Przedświątecznie, multikulti w PROM-ie

Skrawek Polski, okolice Białegostoku, to niezwykły etniczno-religijny tygiel, w którym splatają się różnorodne wpływy, znajdując wciąż żywy wyraz w kulturze regionu.

Karolina Cicha w PROM-ie, fot. Paweł Wroński

Fascynacja spuścizną dawnej Polski, która w tym zakątku kraju jest wciąż żywa doprowadziło do nagrania płyty zatytułowanej „Jeden – Wiele”. Jak czytamy we wprowadzeniu na okładce krążka: „Wspólną cechą pieśni tu zebranych jest chwalba. Chwalba cicha, chwalba gwałtowna, chwalba skierowana na zewnątrz i do wewnątrz, mierzenie się człowieka z Sacrum, wyjście poza rzeczywistość świata przyrodzonego i próba ułożenia swojej relacji ze światem nadprzyrodzonym”.

Jako ilustracja i zachęta do słuchania płyty – nagranie z koncertu promującego krążek, jaki odbył się 9 grudnia 2018 roku w PROM-ie na Saskiej Kępie w Warszawie. A ponieważ to czas przedświąteczny – pieśń chrześcijańska „Kiedy ranne wstają zorze”, śpiewana także podczas szabasu przez Żydów na zapożyczoną od katolików melodię, pod tytułem „Lecha dodi” (co znaczy po hebrajsku (לכה דודי): „Przybywaj oblubienico”). Słowa XVIII-wiecznego poety Franciszka Karpińskiego, muzyka nieznanego z nazwiska kompozytora (na płycie przypisana błędnie Stanisławowi Moniuszce; w portalu staremelodie.pl jako autora muzyki podano Karola Kurpińskiego); pierwsze wykonanie pieśni miało miejsce w białostockiej farze w 1792 roku; na płycie oraz na koncercie grają i śpiewają: Karolina Cicha, Elżbieta Rojek, Karolina Matuszkiewicz i Mateusz Szemraj.

Słowa pieśni (za twórcami płyty „Jeden – Wiele”):

Kiedy ranne wstają zorze
Tobie ziemia, Tobie morze
Tobie śpiewa żywioł wszelki
Bądź pochwalon, Boże wielki.

A człowiek, który bez miary,
Obsypany Twémi dary,
Coś go stworzył i ocalił,
A czemużby Cię nie chwalił?

Ledwie oczy przetrzeć zdołam,
Wnet do mego Pana wołam,
Do mego Boga na Niebie,
I szukam Go wkoło siebie.

Wielu snem śmierci upadli,
Co się wczoraj spać pokładli,
My się jeszcze obudzili,
Byśmy Cię, Boże, chwalili.

W portalu www.staremelodie.pl cytowana jest jeszcze jedna zwrotka:

Boże, w Trójcy niepojęty,
Ojcze, Synu, Duchu święty, 
Tobie chwałę oddajemy, 
Byś nas poświęcił prosiémy.


www.karolinacicha.eu

Karolina Cicha w PROM-ie, z płytą „Jeden – Wiele”,  fot. Paweł Wroński

GRE i jubileusz „Skarbnicy Sztuki”

Pierwszą rocznicę działalności Fundacji „Skarbnica Sztuki” uświetnił wernisaż wystawy malarstwa Zbigniewa Gręziaka. Wystawa jego prac była 9. zorganizowaną w tak krótkim czasie przez Fundację Ewy i Pawła Boguta w Galerii przy Działdowskiej 8A w Warszawie.

Autor zaprezentowanych obrazów jest absolwentem Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Opracował autorską technikę oleju drapanego. Ma na koncie stworzenie Eliptosfery – obrazu otaczającego widza ze wszystkich stron. Ten aspekt jego twórczości przypomniała obecna na wernisażu, pani Danuta Węgrowska, która w latach 90. pełniła funkcję Naczelnika Wydziału Kultury w dzielnicy Warszawa-Wola.

Artysta nie pozostaje obojętny wobec otaczającej go rzeczywistości. Ba, komentując ją, nader często odnosi się do różnych zjawisk krytycznie. Widać to wyraźnie w dziełach takich jak: „Martwa natura z granatami”, „Propaganda”, „Zamiast skóry niedźwiedzia”. Zazwyczaj jednak, pozwala widzom szerokie pole do interpretacji, określając swoje obrazy mianem „Bez tytułu”.

Na wystawie w Galerii „Skarbnicy Sztuki”, Zbigniew Gręziak pokazał prace z lat 2015-2018, po raz pierwszy publicznie. „Tą wysatwą dodaję do mojej pracy nowe tematy – jestem na służbie. Na służbie, próbując skomentować rzeczywistość. Dlaczego? Bo rzeczywistość kąsa i nie pozwala koncentrować się na abstrakcji” – czytamy w wydanym przez Fundację katalogu słowa, którymi malarz podsumowuje swój aktualny dorobek.


Fundacja „Skarbnica Sztuki” w Interneciewww.skarbnicasztuki.com oraz fanpage: www.facebook.com

 

Resume prezentacji Frygii (Turcja)

Poniższe slajdowisko jest ulepszoną wersją 7-minutowej fotograficznej wyczieczki po Frygii, a jednocześnie skrótem mojego opowiadania o regionie.

Prelekcja odbyła się w Sali Adama Mickiewicza w PKiN, 24 listopada 2018 w ostatnim dniu tegorocznych targów turystycznych TT Warsaw.

Poklatkowe animacje dzieci z Jordanka

Nie trzeba wcale filmowego studio, żeby się dobrze bawić. Poklatkowe animacje stworzyły dzieci, uczestniczące w warsztatach teatralnych w OPP1 Jordanek.

Sfotografowałem kolejne sceny iPhonem SE i złożyłem online’owym gifmakerem. Efekt? Jak niżej! Jeśli bardziej pomysłowo zaaranżujemy nasze jordankowe „studio filmowe”, zabawa „w animowane kino” będzie jeszcze lepsza.


OPP1 „Jordanek”: www.opp1.waw.pl

Warszawa i 10. rocznica hejnału

W dniu 22 listopada 2018, podczas uroczystego posiedzenia nowej Rady Warszawy, zaprzysiężono Rafała Trzaskowskiego na Prezydenta m.st. Warszawy. Został wybrany niemal pół milionem głosów mieszakńców stolicy!

Z tej okazji hejnał miasta. Melodię tę słyszymy każdego dnia o godz. 11:15 z wieży Zamku Królewskiego w Warszawie.

11:15 to symboliczny moment, bo w efekcie ostrzału niemieckiej artylerii, 17 września 1939 roku, o tej właśnie godzinie zegar na zamkowej wieży się zatrzymał. Tego dnia na miasto spadło około pięciu tysięcy pocisków! A był to tragiczny i trudny czas zarówno w dziejach kraju, jak i jego stolicy, ponieważ tego dnia, napadła na Polskę Armia Czerwona. Rosyjskiego ataku nie można nazwać inaczej niż napaścią, bo nastąpił bez wypowiedzenia wojny.

