Mała Fatra z widokiem na Rozsutec

Widok na skalne gniazdo Rozsutców oraz podobny do kopy siana Stoh, jest – moim zdaniem – jednym z najbardziej malowniczych w Karpatach.

Oba szczyty prezentują się imponująco z Południowego Gronia (Poludňový grúň, 1460 m), jak nazywane jest wyraźne zagięcie głównej grani Krywańskiej Małej Fatry. Dla tego widoku warto tam wyjść, mimo, że podejście z każdej strony jest dość męczące.

Veľký Rozsutec (1610 m) i Stoh (1607 m) widziane z Poludňovego grúňa (1460 m), fot. Paweł Wroński

Natomiast bez najmniejszego wysiłku, podziwiać można sąsiadujące ze sobą bezpośrednio, a jednocześnie tak odmienne góry, z balkonu „Domu Horskej Služby” w Terchovej (Vrátna-Štefanová; www.domhs.sk lub www.ztt.sk). I to bez znudzenia, bo za sprawą oświetlenia i aury widok wciąż się zmienia.

Dom HS, fot. Paweł Wroński

 

Rozsutec i Stoh z DomuHS, fot. Paweł Wroński

 

Rozsutec i Stoh w chmirach – widok z DomuHS, fot. Paweł Wroński

 

Rozsutec i Stoh o wschodzie słońca – widok z DomuHS, fot. Paweł Wroński

 

Rozsutec i Stoh z DomuHS, fot. Paweł Wroński

 

Rozsutec i Stoh z DomuHS, fot. Paweł Wroński

 

Rozsutec i Stoh z DomuHS, fot. Paweł Wroński

 

Rozsutec i Stoh z DomuHS, fot. Paweł Wroński

 

Rozsutce – zbudowany z wapieni i dolomitów skalisty masyw w północnej części Krywańskiej Małej Fatry. Wybitne kulminacje: Veľký Rozsutec (1 609,7 m) oraz Malý Rozsutec (1 343,5 m). W opadającym ku zachodowi stoku Rozsutca rzuca się w oczy skalny grzebień – Poludnové skaly. Po zachodniej stronie pyszni się też 160-metrowej wysokości skalna ściana, a w stokach masywu znajdują się niezwykle atrakcyjne przyrodniczo i krajobrazowo wąwozy określane wspólnym mianem – Jánošíkove diery. W północnych stokach masywu jest nawet jaskinia, o pięknej nazwie Kryštálová jaskyňa v Malom Rozsutci (Kryształowa), ale jak to ujmują Słowacy – „je verejnosti neprístupná” . Jej korytarze mają 26 m długości (www.terchova.info).

 

Poludnové skaly a z tyłu Maly Rozsutec, fot. Paweł Wroński

Masyw Rozsutców sprawia wrażenie przeniesionego z alpejskich Dolomitów. Nie bez przyczyny, bo zbudowany jest z wapieni i dolomitów. Takie podłoże sprzyja wegetacji wysokogórskich odmian roślin, które tworzą w masywie fantastyczny, barwny ogród.

 

Ostropesty pod Małym Rozsutcem (na siodle Medzirozsutce), fot. Paweł Wroński

 

Ta krótka filmowa impresja jest także dostępna na moim kanale filmowym na YouTube

 

Rozsutce z drogi dojazdowej do Domu HS i pobliskiego Hotelu Boboty, fot. Paweł Wroński

W Małej Fatrze – ‚Pokemontrek 2017’

Jako podkładu do slajdowiska z sierpniowych wycieczek po Małej Fatrze, użyłem przewodniego motywu z filmowych przygód Pokemonów.

Dlaczego? Ponieważ ich łapanie pozwoliło niektórym z moich bardzo młodych podopiecznych podejmować tak trudne wyzwania jak podchodzenie pod górę, wiosłowanie na górskiej rzece, czy samodzielne smażenie naleśników 🙂

W pierwszej części letniego obozu w Małej Fatrze zdobyliśmy jej najwyższy szczyt, przeszliśmy kilka pomniejszych górek najeżonych wapiennymi skałami i spłynęliśmy na raftach Orawą – całe 17 kilometrów wiosłowania aż ręce rozbolały (ale tego dnia nogi wypoczywały więc bilans był przynajmniej na zero).

W drugiej części czeka nas jeszcze wschód słońca z Rozsutca oraz wizyta w termalnym kąpielisku w Rajeckich Teplicach. Zobaczymy czy tam też roi się od Pokemonów?


