„Modern China” w Nowym Wilanowie

Wszystko zaczęło się od niepochlebnej opinii znanego kulinarnego recenzenta. Potem były wywiady z właścicielem i tłumaczenie niuansów chińskiej kuchni.

Historia Chin to historia wojny i głodu. Nauczyliśmy się zjadać praktycznie wszystko. To wynika też z wielkiego szacunku do zabijanego zwierzęcia. Staramy się każdą jego część wykorzystać i przygotować w smacznej formie” – mówił w odpowiedzi na zarzuty krytyka Chi Li, właściciel i szef kuchni chińskiej reaturacji. „Nie zamierzam fałszować tradycji, by dopasować się do gustów Polaków”- dodawał (cytuję za: www.metrowarszawa.gazeta.pl). Ale działo się to w epoce „China Garden”, jak nazywała się niegdyś chińska restauracja w Miasteczku Wilanów. Dziś – pod nowym szyldem – „Modern China”, lokal nie narzeka na brak klientów, których pozyskuje autentyzmem potraw, bazujących na tradycjach kulinarnych nadmorskiego regionu Jiangsu.

Budda czuwa w „Modern China” przy Kazachskiej 1, fot. Paweł Wroński

Chiny to ogromny kraj, a więc istna planeta smaków. W Modern China nie poznamy całej planety, a jedynie posmakujemy rodzinnego regionu właściciela. Jak sam mówi – kaczki po pekińsku w swoim lokalu nie podaje, bo zdaje sobie sprawę, że ani on ani jego kucharze z Jiangsu dobrze jej nie przygotują – „Nie pochodzi z regionu, który znamy”. Nie zasmakujemy tam też potraw polanych obficie sosem sojowym, jak się często zdarza w lokalach serwujących – tylko z nazwy – ‘azjatyckie’ potrawy. W Modern China nie zjemy też zeuropeizowanej chińszczyzny, bo ambicją pana Chi Li jest przybliżenie atmosfery konkretnego chińskiego regionu – jego rodzinnego Jiangsu.

Żeby ten zamysł podkreślić, zadbał o wystrój, zapraszając polską projektantkę wnętrz na miesięczną podróż po Chinach. W efekcie, podobnie jak menu, autentyczny wystrój przyciąga klientelę. Chińczycy pracujący w Warszawie ściągają na Kazachską 1, bo serwowane tu potrawy przypominają im smak ojczyzny. Kto Chiny odwiedzał lub jakkolwiek liznął kultury Państwa Środka, zagląda tu z niemniejszą przyjemnością. W menu pełnym różnorodnych dań znajdą coś dla siebie zarówno zwolennicy mięsnych potraw jak i zagorzali ich przeciwnicy (www.facebook.com).

Jesteśmy pierwszą restauracją chińską z kuchnią regionu Jiangsu. Z tego regionu pochodzą właściciele restauracji jak i kucharze co jest gwarancją jej oryginalności. W naszej kuchni potrawy przygotowywane są ze świeżych produktów, w profesjonalnych wokach, zawsze na zamówienie klienta.

Tak w portalu gdziezjesc.info reklamuje się chiński lokal z Wilanowa


Modern China (中国人家), Kazachska 1: www.facebook.com

O Modern China na blogach i w prasie:

Reklamy

Lubelska impresja – od Jagiełły do Kozidrak

Lublin – metropolia naszego wschodniego pogranicza zachwyca historią, zabytkami, kusi różnorodnymi imprezami. Postacie króla Władysława Jagiełły i współczesnej piosenkarki Beaty Kozidrak spinają symboliczną klamrą ponad 700-letnie dzieje miasta.

W 2017 roku, Lublinowi stuknęło 700 lat. Kluczowym jednak wydarzeniem, u zarania miejskich dziejów grodu z kozą w herbie, było przybycie pół wieku po lokacji Władysława Jagiełły. Miasto położone mniej więcej po środku drogi między Krakowem i Wilnem, na skrzyżowaniu dawnych szlaków handlowych stało się oczkiem w głowie pierwszego z Jagiellonów. Pomny, że to właśnie tam panowie polscy okrzyknęli go w 1385 roku swym władcą, obdarowywał Lublin przywilejami handlowymi, które legły u podstaw wielowiekowej prosperity miasta. W 1418 roku ukończono też najwspanialsze dzieło jakie z woli Władysława Jagiełły ozdobiło Lublin. Skromna z pozoru Kaplica Trójcy Świętej na Zamku Królewskim w Lublinie jest arcydziełem XV-wiecznej sztuki. Jej ściany pokrywają bowiem wspaniałe, niepowtarzalne w skali całej Polski freski w stylu bizantyńsko-ruskim.

W 1569 roku, z tych samych powodów dla których Jagiełło tak często gościł w Lublinie, w mieście zawarto akt Unii Lubelskiej, w wyniku którego Polska i Litwa związały się mocniej niż tylko poprzez osobę władcy. Powstała Rzeczpospolita Obojga Narodów – w owym czasie pierwsza z europejskich potęg. Połączone kraje przetrwały jeszcze dwa wieki dziejowych burz, a interkulturowy kontekst uczynił z Lublina kluczową metropolię pogranicza Polski, Litwy i Rusi. W 2019 roku Lublin obchodzi uroczyście 450-lecie tego wydarzenia.

Szczególną atmosferą miasto wciąż zachwyca, a błąkającego się po zaułkach starówki ducha przeszłości czuć tutaj niemal fizycznie. Tę niezwykłą atmosferę doceniają filmowcy. W Ogniem i mieczem Jerzego Hoffmanna, w Kaplicy Trójcy Świętej przysięgał zdusić kozacką rewoltę filmowy książę Jeremi Wiśniowiecki. Lublin zamienił się w nieznane z nazwy miasto na kresach w filmie „Wiosna 1941” w reżyserii Uri Barbasha. Tu kręcono sceny do serialu „Czarne Chmury”, wielokrotnie miasto stawało się starą Warszawą, Krakowem, Wilnem, Paryżem… Niezależnie jednak od tego jakie szaty przywdziewa, Lublin jest przede wszystkim sobą. Ma niepowtarzalny klimat i żyje. Jest miastem akademickim, miastem kongresów i festiwali. Urodzili się tutaj m.in. Bohdan Łazuka, Zbigniew Hołdys i jedna z pierwszych dam polskiej piosenki – Beata Kozidrak.


 


Wszystko o Lublinie: www.lublin.eu
Lublin Władysława Jagiełły: www.teatrnn.pl
Sławni ludzie urodzeni w Lublinie: www.biografia24.pl
Miejskie atrakcje i propozycje zwiedzania opracowanymi przez lokalnych przewodników trasami: www.przewodnik.lublin.eu
Fanpage turystyczny Lublina na Facebooku: www.facebook.com

Oblicza Torunia – sport i sztuka

Z pewnością wszyscy wiecie, że Toruń jest miastem Kopernika i szczyci się tysiącem budowli z gotyckiej cegły. Ale czy fascynacja przeszłością nie przesłania nam atutów współczesnych? Przecież Toruń żyje! Jest miastem sportu i kultury – wystaw i festiwali!

Miasto sportu
W grudniu 2018 roku toruńska delegacja odebrała w Parlamencie Europejskim w Brukseli flagę Europejskiego Miasta Sportu 2019. Jako piąte w Polsce, miasto dołączyło do grona wyróżnionych tym tytułem przez European Capitals and Cities of Sport Federation (ACES Europe). Międzynarodowa komisja doceniła bogatą infrastrukturę sportową, na którą składają się: Toruński Ośrodek Sportu, Przystań Toruń, Centrum Sportowo-Rekreacyjne, Stadion Miejski (lekkoatletyczny i piłkarski) im. Grzegorza Duneckiego oraz Motoarena Toruń imienia Mariana Rosego. Ostatni obiekt obchodzi w tym roku jubileusz 10-lecia. Nawiązuje do bogatych toruńskich tradycji żużla, sięgających lat 30. XX wieku, a obecnie jest jedną z najnowocześniejszych aren żużlowych na świecie. Wszystko za sprawą wyjątkowego toru wyścigowego, przy którego konstruowaniu udzielały się takie znakomitości czarnego sportu jak Ole Olsen czy Per Jonsson. Niepowtarzalny owal długości 325 m o nachyleniu 4% na prostych i 7% na łukach, umożliwia zawodnikom uzyskiwanie niebywałych wyników. Póki co, rekord toru należy do członka miejscowej drużyny Get Well Toruń, Jacka Holdera. W 2017 roku osiągnął on czas 56,50 sek. Emocje fanów sięgają zenitu – to i kiedy uzyska lepszy czas? Szczególna okazja nadarzy się w tym roku, 27 lipca. Na toruńskiej arenie rozegrana zostanie wtedy jedna z czterech finałowych rund Speedway Euro Championship. Spośród uczestników tych zawodów wyłoniony zostanie mistrz kontynentu w czarnym sporcie. Kibice żużla mogą już szykować się na wielkie widowisko, zaledwie 6 km od toruńskiej starówki!
www.speedway.torun.pl

Żużel na Motoarenie w Toruniu (zdjęcie pochodzi z serwisu sportowego TV)

Miasto sztuki
Prawdziwą ucztę dla zmysłów zapowiadają organizatorzy wydarzenia z innego niż sport bieguna. Od 8 marca do 11 sierpnia 2019 roku, Toruń będzie gościć wybitną przedstawicielkę sztuki współczesnej, ikonę performansu, Marinę Abramović. Jej wystawa DO CZYSTA / THE CLEANER jest etapem europejskiego tournée artystki, zorganizowanego przez Moderna Museet ze Sztokholmu, Muzeum Sztuki Współczesnej Louisiana w Humlebæk i Bundeskunsthalle w Bonn. Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu (CSW) będzie jedynym miejscem w naszej części Europy, uwzględnionym w tym wyjątkowym przedsięwzięciu. Na retrospektywną wystawę złoży się około 120 dzieł artystki – od prac z lat 60. XX wieku po współczesne realizacje. Organizatorzy zrekonstruują także niektóre performatywne akcje Abramović i zaprezentują je na żywo podczas pokazów. Można też będzie osobiście spotkać artystkę, która zagości w Toruniu podczas marcowego wernisażu.
www.csw.torun.pl

Plakat anonsujący wystawę ikony performasu w CSW w Toruniu

Pełen kalendarz toruńskich wydarzeń w 2019 roku: www.torun.pl

Świdnica, Lubiąż, Książ i coś

Pochylając się nad mapą Dolnego Śląska, możemy spokojnie zamknąć oczy i opuścić palec na chybił-trafił. Za każdym razem trafimy na coś ciekawego, ręczę. Ja tak zrobiłem, a wyniki eksperymentu prezentuję poniżej.

