Lassota – tam i z powrotem

Tam i z powrotem, czyli z Barbakanu przez Europę na Działdowską i znowu na Barbakan. Tak, w największym skrócie można opisać 50-letni fragment artystycznej drogi Jerzego Lassoty, warszawskiego malarza, współzałożyciela grupy „Niezależni ’69”.

Jerzy Lassota porządkuje swój dorobek, zgodnie z katalogiem, fot. Paweł Wroński

Pierwsze swoje prace wystawiał na murach Barbakanu w Warszawie w latach 1963-1967. Gdy zaczął, miał 17 lat, a jego młodość przypadła na epokę, w której taka działalność była nielegalna. Formalnie, bo w praktyce artyści korzystali z tego miejsca, a sprzedaż ich dzieł rozwijała się. W naturalny sposób, wraz ze wzrostem liczby turystów, odwiedzających stolicę. Po dziś dzień zresztą, obecność malarzy i rzeźbiarzy pracujących na oczach przechodniów, cieszy gości z zagranicy oraz spacerujących po starówce warszawiaków. Nie ma w tym nic niezwykłego. Podobnie dzieje się na świecie, wszędzie tam, gdzie ruch napędzają turystyczne atrakcje.

W sierpniu 2018 roku, czyli 50 lat później, reprodukcje wybranych prac Lassoty zawisły na staromiejskich murach. Tak oto, malarz, którego obrazy widziałem po raz pierwszy niespełna rok wcześniej w Galerii Fundacji „Skarbnica Sztuki” Ewy i Pawła Boguta, powrócił na Barbakan.

Retrospektywna wystawa nie jest też jedynym wydarzeniem w dojrzałym życiu artysty, bowiem Jerzy Lassota nadal tworzy. Ba, można powiedzieć, że nabrał znów wiatru w żagle. Odkąd bowiem ma do czynienia ze „Skarbnicą Sztuki” (Fundacja ma w swych zbiorach pokaźną część dorobku artysty), zadomowił się w galerii, rozstawił sztalugi, i maluje. Czy obrazy się spodobają, czy będą nawiązaniem do dawnych poszukiwań, czy czymś nowym? Zobaczymy. Podczas kolejnych wystaw, choćby poświęconej twórczości „Niezależnych ’69”, jaka niebawem zostanie zorganizowana w wolskiej filii Muzeum Warszawy. Dlaczego właśnie tam? Ano także retrospektywnie, gdyż w 1976 roku tworzący grupę artyści w Galerii KMPiK-Wola zaprezentowali swoje prace. Po raz pierwszy – oficjalnie. Niedługo potem, bo w 1981 roku, wystawiono je także w Muzeum Woli.

Jerzy Lassota podczas pracy nad nowym obrazem (w Galerii Fundacji „Skarbnica Sztuki”; wrzesień 2018 roku), fot. Paweł Wroński

Jerzy Lassota de Kaliński (biografia): http://www.skarbnicasztuki.com/jerzy-lassota/
O wystawie artysty w Galerii Fundacji „Skarbnica Sztuki”: www.pawelwronski.blog
Muzeum Woliwww.muzeumwoli.muzeumwarszawy.pl

Reklamy

Cis – drzewo sprężyste i trujące

Cisy są ozdobą parków i ogrodów, a ich dość rzadkie naturalne stanowiska otacza się pieczołowicie ochroną.

Mimo niezbyt imponującej sylwetki, to właśnie cis, a nie żaden z potężnych, otoczonych legendami dębów jest najstarszym drzewem w Polsce. Wiek okazu z Henrykowa na Dolnym Śląsku szacuje się na 1300 lat.

Szczególnie pięknie, te przez długi czas krzewiaste rośliny, wyglądają u progu jesieni, gdy obsypują się jagodami owoców w jaskrawo czerwonych otoczkach. Cis jest dowodem na to, że piękno bywa zgubne. Czerwona barwa jest bowiem niczym innym jak ostrzeżeniem dla zwierząt i ptaków, by jagód nie jeść, gdyż są trujące.

Cis, który jest ozdobą jordankowego ogródka w Warszawie na Gocławku, natchnął nas do stworzenia na zielonym terenie wokół placówki czegoś w rodzaju ścieżki przyrodniczej z opisem roślin, które tam się znajdują. Slajdowisko zaprezentowane wyżej otwiera ten projekt, zaś cisowa tablica będzie pierwszą jaką już wkrótce postawimy.


OPP1 Jordanek: www.opp1.waw.pl
Park im. płk. Jana Szypowskiego „Leśnika”www.parki.org.pl oraz www.twoja-praga.pl

Dzieci z Jordanka w Muzeum Pragi

W roku szkolnym 2017/2018 Jordanek zagościł dwukrotnie w prawdziwym muzeum. Po udanym debiucie wystawowym, sukcesem zakończył się także koncert chóru Mille Voci na dziedzińcu Muzeum Warszawskiej Pragi.

Koncert zakończył cykl wydarzeń wakacyjnych organizowanych przez Muzeum oraz akcję wypoczynkową Lato w Mieście 2018. Brawa dla chórzystów, tym większe, że na próby było naprawdę niewiele czasu!

Utwór wykorzystany w tym video to „Piosenka drewnianych lalek” ze słowami Cezarego Domagały i muzyką Tomasza Bajerskiego. Chór dziecięcy Mille Voci zaśpiewał ją w Muzeum Warszawskiej Pragi, 30 sierpnia 2018. Wcześniejsza sekwencja z próby w sali OPP1 Jordanek miała miejsce zaledwie 2 dni wcześniej.


