Kolonia Wawelberga, bloki sprzed 120 lat

Pierwsze w Warszawie robotnicze osiedle z tanimi mieszkaniami powstało w latach 1898-1900. Dziś jest obiektem zabytkowym i tworzy klimatyczną enklawę na Woli. W maju 2018 roku, osiedle Towarzystwa Tanich Mieszkań imienia Hipolita i Ludwiki Wawelbergów, popularnie zwane Kolonią Wawelberga obchodziło 120. urodziny.

W trzech solidnie wybudowanych z cegły blokach mieściło się początkowo ponad 300 mieszkań,  1- i 2-pokojowych. Była bieżąca woda, choć zlewy wspólne, kanalizacja i oświetlenie gazowe, zamienione niedługo potem na elektryczne oraz pierwsze w Warszawie zsypy na śmieci i… kostnica (żeby zmarłych nie trzymać w domu). Budynkom mieszkalnym towarzyszyło rozbudowane zaplecze socjalne (o tak spójnym programie nie mogą nawet marzyć mieszkańcy niejednego współczesnego blokowiska). Działały tutaj bowiem: szkoła, ochronka i sala zabaw (dziś powiedzielibyśmy żłobek i przedszkole) oraz punkt lekarski, a także: czytelnia, łaźnie i pralnie. U podstaw tak bogatego programu legła idea, której hołdował fundator. Wierzył mianowicie, że mieszkanie ‚pod jednym dachem’ będzie sprzyjać likwidacji uprzedzeń rasowych i wyznaniowych. Koncepcję Wawelberga wcielił w życie architekt Edward Goldberg, projektując domy oddzielone zielonymi strefami oraz funkcjonalne, wysokie na 3 m mieszkania z drewnianymi podłogami w pokojach i dużymi oknami (przeznaczone były na wynajem, ale czynsze były niskie).

Wolska kolonia zainspirowała podobne przedsięwzięcia podejmowane później na Kole (Towarzystwo Osiedli Robotniczych), czy Żoliborzu (Żoliborska Spółdzielnia Mieszkaniowa), a nawet programy deklarowane, choć nigdy w pełni nie zrealizowane przez władze PRL-owskie, nagłaśniane mocno podczas kampanii na rzecz budowy warszawskich stutysięczników – Ursynowa, Białołęki czy Gocławia.

 

Hipolit Wawelberg (1843-1901) był synem bogatego żydowskiego finansisty, który wysoką pozycję społeczną i majątek osiągnął własną pracą. Po studiach w Berlinie i praktykach bankowych w Londynie, Paryżu i Berlinie ojciec powierzył mu petersburski oddział Domu Bankowego Wawelbergów. Pod jego zarządem, placówka wyrosła na jedną z największych instytucji finansowych w carskiej Rosji. W efekcie Hipolit Wawelberg stał się jednym z najbogatszych obywateli Królestwa Kongresowego. Ba, kupił rezydencję w Carskim Siole, stając się niejako sąsiadem samego cara, i żył dostatnio, jednak gros ogromnej fortuny przeznaczał na cele społeczne.

 

 

Osiedle nie było jedynym społecznie ważnym przedsięwzięciem Wawelberga w Warszawie. W 1875 roku z jego inicjatywy i za jego pieniądze zorganizowano Muzeum Rolnictwa i Przemysłu, a w 1893 Muzeum Rzemiosła i Sztuki Stosowanej, przy którym kształcono rzemieślników. Uruchomił także wydawnictwo, publikujące podręczniki i poradniki zawodowe oraz tanie, a więc powszechnie dostępne wydania dzieł literackich, m.in. Mickiewicza, Orzeszkowej, Prusa, Sienkiewicza. Przekonany o sprawczej sile wykształcenia, Hipolit Wawelberg założył w Warszawie, wraz ze szwagrem i bliskim współpracownikiem, Stanisławem Rotwandem, Szkołę Mechaniczno-Techniczną, w której wykładali wybitni profesorowie tamtych czasów. Otwarto ją w 1895 roku. Ze świetnie wyposażonymi pracowniami i laboratoriami, była jedną z pierwszych uczelni technicznych w Europie. Zyskała szybko renomę, a absolwenci z dumą nosili miano wawelberczyków. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości przekazano ją administracji publicznej, w 1951 włączono do zespołu Politechniki Warszawskiej.


Kolonia Wawelberga 1898 – Stowarzyszenie Mieszkańców i Przyjaciół (organizacja działa od lat 90. XX w., promuje osiedle i popularyzuje jego dzieje): www.koloniawawelberga.pl

W należącym do Kolonii Wawelberga, frontowym bloku przy Górczewskiej 15, działa słynna pączkami Pracownia Cukiernicza „Zagoździński”: www.pracowniacukiernicza.pl

Kolonia Wawelberga. Ponoć pączki z Pracowni Cukierniczej „Zagoździński” są najlepsze w Warszawie… Firma działa od 1925 roku, we frontowym budynku Kolonii Wawelberga mieści się od 1973. Sklepik czynny jest codziennie oprócz niedziel i świąt od godz. 9:00 do… ostatniego pączka. Fot. Paweł Wroński
Reklamy

Marszałek od ulicy Marszałkowskiej

Nazwa ulicy Marszałkowskiej pojawiła się w 1770 roku, na cześć zmarłego cztery lata wcześniej Franciszka Bielińskiego herbu Junosza, marszałka wielkiego koronnego, sprawnego administratora i organizatora, odpowiedzialnego za bezpieczeństwo króla i dworu od 1732 roku do śmierci w 1766.

Jako szef powołanej w 1740 roku Komisji Brukowej (formalnie odpowiedzialnej za stan sanitarny Warszawy), dokonał pierwszego w dziejach naszego miasta administracyjnego przełomu. Poszerzył granice Warszawy, włączając sąsiadujące z właściwym, w istocie niewielkim obszarowo miastem, własności szlacheckie, zwane jurydykami.

