Bestiarium Józefa Wilkonia

„Arka” Józefa Wilkonia stoi w Radziejowicach między stawami. Z jej okienek wystają głowy małych i wielkich zwierząt ciosanych z kloców drewna, łączonych gwoździami. Fascynujące dzieło, ponieważ każde stworzenie wygląda jak żywe!

To właśnie sprawia owa „wilkoniowatość”, którą wskazują znawcy i wielbiciele talentu artysty, podkreślając niepowtarzalność jego stylu. Niebywałe, że kilkoma zaledwie uderzeniami siekiery, czy ruchami piły, Wilkoniowi udaje się tchnąć życie w kloc drewna, wydobywając z niego naturę konkretnego stworzenia. Ze względu na nie krępujące ruchów połączenia, mam ochotę nazwać jego zwierzęta kukłami. A tak są dynamiczne, że nie zdziwiłbym się gdyby któregoś dnia wyruszyły w drogę, do sobie tylko znanego celu.

„Arka” Józefa Wilkonia – między stawami w radziejowickim parku, fot. Paweł Wroński

Józef Wilkoń uwielbia przyrodę, bo choć tworzywem jego prac jest drewno, czyli – jak sam mówi – martwe drzewo, niczego nie ceni bardziej, aniżeli drzewa żywe. Propozycję przeniesienia „Arki” z Zachęty do radziejowickiego parku przyjął więc z radością.  „Została tam osadzona na fundamentach, w warunkach – moim zdaniem – dla niej idealnych; nigdzie jej tak nie będzie do twarzy, jak między tymi dwoma stawami” – komentował to wydarzenie Wilkoń, dodając z nieukrywanym zachwytem, że „ładnie się ta Arka na deszczu i w słońcu starzeje”. Podkreślił też wówczas, że cieszy go sąsiedztwo „Arki” oraz obrazów pędzla Józefa Chełmońskiego, wyeksponowanych w pałacowych wnętrzach. Jego pracami zachwycał się bowiem od dziecka. Oglądał je w Sukiennicach na wystawach i w rodzinnym domu, gdyż ojciec z upodobaniem malował kopie i gromadził reprodukcje Chełmońskiego.

 

Józef Wilkoń przygotował „Arkę” na wystawę w Zachęcie (miała miejsce na przełomie 2006 i 2007 roku). Tam „Arka” była tylko fasadą przyklejoną do ściany, symbolizującą przymierze człowieka z naturą. Dekadę później, w związku z przenosinami do Radziejowic, artysta dorobił część drugą. Swoje dzieło określa mianem „bestiarium z drewna i blachy”. Ale „Arka” jest przesłaniem, wołaniem o  szacunek i miłość do przyrody. Oby zaraziła tymi uczuciami oglądających – to niezwykle istotne, zwłaszcza teraz, gdy w Polsce nasila się tendencja do wyniszczania środowiska.

 


Życie i twórczość Józefa Wilkonia: www.culture.pl
„Arka” Fundacja im. Józefa Wilkonia: www.fundacjawilkonia.pl
10 lat „Arki” – z Zachęty między radziejowickie stawy: www.palacradziejowice.pl

Reklamy

„Barokowy pałac” przy Kaleńskiej

Architektoniczny kicz – pałac z dumnie wyeksponowaną datą 1796 i gipsowymi popiersiami na elewacji. Mimo stylizacji i daty nie jest to jednak szacowny zabytek.

Projektanta, architekta Krzysztofa Wolskiego zainspirowały plany barokowego pałacu, jednak nieporadne wykonanie dekoracyjnych szczegółów zdradza imitację. Budynek powstał w pierwszej dekadzie naszego stulecia.

Kaleńska 8,Instytut Studiów Podatkowych Modzelewski i Wspólnicy Sp. z o.o., fot. Paweł Wroński

Kaleńska jest przecznicą ulicy Grochowskiej o przebiegu południkowym. Niegdyś nosiłą nazwę: Bzurska. Przemianowano ją w 1920 roku, oddając fakt, że gros mieszkańców stanowili ludzie ze wsi Kaleń, przybyli na Pragę w poszukiwaniu pracy. Autentyczna zabudowa związana była więc z rozwijającym się tu do II wojny światowej przemysłem.

Okoliczne zakłady produkowały głównie galanterię metalową, choć były również fabryki o odmiennych profilach. Największe pośród nich – Strażackie Zakłady Przemysłowe, produkujące urządzenia gaśnicze, założono w 1925 roku pod numerem 3. Teraz, w zmodernizowanym budynku znalazły siedzibę szkoły policealne. Również w 1925 roku, spółka Lechistan-Hartmudt otworzyła przy Kaleńskiej fabrykę ołówków. Pod numerem 1, przy skrzyżowaniu z Grochowską. Ten budynek już nie istnieje.

Ciekawostką stało się specyficzne, architektoniczne zróżnicowanie stron ulicy Kaleńskiej. Pod numerami nieparzystymi, a więc od zachodu wznosiły się zakłady, a pod parzystymi po wschodniej – domy mieszkalne, początkowo ceglane, budowane z materiału pozyskanego z rozbiórki carskiego fortu Grochów (gruz wykorzystano ostatecznie w 1934 roku, gdy wylewano fundamenty kościoła-pomnika przy Placu Piotra Szembeka). Jeden dom z tamtych czasów, z charakterystycznym mansardowym dachem jeszcze się zachował pod numerem 12. Jest wprawdzie w kiepskim stanie, ale patrząc na niego łatwiej sobie wyobrazić jak wyglądała cała okolica w dwudziestoleciu międzywojennym – w czasach przemysłowej prosperity Grochowa.