Mille Vociwww.pracownia-piosenki.blogspot.com
„Piosenka drewnianych lalek” znajduje się od 1 września na kanale Mille Voci: www.youtube.com (Chór Dziecięcy Mille Voci: www.youtube.com)
OPP1 Jordanek: www.opp1.waw.pl
Muzeum Warszawskiej Pragiwww.muzeumpragi.pl

Artysta, który lubił (się) portretować

Józef Sendecki, wszechstronnie utalentowany polski artysta – śpiewak, skrzypek, reżyser operetek dożył słusznego wieku 90 lat. Oprócz muzyki, którą się zawodowo parał, jego życiową pasją było malarstwo.

W 1965 roku, z okazji 60-lecia pracy artystycznej, w foyer Teatru Wielkiego w Poznaniu odbyła się wystawa malarska Józefa Sendeckiego – wystawiono około 80 płócien jego pędzla. Wiele z nich znajduje się dziś w kolekcji Fundacji Skarbnica Sztuki, fot. (reprodukcja i kolaż): Paweł Wroński

Józef Sendecki uczył się malarstwa i rysunku u profesora Stanisława Lentza. Tak o tym pisze w swoim „Życiorysie”: „Aby i w malarstwie artystycznym dojść do perfekcji, w roku 1917 zapisałem się do Warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych (…) na Wybrzeżu Kościuszkowskim. Studiowałem w pracowni prof. Stanisława Lentza, znakomitego portrecisty (…) dowodem tego, że wystawiałem swoje prace w warszawskim Salonie w Zachęcie, w Katowicach i Poznaniu miałem swoje wystawy obrazów.”.

Jak można wnosić z malarskiego dorobku artysty, zgromadzonego przez Fundację Skarbnica Sztuki, paleta i pędzel towarzyszyły Sendeckiemu przez całe życie. Zastępowały mu na przykład aparat w czasie podróży, o czym świadczą cykle lakonicznie podpisane, takie jak np. „Wilno”, czy kilka obrazów prezentujących wnętrza krakowskich kościołów.

Pejzaż z nie datowanego cyklu „Wilno” pędzla Józefa Sendeckiego ze zbiorów Fundacji Skarbnica Sztuki, fot. Paweł Wroński

Obrazy były także dla niego swoistą kroniką towarzyską, portretował bowiem ludzi, którzy odgrywali znaczącą rolę w jego życiu, związanych z jego karierą solisty i reżysera oraz losami scen, na których występował, przede wszystkim poznańskiego Teatru Wielkiego oraz – jak to ojciec – córkę, Krystynę.

Bohatera tego obrazu ze zbiorów Fundacji Skarbnica Sztuki, pędzla Józefa Sendeckiego nie udało się jeszcze zidentyfikować, ale można sądzić, że przedstawia postać ściśle związaną ze środowiskiem muzycznym Poznania, fot. Paweł Wroński

Znaczącą rolę w malarskiej spuściźnie Józefa Sendeckiego odgrywają autoportrety. Ba, można śmiało powiedzieć, że uwielbiał się portretować. Może nie tyle nawet siebie, co siebie w teatralnych rolach. Widzimy go więc w stroju Cyganki, Gladiatora, w huzarskim mundurze, w cylindrze z elegancką laseczką (patrz zdjęcie otwierające), i w wielu, wielu innych, adekwatnie do przedstawień, w których grywał. A zebrało się tych ról wiele. Od 1904 do 1963 roku, występował w spektaklach muzycznych na scenach wielu polskich miast, najczęściej w Poznaniu i Warszawie. Szczyt zaś jego kariery przypadł na lata 1928-1939. Był wtedy solistą zespołu Teatru Wielkiego w Poznaniu, a w 1929 roku objął tam stanowisko dyrektora operetki. Do wybuchu wojny wyreżyserował i wystawił ponad 30. operetkowych przedstawień. Na przyszły rok przypada 90. rocznica rozpoczęcia tego ważnego etapu w jego życiu i karierze.

Józef Sendecki – autoportret w stroju Cyganki (obraz ze zbiorów Fundacji Skarbnica Sztuki), fot. Paweł Wroński

Kariera artystyczna Sendeckiego rozwijała się, przynajmniej do wybuchu II wojny światowej wspaniale ale, że strzeżonego Pan Bóg strzeże, zadbał u progu jej szczytowego okresu o coś ‘na ciężkie czasy’. Oczywiście stosownie do owych czasów – na wystawionym w Warszawie świadectwie przemysłowym dla przedsiębiorstwa handlowego na rok 1927 czytamy bowiem – „Rodzaj przedsiębiorstwa:  Dorożka samochodowa”.

Ilustracją jego zawodowych możliwości może być jedno z nielicznych zachowanych nagrań – z kolekcji Jerzego Płaczkiewicza, znalezione przeze mnie na youtube’owskim kanale filmowym właściciela unikalnej już płyty. Józef Sendecki, przedstawiony na krążku nagranym przez Janus-Record jako artysta opery lwowskiej, śpiewa „Mów do mnie jeszcze” (słowa: Kazimierz Przerwa-Tetmajer, muzyka: Napoleon Rutkowski).

Długie życie artysty wypełnione muzyką i malowaniem pozostanie dla nas, współczesnych pełne zagadek. Swoich obrazów raczej nie datował. Zachowało się trochę archiwaliów – programów teatralnych, wzmianek w prasie, pamiątek rodzinnych. Wśród dokumentów są cenne, ale tylko 4, zapisane własnoręcznie strony z zeszytu, zatytułowane „Życiorys Józefa Sendeckiego solisty śpiewaka w państwowej Operze im. St. Moniuszki w Poznaniu”. Nie wiemy ani kiedy, ani z jaką intencją autor zaczął go pisać. Życiorys kończy się w pierwszej dekadzie XX wieku. Najciekawsze są więc w nim informacje u kogo, i z jaką determinacją, szlifował Sendecki swój wszechstronny talent artystyczny – śpiewaka, skrzypka, malarza…

Fragment obrazu Józefa Sendeckiego o tematyce scenicznej z kolekcji Fundacji Skarbnica Sztuki – być może jest tu przedstawiona Lucyna Skałbania, primadonna Operetki Poznańskiej, a zarazem utalentowana uczennica malarza (jeśli tak, to płótno powstało najprawdopodobniej w 1959 roku), fot. Paweł Wroński

Artystyczna biografia Józefa Sendeckiegowww.encyklopediateatru.pl lub www.e-teatr.pl
O Józefie Sendeckim malarzu, pisze Krzysia Samoń w artykule (przygotowanym w oparciu o materiały Fundacji Skarbnica Sztuki), w cyklu Malarze znani i mniej znani: „Józef Sendecki (1883-1973)”; „Mówią Wieki” Nr 4 (675), 2016 rok.


