Akcenty i zgrzyty 100 lecia Niepodległej

Od Bałtyku po Tatry, od doliny Odry po Bug odbywały się w Polsce parady, marsze, biegi stulecia i przeróżne happeningi, festyny sportowe i rodzinne. Posypały się życzenia pomyślności i gratulacje z całego świata, choć najwyższej rangi politycy pojechali jak jeden mąż do Paryża, aby świętować 100. rocznicę zakończenia I wojny światowej.

W Dubaju na biało-czerwono podświetlono najwyższy budynek świata, w Budapeszcie udekorowano naszymi flagami Most Łańcuchowy. Piękną zapowiedź polskiego Dnia Niepodległości przygotowała tajwańska telewizja FTV Global News.

Litewskie lokomotywy wytrąbiły Mazurka Dąbrowskiego. To był miły i pomysłowy gest.

W kraju też się wiele działo. Na Kopcu Kościuszki w Krakowie pojawiła się biało czerwona flaga, a przepiękne zdjęcie Kopca, wyłaniającego się z mgły obiegło Internet. Flagi załopotały choćby na krzyżu na Giewoncie. Gdzieś ktoś skakał 100 razy na motorze, a gdzie indziej wykonano 100 skoków na spadochronie… Były oczywiście koncerty, składanie wieńców, przemówienia… Na Youtubie pojawił się krótki film z krajobrazami z naszego kraju, do którego narracji użyczył głosu Piotr Fronczewski, czytając wiersz Wisławy Szymborskiej „Gawęda o miłości do ziemi ojczystej” (za tym projektem stało PKP Intercity), a Polska Fundacja Narodowa przygotowała spot z udziałem Mela Gibsona.

W tym ostatnim spocie – nie wiadomo jedynie po co – usunięto z wizji PKiN. Cóż, pamiątka PRL-u budzi tak ogromne emocje i wciąż pojawiają się absurdalne żądania zburzenia budynku, że można zrozumieć powody tego infantylnego posunięcia. Andrzej Duda nie raczył też powitać Donalda Tuska, najwyższego i prawdę mówiąc – jako przewodniczącego Rady Europy – jedynego tak wysokiej rangi gościa oficjalnych uroczystości. Uprzedzenia członków PiS w stosunku do UE i jej przedstawicieli (zwłaszcza o polskim opozycyjnym rodowodzie), są tak silne, że tego typu faux pas nawet tak bardzo nie dziwi.

Kościół Wizytek w Warszawie przy Krakowskim Przedmieściu ze skromną dekoracją rocznicową, wieńce i kwiaty pod pomnikeim Prymasa Tysiąclecia, kardynała Stefana Wyszyńskiego, fot. Paweł Wroński

Przy odrobinie dobrej woli, byłaby więc rzeczywiście cała Polska zjednoczona wokół radosnego święta, gdyby nie przyzwolenie partii rządzącej na udział neofaszystów. Dali o sobie znać we Wrocławiu (było ich tam około 9 tys.), i – oczywiście – w Warszawie; w stolicy ze zrozumiałych względów najgłośniej (towarzyszyli im goście z takich organizacji jak Forza Nuova z Włoch). W tym synkretycznym marszu, uznanym oficjalnie za ‘Marsz Niepodległości’ wzięło – jak szacuje policja – ponad 200 tys. osób. W haniebnych okrzykach świadczących o nacjonaliźmie i nienawiści do innych, członkowie partii rządzącej nie dostrzegają nic szczególnego, a postulaty delegalizacji ONR kwitują stwierdzeniem, że jeśli ktoś tego żąda, to powinien żądać także delegalizacji ruchów takich jak Obywatele RP (zgodnie ze specyficznie pojmowaną zasadą symetryczności).

Może spuszczenie zasłony milczenia nad całą tą sprawą byłoby do przyjęcia – ponoć policja ściga winnych incydentów takich jak pobicia, rzucanie racami, czy – co ujmuje już wszystkim Polakom – spalenie unijnej flagi. Niestety, władze, tłumacząc, że czyniono to w dobrej wierze, negocjowały z ONR jak ma wyglądać marsz w Warszawie (szczegóły ustaleń nie są znane), aż wreszcie – ku zdziwiedniu opinii publicznej w kraju i na świecie – przedstawiciele władz RP przyłączyli się do marszu. Wprawdzie przeszli nieco wcześniej przez Most Poniatowskiego, otoczeni szczelnie wojskiem (sic!), a potem szybko spod Stadionu Narodowego odjechali, czego by nie mówić, wyglądało to na ucieczkę. Tylko nie wiadomo przed kim: narodowcami, obywatelami w ogóle, czy demonami, które budzą?

 

 

Reklamy