Zaczęło się od malowniczego miasteczka Świdnica. Leży nad Bystrzycą, a sławę przynoszą mu świątynie. XIV-wieczna katedra św. św. Stanisława i Wacława, której południowa wieża o wysokości 103 m, sklasyfikowana jest na drugim miejscu w Polsce. Północnej wieży próżno szukać na tle nieba, bo jej budowę przerwano na wysokości nawy już w średniowieczu. Wnętrza kościoła zachwycają rzeźbiarskim wystrojem z przełomu XVII i XVIII wieku. Jego twórcą był dolnośląski rzeźbiarz, Jan Riedel. Druga miejska świątynia także należy do krajowych „naj”. Pochodzi z XVII wieku i jest największą drewnianą budowlą sakralną w Polsce. W jej wnętrzu są miejsca dla 7500 wiernych. Do świeckich tradycji Świdnicy nawiązuje cotygodniowy targ staroci, który odbywa się w każdą pierwszą niedzielę miesiąca, tam gdzie handlowano od wieków – na świdnickim rynku, jednym z najcenniejszych i najpiękniejszych na Dolnym Śląsku. Kogo zabytki nudzą, może odwiedzić jedno z oryginalnych muzeów działających w miasteczku. Przy rynku pod numerem 37 mieści się oryginalne Muzeum Dawnego Kupiectwa, w którym obejrzymy dawne wagi, odważniki oraz aranżacje sklepów sprzed lat (www.muzeum-kupiectwa.pl). Druga interesująca ekspozycja mieści się w Witoszowie pod numerem 7. To Muzeum Broni i Militariów, w jakie przekształciła się prywatna kolekcja Stanisława Gabrysia. Wśród ponad 1000 eksponatów znajdziemy tam broń strzelecką, maszynową, a nawet przeciwpancerną. I jeszcze będzie można postrzelać z broni krótkiej – na działającej przy muzeum strzelnicy (www.muzeum-broni.com.pl).

Za drugim razem mój palec trafił na Lubiąż – jeden z przystanków Szlaku cysterskiego (www.polskieszlaki.plwww.mogila.cystersi.pl). I to nie jakiś pośledni, ale arcyważny, bo Lubiąż był w połowie XII wieku pierwszym miejscem na piastowskich ziemiach, do którego sprowadzono cysterskich zakonników. Pierwsi przybyli wprawdzie benedyktyni, ale szybko zastąpili ich żyjący wedle tej samej reguły św. Benedykta, cystersi. Okres świetności opactwa przypadł na epokę baroku. Zespół z tych czasów należy dziś do największych i najwspanialszych kompleksów klasztornych w Europie, i – pomimo, że jest zniszczony – ślady dawnej świetności wciąż dają się zauważyć. Ponadto w wystawionej obok w XIV wieku bazylice, spoczywają Piastowie Śląscy, m. in. Bolesław Wysoki, który ufundował w średniowieczu klasztorne założenie. Czasy prosperity dobiegły końca, gdy w 1741 roku, Dolny Śląsk dostał się pod panowanie pruskie. Niechętni katolikom Prusacy zsekularyzowali zakon w 1810 roku, a opustoszałe budynki zamienili dwie dekady później w zakład dla umysłowo chorych. Dziś udostępnione do zwiedzania opactwo jest w remoncie, i być może w ciągu kilku lat odzyska dawną świetność. W jego scenerii spotykają się co roku fani kultury alternatywnej. Najbliższa edycja Slot Art Festiwalu odbędzie się w dniach 9-13 lipca 2019 roku (www.slot.art.pl).

Trzeci strzał – paradoksalnie – nieco mnie rozczarował, bo trafiłem na Książ. Zdziwieni? Przecież to sztandarowy obiekt, duma Dolnego Śląska?! No właśnie dlatego, bo o Zamku Książ piętrzącym się na obrzeżach Wałbrzycha napisano już chyba wszystko. O jego romantycznej właścicielce, księżnej Daisy i o stadninie koni, o imponujących rozmiarach, wystroju i wspaniałych ogrodach. Dodam więc tylko, że w tej niezwykłej scenerii w dniach 3 kwietnia – 3 maja odbędzie się w 2019 roku XXXI edycja najbarwniejszej dolnośląskiej imprezy – Festiwalu Kwiatów i Sztuki (www.ksiaz.walbrzych.pl).

Marzyłem, żeby kolejny strzał z palca przyniósł jakiś cud natury. Jest ich przecież równie wiele na Dolnym Śląsku co wspaniałych zabytków. I udało się, palec wylądował nieopodal Jeleniej Góry, w Krainie Wygasłych Wulkanów, jaką tworzą Góry i Pogórze Kaczawskie. To jedyne miejsce w Polsce zbudowane od początku do końca ze skał wulkanicznych, głównie z bazaltu. Rzucają się tam w oczy stożkowate pagórki nieznacznej wysokości. Na ich stokach zarastają roślinnością gołoborza, a okolice roją się od osobliwości. Wskażę – dla zachęty – jedną: Wielkie Organy Wielisławskie w Sędziszowej nad Kaczawą. W stoku tamtejszego wzgórza wysokiego zaledwie na 375 m odsłaniają się barwne porfiry o unikalnej słupowej strukturze. Niegdyś wydobywano je w miejscowym kamieniołomie, teraz podlegają ochronie w geologicznym rezerwacie. W pobliżu zionie otwór jaskini z długim na 100 m korytarzem, a na szczycie piętrzą się ruiny średniowiecznego zameczku. Naprawdę piękne miejsce, ze wszech miar warte odwiedzin (opisane choćby tutaj: www.crazynauka.pl).


Opisy niezliczonych atrakcji Dolnego Śląska znajdziecie m.in. w portalach takich jak te: www.polskieszlaki.pl lub www.poznajdolnyslask.pl i wielu, wielu innych. Powodzenia!

Wilkoń dostępny przez Internet

Nowoczesna opcja – kontrowersyjna, ale chyba taka właśnie będzie przyszłość. Tym bardziej to ponętne, że laptop plus rzutnik równa się możliwości oglądania dzieła w dowolnie (niemal) dużej skali.

Wykorzystując tablet i artystycznie wyszkolony palec, mistrz ilustracji, rzeźb i plakatu, Józef Wilkoń stworzył 30 aktów. Wystawiono je w Radziejowicach, czyli tam gdzie inne dzieła mistrza zdobią już wcale udatnie rozległą przestrzeń parku.

Tyle, że dzięki współpracy Fundacji „Arka” im. Józefa Wilkonia i wyznaczającego nowe trendy portalu Rynek i Sztuka można radziejowicką wystawę obejrzeć nie wychodząc… z domu. Wystarczy wykorzystać następujący link: www.artekspozycje.rynekisztuka.pl.

Więcej o ekspozycji – zobaczcie i posłuchajcie! Film zaczerpnąłem z youtube’owskiego kanału Limited Edition – Galeria Sztuki Współczesnej (www.youtube.com).

Ja obejrzałem, posłuchałem. Teraz zaś, stoję przed iście szekspirowskim dylematem: Jechać? Nie jechać? Oto jest pytanie!

Na pociechę jeszcze jeden film z tego samego kanału, w którym artysta opowiada o swoim doświadczeniu z elektronicznym tworzeniem grafik – fajnie opowiada, serio!


Konsekwencją wirtualnego zwiedzania wystawy jest też to, że nie muszę się wysilać na własny tekst, bo organizatorzy zadbali, żeby już wszystko powiedzieć 🙂 W tej sytuacji, po prostu cytuję tekst z portalu www.artekspozycje.rynekisztuka.pl:

Akt w malarstwie Józefa Wilkonia to seria obrazów autorstwa Józefa Wilkonia stworzona przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii – zostały namalowane palcem na tablecie i wydane przez Galerię Limited Edition z Warszawy z okazji 89. urodzin Artysty jako grafika kolekcjonerska. Współorganizatorem projektu jest Dom Pracy Twórczej w Radziejowicach, gdzie można zobaczyć czasową ekspozycję tych niezwykłych prac.

W trakcie niniejszej wystawy zostanie zaprezentowanych 30 wyselekcjonowanych obiektów, które do tej pory nie były dostępne w sprzedaży. Prace te wydano w ekskluzywnej, sygnowanej i numerowanej ręcznie edycji limitowanej 5 sztuk. Obiekty zostały wydrukowane w technologii Digigraphie, na płótnie o wielkości 100 x 75 cm. Szlachetność materiału oraz technologia wydruku nadały tym wizerunkom ponadczasowego charakteru oraz trwałości, dzięki czemu zadowolą one najbardziej wybrednych kolekcjonerów.

Akt w malarstwie Józefa Wilkonia jest efektem trzeciej już współpracy artystycznej Mistrza i Galerii Limited Edition. W 2016 roku została wydana seria Elektroniczne Impresje Wilkonia, a w 2018 roku powstała seria unikatowych rzeźb w brązie pt. Brązy Wilkonia. Prace te są dostępne wyłącznie w Galerii Limited Edition.

