Albania – ostatni egzotyczny kraj Europy

Albańska riwiera stanowi naturalną kontynuację wybrzeża Chorwacji i Czarnogóry. Mimo nasilającego się ruchu turystycznego, jest jednak wciąż jeszcze mniej od tamtych skomercjalizowana. Natomiast albański interior można z powodzeniem zaliczyć do najdzikszych obszarów w Europie. Bynajmniej nie dlatego, że niebezpiecznych, ale dlatego, że nieucywilizowanych.

Wnętrze kraju wypełniają górskie pasma, kulminujące w masywie Korab (2764 m), w którym zbiegają się granice Albanii, Kosowa i Macedonii. Niemal zupełnie brak turystycznej infrastruktury. Przy ulicach mijanych miejscowości toczy się życie w rytmie zgoła odmiennym od naszego. Nieskończoną ilość racy powtarza się taki oto obrazek. Przy stoliku siedzą mężczyźni. W czapkach na głowach. Zerkają na przejeżdżające pojazdy, ćmią papierosy, a upływający powoli czas zabijają grą w karty i popijaniem herbaty. Kobiety pojawiają się z rzadka, głównie po to żeby donieść im imbryk gorącego, słodkiego naparu. Zajęte domową krzątaniną, opieką nad dziećmi i gotowaniem, nie mają czasu na śledzenie tego co się dzieje na ulicy. Przy domach – jak się nam wydaje w opłakanym stanie – stoją jednak samochody. Ba, popularność aut, również z wyższych półek sprawiła, że Albanię określa się często mianem kraju mercedesów. Posiadane samochody nie świadczą bynajmniej o bogactwie kraju, a jedynie o gustach i poczuciu godności właścicieli.

Od podobnych scen wolna jest Tirana. Było nie było, stolica kraju. Bo tam, w ostatnich latach, tempo życia zwiększyło się najbardziej. Ruch samochodowy jest spory, kwitnie handel, a krajobraz zmienia się w wielkomiejski – wyrastają hotele, biurowce i banki. Po staremu jednak centralne miejsce zajmuje plac Skanderbega. Otacza go kilka publicznych gmachów. Rzucają się w oczy mozaiki na elewacji muzeum historycznego. Pnie ku niebu minaret znanego z cudownych fresków we wnętrzach meczetu Ethem Beja. Pejzażu dopełniają fasady monumentalnych budynków ministerialnych i kompleksu teatralnego w jaki przekształcono miejscowy pałac kultury i nauki, bynajmniej nie tak strzelisty jak w Warszawie. Powiewa na wietrze czerwona flaga z dwugłowym czarnym orłem. A XV-wieczny bohater narodowy, którego imię nadano temu miejscu, spogląda na wszystko z wysokości monumentalnego, ułożonego z kamiennych bloków cokołu.

Żeby spojrzeć na miasto z podobnie wyniosłej perspektywy najlepiej wyjechać kolejką gondolową na szczyt góry Dajti (1613 m). Notabene, najdłuższą na Bałkanach kolejką linową, skonstruowaną przez słynną firmę Doppelmayr. Owszem, panorama z góry jest ciekawa, ale w moim rankingu albańskich krajobrazów zajmuje dość odległe miejsce. Pierwsze zajmują zdecydowanie stricte górskie pejzaże. Być może również z sentymentu. Bo w górach miało miejsce moje pierwsze spotkanie z Albańczykami. Biwakowaliśmy nad niewielkim jeziorem, na kiepsko oznakowanej granicy z Czarnogórą. W Alpach Albanskich, nazywanych przez Czarnogórców Prokletijem. W okolicy zrytej racicami bydła. Obudziły nas dzwonki na szyjach krów, a towarzyszący im pasterze zagaili rozmowę. Znakami przyjaznych zamiarów były skręty którymi częstowali i szerokie, połyskujące od złotych koron na zębach, uśmiechy. W niezrozumiałą dla nas mowę, wplatali słowa słowiańskie, a gdy ich im brakowało, gestykulowali i poszerzali uśmiechy. Nasza znajomość nie trwała długo, a już zostaliśmy zaproszeni do katuny, czyli na halę. Po drodze pokazali z dumą dolinę rzeki Valbona, z której przyszli. Na całe lato, które wraz ze stadami i rodzinami spędzają w skleconych z kamieni i drewna szałasach. Ser, miód, owocowa raki, a przede wszystkim zachwycająca smakiem i aromatem parzona po turecku kawa, złożyły się na poczęstunek jakim nas uraczyli. Ciekawi świata wypytywali co też nas przygnało w góry, w których turystów widują tak niewielu.