Wokół królewskiego miasta Warszawy (właściwie 2 ośrodków posiadających akty lokacji: Starego Miasta i Nowego Miasta) powstawały od 1559 roku quasi-miejskie własności szlacheckie. Otaczały place targowe, szumnie nazywane rynkami. Określano je mianem jurydyk. Miasto królewskie otaczało 20 takich stref. Była wśród nich, złożona z dwóch obszarów, należąca do marszałka jurydyka Bielino; jej powstanie datuje się na 1757 rok (dawny bieliński rynek to teraz plac J.H. Dąbrowskiego, a pałac marszałka projektu Józefa Fontany wznosił się przy skrzyżowaniu Marszałkowskiej z Królewską; zburzono go w 1895 roku). Jurydyki zniesiono w 1891 roku, uchwalając, związaną z Konstytucją 3 maja, ustawę Prawo o miastach.

 

W ten sposób, marszałek rzeczywiście mógł zapanować nad organizacją życia w rozległym obszarze, obejmującym zarówno Zamek Królewski, pałace i inne własności ciążącej ku siedzibie władcy arystokracji, jak i dawną Warszawę, tłoczące się od wieków za murami Stare Miasto i Nowe Miasto. Trakt zaś łączący jurydyki, a prowadzący równolegle do Królewskiego, wyznaczonego pałacami notabli, szybko przekształcił się w ulicę. Tym ważniejszą, że z inicjatywy marszałka Bielińskiego wybrukowano ją (podobnie jak 221 innych), skanalizowano, później zaś, do zlokalizowanej przy niej stacji kolei Warszawsko-Wiedeńskiej docierał pierwszy konny tramwaj uruchomiony w Warszawie w 1866 roku. Sto lat wcześniej, a więc w czasach marszałka Bielińskiego i Komisji Brukowej, czyli w epoce saskiej odnajdziemy początki publicznych sieci i infrastruktury współczesnej stolicy.

Marszałek wielki koronny Franciszek Bieliński (1683-1766), portret nieznanego malarza ze zbiorów Muzeum Warszawy, fot. Paweł Wroński

Po dziś dzień wielokrotnie przemierzamy Marszałkowską – od Placu Unii Lubelskiej po Plac Bankowy, ponieważ przez minione 250 lat z okładem, stała się kluczowym traktem komunikacyjnym, biegnącym przez Warszawę niemal południkowo. Są tutaj rozlokowane przeróżne instytucje, rozciąga się popularna strefa shoppingowa, zainicjowana jeszcze w czasach PRL-u ciągiem Domów Centrum (dziś Galeria Centrum). Jest z niej łatwy dostęp do Pałacu Kultury i Nauki, w którym mieszczą się liczne firmy komercyjne oraz większość wydziałów i agend warszawskich władz samorządowych. Marszałkowska prowadzi pod siedzibę prezydenta m.st. Warszawy, jak się potocznie mówi: warszawski ratusz, który paradoksalnie, notabene, wraz z urzędem wojewódzkim, mieści się w gmachu odbudowanego banku (jak na ironię, dawny ratusz poszerzonej przez Bielińskiego Warszawy, odbudowany pieczołowicie przy Placu Teatralnym, mieści teraz… bank). Są także inne symboliczne dla dziejów współczesnej Warszawy budynki, choćby przebudowywana właśnie rotunda, socrealistyczny zespół Placu Konstytucji (MDM), czy symbolizujący jedność Polski rozbiorowej kościół przy Placu Zbawiciela projektu Józefa Piusa Dziekońskiego, w którego architekturze odnajdziemy echa różnych stylów i znanych Polakom najsłynniejszych w kraju zabytkowych budowli z Krakowa, Poznania i Warszawy.


Spojrzenie z 6 kondygnacji kamienicy, należącej do zespołu Muzeum Warszawy na wschodnią pierzeję Rynku Starego Miasta, fot. Paweł Wroński

 

Muzeum Warszawy eksponuje 7352 spośród około 300 tysięcy posiadanych artefaktów, obrazujących dzieje Warszawy; całość podzielono na 21 gabinetów, rozmieszczając je w 2017 roku we wnętrzach kamienic tworzących zachodnią pierzeję Rynku Starego Miasta (pod numerami 28-42; muzeum w poniedziałki – nieczynne, we czwartki – wstęp wolny): www.muzeumwarszawy.pl

Polski król ze Szwecji na słynnej kolumnie

Powiadają, że Zygmunt III Waza przeniósł stolicę do Warszawy. Mimo, że było to w 1596 roku, wciąż jeszcze najważniejsze było miejsce, w którym stoi tron. Ten zaś stał na Wawelu dopóty, dopóki go władca spod znaku Snopka (szw. Wassa), przenieść nie kazał.

Na Zamek Królewski, z tej okazji wzniesiony, na szwedzką modłę surowy, który jedynie z miejskimi stykał się murami. Ówczesna Warszawa była wciąż niewielka, choć składała się z dwóch ośrodków od siebie niezależnych: Starego Miasta (lokowanego przez mazowieckich Piastów gdzieś na przełomie XII/XIII wieku) oraz Nowego Miasta (założonego przez książąt mazowieckich w 1408 roku).

Króla, który dokonał wspomnianych przenosin uczczono, bodaj najszerzej znanym w świecie warszawskim pomnikiem – kolumną na Placu Zamkowym, przed wiodącą do miasta nieistniejącą już Bramą Krakowską. Król dzierży krzyż i miecz, co symbolizowało jego dwie role – świeckiego i duchowego ojca narodu. Był to pierwszy świecki monument jaki wystawiono w Warszawie. Inicjatorem był Władysław IV, który w ten sposób uczcił pamięć ojca. Kolumnę zaprojektowali: urodzony w Szwajcarii architekt Constantino Tencalla oraz doradca królewski Augustyn Locci. Rzeźba była dziełem sprowadzonego z Bolonii włoskiego artysty Clemente Molli’ego, a gdy była gotowa odlew z brązu wykonał gdański ludwisarz Daniel Tym. Pomnik odsłonięto późną jesienią 1644 roku.