Wystawę można oglądać w Nowym Domu Sztuki Pałacu w Radziejowicach (ul. Sienkiewicza 4), po wcześniejszym umówieniu telefonicznym oraz wirtualnie na limitededition.pl, w dniach od 13 lutego do 7 kwietnia 2019 roku.

TEKST KURATORSKI

Józef Wilkoń znany głównie jako ilustrator, rzeźbiarz zaskoczył wszystkich nawet siebie. Za temat swoich najnowszych prac przyjął przedstawienie kobiecego aktu.

Sześćdziesiąt lat temu jako pilny student Akademii Krakowskiej Wilkoń studiował rysunek aktu z modela, który był ważną częścią edukacji artystycznej.

Przez ponad pół wieku nie wracał do tematu, zajmując się głównie ilustracją książkową, po drodze rzeźbiąc wizerunki głównie zwierząt. Dzięki talentowi i pracowitości osiągnął na tym polu duży sukces. Przez lata stworzył swój wyrazisty, indywidualny styl artystyczny wypracowany za pomocą oszczędnych środków wyrazu popartych niezwykłą wyobraźnią. Mistrzowski rysunek Artysty, a także niezwykłe wyczucie koloru przysporzyły entuzjastów Jego twórczości w różnorodnych zakątkach świata. Po przejściu wielu etapów i licznych przemianach artystycznych Wilkoń palcem na tablecie tworzy cykl aktów kobiecych. I nie są to luźne rysunki układane do szuflady sobie, a muzom, ale prace z których sformowana będzie wystawa towarzysząca osiemdziesiątym dziewiątym urodzinom malarza.

Biegłość warsztatowa, śmiały rysunek, swoboda i mistrzostwo kreski kreują smukłe ciała kobiece pełne subtelnej zmysłowości. Sposób budowania formy, wypełnianie kształtów kolorem, operowanie światłem powodują iż czujemy ciepło i gładkość skóry malowanych postaci. Niektóre akty ukazane zostały w wielkim skrócie, nieomalże jak znak wyłaniający się z czarnego tła. Inne niepozbawione narracji i atrybutów dnia codziennego, zachwycają poetyką prostoty i harmonii. Są rodzajem autowidoków zapamiętanych przez twórcę. Nie do końca pozostają wytworem wyobraźni Artysty, mogą być z powodzeniem odbiciem sylwetek realnych kobiet mających spory wpływ na emocjonalne życie Józefa Wilkonia, który jak sam mówi, erotykę wiąże z boskim aktem stworzenia dalekim od grzesznych konotacji.

Patrząc na obrazy namalowane przez Wilkonia mamy wrażenie iż mamy do czynienia ze swoistym dialogiem Artysty z wizerunkami aktu na przestrzeni historii sztuki. W wilkoniowych aktach dźwięczy światło Caravaggia, Rembranta, Giorgione. Również w temacie i kolorycie znajdujemy analogię do kobiet malowanych przez Lucasa Cranacha „Trzy gracje”, Giorgione „Śpiąca Wenus”, czy Bouchera „Portret Marie-Luise”. Sposób przedstawienia wizerunków przywodzi również na myśl widza niezwykłe akty genialnego Amadeo Modiglianiego.

Pomimo tych widocznych analogii w sposobie przedstawienia, w postaciach kobiet stworzonych przez Wilkonia, na pierwszy rzut oka widać pewną rękę Artysty podejmującego szybkie decyzje malarskie, mistrza w budowaniu nastroju za pomocą światła i koloru, niezrównanego w rysunku.


Spojrzenie w głąb ludzkiego ciała

„Body Worlds” – wystawa, określana w mediach mianem jednej z najbardziej kontrowersyjnych, skłania do refleksji nad fenomenem konstrukcji, wytrzymałości, a zarazem kruchości ludzkiego ciała.

W ciągu 20 lat, wystawę von Hagensa obejrzały ponad 43 miliony osób. W Polsce pokazywano ją w Katowicach, Łodzi, Wrocławiu i Warszawie. Promowana bardzo intensywnie, zyskała świetne recenzje gwiazd pop-kultury. Pozytywnie odnosił się do niej nawet watykański „L’Osservatore Romano”. Ba, w jej scenerii nakręcono sceny do słynnej sagi przygód Jamesa Bonda („Casino Royale”), wykorzystując je potem marketingowo; z tej reklamy w Polsce korzysta platforma e-Bilet.pl.

Wokół wystawy, a w konsekwencji całego przedsięwzięcia, narosło w świecie mnóstwo kontrowersji i sensacyjnych podejrzeń. Środowiska katolickie podnosiły problemy etyki i moralności, kontestatorzy poddawali w wątpliwość autentyczność zgód ludzi, których ciała wykorzystano do wykonania plastynatów (jak dotąd zgodę wyraziło ponoć ponad 16 tys. osób) oraz komercyjny wymiar przedsięwzięcia – plastynat wart jest średnio około miliona dolarów. Początkowo plastynaty służyły jedynie jako pomoce naukowe, teraz każdy, jeśli tylko go na to stać, może sobie plastynat kupić.

Gdy głównym ośrodkiem plastynacji stało się chińskie miasto Dalian, pojawiły się sugestie, że wykorzystywano zwłoki chińskich dysydentów. Autor metody broni się przed takimi zarzutami, wskazując, że władze Państwa Środka, jako pierwsze zezwoliły mu na działalność. W Europie, gdzie próbował wcześniej ją rozwinąć nie szczędzono von Hagensowi krytyki, obdarowując przydomkiem: „doktor Frankenstein”, albo jeszcze gorzej brzmiącym: „doktor Śmierć”. W mediach zaś, porównywano jego prace do eksperymentów zbrodniarza z obozu w Oświęcimiu, osławionego Josefa Mengele, prowadzącego eksperymenty na ludziach.

Dziś, twórca metody plastynacji ma konkurenta, którym został jego były chiński współpracownik i uczeń – Sui Hongjin.

W 2005 roku pojawił się kolejny polski akcent w biografii niemieckiego lekarza – zakończona niepowodzeniem z powodu zdecydowanych protestów – próba otwarcia oddziału instytutu plastynacji w Polsce, w miejscowości Sieniawa Żarska, nieopodal niemieckiej granicy.

 

„Najliczniej odwiedzana na świecie naukowa wystawa, autorstwa dr. Gunthera von Hagensa. Ekspozycja opowiada o cudzie, złożoności i kruchości ludzkiego ciała. Inspiruje do życia z zachowaniem witalności i pełni sił.”
(z anonsu wystawy w PKiN w Warszawie, 2018/2019).

 

Gunther von Hagens (na prawdę Gunther Liebchen) – kreator metody plastynacji jest związany z Polską, gdyż urodził się w wielkopolskich Skalmierzycach, a więc na terenach włączonych do III Rzeszy w okresie 1939-1945. Po wojnie mieszkał z rodziną na terenie NRD.  W 1968 roku został aresztowany za udział w demonstracji przeciwko radzieckiej interwencji zbrojnej na terenie Czechosłowacji i próbę ucieczki z NRD. W 1970 roku, wraz z grupą innych więźniów politycznych, został wykupiony przez władze RFN. Studiował w Jenie, Lubece i Heidelbergu, doktoryzując się z zakresu anestezjologii i medycyny ratunkowej. Swoją nowatorską metodę preparowania ludzkich zwłok opracował w 1977 roku.

Tworząc plastynat, zatrzymuje się najpierw rozkład ciała, wprowadzając formalinę przez tętnice (formalina zabija bakterie). Następnie usuwa się skórę, tkankę tłuszczową i łączną, odsłaniając anatomiczną strukturę ciała. Na koniec utrwala się plastynat poddając go działaniu gazu.

Rozwarstwione, a ściślej mówiąc pocięte na plastry ludzkie ciało – dla jednych makabryczny, dla innych fascynujący plastynat z wystawy Body Worlds, fot. Paweł Wroński

 

Instytut von Hagensa mieści się w Niemczech, nieopodal granicy z Polską – w Guben. Na stronach placówki czytamy: „unikalne w skali światowej pod względem walorów dydaktycznych PLASTINARIUM”. Krytykę, a często sprzeciw budzi przede wszystkim działający przy nim sklep, nazywany przez media „makabrycznym supermarketem”, w którym można kupić spreparowane metodą plastynacji ludzkie serce, dłoń czy inną część ciała.

 

Odrzuciwszy emocje – uważam, że warto tę wystawę zobaczyć, pokazuje bowiem wnętrze naszego ciała w sposób, jakiego inną metodą osiągnąć by się nie udało. Żadna bowiem elektroniczna ani artystyczna makieta prawdziwego ludzkiego ciała nie zastąpi.

Kulisy metody plastynacji i sposoby wykorzystania plastynatów można oglądać na youtube’owskim kanale OriginalBodyWorlds (www.youtube.com).


Plastinarium w Guben (jęz. polski): www.plastinarium.de

Lawina zbiórek na WOŚP

Zbiórka pod hasłem „Zapełnijmy ostatnią puszkę Pana Prezydenta dla WOŚP”, zainicjowana przez Gdańszczankę na facebooku, dla uczczenia pamięci zamordowanego prezydenta jej rodzinnego miasta, Pawła Adamowicza, przyniosła w ciagu tygodnia niemal 16 mln zł (15 991 321 zł; przy założeniu pułapu 1000 zł).

W puszce prezydenta Gdańska było 6,5 tys. zł. W zbiórce na facebooku wzięło udział 264.515 darczyńców. Potem, w sieci, posypała się lawina zbiórek, głównie urodzinowych, których inicjatorzy także chcą przekazywać zebrane tą drogą pieniądze na rzecz „orkiestry” Jurka Owsiaka. Żeby zobaczyć ile jest tego typu inicjatyw i jakie dają efekty, wystarczy wykorzystać ten link: www.facebook.com.