Kwadrans wcześniej, przed zatrzymaniem wskazówek zegara, o godzinie 11:00 Zamek Królewski stanął w płomieniach. Pełną dramatyzmu akcję ratunkową uwiecznili wówczas polscy filmowcy na osobiste zlecenie prezydenta stolicy, Stefana Starzyńskiego. Zniszczenia były ogromne, ale sojusznicy nie udzielili Polsce wsparcia, mimo, że w radiowym przemówieniu Starzyński apelował: Te ruiny i zgliszcza Warszawy uprawniają mnie dzisiaj, abym w imieniu tej ludności zwrócił się do rządów wielkiej Brytanii i Francji z zapytaniem – kiedy udzielą takiej pomocy Polsce, która pozwoli na odsunięcie czy przeciwdziałanie tym barbarzyńskim metodom, jakie są do nas stosowane”.

W 1944 roku, pod koniec trwającego 2 miesiące powstania warszawskiego, hitlerowcy wysadzili w powietrze zrujnowany w początkowej fazie wojny Zamek Królewski – symbol niepodległości Polski.

*

U schyłku XX wieku o warszawski hejnał zabiegał przez niemal dekadę Henryk Łagodzki, nieżyjący już żołnierz Armii Krajowej i powstaniec warszawski ze zgrupowania Chrobry II.  Jego starania uwieńczone zostały sukcesem. W 2008 roku postanowiono bowiem, że hejnał stołeczny będzie codziennie odgrywany na pamiątkę tamtych wydarzeń. Melodię granego przez trębacza hejnału, w 1995 roku, kompozytor – profesor Zbigniew Bagiński z warszawskiej Akademii Muzycznej – oparł na motywach „Warszawianki” i „Marszu Mokotowa”.

 

Hejnał odgrywany jest na trzy strony świata, z pominięciem wschodniej. Nie jest to jednak żaden symboliczny gest. Dzieje się tak z prozaicznego powodu. Mianowicie, wieża zegarowa Zamku Królewskiego ma tylko trzy okna. Symboliczny jest natomiast trójdzielny układ kompozycji, który – zgodnie z intencją kompozytora, nawiązuje do historycznych wartości patriotycznych, wyrażanych słowami: „Bóg – Honor – Ojczyzna”.

 

Korzystając z okazji, nowemu Prezydentowi m.st. Warszawy, Rafałowi Trzaskowskiemu życzę, żeby jego prezydentura rozpoczynająca się w szczególnym roku, bo jubileuszowym – 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości, 100-lecie nadania prawa wyborczego (czynnego i biernego), kobietom (w czym wyprzedziliśmy o bez małą dwie dekady Francję – kolebkę feminizmu) oraz 10-lecia odgrywania hejnału w stolicy, zapisała się w dziejach miasta i kraju chwalebnie!

 

 


O wprowadzeniu hejnału w 2008 roku w oficjalnym portalu stolicywww.um.warszawa.pl

Sto lat temu Polki uzyskały prawa wyborcze. „Ruch ten nowy witamy ze szczerą radością” / artykuł pod takim tytułem, w portalu: www.wiadomosci.gazeta.pl

Kilka słów o Frygii w radiowej „Trójce”

W programie 3 PR, czyli jak to się potocznie mówi – w „Trójce”, w niedzielny poranek, w programie Pawła Drozda opowiadałem swojego czasu o Frygii, krainie króla Midasa rozsiadłej w Azji Mniejszej, w tureckim interiorze.

Za parę dni… powtórka z rozrywki. Tyle, że w radio miałem 10 minut czasu i do pomocy pytania prowadzącego. Na TT Warsaw będzie minut 45 i zobowiązujące otoczenie – Sala Mickiewicza w PKiN. Uff! Ale Frygia warta jest tego, żeby o niej opowiadać 🙂

Obrazki obrazkami, a dla tych co mają ciut lepszy słuch niż wzrok – ludowa piosenka turecka z terenów dawnej Frygii (ściślej rzecz biorąc z kluczowej dla tego regionu prowincji Afyonkarahisar), w wykonaniu „Radio Ankara Ensemble”.


Świat z lotu Drozda: www.polskieradio.pl
TT Warsaw (22-24 listopada 2018; PKiN)www.ttwarsaw.pl oraz na fanpage’u Urlopowicze: www.facebook.com
PKiN: www.pkin.pl

Eyvallah – to słowo jest kluczem

W każdym niemal języku znajdziemy słowa, które otwierają serca jego użytkowników. Takim słowem w Turcji jest „eyvallah”. 

Wypowiadamy je, aby wyrazić uznanie, zachwyt, pełną aprobatę, aplauz, czy kordialne podziękowanie.

Z tej samej ‘rodziny’ pochodzi jeszcze kilka zwrotów – nader często używane „inşallah” oraz niemniej rzadkie „maşallah”.

Zwrotu „inşallah” używamy, jeśli pragniemy wyrazić nadzieję – na sukces, spełnienie marzeń, pwodzenie przedsięwzięcia czyjegoś, lub tego, w którym uczestniczymy.

Maşallah” jest odpowiednikiem naszego „niech cię (tobie, komuś, kogoś) Bóg błogosławi!”. Nie ma jednak religijnego wydźwięku, wyraża po prostu życzliwość, jest dowodem pozytywnego myślenia o czyjejś, ewentualnie własnej czy wspólnej pomyślności.

Jest wreszcie słowo, które może być wypowiedziane żartem, i – wtedy – nic złego nie oznacza: „illallah”. Gorzej, jeśli mówi je ktoś ‘na poważnie’, bo wtedy staje się sygnałem, żeby odpuścić, dać spokój. Znaczy bowiem: „mam cię powyżej uszu”, „mam cię dosyć!”.

Wspomniane zwroty weszły do języka tureckiego, najprawdopodobniej w ślad za islamem. Pochodzą więc z kultury arabskiej, na co wskazuje ostatni człon: „-allah”, oznaczający przecież jedynego Boga. Podobnie jednak jak u nas „z Bogiem”, poprzez codzienne użycie utraciły już dawno religijny kontekst i zadomowiły w potocznym języku.

Powyższa dygresja wiąże się z moim wyrazem uznania dla tureckiego pomysłu promowania Frygii, regionu pięknego i bogatego. Charakteryzują go spektakularne krajobrazy, cenne zabytki, wspaniała sztuka i rzemiosło.

Gdzie go szukać? W Azji Mniejszej, mniej więcej w połowie podstawy trójkąta, którego główny wierzchołek znajdziemy w Stambule, a dwa pozostałe w  Izmirze i Ankarze. Frygia jest wspaniałą, interesującą krainą. Opowiadałem o niej w programie Pawła Drozda w radiowej Trójce, a w najbliższym czasie opowiem jeszcze raz – podczas Targów Turystycznych ‘TT Warsaw 2018’, 24 listopada.

Eyvallah!

Luksus z legendą wznoszą toast

Pytanie jak z teleturnieju: w którym ze średniowiecznych miasteczek można się oddawać białemu szaleństwu w luksusowych warunkach? Jedyna, słuszna odpowiedź: w Kitzbühel!

Rzeczywiście, w centrum, przy głównych ulicach piętrzą się imponujące kamienice i strzelają w niebo wieże gotyckich kościołów. Pierwsze wzmianki o Kitzbühel pochodzą z XII wieku, a powstanie i dynamiczny rozwój miasteczka wiążą się z poszukiwaniem w okolicznych górach szlachetnych kruszców. Wydobycie koncentrowało się w masywach Sinwell i Schattberg, od XIV wieku działało w pobliskim Gries bractwo górnicze, przy książęcym wsparciu wybudowano w początkach XV wieku szpital, w połowie tego samego stulecia uruchomiono zakład płukania złota, a pod koniec hutę. Był to okres prosperity, której efekty podziwiamy do dziś, zaglądając do butików światowej sławy marek, usytuowanych w przyziemiach starych kamienic, odwiedzając w jednej z nich miejscowe kasyno, bądź korzystając z apartamentu w jednym z licznych tu 4- i 5-gwiazdkowych hoteli zajmujących dziś zabytkowe domy starówki. W XVII wieku Kitzbühel zasłynęło z misteriów pasyjnych, a w 1707 roku rozpoczął dawać przedstawienia pierwszy w Tyrolu teatr.