Od przynajmniej dwóch dekad stara zabudowa ustępuje na Pradze nowej wielorodzinnej mieszkaniówce i bardziej wyrafinowanym, kameralnym plombom. Oblicze dzielnicy się szybko zmienia, mimo to „pałac” pod numerem 8 wciśnięty w post-robotniczą, raczej skromną zabudowę kwartału, pasuje jak przysłowiowa pięść do nosa. Niemniej jednak, zainteresowanie budzi (moje przynajmniej wzbudził). Być może wzbudza też respekt obietnicą solidności. Ten aspekt zdaje się wykorzystywać zajmująca budynek firma doradztwa podatkowego – Instytut Studiów Podatkowych Modzelewski i Wspólnicy Sp. z o.o., której szyld umieszczony na mosiężnej tablicy przy drzwiach ujętych portalem w kolumnowym ganku, przyciąga wzrok szacownym designem. W branży, firma cieszy się sporym uznaniem, a swoim doświadczeniem dzieli się z publicznością, wydając od niemal dwóch dekad „Biuletyn Instytutu Studiów Podatkowych Doradztwo Podatkowe”, jedno z nielicznych na polskim rynku profesjonalnych czasopism z zakresu podatków i prawa podatkowego, publikujące autorskie opinie w zakresie kontrowersyjnych zagadnień podatkowych oraz obowiązujące akty prawne (www.isp-modzelewski.pl).


Więcej o przemyśle na Grochowie i dziejach ulicy Kaleńskiej w bloguwwwgrochowmiejscazapomniane.wordpress.com

Saska Kępa i pierogi z „Pikanterii”

„Pikanteria”, choć z zewnątrz prezentuje się niepozornie, ma na Saskiej Kępie rzesze wielbicieli – od dawna. Porcje bowiem, są – rownież od dawna – smaczne i obfite.

Ja na prywatny użytek testuję walory knajp objadając się pierogami. A tych w „Pikanterii” serwują aż 7 rodzajów, nie mówiąc już o tym, że mogą być gotowane, bądź z pieca, a do tego – niezależnie od sposobu przyrządzenia – z omastą! Ponadto można zamówić porcję różnorodnych smaków, i nie wpływa to na cenę (!).

 

Pierogi z „Pikanterii”: z mięsem, z kapustą i grzybami, ze szpinakiem, ruskie, z soczewicą, z kaszanką i staropolskie czyli z kaszą gryczaną (cena porcji z czerwca 2018 – 18 zł; aktualne menu w Internecie na stronach oraz fanpage’u lokalu na FB).

 

Oczywiście, to nie wszystko. Menu jest wypełnione równie obficie jak talerze. Ponadto, mimo, że gospodarze odwołują się do tradycji kuchni polskiej, dań dla wegetarian, a nawet wegan – nie brakuje.


„Pikanteria” Restauracja Drinkbar (Warszawa, ul. Walecznych 68a):
www.pikanteria.waw.pl
www.facebook.com/Pikanteria

Kościół-Pomnik z Placu Szembeka

Kościół pw. Najczystszego Serca Maryi wznosi się na Placu Szembeka w Warszawie od 77 lat. Jego geneza wiąże się z obchodami setnej rocznicy bitwy o Olszynką Grochowską, zaś fundacja z charytatywną i dewocyjną działalnością księżnej Marii Radziwiłłowej.

 

Murowana świątynia przy Placu Szembeka powstała dzięki zbiórkom funduszy organizowanym przez Komitet Budowy Kościoła–Pomnika poległych za Ojczyznę. Był rok 1931 i uroczyście obchodzono setną rocznicę powstania listopadowego, a tym samym największej bitwy kampanii, jaką wojska powstańcze stoczyły z przeważającymi siłami rosyjskimi w lasach Olszynki Grochowskiej.

 

Kościół pw. Najczystszego Serca Maryi. Od maja 2018 roku jego strzelistą wieżę wieńczy hełm z krzyżem, które zamontowano w miejsce elementów zniszczonych dwa miesiące wcześniej przez katastrofalną wichurę. Fot. Paweł Wroński

Z inicjatywy księżnej hołdującej kultowi Matki Boskiej Fatimskiej, nadano świątyni i parafii maryjny tytuł. Grunt pod budowę był natomiast podarunkiem mieszkającego na Grochowie Jana Łaskiego, przedsiębiorcy budowlanego, a zarazem prezesa Spółki Seryjnej Budowy Domów, która w latach 20. XX wieku zajmowała się parcelacją gruntów na terenach przyłączanych do stolicy peryferyjnych dzielnic.

 

Księżna Maria z Zawiszów Radziwiłłowa (1860-1930), była kobietą wszechstronnie wykształconą. Prowadziła szeroko zakrojoną działalność charytatywną. Efektem jej bliskich związków i współpracy z Kościołem była natomiast fundacja oraz wsparcie wielu obiektów sakralnych; za dzieło jej życia z tej sfery uchodzi Bazylika Najświętszego Serca Jezusowego, budowla wzniesiona według projektu architekta Łukasza Wolskiego w latach 1907-1919 na Michałowie (ówcześnie podwarszawskim majątku Radziwiłłów, po I wojnie światowej włączonym w granice administracyjne Pragi).

