Zainspirowane przez „Gaumarjos”

Bakłażan na gruzińską modłę. Przecinamy go na kilka plastrów, ale nie do końca, żeby dał się rozłożyć we wdzięczny wachlarz.

Następnie przekładamy plasterkami Mozarelli i pomidorów, posypujemy serem Feta, przyprawiamy wedle gustu mniej lub bardziej ostro, i zapiekamy w temperaturze 220 st. C. Nam zajęło to 25 minut, choć czas zależy pewnie od wielu czynników – najlepiej wypraktykować.

Ponadto, składniki można wzbogacać, tak jak my – o posiekane orzechy włoskie, zioła, czy wszechobecne w gruzińskiej kuchni ziarenka granatu.

Koleżanka przywiozła biały trunek z winiarni Ijevan (czyt.: Idżewan) z Armenii – kraju, który współzawodniczy z Gruzją o miano światowej kolebki winiarstwa. Wino Premium z ręcznie zbieranych winogron szczepów: karmrahyut, haghtanak, tigrani i saperavi (Ijevan Selected; www.ijevangroup.am), skomponowało się znakomicie z bakłażanem.


Dla Davida Gamtsemlidze (www.gaumarjos.pl) wielkie dzięki za inspirację! Eli chwała za wino! A dla Edyty – gratulacje, bo bakłażan był pyszny 🙂

Gaumarjos!


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Reklamy

Gruzja – Stalin i Khvanchkara

Stosunek do Stalina jest w Gruzji kwestią złożoną, a chociaż za komunizmem nikt tu nie tęskni jego pomniki wciąż są rozrzucone po kraju.

Nie mogłem wyjść ze zdziwienia gdy zobaczyłem taki monument po raz pierwszy. Szybko jednak wyjaśniło się, że Gruzini nie pochwalają tego co robił, ale jednak był „swój”, zaszedł wysoko i dawał dowody patriotyzmu. Bodaj najmniej kontrowersyjnie w młodzieńczym wierszu: „Rozkwitaj moja Gruzjo! Niech pokój panuje w kraju! A wy, przyjaciele, nauką rozsławcie swoją ojczyznę!”. Uwielbiał też miejscową kuchnię i wina, zwłaszcza Khvanchkarę. Ujawnienie tego faktu okazało się skutecznym chwytem marketingowym. Piszą o nim media i przewodniki, a wino sprzedaje się na świecie dobrze i… drogo. A wina są dla Gruzinów świętością. Tradycja jego wyrobu sięga korzeni gruzińskiej kultury. Nawet słowo „wino” wywodzi się nie ze starożytnej Grecji czy Rzymu, ale właśnie z Gruzji, w której znaleziono najstarsze nasiona winorośli przygotowane do użycia. Rozsypały się widocznie prehistorycznemu winiarzowi. Bagatela, niemal osiem tysięcy lat temu. Najwyżej cenione gruzińskie wina pochodzą ze wschodniej części kraju, z Kachetii. W rozległej dolinie Alazani, u stóp Kaukazu dojrzewają w piwnicach zwanych marani, nierzadko wciąż jeszcze w zakopanych w ziemię ceramicznych stągwiach kwewri. Gruzini znają około 500 odmian winorośli, ale zaledwie około 40 używają współcześnie. Rocznie powstaje około 15 milionów butelek szlachetnego trunku, z czego 2/3 idzie na eksport do 45 krajów na świecie, w tym Polski. Typowe dla Gruzji są wina jednoodmianowe. Na stołach królują białe Rkatsiteli i Mtsvane, bo są delikatniejsze i nie uderzają tak szybko do głowy jak czerwone Saperavi czy Kindzmarauli. Khvanchkara jest tradycyjnym kupażem, pół na pół ze szczepów alexandrouli i mudzhuretuli. Lekkie czerwone wino o subtelnej słodyczy, domowym smaku oraz bukiecie pospolitych owoców: truskawek, jeżyn, żurawin i dzikiej róży.