Więcej o artyście i jego malarstwie już wkrótce na stronach Fundacji Skarbnica Sztuki:  www.skarbnicasztuki.com

Poniżej kilka obrazów ze wspomnianej na wstępie wystawy w foyer Teatru Wielkiego w Poznaniu, które teraz znajdują się w zbiorach Fundacji Skarbnica Sztuki.


Bestiarium Józefa Wilkonia

„Arka” Józefa Wilkonia stoi w Radziejowicach między stawami. Z jej okienek wystają głowy małych i wielkich zwierząt ciosanych z kloców drewna, łączonych gwoździami. Fascynujące dzieło, ponieważ każde stworzenie wygląda jak żywe!

To właśnie sprawia owa „wilkoniowatość”, którą wskazują znawcy i wielbiciele talentu artysty, podkreślając niepowtarzalność jego stylu. Niebywałe, że kilkoma zaledwie uderzeniami siekiery, czy ruchami piły, Wilkoniowi udaje się tchnąć życie w kloc drewna, wydobywając z niego naturę konkretnego stworzenia. Ze względu na nie krępujące ruchów połączenia, mam ochotę nazwać jego zwierzęta kukłami. A tak są dynamiczne, że nie zdziwiłbym się gdyby któregoś dnia wyruszyły w drogę, do sobie tylko znanego celu.

„Arka” Józefa Wilkonia – między stawami w radziejowickim parku, fot. Paweł Wroński

Józef Wilkoń uwielbia przyrodę, bo choć tworzywem jego prac jest drewno, czyli – jak sam mówi – martwe drzewo, niczego nie ceni bardziej, aniżeli drzewa żywe. Propozycję przeniesienia „Arki” z Zachęty do radziejowickiego parku przyjął więc z radością.  „Została tam osadzona na fundamentach, w warunkach – moim zdaniem – dla niej idealnych; nigdzie jej tak nie będzie do twarzy, jak między tymi dwoma stawami” – komentował to wydarzenie Wilkoń, dodając z nieukrywanym zachwytem, że „ładnie się ta Arka na deszczu i w słońcu starzeje”. Podkreślił też wówczas, że cieszy go sąsiedztwo „Arki” oraz obrazów pędzla Józefa Chełmońskiego, wyeksponowanych w pałacowych wnętrzach. Jego pracami zachwycał się bowiem od dziecka. Oglądał je w Sukiennicach na wystawach i w rodzinnym domu, gdyż ojciec z upodobaniem malował kopie i gromadził reprodukcje Chełmońskiego.

 

Józef Wilkoń przygotował „Arkę” na wystawę w Zachęcie (miała miejsce na przełomie 2006 i 2007 roku). Tam „Arka” była tylko fasadą przyklejoną do ściany, symbolizującą przymierze człowieka z naturą. Dekadę później, w związku z przenosinami do Radziejowic, artysta dorobił część drugą. Swoje dzieło określa mianem „bestiarium z drewna i blachy”. Ale „Arka” jest przesłaniem, wołaniem o  szacunek i miłość do przyrody. Oby zaraziła tymi uczuciami oglądających – to niezwykle istotne, zwłaszcza teraz, gdy w Polsce nasila się tendencja do wyniszczania środowiska.

 


Życie i twórczość Józefa Wilkonia: www.culture.pl
„Arka” Fundacja im. Józefa Wilkonia: www.fundacjawilkonia.pl
10 lat „Arki” – z Zachęty między radziejowickie stawy: www.palacradziejowice.pl

„Barokowy pałac” przy Kaleńskiej

Architektoniczny kicz – pałac z dumnie wyeksponowaną datą 1796 i gipsowymi popiersiami na elewacji. Mimo stylizacji i daty nie jest to jednak szacowny zabytek.

Projektanta, architekta Krzysztofa Wolskiego zainspirowały plany barokowego pałacu, jednak nieporadne wykonanie dekoracyjnych szczegółów zdradza imitację. Budynek powstał w pierwszej dekadzie naszego stulecia.

Kaleńska 8,Instytut Studiów Podatkowych Modzelewski i Wspólnicy Sp. z o.o., fot. Paweł Wroński

Kaleńska jest przecznicą ulicy Grochowskiej o przebiegu południkowym. Niegdyś nosiłą nazwę: Bzurska. Przemianowano ją w 1920 roku, oddając fakt, że gros mieszkańców stanowili ludzie ze wsi Kaleń, przybyli na Pragę w poszukiwaniu pracy. Autentyczna zabudowa związana była więc z rozwijającym się tu do II wojny światowej przemysłem.

Okoliczne zakłady produkowały głównie galanterię metalową, choć były również fabryki o odmiennych profilach. Największe pośród nich – Strażackie Zakłady Przemysłowe, produkujące urządzenia gaśnicze, założono w 1925 roku pod numerem 3. Teraz, w zmodernizowanym budynku znalazły siedzibę szkoły policealne. Również w 1925 roku, spółka Lechistan-Hartmudt otworzyła przy Kaleńskiej fabrykę ołówków. Pod numerem 1, przy skrzyżowaniu z Grochowską. Ten budynek już nie istnieje.