 

Wnętrze kościoła przy Placu Szembeka nie pozostawia wątpliwości, że specjalizującego się w dziełach sakralnych architekta inspirowała tradycja gotycka, fot. Paweł Wroński

Zanim w latach 1934-1941 wzniesiono murowany kościół według projektu architekta Andrzeja Boniego, na placu stała skromna świątynia drewniana. Plac Szembeka nie miał wtedy jeszcze tak węzłowego znaczenia jak dziś, zaś ulica Chłopickiego była niczym więcej niż wiejskim traktem wysadzanym wierzbami, biegnącym z Pragi ku Olszynce Grochowskiej. Drewniany kościół spłonął po 20 latach istnienia – w 1944 roku, gdy wojska radzieckie zajmowały Pragę. Ponoć murowany, hitlerowcy zamierzali wysadzić, ale nie zdążyli, zmuszeni przez nacierająca Armię Czerwoną do opuszczenia prawego brzegu Wisły. Po zakończeniu działań wojennych, w niespełna rok ukończono budowlane prace i zajęto się wyposażeniem wnętrz murowanego, trzynawowego kościoła. Trzy lata później, w 1949 roku uroczystej konsekracji dokonał Prymas Polski, kardynał Stefan Wyszyński.

 

W latach 1948-1951, czyli w tym samym mniej więcej czasie gdy toczyły się prace wykończeniowe w kościele przy Placu Szembeka, w Sokołowie Podlaskim wzniesiono także świątynię według projektu Andrzeja Boniego. Warszawski kościół Najczystszego Serca Maryi i kontrkatedra Niepokalanego Serca Najświętszej Marii Panny w Sokołowie są w związku z tym bliźniaczo podobne.

 

Kościół pw. Najczystszego Serca Maryi ma żelbetową konstrukcję, modernistyczny w duchu, formą nawiązuje zdecydowanie do tradycji architektonicznej gotyku. Jego dzisiejszy wygląd i zagospodarowanie otoczenia są dziełem przełomu tysiącleci. Ozdobą wnętrza są w konsekwencji nowoczesne ołtarze. W głównym, pochodzącym z 2001 roku umieszczono nad tabernakulum nadnaturalnej wielkości figurę Serca Matki Bożej. Posąg liczy 3 m wysokości.

Wzrok widza koncentruje się we wnętrzu na głównym ołtarzu z 3-metrową kamienną figurą Matki Boskiej nad tabernakulum. Ołtarz wykonano w 2001 roku. Fot. Paweł Wroński

 

Prace nad „salonem Grochowa” jak nazwano modernizację Placu Piotra Szembeka, pochłonęły niebagatelną kwotę 23 mln zł z budżetu Warszawy. Zakończono je w 2012 roku; efekt jest ze wszech miar godny uwagi.

 

Plac Piotra Szembeka, czyli „salon Grochowa” – stan z czerwca 2018, fot. Paweł Wroński

Więcej na temat kościoła przy Placu Szembeka, formalnie ul. Chlopickiego 2):
www.twoja-praga.pl oraz www.warszawawpigulce.pl
Opis Placu Szembeka: www.placewarszawy.pl
Portal parafii Najczystszego Serca Maryi:
www.parafia-szembeka.waw.pl

Lachur, mistrz znany i nieznany

Kołatały mi jeszcze w pamięci wspomnienia z chęcińskiego kirkutu, gdy w należącej do przyjaciół galerii wpadły mi w oko inspirowane żydowską kulturą obrazy Zdzisława Lachura.

Ciekawa postać, nie tylko jako artysty, był bowiem pomysłodawcą i założycielem, a przez długie lata także szefem, studia filmów rysunkowych, w którym narodzili się Bolek i Lolek, Reksio oraz cała plejada innych animowanych bohaterów kreskówek, znanych zarówno mnie, jak moim dzieciom. Kiedy się o tym dowiedziałem, poczułem pęczniejące niczym balon zaciekawienie dziełami i postacią artysty.

Natomiast, baśniowa konwencja judaiców, mimo że dotykają najciemniejszej strony dziejów – holocaustu, umowność brykającego konia – malował je chętnie bo kojarzyły mu się z beztroską i wspomnieniem młodości (ponoć oglądając jeden z obrazów z motywem konia pędzla Lachura, Pablo Picasso krzyknął: „odkrył nową formę konia!”), czy nakreślone, jakby od niechcenia, kilkoma tylko kreskami szkice węglem, choć tak różne stylistycznie, ułożyły się w mojej głowie w spójną całość. Pod solidnym, wyrazistym szyldem: Zdzisław Lachur (1920-2007).

Artysta nie tylko organizował pracę studia filmowów rysunkowych, szybko przeniesionego z Katowic do Bielska-Białej, ale także reżyserował pierwsze kreskówki i tworzył rysunki, m.in. pierwszą stworzoną po II wojnie światowej na Śląsku: „Senat z wozu, koniom lżej”. Propagandowe, dziś już zabytkowe dziełko filmowe z 1946 roku (zrekonstruowane w 2007 przez Marcina Giżyckiego, uzupełnione krótką rozmową z twórcą), zamieszczono na stronach Muzeum Sztuki Nowoczesnej (www.artmuseum.pl).

 

Studio animacji filmowej założone z inicjatywy Zdzisława Lachura nosiło początkowe nazwę Eksperymentalne Studio Filmów Rysunkowych w Katowicach. Później przemianowano ją na Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej.