Do miejsc, które na długo zapadają w pamięci należą gardziele wąwozów jakimi górskie potoki spływają do morza. Jeden z nich kończy się słynną plażą Gjipe. Bajeczne miejsce, w którym skaliste górskie stoki opadają wprost do morza tworząc wypełniony różowawym piaskiem i przecięty korytem potoku amfiteatr. Miejsce jest niedostępne dla samochodów, nawet dla niezbyt wysoko zawieszonych terenówek. Z najbliższego parkingu (koło ruin monastyru św. Teodora), trzeba iść skalistą ścieżką 2,5 km. Zdecydowanie łatwiej dotrzeć tam łódką. Dzięki temu oraz upałom jakie panują latem, a przed którymi nie ma się gdzie schronić, Gjipe broni się skutecznie przed nawałą turystów. Docierają tu zresztą głównie miłośnicy wspinaczki, bo ściany kanionu słyną z najciekawszych dróg w Albanii. Sama zaś plaża zadaje kłam rozpowszechnionej opinii, że Albańczycy spuszczają wprost do morza ścieki, że porzucają byle gdzie śmieci, i że wszędzie jest u nich brudno. Może dlatego, że w pobliżu nie ma żadnych osiedli, i piasek, i woda są tu nieskazitelnie czyste, widoki cudowne, a spokoju nikt, ani nic nie zakłóca.

Przynajmniej jeszcze dwa wąwozy zasługują moim zdaniem na wzmiankę. Kanion Osumi nieopodal miasta Berat. To albańska Mekka miłośników raftingu. Na odcinku niemal 26 km potok przedziera się wśród skał wąskimi zaledwie na 1,5 m przesmykami. Boczne dopływy opadają do głównej rzeki malowniczymi kaskadami wodospadów. Rafting nie jest trudny technicznie, ale odbywa się fascynującej scenerii. Piechurzy mogą zajrzeć do kanionu ze ścieżki biegnącej wzdłuż krawędzi. Jednak bez porównania więcej wrażeń dostarcza wędrówka przez kanion Zeze, oddzielający góry Kruja i Gamnit. Punktem wypadowym w tamten rejon jest miejscowość Fush-Kruj.

Kto woli bardziej klasycznie wylegiwać się na plaży, trafi z pewnością do Sarandy albo Vlory, bodaj największych kurortów albańskiej riwiery. Zarazem miast portowych, może niezbyt pięknych, ale za to dynamicznie poszerzających bazę noclegową. W ich sąsiedztwie rozciągają się najdłuższe plaże. Każdego roku przybywa przy nich barów, dyskotek i typowo nadmorskich atrakcji. Są wypożyczalnie sprzętu wodnego, można poszaleć na ciągniętym przez motorówkę dmuchanym bananie, zażywać kąpieli w morzu lub hotelowym basenie. Alternatywę stanowią bardziej kameralne, sprzyjające rodzinnemu wypoczynkowi plaże w zatoczkach u ujść potoków w pobliżu miejscowości takich jak Dhermi, Himara, Borsh, Ksamil czy Porto Palermo z ruinami starożytnej twierdzy na wzgórzu. Wybrzeże ma 362 km długości, więc jest w czym wybierać. Na całym królują owoce morza, przyrządzane wcale nie gorzej niż po włoskiej stronie, odciętej od Albanii szeroką na 70 km cieśniną Otranto. W miejscowej kuchni nie brak też domieszki tego co typowo bałkańskie. Zrodzonych z tradycji pasterskiej potraw takich jak gofte z siekanego lub mielonego mięsa i serów – djathë. Miękkiego białego bardhe podobnego do greckiej fety czy twardego sera żółtego, zwanego niemal tak jak w Bułgarii – kaçkaval. Do wspominanych z rozrzewnieniem rarytasów należą też słodkowodne ryby z wielkich jezior, jakie Albania dzieli z sąsiadami – Szkoderskiego z Czarnogórą oraz Ochrydzkiego i Prespańskiego z Macedonią. Za szczególnie delikatną potrawę uchodzą karpie z Jeziora Szkoderskiego serwowane na zamku w Szkodrze. Z całkiem smacznymi winami konkurują mocne owocowe rakije, zwane tu krócej niż u słowiańskich sąsiadów, bo po prostu raki. Wśród bezalkoholowych tradycyjnych napojów na pierwszym miejscu stoją miejscowe odmiany jogurtu – kos albo dhall.

Kultura współczesnej Albanii jest mozaiką nawarstwiających się przez wieki obcych wpływów. Sięgające czasów starożytnych obyczaje Gegów zamieszkujących północ i Tosków z południa dzisiejszej Albanii, zatarły się pod wpływem sąsiadów – słowiańskich, trackich i helleńskich, a wreszcie Turków, którzy podbili kraj w średniowieczu. Albania ma niespełna 3 mln obywateli, ale wraz z mieszkańcami przygranicznych rejonów krajów ościennych, Albańczyków jest 6 mln.

