370. urodziny warszawskiej Pragi

10 lutego 1648 roku, król Władysław IV nadał prawa miejskie rozsiadłej na prawym brzegu Wisły osadzie Praga.


Zdjęcie aktu lokacyjnego Pragi wydanego przez Władyslawa IV w 1648 roku zaczerpnąłem z fanpage’u BP Skarby Warszawy (www.facebook.com/SkarbyWarszawy/).

 

10 lutego 2018 warszawska Praga obchodziła 370. urodziny

 

Miasto wyrosłe pośród wsi rozlokowanych na prawym brzegu Wisły zamykało się w niewielkim obszarze o wymiarach około 1100 m x 1300 m, wyznaczonym przebiegiem dzisiejszej ulicy Okrzei, Placem Hallera i linią od doliny Wisły do ulicy Konopackiej. Centrum znajdowało się mniej więcej tam, gdzie dziś rozciągają się Park Praski i ZOO.

Na wschodzie Praga graniczyła ze Skaryszewem, zaś dzisiejsza ulica Targowa ma taki przebieg jak stary trakt, którym od wieków pędzono woły do miejscowych rzeźni.

Znaczący odsetek praskiej populacji stanowili Żydzi. Ich świat się skończył, gdy w 1940 roku Niemcy utworzyli getto. Dewastacji tego co pozostało dopełnili w 1968 roku komuniści.


Zdjęcia wykonałem podczas wycieczek po Pradze zorganizowanych w ramach akcji „Urodziny Pragi” – 10 („Ulica Targowa”) i 11 („Żydowska Praga”) lutego 2018. Prowadził je Marcin Strachota z Biura Przewodników Skarby Warszawy (www.skarbywarszawy.pl).

Jako podkład muzyczny do slajdowiska wykorzystałem stosowną piosenkę w wykonaniu Warszawskiego Combo Tanecznego (www.facebook.com), nagraną 30 stycznia 2018 podczas koncertu kapeli Jana Emila Młynarskiego w „Worku Kości” (www.facebook.com).

Główna praska arteria – Targowa

370 lat temu, Władysław IV nadał Pradze prawa miejskie. Jej centrum znajdowało się wtedy tam gdzie dziś rozciągają się Park Praski i zoo. Kończąc się mniej więcej na wysokości obecnej ul. Ząbkowskiej, Praga graniczyła ze Skaryszewem.

Osią tego historycznego założenia biegnie ulica Targowa. Tyle, że ówczesnym traktem pędzono woły na szlachtowane w rzeźniach prawobrzeżnego powiśla.

Choć funkcje zmieniły się, Targowa pozostała kluczową arterią warszawskiej Pragi (Pragi Płn.), a wznoszone przy niej budynki tworzą dziś nader barwny kalejdoskop. Odnajdziemy w nim piękne przykłady secesji, monumentalne siedziby urzędów i publicznych instytucji, również żydowskich oraz mieszkalne plomby, którymi w XX wieku i współcześnie jest uzupełniana miejska substancja dzielnicy. Są przy Targowej liczne sklepy, restauracje, biura i banki, bo Praga, która status odrębnego miasta utraciła po włączeniu w granice Warszawy wciąż żyje, a po 1990 roku dynamicznie się zmienia i rozwija.


Jubileuszowy spacer Targową prowadził w ramach „Urodzin Pragi” Marcin Strachota z Biura Przewodników Skarby Warszawy:  www.skarbywarszawy.pl

Zamieniecka gastronomicznie

Przy ulicy Zamienieckiej, którą podążają tłumy klientów bazaru przy Pl. Szembeka, wyrasta coraz więcej należących do większych sieci punktów gastronomicznych. Charakteryzuje je fastfoodwe tempo obsługi i całkiem przyzwoity smak jedzenia.

Pączki z Naszej Pączkarni mają okazałe rozmiary i przeróżne nadzienia, fot. Paweł Wroński

Taki jest „Parnik” z chińskimi pierożkami przy Zamienieckiej 70 i niedawno otwarta pod numerem 80. „Nasza Pączkarnia”. Wokół tej ostatniej toczy się dyskusja na FB; temat: czy serwują tam smaczne pączki. No cóż, wszystkich, którzy łudzą się, że da się tego typu rzecz rozstrzygnąć w wirtualnej rzeczywistości w oparciu o opinie innych, a bez sprawdzenia bojem – krótko mówiąc skosztowania, odsyłam do czarno-białego filmu „Rashomon” Kurosawy (traktat o relatywizmie prawdy). Zaś pozostałych, zwłaszcza tych, którzy się nie boją doświadczeń – na Zamieniecką. Jutro tłusty czwartek – czy można sobie wymarzyć lepszą okazję?!