INFO
Mauzoleum Stalina jest bodaj największą z atrakcji miasta Gori: www.georgianmuseums.ge
Bogate informacje o szczepach winorośli, winach i producentach w Gruzji: www.wines.ge


Tekst publikowany w portalu www.smakizycia.pl

Gruzja / Kachetia – degustacja w Signagi

„Pheasant’s Tears” to winiarnia-butik w miasteczku Signagi, w Kachetii. Założyło ją kilku Szwedów i Kachetyniec z rodziny zajmującej się produkcją win od ośmiu pokoleń.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Mieści się przy głównej ulicy zabytkowego miasteczka położonego na płaskowyżu górującym nad doliną Alazani. Winiarnia powstała z fascynacji prastarą kulturą Gruzji. A jej właściciele nie tylko tworzą wina z miejscowych szczepów ale także promują smak i ducha podkaukaskiego kraju. W „Pheasant’s Tears” powstaje niewiele butelek. Toteż nigdzie poza Gruzją ich nie spróbujemy, i póki co, nie znajdziemy na sklepowych półkach. Są bowiem używane głównie na miejscu. Za stołem, podczas prezentacji połączonych z domowym gruzińskim poczęstunkiem. Trafiłem na degustację prowadzoną osobiście przez właściciela i specjalistę. Gela Patalishvili ma o czym opowiadać. Przecież historia winiarstwa sięga w Gruzji 8 tysięcy lat. Dowiedli tego archeologowie znajdując najstarsze na świecie sadzonki. Ba, sama nazwa wino pochodzi z języka gruzińskiego. Gela komentuje zawartość każdej butelki. W Gruzji znanych jest ponad 500 odmian winorośli. Współcześnie jednak używa się najwyżej 40. Z białych najpopularniejsze są teraz szczepy Rkatsiteli i Mtsvane, a z czerwonych Saperavi i Kindzmarauli. Wina gruzińskie są na ogół jednoodmianowe, świeże i orzeźwiające. Doskonale komponują się z potrawami, od których stół aż się ugina. W Pheasant’s Tears starają się także przywracać zapomniane odmiany. A wszystkie trunki fermentują i sezonują starą metodą. W zakopanych w ziemi ceramicznych stągwiach kwewri. Rozkoszowaniu się bukietem i smakiem kolejnych win (na koniec czaczy – destylatu z wingron) towarzyszą pieśni na głosy. Ich interpretacja wymaga nie lada kunsztu. Specyficzny polifoniczny śpiew ma także długą historię. Ponad 2 tysiące lat. Słowa traktują o miłości, przywiązaniu do rodzinnej ziemi i bohaterskich czynach dokonanych w przeszłości przez Gruzinów. Muzyka zaś miała zainspirować Grzegorza Wielkiego do stworzenia kościelnych chorałów. Spektakl w „Pheasant’s Tears” trwa około 1,5-2 godzin. To niewiele jak na podróż przez smaki i stulecia.

INFO
„Pheasant’s Tears” mieści się w Signagi przy ul. Baratashvili 18
Ich wina są stosunkowo drogie (do 40-50 lari czyli 80-100 zł), lecz warte swej ceny.
www.pheasantstears.com

Tekst publikowany w portalu www.smakizycia.pl

Gruzja – serce za stołem

jako M.G.

Pierogi… Tryskające w ustach bulionem i masłem. Roboty mojej babci albo mamy. Wspomnienie dzieciństwa, niebiańska rozkosz w ustach. Byłam przekonana, że nic im nie dorówna dopóty, dopóki nie spróbowałam gruzińskich chinkali.

Zafrapowały mnie już samym wyglądem. Połyskujące tłuszczem, wypchane mięsem sakiewki. Specjalnie tak skleja się ciasto, bo jedzenie chinkali to sztuka. Trzeba je brać pojedynczo i przytrzymując rękami odgryźć kawałek. Przez dziurkę wyssać soki jakie podczas gotowania puszcza mięsny farsz. Wytrysk jest nieodłącznym elementem rytuału. I póki się nad nim nie zapanuje lepiej mieć kreację na zmianę, bo to w czym się siada do stołu nadaje się później jedynie do prania. Ale nie myślałam o tym. Smak był tak obłędny, że przesłonił mi wszystko. I – jak to się mówi – przez żołądek do serca. Zakochałam się w chinkali. I w Gruzji. Od pierwszego wejrzenia. W potrawach i kulturze kaukaskiego narodu. Bo chinkali to tylko jedna z wielu niesamowitych potraw, pod którymi ugina się gruziński stół. Stół, za którym spędza się długie godziny.