 

Legenda głosi, że uniesiona szabla w królewskich rękach chroni Warszawę od nieszczęść; jej opuszczenie zwiastuje upadek miasta. Pierwszy raz kolumna uległa uszkodzeniu podczas potopu szwedzkiego. Drugi raz w czasie powstania warszawskiego, gdy w nocy z 1 na 2 września 1944 roku trafił w nią pocisk z niemieckiego czołgu – runęła, ale postać króla ucierpiała we względnie niewielkim stopniu. W 2015 roku, po wygranej PiS, furorę robił w Internecie mem z królem Zygmuntem. Schodził pospiesznie z kolumny, dając dobrą radę Polakom: „Tu się nie ma co zastanawiać… Tu trzeba spier…lać!”.

 

Miniatura Kolumny Zygmunta w zbiorach Muzeum Warszawy. Takie oto upominki wręczano VIP-om 22 lipca 1949 roku, podczas uroczystego odsłonięcia odbudowanej po wojennych zniszczeniach kolumny (w tym samym dniu oddano do użytku Trasę W-Z). Fot. Paweł Wroński

Trzon oryginalnej kolumny wykonano z chęcińskiego marmuru wydobywanego w kamieniołomach na Czerwonej Górze (geologicznie to barwne zlepieńce, do których przylgnęła potem nazwa Zygmuntówka). Gdy pomnik po II wojnie światowej odbudowywano, do wykonania trzonu użyto twardszego materiału – granitu z okolic Strzegomia.

 

Pomnik ma 22 m wysokości, postać króla w rycerskiej zbroi – 2,75 m. W związku z budową trasy W-Z, odbudowany pomnik lekko obrócono i przesunięto o 6 m w stosunku do pierwotnego stanowiska.

 


Fragment ekspozycji malarstwa w Muzeum Warszawy, fot. Paweł Wroński

 

Muzeum Warszawy eksponuje 7352 spośród około 300 tysięcy posiadanych artefaktów, obrazujących dzieje Warszawy; całość podzielono na 21 gabinetów, rozmieszczając je w 2017 roku we wnętrzach siedmiu kamienic tworzących zachodnią pierzeję Rynku Starego Miasta (pod numerami 28-42; muzeum w poniedziałki – nieczynne, we czwartki – wstęp wolny): www.muzeumwarszawy.pl

Muzyczna porcja Afryki w Harendzie

Jubileuszowa, X. edycja Dnia Afryki miała nader kameralny charakter. Impreza odbyła się 10 czerwca 2018 na dziedzińcu Klubu Harenda w Warszawie.

Świetną muzyką porwał gości do tańca Senegambia Collectif w składzie: Buba Kuyateh (kora, wokal), Kuba Pogorzelski (tykwa, djembe), Grzegorz Rytka (saksofon), Mamadou Diouf (wokal, djembe).

 

Senegambia Collectif to pomysł dwóch muzyków urodzonych w Senegalu: Pako Sarra i Mamadou Dioufa, którzy swojego czasu zaprosili przyjaciół i rodaków do wspólnego grania. Skład formacji zmienia się więc, zależnie od okoliczności.

 

Na scenie Klubu Harenda w Warszawie Senegambia Collectif. X. Dzień Afryki (2018), fot. Paweł Wroński

Organizatorami wydarzenia były w tym roku jedynie fundacje: Afryka Inaczej i Habitat for Humanity Poland oraz Klub Harenda, na którego dziedzińcu wszystko się odbyło.

Inspiracją do organizacji imprezy po raz pierwszy w 2008 roku, było uczczenie kolejnej rocznicy powołania Organizacji Jedności Afryki (obecna Unia Afrykańska) w Addis Abebie w 1963 roku. Święto obchodzone jest wszędzie tam, gdzie żyją przedstawiciele afrykańskiej diaspory. Przez dziewięć lat Dzień Afryki wspomagała finansowo Warszawa – jak napisali organizatorzy: „wierna swojej polityce wielokulturowości”. W pełnym gorących wydarzeń politycznych 2018 roku, Dzień Afryki wsparły jedynie mniejsze instytucje. Mimo braku rozmachu poprzednich edycji, goście – niezależnie od wieku – bawili się świetnie.

Na dziedzińcu Klubu Harenda, 10 czerwca 2018 w Warszawie, fot. Paweł Wroński

Klub Harenda: www.facebook.com/KlubHarenda
Fundacja Afryka Inaczej: www.fundacja.afryka.org
Fundacja Habitat for Humanity Poland: www.habitat.pl

Dzień Afryki finansuje UE w ramach projektu Build Solid Ground, elementu Solid Ground – międzynarodowej kampanii Habitat for Humanity, której celem jest poprawa dostępu do ziemi, jako krok do uzyskania godnego miejsca do życia.

 


Chęciński kirkut za miastem

Ze spisu powszechnego przeprowadzonego w Polsce w 1931 roku wiadomo, że z ogólnej liczby 5440 mieszkańców Chęcin, 55% stanowiła w okresie międzywojennym ludność wyznania mojżeszowego.

Kirkut rozciąga się dość wysoko, na północnym skłonie wschodniego ramienia Góry Zamkowej i jest bez wątpienia najlepiej zachowanym świadkiem losów drugiej obok Polaków-chrześcijan, kluczowej dla rozwoju Chęcin grupy narodowościowo-wyznaniowej. Kiedy powstał, dokładnie nie wiadomo. O Żydach w Chęcinach wspomina lustracja z siódmej dekady XVI wieku, ale w miasteczku żyło wtedy zaledwie sześć osób wyznania mojżeszowego. W owym czasie nie wolno im było budować bożnicy, ani zatrudniać chrześcijan do służby. Ba, w mieście obowiązywało prawo z 1583 roku, zgodnie z którym mogły być w Chęcinach co najwyżej dwa domy użytkowane przez Żydów.

