większego rozgłosu,  bo był niepoprawny politycznie. Spiżowy odlew przetopiono, wykorzystując być może pozyskany materiał przy zdobieniu Pałacu Kultury i Nauki; miniaturowy odlew z brązu dzieła Blacka znajduje się w gmachu Kongresu USA. W 1989 roku padł pomysł odtworzenia pomnika. Wykorzystując przedwojenne fotografie, replikę stworzył Marian Konieczny, autor słynnej warszawskiej „Nike” (www.konieczny.art.pl). Odsłonięto ją na jednym ze skwerów w głębi parku, ale dopiero po przewrocie ustrojowym, w 1991 roku.

Jak w słynnym filmie Kim Ki-duka „Wiosna, lato, jesień, zima, i wiosna…”, fot. Paweł Wroński

Plan i opis Parku im. Ignacego Jana Paderewskiegowww.pragapld.waw.pl
Propozycje ciekawych spacerów po różnych zakątkach stolicy na fanpage’u ‘Butem po Warszawie‘: www.facebook.com oraz na stronie Rafała Dąbrowieckiego: www.butempowawie.pl

Olszynka Grochowska na Kamionku

24 lutego 2018, w 187. rocznicę bitwy o Olszynkę Grochowską, przebieg walk zaprezentowali rekonstruktorzy z różnych stron Polski i zza granicy.

Sceną zaaranżowanych z rozmachem zmagań wojsk polskich z armią rosyjską były w lutym 2018 roku Kamionkowskie Błonia Elekcyjne.

Kamionkowskie Błonia Elekcyjne – rekonstrukcja bitwy o Olszynkę Grochowską, 24 lutego 2018, fot. Paweł Wroński

Był śnieg, był mróz, armatnie wystrzały i palby z muszkietów, walki kawaleryjskie, szarże i parada ekip rekonstrukcyjnych, a na zakończenie – pamiątkowe medale, które wręczył rekonstruktorom burmistrz dzielnicy Praga Południe, Tomasz Kucharski.

Kamionkowskie Błonia Elekcyjne – rekonstrukcja bitwy o Olszynkę Grochowską, 24 lutego 2018, fot. Paweł Wroński

Dzielnica, pokrywająca się niemal dokładnie z granicami historycznego Grochowa, była patronem imprezy zorganizowanej w ramach uroczystości jubileuszowych 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości.

Podczas batalii uwiecznionej przez Wojciecha Kossaka obrazem „Olszynka Grochowska” niespełna 40 tys. polskich żołnierzy pod dowództwem gen. Józefa Chłopickiego zastąpiło drogę na Warszawę 60-tysięcznej armii rosyjskiej feldmarszałka Iwana Dybicza. Straty po obu stronach były ogromne przez co bitwa zyskała opinię najbardziej krwawej w czasie powstania listopadowego – po polskiej stronie było 7,3 tys. zabitych, po rosyjskiej około 9,5 tys.

Pokaz sztandaru jednej z jednostek uczestniczących w rekonstrukcji, fot. Paweł Wroński

Chociaż obie strony ostatecznie wycofały się z pola walki, Dybicz zrezygnował z marszu na Warszawę. Niestety z powodu kunktatorstwa i braku doświadczenia dowódców, zwłaszcza gen. Skrzyneckiego, który przejął dowodzenie gdy gen. Chłopicki został ranny, kiepskiej organizacji, braku współpracy i przedkładania prywaty nad cel powstania przez niektóre z ówczesnych prominentnych postaci, sukcesu i ofiarności żołnierzy nie wykorzystano, a powstanie zakończyło się fiaskiem.

W inscenizacji wzięło udział 116 żołnierzy kawalerii konnej, 65 żołnierzy piechoty, 50 żołnierzy piechoty przybyłych z Białorusi oraz oddział artylerii wyposażony w pięć dział armatnich.

Nikt nie doznał uszczerbku na ciele, ni duszy.