Z żalu czy z radości
Biesiadowanie rozpowszechniło się wśród Gruzinów z żalu za utraconą wolnością. Wprawdzie przez kilka tysięcy lat, bo tyle liczą spisane dzieje kaukaskiego narodu, wciąż napadali na nich potężniejsi sąsiedzi: Rzymianie, Persowie, Azerowie, Turcy… Ale dopiero pod koniec XVIII wieku carska Rosja wchłonęła dumne królestwo, czyniąc z niego jedną ze swoich guberni. Wówczas Gruzini znaleźli pociechę za stołem. W rodzinnym lub przyjacielskim kręgu. Wspominając minioną świetność przy smakowitym jedzeniu i winie. Śpiewając narodowe pieśni i wznosząc płomienne toasty. Przesiąknięty na wskroś patriotyzmem obyczaj wszedł im wtedy w krew, mówią historycy. Ale kto by tam ich słuchał… Jakiego zresztą żalu? Przecież dla współczesnego Gruzina każda okazja jest dobra żeby zasiąść za stołem. Żeby jeść, pić, poznawać się i umacniać więzy przyjaźni. Za stołem nikt się nie smuci. A jedyne co napawa obawą, to to, żeby gościom nie zabrakło jedzenia i wina. W efekcie stół jest zastawiony po brzegi, a rodzina gospodarza donosi potrawy, gdy tylko jakiś półmisek lub salaterka opustoszeją.

Bez pośpiechu
Zestaw potraw przypomina znane z Turcji i Grecji mezedes. Tylko, że meze pojawia się na stole krok po kroku. W Gruzji oczywiście też jest zachowana pewna kolejność, ale tam to jest sączenie smaków kropla po kropli, a tu dywanowy nalot. Stół dowodzi jednak niezbicie, że kraj należy do kręgu kultury śródziemnomorskiej. Od czasów mitycznego Jazona, który płynął po złote runo nie gdzie indziej jak na czarnomorskie wybrzeże dzisiejszej Gruzji, do antycznej Kolchidy. Zostawmy jednak mity i wróćmy do stołu zastawionego daniami z warzyw, serów, grzybów i mięs… Grillowanych, smażonych, pieczonych… Szybko nauczymy się rozróżniać ornamenty i filary tej konstrukcji. Filarem bodaj najważniejszym jest chaczapuri. Placek drożdżowy, z makaronowego albo francuskiego ciasta. Bo co region to inna odmiana. Ba, co gospodyni to inna wersja. Różne proporcje i forma. Czasem wygląda jak nasz sznycel po wiedeńsku, z sadzonym jajkiem na wierzchu. Czasem pulchny jak omlet-grzybek. Kiedy indziej cienki jak włoska pizza. Ale zawsze z serem. Zresztą placek z serem oznacza egzotycznie brzmiąca nazwa potrawy. A raczej z serami, bo używa się kilku. Chaczapuri podaje się na gorąco. Zaraz po przyrządzeniu. To zresztą najistotniejsza cecha gruzińskiej kuchni. Potrawy są świeże, dopiero co przygotowane, bez konserwantów, podgrzewania a już z pewnością nie z torebek. Choć receptury są zazwyczaj czasochłonne i trzeba się przy nich nakrzątać, producenci kuchenek mikrofalowych na tutejszym rynku fortuny nie zbiją. Bo liczy się smak. A jego osiągnięcie wymaga właściwego czasu i nic się tu przyspieszyć nie da. Ba, nie wolno.

Prosto z kuchni
Ponoć prawdziwy Gruzin nie wyjdzie bez chaczapuri z domu. Odnoszę wrażenie, że nigdy nie wychodzi, bo do kanonu potraw bez których życie nie ma sensu należą i szaszłyki – mcwadi (podstawą jest jagnięcina, ale często zmieszana z innymi rodzajami mięs), i podawany do nich sos tremali. Czerwony albo zielony, zależnie od przypraw i ziół, które uzupełniają zmiksowane owoce. Owoce z drzew rosnących tylko na Kaukazie. Podobne do naszych mirabelek. Głównie rozmiarem, bo poza tym zielone, twarde i tak niewyobrażalnie kwaśne, że choć stawia się je na stole, sięgają po nie nieliczni koneserzy (albo ktoś nieświadomy co go czeka). Dopiero zioła i przyprawy równoważą smak. Sos przyrządza się tylko domowym sposobem. Można go wprawdzie dostać na targowiskach i bywa w sklepach (rozlany do butelek jakie się pod rękę nawinęły). Ale przechowywać go się nie da. Pewno dlatego nikt nie para się produkcją na większą skalę. Poza tym, w Gruzji konserwanty nie wchodzą w grę. I prawie każda szanująca się gospodyni robi sos thremali osobiście. Tolma, coś w rodzaju naszych gołąbków, tylko maleńkich bo zawijanych w liście winorośli. Zaskoczyło mnie najbardziej to, że przysmak dobrze znany z krajów śródziemnomorskich, podają w Gruzji na ciepło.