Obóz z oferty „MOW Travel Monika Węgrzyn” (www.monikawegrzyn.pl), odbył się na początku sierpnia 2017 na Słowacji w Małej Fatrze. Miejscem naszego zakwaterowania był Dom Horskej Služby w Terchovej (Vrátna-Štefanová; www.domhs.sk lub www.ztt.sk). Nasi uczestnicy mieli po 12-13 lat.

Kobiety nad Bosforem

Stambuł, dziś największa metropolia Turcji, niegdyś Konstantynopol – stolica Bizancjum, rozsiadła się okrakiem nad Bosforem, łącząc europejski brzeg cieśniny z azjatyckim.

Oprócz kontynentów, nad Bosforem spotykają się dwie kultury – europejska z bliskowschodnią oraz dwie wielkie religie monoteistyczne – chrześcijaństwo z islamem. Te zetknięcia dodają miastu niezwykłego kolorytu, rodząc również problemy, choćby nietolerancję jako uboczny efekt „powrotu do tradycyjnych wartości religijnych„. Na pozór, jednak wciąż jest pięknie, a przynajmniej było – w lipcu 2017, bo turystyka pozostaje kluczową dziedziną tureckiej gospodarki, a gdzie jak gdzie, ale najwyraźniej odczuwa się to w Stambule.

Selfie z widokiem na Złoty Róg z tarasu restauracji Konyali w kompleksie pałacowym Topkapi, fot. Paweł Wroński

Z tarasów kompleksu pałacowego Topkapi widać doskonale zatokę Złoty Róg i stambulski Manhattan jaki wyrósł na przełomie XX i XXI wieku, tworząc nowoczesne biznesowo-shoppingowe centrum miasta na europejskim brzegu cieśniny.

W cieniu pawilonu na terenie zamienionego na muzeum sułtańskiego pałacu – Topkapi Sarayi, fot. Paweł Wroński

Słynna rezydencja ottomańskich sułtanów jest zespołem pawilonów o różnorodnym przeznaczeniu – prywatnym, oficjalnym, modlitewnym. Dziś, uzupełniona o lokale gastronomiczne z przytulonym do murów, otwartym dla publiczności parkiem Gülhane (Gülhane Parkı), jest jednym z ulubionych celów odwiedzin przybyszów ze wszystkich prowincji kraju i zza granicy. Trzeba wszakże pamiętać, że w roku 2016 liczba gości zza granicy spadła – oficjalnie – o 30% w stosunku do lat poprzednich. Z jednej strony wpłynęły na to tragiczne w skutkach zamachy terrorystyczne, z drugiej – nasilające się łamanie praw człowieka przez prezydenta Erdogana, bezpardonowo zwalczającego opozycję.

 

Jak podaje Amnesty International Polska, „Turecki sąd pozbawił wolności dyrektorkę Amnesty International w Turcji Idil Eser oraz 7 innych obrońców praw człowieka zaledwie kilka tygodni po aresztowaniu prezesa Tanera Kiliça. Wobec 2 kolejnych, władze wydały nakaz aresztowania. Uwięziono ich dokładnie wtedy, kiedy są najbardziej potrzebni: gdy niezależne media są uciszane, zabieranie głosu jest ryzykowne, a ludzie żyją w strachu”.

 

Ulica İstiklal w dzielnicy Beyoğlu jest dziś shoppingową, tłumnie odwiedzaną aleją, fot. Paweł Wroński

Niezależnie od tego ile w tym ostentacyjnie wyrażanego sprzeciwu, a ile obawy o bezpieczeństwo, faktem jest, że trudno dziś spotkać turystów z krajów Zachodniej Europy, nie przyjeżdżają też Japończycy. Wciąż jest jednak sporo Rosjan i trochę Polaków, najwięcej jednak widać gości z Chin i Korei, a nade wszystko z krajów Bliskiego Wschodu. Rosnąca liczba tych ostatnich jest efektem intensywnej kampanii promującej walory turystyczne Turcji, prowadzonej w krajach muzułmańskich.

Gülhane Parkı, popularne miejsce rodzinnego wypoczynku i towarzyskich spotkań w plenerze, fot. Paweł Wroński

W efekcie, na ulicach Stambułu obserwować można różnorodne zachowania i stroje kobiet, żyjących w środowiskach hołdujących koranicznej tradycji. Od liberalizmu charakterystycznego dla Turcji, zwłaszcza dla wielkich miast, po towarzyszące mężom stare i młode kobiety, okutane od stóp do głów na czarno, oglądające świat przez wąską szczelinę czarczafu – choć nie jest to strój komfortowy, wydaje się nie przeszkadzać żadnej z nich we wspomaganiu własnych wrażeń, czerpanymi z Internetu.