 


Nazwa Kamionkowskie Błonia Elekcyjne obowiązuje od 2012 roku; nawiązuje do faktu, że właśnie tu, na polach wsi Kamion, w 1573 roku odbyła się pierwsza wolna elekcja w Rzeczypospolitej Szlacheckiej. Królem obwołano wtedy Henryka Walezego. Jan Matejko uwiecznił tamten sejm elekcyjny na obrazie zatytułowanym ,,I elekcja – potęga Rzeczypospolitej u zenitu”. Po raz kolejny elekcja miała miejsce na dzisiejszym Kamionku w 1733 roku, gdy na króla wybrano Fryderyka Augusta (Augusta III). Praktycznie była to kontr-elekcja, gdyż wcześniej na błoniach na Woli ogłoszono królem Stanisława Leszczyńskiego. Nie godząc się z werdyktem, przeciwnicy wykorzystali ucieczkę Leszczyńskiego z Warszawy gdy zbliżały się wojska rosyjskie i, odwołując do precedensu podwójnych elekcji – ogłosili królem Fryderyka Augusta z dynastii saskiej. Następstwem tych zdarzeń była dwuletnia wojna domowa między stronnictwami, katastrofalne w skutkach rozprężenie w kraju, a także dalsze osłabienie i tak niezbyt mocnej pozycji, zależnego od samowoli szlachty, monarchy w Polsce. Wydarzenia pokazane podczas inscenizacji miały miejsce blisko 100 lat później, niemniej jednak były smutną konsekwencją ustroju Rzeczypospolitej Szlacheckiej.


Galeria zdjęć z inscenizacjiwww.ipragapoludnie.pl
Relacja filmowawww.facebook.com
Wszystko co nurtuje mieszkańców Kamionka w serwisie informacyjnym Rady Samorządu Mieszkańców Osiedla Kamionek: www.kamionek.warszawa.pl

Rzymskie korzenie Kaduka

Ludzie starszej daty, bądź bardziej obyci w piśmie, znają zapewne określenie „prawem kaduka”. Odpowiedź na pytanie skąd się takie powiedzenie wzięło, to sięgająca czasów rzymskich historia.

W rzymskim prawie istniało pojęcie ius caducum, bądź jure caduco, które oznaczało spadek pozostawiony bez dziedzica, albo bez testamentu. Prawo do dysponowania majątkiem przechodziło na tego kto sprawował władzę. Taki obyczaj utarł się również w średniowieczu – najpierw w państwie Karolingów, potem w krajach niemieckich. Był także praktykowany w Polsce, gdzie – jeśli nie było żadnych krewnych (do 8 pokolenia) – dobra przypadały królowi. Określano je mianem kaduk, czerpiąc nazwę od łacińskiego słowa caducus (bezpański). Tyle, że król nie mógł nimi zasilić państwowego skarbu, ale musiał je przekazać „rycerstwu”. Beneficjentem była więc szlachta, bowiem dobrami pozostałymi po szlachcicu, król musiał obdarować kogoś z tegoż stanu, zaś kaduk po chłopie przypadał jego panu. Nic więc dziwnego, że do naszej mowy weszło powiedzenie „Prawem kaduka”, stając się wkrótce synonimem niesprawiedliwości. Kadukowy, kaduczny majątek budził zawiść, wprost proporcjonalnie do wartości.

Określenie kaduk, stało się także synonimem zła wcielonego, a więc biesa, diabła. Być może na tę konotację miała wpływa epilepsja, której przyczyn nie znano, więc – skwapliwie – w atakach choroby dopatrywano się diabelskiej sprawki. Ba, wyobrażając sobie, że na polecenie złych mocy, wywołuje je istota nie z tego świata, zwana paraluszem, odganiano ją, poszukując pomocy u wszelkiej maści znachorów i  zaklinaczy. A że doktorzy padaczkę po łacinie nazywali morbus cadusus, do kaduka było nie daleko.

Frazy typu: „Do kaduka”, „Kaduk go przyniósł!”, „Ki kaduk?”, zadomowiły się w języku polskim i były używane wymiennie z powiedzonkami: „Do diabła”, „Diabli nadali”, „Ki diabeł?”.