 

Epopeja studia filmów rysunkowych, którą Lachur zapoczątkował nie była jedynym w jego życiu faktem o kolosalnym znaczeniu dla wychowania kilku powojennych generacji dzieci. Od 1961 roku (przeprowadził się wówczas z rodzinnego Sosnowca na stałe do Warszawy), pracował z trudną młodzieżą na Czerniakowie, korzystając ze sztuki jako medium profilaktycznego i terapeutycznego.

Jego prace znajdują się dziś w kolekcjach prestiżowych muzeów i w zbiorach prywatnych na całym świecie. Wielokrotnie go też nagradzano, doceniając talent i wagę podejmowanych tematów. Paradoksalnie jednak, choć jest jednym z najwybitniejszych przedstawicieli współczesnego polskiego malarstwa (a może sztuki w ogóle), jest znany głównie za granicą, bo w kraju chyba jedynie specjalistom i koneserom sztuki.

Doprawdy – pomyślałem – ten facet zasługuje na książkę, mimo, że w naszych czasach wartość słowa zdewaluowano zalewając rynek kolorowymi publikacjami o gotowaniu i nadętymi „auto”-biografiami. I tu spotkała mnie niespodzianka, potwierdzająca niestety wspomniany paradoks, bo Lachurowi książkę już poświęcono. Napisał ją i opatrzył bogatym materiałem ilustracyjnym, przyjaciel i kolekcjoner jego dzieł, Dieter Kauffmann. Publikacja ukazała się w Niemczech w 2009 roku, pt.: „Zdzisław Lachur. Sein Leben, sein Werk, seine Träume. Entwürfe, Zeichnungen und Bilder aus den Jahren 1943–2003”.


Zdzisław Lachur – o biografii i sztuce na stronach Fundacji Skarbnica Sztukiwww.skarbnicasztuki.com

Wspomnienie o Lachurze w sosnowieckim portalu (art. z 2012 r.): www.41-200.pl


Obrazy z prywatnej kolekcji nieżyjącego już Zdzisława Lachura oraz wciąż pełnego pasji i nowych pomysłów Jerzego Lassoty de Kalińskiego, wystawili właściciele galerii Fundacji Skarbnica Sztuki z okazji wizyty uczestników dorocznego spotkania GAAB Collectors Summit 2018. Galeria założona przez Fundację Skarbnica Sztuki Ewy i Pawła Boguta była pierwsza odwiedzoną przez uczestników wspomnianego spotkania w dniu 8 czerwca 2018. Z pewnością prace obu malarzy będa jeszcze wystawiane w Galerii przy ul. Działdowskiej 8a w Warszawie.

Sztalugi w „Skarbnicy Sztuki” rozstawił i pracuje na nich, Jerzy Lassota de Kaliński, którego liczne obrazy, rysunki i instalacje posiadają także w swojej kolekcji założyciele Fundacji Skarbnica Sztuki – Ewa i Paweł Boguta. Na ścianach ‚judaica’ pędzla Zdzisława Lachura. Fot. Paweł Wroński

Kolonia Wawelberga, bloki sprzed 120 lat

Pierwsze w Warszawie robotnicze osiedle z tanimi mieszkaniami powstało w latach 1898-1900. Dziś jest obiektem zabytkowym i tworzy klimatyczną enklawę na Woli. W maju 2018 roku, osiedle Towarzystwa Tanich Mieszkań imienia Hipolita i Ludwiki Wawelbergów, popularnie zwane Kolonią Wawelberga obchodziło 120. urodziny.

W trzech solidnie wybudowanych z cegły blokach mieściło się początkowo ponad 300 mieszkań,  1- i 2-pokojowych. Była bieżąca woda, choć zlewy wspólne, kanalizacja i oświetlenie gazowe, zamienione niedługo potem na elektryczne oraz pierwsze w Warszawie zsypy na śmieci i… kostnica (żeby zmarłych nie trzymać w domu). Budynkom mieszkalnym towarzyszyło rozbudowane zaplecze socjalne (o tak spójnym programie nie mogą nawet marzyć mieszkańcy niejednego współczesnego blokowiska). Działały tutaj bowiem: szkoła, ochronka i sala zabaw (dziś powiedzielibyśmy żłobek i przedszkole) oraz punkt lekarski, a także: czytelnia, łaźnie i pralnie. U podstaw tak bogatego programu legła idea, której hołdował fundator. Wierzył mianowicie, że mieszkanie ‚pod jednym dachem’ będzie sprzyjać likwidacji uprzedzeń rasowych i wyznaniowych. Koncepcję Wawelberga wcielił w życie architekt Edward Goldberg, projektując domy oddzielone zielonymi strefami oraz funkcjonalne, wysokie na 3 m mieszkania z drewnianymi podłogami w pokojach i dużymi oknami (przeznaczone były na wynajem, ale czynsze były niskie).

Wolska kolonia zainspirowała podobne przedsięwzięcia podejmowane później na Kole (Towarzystwo Osiedli Robotniczych), czy Żoliborzu (Żoliborska Spółdzielnia Mieszkaniowa), a nawet programy deklarowane, choć nigdy w pełni nie zrealizowane przez władze PRL-owskie, nagłaśniane mocno podczas kampanii na rzecz budowy warszawskich stutysięczników – Ursynowa, Białołęki czy Gocławia.