Im bardziej szczelne zakrycie, tym kraj pochodzenia jest bardziej ortodoksyjny obyczajowo, fot. Paweł Wroński

Najbardziej kolorowo i – ewentualnie – z lekkim jedynie odcieniem tradycji ubierają się młode Turczynki. Z krajów najradykalniejszych religijnie, gości oczywiście nie ma, bo po prostu nie podróżują.

Muzułmanki z tradycyjnych środowisk muszą przy posiłkach unosić niqab – zasłonę na twarz, część czarczafu (hidżab), fot. Paweł Wroński

 

Niqab to zasłona na twarz, część czarczafu (hidżab) o wielkim znaczeniu w świetle prawa koranicznego. Nie jest powiedziane, że „(…) kobieta, która nie nosi niqabu, nie znajdzie się w Raju, albowiem jak wiemy, są dwa ważne poglądy odnośnie hidżabu. Jeden pogląd, który podzielają uczeni to – niqab (zasłanianie twarzy) jest wadżib (obowiązkowy) inni twierdzą że jest – mustahab (zalecany, i jest to najlepsza rzecz, aczkolwiek nie-obowiązkowa). (…) wyjaśnienie dla tych, którzy twierdzą, że >>niqab nie ma podstaw w islamie i nie ma znaczenia<< (…) – ludzie tacy powinni zrozumieć, że niqab znajduje uzasadnienie w Koranie i hadisach – i nawet jeśli ktoś podziela pogląd, że nie jest wadżib – jest on niezaprzeczalnie najlepszą rzeczą i zalecaną, i każdy kto nosi niqab zasługuje na szacunek. Zaś ten, kto zniechęca do noszenia niqabu, lub neguje jego zasadność i twierdzi, że niqab nie ma podstaw w Koranie i sunnie, lub krytykuje i naśmiewa się z kobiet, które go noszą, powinien obawiać się Allaha (…)” (zasłona na twarz, w: oislamie/artykuly).

 

Yerebatan Sarayi – cuda Stambułu (4)

Yerebatan Sarayi, czyli Zatopiony Pałac to nazwa wielkiej antycznej cysterny, zbudowanej w pobliżu bazyliki Hagia Sophia (meczetu Ayasofya) za panowania cesarza Justyniana.

Ponad 300 marmurowych kolumn 9-metrowej wysokości wspiera ceglane sklepienie gigantycznej podziemnej hali. Na podstawach dwóch z nich znajdują się wizerunki głowy meduzy, a jedną zdobi abstrakcyjny ornament. Jak głosi legenda, tę trzecią dedykowano niewolnikom zmarłym podczas wznoszenia budowli Konstantynopola. W rzeczywistości wykorzystano kolumnę pozostałą z łuku triumfalnego, wystawionego na cześć jednego z cesarzy w IV stuleciu. Cysternę zbudowano dwa wieku później, za panowania Justyniana.

Bazy dwóch kolumn zdobią wizerunki głowy meduzy, ułożone w innych płaszczyznach; tam najchętniej fotografują się turyści, fot. Paweł Wroński

Meduza budzi największy podziw. Nie tylko dlatego, że oddano misternie jej wężowe włosy i oczy, których spojrzenie zamieniało śmiałka w kamień. Wspaniałe płaskorzeźby są arcydziełem sztuki rzeźbiarskiej z VI wieku. Nie wiadomo wprawdzie dlaczego ozdobiono w ten sposób tylko dwie kolumny. Zagadka intryguje tym bardziej, że każda z głów jest przedstawiona w innej płaszczyźnie. Tajemniczą atmosferę tego miejsca, wykorzystano kręcąc w 1963 roku sceny do bondowskiej sagi. W filmie „From Russia with Love”, zamieniono cysternę w budzące grozę podziemia rosyjskiej ambasady.

Meduza z odwróconą głową. Takie przedstawienia tłumaczą liczne legendy, choć powód był zapewne prozaiczny – wyrównanie poziomu baz wszystkich kolumn zależne od ukształtowania gruntu na dnie cysterny, fot. Paweł Wroński

Turcy woleli wodę z akweduktów, więc o cysternie zapomniano do czasu aż odnalazł ją francuski badacz Petrus Gyllius (albo Pierre Gilles), poszukujący w połowie XVI wieku śladów bizantyjskiej przeszłości. Jego uwagę zwrócili mieszkańcy Stambułu, którzy z otworów w ziemi wyciągali wodę jak ze studni albo łowili ryby.