Ciekawostką stało się specyficzne, architektoniczne zróżnicowanie stron ulicy Kaleńskiej. Pod numerami nieparzystymi, a więc od zachodu wznosiły się zakłady, a pod parzystymi po wschodniej – domy mieszkalne, początkowo ceglane, budowane z materiału pozyskanego z rozbiórki carskiego fortu Grochów (gruz wykorzystano ostatecznie w 1934 roku, gdy wylewano fundamenty kościoła-pomnika przy Placu Piotra Szembeka). Jeden dom z tamtych czasów, z charakterystycznym mansardowym dachem jeszcze się zachował pod numerem 12. Jest wprawdzie w kiepskim stanie, ale patrząc na niego łatwiej sobie wyobrazić jak wyglądała cała okolica w dwudziestoleciu międzywojennym – w czasach przemysłowej prosperity Grochowa.

Od przynajmniej dwóch dekad stara zabudowa ustępuje na Pradze nowej wielorodzinnej mieszkaniówce i bardziej wyrafinowanym, kameralnym plombom. Oblicze dzielnicy się szybko zmienia, mimo to „pałac” pod numerem 8 wciśnięty w post-robotniczą, raczej skromną zabudowę kwartału, pasuje jak przysłowiowa pięść do nosa. Niemniej jednak, zainteresowanie budzi (moje przynajmniej wzbudził). Być może wzbudza też respekt obietnicą solidności. Ten aspekt zdaje się wykorzystywać zajmująca budynek firma doradztwa podatkowego – Instytut Studiów Podatkowych Modzelewski i Wspólnicy Sp. z o.o., której szyld umieszczony na mosiężnej tablicy przy drzwiach ujętych portalem w kolumnowym ganku, przyciąga wzrok szacownym designem. W branży, firma cieszy się sporym uznaniem, a swoim doświadczeniem dzieli się z publicznością, wydając od niemal dwóch dekad „Biuletyn Instytutu Studiów Podatkowych Doradztwo Podatkowe”, jedno z nielicznych na polskim rynku profesjonalnych czasopism z zakresu podatków i prawa podatkowego, publikujące autorskie opinie w zakresie kontrowersyjnych zagadnień podatkowych oraz obowiązujące akty prawne (www.isp-modzelewski.pl).


Więcej o przemyśle na Grochowie i dziejach ulicy Kaleńskiej w bloguwwwgrochowmiejscazapomniane.wordpress.com

Saska Kępa i pierogi z „Pikanterii”

„Pikanteria”, choć z zewnątrz prezentuje się niepozornie, ma na Saskiej Kępie rzesze wielbicieli – od dawna. Porcje bowiem, są – rownież od dawna – smaczne i obfite.

Ja na prywatny użytek testuję walory knajp objadając się pierogami. A tych w „Pikanterii” serwują aż 7 rodzajów, nie mówiąc już o tym, że mogą być gotowane, bądź z pieca, a do tego – niezależnie od sposobu przyrządzenia – z omastą! Ponadto można zamówić porcję różnorodnych smaków, i nie wpływa to na cenę (!).

 

Pierogi z „Pikanterii”: z mięsem, z kapustą i grzybami, ze szpinakiem, ruskie, z soczewicą, z kaszanką i staropolskie czyli z kaszą gryczaną (cena porcji z czerwca 2018 – 18 zł; aktualne menu w Internecie na stronach oraz fanpage’u lokalu na FB).

 

Oczywiście, to nie wszystko. Menu jest wypełnione równie obficie jak talerze. Ponadto, mimo, że gospodarze odwołują się do tradycji kuchni polskiej, dań dla wegetarian, a nawet wegan – nie brakuje.


„Pikanteria” Restauracja Drinkbar (Warszawa, ul. Walecznych 68a):
www.pikanteria.waw.pl
www.facebook.com/Pikanteria

Kościół-Pomnik z Placu Szembeka

Kościół pw. Najczystszego Serca Maryi wznosi się na Placu Szembeka w Warszawie od 77 lat. Jego geneza wiąże się z obchodami setnej rocznicy bitwy o Olszynką Grochowską, zaś fundacja z charytatywną i dewocyjną działalnością księżnej Marii Radziwiłłowej.

 

Murowana świątynia przy Placu Szembeka powstała dzięki zbiórkom funduszy organizowanym przez Komitet Budowy Kościoła–Pomnika poległych za Ojczyznę. Był rok 1931 i uroczyście obchodzono setną rocznicę powstania listopadowego, a tym samym największej bitwy kampanii, jaką wojska powstańcze stoczyły z przeważającymi siłami rosyjskimi w lasach Olszynki Grochowskiej.

 

Kościół pw. Najczystszego Serca Maryi. Od maja 2018 roku jego strzelistą wieżę wieńczy hełm z krzyżem, które zamontowano w miejsce elementów zniszczonych dwa miesiące wcześniej przez katastrofalną wichurę. Fot. Paweł Wroński

Z inicjatywy księżnej hołdującej kultowi Matki Boskiej Fatimskiej, nadano świątyni i parafii maryjny tytuł. Grunt pod budowę był natomiast podarunkiem mieszkającego na Grochowie Jana Łaskiego, przedsiębiorcy budowlanego, a zarazem prezesa Spółki Seryjnej Budowy Domów, która w latach 20. XX wieku zajmowała się parcelacją gruntów na terenach przyłączanych do stolicy peryferyjnych dzielnic.