Z hermetyczności swojej mowy Albańczycy doskonale zdają sobie sprawę. Nad Adriatykiem i nad Morzem Jońskim, czyli na riwierze, porozumiemy się więc z nimi po angielsku lub po włosku. Trochę gorzej jest w interiorze, choć i tam, nastawieni życzliwie do przybyszów starają się być komunikatywni. A jeśli im się nie udaje, wzywają na pomoc przedstawicieli młodszych generacji, którzy w coraz większym stopniu operują angielskim. Wiarę w Albanii zdominował islam, gdyż po podboju tureckim przyjęli go w czambuł miejscowi wielmoże. Dziś ponad 63% Albańczyków jest wyznawcami Proroka. Drugie pod względem liczebności miejsce zajmują prawosławni. Meczety i cerkwie są więc obecne w krajobrazie całego kraju. A śpiew muezzinów przeplata się z dźwiękami dzwonów.

Są też miejsca, w których przy odrobinie wyobraźni ożywimy kamienie i odbędziemy podróż przez stulecia. Tak jest w Voskopojë. Wsi w południowo wschodniej części kraju, która była kiedyś ludnym miastem. O jego bogactwie i znaczeniu świadczyło ponad 20 cerkwi. Zburzone w XVIII stuleciu nigdy nie podniosło się z ruin. Koło wspomnianego Berat (leży na południe od Tirany), znajduje się park archeologiczny Apollonia z ruinami starożytnego miasta, jednego z wielu założonych przez żeglarzy z bogatego Koryntu. Inna starożytna osada znajduje się na samym południu, w Butrinti. O losach Albanii XX wieku przypomina Szkodra, miasto rozsiadłe nad rozległym Jeziorem Szkoderskim, które po I wojnie światowej zwycięskie mocarstwa uznały za stolicę kraju.

W zaułkach wspomnianego wcześniej Berat, nazywanego miastem tysiąca okien, pośród domów stłoczonych tak jak to często bywa w Grecji, bodaj najwyraźniej błąka się duch dawnej Albanii. Duch, który dziś wydobywa się ze skorupy totalnej izolacji. Z obozu w obozie, w jaki zamienił kraj komunistyczny dyktator Enver Hodża. Póki co, z ciekawością, otwartością i wolną od komercji turystycznych kierunków autentycznością. Spieszmy się więc zwiedzać Albanię, póki w pogoni za zyskiem nie zatraci swoich walorów.

INFO
Jak dojechać? Jedyne lotnisko międzynarodowe znajduje się w Tiranie (nosi imię Matki Teresy z Kalkuty), ale nie ma bezpośrednich lotów z Polski. Najtańsze przeloty z przesiadką w Belgradzie oferuje AirSerbia (www.airserbia.com). Osobiście polecam wariant – samolotem do Skopje w Macedonii (tanie loty z Gdańska i Katowic można znaleźć w ofercie WizzAir), a stamtąd wynajętym samochodem do Albanii. Na miejscu można się poruszać prywatnymi busami; za opłatą (do negocjacji), zawiozą nas niemal wszędzie.
Gdzie spać? Najlepiej w prowadzonych prywatnie pensjonatach i wynajętych kwaterach. Wciąż jeszcze nawet w nadmorskich miejscowościach możemy takie znaleźć bez wcześniejszej rezerwacji, a ceny zaczynają się na poziomie 12-15 euro. Poszukując ich oraz – bardziej standardowo hoteli – warto zapoznać się z recenzjami zamieszczonymi w portalu TripAdvisor.
Waluta. Leki albańskie są dla nas tanie; w tej chwili 3 zł stanowią równowartość 100 leków. 1 ALL – 0,03 PLN (kalkulator: http://pl.coinmill.com/). Nie ma problemu z bankomatami w Tiranie i innych a miastach ani we wszystkich miejscowościach albańskiej riwiery. Po dobrym kursie wymienimy euro.
Przykładowe ceny. W nadmorskich kurortach wynajmiemy na cały dzień leżaki i parasole dla całej rodziny za równowartość co najwyżej 1200-1300 ALL (10 euro) dziennie. Taxi z lotniska w Tiranie do odległego o 17 km centrum – 2500 ALL, autobus – 200 ALL; papierosy, frytki, byrek (faszerowana papryka) – także w cenie 200 ALL, obiad – od 500 ALL (np. pizza albo miska małży, a do tego wyśmienita kawa lub sery z oliwkami i wino Luani). Bilet w obie strony na Dajti Ekspres (kolejkę linową w Tiranie) – 800 ALL. Uwaga – za paliwo zapłacimy podobnie jak w Polsce, czyli drogo!
Oficjalny, obszerny serwis VisitAlbania: www.albania.al
Ciekawe relacje i pożyteczne uwagi:
www.albania.com.pl
www.kierunekalbania.pl
www.wideograf.pl
https://mojalbania.wordpress.com