Płacząca kolumna, fot. Paweł Wroński

Cysterna jest największą z trzech jakie zachowały się w Stambule. Po dziś dzień w zbierającej się na dnie zbiornika wodzie żyją ryby. Czuć wilgoć, a słupy kolumn są mokre od skraplającej się pary wodnej. Panuje chłód, w największy nawet, dokuczliwie odczuwany na ulicach upał. Z zewnątrz cysternę wskazuje niewielki wejściowy pawilon, przy którym – tak jak przy wszystkich tłumnie odwiedzanych obiektach – trzyma straż policyjny patrol. Meduzę zaś uwieczniono w nazwie pobliskiej restauracji, zdobiąc fasadę mieszczącego ją budynku kamienną plakietą z wizerunkiem mitycznego potwora.

Ryby zawsze znajdowały dogodne warunki do życia w cysternie, fot. Paweł Wroński

W naszych przewodnikach Zatopiony Pałac kryje się najczęściej pod nazwą Cysterna Bazyliki: www.yerebatan.com

Spacerująca kontrrewolucja

Na naszych oczach dokonuje się polityczny przełom. Do przeszłości przechodzi sposób kreowania państwa oparty o wzorce minionej dawno komunistycznej epoki, już chociażby dlatego, że dla młodszych pokoleń to historia, i chcą żeby historią pozostała.

Samo pojęcie system to dla ich przedstawicieli przede wszystkim system operacyjny komputerów, tabletów, bądź smartfonów, a pojęcia komunizm i komunista, którymi tak chętnie obrzucają się starszej generacji politycy, dla młodszych jest treścią z Wikipedii. Inna rzecz, że „stare” odchodzi w nieestetycznych konwulsjach, tocząc pianę nienawiści, bluzgając wyzwiskami, manipulując informacją, przy akompaniamencie gróźb, obelg i kłamstw. Tyle, że „młodszy świat” tego nie kupuje. Dowodem demonstracje prowadzone w fantastycznym stylu (zarówno te z udziałem, jak i „bez politycznych liderów”), mimo, że PiS robi co może, żeby je bagatelizować i dyskredytować. Lipiec 2017 należy do spacerowiczów!

Bez politycznych liderów (24 lipca 2017 na Krakowskim Przedmieściu, pod Pałacem Prezydenta RP; na scenie Maciek Maleńczuk), fot. Paweł Wroński

Otwarte pozostaje wszakże pytanie: czy 2-krotne veto (z 3 żądanych), Prezydenta RP Andrzeja Dudy okaże się rzeczywiście przełomem? Czy dla obrony demokracji nie trzeba będzie więcej „spacerować”? Zdecydowanie przeważa pogląd, że jeszcze długo!

Gruzińscy potomkowie krzyżowców

W Szatili czy Barisacho, najsłynniejszych bodaj wioskach Chewsuretii, zdumiewają wieże mieszkalne. Są podobne do swaneckich, ale zestawione w skupieniu, zamieniają wsie w fortece.

W miejscowym dialekcie są wyraźne reminiscencje gruzińskiego języka literackiego z okresu średniowiecza, a w ludowej muzyce, wątki melodyczne i teksty zaczerpnięte jakby z repertuaru dawnych minstreli.

Etnograf rosyjski Arnold Zisserman, który w latach 1842-1867 badał kulturę kaukaskich górali, wysunął teorię, że Chewsurowie są potomkami krzyżowców. Szukając izolacji, czy też do niej przymuszeni, osiedli na niedostępnych terenach i bronili swoich dziedzin, wykorzystując doświadczenia wyniesione z walk z Saracenami.

Hipotezę Zissermana podbudował amerykański podróżnik Richard Halliburton. Przemierzając Chewsuretię odnajdywał starofrancuskie i germańskie wpływy w dialekcie autochtonów. W wydanej w latach 30. XX w. książce zamieścił fotografie przedstawiające zawieszone w izbach zbroje i oręż sprzed stuleci. W obrzędach towarzyszących celebrowaniu świąt dostrzegał podobieństwo do praktyk stosowanych przez krzyżowców. Ba, nawet współcześnie, chłopcy poddawani inicjacji podczas letniego święta Atengenoby, przechodzą chrzest krwi.