Jak u mamy
Kolejną potrawą, która zagroziła pozycji pierogów w moim sercu stał się krojony w plastry smażony bakłażan – badridżani. Posmarowany pastą z orzechów i posypany ziarenkami granatu. Zadziwiająca słodkawo gorzka kompozycja. Palce lizać! Rarytasem jest także pieczywo. Spośród wielu rodzajów chleba żaden nie może się równać z szoti. Chlebem z pieca tone o walcowatym kształcie, na którego ściankach przykleja się od wewnątrz paski ciasta. Na dnie pali się ogień. Gdy szoti jest gotowy, odpada wygięty jak księżyc w nowiu. Na blachę, którą przykrywa się żar, żeby chleba nie spalić. Nie muszę chyba dodawać, że taki prosto z pieca jest najlepszy. W Gruzji ujęło mnie też to, że stół w restauracji nie różni się niemal wcale od domowego. A piec tone ma każda szanująca się knajpa. I to nie tylko na prowincji, ale w stolicy, w zaułkach odwiedzanego przez turystów z całego świata starego Tbilisi i w lokalach, które jak grzyby po deszczu wyrastają w nowych dzielnicach rozrzuconego po wzgórzach miasta. Wszędzie, za szczyt kulinarnego kunsztu uchodzą potrawy takie „jak u mamy”. Żadne tam fusion ani mamienie klienta ideologią kreatywności… Prosta, tradycyjna kuchnia. Z owoców, warzyw, mleka i mięsa, którymi Bóg tak hojnie obdarzył Gruzinów. Smakowym daltonistom nieczułym na niuanse, może się to nawet wydać monotonne. Jednak osobom o rozwiniętym zmyśle smaku, nigdy się nie znudzi. Bo gruziński stół jest jak wszechobecne panoramy ośnieżonego Kaukazu. Niby zawsze patrzymy na te same góry. Ale perspektywa, pora roku i dnia, a nawet pogoda, nadają pejzażowi ulotny, niepowtarzalny koloryt.

Pod batutą Liany
Nie uwierzycie, jak po powrocie z Gruzji chodziły za mną tamte smaki. A że są potrawy, które smakują tylko i wyłącznie w danym miejscu i na próżno próbować ich odwzorowania gdzie indziej, nie mogłam sobie znaleźć miejsca. W ogrodach naszych domów nie czerwienią się przecież pyszne granaty, nie złocą pigwy i nie rumienią pomarańcze, a osoby, które słyszały o thrinkali można policzyć na palcach jednej ręki. I wtedy poznałam Lianę Gamcemlidze. Prowadzi dwie niewielkie restauracje. W Piasecznie i na Ursynowie, gotując dokładnie tak jak się nauczyła od babki i matki. Bo jej gastronomiczną szkołą było życie. Posiłki dla licznej rodziny i przyjaciół z tysiąca okazji. Przygotowywane odkąd tylko wyszła za mąż, czyli od 17 wiosny życia. Ale jeśli ktoś nazwie Lianę kurą domową to ja mu bez pardonu przywalę. Wspaniała kobieta. Zdolna pianistka i dyrygentka, która porzuciła karierę, żeby utrzymać rodzinę. Na szczęście (również dla mnie) rodzina Gamcemlidze znalazła dom i przyjaciół w Polsce. Liana dyryguje dziś w kuchni z talentem nie mniejszym niż orkiestrą. Z Gruzji sprowadza przyprawy i dodatki, których u nas nie uświadczysz. Jest nieoficjalnym ambasadorem kulinarnej sztuki swojego kraju. Ona i jej mąż, Dawid. Koneser i znawca win. A jednocześnie człowiek obdarzony niebywałym talentem krasomówczym. Urodzony tamada. Choć słyszałam go już wiele razy, zawsze zamieniam się w słuch, gdy tylko Dawid zaczyna wznosić toast. Obłędny jest ostatni. Dawid zostawia w kieliszku kroplę wina by wylać na kciuk. Dlaczego? Ano dlatego, że wino pijemy za przyjaciół. A ostatnia kropla jest dla wrogów… żeby byli ot, tacy mali! Gaumardżos!