Reklamy

Czarnogóra – Albania / Prokletije – Bałkany w filiżance kawy

Pogranicze Czarnogóry i Albanii wyznaczają, należące geograficznie do Gór Dynarskich, Prokletije czyli Góry Przeklęte. Miejscami piękne na podobieństwo Dolomitów, gdzie indziej ponure niczym urzeczywistniona wizja Mordoru.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W bezludnych wydawałoby się górach pobudkę zrobiły nam o świcie krowy. Potrącały linki namiotów rozstawionych nad jeziorkiem, które okazało się ich wodopojem. Pasterze zaczęli zagadywać, częstować papierosami. Bez ceregieli zaprosili nas do swojej katuny, co po albańsku oznacza szałas. Hala, na której biwakowaliśmy była po czarnogórskiej stronie, ale czy krowy wiedzą co to granice… Z katuny, położonej nie dalej niż kwadrans drogi od biwaku roztaczała się fantastyczna panorama na masyw granicznej Kołaty (2528 m). Pełna nazwa Maja e Kolata stanowi ciekawy konglomerat lingwistyczny. „Kołata” jest słowem pochodzenia słowiańskiego, nazwą ludowego tańca, w którym wiruje się w koło. Być może oddano w ten sposób fakt, że skaliste partie i urwiste granie trzeba było ze stadami obchodzić. „Maja” pochodzi z albańskiego i oznacza po prostu szczyt. Katuna jest letnią osadą, w której rodzina spędza lato ze stadem. Mężczyźni pilnują bydła, kobiety warzą strawę i oporządzają zwierzęta. Od setek lat niewiele się tu zmienia. Byliśmy więc dla gospodarzy równie ciekawym zjawiskiem jak oni dla nas. Pokazali nam z zachwytem widoczną poniżej dolinę Valbony, z której pochodzili, a dowiedziawszy się, że zmierzamy na Kołatę, zaczęli karmić. Czym chata bogata – miodem od własnych pszczół, świeżo zrobionym serem. Aż poczuliśmy się nieswojo, bo pieniędzy żadnych przyjąć nie chcieli. Zanim się obejrzeliśmy było południe. Mieliśmy już ruszać, ale z wnętrza szałasu zaczął się wydobywać aromat kawy. Kobieta przygotowywała ją na sposób turecki, gotując z cukrem w niewielkich metalowych naczynkach. Wrzącą przelewała do małych filiżanek, które jakimś cudem zalegały pośród zgoła niesalonowych akcesoriów. Na koniec jeszcze musieliśmy z gospodarzami wychylić rakiję, i serdecznie żegnani z wirującą przed oczami tanecznie Kołatą, ruszyliśmy w drogę.

INFO
Poruszanie się po Prokletijach wymaga doświadczenia. Trudno bowiem o mapy, a infrastruktury turystycznej nie ma. Mapy najłatwiej znaleźć w serwisie: www.summitpost.org (są załącznikiem artykułu: Highest range of the Dinaric Alps). Ze strony spotykanych ludzi, w tym pograniczników, można zawsze liczyć na życzliwość, która znacząco wzrasta, gdy tylko się dowiadują, że jesteśmy z Polski.
Czarnogóra (Montenegro): www.visit-montenegro.com oraz www.tourism-montenegro.com
Albania (Shqipёria): www.albaniantourism.com

Tekst publikowany w portalu www.smakizycia.pl

Czarnogóra / Albania – Maja e Kolata

Maja e Kołata (2528 m) to graniczny szczyt w Prokletijach.

Tak ujęta nazwa stanowi ciekawy konglomerat językowy. „Kołata” jest słowem pochodzenia słowiańskiego. Nazwą ludowego tańca, w którym wiruje się w koło. Być może oddano w ten sposób fakt, iż górę ze stadami omijano. Jej kamieniste szczytowe partie i urwiste granie nie były przydatne pasterzom. Chyba, że dla orientacji. „Maja” pochodzi z albańskiego i oznacza po prostu szczyt. Gdyby na podobnej zasadzie opisać najwyższą górę Alp, mielibyśmy Maja e Blanc. 🙂

Opublikowane na stronach magazynswiat.pl