Pod koniec XIX wieku narodziła się narciarska legenda Kitzbühel. Zainspirowany norweskimi pismami podróżniczymi Franz Reisch zjechał w 1893 roku na nartach z Kitzbüheler Hornu. Pierwszy w historii prawdziwie wysokogórski wyczyn narciarski przyniósł mu miano jednego z ojców narciarstwa alpejskiego i wywołał boom na sporty zimowe, bo w jego ślady poszli szybko liczni amatorzy przygody. Było ich tak wielu, że już od 1895 roku organizowano dla nich zawody narciarskie, a w 1902 założono Kitzbüheler Ski Club (KSC). Po dziś dzień ten związek, zrzeszający uprawiających białe szaleństwo, należy do najsłynniejszych klubów narciarskich na świecie.

Zawody zapoczątkowane przez Reischa stały się regularną imprezą w 1931 roku, a bieg zjazdowy rozgrywany podczas styczniowych zmagań Hahnenkamm Rennen ugruntował pozycję Kitzbühel na szczycie światowego rankingu organizatorów prestiżowych zawodów narciarskich. Trasa „Streif”, na której się odbywa uchodzi za najtrudniejszą na świecie. W związku z tym zwycięstwo w owianym legendą wyścigu jest cenione na równi z olimpijskim złotem czy zdobyciem Pucharu Świata. Nic więc dziwnego, że każdego roku w trzeciej dekadzie stycznia świat zwraca oczy na Kitzbühel i kończącą się w miasteczku smugę „Streifa” – trasę zjazdową, wymagającą nawet od najlepszych, by dali z siebie wszystko.

Nakręcony w 2014 roku podczas 74. edycji zawodów pod auspicjami Red Bulla ekscytujący film dokumentalny: „Streif. One Hell of a Ride”, doskonale pokazuje emocje, tragedie, morderczy trening oraz kulisy słynnych zawodów. Fascynująca jest zawsze atmosfera tych zmagań, ze wszech miar godni uznania kibice, którzy – rzecz jasna – marzą o zwycięstwie Austriaka, ale potrafią docenić i nagradzać rzęsistymi brawami kunszt każdego, kto ma odwagę zmierzyć się ze „Streifem”. I robią to szczerze, niezależnie od tego, że jak przyznają gospodarze kurortu – sukcesy przedstawicieli innych nacji, przekładają się wśród rodaków zwycięzcy na wzrost zainteresowania wypoczynkiem w Kitzbühel.

O wyzwaniu przed jakim stają zawodnicy niech świadczy fakt, że już podczas pierwszych zawodów ukuto odnoszący się do uczestników wyścigu slogan: „Denn sie wissen nicht, was sie tun” co można tłumaczyć – „Bo nie wiedzą co czynią” albo „Bo nie wiedzą co ich czeka”. Ciekawostką jest fakt, że w latach 1932-1961 do zmagań na „Streifie” stawały także panie. Ze względu na poziom ryzyka zaniechano jednak tej praktyki.

W 1977 roku Franz Strobl z Austrii ustanowił rekordowy czas przejazdu na pełnym dystansie (długość trasy jest zdeterminowana warunkami jakie panują w dniu zawodów; decyzję o ewentualnym skróceniu dystansu podejmują każdorazowo sędziowie). Zjazd zajął mu 1 min. 51,58 sek. Jak dotąd nie udało się nikomu dokonać tego szybciej. Rekordzistą innego typu jest szwajcarski alpejczyk Didier Cuche, który aż 5-krotnie triumfował w biegu zjazdowym na „Streifie”. Nazywany w związku z tym „mistrzem Streifu” wyprzedza w rankingu Austriaków: Karla Schranza i Franza Klammera, którzy odnotowali po 4 zwycięstwa.

Start ma miejsce na wysokości 1665 m, a zawodnicy pokonują dystans 3312 m i 860 m deniwelacji. Maksymalne nachylenie trasy w miejscu zwanym Pułapką na myszy (Mausefalle) sięga 85%, średnia dla całej trasy wynosi 27%. Wspominając zawody na Streifie, nasz były świetny zawodnik, a dziś równie sławny muzyk, Andrzej Bachleda wyznał, że owszem, w slalomach podczas Hahnenkamm Rennen uczestniczył, ale do biegu zjazdowego nie stanął. „Na treningach jeździłem zbyt wolno by się załapać w pierwszej dwudziestce, ale wystarczająco szybko by się zabić” – powiedział szczerze! Kto bowiem popełni minimalny nawet błąd, czy nie przekroczy na finiszu prędkości 140 km/h (średnia na całej trasie to około 103 km/h), żegna się z marzeniami o podium. Choć i tak może mówić o szczęściu, jeśli tylko nie wypadł z trasy, bo wypadki na Streifie są śmiertelnie niebezpieczne.

Narciarskiej sławy Kitzbühel przyczynił „Wunderteam” z lat 50. XX wieku. Toni Sailer, Ernst Hinterseer, Hias Leitner, Anderl Molterer, Fritz Huber i Christian Pravda to zawodnicy, którzy spektakularnymi zjazdami podbijali serca fanów narciarstwa na całym świecie. To im Kitzbühel zawdzięcza wizerunek legendarnego ośrodka sportowego, a także ideę Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim, jaka narodziła się w 1966 roku na Seidlalm.

Postawienie na rozwój narciarstwa, rozwój infrastruktury i konsekwentna promocja, pozwoliły przekształcić Kitzbühel w jeden z top-ośrodków narciarstwa alpejskiego. Dziś miasteczko należy do stowarzyszenia „Best of the Alps” (www.bestofthealps.com), zrzeszającego 12 najsłynniejszych ośrodków narciarskich w Europie, a prestiżowe magazyny przyznają mu niejednokrotnie tytuły najlepszego kurortu narciarskiego na świecie. 5 razy pod rząd Kitzbühel otrzymało wyróżnienie „Austria’s Best Ski Resort”, a Skiresort.de – największy niemieckojęzyczny portal testujący ośrodki sportów zimowych, uznał w 2018 roku Kitzbühel za najlepszy ośrodek narciarski na świecie. Bagatela, już po raz szósty z kolei! Nie byłoby tych sukcesów bez inwestycji. W latach 2000-18 w infrastrukturę zainwestowano ponad 280 mln euro! W efekcie liczący dziś 215 km tras zjazdowych teren narciarski należy do najlepiej i najefektowniej zagospodarowanych, nie tylko w Alpach.