Gruzja na skróty
Powierzchnia: blisko 70 tys. km2
Populacja: ponad 4,5 mln
Prawosławni stanowią 83,8%; muzułmanie blisko 10%
Mniejszości narodowe: Abchazowie, Rosjanie, Ormianie, Azerowie
Waluta: lari (1 GEL – ok. 2 PLN); lari dzieli się na 100 tetri; z bankomatów można wyjmować zarówno lari, jak dolary amerykańskie
Gruzja w Internecie:
www.georgia.travel
www.kaukaz.pl
www.gruzja.pl

Gruzini mają własny alfabet, a obecnie używany krój wywodzi się z XI wieku.
Ich alfabet składa się z 33 znaków.

„Gaumardżos” znaczy zwyciężaj; jest odpowiednikiem naszego „na zdrowie!”, ale możecie go używać witając kogoś, albo dziękując mu za przysługę.

Podczas podróży ze smakiem:
– odwiedźcie koniecznie Kachetię (www.kakheti.net), region winiarski we wschodniej części kraju, a zarazem najważniejsze zagłębie rolnicze Gruzji. Tam zlokalizowane są największe winiarnie z wiodącą spółką Marani w Telavi (www.marani.co; przedstawicielstwo w Polsce: www.marani.com.pl)
– wstąpcie na targowisko (imponujące działa w Telavi, głównym mieście Kachetii); wywrą na was ogromne wrażenie mięsne półtusze, ryby i sterty warzyw w bagażnikach zdezelowanych samochodów
– posłuchajcie polifonicznego śpiewu i wykładu na temat gruzińskich win w oryginalnej winarni w Sighnaghi (www.pheasantstears.com)
– obejrzyjcie wypiek chleba szoti. Okazji nie trzeba długo szukać, bo piece tone działają przy każdej niemal restauracji, na targowiskach oraz w wielu prywatnych domach na prowincji
– napijcie się wody – słynnej Borjomi, czerpanej z kaukaskich źródeł (www.borjomi.com)

Ciekawe opisy tradycyjnych dań znajdziecie tutaj: www.georgianjournal.ge/georgian-cuisine.html

A jeśli po powrocie zatęsknicie za Gruzją, odwiedźcie Lianę i skosztujcie jej potraw (www.gaumarjos.pl).

Gruzja jest kolebką światowego winiarstwa
Gruzinom zawdzięczamy słowo wino, bo tradycje uprawy winorośli na południowych stokach Wysokiego Kaukazu sięgają 8 tys. lat. W ciągu wieków uprawiano tu około 500 szczepów. Dziś, do komercyjnej produkcji win używa się góra 40. Królują wina jednoodmianowe, kupaże należą do rzadkości. Najpopularniejsze są białe Tsinandali i Mtsvane oraz czerwone Saperavi i Kindzmarauli. Z wytłoczyn powstaje mocny destylat – odpowiednik włoskiej grappy, zwany czacza.

INFO
Do Gruzji dostaniecie się najszybciej drogą lotniczą. Bezpośrednie rejsy z Warszawy do Tbilisi oferuje LOT (www.lot.pl), w umiarkowanej cenie. Na lotnisku w Tbilisi wynajmijcie samochód. Jeśli chcecie rzeczywiście zwiedzać kraj, najlepiej 4×4. Jeśli zamierzacie korzystać z komunikacji publicznej, pamiętajcie, że najlepszym środkiem transportu są marszrutki – busy i niewielkie autobusy kursujące po Tbilisi (mają żółty kolor i numery linii) oraz w najdalsze zakątki kraju. Na miejscu pomocny jest język rosyjski bo niemal wszyscy go rozumieją. W hotelach, centrach handlowych i instytucjach porozumiecie się także po angielsku. Nocleg znajdziecie korzystając z bazy adresowej oficjalnego portalu dla turystów (www.georgia.travel).