Dopiero u progu XVII wieku miasto zawarło z Żydami ciekawy kompromis. Zezwolono im na posiadanie większej ilości domów niż dwa, ale nadal jedynie wynajmowanych, bądź dzierżawionych. Mogli sprowadzać rodziny, ale nie nowych przedstawicieli swego narodu i wyznania. Nie wolno im było warzyć, ani sprzedawać piwa czy gorzałki. Mogli jedynie produkować miód pitny, pod warunkiem, że będą go sprzedawać tylko współwyznawcom. Zakazano im skupowania wełny oraz wszelkich skór poza kozimi, a także ograniczono sprowadzanie towarów na sprzedaż do gotowych wyrobów safianowych. Ponadto, każdego roku, w dniu św. Jana Chrzciciela, Żydzi musieli płacić 15 grzywien na ratusz. Na równi natomiast z innymi mieszczanami mieli korzystać z przywilejów zwalniających miasto od płacenia ceł, a władze miały ich chronić od prześladowań. Układ ten ożywił i uaktywnił społeczność żydowską w Chęcinach. Kolejnym krokiem była zgoda króla Władysława IV na budowę domu modlitwy o ściśle jednak określonych wymiarach: „Izba ta ma mieć 12 łokci do sklepienia, długości łokci 20 i szerokości 18; okna mają być kwadratowe, przybudowanie zaś przy tej izbie ma mieć łokci 10 a długość taką samą jak izba – nie więcej. Budynki te mogą być z drzewa lub murowane, nie mogą być jednak uważane za bożnicę.”.

Największa bodaj odwilż w stosunkach z Polakami nastąpiła dopiero po potopie szwedzkim, bo jak pisał ówczesny starosta chęciński, zezwalając mieszkańcom żydowskim na kupowanie pustych placów, zabudowę rynku i ulic, prowadzenie handlu, kupiectwa, rzemiosła, a także sprzedawanie oraz produkcję alkoholu, handel nim oraz  prowadzenie szynków: „Przez to zważywszy u siebie ich ubóstwo i dalszą ruinę samego miasteczka, a mając świadomość, że z dawna tu osadzeni zostają, osobliwie jednak wziąwszy przed się dobra pospolitego argument (…) daję im wolność i konsens mój (…)”. Ów konsens sprawił, że chęcińscy Żydzi mogli się budować i bogacić, a wkrótce także konkurować w sferze handlu i rzemiosła z chrześcijanami, zaś ich populacja zaczęła się rozrastać, osiągając apogeum pod koniec XIX wieku, gdy stanowili 70% miejscowej populacji. Nie bez znaczenia był okres rozbiorów, kiedy carskim dekretem zrównano ich w prawach z ludnością polską.

Powstanie chęcińskiego cmentarza żydowskiego datuje się zapewne na początek XVII wieku, choć przywilej posiadania przez Żydów – jak wtedy mówiono – kierchowa, opisują dopiero dokumenty lustracji królewskiej z 1660 roku. Z tego także okresu pochodzą, jak się przypuszcza, najstarsze zachowane nagrobki, większość natomiast z XIX i pierwszych czterech dekad XX stulecia. II wojna światowa przyniosła kres judaistycznej kulturze na ziemiach polskich. W 1942 roku hitlerowcy poddali stłoczonych w miejscowym getcie Żydów eksterminacji. A to czego nie zniszczyli z pamiątek kultury materialnej, dewastowano za PRL-u, m.in. cmentarz żydowski, który się po części zachował chyba tylko z racji lokalizacji na uboczu, poza granicami miasteczka.

Przetrwało tam 228 nagrobków z szeregiem pięknie zdobionych, choć nadszarpniętych zębem czasu, macew z miejscowego kamienia – barwnych zlepieńców, nazywanych dumnie chęcińskim marmurem. I chociaż potomków tamtej wspólnoty już w miasteczku nie ma, na każdej niemal, poukładane są kamyki. Ku pamięci zmarłych, kultywowanym przez Żydów obyczajem.


Szczegółowo o historii wyznawców religii mojżeszowej na Kielecczyźnie i w Chęcinach, m.in. także na temat kirkutu w miasteczkuwww.sztetl.org.pl

Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku

Centrum Rzeźby Polskiej zajmuje otoczony rozległym parkiem pałac Józefa Brandta w Orońsku. Goszcząc znanych artystów, na przełomie XIX i XX stulecia, wybitny malarz przekształcił rodzinną siedzibę w żywy ośrodek sztuki polskiej.

Pierwszą plenerową wystawę rzeźby urządzono w przypałacowym parku w 1965 roku, a w 1981 założono muzeum. Pod koniec lat 90. XX wieku powstała fundacja im. Józefa Brandta, dynamizująca działalność placówki. Oprócz stałej ekspozycji, mają tutaj miejsce wystawy czasowe, organizowane są artystyczne plenery, a prywatni kolekcjonerzy i instytucje mogą przechowywać skarby sztuki w postaci depozytów. Obok dzieł współczesnych, w Orońsku znajdują się także rzeźby zabytkowe, jak choćby otoczona sielską zagrodą dla owiec grupa Heraklesa z Anteuszem, przeniesiona z parku Radziwiłłów otaczającego zamek w pobliskim Szydłowcu. Kolekcję wzbogacają także rysunki, obrazy i tkaniny artystyczne.


Centrum Rzeźby Polskiej w Orońskuwww.rzezba-oronsko.pl
„Dom Rzeźbiarza” świadczy usługi hotelarskie i gastronomiczne
(rezerwacja online poprzez stronę centrum)

Józef Brandt (1841-1915): www.culture.pl

Piec Staszica w Samsonowie

W malowniczej, północno-zachodniej części Gór Świętokrzyskich leży Samsonów. Wieś słynie z cennego zabytku staropolskiego przemysłu jakim są ruiny Huty „Józef” z pozostałościami wielkiego pieca do wytopu płynnej surówki z I połowy XIX wieku.