Czy to już koniec pracy nad kukłą? Raczej nie, bo Kaduka z takim wyrazem twarzy nie może mieć przecież zniewieściałej postury, fot. Paweł Wroński

Kaduk opisany i narysowany w książce „Bestiariusz Słowiański” autorstwa Pawła Zycha i Wiktora Vargasa, jawi się złym, i złośliwym, tym bardziej groźnym, że silnym i otoczonym gronem totumfackich, stworem. Tłumacząc na język współczesny – Kaduk był gangsterem, szefem półświatka, łasym na dobra materialne gburem, okazującym chętnie władzę i obnoszącym się ze swoim bogactwem. Taki Kaduk, stał się inspiracją kukły wykonywanej przez Amelię na zajęciach prowadzonych w Jordanku przez Małgorzatę Bockenheim w ramach projektu „Strachy na Lachy”. Jakich nabierze konotacji – czas pokaże, bo jak wynika z dwuletnich już doświadczeń z jordankowych zajęć, prastare słowiańskie demony nabierają szybko współczesnych znaczeń i żyją własnym życiem.


www.opp1.waw.pl
www.slowianskibestiariusz.pl

Wiener Eistraum przed ratuszem

Rathausplatz – plac przed wiedeńskim ratuszem, zbudowanym w 1883 roku, był przez niemal sto lat świadkiem gorących wydarzeń politycznych i kulturalnych. Od 2002 roku, od stycznia do marca spotykają się na nim Wiedeńczycy, by beztrosko ślizgać się po lodowej tafli.

Na powierzchni 8 tys. m2 znajdują się 2 lodowiska, do których można swobodnie dojeżdżać zamrożonymi alejkami parkowymi. Wokół są rozstawione punkty gastronomiczne, których właściciele serwują proste potrawy i popularne napoje – od Coca Coli po szlachetne trunki. Na miejscu jest wypożyczalnia łyżew i setki szafek, w których można bezpiecznie schować rzeczy.

Ślizgawka zwana Wiener Eistraum (wiedeńskie lodowe marzenie), jest zawsze czynna przez 44-45 dni w roku. Gdy ją otwarto, z łyżwiarskiej oferty skorzystało około 250 tys. osób, w ostatnich latach ta liczba wzrosła, i oscyluje na poziomie 700 tys.

Trochę historii
Pierwszym publicznym wydarzeniem na placu była demonstracja 17 września 1911 roku. Około 100 tys. osób odpowiedziało wówczas na wezwanie socjaldemokratów, by zaprotestować przeciwko narastającej inflacji. Demonstracja przebiegła bez żadnego incydentu, ale do starć z policją jednak doszło, i to wtedy, gdy uczestnicy opuszczali już Rathausplatz. Trzy osoby poniosły wówczas śmierć, a dziesiątki odniosło rany.

Potem wielokrotnie socjaldemokraci zwoływali tłumy pod ratusz. Zbierali się tutaj także ich przeciwnicy, np. 2 sierpnia 1920 roku pod hasłem sprzeciwu wobec „bolszewizmu podatkowego socjaldemokratów z ratusza”, którzy chcieli wówczas wprowadzić podatek od luksusu. 22 stycznia 1923 roku, chadecy i nacjonaliści zainaugurowali falę wieców antysemickich.

Po II wojnie światowej próbowano organizować różne parady i wiece, ale obyczaj się nie przyjął i w latach 50. XX wieku plac zamienił się w… parking samochodowy. Burmistrz Feliks Slavik pragnął przekształcić Rathausplatz w miejsce spotkań, ale dość niefortunnie połączył tę ideę z konkursem architektonicznym. Wniosek z przedsięwzięcia był taki, że wznoszenie solidnych budynków na placu nie ma sensu. Jeden z jego następców, Leopold Gratz przywrócił w 1975 roku jarmark adwentowy. Tradycje przedświątecznego handlu sięgały w Wiedniu roku 1600, ale stałego miejsca dla organizowanych targowisk nie było. Pomysł okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę, przyjął się i po dziś dzień odbywa się w adwencie przed ratuszem ogromny, barwny jarmark bożonarodzeniowy.