 

Księżna Maria z Zawiszów Radziwiłłowa (1860-1930), była kobietą wszechstronnie wykształconą. Prowadziła szeroko zakrojoną działalność charytatywną. Efektem jej bliskich związków i współpracy z Kościołem była natomiast fundacja oraz wsparcie wielu obiektów sakralnych; za dzieło jej życia z tej sfery uchodzi Bazylika Najświętszego Serca Jezusowego, budowla wzniesiona według projektu architekta Łukasza Wolskiego w latach 1907-1919 na Michałowie (ówcześnie podwarszawskim majątku Radziwiłłów, po I wojnie światowej włączonym w granice administracyjne Pragi).

 

Wnętrze kościoła przy Placu Szembeka nie pozostawia wątpliwości, że specjalizującego się w dziełach sakralnych architekta inspirowała tradycja gotycka, fot. Paweł Wroński

Zanim w latach 1934-1941 wzniesiono murowany kościół według projektu architekta Andrzeja Boniego, na placu stała skromna świątynia drewniana. Plac Szembeka nie miał wtedy jeszcze tak węzłowego znaczenia jak dziś, zaś ulica Chłopickiego była niczym więcej niż wiejskim traktem wysadzanym wierzbami, biegnącym z Pragi ku Olszynce Grochowskiej. Drewniany kościół spłonął po 20 latach istnienia – w 1944 roku, gdy wojska radzieckie zajmowały Pragę. Ponoć murowany, hitlerowcy zamierzali wysadzić, ale nie zdążyli, zmuszeni przez nacierająca Armię Czerwoną do opuszczenia prawego brzegu Wisły. Po zakończeniu działań wojennych, w niespełna rok ukończono budowlane prace i zajęto się wyposażeniem wnętrz murowanego, trzynawowego kościoła. Trzy lata później, w 1949 roku uroczystej konsekracji dokonał Prymas Polski, kardynał Stefan Wyszyński.

 

W latach 1948-1951, czyli w tym samym mniej więcej czasie gdy toczyły się prace wykończeniowe w kościele przy Placu Szembeka, w Sokołowie Podlaskim wzniesiono także świątynię według projektu Andrzeja Boniego. Warszawski kościół Najczystszego Serca Maryi i kontrkatedra Niepokalanego Serca Najświętszej Marii Panny w Sokołowie są w związku z tym bliźniaczo podobne.

 

Kościół pw. Najczystszego Serca Maryi ma żelbetową konstrukcję, modernistyczny w duchu, formą nawiązuje zdecydowanie do tradycji architektonicznej gotyku. Jego dzisiejszy wygląd i zagospodarowanie otoczenia są dziełem przełomu tysiącleci. Ozdobą wnętrza są w konsekwencji nowoczesne ołtarze. W głównym, pochodzącym z 2001 roku umieszczono nad tabernakulum nadnaturalnej wielkości figurę Serca Matki Bożej. Posąg liczy 3 m wysokości.

Wzrok widza koncentruje się we wnętrzu na głównym ołtarzu z 3-metrową kamienną figurą Matki Boskiej nad tabernakulum. Ołtarz wykonano w 2001 roku. Fot. Paweł Wroński

 

Prace nad „salonem Grochowa” jak nazwano modernizację Placu Piotra Szembeka, pochłonęły niebagatelną kwotę 23 mln zł z budżetu Warszawy. Zakończono je w 2012 roku; efekt jest ze wszech miar godny uwagi.

 

Plac Piotra Szembeka, czyli „salon Grochowa” – stan z czerwca 2018, fot. Paweł Wroński

Więcej na temat kościoła przy Placu Szembeka, formalnie ul. Chlopickiego 2):
www.twoja-praga.pl oraz www.warszawawpigulce.pl
Opis Placu Szembeka: www.placewarszawy.pl
Portal parafii Najczystszego Serca Maryi:
www.parafia-szembeka.waw.pl

Lachur, mistrz znany i nieznany

Kołatały mi jeszcze w pamięci wspomnienia z chęcińskiego kirkutu, gdy w należącej do przyjaciół galerii wpadły mi w oko inspirowane żydowską kulturą obrazy Zdzisława Lachura.

Ciekawa postać, nie tylko jako artysty, był bowiem pomysłodawcą i założycielem, a przez długie lata także szefem, studia filmów rysunkowych, w którym narodzili się Bolek i Lolek, Reksio oraz cała plejada innych animowanych bohaterów kreskówek, znanych zarówno mnie, jak moim dzieciom. Kiedy się o tym dowiedziałem, poczułem pęczniejące niczym balon zaciekawienie dziełami i postacią artysty.

Natomiast, baśniowa konwencja judaiców, mimo że dotykają najciemniejszej strony dziejów – holocaustu, umowność brykającego konia – malował je chętnie bo kojarzyły mu się z beztroską i wspomnieniem młodości (ponoć oglądając jeden z obrazów z motywem konia pędzla Lachura, Pablo Picasso krzyknął: „odkrył nową formę konia!”), czy nakreślone, jakby od niechcenia, kilkoma tylko kreskami szkice węglem, choć tak różne stylistycznie, ułożyły się w mojej głowie w spójną całość. Pod solidnym, wyrazistym szyldem: Zdzisław Lachur (1920-2007).

Artysta nie tylko organizował pracę studia filmowów rysunkowych, szybko przeniesionego z Katowic do Bielska-Białej, ale także reżyserował pierwsze kreskówki i tworzył rysunki, m.in. pierwszą stworzoną po II wojnie światowej na Śląsku: „Senat z wozu, koniom lżej”. Propagandowe, dziś już zabytkowe dziełko filmowe z 1946 roku (zrekonstruowane w 2007 przez Marcina Giżyckiego, uzupełnione krótką rozmową z twórcą), zamieszczono na stronach Muzeum Sztuki Nowoczesnej (www.artmuseum.pl).

 

Studio animacji filmowej założone z inicjatywy Zdzisława Lachura nosiło początkowe nazwę Eksperymentalne Studio Filmów Rysunkowych w Katowicach. Później przemianowano ją na Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej.