Samsonowskie kalendarium historyczne

Ponoć przed wiekami, hutniczą osadę otrzymał za zasługi pewien rycerz, dla niezwykłej siły przezywany Samsonem. Od tego przydomka wzięła nazwę jego dziedzina. I tak już zostało, tym bardziej, że u zarania dziejów, tak samo jak w epoce oświecenia za czasów Stanisława Staszica, trudniono się tutaj wytopem żelaza z pozyskiwanych w okolicy rud.

1584 – pierwsza wzmianka o hutnictwie na terenie Samsonowa – odnotowano, że nad rzeką Bobrzą działa kuźnica żelaza

1598 – „Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” podaje, że w tym roku, w dobrach królewskich Samsonów, włoski przemysłowiec Jan Caccio sprowadził bergamskie dymarki i wystawił piec (notabene, pierwszy na ziemiach polskich do wytapiania żelaza w postaci płynnej surówki); korzystając z jej urobku, manufaktura rodziny Caccio produkowała strzelby, pałasze i stalowe pancerze

Surówka to stop żelaza z węglem oraz niewielką ilością pierwiastków takich jak: krzem, mangan, fosfor, siarka. Surówka wymaga dalszej obróbki – stąd jej obrazowa nazwa.

1641-1644 – powstaje kolejny wielki piec, znowu za sprawą włoskiego hutnika, Jana Gibboniego; produkcję wykorzystuje się do zaopatrywania polskich wojsk w czasach Potopu Szwedzkiego

1798-1812 – gdy dobra samsonowskie stały się uposażeniem Kościoła, konkretnie metropolii krakowskiej, biskup Kajetan Sołtyk nakazuje modernizację zakładów; oprócz pieca w Samsonowie powstaje piec w Sałasie; ich produkcja podwaja się na przestrzeni  dekady; surówki używa się wtedy przede wszystkim do wyrobu kul armatnich i broni, z czego korzystają uczestnicy insurekcji kościuszkowskiej, a później wojska napoleońskie

1815 – dobra samsonowskie wchodzą w granice Królestwa Polskiego, uciera się dla nich nowa nazwa: Ekonomia Samsonowska

1818-1822 – zakłady hutnicze zostają powierzone w zarząd Stanisławowi Staszicowi – duchownemu, a zarazem wysoko cenionemu w owym czasie uczonemu, pionierowi mineralogii, geologii i geografii; powstaje najbardziej nowoczesny w Królestwie Polskim zakład wielkopiecowy – Huta „Józef” (wraz z osadą murowanych domów dla pracowników); w tym okresie huta wytapia ok. 800 ton surówki rocznie

1829 – instalacja maszyny parowej, która zastępuje przy produkcji energii młyny napędzane wodą dostarczaną kanałem z Bobrzy

1835 – data widoczna na żeliwnej plakiecie na wielkim piecu, zamontowanej po kolejnej modernizacji; przynosi znaczący wzrost produkcji, a asortyment wyrobów, które wykonywano korzystając z samsonowskiej surówki, poszerza się (m.in. o naczynia kuchenne)

1866-1915 – Rosjanie palą hutę w ramach restrykcji za dostarczanie broni uczestnikom powstania styczniowego; Samsonów nigdy nie podniósł się z upadku, bo utracił znaczenie gdy wyrosło Zagłębie Dąbrowskie, korzystające z węgla kamiennego do palenia w piecach; zniszczeń dopełniły wojska austriackie w czasie I wojny światowej


Samsonowski informatorwww.samsonow.pl
Stanisław Staszic w Internetowym Polskim Słowniku Biograficznym (IPSB): www.ipsb.nina.gov.pl

Wincentego Kadłubka powrót do Jędrzejowa

Wincenty Kadłubek pozostawił potomnym Chronica Polonorum (Kronikę polską), skarb dawnego piśmiennictwa, a zarazem bezcenne źródło wiedzy – łaciński zapis wdzięcznie pomieszanych z podaniami i legendami faktów z dziejów średniowiecznej Polski. Autor doprowadził swoje zapisy do 1202 roku, zmarł w 1223.

W 1218 roku kronikarz przybył do Jędrzejowa, by w cysterskim opactwie, które wcześniej hojnie wspierał, spędzić ostatnie lata życia. Wykształcony w najlepszych szkołach swych czasów – w Paryżu i Bolonii (stały się uniwersytetami na początku XIII wieku; wcześniej nie nadawały tytułów; to Kazimierz Sprawiedliwy w dyplomie z 1189 roku nazwał go mistrzem czyli magistrem, uznając jego wykształcenie i kompetencje do nauczania), był powiernikiem piastowskich książąt i królewskim spowiednikiem, upowszechnił nieznany wcześniej kult św. Floriana w Polsce i w 1208 roku doszedł do godności biskupiej. Diecezją krakowską zarządzał przez lat 10, a gdy uznał, że misję wypełnił, zwrócił się z prośbą do papieża Honoriusza III o zwolnienie z obowiązków, i przywdział zakonny habit. Zmarł jako prosty mnich cysterski, konsekwentnie trzymając się zasady, którą takimi słowami ujął na kartach swojej kroniki: „Wszystkich bowiem cnót matką jest pokora… Lecz temu się dziwię, że zwykło się ją u niskich częściej znajdować, niż nagradzać.”.

 

Napisana na początku XIII wieku przez Wincentego Kadłubka w języku łacińskim „Chronica Polonorum” została wydana po raz pierwszy w 1612 roku, dzieło przetłumaczone na język polski ukazało się drukiem jeszcze dwa i pół stulecia później – w 1862.