W Kitzbühel, na trasach prowadzących w dolinę, śnieg zalega od grudnia do kwietnia, a sezon rozpoczyna się zwyczajowo w połowie października. Tak wczesne rozpoczęcie jest możliwe dzięki korzystnemu północno-zachodniemu położeniu tras, które zbiegają z wysokości 2000 m na 800 m. Lokalizacja sprzyja opadom, więc na najwyżej położonych trasach można jeździć nawet do 1 maja. A gdyby natura sprawiła przykrą niespodziankę (co niestety coraz częściej czyni), gospodarze sięgają po argument natury technicznej – jeden z najwcześniej założonych, nowoczesny system dośnieżania, który poprzez specjalną połączoną z GPS aplikacją, pozwala równomiernie rozprowadzać sztuczny śnieg wszędzie tam gdzie brakuje naturalnej białej śnieżynki, albo gdzie jest go za mało dla bezpiecznej i komfortowej jazdy.

Wśród 68 wytyczonych wokół miasteczka tras o różnym stopniu trudności każdy, niezależnie od stopnia zaawansowania, znajdzie coś dla siebie. Trasy obsługują 54 supernowoczesne wyciągi, które w ciągu godziny przewożą nawet 93.300 osób. Tytuł „World’s Best Ski Resort Company 2017” dla Bergbahn AG Kitzbühel („KitzSki”) jest więc jak najbardziej zasłużony. Notabene, największy operator kolei linowych w Austrii szczyci się nim już po raz czwarty.

Różnorodność możliwości jest, obok perfekcyjnego przygotowania i wspaniałej scenerii w jakiej wytyczono trasy, wielkim atutem terenów narciarskich Kitzbühel. 101 km spośród ratrakowanych zjazdów liczą łącznie trasy łatwe (niebieskie), średniotrudne (czerwone) – 61 km, a trudne (czarne) – 17 km. Początkujący mogą próbować sił na „Mini Streifie” – przeznaczonym do doskonalenia zręczności parcourze u kresu słynnej trasy zjazdowej z Hahnenkamm, a na „Ganslernhang” – jednym z ostatnich odcinków pucharowej trasy slalomu każdy może podążać w ślady mistrzów tej precyzyjnej narciarskiej techniki.

Z myślą o fanach freeride’u oznakowano 13 nieratrakowanych nartostrad o łącznej długości 36 km, zaś dla freestylerów przygotowano Snowpark Kitzbühel z ekscytującymi kickerami, boksami, railami, jibbami i przeszkodami specjalnymi. Gdy tylko śniegi się ustabilizują, a więc zazwyczaj już w marcu, miłośnicy skitouringu mogą się wypuszczać jeszcze dalej – w malownicze otoczenie Bichlalm, w masyw „Zweitausendera”, czy kuszące skalnym grzebieniem pasmo Wilder Kaiser, sięgające doliny Brixen (Brixental), z najwyższym szczytem o piramidalnym kształcie Ellmauer Halt (2344 m).

Mimo zdecydowanego ukierunkowania strategii rozwoju na narciarstwo, oferta Kitzbühel na trasach zjazdowych i zawodach dla profesjonalistów się nie kończy. Dla miłośników nart biegowych przygotowano 62 km tras przeznaczonych zarówno do kroku łyżwowego jak techniki klasycznej. Trasy wokół miasteczka są przeznaczone dla amatorów, więc łatwo je pokonać i nie ma na nich stromych wzniesień. Wysokogórską trasę biegową przygotowano na przełęczy Thurn, na wysokości 1200 m. Doskonaląc technikę warto się z nią jednak zmierzyć, bo jej otoczenie dostarcza wspaniałych widoków.

Romantycznego wizerunku kurortu dopełniają inne propozycje dla gości, na przykład kuligi nad jeziorem – konkretnie brzegami malowniczego Schwarzsee, wyprawy zimowe na terenowych wersjach segwayów, downhill na fatbike’ach, kilkukilometrowe zjazdy na saneczkach, czy rodzinne spacery z przewodnikiem na rakietach śnieżnych. Gospodarze polecają także gorąco tradycyjną grę Eisstockschiessen, do której specjalnie przygotowane lodowe tafle oferują wioski, sąsiadujące z kurortem, a w samym miasteczku – lodowisko Gieringer Weiher. Ponadto, w Sportparku Kitzbühel można oprócz jazdy na łyżwach spróbować swoich sił w curlingu. Moda na ten sport nazywany potocznie ‘szachami na śniegu’ zatacza współcześnie coraz szersze kręgi. Amatorom samodzielnego poznawania regionu pomocą służy internetowa witryna www.erlebnis.kitzbuehel.com, na której gospodarze zamieszczają ciekawe propozycje i niezbędne informacje praktyczne.

Kultowym wydarzeniem jest zawsze nastrojowy Kitzbüheler Advent – tradycyjny jarmark świąteczny, który zawsze od ostatnich dni listopada do końca Bożego Narodzenia sprawia, że miasteczko pachnie grzanym winem, pieczonymi na ogniu kasztanami i regionalnymi przysmakami, a na rozstawionych w krętych uliczkach straganach można nabyć przepiękne wyroby artystyczne i rękodzieło – krótko mówiąc tak pożądane oryginalne prezenty świąteczne i pamiątki. 1 stycznia na Rasmusleiten odpalane są noworoczne fajerwerki. Z imprez do oglądania raczej niż do uczestniczenia, zważywszy na szczupłą u nas pulę aktywnie uprawiających ten sport – gospodarze polecają Snow Polo Worldcup – zmagania mistrzów będą się odbywać od 17 do 20 stycznia 2019 roku (www.kitzbuehelpolo.com). Tydzień później, w dniach 25-27 stycznia rozegra się 79. edycja opisanego wcześniej Hahnenkamm Rennen (www.hahnenkamm.com).

W top-kurorcie wszystko jest doskonałe, w tym – oczywiście – kuchnia. Słynie z wyczynów swoich kucharzy działająca przy kasynie restauracja „Cuisino“. Nie ustępują jej inne restauracje, rozproszone w uliczkach liczącej ponad 700 lat starówki. Kulinarny repertuar jest przy tym podobnie zróżnicowany jak oferta narciarska – od regionalnych potraw domowej roboty po haute cuisine z całego świata. W Kitzbühel i sąsiednich miejscowościach 13 restauracji szczyci się łącznie 16 czapkami kucharskimi przyznanymi przez renomowany przewodnik Gault-Millau.

Doskonałe zaplecze jakim dysponuje Kitzbühel sprawia, że to także doskonała destynacja konferencyjna, zarówno dla małych szukających okazji do integracji zespołów, jak dla organizatorów wielkich, międzynarodowych kongresów. Do dyspozycji są bowiem sale o powierzchni od 21m2 do 543m2 w Centrum K3 Kitzkongress. Nic więc dziwnego, że wielkie koncerny organizują tu swoje imprezy. W 2018 roku na przykład, odbyły się tutaj 59. Mistrzostwa Świata w narciarstwie pracowników linii lotniczych, a jubileuszowej 75. edycji Hahnennkamm Rennenn w 2015 roku towarzyszyła impreza zorganizowana z okazji 100-lecia włoskiego koncernu samochodowego Maserati. Wypada przy tym wspomnieć, że Kitzbühel jest łatwo dostępne ze względu na bliskość portów lotniczych w Innsbrucku, Salzburgu i Monachium oraz doskonałe połączenia drogowe i kolejowe.

*

Polecając pod rozwagę zimowy wypoczynek właśnie tam w Tyrolu, w Kitzbühel pamiętać chyba warto, że kurort bywa często nazywany miastem kozic – po niemiecku: Gamsstadt, bo jego symbolem jest sylwetka kozicy, albo – po prostu i krótko – Kitz!