„Nie będziemy dłużej obojętni na panoszącą się truciznę nienawiści”


Paweł Adamowicz piastował urząd Prezydenta Gdańska przez 20 lat. Po raz kolejny mieszkańcy Gdańska przedłużyli jego mandat podczas wyborów samorządowych 4 listopada 2018 roku. W II turze, Paweł Adamowicz uzyskał 64,8% głosów przy frekwencji 57,7% (jego konkurent z PiS otrzymał 35,2% głosów).
Strona prezydenta Gdańska z czasów aktywności: www.adamowicz.pl

Jestem przekonany, że Paweł chce, abym wypowiedział następujące słowa: trzeba skończyć z nienawiścią, trzeba skończyć z nienawistnym językiem, trzeba skończyć z pogardą, trzeba skończyć z bezpodstawnym oskarżaniem innych” – powiedział dominikanin, ojciec Ludwik Wiśniewski podczas mszy pogrzebowej prezydenta Gdańska. Zebrani w gdańskiej bazylice zareagowali na jego słowa owacją na stojąco (w bazylice mariackiej w Gdańsku zebranych było ponad 3500 osób; według szacunków policji, dzięki rozstawionym na ulicach miasta telebimom, w osatniej drodze prezeydenta Gdańska, towrzyszyło mu 45 tys. osób).

Przemówienie o. Wiśniewskiego odbiło się szerokim echem w mediach, bo jak ktoś trafnie podsumował: „słowa których nie powiedział w półgodzinnej homilii abp Głódź, padły z ust zwykłego zakonnika”! Całe przemówienie o. Wiśniewskiego oraz relacja z uroczystości pogrzebowych: www.tvn24.pl

Mowę pożegnalną o. Ludwika Wiśniewskiego przytacza także Tygodnik Powszechny: www.tygodnikpowszechny.pl


Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy: www.wosp.org.pl

XXVII Finał WOŚP: 92.143.798 zł (na zakończenie finału)
27 lat WOŚP: zebrano i wydano na wyposażenie szpitali ponad 1.000.000.000 zł (1 mld zł)

#MuremZaOwsiakiemwww.facebook.com

Chińskie akcenty w Łazienkach

Aleja Chińska ze stylowymi pawilonami i oświetlona lampionami zdobi najpiękniejszy park Warszawy od 2014 roku. Jej powstanie nawiązuje do dziejów stosunków polsko-chińskich w wieloraki sposób.

Ogród Chiński w Łazienkach Królewskich, fot. Paweł Wroński

 

Koncepcja współczesnego Ogrodu Chińskiego opracowana została przez prof. Edwarda Bartmana i architekta Pawła Bartmana we współpracy z chińskimi architektami z Muzeum Księcia Gonga w Pekinie. Nowy Ogród Chiński otwarty został w 2014 roku jako część Ogrodu Królewskiego, by przypominać XVIII-wieczną modę na „chinoiserie”. W opinii dr. Andrzeja Michałowskiego, odpowiada on cechom „chinoiserie”  i charakterowi czasów Stanisława Augusta. Pawilon Chiński, symbolizujący pierwiastek męski, i ażurowa Altana Chińska, symbolizująca kobiecość, połączone zostały kamiennym mostkiem, który – jak podkreśla znawca architektury chińskiej, prof. Wang Hongbo – stanowi nawiązanie do drogi mlecznej.

 

Współczesna Aleja Chińska w Łazienkach jest przejawem fali mody na chińszczyznę, jaka od paru dekad przelewa się przez współczesną Europę. Moda, określana francuskim mianem chinoiserie, napłynęła na Stary Kontynent w latach 80. XVIII wieku. Jej echa dotarły do Polski w okresie rozbiorów, zachwycając Stanisława Augusta Poniatowskiego. Król, esteta i mecenas sztuki, sięgnął skwapliwie do egzotycznego kanonu piękna, wprowadzając do ukochanego parku dalekowschodnie elementy. Dawną drogę łączącą Zamek Ujazdowski z Pałacem w Wilanowie nazwał Aleją Chińską, a w 1784 roku, pod wpływem angielskiej szkoły ogrodniczej, na jej skrzyżowaniu z Promenadą Królewską w Parku Łazienkowskim kazał wznieść z kamieni i drewna Most Chiński. Ślady po nim odkryli archeologowie w 2012 roku. Już dawniej jednak wiedziano jak wyglądał, gdyż w kolekcji UW zachowały się przedstawiające go ryciny, a w petersburskim Ermitażu olejne płótno, ukazujące Most i Aleję. Nieopodal mostu, zaaranżowano na zlecenie króla Ogród Chiński, który nie przetrwał do naszych czasów. Zachowany na terenie parku odcinek Alei Chińskiej liczący 1200 m długości jest jedyną pozostałością królewskiego przedsięwzięcia.

Ogród Chiński w Łazienkach Królewskich, fot. Paweł Wroński

Drugi fakt jest niemal zupełnie nieznany, choć dotyczy czasów współczesnych, konkretnie epoki PRL. Związany z polityką, wykracza daleko poza wymiar estetyczny. Trzeba pamiętać, że na kontakty bilateralne po II wojnie światowej rzucały cień ideologiczne względy. PRL i ChRL były krajami bloku komunistycznego, ale ich relacje wymykały się bacznej kontroli ZSRR, oba bowiem kraje zbliżała chęć zachowania suwerenności. Ba, w 1956 roku Chiny zdecydowanie przeciwstawiły się planom radzieckiej interwencji zbrojnej w Polsce. Wizyta premiera Zhou Enlaia w Warszawie w styczniu 1957 roku była manifestacją przyjaźni pomiędzy rządami obu krajów. Z braku informacji, świadomość tych zdarzeń była w społeczeństwie znikoma. W latach 50. XX wieku Chiny popierały polskie inicjatywy rozbrojeniowe składane na forum ONZ. Kiedy zaś w 1955 roku w Chinach i USA pojawiła się wola rozmów, to właśnie strona polska stworzyła dyskretnie dogodne warunki do ich tajnego prowadzenia.

Pałac Myślewicki, to tutaj, w czasach zimnej wojny” toczyły się tzw.”nieme rozmowy” prowadzone przez dyplomatów chińskich z amerykańskimi, fot. Paweł Wroński

Ze względów ideologicznych nie można było tego przeprowadzić inaczej. Trudne rokowania, przerywane w okresach napięć między stronami, ciągnęły się do 1972 roku. Miejscem spotkań – odbyło się ich 136 – dyplomatów chińskich z amerykańskimi był Pałac Myślewicki w Łazienkach. Prowadzone rozmowy przeszły do historii pod nazwą niemych, ponieważ w obawie przed podsłuchem porozumiewano się, zapisując pytania i odpowiedzi na kartkach.

Usytuowanie Nowego Ogrodu Chińskiego – plan ze strony Muzeum Pałacu i Parku w Łazienkach Królewskich

Polityczne i ekonomiczne kulisy rewitalizacji Alei Chińskiej w Łazienkach
W październiku 2010 roku przedstawiciele Fundacji Sinopol poznali historię Alei Chińskiej, a dowiedziawszy się o planach wymiany nawierzchni parkowych alejek, zainicjowali projekt rewitalizacji, którego realizacja stała się możliwa dzięki dobrej chińsko-polskiej współpracy. Ideę wsparli zarówno ówczesny dyrektor Muzeum Łazienki Królewskie, jak i ambasadorowie obu krajów. Ambasador ChRL w Polsce dołożył przy tym starań, żeby zainteresować przedsięwzięciem członków chińskich delegacji wysokiego szczebla, które odwiedzały w tym czasie Polskę. W efekcie, w Chinach sprzyjały rewitalizacji tak wysoko postawione osobistości, jak: przewodniczący Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej Chin – Jia Qinglin, przewodniczący komisji ds. zagranicznych Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych – Li Zhaoxing, I wiceprzewodniczący Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych – Wang Zhaoguo, członek komitetu stałego Biura Politycznego Komitetu Centralnego KPCh – He Guoqiang,  minister spraw zagranicznych – Yang Jiechi oraz minister obrony narodowej – Liang Guanglie. Okazji do nadania dalszego biegu sprawie dostarczyła zbliżająca się wówczas wizyta prezydenta Bronisława Komorowskiego w Chinach. Prezes Sinopolu nakłonił wówczas do współpracy firmy zaangażowane w wymianę handlową między obu krajami: ze strony polskiej – KGHM Polską Miedź, z chińskiej – China Minmetals Corporation. Opracowany przez Sinopol budżet przedsięwzięcia sięgnął 5 mln złotych.

 

Łazienki Królewskie zajmują powierzchnię 76 ha. Ścieżki od głównej bramy w Alejach Ujazdowskich prowadzą do pomnika Fryderyka Chopina. Z tego powodu, odwiedzający Warszawę Chińczycy, nazywają Łazienki „Parkiem Chopina”.

 

Letni koncert chopinowski w Łazienkach, fot. Paweł Wroński

Aleja Chińska i Ogród Chiński w Łazienkach stanowią dziś barwną scenerię sesji fotograficznych dla nowożeńców, barwny cel wieczornych spacerów, a także przedmiot studiów dla słuchaczy takich kierunków jak architektura czy sinologia. To miejsce faktycznej chińsko-polskiej wymiany kulturowej.


Aleja Chińska w Łazienkachwww.lazienki-krolewskie.pl

Andrzej Kurkowski w Skarbnicy Sztuki

Pierwszy raz grafiki Andrzeja Kurkowskiego zobaczyłem w introligatorni. Spodobały mi się motywy z jego prac, zwłaszcza te inspirowane krajobrazem i architekturą Podtatrza.

