Saska Kępa i pierogi z „Pikanterii”

„Pikanteria”, choć z zewnątrz prezentuje się niepozornie, ma na Saskiej Kępie rzesze wielbicieli – od dawna. Porcje bowiem, są – rownież od dawna – smaczne i obfite.

Ja na prywatny użytek testuję walory knajp objadając się pierogami. A tych w „Pikanterii” serwują aż 7 rodzajów, nie mówiąc już o tym, że mogą być gotowane, bądź z pieca, a do tego – niezależnie od sposobu przyrządzenia – z omastą! Ponadto można zamówić porcję różnorodnych smaków, i nie wpływa to na cenę (!).

 

Pierogi z „Pikanterii”: z mięsem, z kapustą i grzybami, ze szpinakiem, ruskie, z soczewicą, z kaszanką i staropolskie czyli z kaszą gryczaną (cena porcji z czerwca 2018 – 18 zł; aktualne menu w Internecie na stronach oraz fanpage’u lokalu na FB).

 

Oczywiście, to nie wszystko. Menu jest wypełnione równie obficie jak talerze. Ponadto, mimo, że gospodarze odwołują się do tradycji kuchni polskiej, dań dla wegetarian, a nawet wegan – nie brakuje.


„Pikanteria” Restauracja Drinkbar (Warszawa, ul. Walecznych 68a):
www.pikanteria.waw.pl
www.facebook.com/Pikanteria

Reklamy

Pielmieni w Hali Gwardii

Z okazji Święta Pielmieni, w Hali Gwardii serwowano dziś pierogi zza wschodniej granicy w promocyjnej cenie. Jestem fanem mącznych potraw, a pielmieni to nic innego jak kuzyni naszych ruskich, litewskich kołdunów, czy tyrolskich Schlutzkrapfen…

Wspomniana atrakcyjna cena porcji (za 16 szt. pielmieni z mięsnym farszem) – 5 zł; relatywnie do zwykłej (20 zł), rzeczywiście nader atrakcyjna! A smak taki, jak należy.

W stoisku są także chinkali, a raczej „kozacka” wariacja na temat tej gruzińskiej potrawy – z farszem z baraniny. Jedne i drugie można polać śmietaną i zaostrzyć, dodając odrobinę przypraw.

 

Ponoć пельмени wywodzą się z Syberii. Wokół potrawy w tamtejszym wydaniu narosło wiele mitów, choćby o wkładaniu lodu do farszu i przechowywaniu w ten sposób wody. Nie zmienia to faktu, że pielmieni rozpowszechnione są dziś w całej Rosji, na Ukrainie, w Polsce i krajach ościennych. Podobne danie przygotowują też panie domu w Alpach i w krainach rozrzuconych wokół Kaukazu. Różnice dotyczą głównie rodzajów farszu, a zwłaszcza jego przygotowania oraz wielkości pierożków, przez co wariacji jest mnóstwo!

Tradycyjne rosyjskie pielmieni robi się z mielonego, ale z surowego, a nie jak to zazwyczaj u nas bywa, przegotowanego mięsa. Dzięki temu w pielmienach jest ono soczyste, bo soki wydobywające się z niego podczas gotowania pozostają wewnątrz pierożka. Potrawa jest aromatyczna, a okrasa zbędna, stąd zapewne zwyczaj polewania ich jedynie śmietaną.

Co do wielkości, pielmieni są niewielkie, bo żeby odczuć w pełni ich smak i aromat najlepiej całe wkładać do ust. I tu rysuje się podobieństwo do gruzińskich chinkali – dużych, więc technika jedzenia jest zupełnie inna (więcej o chinkali w tym portalu: https://pawelwronski.blog).

 


‘Chinkali * Pielmieni’ w Hali Gwardii: www.facebook.com

Slogan pierogarni: „Mamy jeden rodzaj pielmieni – najlepszy

Organizacja: Centrum Wielokulturowe, Jagiellońska 54; www.centrumwielokulturowe.waw.pl

Slogan Centrum: „Warszawiacy się nie boją

I ja tam byłem… jak to w bajkach, fot. Edyta Trębicka

Parnik, czyli inwazja chińskich pierogów

Przez żołądek do serca, mówi polskie porzekadło. Chińczycy włączyli się do rywalizacji o nasze, rzucając na szalę pierogi na parze. Mnożące się przynajmniej w Warszawie lokale, serwują tę potrawę z farszami dla wegetarian lub mięsożerców, i szybko zyskują klientelę.

Jako zdeklarowany wielbiciel pierogów wszelkiej maści trzymam za ten trend kciuki. Zresztą jest to wspieranie również rodzimej, polskiej przedsiębiorczości, gdyż pierogi na chińską modłę preparują u nas nie tylko obywatele Kraju Środka. Najlepszy dowód pierogarnia, działająca od stycznia 2017 roku przy ul. Zamienieckiej 70 na Grochowie w Warszawie, należąca do sieci „Parnik”, rozrastającej się drogą franczyzy.

Na podkreślenie zasługuje fakt, że receptura pochodzi z prowincji Heilongjiang. Pierogi są przygotowywane ze świeżych produktów na miejscu, i podgrzewane na parze – bez tłuszczu. Serwowane w bambusowych koszyczkach, zwanych parnikami (można zamawiać na wynos – wtedy, niestety bez parnika), dobrze smakują i niewiele kosztują.