INFO: www.kitzbuehel.com

Styria przypomina o sobie

Styria – najbardziej zalesiony z austriackich krajów związkowych, zwany z tej racji zielonym sercem Austrii, przywdziewa na zimę białą szatę.

Kulminacja zimowych wrażeń następuje na terenach narciarskich Schladming-Dachstein. Ośrodek należy do porozumienia Ski Amadé, a ponadto – sam w sobie – oferuje trasy rozciągniętej na czterech wybitnych kopcach huśtawki oraz na stokach ozdobionego lodowcowymi spływami, skalistego Dachsteinu.

Promocja Styrii w „Winosferze”, przy Chłodnej 31, fot. Paweł Wroński

Z czym jeszcze warto kojarzyć Styrię? Z malowniczą starówką stolicy Landu – Grazu, uzupełnioną tak niepowtarzalnymi współczesnymi realizacjami architektonicznymi jak sztuczna wyspa na rzece Mur (mieści restaurację-kawiarnię; Murinsel), torem wyścigów samochodowych – Red Bull Ringiem w Spielbergu, stadniną słynnych lipicanów w Piber, kościołem restaurowanym według projektu Hundertwassera w Bärnbach, wodami termalnymi, smakowitą kuchnią, winami z oryginalnym Schilcherem na czele oraz romantyczną legendą arcyksięcia Jana Habsburga.

Kulinarnym przebojem Styrii jest olej z pestek dyni – niezwykły dodatek do różnych potraw, sałatek, a nawet… deserów. Potrawy pasterskiej proweniencki mieszają się w Styrii z owocami lasu, fot. Paweł Wroński

Styria (Steiermark) po polsku: www.steiermark.com

Zainspirowane przez „Twój Styl”

Jajko w avocado. 20 minut w piekarniku rozgrzanym do 200 st.C, i gotowe.

Jajko w avocado – smaczna i zdrowa przekąska śniadaniowa. Przyg.: Edyta Trębicka, fot.: Paweł Wroński

Przygotowanie nie jest trudne. Avocado wystarczy przeciąć na pół, wygrzebać łyżeczką miąższ tak, żeby na jego miejsce można było wlać rozbite jajka – po jednym do każdej połówki owocu. Miążs też się nie zmarnuje, bo zmieszany z octem winnym (ewentualnie cytryną i szczypiorkiem albo szalotką, posłuży do dopełnienia potrawy po wyjęciu upieczonych owoców z piekarnika.

Potrawa może być dodatkiem (sałatką) np. do łososia (tak ją przedstawiano w propozycji magazynu „Twój Styl”), samodzielną przekąską lub lekkim daniem na śniadanie. My tak ją wykorzystaliśmy. Koszty składników z pewnością nie przekroczą 10 zł na 2 osoby!

Smacznego!

Akcenty i zgrzyty 100 lecia Niepodległej

Od Bałtyku po Tatry, od doliny Odry po Bug odbywały się w Polsce parady, marsze, biegi stulecia i przeróżne happeningi, festyny sportowe i rodzinne. Posypały się życzenia pomyślności i gratulacje z całego świata, choć najwyższej rangi politycy pojechali jak jeden mąż do Paryża, aby świętować 100. rocznicę zakończenia I wojny światowej.

W Dubaju na biało-czerwono podświetlono najwyższy budynek świata, w Budapeszcie udekorowano naszymi flagami Most Łańcuchowy. Piękną zapowiedź polskiego Dnia Niepodległości przygotowała tajwańska telewizja FTV Global News.

Litewskie lokomotywy wytrąbiły Mazurka Dąbrowskiego. To był miły i pomysłowy gest.

W kraju też się wiele działo. Na Kopcu Kościuszki w Krakowie pojawiła się biało czerwona flaga, a przepiękne zdjęcie Kopca, wyłaniającego się z mgły obiegło Internet. Flagi załopotały choćby na krzyżu na Giewoncie. Gdzieś ktoś skakał 100 razy na motorze, a gdzie indziej wykonano 100 skoków na spadochronie… Były oczywiście koncerty, składanie wieńców, przemówienia… Na Youtubie pojawił się krótki film z krajobrazami z naszego kraju, do którego narracji użyczył głosu Piotr Fronczewski, czytając wiersz Wisławy Szymborskiej „Gawęda o miłości do ziemi ojczystej” (za tym projektem stało PKP Intercity), a Polska Fundacja Narodowa przygotowała spot z udziałem Mela Gibsona.

W tym ostatnim spocie – nie wiadomo jedynie po co – usunięto z wizji PKiN. Cóż, pamiątka PRL-u budzi tak ogromne emocje i wciąż pojawiają się absurdalne żądania zburzenia budynku, że można zrozumieć powody tego infantylnego posunięcia. Andrzej Duda nie raczył też powitać Donalda Tuska, najwyższego i prawdę mówiąc – jako przewodniczącego Rady Europy – jedynego tak wysokiej rangi gościa oficjalnych uroczystości. Uprzedzenia członków PiS w stosunku do UE i jej przedstawicieli (zwłaszcza o polskim opozycyjnym rodowodzie), są tak silne, że tego typu faux pas nawet tak bardzo nie dziwi.

Kościół Wizytek w Warszawie przy Krakowskim Przedmieściu ze skromną dekoracją rocznicową, wieńce i kwiaty pod pomnikeim Prymasa Tysiąclecia, kardynała Stefana Wyszyńskiego, fot. Paweł Wroński

Przy odrobinie dobrej woli, byłaby więc rzeczywiście cała Polska zjednoczona wokół radosnego święta, gdyby nie przyzwolenie partii rządzącej na udział neofaszystów. Dali o sobie znać we Wrocławiu (było ich tam około 9 tys.), i – oczywiście – w Warszawie; w stolicy ze zrozumiałych względów najgłośniej (towarzyszyli im goście z takich organizacji jak Forza Nuova z Włoch). W tym synkretycznym marszu, uznanym oficjalnie za ‘Marsz Niepodległości’ wzięło – jak szacuje policja – ponad 200 tys. osób. W haniebnych okrzykach świadczących o nacjonaliźmie i nienawiści do innych, członkowie partii rządzącej nie dostrzegają nic szczególnego, a postulaty delegalizacji ONR kwitują stwierdzeniem, że jeśli ktoś tego żąda, to powinien żądać także delegalizacji ruchów takich jak Obywatele RP (zgodnie ze specyficznie pojmowaną zasadą symetryczności).

Może spuszczenie zasłony milczenia nad całą tą sprawą byłoby do przyjęcia – ponoć policja ściga winnych incydentów takich jak pobicia, rzucanie racami, czy – co ujmuje już wszystkim Polakom – spalenie unijnej flagi. Niestety, władze, tłumacząc, że czyniono to w dobrej wierze, negocjowały z ONR jak ma wyglądać marsz w Warszawie (szczegóły ustaleń nie są znane), aż wreszcie – ku zdziwiedniu opinii publicznej w kraju i na świecie – przedstawiciele władz RP przyłączyli się do marszu. Wprawdzie przeszli nieco wcześniej przez Most Poniatowskiego, otoczeni szczelnie wojskiem (sic!), a potem szybko spod Stadionu Narodowego odjechali, czego by nie mówić, wyglądało to na ucieczkę. Tylko nie wiadomo przed kim: narodowcami, obywatelami w ogóle, czy demonami, które budzą?