 

Epopeja studia filmów rysunkowych, którą Lachur zapoczątkował nie była jedynym w jego życiu faktem o kolosalnym znaczeniu dla wychowania kilku powojennych generacji dzieci. Od 1961 roku (przeprowadził się wówczas z rodzinnego Sosnowca na stałe do Warszawy), pracował z trudną młodzieżą na Czerniakowie, korzystając ze sztuki jako medium profilaktycznego i terapeutycznego.

Jego prace znajdują się dziś w kolekcjach prestiżowych muzeów i w zbiorach prywatnych na całym świecie. Wielokrotnie go też nagradzano, doceniając talent i wagę podejmowanych tematów. Paradoksalnie jednak, choć jest jednym z najwybitniejszych przedstawicieli współczesnego polskiego malarstwa (a może sztuki w ogóle), jest znany głównie za granicą, bo w kraju chyba jedynie specjalistom i koneserom sztuki.

Doprawdy – pomyślałem – ten facet zasługuje na książkę, mimo, że w naszych czasach wartość słowa zdewaluowano zalewając rynek kolorowymi publikacjami o gotowaniu i nadętymi „auto”-biografiami. I tu spotkała mnie niespodzianka, potwierdzająca niestety wspomniany paradoks, bo Lachurowi książkę już poświęcono. Napisał ją i opatrzył bogatym materiałem ilustracyjnym, przyjaciel i kolekcjoner jego dzieł, Dieter Kauffmann. Publikacja ukazała się w Niemczech w 2009 roku, pt.: „Zdzisław Lachur. Sein Leben, sein Werk, seine Träume. Entwürfe, Zeichnungen und Bilder aus den Jahren 1943–2003”.


Zdzisław Lachur – o biografii i sztuce na stronach Fundacji Skarbnica Sztukiwww.skarbnicasztuki.com

Wspomnienie o Lachurze w sosnowieckim portalu (art. z 2012 r.): www.41-200.pl


Obrazy z prywatnej kolekcji nieżyjącego już Zdzisława Lachura oraz wciąż pełnego pasji i nowych pomysłów Jerzego Lassoty de Kalińskiego, wystawili właściciele galerii Fundacji Skarbnica Sztuki z okazji wizyty uczestników dorocznego spotkania GAAB Collectors Summit 2018. Galeria założona przez Fundację Skarbnica Sztuki Ewy i Pawła Boguta była pierwsza odwiedzoną przez uczestników wspomnianego spotkania w dniu 8 czerwca 2018. Z pewnością prace obu malarzy będa jeszcze wystawiane w Galerii przy ul. Działdowskiej 8a w Warszawie.

Sztalugi w „Skarbnicy Sztuki” rozstawił i pracuje na nich, Jerzy Lassota de Kaliński, którego liczne obrazy, rysunki i instalacje posiadają także w swojej kolekcji założyciele Fundacji Skarbnica Sztuki – Ewa i Paweł Boguta. Na ścianach ‚judaica’ pędzla Zdzisława Lachura. Fot. Paweł Wroński

Kolonia Wawelberga, bloki sprzed 120 lat

Pierwsze w Warszawie robotnicze osiedle z tanimi mieszkaniami powstało w latach 1898-1900. Dziś jest obiektem zabytkowym i tworzy klimatyczną enklawę na Woli. W maju 2018 roku, osiedle Towarzystwa Tanich Mieszkań imienia Hipolita i Ludwiki Wawelbergów, popularnie zwane Kolonią Wawelberga obchodziło 120. urodziny.

W trzech solidnie wybudowanych z cegły blokach mieściło się początkowo ponad 300 mieszkań,  1- i 2-pokojowych. Była bieżąca woda, choć zlewy wspólne, kanalizacja i oświetlenie gazowe, zamienione niedługo potem na elektryczne oraz pierwsze w Warszawie zsypy na śmieci i… kostnica (żeby zmarłych nie trzymać w domu). Budynkom mieszkalnym towarzyszyło rozbudowane zaplecze socjalne (o tak spójnym programie nie mogą nawet marzyć mieszkańcy niejednego współczesnego blokowiska). Działały tutaj bowiem: szkoła, ochronka i sala zabaw (dziś powiedzielibyśmy żłobek i przedszkole) oraz punkt lekarski, a także: czytelnia, łaźnie i pralnie. U podstaw tak bogatego programu legła idea, której hołdował fundator. Wierzył mianowicie, że mieszkanie ‚pod jednym dachem’ będzie sprzyjać likwidacji uprzedzeń rasowych i wyznaniowych. Koncepcję Wawelberga wcielił w życie architekt Edward Goldberg, projektując domy oddzielone zielonymi strefami oraz funkcjonalne, wysokie na 3 m mieszkania z drewnianymi podłogami w pokojach i dużymi oknami (przeznaczone były na wynajem, ale czynsze były niskie).

Wolska kolonia zainspirowała podobne przedsięwzięcia podejmowane później na Kole (Towarzystwo Osiedli Robotniczych), czy Żoliborzu (Żoliborska Spółdzielnia Mieszkaniowa), a nawet programy deklarowane, choć nigdy w pełni nie zrealizowane przez władze PRL-owskie, nagłaśniane mocno podczas kampanii na rzecz budowy warszawskich stutysięczników – Ursynowa, Białołęki czy Gocławia.

 

Hipolit Wawelberg (1843-1901) był synem bogatego żydowskiego finansisty, który wysoką pozycję społeczną i majątek osiągnął własną pracą. Po studiach w Berlinie i praktykach bankowych w Londynie, Paryżu i Berlinie ojciec powierzył mu petersburski oddział Domu Bankowego Wawelbergów. Pod jego zarządem, placówka wyrosła na jedną z największych instytucji finansowych w carskiej Rosji. W efekcie Hipolit Wawelberg stał się jednym z najbogatszych obywateli Królestwa Kongresowego. Ba, kupił rezydencję w Carskim Siole, stając się niejako sąsiadem samego cara, i żył dostatnio, jednak gros ogromnej fortuny przeznaczał na cele społeczne.