 

Hipolit Wawelberg (1843-1901) był synem bogatego żydowskiego finansisty, który wysoką pozycję społeczną i majątek osiągnął własną pracą. Po studiach w Berlinie i praktykach bankowych w Londynie, Paryżu i Berlinie ojciec powierzył mu petersburski oddział Domu Bankowego Wawelbergów. Pod jego zarządem, placówka wyrosła na jedną z największych instytucji finansowych w carskiej Rosji. W efekcie Hipolit Wawelberg stał się jednym z najbogatszych obywateli Królestwa Kongresowego. Ba, kupił rezydencję w Carskim Siole, stając się niejako sąsiadem samego cara, i żył dostatnio, jednak gros ogromnej fortuny przeznaczał na cele społeczne.

 

 

Osiedle nie było jedynym społecznie ważnym przedsięwzięciem Wawelberga w Warszawie. W 1875 roku z jego inicjatywy i za jego pieniądze zorganizowano Muzeum Rolnictwa i Przemysłu, a w 1893 Muzeum Rzemiosła i Sztuki Stosowanej, przy którym kształcono rzemieślników. Uruchomił także wydawnictwo, publikujące podręczniki i poradniki zawodowe oraz tanie, a więc powszechnie dostępne wydania dzieł literackich, m.in. Mickiewicza, Orzeszkowej, Prusa, Sienkiewicza. Przekonany o sprawczej sile wykształcenia, Hipolit Wawelberg założył w Warszawie, wraz ze szwagrem i bliskim współpracownikiem, Stanisławem Rotwandem, Szkołę Mechaniczno-Techniczną, w której wykładali wybitni profesorowie tamtych czasów. Otwarto ją w 1895 roku. Ze świetnie wyposażonymi pracowniami i laboratoriami, była jedną z pierwszych uczelni technicznych w Europie. Zyskała szybko renomę, a absolwenci z dumą nosili miano wawelberczyków. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości przekazano ją administracji publicznej, w 1951 włączono do zespołu Politechniki Warszawskiej.


Kolonia Wawelberga 1898 – Stowarzyszenie Mieszkańców i Przyjaciół (organizacja działa od lat 90. XX w., promuje osiedle i popularyzuje jego dzieje): www.koloniawawelberga.pl

W należącym do Kolonii Wawelberga, frontowym bloku przy Górczewskiej 15, działa słynna pączkami Pracownia Cukiernicza „Zagoździński”: www.pracowniacukiernicza.pl

Kolonia Wawelberga. Ponoć pączki z Pracowni Cukierniczej „Zagoździński” są najlepsze w Warszawie… Firma działa od 1925 roku, we frontowym budynku Kolonii Wawelberga mieści się od 1973. Sklepik czynny jest codziennie oprócz niedziel i świąt od godz. 9:00 do… ostatniego pączka. Fot. Paweł Wroński

Marszałek od ulicy Marszałkowskiej

Nazwa ulicy Marszałkowskiej pojawiła się w 1770 roku, na cześć zmarłego cztery lata wcześniej Franciszka Bielińskiego herbu Junosza, marszałka wielkiego koronnego, sprawnego administratora i organizatora, odpowiedzialnego za bezpieczeństwo króla i dworu od 1732 roku, do śmierci w 1766.

Jako szef powołanej w 1740 roku Komisji Brukowej (formalnie odpowiedzialnej za stan sanitarny Warszawy), dokonał pierwszego w dziejach naszego miasta administracyjnego przełomu. Poszerzył granice Warszawy, włączając sąsiadujące z właściwym, w istocie niewielkim obszarowo miastem, własności szlacheckie, zwane jurydykami.

Wokół królewskiego miasta Warszawy (właściwie 2 ośrodków posiadających akty lokacji: Starego Miasta i Nowego Miasta) powstawały od 1559 roku quasi-miejskie własności szlacheckie. Otaczały place targowe, szumnie nazywane rynkami. Określano je mianem jurydyk. Miasto królewskie otaczało 20 takich stref. Była wśród nich, złożona z dwóch obszarów, należąca do marszałka jurydyka Bielino; jej powstanie datuje się na 1757 rok (dawny bieliński rynek to teraz plac J.H. Dąbrowskiego, a pałac marszałka projektu Józefa Fontany wznosił się przy skrzyżowaniu Marszałkowskiej z Królewską; zburzono go w 1895 roku). Jurydyki zniesiono w 1891 roku, uchwalając, związaną z Konstytucją 3 maja, ustawę Prawo o miastach.

 

W ten sposób, marszałek rzeczywiście mógł zapanować nad organizacją życia w rozległym obszarze, obejmującym zarówno Zamek Królewski, pałace i inne własności ciążącej ku siedzibie władcy arystokracji, jak i dawną Warszawę, tłoczące się od wieków za murami Stare Miasto i Nowe Miasto. Trakt zaś łączący jurydyki, a prowadzący równolegle do Królewskiego, wyznaczonego pałacami notabli, szybko przekształcił się w ulicę. Tym ważniejszą, że z inicjatywy marszałka Bielińskiego wybrukowano ją (podobnie jak 221 innych), skanalizowano, później zaś, do zlokalizowanej przy niej stacji kolei Warszawsko-Wiedeńskiej docierał pierwszy konny tramwaj uruchomiony w Warszawie w 1866 roku. Sto lat wcześniej, a więc w czasach marszałka Bielińskiego i Komisji Brukowej, czyli w epoce saskiej odnajdziemy początki publicznych sieci i infrastruktury współczesnej stolicy.