Jeszcze w styczniu b.r., w Galerii Fundacji Skarbnica Sztuki w Warszawie będzie można obejrzeć ich więcej.

Prace Andrzeja Kurkowskiego w punkcie oprawy obrazów, fot. Paweł Wronski

Wernisaż Wystawy grafiki i rysunku Andrzeja Kurkowskiego odbędzie się 24 stycznia 2019 w Galerii Fundacji przy ul. Działdowskiej w Warszawie, a wystawę – po telefonicznym umówieniu się – będzie można oglądać do 14 lutego 2019. Będą nie tylko te, o których wspomniałem, ale również prace nawiązujące do „Skrzypka na dachu” i „Don Kichota”, wizerunki świętych oraz pejzaże, m.in. Wilna i okolic.  Z magazynów Fundacji, wyboru dzieł artysty dokonała kustosz wystawy, Agnieszka Stróżyk.

Andrzej Kurkowski – urodzony w Częstochowie w 1927 roku malarz i grafik, większość życia spędził w Warszawie, gdzie mieszkał i zmarł w 1994 roku. Był absolwentem krakowskiej ASP, na której studiował w latach 1949-1954 oraz jej warszawskiego odpowiednika, gdzie kontynuował studia w latach 1955-1958. Zajmował się malarstwem sztalugowym, rysunkiem i grafiką książkową. Zilustrował, m.in. „Opowieść o starej karaweli” Ewy Szelburg-Zarembiny, „Skazanego na Wielkość” Marceliny Grabowskiej, : „St. Ivesa, czyli Przygody francuskiego jeńca w Anglii” Roberta Louisa Stevensona, „Eugeniusza Oniegina” i „Damę Pikową” Aleksandra Puszkina oraz dzieła Bertolda Brechta.


Fundacja Skarbnica Sztuki: www.skarbnicasztuki.com oraz www.facebook.com

Wilkoń i Broda okołoświątecznie

Ilustracje Józefa Wilkonia fascynują mnie niepowtarzalnym wyczuciem i wrażliwością. Niezwykłe wydaje mi się także to, że uczucia jakimi emanują ludzie i zwierzęta z jego rysunków, wydobywane są tak prostymi z pozoru, chwytami. Talent niebywały.

Święty Mikołaj Józefa Wilkonia, fot. Paweł Wroński

Tym razem, tematyka wybranych na wystawę „Wilkoniowa kolęda” ilustracji, kręci się – zgodnie z tytułem wydarzenia – wokół tematów związanych ze Świętami Bożego Narodzenia.

Rysunki przenoszą nas do Jerozolimy sprzed dwóch tysiącleci, nie brakuje też europejskich, zimowych klimatów, stajenki, z której bije cudowne światło, wędrujących przez śnieg owiec, czy Świętego Mikołaja, którego z naiwną ciekawością, nierzadko też niecierpliwością oczekują dzieci.

Koncert w Służewskim Domu Kultury, jaki na wernisażu „Wilkoniowej kolędy” dał Joszko Broda, był fascynującą podróżą przez magiczne kręgi fascynacji muzyka, zwłaszcza obejmujące okołoświąteczne obyczaje kultywowane w rodzinnej Istebnej, wioski z polsko-morawskiego pogranicza w Beskidzie Śląskim. W fantastyczny, choć może trudny do wytłumaczenia sposób, światy wilkoniowych ilustracji i brodowej muzyki, doskonale ze sobą współbrzmiały.

 

Joszko Broda
(polski muzyk multiinstrumentalista, producent muzyczny i kompozytor)
Urodził się w 1972 roku, w Istebnej, wsi położonej w Beskidzie Śląskim. Od najmłodszych lat, podpatrując mistrzów muzyki źródłowej: ojca – muzyka Józefa Brodę, a także grającego na instrumentach beskidzkich Jana Sikorę „Gajdosza”, zdobywał niepowtarzalny warsztat gry na instrumentach ludowych (m.in. drumli, okarynie, fujarach – postnej, sałaskiej, pięciootworowej, sześciootworowej, rogach, trąbicie, skrzypcach, gajdach beskidzkich, kozie podhalańskiej, a także na tak niezwykłych, jak liść, słomka i trzcina). Już w wieku czterech lat zaczął u boku ojca koncertować w Polsce i za granicą. Dziś trudno zliczyć zagrane przez Joszka koncerty, odbyte tournée, współtworzone projekty i zespoły, przeprowadzone warsztaty artystyczne dla dzieci i młodzieży, wydane płyty, zdobyte nagrody. Swój sukces artystyczny Joszko zawdzięcza nie tylko talentowi muzycznemu i ogromnemu wysiłkowi włożonemu w doskonalenie swoich zdolności, ale przede wszystkim swojemu pochodzeniu, kulturze, w której się wychował. Muzyka źródłowa, która powstała w kręgu kulturowym Karpat, stanowi naturalne i wciąż bijące źródło inspiracji Joszka Brody.

Cytowany biogram zaczerpnąłem ze strony internetowej artysty

 

Joszko Broda z dziećmi – koncert na wernisażu wystawy ilustracji książkowych Józefa Wilkonia zatytułowanej „Wilkoniowa kolęda” (10 stycznia 2019, w Służewskim Domu Kultury), fot. Paweł Wroński

 

Józef Wilkoń (ur. 12 lutego 1930 w Bogucicach k. Wieliczki) – ilustrator, malarz, rzeźbiarz, twórca plakatów i scenografii teatralnych. Studiował malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie (dyplom 1955) oraz historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim (dyplom 1954). Zilustrował ponad 200 książek dla dzieci i dorosłych w kraju i za granicą, m.in. „Pan Tadeusz”, „Don Kichote”, „Księga Dżungli”.  Jest także autorem książek dla dzieci (m.in. „Kici kici miau”,  „Psie życie”,  „Wróbel na kuble”. Otrzymał wiele nagród i wyróżnień m.in. Deutsche Jugendliteraturpreis (1964), Nagrodę Państwową za Twórczość dla Dzieci (1974) oraz Nagrodę Ministra Kultury za całokształt Twórczości (2005). W roku 2010 został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz otrzymał Złote Berło Fundacji Kultury Polskiej. Wystawiał w wielu galeriach i muzeach świata. Od Centrum Pompidou (1989) poprzez Narodową Galerię Zachęta (2006, wystawa ta cieszyła się rekordową frekwencją), po Japonię i Koreę Południową. Jego prace znajdują się w licznych muzeach m. in. Muzeum Ilustracji w Moulin, we Francji, w Museum Ilustracji w Oshima, Azumino, Koruisaua w Japonii a także w Muzeum Literatury i Bibliotece Narodowej w Warszawie. Dzieła Józefa Wilkonia posiadają w swoich kolekcjach, galerie i kolekcjonerzy z pięciu kontynentów. Ostatnio, znaczący zbiór jego prac został nabyty przez Albus Galery z Korei Południowej. W 2014 roku otrzymał nagrodę Pary Prezydenckiej za wybitne osiągnięcia w twórczości dla dzieci i młodzieży. Z okazji jubileuszów 80. i 85. lecia Józef Wilkoń otrzymał Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W roku 2016 został uznany Człowiekiem Roku przez Magazyn Literacki „Książki”.

Biogram artysty jest cytatem ze strony Służewskiego Domu Kultury.

 

„Wilkoniowa kolęda” – wernisaż wystawy; Józef Wilkoń w towarzystwie szefowej Służewskiego Domu Kultury, Ewy Willmann, fot. Paweł Wroński

Jak wspomina na swoich łamach internetowych, Joszko Brodę fascynują egzotyczne instrumenty, takie jak: gitara, perkusja czy skrzypce, ale również te bardziej standardowe: drumla, fujara sałaśnikowa, trąba sałaska, fujarka postna, okaryna, liść, szofar, róg, ośmiostrunowa kobza czy altówka węgierska. Kilku z nich użył podczas koncertu w SDK. Jak zabrzmiały – posłuchajcie sami. Z tatą zaśpiewało troje z jego dziewięciorga dzieci.

Joszko Broda po koncercie (Służewski Dom Kultury, 10 stycznia 2019), fot. Paweł Wroński

W slajdowisku, które zamieściłem poniżej, jako tło dźwiękowa wykorzystałem tylko utwory instrumentalne, ale w ponad godzinnym programie muzycznym, Joszko Broda przedstawił całą istebniańską wersję kolędników, w których to pochodzie on sam, a teraz także jego dzieci, uczestniczą od lat. Z tym, że to już inna, a do tego dość długa, historia 🙂


Fundacja „Arka” im. Józefa Wilkoniawww.fundacjawilkonia.pl

Joszko Broda, jego rodzina i muzykawww.joszkobroda.pl

Służewski Dom Kultury (SDK, Warszawa, Jana Sebastiana Bacha 15): www.sdk.waw.pl

„Wilkoniowa kolęda” w RDC (wywiad z Wilkoniem z 9 stycznia 2019): www.rdc.pl

Dziki w Polsce w obliczu rzezi

Nie było ich na liście gatunków zagrożonych wyginięciem. To ‘karygodne’ niedopatrzenie postanowili naprawić PiS-owscy politycy, wysyłając w styczniu b.r. członków polskich kół łowieckich na rzeź dzików.

Nasila się na szczęście społeczny protest przeciwko pomysłowi jaki narodził się w genialnym umyśle Głównego Lekarza Weterynarii i został skwapliwie zaaprobowany przez Zarząd Główny PZŁ. Pomysłodawca uzasadnia propozycję koniecznością zatrzymania choroby ASF (afrykańskiego pomoru świń), zakaźnej i nieuleczalnej, na jaką narażone są zarówno świnie hodowlane, jak i wolnożyjące dzikie świnie. Gorliwe władze PZŁ zapowiedziały już organizację tzw. wielkoobszarowych polowań na dziki w dniach 12-13, 19-20 i 26-27 stycznia 2019.