 

 

Osiedle nie było jedynym społecznie ważnym przedsięwzięciem Wawelberga w Warszawie. W 1875 roku z jego inicjatywy i za jego pieniądze zorganizowano Muzeum Rolnictwa i Przemysłu, a w 1893 Muzeum Rzemiosła i Sztuki Stosowanej, przy którym kształcono rzemieślników. Uruchomił także wydawnictwo, publikujące podręczniki i poradniki zawodowe oraz tanie, a więc powszechnie dostępne wydania dzieł literackich, m.in. Mickiewicza, Orzeszkowej, Prusa, Sienkiewicza. Przekonany o sprawczej sile wykształcenia, Hipolit Wawelberg założył w Warszawie, wraz ze szwagrem i bliskim współpracownikiem, Stanisławem Rotwandem, Szkołę Mechaniczno-Techniczną, w której wykładali wybitni profesorowie tamtych czasów. Otwarto ją w 1895 roku. Ze świetnie wyposażonymi pracowniami i laboratoriami, była jedną z pierwszych uczelni technicznych w Europie. Zyskała szybko renomę, a absolwenci z dumą nosili miano wawelberczyków. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości przekazano ją administracji publicznej, w 1951 włączono do zespołu Politechniki Warszawskiej.


Kolonia Wawelberga 1898 – Stowarzyszenie Mieszkańców i Przyjaciół (organizacja działa od lat 90. XX w., promuje osiedle i popularyzuje jego dzieje): www.koloniawawelberga.pl

W należącym do Kolonii Wawelberga, frontowym bloku przy Górczewskiej 15, działa słynna pączkami Pracownia Cukiernicza „Zagoździński”: www.pracowniacukiernicza.pl

Kolonia Wawelberga. Ponoć pączki z Pracowni Cukierniczej „Zagoździński” są najlepsze w Warszawie… Firma działa od 1925 roku, we frontowym budynku Kolonii Wawelberga mieści się od 1973. Sklepik czynny jest codziennie oprócz niedziel i świąt od godz. 9:00 do… ostatniego pączka. Fot. Paweł Wroński

Marszałek od ulicy Marszałkowskiej

Nazwa ulicy Marszałkowskiej pojawiła się w 1770 roku, na cześć zmarłego cztery lata wcześniej Franciszka Bielińskiego herbu Junosza, marszałka wielkiego koronnego, sprawnego administratora i organizatora, odpowiedzialnego za bezpieczeństwo króla i dworu od 1732 roku, do śmierci w 1766.

Jako szef powołanej w 1740 roku Komisji Brukowej (formalnie odpowiedzialnej za stan sanitarny Warszawy), dokonał pierwszego w dziejach naszego miasta administracyjnego przełomu. Poszerzył granice Warszawy, włączając sąsiadujące z właściwym, w istocie niewielkim obszarowo miastem, własności szlacheckie, zwane jurydykami.

Wokół królewskiego miasta Warszawy (właściwie 2 ośrodków posiadających akty lokacji: Starego Miasta i Nowego Miasta) powstawały od 1559 roku quasi-miejskie własności szlacheckie. Otaczały place targowe, szumnie nazywane rynkami. Określano je mianem jurydyk. Miasto królewskie otaczało 20 takich stref. Była wśród nich, złożona z dwóch obszarów, należąca do marszałka jurydyka Bielino; jej powstanie datuje się na 1757 rok (dawny bieliński rynek to teraz plac J.H. Dąbrowskiego, a pałac marszałka projektu Józefa Fontany wznosił się przy skrzyżowaniu Marszałkowskiej z Królewską; zburzono go w 1895 roku). Jurydyki zniesiono w 1891 roku, uchwalając, związaną z Konstytucją 3 maja, ustawę Prawo o miastach.

 

W ten sposób, marszałek rzeczywiście mógł zapanować nad organizacją życia w rozległym obszarze, obejmującym zarówno Zamek Królewski, pałace i inne własności ciążącej ku siedzibie władcy arystokracji, jak i dawną Warszawę, tłoczące się od wieków za murami Stare Miasto i Nowe Miasto. Trakt zaś łączący jurydyki, a prowadzący równolegle do Królewskiego, wyznaczonego pałacami notabli, szybko przekształcił się w ulicę. Tym ważniejszą, że z inicjatywy marszałka Bielińskiego wybrukowano ją (podobnie jak 221 innych), skanalizowano, później zaś, do zlokalizowanej przy niej stacji kolei Warszawsko-Wiedeńskiej docierał pierwszy konny tramwaj uruchomiony w Warszawie w 1866 roku. Sto lat wcześniej, a więc w czasach marszałka Bielińskiego i Komisji Brukowej, czyli w epoce saskiej odnajdziemy początki publicznych sieci i infrastruktury współczesnej stolicy.