Marszałek wielki koronny Franciszek Bieliński (1683-1766), portret nieznanego malarza ze zbiorów Muzeum Warszawy, fot. Paweł Wroński

Po dziś dzień wielokrotnie przemierzamy Marszałkowską – od Placu Unii Lubelskiej po Plac Bankowy, ponieważ przez minione 250 lat z okładem, stała się kluczowym traktem komunikacyjnym, biegnącym przez Warszawę niemal południkowo. Są tutaj rozlokowane przeróżne instytucje, rozciąga się popularna strefa shoppingowa, zainicjowana jeszcze w czasach PRL-u ciągiem Domów Centrum (dziś Galeria Centrum). Jest z niej łatwy dostęp do Pałacu Kultury i Nauki, w którym mieszczą się liczne firmy komercyjne oraz większość wydziałów i agend warszawskich władz samorządowych. Marszałkowska prowadzi pod siedzibę prezydenta m.st. Warszawy, jak się potocznie mówi: warszawski ratusz, który paradoksalnie, notabene, wraz z urzędem wojewódzkim, mieści się w gmachu odbudowanego banku (jak na ironię, dawny ratusz poszerzonej przez Bielińskiego Warszawy, odbudowany pieczołowicie przy Placu Teatralnym, mieści teraz… bank). Są także inne symboliczne dla dziejów współczesnej Warszawy budynki, choćby przebudowywana właśnie rotunda, socrealistyczny zespół Placu Konstytucji (MDM), czy symbolizujący jedność Polski rozbiorowej kościół przy Placu Zbawiciela projektu Józefa Piusa Dziekońskiego, w którego architekturze odnajdziemy echa różnych stylów i znanych Polakom najsłynniejszych w kraju zabytkowych budowli z Krakowa, Poznania i Warszawy.


Spojrzenie z 6 kondygnacji kamienicy, należącej do zespołu Muzeum Warszawy na wschodnią pierzeję Rynku Starego Miasta, fot. Paweł Wroński

 

Muzeum Warszawy eksponuje 7352 spośród około 300 tysięcy posiadanych artefaktów, obrazujących dzieje Warszawy; całość podzielono na 21 gabinetów, rozmieszczając je w 2017 roku we wnętrzach kamienic tworzących zachodnią pierzeję Rynku Starego Miasta (pod numerami 28-42; muzeum w poniedziałki – nieczynne, we czwartki – wstęp wolny): www.muzeumwarszawy.pl

Polski król ze Szwecji na słynnej kolumnie

Powiadają, że Zygmunt III Waza przeniósł stolicę do Warszawy. Mimo, że było to w 1596 roku, wciąż jeszcze najważniejsze było miejsce, w którym stoi tron. Ten zaś stał na Wawelu dopóty, dopóki go władca spod znaku Snopka (szw. Wassa), przenieść nie kazał.

Na Zamek Królewski, z tej okazji wzniesiony, na szwedzką modłę surowy, który jedynie z miejskimi stykał się murami. Ówczesna Warszawa była wciąż niewielka, choć składała się z dwóch ośrodków od siebie niezależnych: Starego Miasta (lokowanego przez mazowieckich Piastów gdzieś na przełomie XII/XIII wieku) oraz Nowego Miasta (założonego przez książąt mazowieckich w 1408 roku).

Króla, który dokonał wspomnianych przenosin uczczono, bodaj najszerzej znanym w świecie warszawskim pomnikiem – kolumną na Placu Zamkowym, przed wiodącą do miasta nieistniejącą już Bramą Krakowską. Król dzierży krzyż i miecz, co symbolizowało jego dwie role – świeckiego i duchowego ojca narodu. Był to pierwszy świecki monument jaki wystawiono w Warszawie. Inicjatorem był Władysław IV, który w ten sposób uczcił pamięć ojca. Kolumnę zaprojektowali: urodzony w Szwajcarii architekt Constantino Tencalla oraz doradca królewski Augustyn Locci. Rzeźba była dziełem sprowadzonego z Bolonii włoskiego artysty Clemente Molli’ego, a gdy była gotowa odlew z brązu wykonał gdański ludwisarz Daniel Tym. Pomnik odsłonięto późną jesienią 1644 roku.

 

Legenda głosi, że uniesiona szabla w królewskich rękach chroni Warszawę od nieszczęść; jej opuszczenie zwiastuje upadek miasta. Pierwszy raz kolumna uległa uszkodzeniu podczas potopu szwedzkiego. Drugi raz w czasie powstania warszawskiego, gdy w nocy z 1 na 2 września 1944 roku trafił w nią pocisk z niemieckiego czołgu – runęła, ale postać króla ucierpiała we względnie niewielkim stopniu. W 2015 roku, po wygranej PiS, furorę robił w Internecie mem z królem Zygmuntem. Schodził pospiesznie z kolumny, dając dobrą radę Polakom: „Tu się nie ma co zastanawiać… Tu trzeba spier…lać!”.

 

Miniatura Kolumny Zygmunta w zbiorach Muzeum Warszawy. Takie oto upominki wręczano VIP-om 22 lipca 1949 roku, podczas uroczystego odsłonięcia odbudowanej po wojennych zniszczeniach kolumny (w tym samym dniu oddano do użytku Trasę W-Z). Fot. Paweł Wroński

Trzon oryginalnej kolumny wykonano z chęcińskiego marmuru wydobywanego w kamieniołomach na Czerwonej Górze (geologicznie to barwne zlepieńce, do których przylgnęła potem nazwa Zygmuntówka). Gdy pomnik po II wojnie światowej odbudowywano, do wykonania trzonu użyto twardszego materiału – granitu z okolic Strzegomia.