 

 

Turracher Höhe, na stoku z kamerdynerem 

Na Turracher Höhe jest słonecznie i długo zalega śnieg, szumią limbowe lasy i skrzy się tafla skutego lodem jeziora. Jak to w Alpach – powiedzą sceptycy. Owszem, ale z pewnością na najwyższym poziomie, a poza tym tylko tam – nigdzie indziej – o komfort gości dbają… kamerdynerzy.

Ośrodek Turracher Höhe rozsiadł się na wysokości 1763 m w Alpach Gurktalskich (Alpach Doliny Gurk), na słonecznym płaskowyżu, od którego wziął nazwę. Najwyższy punkt zagospodarowanego narciarsko terenu to dostępny kolejkami Kornock (2205 m), zaś najniżej położona jest dolna stacja Turrachbahn na wysokości 1400 m. Trasy oplatają północne stoki szczytów: Rinsennock (2334 m) na wschodzie i Kaserhöhe (2318 m) na zachodzie. Leżąc na granicy dwóch krajów związkowych Austrii, ośrodek korzysta z ich naturalnych walorów: z pachnących żywicą lasów Styrii oraz ze słonecznego klimatu i górskich jezior Karyntii.

Fun dla małych i dużych
Na tym stosunkowo niewielkim, ale świetnie zorganizowanym i nowocześnie uzbrojonym terenie narciarskim, zróżnicowane pod względem trudności i charakteru trasy zjazdowe tworzą sieć o łącznej długości 42 km. Dwóch z nich nigdy nie wyrównują ratraki, pozostawiając wielbicielom białego szaleństwa przyjemność kontaktu z dziewiczym śniegiem. Trzy ciągi przeszkód w miejscowym Snowparku dostosowane są do poziomu umiejętności fanów freestyle’u, niezależnie od tego czy są wierni jednej czy dwóm deskom. Adrenalinę wyzwala zmierzenie się z wyzwaniami Funcrossu – toru do jazdy slalomem z przeszkodami. Równolegle poprowadzono 850-metrową Funslope – trasę o łagodniejszym od pozostałych profilu, wprawdzie z niższymi i łatwiejszymi ale fascynującymi boksami, dedykowaną rodzinnym wyczynom. Co ciekawe, można się nimi od razu pochwalić, wysyłając smartfonem film na Facebook, bo każdego zjeżdżającego rejestrują zamontowane na stałe kamery Spoton HD. Dla najmłodszych, którzy dopiero opanowują trudną sztukę stania na nartach, tuż obok zjazdu Wildkopfpiste przygotowano strefę „Nocky’s” WinterZeit, na której dzieciom towarzyszą maskotka ośrodka Nocky i jego przyjaciele.

Nie tylko narty zjazdowe
Wytyczone w pięknym górskim otoczeniu 4 trasy dla narciarzy-biegaczy mają łączny dystans 15 km, a całoroczny tor saneczkowy, otwarty codziennie w godzinach 10-16 alpejski rollercoaster Nocky Flitzer – 1,6 km. W sezonie zimowym, we wtorki i w czwartki od 20 do 21:30 dobrze oświetlony 1-kilometrowy odcinek trasy zjazdowej Sonnalm zamienia się w naturalny tor saneczkowy. Przyjemność sanny można tam łączyć z wieczornymi biesiadami w gospodach Sonnalm-Hütte lub Meizeit-Hütte. Do rozrzuconych po okolicy gospód można też z powodzeniem dostać się romantycznym środkiem transportu – saniami ciągniętymi przez konie. Podczas takiej sanny drogę rozświetla światło pochodni. Dla wielbicieli adrenaliny i większych szybkości organizowane są wyprawy z przewodnikiem skuterami śnieżnymi. Ufundowanie przejażdżki pod hasłem „get the experience” może stać się naprawdę niekonwencjonalnym, zaskakującym prezentem (www.snowmobiling.at).

Pewny śnieg i lód na jeziorze
Z racji dość wysokiego położenia, śnieg w rejonie Turracher Höhe pojawia się już w końcu października i zalega do maja. 90% terenu jest ponadto sztucznie dośnieżane, więc nie ma obawy, że zabraknie białej, skrzącej się w słońcu pierzynki. Gdy zaś śniegi się ustabilizują i zmniejszy radykalnie niebezpieczeństwo lawin, a więc praktycznie od marca, przed miłośnikami skitouringu i jazdy poza trasami otwierają się rozległe, dziewicze stoki Alp Gurktalskich, w których przyrodę chroni się w ramach rezerwatu biosfery.

Zimą, skute lodem Turracher See, największe z miejscowych jezior, zamienia się w gładkie jak stół lodowisko. Na naturalnej tafli można wtedy równie dobrze jeździć na łyżwach, jak oddawać się rozgrywkom Eisstockschießen. Tradycyjna gra o ludowym rodowodzie, która przypomina nieco curling, znakomicie sprzyja integracji w gronie przyjaciół lub rodziny, wyzwalając jednocześnie zdrową porcję sportowych emocji.

Smacznie na każdym poziomie
Po szaleństwach na śniegu i lodzie specjały kuchni karynckiej i styryjskiej smakują jeszcze bardziej. Tym bardziej, że właściciele zarówno gospód, jak luksusowych hoteli za punkt honoru stawiają sobie użycie lokalnych, świeżych i zdrowych produktów. W gospodzie „K-Alm-Hütte” (1763 m) znajduje się nawet pierwszy w Europie humidor do przechowywania boczku. „AlmZeit-Hütte” (1968 m) specjalizuje się podawaniu pieczystego, hitem menu na Sonnalm (1845 m) jest raclette, a w Gasthofie „Almstube” (1850 m) zupa z siana – Almheu, w „Georgs Einkehr” (1450 m) podają grillowaną dziczyznę, a w gospodzie „MeiZeit” (1808 m) niezapomniane żeberka. W luksusowym hotelu „Genießer-Schlosshotel Seewirt”, szef kuchni Philipp Prodinger prowadzi małą, ekskluzywną restaurację dla smakoszy (od środy do soboty), sprowadzając wyroby od prominentnych lokalnych producentów – palię alpejską z hodowli Siegfrieda Grubera, wołowinę od Leonharda Pertla, czy ekologiczne lody od Hansa Petera Hubera (te ostatnie dopiero od marca). Wyjątkowe przysmaki, również wegańskie, serwowane są w hotelu „Hochschober”, a w hotelu „Romantik Seehotel Jägerwirt” gotuje się zgodnie z mottem: „Ekologiczne jest dobre, regionalne jest lepsze, lokalne – najlepsze”.