Z badań wynika, że zalecone antidotum nie wyleczy choroby. Zdaniem ekspertów WWF: „przestrzeganie zasad bioasekuracji zdziała więcej niż odstrzał dzików”.

 

„Stoimy na stanowisku, iż dla osiągnięcia celu, jakim jest zatrzymanie epidemii ASF w Polsce, należy pilnie porzucić pozorowane i kosztowne działanie, jakim jest masowy odstrzał dzików. Eksperci z Państwowego Instytutu Weterynarii w Puławach wskazują, że wszystkie nowe ogniska zarażenia wirusem trzody chlewnej w Polsce są wynikiem przenoszenia wirusa przez ludzi. Prawdziwą przyczyną rozwoju ASF w Polsce jest bowiem brak bioasekuracji i niewystarczająca kontrola sanitarna w branży trzody chlewnej. Raport NIK z 2017 r. wskazuje, że w Polsce program bioasekuracji w związku z ASF był źle przygotowany i nierzetelnie wdrażany: 74 proc. gospodarstw nie posiadało niezbędnych zabezpieczeń, program wdrażany był opieszale, a protokoły z kontroli weterynaryjnej – często fałszowane w celu stworzenia pozorów zabezpieczenia stad świń przed ASF. W efekcie choroba nie została zatrzymana i rozprzestrzenia się na kolejne województwa. W listopadzie 2017 r. wirus przekroczył linię Wisły.” – piszą polscy naukowcy, których 762 podpisy znalazły się pod otwartym listem w sprawie walki z ASF, skierowanym w dniu 9 stycznia do premiera, Mateusza Morawieckiego.

A następnie ostrzegają – „Obecnie wirus zagraża najbardziej dochodowym chlewniom w województwie wielkopolskim. Jeżeli kierowany przez Pana rząd nie podejmie skutecznych i zdecydowanych działań w celu zapewnienia najwyższych standardów bioasekuracji i nadzoru weterynaryjnego, będzie on bezpośrednio odpowiedzialny za załamanie się branży trzody chlewnej w Polsce. Tego problemu nie rozwiąże masowy odstrzał dzika.”.

 

Dzicza hekatomba nic nie da, tylko z naszych lasów znikną pożyteczne zwierzęta. Po absurdalnej wycince drzew w Puszczy Białowieskiej pod hasłem walki z kornikami, odstrzale żubrów oraz wołającej o pomstę do nieba dewastacji stadniny koni arabskich w Janowie Podlaskim, to kolejna, umotywowana chyba jedynie chęcią niesienia zagłady wszystkiemu co żyje, decyzja spod PiS-owskiego sztandaru. Na szczęście nie wszyscy się z nią zgadzają, również myśliwi. W kraju zostały nawet wystosowane dwie petycje obywatelskie z protestami w tej sprawie. Obie są dostępne w Internecie.


Pierwsza znajduje się na stronie Petycji Obywatelskich Avaaz. Jest skierowana do ministra środowiska Henryka Kowalczyka, i kiedy się z nią zetknąłem było już pod nią ponad 100 tysięcy podpisów (www.secure.avaaz.org). Jej treść jest następująca:
Nie dla masowego odstrzału dzików! 12 stycznia rozpocznie się wielkie polowanie.
   My, wrażliwi na los wszystkich zwierząt i środowiska, stanowczo sprzeciwiamy się eksterminacji dzików w polskich lasach przez Polski Związek Łowiecki w ramach „walki” z ASF (afrykański pomór świń). Planowany na styczeń odstrzał ma objąć ponad 200 tys. osobników, także tych zdrowych (w tym samice i warchlaki). W praktyce może dojść do odstrzelenia całej populacji.
   Myśliwi otrzymają ekwiwalent finansowy w wysokości kilkuset złotych za każde zwierzę. Wobec krytyki ze strony naukowców i braku jakichkolwiek dowodów potwierdzających, że masowe wybijanie tych zwierząt zredukuje w znaczący sposób ASF, żądamy natychmiastowej zmiany decyzji w tej sprawie. Konsekwencją tej skandalicznej akcji będą nieodwracalne skutki nie tylko dla tego gatunku w naszym regionie, ale i dla środowiska naturalnego na tym obszarze. Niech zwycięży rozsądek i nauka, a nie polityka i lobby myśliwskie!”.

W związku z akcją społeczną w obronie dzików, niezwykle aktualna stała się ikona wykonana dla bieszczadzkiego mikrobrowaru Ursa Maior (www.ursamaior.pl) jesienią 2018 roku w Jasielskiej Pracowni Ikon. Pracownię założyła w 2013 roku i prowadzi Marta Jamróg, absolwentka Małopolskiego Uniwersytetu Ludowego we Wzdowie (www.jasielskapracowniaikon.pl).

Obraz Marty Jamróg (Jasielskiej Pracowni Ikon) – fot. pochodzi z facebookowego fanpage’u Pracowni

 


Druga petycja jest skierowana do premiera, a jej autorzy – członkowie koalicji „Niech Żyją!”, poszerzają apel w sprawie wstrzymania odstrzału o żądanie dymisji ministrów: środowiska – Henryka Kowalczyka i rolnictwa – Jana Krzysztofa Ardanowskiego. Protest ma formę listu. Gdy go dziś (tj. 8 stycznia) podpisywałem należałem do grona 27 tysięcy obywateli RP. List (www.petycja.pracownia.org.pl) brzmi następująco:
Szanowny Panie Premierze,
apeluję do Pana o uratowanie polskiej przyrody i natychmiastowe wstrzymanie masowych polowań na dziki. Za haniebny pomysł eksterminacji gatunku żądam także dymisji ministra środowiska Henryka Kowalczyka i ministra rolnictwa Jana Ardanowskiego.
Podejmowane przez obu ministrów decyzje w zakresie walki z ASF przez masowy odstrzał dzików są skrajnie niemerytoryczne, sprzeczne z wiedzą naukową oraz z wynikami przeprowadzonych już odstrzałów.
   To pokazuje, że polowania na dziki motywowane są politycznie i nie mają nic wspólnego z rzeczywistą troską o losy rolnictwa w Polsce. Masakra dzików na polowaniach zbiorowych nie powstrzyma ASF, a wręcz może rozprzestrzenić wirusa dalej na zachód od Wisły. Problemem nie są bowiem dziki, ale człowiek – brak kontroli nad wdrażaniem programu bioasekuracji w Polsce oraz intensywne polowania zwiększające migrację zarażonych dzików i ryzyko roznoszenia wirusa przez myśliwych. W efekcie masowych polowań na dziki w latach 2015-2017 zabito już ponad 1 mln tych zwierząt. Wirus nie tylko nie został zatrzymany, ale przekroczył już linię Wisły.
   Nie zgadzam się na haniebną rzeź dzików!.

Ściągnięte z Facebooka

 


Jest także petycja w języku angielskim, zamieszczona na stronach organizacji Care2 Petitions (www.thepetitionsite.com):
Don’t allow for extinction of boars in Poland
Polish Ministry of Agriculture and Environmetal Protection has sentenced to death 
whole population of boars in Poland. Over 200 thousand are to be killed by the end of February.
The hunters are instructed to kill even pregnant sows and their off springs, including those
living on the areas of National Parks.
This regulation was issued under the pretext of the fight with the ASF virus. It is cruel, scientifically unjustified, totally ineffective and absurd action, but the Minister doesn’t listen to the voice of experts.
The extinction of the whole population would bring about serious and irreversible damages to the natural environment since boars contribute greatly to biodiversity of the ecosystems they live in.
Please add your name and stop this shameful slaughter!


Znalezione w Internecie 🙂

 


Wiadomo już, że masowe protesty odbędą się w dziczej sprawie w Warszawie – pod Sejmem przy pomniku AK we środę 9 stycznia o godz. 18:00. oraz w Krakowie, pod hasłem „Solidarni z dzikami” – w piątek 11 stycznia o godz. 17:00 na Rynku Głównym.
Pierwszy organizuje Partia Zielonych, drugi – Klub Gaja i Polskie Towarzystwo Etyczne. Warszawski protest obejmie także sprzeciw wobec kontrowersyjnej zgody na odstrzał żubrów na terenach Puszcz: Boreckiej i Knyszyńskiej. Media społecznościowe pękają w szwach od głosów protestu myślących i szanujących środowisko Polaków. A akcje w terenie podejmują organizacje proekologiczne i – spontanicznie – zwykli turyści.

 

Także znalezione w Internecie 🙂

 

Były premier, Włodzimierz Cimoszewicz, publikujący często na swoim facebook’owym profilu zdjęcia przyrodnicze, tak komentuje zapędy ministerialnych rzeźników: „Te dziki [był to komentarz pod konkretnym zdjęciem – przypis P.W.] nie mają szans. To prawda, że kilka lat temu dziki z Białorusi przyniosły ASF do Polski, ale od dawna to nie dziki ale ludzie przenoszą tę chorobę do regionów oddalonych od wschodniej granicy. Realne powstrzymanie epidemii jest możliwe tylko przez kilkuletnią likwidację hodowli trzody w dużej części Polski. Hodowcy powinni w tym czasie otrzymać wsparcie, należy ich też zachęcać do przynajmniej przejściowego zajęcia się czymś innym. Nie ma innej skutecznej metody, ale nie ma też odważnych, żeby to otwarcie powiedzieć. Zamiast tego postanowiono wystrzelać dziki. Powód jest prosty. One nie głosują w wyborach. Cena? Epidemia ASF pozostanie, straty w leśnym środowisku spowodowane brakiem dzików wprost trudne do oszacowania, zwłaszcza w lasach naturalnych”.

 

Oby piaseczyńskie „Dziki” Józefa Wilkonia nie pozostały jedynymi, jakie nasze dzieci mogą spotkać w plenerze!