 

Pomnik ma 22 m wysokości, postać króla w rycerskiej zbroi – 2,75 m. W związku z budową trasy W-Z, odbudowany pomnik lekko obrócono i przesunięto o 6 m w stosunku do pierwotnego stanowiska.

 


Fragment ekspozycji malarstwa w Muzeum Warszawy, fot. Paweł Wroński

 

Muzeum Warszawy eksponuje 7352 spośród około 300 tysięcy posiadanych artefaktów, obrazujących dzieje Warszawy; całość podzielono na 21 gabinetów, rozmieszczając je w 2017 roku we wnętrzach siedmiu kamienic tworzących zachodnią pierzeję Rynku Starego Miasta (pod numerami 28-42; muzeum w poniedziałki – nieczynne, we czwartki – wstęp wolny): www.muzeumwarszawy.pl

Muzyczna porcja Afryki w Harendzie

Jubileuszowa, X. edycja Dnia Afryki miała nader kameralny charakter. Impreza odbyła się 10 czerwca 2018 na dziedzińcu Klubu Harenda w Warszawie.

Świetną muzyką porwał gości do tańca Senegambia Collectif w składzie: Buba Kuyateh (kora, wokal), Kuba Pogorzelski (tykwa, djembe), Grzegorz Rytka (saksofon), Mamadou Diouf (wokal, djembe).

 

Senegambia Collectif to pomysł dwóch muzyków urodzonych w Senegalu: Pako Sarra i Mamadou Dioufa, którzy swojego czasu zaprosili przyjaciół i rodaków do wspólnego grania. Skład formacji zmienia się więc, zależnie od okoliczności.

 

Na scenie Klubu Harenda w Warszawie Senegambia Collectif. X. Dzień Afryki (2018), fot. Paweł Wroński

Organizatorami wydarzenia były w tym roku jedynie fundacje: Afryka Inaczej i Habitat for Humanity Poland oraz Klub Harenda, na którego dziedzińcu wszystko się odbyło.

Inspiracją do organizacji imprezy po raz pierwszy w 2008 roku, było uczczenie kolejnej rocznicy powołania Organizacji Jedności Afryki (obecna Unia Afrykańska) w Addis Abebie w 1963 roku. Święto obchodzone jest wszędzie tam, gdzie żyją przedstawiciele afrykańskiej diaspory. Przez dziewięć lat Dzień Afryki wspomagała finansowo Warszawa – jak napisali organizatorzy: „wierna swojej polityce wielokulturowości”. W pełnym gorących wydarzeń politycznych 2018 roku, Dzień Afryki wsparły jedynie mniejsze instytucje. Mimo braku rozmachu poprzednich edycji, goście – niezależnie od wieku – bawili się świetnie.

Na dziedzińcu Klubu Harenda, 10 czerwca 2018 w Warszawie, fot. Paweł Wroński

Klub Harenda: www.facebook.com/KlubHarenda
Fundacja Afryka Inaczej: www.fundacja.afryka.org
Fundacja Habitat for Humanity Poland: www.habitat.pl

Dzień Afryki finansuje UE w ramach projektu Build Solid Ground, elementu Solid Ground – międzynarodowej kampanii Habitat for Humanity, której celem jest poprawa dostępu do ziemi, jako krok do uzyskania godnego miejsca do życia.

 


Stanisław Barylski, mistrz Saskiej Kępy

Gdy w czyjejś charakterystyce  pada określenie „płodny twórca”, czuć nutkę ironii, ba – niechęci nawet. O Stanisławie Barylskim (1904-1974), który w latach 30. XX wieku zaprojektował najwięcej domów na Saskiej Kępie, można tak powiedzieć bez owego pejoratywnego cienia. Jego dorobek sięga tam bowiem 30 realizacji!

Są w tej puli: jego własny dom przy Dąbrowieckiej 8, reprezentatywna dla dojrzałego warszawskiego modernizmu elegancka willa wzniesiona dla Alfreda Klimaszewskiego przy Berezyńskiej 10, dom przy Berezyńskiej 16 – podawany jako przykład interpretacji międzynarodowego kierunku określanego mianem „malowniczego funkcjonalizmu”, dom Avenariusów (Lecha Niemojewskiego) przy Katowickiej 7A z oryginalną, kwadratową wieżą klatki schodowej przeszklonej ukośnymi pasami okien, czy dom Zbigniewa Przybytkowskiego przy Gruzińskiej 3 (obecnie zajmuje go Ambasada Malezji), zręcznie wkomponowany w narożną działkę przy zbiegu z ulicą Czeską.

Jego modernistyczne realizacje – powściągliwe w formie budynki mieszkalne, często z charakterystycznymi, zaokrąglonymi narożnikami, kształtują po dziś dzień pejzaż Saskiej Kępy, prestiżowej dzielnicy warszawskiej powstałej w dwudziestoleciu międzywojennym minionego stulecia. I choć są tutaj dzieła Lacherta, Syrkusów, Korngolda czy Szanajcy oraz wielu innych wysoko cenionych wtedy architektów, budynki Barylskiego bronią swojej pozycji nie tylko imponującą liczbą.