Dobre doświadczenie z tej masowej imprezy, stało się tak inspirujące, że plac wykorzystywany jest teraz praktycznie przez cały rok. Największym letnim wydarzeniem stał się organizowany od 1990 roku plenerowy Festiwal Filmowy. W lipcu i sierpniu, po zapadnięciu zmroku, wyświetlane są na telebimach inscenizacje oper i operetek oraz transmitowane są koncerty, zwyczajowo – również – Noworoczny, który jest zawsze wielkim wydarzeniem kulturalnym w Wiedniu. Filmowe atrakcje szybko uzupełniła oferta kulinarna. Rekordową frekwencją cieszył się festiwal filmowy w lecie 2005 roku. Wzięło w nim udział 0,5 mln osób.

Wszystkie te pozytywne doświadczenia kumulują się zimą, w okresie funkcjonowania słynnej wiedeńskiej ślizgawki – Wiener Eistraum, a Rathausplatz jest już dla Wiedeńczyków i turystów zza granicy największym plenerowym „salonem Wiednia”.

Wiener Eistraum w styczniu 2016 roku, fot. Paweł Wroński

www.wienereistraum.com
www.wien.info
www.wien.gv.at

Żmichowska Śpiewa, ale jak!

Projekt „Żmichowska Śpiewa” służy wsparciu utalentowanych muzycznie uczniów warszawskiego Zespołu Szkół, noszącego imię XIX-wiecznej powieściopisarki i poetki.

W 2018 roku młodzi wykonawcy przygotowują się do wydania piątej już płyty, którą promują koncertami w „Nowym Świecie Muzyki”.

Są wśród nich: „młody Sinatra” – 17-letni Piotr Zubek (www.facebook.com) i „młody Santana” – 18-letni Janek Pentz, gitarzysta-wirtuoz, a zarazem kompozytor (www.janekpentz.comwww.facebook.com), o ich nie mniej utalentowanych koleżankach nie wspominając.

Zdjęcia i piosenka pochodzą z koncertu z , który odbył się 6 stycznia 2018, poświęconego pamięci Sebastiana Olko – artysty, kompozytora i właściciela studia w którym zrealizowano 3 pierwsze płyty z cyklu „Żmichowska Śpiewa”.



Żmichowska Śpiewawww.zmichowska.pl
Projekt prowadzi od 2014 roku Ewa Drobek, lingwistka z 67. Zespołu Szkół im. Narcyzy Żmichowskiej w Warszawie.

Wytrawne mufinki z pleśniakiem

Składniki może troszkę wymyślne, ale receptura prosta, żeby nie powiedzieć – męska, efekt zaś – murowany!

Nic nie trzeba miksować, ubijać na piankę, etc. – wystarczy zmieszać, stosując się do zaleceń. Co więcej, można eksperymentować z innymi ingredientami niż zaproponowane.

Masa na mufinki (przyrządzona wedle opisanej receptury), gotowa do pieczenia, fot. Paweł Wroński

Składniki (na 12 mufinek)

  • mąka orkiszowa z pszenną (łącznie 2 szklanki)
  • mleko migdałowe (0,5 szklanki) + kefir (może być jogurt; 0,5 szklanki)
  • szklanka drobno startej dyni
  • olej kokosowy (może być inny – czyt. mniej zdrowy, nawet masło ale jest pożądane żeby to był tłuszcz neutralny w smaku, a więc oliwa z oliwek – raczej nie; 1/3 szklanki)
  • 2 jajka
  • ser pleśniowy (120 g)
  • trochę startego parmezanu (na wierzch)
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • pietruszka (mogą być inne zioła, np.: kolendra albo bazylia – wedle uznania)
  • przyprawy – bertram, galgant, pieprz i sól

Przygotowanie:

Bez użycia miksera zmieszać najpierw mokre, a potem dodać suche składniki (dynia też jest „sucha”), łącząc je razem, lekko tylko zamieszać! tak przygotowaną masą wypełnić foremki i wstawić na 25 minut do piekarnika rozgrzanego do 190 st.C. Pilnować!

Mufinki lepiej smakują dopiero następnego dnia – na zimno. A zatem – cierpliwości, i… smacznego!