Marszałek wielki koronny Franciszek Bieliński (1683-1766), portret nieznanego malarza ze zbiorów Muzeum Warszawy, fot. Paweł Wroński

Po dziś dzień wielokrotnie przemierzamy Marszałkowską – od Placu Unii Lubelskiej po Plac Bankowy, ponieważ przez minione 250 lat z okładem, stała się kluczowym traktem komunikacyjnym, biegnącym przez Warszawę niemal południkowo. Są tutaj rozlokowane przeróżne instytucje, rozciąga się popularna strefa shoppingowa, zainicjowana jeszcze w czasach PRL-u ciągiem Domów Centrum (dziś Galeria Centrum). Jest z niej łatwy dostęp do Pałacu Kultury i Nauki, w którym mieszczą się liczne firmy komercyjne oraz większość wydziałów i agend warszawskich władz samorządowych. Marszałkowska prowadzi pod siedzibę prezydenta m.st. Warszawy, jak się potocznie mówi: warszawski ratusz, który paradoksalnie, notabene, wraz z urzędem wojewódzkim, mieści się w gmachu odbudowanego banku (jak na ironię, dawny ratusz poszerzonej przez Bielińskiego Warszawy, odbudowany pieczołowicie przy Placu Teatralnym, mieści teraz… bank). Są także inne symboliczne dla dziejów współczesnej Warszawy budynki, choćby przebudowywana właśnie rotunda, socrealistyczny zespół Placu Konstytucji (MDM), czy symbolizujący jedność Polski rozbiorowej kościół przy Placu Zbawiciela projektu Józefa Piusa Dziekońskiego, w którego architekturze odnajdziemy echa różnych stylów i znanych Polakom najsłynniejszych w kraju zabytkowych budowli z Krakowa, Poznania i Warszawy.


Spojrzenie z 6 kondygnacji kamienicy, należącej do zespołu Muzeum Warszawy na wschodnią pierzeję Rynku Starego Miasta, fot. Paweł Wroński

 

Muzeum Warszawy eksponuje 7352 spośród około 300 tysięcy posiadanych artefaktów, obrazujących dzieje Warszawy; całość podzielono na 21 gabinetów, rozmieszczając je w 2017 roku we wnętrzach kamienic tworzących zachodnią pierzeję Rynku Starego Miasta (pod numerami 28-42; muzeum w poniedziałki – nieczynne, we czwartki – wstęp wolny): www.muzeumwarszawy.pl

Polski król ze Szwecji na słynnej kolumnie

Powiadają, że Zygmunt III Waza przeniósł stolicę do Warszawy. Mimo, że było to w 1596 roku, wciąż jeszcze najważniejsze było miejsce, w którym stoi tron. Ten zaś stał na Wawelu dopóty, dopóki go władca spod znaku Snopka (szw. Wassa), przenieść nie kazał.

Na Zamek Królewski, z tej okazji wzniesiony, na szwedzką modłę surowy, który jedynie z miejskimi stykał się murami. Ówczesna Warszawa była wciąż niewielka, choć składała się z dwóch ośrodków od siebie niezależnych: Starego Miasta (lokowanego przez mazowieckich Piastów gdzieś na przełomie XII/XIII wieku) oraz Nowego Miasta (założonego przez książąt mazowieckich w 1408 roku).

Króla, który dokonał wspomnianych przenosin uczczono, bodaj najszerzej znanym w świecie warszawskim pomnikiem – kolumną na Placu Zamkowym, przed wiodącą do miasta nieistniejącą już Bramą Krakowską. Król dzierży krzyż i miecz, co symbolizowało jego dwie role – świeckiego i duchowego ojca narodu. Był to pierwszy świecki monument jaki wystawiono w Warszawie. Inicjatorem był Władysław IV, który w ten sposób uczcił pamięć ojca. Kolumnę zaprojektowali: urodzony w Szwajcarii architekt Constantino Tencalla oraz doradca królewski Augustyn Locci. Rzeźba była dziełem sprowadzonego z Bolonii włoskiego artysty Clemente Molli’ego, a gdy była gotowa odlew z brązu wykonał gdański ludwisarz Daniel Tym. Pomnik odsłonięto późną jesienią 1644 roku.

 

Legenda głosi, że uniesiona szabla w królewskich rękach chroni Warszawę od nieszczęść; jej opuszczenie zwiastuje upadek miasta. Pierwszy raz kolumna uległa uszkodzeniu podczas potopu szwedzkiego. Drugi raz w czasie powstania warszawskiego, gdy w nocy z 1 na 2 września 1944 roku trafił w nią pocisk z niemieckiego czołgu – runęła, ale postać króla ucierpiała we względnie niewielkim stopniu. W 2015 roku, po wygranej PiS, furorę robił w Internecie mem z królem Zygmuntem. Schodził pospiesznie z kolumny, dając dobrą radę Polakom: „Tu się nie ma co zastanawiać… Tu trzeba spier…lać!”.

 

Miniatura Kolumny Zygmunta w zbiorach Muzeum Warszawy. Takie oto upominki wręczano VIP-om 22 lipca 1949 roku, podczas uroczystego odsłonięcia odbudowanej po wojennych zniszczeniach kolumny (w tym samym dniu oddano do użytku Trasę W-Z). Fot. Paweł Wroński

Trzon oryginalnej kolumny wykonano z chęcińskiego marmuru wydobywanego w kamieniołomach na Czerwonej Górze (geologicznie to barwne zlepieńce, do których przylgnęła potem nazwa Zygmuntówka). Gdy pomnik po II wojnie światowej odbudowywano, do wykonania trzonu użyto twardszego materiału – granitu z okolic Strzegomia.

 

Pomnik ma 22 m wysokości, postać króla w rycerskiej zbroi – 2,75 m. W związku z budową trasy W-Z, odbudowany pomnik lekko obrócono i przesunięto o 6 m w stosunku do pierwotnego stanowiska.

 


Fragment ekspozycji malarstwa w Muzeum Warszawy, fot. Paweł Wroński

 

Muzeum Warszawy eksponuje 7352 spośród około 300 tysięcy posiadanych artefaktów, obrazujących dzieje Warszawy; całość podzielono na 21 gabinetów, rozmieszczając je w 2017 roku we wnętrzach siedmiu kamienic tworzących zachodnią pierzeję Rynku Starego Miasta (pod numerami 28-42; muzeum w poniedziałki – nieczynne, we czwartki – wstęp wolny): www.muzeumwarszawy.pl