To co nas wyróżnia
Ze względu na rozległe możliwości i świetną organizację, Turracher Höhe cieszy się tytułem Najlepszej Fun-Mountain (Góry zabawy) w Austrii, a opiniotwórczy portal Skiresort.de przyznał mu w 2016 roku tytuł „Wiodącego ośrodka narciarskiego” w grupie stacji narciarskich oferujących trasy do 60 km. Jednak we wszystkich wymienionych dziedzinach Turracher Höhe ma potężną konkurencję. Nieustanny wyścig sprawia, że utrzymywanie najwyższego poziomu jest koniecznością i dawno już weszło w krew gospodarzom. Skłania ich także do poszukiwania niecodziennych, wyróżniających rodzimą stację atutów. Przebojem Turracher Höhe są stokowi kamerdynerzy (Pistenbutlerzy). Jeszcze kilkanaście lat temu była to usługa związana z jednym tylko hotelem. Dziś dostępna jest dla wszystkich, w – rzecz jasna – zleconym zakresie. Butlerzy przemieszczają się codziennie po ośrodku ułatwiając gościom życie. Na zakatarzone nosy mają zawsze pod ręką chusteczki, na zaczerwienione słońcem twarze – krem z filtrem. Wyposażeni w Snowmobile pojawiają się w umówionych miejscach i rozstawiają barek, by serwować Prosecco i smakołyki. Na zlecenie towarzyszą narciarzom przez cały dzień na stoku. Natomiast ich ekskluzywna oferta związana z wybranymi hotelami obejmuje na przykład poranne wędrówki na rakietach śnieżnych z obfitymi śniadaniami w górach lub całodniowe narciarskie tury z kulinarnymi przystankami. Usługę „Rent a Butler” można zamówić przez Tourismusverein Turracher Höhe (mailowo: info@almbutler.at, bądź telefonicznie: +43 4275 8392-0; informacje o ofercie i warunkach wynajmowania butlerów: www.turracherhoehe.at).


Turracher Höhe (po polsku!) : www.turracherhoehe.at
Austria.info dla dziennikarzy: www.press.austria.info

Stubaital – symfonia zimowych doznań

Niewyczerpane możliwości aktywnego wypoczynku, malownicze miejscowości, nieskażona przyroda oraz największy w Austrii zagospodarowany narciarsko teren na lodowcu – oto kluczowe atrakcje Stubaital – jednej z pięciu słynnych dolin Tyrolu.

Oferta doliny dedykowana jest rodzinom, ale z uwzględnieniem przeróżnych konfiguracji wieku i zaawansowania w sportach zimowych. Te wysiłki doceniają twórcy opiniotwórczego atlasu ADAC SkiGuide, który już kilka razy wyróżnił Stubaital tytułem „najbardziej przyjaznego dla rodzin terenu narciarskiego” w Austrii.

Snowpark Stubai Zoo, fot. Paweł Wroński

Lodowiec doliny Stubai
Kluczowe znaczenie ma ośrodek Stubaier Gletscher z 35 km tras. Lodowcowe jęzory łączy tam karuzela na stokach Schaufelspitze (3333 m), w dół prowadzi nietknięty ratrakami zjazd Wilde Grub’n długości 10 km. Jest też ogromny Snowpark Stubai Zoo, w którym popisują się freestylerzy, otwierając zmagania Pucharu Świata (najbliższa edycja: 20-24 listopada 2018). Z myślą o najmłodszych i mniej zaawansowanych poprowadzono trasę z zakrętami i skoczniami – BIG Family Fun Slope. Dzieci uwielbiają śnieżny zamek – BIG Family Schneeburg, który od lutego do kwietnia wznosi się przy stacji Gamsgarten. W 200-metrowej jaskini lodowej (Eisgrotte), goście – bez względu na wiek – poznają wnętrze lodowca, a z platformy Top of Tyrol, z wysokości 3210 m podziwiają panoramę z setką trzytysięczników. Dostęp z doliny ułatwia odporna na silne wiatry kolejka 3S Eisgratbahn, która niemal 1,5 km różnicy poziomów pokonuje w 12 min (www.stubaier-gletscher.com).

Miki w 2011 roku na Stubaiu, fot. Paweł Wroński

Stacje narciarskie w dolinie
W dolinie, przy wyciągach 3 jeszcze ośrodków, można z powodzeniem stawiać pierwsze kroki na nartach lub desce: Schlick 2000 (koło Fulpmes), Elfer (koło Neustift) i Serles (w rejonie Mieders). Trasy wszystkich ośrodków Stubaital są dostępne z karnetem Super-Skipass. Przy stacji Froneben w ośrodku Schlick 2000 środowe wieczory najbliższej zimy upłyną pod hasłem „Night of Colours”. Będą bogate iluminacje i karkołomne zjazdy w wykonaniu instruktorów narciarskich.

Rodziny z najmłodszymi dziećmi skusi jak zawsze plac zabaw urządzony na podobieństwo koryta wyschniętego potoku – Klaus Äuele Natur Aktiv Park (Dzika Rzeka w Klaus Äuele: www.stubai.at).

Saneczkarskie Eldorado
W poza narciarskiej ofercie Doliny Stubai poważną rolę odgrywają także lodowiska przy dolnych stacjach kolejek. Organizowane są na nich imprezy rozrywkowe dla dzieci – BIG Family Kinderfeste. Poza tym, Stubaital z 12 trasami o łącznej długości 43 km to saneczkarskie Eldorado Tyrolu (najdłuższy zjazd z Elfer do Neustift liczy 6 km, aż 4 są oświetlone do późnego wieczora; www.rodelfuehrer.de). Przyjemność sanny łączy się zwyczajowo z wieczornymi posiłkami w nastrojowych gospodach, do których można dotrzeć pieszo, konnymi saniami lub taksówką. A w dziedzinie gastronomii Stubaital również bije rekordy. Są tam bowiem: najwyżej położona w Austrii restauracja  – „Jochdole” (3150 m), a na Eisgrat (2900 m) – „Schaufelspitz”, najwyżej usytuowana gospoda rekomendowana w Austrii przez przewodnik kulinarny Gault Millau.

Jochdole, dziś nowoczesna restauracja ze stali i szkła, a jeszcze kilkanaście lat temu stało w tym miejscu stare wysokogórskie schronisko. Tak czy siak, to wciąż najwyżej położona gospoda w Austrii, fot. Paweł Wroński

Jak widać, w Stubaital nie sposób się nudzić, tym bardziej, że dolina jest świetne skomunikowana z pobliskim Innsbruckiem, więc wielkomiejskie atrakcje też są łatwo dostępne. Ponadto, dla nas – jako że jesteśmy jedną z najliczniej odwiedzających Stubaital nacji – wszelkie dostępne w Internecie informacje podawane są po polsku (www.stubai.at).


Tekst publikowany w 2018 roku na łamach jesiennego wydania magazynu „Świat Podróże Kultura” (www.magazynswiat.pl)

Tanini Trio, Ali Ufki i 95 lat Republiki

Muzyka znad Bosforu kojarzy nam się zazwyczaj i chyba przede wszystkim… z Marszem Tureckim Mozarta albo, formułując rzecz bardziej muzycznie – Rondem Alla Turca, czyli III częścią XI Sonaty fortepianowej (KV 331). Zapewne dla młodszej generacji czytelniejsze są asocjacje z filmem o klubach Stambułu Fatiha Akina z 2005 roku – „Życie jest muzyką”.

Nasi przodkowie postrzegali rzecz raczej klasycznie, o czym świadczy fakt, że dzwoneczki przy końskiej uździe nazwali janczarami. Owe zaś dzwonki, przy których maszerowały w bój oddziały janczarów, skojarzyły się właśnie genialnemu austriackiemu kompozytorowi z Imperium Osmanów, pobrzmiewają więc dźwięcznie w jego słynnym rondzie.

 

Sułtańskie zaproszenie do walca
O związkach Turcji z Europą w kontekście muzycznym słyszałem już wielokrotnie, i gdzieś na szczycie dokonań w tej dziedzinie, umieściłbym kompozycję Sułtana Abdülaziza, 32. władcy Imperium Osmańskiego (1830-1876). Jego pogodne Valse Davet (Zaproszenie do walca) nie pozostawia wątpliwości którym z dworów europejskich sułtan był najbardziej zafascynowany.