Gotowe. Smacznego! Przygotowała Edyta Trębicka, fot. Paweł Wroński

ps.
Mufinki można podawać z ulubionym winem, raczej białym, choć różowe albo delikatne czerwone, też mogą się nieźle skomponować z potrawą!


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


 

Świąteczne kreacje

Byłem świadkiem powstawania tych iście zegarmistrzowskich arcydziełek – modeli zaśnieżonych wiosek zimowych.

Skojarzyły mi się z odległą Syberią, chyba za sprawą stylistyki podkreślonej tłem, na którym fotografowałem gotowe modele. Zastanowił też powielany w tych kreacjach archetyp: kościół, rzeczka, mostek, niewielkie domki – i choinki dookoła, a że Święta Bożego Narodzenia za pasem, to i ozdób choinkowych (z maleńkich koralików sic!), nie brakowało. Krótko mówiąc – sielsko, anielsko – jak przystało na bajkową, bynajmniej nie komputerową rzeczywistość.

Filmik „Wioski świąteczne” – relacja z zajęć rękodzieła, na których te modele powstawały będzie dostępny na YouTube (kanał OPP1 Jordanek).


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


 

Powitrula, Bachan i inne stwory

Projekt „Strachy na Lachy” rozwija się dynamicznie. Dziś o już niemal gotowych postaciach, jakie na zajęciach plastycznych z Małgorzatą Bockenheim wykonują dzieci w Jordanku.

Tak jak Małgosia – ty też możesz pogadać z Powitrulą, fot. i animacja GIF: Paweł Wroński

Inspiracją dla wszystkich postaci są wprawdzie demony dawnych Słowian, opisane w „Bestiariuszu Słowiańskim”, ale wyobraźnia dzieci jest nieograniczona, więc powstają niepowtarzalne dzieła plastyczne, wobec których nie da się przejść obojętnie.

Marta (pierwsza z prawej) stworzyła Powitrulę, ale w wykańczaniu kukły uczestniczyły chętnie inne dziewczynki z grupy, fot. Paweł Wroński

Zacznijmy od wykreowanego przez Martę zwiewnego demona. Nasi słowiańscy przodkowie kojarzyli Powitrulę z wiatrem. Spotykali ją najczęściej pasterze na górskich halach, pachniała owczą wełną, trawą i kwiatami. Miała włosy w nieładzie i postrzępioną podmuchami wiatru szatę. Marta, najmłodsza jak dotąd autorka postaci z bestiariusza (jest uczennicą III klasy szkoły podstawowej), zaraziła pasją koleżanki uczestniczące w zajęciach. Najpierw pomogły udrapować – oczywiście wietrznie – włosy i suknię Powitruli, potem zajęły się wertowaniem książek w poszukiwaniu inspiracji dla własnych kreacji.

Marta (autorka kukły) zabiera wystrojoną przy pomocy koleżanek Powitrulę, fot. Paweł Wroński

Drugim bohaterem jest Bachan. Pogańskie bóstwo zapewniające dobrobyt, bynajmniej nie altruistycznie. Zielonoskóry demon o skrzących się oczach, odwzajemniał się przynosząc szczęście tylko tym, którzy o niego dbali. W przeciwnym razie zachowywał się podle – bywał złośliwy, nawet mściwy. Posłuchajcie jak o swojej kreacji opowiada Ignacy (uczeń VI klasy szkoły muzycznej, specjalista od instrumentów perkusyjnych).


Marta zajmie się zapewne wkrótce kolejną postacią, a Ignacy – być może – zagra demonom do tańca. Poza tym wiele jeszcze kukieł – choćby Kaduk, czy Biali ludzie, czeka na dokończenie i opowieści  młodych twórców.

Nie znam imienia, ale to też ciekawa postać inspirowana tajemnicami natury, fot. Paweł Wroński

OPP1 Jordanek: www.opp1.waw.pl
Fanpage Jordanka: www.facebook.com/opp1jordanek
Kanał filmowy placówki: www.youtube.com


Materiał podsumowuje kolejny etap jordankowego projektu „Strachy na Lachy”, który zakończy się w maju 2018 roku wystawą w Muzeum Pragi.


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00