 

Postać Wincentego Kadłubka otoczono kultem dopiero po 1633 roku. Otwarto wtedy jego grób znajdując niemal nienaruszone zwłoki, które przeniesiono do specjalnie w tym celu wzniesionego mauzoleum. Do grobu Wincentego Kadłubka zaczęli szybko napływać pielgrzymi. Jednak prośba o beatyfikację skierowana przez synod polskich biskupów do Stolicy Apostolskiej w 1634 roku czekała na papieską decyzję ponad sto lat. Dopiero w 1764 roku Kongregacja Obrzędów zatwierdziła kult, a papież Klemens XIII wydał stosowną bullę i akt beatyfikacji się dokonał. Wincentego Kadłubka przyjęły wkrótce potem za patrona: archidiecezja warmińska oraz diecezje kielecka i sandomierska. W ikonografii utarł się obyczaj przedstawiania go w biskupim stroju z pastorałem i infułą u stóp. Od tego modelu odbiega figura kamienna w Jędrzejowie, przedstawiająca go jako zakonnika. Wystawiono ją w 1918 roku w 700. rocznicę przywdziana przez mistrza Wincentego cysterskiego habitu.

W 2018 roku, w 800. rocznicę przybycia bł. Wincentego Kadłubka do Jędrzejowa, do opactwa sprowadzono uroczyście jego relikwie, czyniąc z cysterskiej świątyni sanktuarium. Trwają starania o kanonizację błogosławionego Wincentego. Kiedy się zakończą, w poczcie polskich świętych pojawi się utalentowany kronikarz i pisarz, który swoim postępowaniem dowiódł, że duchowa droga życia była dla niego rzeczywiście służbą Bogu i ludziom. W zgodzie z cysterską regułą: „Bogu wszystko – sobie nic”.


Na koniec ciekawa myśl Kadłubka, jak ulał pasująca do współczesnej problematyki otwartości na świat, tolerancji, ciekawości i poszanowania odmienności.

„Wyznaję, że najzupełniej błądzą ci, którzy szlachectwa tron złoty nie w duszy, lecz we krwi wznoszą. Dlaczego? Albowiem szlachcicem jest ten, którego własna uszlachetnia cnota. […] Trzeba obeznać się z tem co nie znane, niż wyśmiewać się z rzeczy niewiadomych.”
Mistrz Wincenty Kadłubek: „Kronika polska”, t. II (68).

Miedzioryt punktowany według obrazu powstałego przed 1793 rokiem. Rycina z książki A.S. Naruszewicza „Historya narodu polskiego”, wydanej w Warszawie w 1803 roku, t. 4, przed s.1. (rycina pochodzi z portalu: www.ipsb.nina.gov.pl – kliknij w obrazek, dotrzyj do źródła)

 


Biografia i myśli mistrza Wincentego z kart jego kroniki: www.katedra.sandomierz.org
Postać bł. Wincentego Kadłubka w portalu Katedry na Wawelu: www.katedra-wawelska.pl
Archiopactwo cysterskie w Jędrzejowie: www.jedrzejow.cystersi.pl
(tam także obszerne materiały poświęcone bł. mistrzowi Wincentemu zwanemu Kadłubkiem)

Żyzna Kielecczyzna, Chęciny od kuchni

Minęła zaledwie dekada, a Chęciny zmieniły się nie do poznania. Metamorfoza nieco zapyziałego dawniej miasteczka w barwną atrakcję Kielecczyzny byłaby niekompletna gdyby nie oferta gastronomiczna.

Celuje w niej rzecz jasna Górny Rynek, czyli Plac 2 czerwca, bo miasteczko zajmuje obszar niewielki, i każdy tu trafi. Od lat działa przy nim, specjalizująca się w plackach, gofrach i klasycznie smacznych naleśnikach „Café Latarenka” (latem rozstawia stoliki pod parasolami na rynku, a mieści się nieopodal ratusza, przy drodze do kościoła parafialnego św. Bartłomieja i na zamek, pod numerem 5; www.facebook.com/latarenka/). Konkurencja jednak szybko rośnie, bo w każdej pierzei można znaleźć jakiś lokal. W zachodniej otworzyła podwoje oryginalna pizzeria „Oliwa do ognia – pizza & qurka” (pod numerem 22, nieobecna w sieci). W północnej zadomowiły się: bar „Sami Swoi” z ofertą burgerów, zapiekanek i hot-dogów (pod numerem 18, także nieobecny w Internecie) i „Canappka”, gdzie serwują przepyszne, robione na miejscu z owoców i warzyw soki, a także pomysłowe sałatki i domowe pierogi (pod numerem 12; www.facebook.com/CanappkaCheciny/). Na deser nic lepszego nad ciastka w Cukierni „Ramiączek” (nazwa pochodzi od nazwiska właściciela, sklepik mieści się przy Władysława Łokietka 4). W 2017 roku firma obchodziła 40-lecie. Wyroby są smaczne, zwłaszcza uchodzące za znak rozpoznawczy jagodzianki. Aż szkoda, że na miejscu do nich kawy nie podają.

Ofertę gastronomiczną, a często także pod tym samym adresem hotelarską, uzupełniają położone nieco dalej od rynku schludne obiekty, takie jak: „Karczma Chęcińska” przy wjeździe na Dolny Rynek (Władysława Łokietka 30; www.facebook.com/karczmacheciny/), Hotel-Restauracja „Da Vinci” (Podzamcze 45; www.davincihotel.pl), prowadzony przez spółkę Centrum Konferencyjno Bankietowe, właściciela ośrodka jeździeckiego w Korzecku – Hotel-Restauracja „Okrąglak” (Korzecko 88b; www.restauracjaokraglak.pl), czy idealna dla grup przyjeżdżających autokarem restauracja „Pod Zamkiem”, wbrew nazwie od zamku względnie odległa, bo usytuowana na północnym obrzeżu Chęcin przy Armii Krajowej; (www.checiny.kce.pl). Przy Górnym Rynku, w sąsiedztwie ratusza mieści się „Zajazd Pod Srebrną Górą” (pod numerem 28; www.zajazd-checiny.pl). Po okolicy natomiast, porozrzucane są gospodarstwa agroturystyczne i domy z pokojami na wynajem, takie jak, na przykład zachwalane przez ‚recenzentów’ portalu TripAdvisor pokoje gościnne „Pod srebrną różą” (os. Północ 66).