Nasza Pączkarnia przy Zamienieckiej, fot. P. Wroński

„Nasza Pączkarnia” (punkty ogólnopolskiej sieci): www.m.facebook.com

Subiektywny ranking cukierni oferujących pączki na warszawskiej Pradze: www.dziendobrypraga.pl

Przegląd ogólno-warszawski, np. na blogu kulinarnym Joanny Lutoborskiej „Jajko i Boczek”: www.jajkoiboczek.pl

Rzymskie korzenie Kaduka

Ludzie starszej daty, bądź bardziej obyci w piśmie, znają zapewne określenie „prawem kaduka”. Odpowiedź na pytanie skąd się takie powiedzenie wzięło, to sięgająca czasów rzymskich historia.

W rzymskim prawie istniało pojęcie ius caducum, bądź jure caduco, które oznaczało spadek pozostawiony bez dziedzica, albo bez testamentu. Prawo do dysponowania majątkiem przechodziło na tego kto sprawował władzę. Taki obyczaj utarł się również w średniowieczu – najpierw w państwie Karolingów, potem w krajach niemieckich. Był także praktykowany w Polsce, gdzie – jeśli nie było żadnych krewnych (do 8 pokolenia) – dobra przypadały królowi. Określano je mianem kaduk, czerpiąc nazwę od łacińskiego słowa caducus (bezpański). Tyle, że król nie mógł nimi zasilić państwowego skarbu, ale musiał je przekazać „rycerstwu”. Beneficjentem była więc szlachta, bowiem dobrami pozostałymi po szlachcicu, król musiał obdarować kogoś z tegoż stanu, zaś kaduk po chłopie przypadał jego panu. Nic więc dziwnego, że do naszej mowy weszło powiedzenie „Prawem kaduka”, stając się wkrótce synonimem niesprawiedliwości. Kadukowy, kaduczny majątek budził zawiść, wprost proporcjonalnie do wartości.

Określenie kaduk, stało się także synonimem zła wcielonego, a więc biesa, diabła. Być może na tę konotację miała wpływa epilepsja, której przyczyn nie znano, więc – skwapliwie – w atakach choroby dopatrywano się diabelskiej sprawki. Ba, wyobrażając sobie, że na polecenie złych mocy, wywołuje je istota nie z tego świata, zwana paraluszem, odganiano ją, poszukując pomocy u wszelkiej maści znachorów i  zaklinaczy. A że doktorzy padaczkę po łacinie nazywali morbus cadusus, do kaduka było nie daleko.

Frazy typu: „Do kaduka”, „Kaduk go przyniósł!”, „Ki kaduk?”, zadomowiły się w języku polskim i były używane wymiennie z powiedzonkami: „Do diabła”, „Diabli nadali”, „Ki diabeł?”.

Czy to już koniec pracy nad kukłą? Raczej nie, bo Kaduka z takim wyrazem twarzy nie może mieć przecież zniewieściałej postury, fot. Paweł Wroński

Kaduk opisany i narysowany w książce „Bestiariusz Słowiański” autorstwa Pawła Zycha i Wiktora Vargasa, jawi się złym, i złośliwym, tym bardziej groźnym, że silnym i otoczonym gronem totumfackich, stworem. Tłumacząc na język współczesny – Kaduk był gangsterem, szefem półświatka, łasym na dobra materialne gburem, okazującym chętnie władzę i obnoszącym się ze swoim bogactwem. Taki Kaduk, stał się inspiracją kukły wykonywanej przez Amelię na zajęciach prowadzonych w Jordanku przez Małgorzatę Bockenheim w ramach projektu „Strachy na Lachy”. Jakich nabierze konotacji – czas pokaże, bo jak wynika z dwuletnich już doświadczeń z jordankowych zajęć, prastare słowiańskie demony nabierają szybko współczesnych znaczeń i żyją własnym życiem.


www.opp1.waw.pl
www.slowianskibestiariusz.pl

„Przystanek Piekarnia”

Przy Ząbkowskiej 2, vis a vis „meksykańskiego” graffiti w czysto praskim stylu, którym zamalowano wedlowską historię ptasiego mleczka, mieści się niewielka piekarnia-cukiernia o prostej nazwie „Przystanek Piekarnia”.