Lądując w Tbilisi nie zapomnijcie przestawić zegarków o 2 godziny do przodu w stosunku do czasu polskiego!

Gruzja – poezja zanurzona w winie

Gaumardżos! Czyli zwyciężaj! Ten zwrot otwiera gruzińskie serca, jest równie dobry na powitanie, pożegnanie jak i życzenie pomyślności.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Rozbrzmiewa gromko gdy wznosi się toasty. Zanim to jednak nastąpi trzeba z uwagą wysłuchać tamady, zazwyczaj najszacowniejszej osoby pośród zgromadzonych. Oracje tamady są długie, poetyckie, przepełnione miłością do kraju i ludzi, zawsze stosowne do sytuacji, pełne ciepła i szczerości. Chyba nigdzie indziej, tak jak podczas supry, serca i usta nie brzmią jednym głosem. Za gruzińskim stołem biesiaduje się, płomiennie przemawia, śpiewa i cieszy życiem, nawet w najtrudniejszych czasach. Gdy tamada wypowie magiczne gaumardżos, można wychylić puchary.

Za suto zastawionym stołem
Supra, jak określa się w Gruzji i stół, i biesiadę, jest kwintesencją tutejszej kultury. Za stołem spędza się długie godziny, celebrując zarówno wielkie uroczyste święta, jak i kameralne spotkania w gronie przyjaciół i rodziny. Stół ugina się zawsze pod ciężarem potraw – pieczywa, mięs, serów, owoców i warzyw. Poczesne miejsce zajmuje na nim wino. Tradycja jego wyrobu sięga korzeni gruzińskiej kultury. Nawet słowo „wino” wywodzi się nie ze starożytnej Grecji ani z Rzymu, ale właśnie z Gruzji, w której znaleziono najstarsze nasiona winorośli przygotowane do użycia. Rozsypały się widocznie prehistorycznemu winiarzowi. Bagatela, osiem tysięcy lat temu. W Kachetii, w rozległej dolinie Alazani. U stóp Kaukazu, gdzie wciąż powstają najszlachetniejsze z gruzińskich trunków. W piwnicach zwanych marani, nierzadko wciąż jeszcze w zakopanych w ziemię ceramicznych stągwiach kwewri. Na ogół z jednej odmiany winorośli. Proste białe Rkatsiteli czy Mtsvane królują na stołach podczas supry, bo są delikatniejsze i nie uderzają tak szybko do głowy jak czerwone – Saperavi czy Kindzmarauli, żeby wymienić jedynie najpospolitsze z ponad 500 znanych tutaj odmian winorośli (40 zaledwie używa się dziś do komercyjnej produkcji wina). Ewenementem pozostaje wciąż Khvanchkara, kupaż – pół na pół ze szczepów Alexandreuli i Mujuretuli. Lekkie, o subtelnej słodyczy, domowym smaku oraz aromacie pospolitych owoców: truskawek, jeżyn, żurawin i dzikiej róży czerwone wino, uwielbiane przez Stalina, który był przecież rodowitym Gruzinem i szczycił swoim pochodzeniem. A tak, na marginesie, stosunek do „batiuszki Stalina” jest kwestią delikatną i złożoną. Bo chociaż jego liczne pomniki rozrzucone są po kraju, nie znaczy to, że Gruzini pochwalają jego działalność. Nikt nie pochwala, ale jednak był „swój”. I dawał dowody patriotyzmu. Najmniej kontrowersyjnie w młodzieńczym wierszu: „Rozkwitaj moja Gruzjo! Niech pokój panuje w kraju! A wy, przyjaciele, nauką rozsławcie swoją ojczyznę!”.