Chęcińska gastronomia i miejsca noclegowe – baza adresowa w portalu gminy i miasta: www.checiny.pl

Zamek Królewski w Chęcinach

Zamek Królewski w Chęcinach usytuowany był względnie daleko od zagrożonych napadami granic piastowskiej Polski. Nic więc dziwnego, że właśnie w jego murach znalazły schronienie zasoby królewskiego skarbca. Dziś, podobnie jak przed wiekami, fortalicja strzeże skarbu, tyle, że gminnego, którym jest sama w sobie.

W lokalnej prasie odnotowano skwapliwie rekord jaki padł w długi majowy weekend 2018 roku – ponad 20 tysięcy sprzedanych biletów w zamkowej kasie. Uznano, że inwestycje jakie poczyniono w latach 2012-2014, za poprzedniej kadencji burmistrza Roberta Jaworskiego (piastuje tę funkcję już po raz trzeci), zaczynają się zwracać. Z nawiązką! A program wydarzeń, dla których zamek jest atrakcyjnym tłem i sceną też jest coraz bogatszy. Za wyjątkiem zimy, bo to w Chęcinach typowy sezon ogórkowy, nic ciekawego – z (masowego) turystycznego punktu widzenia.

Miesiąc wcześniej, w kwietniu 2018, „Wiadomości Chęcińskie” donosiły, że górujący nad miasteczkiem zamek zakwalifikował się – wśród 45 obiektów – do konkursu „Zabytek Zadbany 2018”. To impreza ogólnopolska, której patronują Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Generalny Konserwator Zabytków, a zatem, bez względu na werdykt jury, będzie się trochę o Chęcinach mówiło.

Chęciny – widok z Góry Zamkowej (360 m), fot. Paweł Wroński

Genezy nazwy Chęciny szukać należy w średniowiecznym obyczaju, jakiemu hołdowano na Kielecczyźnie – mianowicie, nadawania osadom mian od gór, do których stoków się tuliły. Według tej zasady, nazwy Miedzianka i Zelejowa wywodzą się od górujących nad nimi masywów. A zatem, gdy w 1275 roku pojawia się nazwa w formie Chęcin, można być niemal pewnym, że tak właśnie nazywano zarówno górę, jak wieś. Gdy w 1306 roku wzniesiono na skalistym szczycie zamek, jemu też przypisano nazwę Chęcin. Niedługo potem, między 1308, a 1325 rokiem. Władysław Łokietek, dokonał lokacji miasta na zboczu Góry Zamkowej (360 m). Nazwa była gotowa i już wtedy miała liczbę mnogą – Chęciny. W kolejnym stuleciu dla wsi utarła się nazwa Starochęciny, zaś do zamku i miasta przylgnęło wspólne miano – Chęciny.


Archiwum lokalnej gazety „Wiadomości Chęcińskie”: www.checiny.pl
Burmistrz Robert Jaworski opowiada dlaczego warto odwiedzać gminę Chęciny (wywiad, 4 czerwca 2018): www.echodnia.eu

Burmistrz Robert Jaworski w wywiadzie dla portalu echodnia.eu (4 czerwca 2018), o tym dlaczego Chęciny postawiły na turystykę: „To potężny bodziec gospodarczy dla gminy. Powstają nowe lokale gastronomiczne, lodziarnie, cukiernie. Odwiedza nas kilkaset tysięcy turystów rocznie, którzy zostawiają u nas swoje pieniądze. Ich obecność widać nie tylko w długie weekendy. Są tu każdego dnia. Kiedy spoglądam za okno, zawsze widzę wycieczki, które chodzą po Rynku albo udają się na Zamek. Obserwujemy też coraz więcej turystów zagranicznych. Słyszy się inne języki, a w mieście pojawiają się auta z obcymi rejestracjami. Liczymy na to, że ten rok będzie jeszcze lepszy niż poprzedni.”.

Cuda podchęcińskie: Miedzianka i Zelejowa

Góry Świętokrzyskie to dla większości z nas jedynie Łysogóry ze słynnymi gołoborzami i klasztorem benedyktynów na Św. Krzyżu (Łyścu, Łysej Górze; 595 m) oraz najwyższą w całym paśmie Łysicą (612 m). Często umyka nawet to, że do pasma głównego należą, oprócz Łysogór, Pasmo Jeleniowskie i Pasmo Masłowskie. A jest jeszcze mnóstwo innych pasm, mniej lub bardziej wybitnych, zawsze malowniczych, a nader ciekawych z racji dziejów i budowy geologicznej oraz zaskakująco zróżnicowanego krajobrazu.

Do najciekawszych partii Gór Świętokrzyskich zaliczyć można śmiało, piętrzące się na zachód od Kielc Pasmo Chęcińskie ze spektakularną, widokową Miedzianką (354 m) i ciągnące się niczym ogon dinozaura Pasmo Zelejowej (372 m). Atrakcją pierwszego z nich są zarastające wyrobiska zamkniętych przed laty kamieniołomów i wejścia do prastarych sztolni, których korytarze tworzą podziemną sieć długości 4 kilometrów. Na drugiej, leśny płaszcz skrywa ostrą skalistą grań. Ba, są tam urwiska i strzeliste turnie.  Ogromnymi atutami obu gór są bujna, barwna i bogata wapieniolubna flora oraz wspaniałe widoki.