Od Piaseczna, gdzie wszystko się zaczęło, po starą Pragę, na mapie stolicy znajdziemy kilkanaście punktów z tym szyldem. „Przystanek Piekarnia” kontynuuje bowiem tradycje rodzinnej Piekarni Osiedlowej Sławomir Krzosek, założonej w 1951 roku w Piasecznie, a rozwijającej się jako sieć od 2013. Rok po otwarciu pierwszego punktu sieci, firmę nagrodzono „Złotym Widelcem” za jakość wyrobów oraz certyfikatem „Doceń Polskie!”. A że właściciele uczestniczyli w rekolekcjach wielkopostnych u pallotynów, ulegli fascynacji dietą św. Hildegardy z Bingen, mocną stroną ich oferty są wypieki orkiszowe.

 


www.przystanekpiekarnia.pl

Graffiti przy Ząbkowskiej. Nie żebym miał coś przeciw latynoamerykańskiej stylizacji, ale wydaje mi się, że tylko prawdziwy ‚desperado’ zamalowuje treści dotyczące jednej z najbardziej rozpoznawalnych na świecie polskich marek, fot. Paweł Wroński

Różyckiego ostatnie tchnienie

Najlepszy, i do tego dostępny dla wszystkich, widok na Bazar Różyckiego rozciąga się z tarasu na dachu jednego z budynków mieszczących Muzeum Warszawskiej Pragi.

Stłoczone stragany pokryte papą, jednym wydają się klimatyczną pamiątką przeszłości, innych napawają odrazą, rzadko jednak kogo pozostawiając obojętnym. Taką moc mają nieliczne miejsca. Czy jej wystarczy by relikt XX-wiecznej Warszawy przetrwał – w obliczu planowanej pod auspicjami władz miejskich rewitalizacji (www.warszawa.wyborcza.pl), a tym bardziej przesyconych wielkimi ambicjami planów spadkobierców założyciela (www.warszawa.naszemiasto.pl), Juliana Józefa Różyckiego (www.klimatwarszawy.pl)?

Według mnie, Bazar Różyckiego jest wprawdzie nieoficjalnym, ale jedynym wciąż „żywym eksponatem” Muzeum Warszawskiej Pragi (www.muzeumpragi.pl). Czy zredukowany do wirtualnego wspomnienia, takim pozostanie? Wątpię, i zachęcam do rzucenia okiem na impresję fotograficzną oraz odwiedzania Bazaru Różyckiego póki istnieje. Zwracam przy okazji uwagę na piosenkę w tle. Kompozycję Stanisława Grzesiuka „Choć z kieszeni znikła flota”, wykonuje Warszawskie Combo Taneczne. Wybrałem ją dlatego, że jest reliktem dawnej Warszawy, która odeszła bezpowrotnie, a której ducha zespół Jana Emila Młynarskiego z wdziękiem i determinacją reanimuje (fanpage: www.facebook.com).


www.bazar-rozyckiego.pl
www.wawalove.wp.pl

„Niech żyje wojna”

„Niech żyje wojna” – przewrotna piosenka Stanisława Grzesiuka w wykonaniu Warszawskiego Combo Tanecznego była jednym z wielu utworów na długim koncercie-potańcówce, jaki dał zespół Jana Emila Młynarskiego w „Worku Kości”.

Opowiadając (w chwili na oddech) o fascynacji uliczną piosenką, lider zespołu nawiązał do faktu, że niniejszy rok  władze Warszawy zadedykowały Herbertowi. Też dobrze – skonkludował – ale powinien być to rok Grzesiuka bo mija właśnie 100 lat od jego urodzenia. A skoro Ratusz tego nie ogłosił, my ogłaszamy – dodał.

‘My’, czyli Warszawskie Combo Taneczne. Zespół zakończył niedawno pracę nad 2-płytowym albumem z piosenkami człowieka, który był z zawodu ślusarzem, ale do historii przeszedł jako autor poruszających autobiograficznych książek (m.in. „Pięć lat kacetu”, „Boso, ale w ostrogach”), a także stołeczny bard – autor i wykonawca ballad (m.in. „Nie masz cwaniaka nad Warszawiaka”, „Bal na Gnojnej”, czy tytułowa – jako się rzekło – przewrotna piosenka), osadzonych w specyficznym folklorze warszawskiej ulicy.


Jan Młynarski i wdzięczne słuchaczki, fot. P.Wroński