Pierwszy raz słuchałem wspomnianej kompozycji, goszcząc w Sali Wielkiej Zamku Królewskiego na zaproszenie Ambasadora Turcji w Polsce, na koncercie zorganizowanym z okazji 94. Święta Republiki Turcji. Wykonał ją wówczas zespół cenionych kameralistów „Ottoman Ensemble”.

Słuchaj: www.pawelwronski.blog w poście zatytułowanym: „Sułtan zaprasza do walca”.

95. Święto Republiki
Rok później, podczas kolejnego Święta Republiki Turcji (tym razem okrągłego, bo 95.), utwór pojawił się w programie zespołu zaproszonego przez Ambasadora Turcji w Polsce, J.E. Tunça Üğdüla do uświetnienia uroczystości, ponownie zresztą zorganizowanej w Sali  Wielkiej warszawskiego Zamku Królewskiego.

Źródło zdjęcia: Wikimedia.org

„Tanini Trio” w składzie Tahir Aydoğdu (kanun), Burçin Büke (fortepian) i Bilgin Canaz (ney), wykonało sułtański walc jeszcze dynamiczniej niż poprzednicy. W żadnym wypadku nie chcę powiedzieć przez to, że lepiej, bo w obu przypadkach były to interpretacje wirtuozerskie. Tym razem zachwyciło mnie i zaskoczyło brzmienie neya, z której Bilgin Canaz wydobywał cały ocean dźwięków. A przecież ney to prosta piszczałka (turecka ma 7 otworów – 6 z przodu, 1 z tyłu na kciuk), zbliżona do fletu, znana już w starożytnym Egipcie, czyli 3 tys. lat temu, do dziś bardzo popularna w krajach Środkowego Wschodu.

 


Bobowski po przemianie

Tanini Trio – zdjęcie pochodzi z internetowego anonsu koncertu tureckich muzyków w Muzeum Pałacu w Wilanowie, jaki odbył się w maju 2018 roku

Słuchając muzyki tureckiej i czytając o niej, natrafiłem na nazwisko rodaka, Wojciecha Bobowskiego (1610-1675). Pochodził z protestanckiej rodziny, z Bobowej w Małopolsce, a swoją przygodę z muzyką rozpoczął za młodu jako organista kościelny. Podczas tatarskiego najazdu w jakie obfitował wiek XVII, dostał się w jasyr. Los zawiódł go do Stambułu, gdzie dość szybko niewola okazała się niezbyt uciążliwa. Zapewne dlatego, że jego talenty muzyczne i znajomość języków (16!), doceniono na sułtańskim dworze. Bobowski nie sprzeciwiał się zresztą przeznaczeniu – przeszedł wkrótce na islam i został wyzwolony. Co więcej, posłano go do Enderun – szkoły kształcącej urzędników Ottomańskiego dworu. Ostatecznie do tureckiej historii przeszedł jako Ali Ufki. Ba, i to z tytułem ‘Bey’, przysługującym urzędnikom, jakim go obdarzono, wyrażając uznanie dla jego zasług w roli tłumacza, dyplomaty i kompozytora. W wykonaniu „Tanini Trio” kompozycja Ali Ufki Beya: Nikriz Peşrev.

 

 

„Tanini Trio” powstało w 2006 roku. Od początku, zespół buduje swój repertuar tak, aby stał się mostem pomiędzy Wschodem a Zachodem. W ten sposób Trio promuje pokój i przyjaźń na świecie. Zachodnia muzyka z tureckimi elementami przeplata się w ich programach z turecką muzyką z zachodnimi wątkami.

Sala Wielka Zamku Królewskiego na moment przed koncertem „Tanini Trio”, fot. Paweł Wroński

Tanini Trio: www.taninitrio.com oraz (fanpage) www.facebook.com

Asmainler Saklı Vadi czyli ukryta dolina

W większości dolin Wyżyny Frygijskiej (Dağlık Frigya), wytchnienie można znaleźć jedynie w cieniu skał i pojedynczych drzew. Na pograniczu prowincji Eskişehir i Kütahya jest inaczej, bo zbocza tamtejszych dolin porastają lasy.

Nad żwawo meandrującym strumieniem szumią topole, sporo w okolicy leszczyn, a z większych drzew – jesionów i topoli. Ba, gdzie nie gdzie spotyka się modrzewie, ale najwięcej jest sosen. Łagodnie zarysowane grzbiety sięgają 1200-1400 m wysokości, jednak na stokach, skaliste turnie strzelają ponad korony drzew. Jak w wielu innych spektakularnych grupach skalnych frygijskiej krainy, uformowane bajecznie kamienne kominy, kryją i tutaj antyczne grobowce.

Wejście w zalesioną dolinę z wioski Inli, fot. Paweł Wroński

Penetrowałem jedną z takich dolin w rejonie wioski İnli, nieopodal miasta Kütahya. Szum drzew, pobrzękiwanie krowich dzwonków i świergot ptaków, tworzą oryginalną atmosferę tej zielonej enklawy semi-pustynnej przeważnie Frygii.

Na ścianach domów, cembrowinach ujęć wodnych i pniach drzew, widoczne były od czasu do czasu biało-czerwone znaki. Ścieżka nie pozostawiała zresztą wątpliwości, co do kierunku marszu.

Oznaczenie frygijskiego szlaku, fot. Paweł Wroński

W İnli, rzecz ciekawa, w starym domu o kształcie i dekoracjach typowych dla regionu, urządzano właśnie hostel dla turystów. Gdy szlak będzie w pełni gotowy, oznaczone logo i tabliczkami przybytki tego typu będą funkcjonować na tej trasie nie tylko tu w İnli, ale także w innych wioskach w regionie: Sabuncupınar, Lütfiye, Sarıcaova oraz Demirli. Odnaleźć je będzie tym łatwiej, że twórcy Frig Yolu (Szlaku Frygijskiego) przygotowują smartfonową aplikację. Nowoczesność dociera do İnli – bez wątpienia!

Frig Evi – stylowy dom frygijski we wsi İnli, w którym urządzono hostel dla turystów, fot. Paweł Wroński

Póki co, można skorzystać z otwartej dla wszystkich świetlicy w siedzibie sołtysa. Takie miejsca są w każdej gminie, a łatwo je rozpoznać bo oznaczone są niebieskimi tabliczkami z nazwą wsi i napisem „Muhtarliği”.

Muhtarliği – siedziba sołtysa w centrum wioski İnli, na pograniczu prowincji Eskişehir i Kütahya (skrót T.C. oznacza Republikę Turecką – Türkiye Cumhuriyeti), fot. Paweł Wroński

Frig Yolu (Droga Frygijska) albo Frig Vadisi (Doliny Frygijskie), to sieć turystycznych szlaków o łącznej długości ponad 500 km, wytyczona przez grupę wolontariuszy w 2013 roku. Dla realizacji swojego pomysłu wykorzystali antyczne oraz współczesne drogi i pasterskie ścieżki. Projektowi patronują tureckie Ministerstwo Kultury i Turystyki oraz Frygijskie Stowarzyszenie Zabytków Kultury i Rozwoju (Frigküm), powołane przez władze prowincji: Afyonkarahisar, Eskişehir i Kütahya (www.frigvadisi.gov.tr; informacje o szlaku i jego atrakcjach, także na stronach: www.kulturportali.gov.tr).


Projekt ‘Doliny Frygijskie’ (Frig Vadileri): www.frigvadisi.gov.tr