W oczach władców i świętych
Na wyniosłym kopcu na tle wyniosłych gór wznosi się monastyr Alaverdi, bodaj najsłynniejszy zabytkowy kompleks sakralny w Kachetii. Zręby budowli powstały w VI wieku, taka jaką dziś możemy podziwiać pochodzi z XI stulecia. Na tle wiecznie zaśnieżonego Kazbeku (5047 m n.p.m.) rysuje się sylwetka XIV-wiecznej cerkwi Cminda Sameba. Wzniesiona na wzgórzu Gergeti (2170 m) jest zapewne najszerzej znaną budowlą spośród setek gruzińskich klasztorów i świątyń. Fascynując zderzeniem wysokich gór i zabytkowej świątyni, trafia zazwyczaj na okładki przewodników i albumów. 28 sierpnia gromadzą się pod nią tłumy bo odbywa się uroczyste poświęcenie trzód Gergetoba). Korzenie tego związanego z pasterstwem obyczaju sięgają jeszcze przedchrześcijańskich czasów. Na porośniętym krzakami pagórze u zbiegu rzek Mtkvari (Kura) i Aragwi, nieopodal Tbilisi, ponad starą stolicą Mcchetą wznosi się Dżwari – cerkiew Krzyża Świętego. Wzniesiono ją w VI wieku i nie przebudowywano. Od stuleci, piaskowcowe płaskorzeźby, których nie osłaniają gzymsy spłukuje woda i smaga wiatr. A na krawędzi płaskowyżu piętrzącego się nad doliną Alazani, miasto Signaghi otaczają XVII-wieczne mury z 23 wieżami. Każda z nich nosi imię którejś z okolicznych wiosek, bo w razie zagrożenia za murami chronili się mieszkańcy okolicy. Z murów roztaczają się szerokie panoramy na dolinę i góry. Kilka kilometrów stąd wznosi się monastyr Bodbe, w którym przechowywane są relikwie św. Niny. Do nich pielgrzymują ludzie z całego kraju. Święta apostołka, która żyła na przełomie III i IV wieku, utrwalając chrześcijaństwo, które Gruzja przyjęła za religię panującą jako jedna z pierwszych na świecie. Święta Nina jest obok św. Jerzego patronką Gruzji. W jednym z kilku skalnych miast, w położonym na pograniczu z Armenią i Turcją Wardzia, z XII-wiecznego fresku spogląda na przybyszów królowa Tamara, władczyni, na której 29-letnie rządy (1184-1213), przypadł „złoty wiek” Gruzji. Lista zabytków podkaukaskiego kraju obejmuje setki pozycji. Nie zabrakłoby na niej skarbów stolicy, choć bardzo trudno zdecydować, które obiekty umieścić na początku. Niemal wszystkie łączy jednak odrobina poezji, jakiej nie znajdziemy w najwspanialszych nawet muzeach Europy. Bowiem barierki ani kraty nie bronią tu dostępu do pamiątek przeszłości. Można bez przeszkód zaglądać w twarze świętych i królów, a przewodnikiem jest błądzący pośród murów duch czasu.

W świecie mitów i legend
Od wysokich gór po wybrzeże Morza Czarnego, na którym rozsiadło się Batumi, kurort kuszący plażami, słońcem i ciepłą, spokojną wodą – cały kraj owiany jest legendami. To tutaj znajdowała się mityczna Kolchida, do której wyruszył po złote runo Jazon. U podstaw tej opowieści legły wieści o bogatych złożach złota. A jeden z najstarszych sposobów jego pozyskiwania polegał na zanurzaniu baraniej skóry w wodach złotonośnych potoków. Legenda opowiada też o początkach stolicy kraju – Tbilisi. Podczas polowania sokół króla Wachtanga Gorgosali pochwycił bażanta, ale oba ptaki zniknęły z oczu myśliwym. Znaleziono je wkrótce w jednym z tryskających tu obficie gorących siarkowych źródeł. Mimo tego zdarzenia władcy o gorącym sercu, dzielnie broniącemu swego kraju przed perskim panowaniem, spodobała się okolica. I to tak dalece, że kazał założyć miasto, w którego nazwie pobrzmiewa słowo tbili – gorący. Źródła zaś służą po dziś dzień kąpielom, zażywanym z równą przyjemnością dla relaksu, jak w celach zdrowotnych. Mityczną postacią jest wreszcie Amirani. Nieśmiertelny syn kaukaskiej bogini łowów Dali, który dokonał wielu bohaterskich czynów oraz nauczył ludzi jak mają używać ognia i jak robić wino. Gaumardżos!

INFO
www.tourism.gov.ge

Tekst w nieco krótszej wersji był publikowany na łamach magazynu „Świat. Podróże. Kultura” (kwiecień 2012)