Pierogi na parze należą do popularnej w Chinach kategorii dim sum – przekąsek łatwych do przygotowania. Co ciekawe, z dim sum jest podobnie jak z cappuccino. Włosi piją je tylko rano, a u nas – pora nie ma znaczenia. Potrawy typu dim sum – dosłownie coś małego (coś na ząb) – jadano do herbaty, zazwyczaj rano, co najwyżej przed południem. W drodze, na przykład zatrzymując się w herbaciarniach przy handlowym trakcie. Po dziś dzień, tradycyjne chińskie restauracje, nie serwują po południu dim sum. U nas natomiast podaje się większe porcje, przez co dim sum, zyskują rangę głównej pozycji z menu „chińskich” restauracji.


INFO
„Parnik”: www.parnik.com.pl
Bar przy ul. Zamienieckiej 70 czynny jest w godzinach: 10:00-23:00. Inne punkty w Warszawie znajdują się przy Chmielnej 98 , Wolskiej 50a, w al. KEN 84 oraz przy ul. Geodetów 5 (Mysiadło).

Austria / Tyrol, Pillerseetal – barszcz dźwignią biznesu

Kiedy nasz rodak kupił podupadły hotel w Fieberbrunn w Pillerseetal, w jednym z mniej znanych rejonów narciarskich Tyrolu, austriaccy sąsiedzi patrzyli na niego z życzliwą ciekawością, ale nie postawiliby na niego złamanego eurocenta.

Wszystko zaczęło się od tego, że Stani, jak go teraz nazywają Austriacy, właściciel jednego z naszych nadmorskich hoteli zapragnął rozszerzyć swoją ofertę na sezon zimowy. Wybrał Fieberbrunn, centralną miejscowość Pillerseetal, głównie dlatego, że na wystawiony tam na sprzedaż obiekt było go stać. Formalności ograniczyły się zresztą do minimum, a potem – czemu nie może się po dziś dzień nadziwić – urzędnicy jedynie przypominali o wymaganych austriackim prawem terminach i procedurach, z niezmienną troską pytając czy sobie poradzi, i czy na pewno nie potrzebuje pomocy. Drugie zaskoczenie przeżył nasz rodak wtedy, gdy sąsiedzi, a zarazem konkurenci, bo przecież w Austrii, w Alpach każdy dom już dawno przekształcono w hotel albo pensjonat z restauracją, zaczęli go sobie stawiać za wzór. Dokonał bowiem w ich mniemaniu cudu. Wydźwignął hotel, a jego pokoje od pierwszego sezonu po rozruchu nie świeciły pustkami. Nie było to może aż takie trudne, bo jego goście znad morza chętnie korzystali z zimowego zaproszenia do Tyrolu. Kto się zresztą nie zmieścił pod jego dachem, był z otwartymi ramionami przyjmowany w sąsiednich hotelach. O podobnym standardzie, za podobną cenę. Bo w miejscowościach Pillerseetal, w odróżnieniu od położonego u stóp tych samych gór (tylko że po drugiej stronie), snobistycznego Kitzbühel, dominują trzy- a nie pięciogwiazdkowe przybytki. Nie ma też salonów Armaniego czy Prady. Są zwykłe sklepy sportowe, odzieżowe, spożywcze. Po ulicach nie spacerują damy w przesadnie eleganckich futrach, raczej otoczone gromadką dzieci zabiegane mamy. Bowiem tereny narciarskie (są tutaj trzy), niemniej malownicze niż w Kitzbühel, świetnie nadają się na rodzinny urlop. Nie jest przy tym wcale nieciekawie, bo widoki wspaniałe, w restauracjach przygrywają do kotleta kapele uprawiające tak zwaną Haus Musik, czyli folk (ale bez jodłowania, a przynajmniej z umiarem), dla żądnych mocniejszych wrażeń jest kultowa dyskoteka „Nr 1” w Waidring, w której hula się do rana, a dla wielbicieli bardziej rustykalnych nastrojów „Almausschank”, szałas zamieniony w bar, w którym urządza się imprezy po zamknięciu wyciągów. Co zaś się tyczy Kitzbühel, to można je odwiedzać ile razy dusza zapragnie bo dojazd zajmuje zaledwie pół godziny (nawet kursowym autobusem niewiele dłużej niż własnym autem). Co zaś w tej historii najciekawsze, nasz rodak zajął nader wysoką pozycję również w miejscowej gastronomii. A to, co mu nawet przez myśl nie przeszło, za sprawą barszczu. Bo na barszcz, żurek i pierogi przychodzą dziś do niego wszyscy, włącznie z burmistrzem, ilekroć tylko zapragną jakoś egzotycznie ugościć rodzinę lub partnerów w interesach. I może właśnie za sprawą barszczu, doszło już do tego, że gospodarze położonej przy niemieckiej granicy Pillerseetal, zainteresowali się polskim rynkiem, jako wielce obiecującym. Jak tak dalej pójdzie, to gotowi zmienić herbowe strumienie tryskającej ze studni gorącej wody… na wazę barszczu.

INFO
Pillerseetal – Der Schatz in den Kitzbüheler Alpen (Skarb Kitzbihelskich Alp), z cennikami skipassów, adresami kwater i formularzami rezerwacyjnymi oraz wszelkimi innymi niezbędnymi gościom informacjami: www.pillerseetal.at
Hotel bohatera opowieści – Stanisława Chomy to 3-gwiazdkowy Gasthaus „Auwirt” w Fieberbrunn: www.gasthausauwirt.pl

Tekst publikowany na stronach www.smakizycia.pl