Dziki Józefa Wilkonia w parku w Piasecznie, fot. Paweł Wroński

 


Przygotowany przez Partię Zielonych film o odstrzale dzików jest dostępny w sieci pod adresemwww.facebook.com

Pod hasłem ‘Teraz środowisko’, WWF naświetla problem ASF: www.teraz-srodowisko.pl

Artykuł w białostockim wydaniu Gazety Wyborczej, w którym zacytowany jest apel (w obronie dzików) myśliwego z Jarosławia do kolegów z PZŁ: www.bialystok.wyborcza.pl

List otwarty środowiska naukowego w sprawie redukcji populacji dzików (z 9 stycznia 2019 z podpisami 762 polskich naukowców!): www.naukadlaprzyrody.pl

Jak można pomóc dzikom, nie wychodząc z domu?: www.sonar.wyborcza.pl

Pracownia na rzecz Wszystkich Istot: www.pracownia.org.pl

Czerwińsk nad Wisłą w Nowy Rok (2019)

To taka nasza ‘nowa świecka tradycja’ – wycieczka w Nowy Rok, gdzieś niedaleko – na bliskie Mazowsze. Na początek 2019 roku odwiedziliśmy z Edytą Czerwiński nad Wisłą.

Jest tam wspaniały, romański w zrębach zespół klasztorny. Jego pierwszych gospodarzy sprowadził biskup płocki Aleksander za panowania Bolesława Krzywoustego w 1124 roku. Upasożony przez mazowieckich Piastów klasztor, jest dziś w rękach salezjanów, którzy w 2023 roku będą obchodzić stulecie obecności w zabytkowym nadwiślańskim kompleksie.

 

Bazylikę wzniesiono jako dwuwieżowy kościół z kamienia w 1 połowie XII wieku. Została konsekrowana w 1161 roku. Mimo wielu przeróbek w okresie gotyku, renesansu i baroku, kościół zachował charakter romański; w latach 1903-1911 przeprowadzono gruntowną restaurację obiektu.

 

Historia kompleksu sięga roku 1155. Papież Hadriana IV zatwierdził budowę klasztoru dla kanoników regularnych (zakonu z benedyktyńskiego pnia). Hojnie obdarowywani przez książąt mazowieckich mnisi stali się wkrótce jednym z najpotężniejszych właścicieli feudalnych w nadwiślańskiej piastowskiej dzielnicy. Klasztor stał się słynny w związku z wydarzeniami w 1410 roku. Zatrzymał się w nim bowiem Jagiełło ciągnąc pod Grunwald, by się pomodlić wraz z wojskiem o powodzenie w wojnie z krzyżakami. Jak wiemy, to jemu Niebiosa sprzyjały. Śladem tych zdarzeń są szlify na romańskim portalu, jakie powstały gdy rycerstwo ostrzyło o nie ostrza mieczy.

 

Kanonicy regularni żyją zgodnie z Regułą św. Augustyna z Hippony, spisaną u schyłku IV stulecia. Praktykują posłuszeństwo, czystość i życie wspólne bez własności; są otwarci na wszelkie formy pracy w Kościele. 

Do Polski kanonicy regularni przybyli na przełomie XI i XII wieku. Powstały wówczas prepozytury m.in. w Trzemesznie, Czerwińsku nad Wisłą, we Wrocławiu – Kościół NMP na Piasku, Żaganiu, Kłodzku, Mstowie, Kaliszu. Trzeba jednak pamiętać, że do 1959 roku nie było jednolitego pod względem struktury zakonu kanoników regularnych; z reguły autorstwa św. Augustyna korzystały różne zgromadzenia.

 

Kolejnym powodem do chwały jest obraz Matki Boskiej Czerwińskiej uznany w w 1647 roku za cudowny. Przyczynił się do tego król Władysław IV, który modłił się tu wówczas o zdrowie. Odzyskawszy je pozostawił votum z napisem: „Bliski śmierci – otrzymał zdrowie”. Od niemal stu lat maryjnym sanktuarium opiekują się salezjanie. Od czasu do czasu, w scenerii jaką tworzą romańskie w zrębach mury klasztornego zespołu kręcone są filmy, choćby sceny do serialowej adaptacji powieści „Lalka”.

 

Obraz Matki Boskiej Czerwińskiej namalował Łukasz z Łowicza w 1612 roku na zlecenie kanoników regularnych laterańskich (zgromadzenia działającego formalnie od 1446 roku) – ówczesnych gospodarzy opactwa. Związki kanoników regularnych z kompleksem trwały do 1819 roku, kiedy to w zaborze rosyjskim dokonano kasaty zakonu. Równocześnie odebrano Czerwińskowi prawa miejskie.

 


Portal gminy Czerwińsk nad Wisłąwww.czerwinsk.pl
Kanonicy regularni laterańscy: www.kanonicy.pl
Reguła św. Augustyna: www.augustianie.pl
Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia: www.czerwinsk.salezjanie.pl
Salezjanie: www.salezjanie.pl

Świątynia i Centrum Opatrzności Bożej

Konstytucję majową uchwalił Sejm Wielki 3 maja 1791 roku. A dla uczczenia tego wydarzenia postanowiono wznieść świątynię dziękczynną. Realizacja deklaracji posłów uchwalonej 5 maja, nastąpiła dopiero 11 listopada 2016 roku. Na Nowym Wilanowie uroczyście zainaugurowano wówczas działalność Świątyni Opatrzności Bożej. Dwa lata później, w 100-lecie odzyskania niepodległości, wierni modlili się tam za pomyślność III Rzeczypospolitej.

Od deklaracji do jej realizacji inęło 225 lat! Dziejowe zawieruchy i postęp sprawiły, że w tak długim okresie, „testament” ojców historycznej polskiej konstytucji, nabierał wciąż nowych symbolicznych, w tym patriotycznych i niepodległościowych znaczeń, budząc także nierzadko ostre kontrowersje. Ostatecznie stanęła imponująca rozmachem i symboliką świątynia.

Wnętrze Świątyni Opatrzności Bożej na Nowym Wilanowie w Warszawie, fot. Paweł Wroński

Zamierzenie próbowano zrealizować jeszcze u progu epoki rozbiorowej. Dziękczynne votum za Konstytucję miało wtedy nosić nazwę „Świątyni Najwyższej Opatrzności”. A że stali za nim członkowie lóż masońskich pragnęli by było to otwarte dla wszystkich wyznań Rzeczypospolitej miejsce kultu. Pod auspicajmi króla powstało nawet wiele projektów, z których Stanisław August Poniatowski wybrał koncepcję centralnej budowli autorstwa Jakuba Kubickiego. Ba, z udziałem króla i wybitnych osobistości owych czasów wmurowano nawet w 1792 roku kamień wegielny, tam, gdzie dziś rozciągą się sąsiadujący z Łazienkami, Ogród Botaniczny UW. Kielnia i młotek używane podczas tej uroczystości znajdują się dziś w zbiorach Muzeum Czartoryskich w Krakowie. II Rozbiór Polski odsunął w czasie, a III całkowicie zniweczył ambitne plany.

Po odzyskaniu niepodległości, w 1921 roku wolą Sejmu Ustawodawczego powrócono do XVIII-wiecznej idei. Wyznaczono miejsce na Polu Mokotowskim i ogłoszono konkurs, z którego zwycięsko wyszedł projekt cenionego w międzywojniu architekta, Bohdana Pniewskiego. Przygotowanego w 1930 roku w duchu modernistycznym projektu świątyni nie udało się zrealizować bo wybuchła II wojna światowa.

Po raz trzeci do kwestii budowy Świątyni Opatrzności powracali w czasach komunistycznych prymasi August Hlond w 1946, Stefan Wyszyński w 1966 roku i Józef Glemp – po raz pierwszy w 1982 roku, proponując nawet przekształcenie w nią kościoła św. Aleksandra na Placu Trzech Krzyży.

Dopiero starania podjęte w 1989 roku uwieńczone zostały realizacją projektu, przygotowanego przez spółkę architektoniczną Wojciecha i Lecha Szymborskich. Ich koncepcja nawiązuje do idei przyświecających pomysłodawcom (za wyjątkiem ekumenicznego przesłania) oraz do powszechnej w katolickich budowalach skralnych symboliki Nieba i Ziemi. Rzut poziomy sprowadza się do prostych figur geometrycznych: koła – symbolu Nieba i Boga, kwadratu (lub prostokąta) – symbolu Ziemi, oraz krzyża – alegorii Chrystusa, którego duch łączy sacrum z profanum. Na kole i kwadracie opiera się także prototyp świątyni chrześcijańskiej opisany w Apokalipsie św. Jana. Koło i kwadrat na płaszczyźnie, a w przestrzeni sześcian i kula oraz ich wzajemne relacje konstytuują chrześcijańską świątynię. Sześcian nakryty półkulą to alegoria Niebios nad Ziemią.

 

Jak pisał na łamach „Gazety Wyborczej” Michał Wojtczuk w 2016 roku: „2 maja 1999 r. na terenie przeznaczonym pod budowę świątyni ustawiono i poświęcono krzyż. Trzy lata później wmurowano kamień węgielny. A właściwie trzy kamienie: z pierwszej budowy Świątyni Świętej Opatrzności Bożej z 1792 r., z warszawskiej katedry św. Jana Chrzciciela i z klasztoru w Częstochowie. Szukano jeszcze głazu, który został położony pod budowę świątyni w latach 30. Podobno klęczał na nim Tadeusz Kościuszko, kiedy modlił się przed bitwą pod Racławicami. Nie udało się go odnaleźć.”.