Rozmieszczenie domów na Saskiej Kępie, projektowanych przez Stanisława Barylskiego (plansza towarzyszyła wystawie zorganizowanej z okazji dorocznego Święta Saskiej Kępy w maju 2018 roku), fot. Paweł Wroński

Postać Stanisława Barylskiego zainteresowała mnie dlatego, że przez długie lata mieszkałem w jednym z zaprojektowanych przez niego domów. Konkretnie w L-kształtnej kamienicy na rogu Walecznych i Wału Miedzeszyńskiego. I co jak co, ale właśnie spokojny rytm kondygnacji i tak dla niego charakterystyczny, zaokrąglony narożnik podkreślony opaskami balkonów, podobają mi się bardzo. (Biogram i kilka wybitnych realizacji St. Barylskiego: www.pamiecmiasta.pl).

Plansza z wystawy „Architekci Saskiej Kępy”, fot. Paweł Wroński

W stolicy, przy Brackiej 18

Zapewne nigdy byśmy tam nie zajrzeli, gdyby nie poszukiwanie przy Brackiej Galerii 18A. Skojarzenie z numerem domu było trafne, tyle, że nie o tę, ale o sąsiednią kamienicę chodziło.

Zgodnie jednak ze starym porzekadłem „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Uprzejmy mieszkaniec spod numeru 18. otworzył nam chronioną domofonem bramę, a co więcej, z nieukrywaną dumą pokazał odtworzoną właśnie z pietyzmem frontową klatkę schodową. Naprawdę piękną!

Reprezentacyjna klatka schodowa Kamienicy Kiersnowskich przy Brackiej 18 w Warszawie, fot. Paweł Wroński

Kamienica przy Brackiej 18. została wzniesiona według projektu Edwarda Lilpopa w 1885 roku. Nazywa się ją Kamienicą Kiersnowskich albo Kamienicą Zofii Kiersnowskiej, choć rzadko kto cokolwiek wie o tej mieszczańskiej rodzinie. W 1900 roku architekt Teofil Wiśniewski zmienił wygląd kamienicy, nadbudowując jedną kondygnację. Wtedy też zwieńczono ozdobnym hełmem frontową fasadę (www.warszawa.wikia.com).

Eklektyczna kamienica nawiązuje formą do epoki baroku, zaś w jej bogatej dekoracji czuć także – świeży w owym czasie – powiew secesji. Od 1910 do 1915 roku oraz w okresie międzywojennym w budynku działały prywatne gimnazja. Stosunkowo mało zniszczoną w czasie powstania warszawskiego kamienicę, pieczołowicie się teraz restauruje. Choć nie odtworzono zniszczonego podczas wojny dekoracyjnego hełmu, budowla ma reprezentacyjny charakter, a oferty sprzedaży mieszkań pod tym adresem, kierowane są do koneserów architektury i historii oraz ludzi ceniących sobie lokalizację w ścisłym centrum stolicy, a jeszcze bardziej prestiżowy adres.

Kamienica pod numerem 18 cieszy się znakomitym sąsiedztwem. Numer 20. nosi bowiem efektowny narożny dom wzniesiony kilka dekad wcześniej według projektu cenionego w XIX wieku architekta warszawskiego, Henryka Marconiego (w jej podwórzu kryje się Pałac Brzozowskich – teraz remontowany z Galerią 18A, na miejscu popularnej warszawskiej imprezowni, klubu Huśtawka). Vis a vis wznosi się legendarny przedwojenny Dom Towarowy Braci Jabłkowskich, obok przebudowywany właśnie dawny CDT (później Smyk).

Repliki Wilkonia w Piasecznie

Czy metalowe odlewy, wiernie oddające najdrobniejszy szczegół, mogą zastąpić oryginały wyczarowane w kłodach drewna przez Józefa Wilkonia?

Na to retoryczne pytanie Piaseczno odpowiedziało ‘tak’. W wymuskanym parku miejskim i na płytach placu przed starym ratuszem stanęły wilkoniowe zwierzęta: tur, niedźwiedź, dziki i lwica z lwiątkiem. Budzą ciekawość, zachwyt nawet. Mają jednak własną poetykę, wyraz i wdzięk – zdecydowanie metalowe!

 

We wrześniu 2015 roku, Józef Wilkoń – artysta malarz, genialny ilustrator, autor scenografii i rzeźbiarz, został uhonorowany tytułem Honorowego Obywatela Gminy Piaseczno. Pamiątkowy medal oraz dyplom wręczył artyście Burmistrz Miasta i Gminy Zdzisław Lis. 3 lata później podwarszawskie miasteczko uhonorowało go wystawieniem metalowych replik jego drewnianych rzeźb inspirowanych naturą – tak powstaje ścieżka (bo zwierząt ma być więcej), im. Józefa Wilkonia, wzmacniając tożsamość miasta i kreując jego artystyczne oblicze. Artysta jest związany z gminą Piaseczno na co dzień ponieważ swój dom i pracownię ma w Zalesiu Dolnym. Tam także „mieszkają na stałe” jego drewniane zwierzęta. W 2015 roku Józef Wilkoń obchodził swoje 85. urodziny.

 


Sylwetka artysty: www.culture.pl
Fundacja Arka im. Józefa Wilkonia: www.fundacjawilkonia.pl
Wywiad z artystą na łamach „Werandy” (2015): www.werandacountry.pl
Józef Wilkoń Honorowym Obywatelem Gminy Piaseczno (2015): www.przegladpiaseczynski.pl