Chabry i maki spod Zelejowej, fot. i animacja GIF: Paweł Wroński

Świętokrzyski Giewont
Gdy oglądamy Miedziankę od strony północnej, jej sylwetka nasuwa skojarzenia ze słynnym tatrzańskim śpiącym rycerzem, i stąd takie dumne, a jednocześnie żartobliwe określenie. W przeszłości górę nazywano Wielką Sowa lub Górą Miedzińską, a sławy i zainteresowania przyczyniały jej wydobywane w masywie kruszce – przede wszystkim miedź i „srebra niemało jak odnotowano w lustracji starostwa chęcińskiego z 1569 roku. W okolicach miedzianki wydobywa się po dziś dzień wapienie intrygująco ubarwione zielonymi i niebieskimi wypryskami malachitu i azurytu, poprzecinane brunatno czerwonymi żyłami kalcytowymi. W samym masywie eksploatacji kruszców i skał zaniechano w 1958 roku i utworzono rezerwat. Historię górnictwa kruszcowego w prezentuje Muzealna Izba Górnictwa Kruszcowego, mieszcząca się od 2008 roku w budynku dawnej szkoły górniczej i urzędu górniczego w Miedziance.

 

W sztolniach Miedzianki wydobywano chalkopiryt, malachit, azuryt, a także zidentyfikowane przez Józefa Mariana Morozewicza (1865–1941): staszicyt i lubeckit, którym nadał nazwy na cześć pionierów polskiej mineralogii oraz miedziankit. Rudy miedzi przetapiane były w okolicznych hutach, m. in. w pobliskim Polichnie.

Na Miedziance po stronie wschodniej w 1953 roku – tzw. Szyb Austryjacki (oryginalna fotografia znajduje się w kolekcji MIGK w Miedziance), reprodukcja zdjęcia: Paweł Wroński

 

Ogon dinozaura
Wokół Zelejowej ciągną się pola i łąki. Na przełomie maja i czerwca łany zbóż mienią się czerwono i niebiesko, bo bujnie kwitną wśród nich maki i chabry. Tajemnice pasma kryją gęsto splątane krzewy tarniny, berberysu i jałowca, a z grzbietu spływa po stokach ciemny płaszcz lasu. Po wyjściu nań trudno więc nie kryć zaskoczenia. Długa grań Góry Zelejowej jest bowiem skalista. Ba, miejscami najeżona prawdziwymi turniami. W miejscu gdzie był niegdyś kamieniołom, a dziś piętrzy się najwybitniejsza skalna wychodnia, umieszczono w 2001 roku pamiątkową tablicę poświęconą gen. Mariuszowi Zaruskiemu (1867-1941). Tak 60. rocznicę śmierci zasłużonego dla rozwoju narciarstwa i żeglarstwa wielkiego pasjonata gór i żołnierza, uczcił miejscowy odział PTTK. Na skromnej tabliczce, nawiązującej do walk legionów na Kielecczyźnie, zacytowano generała: „prowadziłem Polaków w góry i na morze, ażeby stali się twardzi jak granit, a dusze mieli czyste i głębokie”. Od 1954 roku masyw Góry Zelejowej jest objęty ochroną. Rezerwat utworzono z troski o zachowanie form skalnych z wyraźnymi śladami wietrzenia krasowego wapieni dewońskich oraz odsłonięć geologicznych o ciekawej tektonice i mineralizacji. Na skałach można znaleźć mnóstwo roślin rzadkich gatunków, choćby takich jak rozchodnik ostry, chaber nadreński, aster gawędka, krwawnik panoński, czy rojnik pospolity.

 

Najatrakcyjniejsze pod względem naukowym partie Gór Świętokrzyskich łączy Świętokrzyski Szlak Archeo-Geologiczny (www.szlakarcheogeo.pl).

 


Muzealna Izba Górnictwa Kruszcowego w Miedziancewww.swietokrzyskie.org.pl oraz www.facebook.com/MIGKwMiedziance

Spirala energetyczna w Chlewiskach

Gospodarze „Manor House SPA” w Chlewiskach ułożyli kamienną spiralę energetyczną w zacisznym zakątku rozległego parku otaczającego, zamienione na ekskluzywny hotel, zabytkowe gniazdo rodu Odrowążów.

Spiralę, odwołując się do tajemniczych sił przyrody i tradycji sięgających pradziejów naszego gatunku, zaprojektował Leszek Matela – radiesteta, geomanta, pasjonat zjawisk określanych przez sceptyków mianem paranormalnych. Decydujący wpływ na wybór miejsca miała koncentracja pozytywnych promieniowań przyrody. Precyzyjne ułożenie kamieni pomaga wyzwolić drzemiące wokół nas siły natury.

Przed wejściem na spiralną ścieżkę wyznaczoną kamieniami należy uspokoić emocje. Po trzech wyrównanych oddechach można zacząć spacer. Kroczyć najlepiej bez pośpiechu, koncentrując się na oddechu. Po dojściu do środka instalacji trzeba stanąć na 3-5 minut na centralnym kamieniu. Można w tym czasie robić znane sobie energetyzujące ćwiczenia, a jeśli takich nie ma, wystarczy że postoimy spokojnie i oddychając swobodnie wsłuchamy w śpiew ptaków. Powrót powinien przebiegać równie niespiesznie.

Prawdę mówiąc, nie jest ważne czy podzielamy poglądy i nadzieje twórców instalacji, czy też pozostajemy sceptyczni wobec tego typu zjawisk. Podczas kilkuminutowej sesji, spacerując wolnym krokiem, koncentrując się na ruchach i oddychaniu przy śpiewnym wtórze ptaków, doznamy wystarczająco dużo przyjemnych bodźców, by poczuć przypływ pozytywnej energii.

Kamienna spirala energetyczna – miejsce mocy w ogrodzie dworskim w Chlewiskach, fot. Paweł Wroński
Instrukcja – jak korzystać z kamiennej spirali energetycznej w Chlewiskach, fot. Paweł Wroński
W medytacyjnym zakątku parku dworskiego w Chlewiskach znajduje się między innymi kopia japońskiego ogrodu ZEN (z Kioto), fot. Paweł Wroński
W 10-hektarowym parku wokół Pałacu Odrowążów jest wiele miejsc sprzyjających rekreacji i wyciszeniu, jak choćby Wyspa Miłości na Małym Stawie, fot. Paweł Wroński

Manor House SPA – Pałac Odrowążów w Chlewiskachwww.manorhouse.pl
Leszek Matelawww.leszekmatela.com