 

 

Świątynia Świętej Bożej Opatrzności została zaprojektowana na rzucie kwadratu, w który wpisano krzyż grecki (równoramienny) i rotundę (koło) nawy głównej. Nawę główną wytyczają filary ustawione po okręgu i zbiegające się w kopule. Układ pionowych filarów, rytm okien w tamburze rotundy i płaszczu kopuły jest konsekwentnym elementem wyrazu symbolizującym promienie Bożej Opatrzności. Światło wpadające przez zwornik kopuły i nawę główną do sepultorium (miejsce pochówku zasłużonych Polaków) to symbol Ducha Świętego. W bryle Świątyni na zamknięciu ramion krzyża zostały zaprojektowane cztery bramy – portale. Symbolizują one cztery drogi którymi Opatrzność prowadziła Polaków do wolności [Modlitwy, Cierpienia, Oręża i Kultury – przyp. P.W.].”.

 

Świątynia ma imponujące rozmiary – 75 m wysokości, a jej nawa o kolistej podstawie średnicę 68 m. Konstytuuje ją plan krzyża greckiego (równoramiennego) długości 84 m x 84 m. Posadzka nawy głównej liczy 1742 m² powierzchni, prezbiterium – 437 m². Pokrywają ją płyty z amerykańskiego marmuru Calacatta Lincoln. Pod posadzką natomiast ciągnie się sieć 11 km rur ogrzewania podpodłogowego. Posadzki w kaplicach bocznych wykonano z granitu strzegomskiego. W nawie głównej jest 1500 miejsc siedzących, a całe wnętrze może pomieścić 4 tys. wiernych. Wieść niesie, że koszty przedsięwzięcia przekroczyły 200 mln zł, przekraczając szokujące kwoty, jakie pochłonęło słynące z kiczowatych rozwiązań architektonicznych i dekoracji sanktuarium maryjne w Licheniu. 60 mln zł pochodziło z budżetu państwa (co zresztą wywowływało interpelacje poselskie, w związku z podejrzeniem, że z budżetu dofinansowuje się rzedsięwzięcie religijne, a to sprzeczne byłoby z konstytucją państwa świeckiego), resztę udało się zebrać od prywatnych darczyńców (od ponad 80 tys. osób prywatnych i firm). Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, najwięcej ofiarowała firma KGHM, która podarowała 30 ton miedzi na pokrycie kopuły i bram świątyni.

Zważywszy na kształt bryły oglądanej z zewnątrz, krytycy porównują gmach do „wyciskarki do cytryn”. Trzeba jednak przyznać, że żelbetowa konstrukcja wewnątrz sprawia lekkie i subtelne wrażenie. Nawa ma też znakomitą akustykę. Świątynia jest elementem Centrum Opatrzności Bożej, na które składa się także Muzeum Jana Pawła II i kardynała Stefana Wyszyńskiego oraz usytuowany w podziemiach Panteon Wielkich Polaków – miejsce pochówku wybitnych osobistości (m.in.: ksiądz-poeta Jan Twardowski, Krzysztof Skubiszewski, pierwszy minister spraw zagranicznych III Rzeczypospolitej, Ryszard Kaczorowski, ostatni prezydent RP na uchodźstwie).

Szopka bożonarodzeniowa z 2018 roku w bocznej kaplicy Świątyni Opatrzności Bożej, fot. Paweł Wroński

Świątynia Opatrzności Bożej (strony parafii na tzw. Nowym Wilanowie)www.parafiaopatrznoscibozej.pl
Idea i symbolika w architekturze Świątyni Opatrzności Bożej: www.parafiaopatrznoscibozej.pl/aktualnosci/
Centrum Opatrzności Bożej (witryna kompleksu muzealno-religijnego): www.centrumopatrznosci.pl

Słynne Barolo, 20 lat później

Zwiedzałem słynne piemonckie miasteczko Barolo gdzieś u progu nowego tysiąclecia. Przywieziona z tamtejszej winoteki butelka czekała na okazję. W okresie świątecznym 2018 roku, postanowiliśmy spróbować owego wina, by wznieść nim toast za przyszłe lata z okazji skończenia osiemnastu przez mojego najmłodszego syna.

W rodzinnym gronie z 20-letnim Barolo w kieliszkach, fot. Paweł Wroński

Eksperyment potwierdził znaną prawidłowość, że wina lepiej smakować i cieszyć się nimi, aniżeli po prostu wypić. Doznań jest wtedy więcej: oczekwianie aż wino się otworzy po przelaniu do dekantera, rozkoszowanie się coraz bogatszym bukietem, i – oczywiście – zwykła radość, że się przez te 20 lat, które minęły od zabutelkowania, nie popsuło! A więc Mikiemu sto lat, a dla twórców Barolo – gratulacje!

Enoteca w Barolo mieści się w murach zamku z XI wieku (obiekt znajduje się na liście UNESCO), położonego zaledwie 5 km od słynnego piemonckiego miasteczka Alba. Enoteka działa tam od 1967 roku, gromadząc wyroby winiarskie z regionu.

Do Barolo ściągają ludzie z całego świata, by nabyć butelki słynnego wina i czekać na jakąś szczególną okazję – np. rocznicę urodzin, czy szlachetne gody. Bo wina wyrabiane w okolicach Alba w regionie wyznaczonym łagodnymi wałami wzgórz z winnicami – Langa, z winorośli nebbiolo (nebbia to po włosku mgła) mogą leżeć i czekać na otwarcie nawet 60 lat.

Oczywiście oczekiwanie wiąże się z ryzykiem, że po otwarciu wino okaże się… korkowe (choroba korkowa – TCA, sprawia, że nie poczujemy ani aromatu ani smaku wina), i nie będzie się nadawało do picia. Statystycznie – na szczęście – wypadki takie stanowią zaledwie 2-10% win zamkniętych naturalnym korkiem. My, po 20 latach od zabutelkowania, zmieściliśmy się w tych 90-98% szczęśliwych.

Barolo, po 20 latach od zabutelkowania zachwyca brązową barwą i bogatym bukietem, fot. Paweł Wroński

 


Enoteka na zamku w Barolo (Il Castello di Grinzane Cavour e L’Enoteca Regionale Piemontese Cavour): www.castellogrinzane.com
Skąd się biorą wina korkowe: www.ms-sommelier.pl

Warszawskie szopki bożonarodzeniowe

Po małym szopkowym rajdzie w pierwszy dzień Świąt, byliśmy nieco rozczarowani.

Niespodzianki nie było. U kapucynów, postacie z historii polskiego katolicyzmu kręcą się jak co roku. W katedrze są odwołania patriotyczne. Vis a vis kościoła garnizonowego uwagę dzieci przykuwają żywe baranki. Na Placu Szembeka, pomiędzy mszami, kościół był…  zamknięty.

Kreatywna szopka w kościele św. Anny przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, fot. Paweł Wroński

We wszystkich niemal odwiedzonych przez nas z Edytą świątyniach dominowały plastikowe Chrystusiki.

Trafiliśmy jednak na szopkę, której twórcy błysnęli kreatywnością – w kościele akademickim, czyli u św. Anny. I ta nam się najbardziej podobała. Niewykluczone, że także z powodu ciepłego skojarzenia z Jordankiem, w którym na zajęciach plastycznych z dziećmi szary papier do pakowania służy nader często za podstawowe tworzywo najprzeróżniejszych dekoracji. Grota u św. Anny była zrobiona właśnie z takiego papieru – skromnie, tanio, pomysłowo, efektownie!

 

Tradycja budowania bożonarodzeniowych szopek narodziła się w średniowieczu. Za inicjatora pierwszej uchodzi św. Franciszek z Asyżu, który w grudniu 1223 roku stworzył w Greccio (we włoskiej prowincji Rieti, w Umbrii) instalację, przedstawiającą wnętrze betlejemskiej stajenki. Jego towarzysze wcielili się w biblijne postacie, towarzyszyły im żywe zwierzęta.

W dzisiejszym Greccio w okresie świątecznym prezentowana jest wystawa szopek bożonarodzeniowych, pochodzących z różnych zakątków Italii. Na miejscu, gdzie w 1223 roku św. Franciszek zainscenizował pierwszą na świecie żywą szopkę bożonarodzeniową, znajduje się klasztor-sanktuarium, przypominający o tym historycznym ‘Betlejem’ (www.franciszkanie.pl).

 

Szopki szybko zyskały popularność i były naśladowane zarówno w wersji żywej z aktorami, jak i w formie instalacji. Jako ludowe przedstawienia świąteczne zyskały w Polsce miano jasełek i trafiły do wiejskich parafii dawnej Polski. We wnętrzach kościołów katolickich zagościły także na stałe, a odnogą tej tradycji jest konkurs małopolskich szopek organizowany w Krakowie, do którego co roku stają liczni twórcy ludowi.

Z czasem, obok akcentów stricte religijnych, w szopkach zaczęły się pojawiać nawiązania  do aktualnej sytuacji i – ku pokrzepieniu serc – do historii. Do tej właśnie tradycji nawiązuje szopka u kapucynów przy Miodowej w Warszawie. Kapucyni wywodzą się jako zakon z pnia franciszkańskiego, a ich świątynia i klasztor przy Miodowej były pierwszymi obiektami sakralnymi odbudowanymi po II wojnie światowej w stolicy, w 1946 roku. Wtedy też narodził się pomysł stworzenia szopki zrealizowany przez braci 3 lata później.

 

W 2019 roku ruchoma szopka u kapucynów będzie obchodzić 70-lecie.

 

Szopka przy kościele klasztornym kapucynów (Miodowa 13 w Warszawie), jest uruchamiana każdego roku w dniu 25 grudnia – w dzień Uroczystości Narodzenia Pańskiego , czyli mówiąc bardziej świeckim językiem – w pierwszy dzień Świąt.


Ruchoma szopka u kapucynów przy ul. Miodowej w stolicywww.kapucyni.warszawa.pl
Sanktuarium w Greccio w Umbrii: www.umbriafrancescosways.eu