 

W książce „Seven League Boots” z 1935 roku, Richard Halliburton opisał wyjątkowe wydrzenie, którego świadkiem był w Tbilisi w 1915 roku. W rozdizale „The Last of the Crusaders” Halliburton napisał:Wiosną 1915, kilka miesięcy po tym jak Rosja Russia’s wypowiedizała wojnę Turcji, zastęp krzyżowców z XII stulecia odzianych od stóp do głów w kolczugi z tarczami i mieczami pojawił się na koniach na główwnej ulicy Tiflis [jak z rosyjska nazywano Tbilisi]. Ludzie wybałuszali oczy ze zdziwienia. Ale to nie była grupa statystów filmowych. To byli krzyżowcy albo ich duchy.” Zdjęcie otwarcia prezentuje jedną z zamieszczonych przez niego fotografii. Więcej: www.georgiaabout.com.

 

Chewsuretia nie ma pisanych kronik, ale przekazywane ustnie podania, w których już dawno zatarły się daty i miejsca zdarzeń. Podania sąsiadów dowodzą niebywałego kunsztu jakim górale z Chewsuretii wykazywali się w walce. Dodawała im sił wiara w krzyż z Gudani, którego czuli się obrońcami. A tak na marginesie, podobieństwo krzyży z płaszczów krzyżowców i z gruzińskiego sztandaru jest również uderzające.

Kultura regionalna odchodzi niestety w niepamięć, bo trwa migracja zapoczątkowana przesiedleniami Chewsurów przez władze radzieckie. W regionie pozostało nieco ponad 3 tys. mieszkańców, a osady, w których żyje kilka rodzin uchodzą za spore. Już wkrótce, oryginalne tradycje Chewsurów mogą więc ostać się jedynie w tańcu wojennym. Jak można przypuszczać, był dla nich formą treningu umiejętności przydatnych w walce. Stał się najefektowniejszym układem choreograficznym w repertuarze Narodowego Baletu Gruzińskiego „Sukhishvili”, Akademickiego Zespołu Pieśni i Tańca „Rustavi”, czy Narodowego Zespołu Tańca „Romiosini”. W wykonaniue tego ostatniego zespołu taniec oparty o tradycje Chewsuretii, w filmie „Georgian Dance of Khevsureti region >Parikaoba<„.

Nie ma Barcelony bez Gaudiego!

jako M.W.

Czy można być w Barcelonie i nie podziwiać dzieł Gaudiego? Pytanie jest retoryczne. Jeśli odpowiem ‘tak’ wzbudzę podejrzenia, że coś ze mną nie tak, odpowiadając ‘nie’ – postąpię wprawdzie stereotypowo, ale jak najbardziej poprawnie.

Aby uniknąć takich szekspirowskich dylematów, zastosuję zasadę złotego środka – nie zapominając, że w stolicy Katalonii są również inne atrakcje, choćby plaże, stadion piłkarski jednego z najsłynniejszych klubów świata czy kolumna Kolumba, budowli Gaudiego omijać nie będę!

Film z Youtube’owskiego kanału Spain (więcej informacji: www.spain.info)


Gaudi, formalnie: Antonio Plàcid Guillem Gaudí i Cornet był rodowitym Katalończykiem. Dzisiaj, nazwę jego rodzinnego Reus kojarzymy głównie z podbarcelońskim lotniskiem, ale w połowie XIX wieku (Gaudi urodził się w 1852 roku), było to ciche, nieco senne miasteczko. Upłynęły w nim dziecięce i młodzieńcze lata późniejszego inżyniera i architekta. Chorowity Antonio nie opuszczał niemal domu, wyrastał na samotnika, i – jak piszą biografowie – miał czas by oddawać się fantazjom. Pobudzona wówczas wyobraźnia dała wprawdzie o sobie znać już w pierwszych zrealizowanych projektach – ogrodzeniach, bramkach, czy latarniach gazowych, za które kiedyś ojcowie miasta Barcelony odsądzali projektanta od czci i wiary, a teraz dbają jak o największą świętość, ale jego poważniejsze projekty długo nie wzbudzały entuzjazmu. Ba, odrzucano je z obawą. ‘Secesja’ znaczy odstępstwo i dla artystów przełomu XIX i XX wieku była manifestem nowatorskiej postawy. Deklarowali odejście od ugruntowanych form, naśladownictwa stylów minionych epok oraz poszukiwanie nowej, zgodnej z duchem czasów estetyki. Pomysły Gaudiego, który początkowo hołdował stylowi gotycko-mauretańskiemu szybko jednak odnajdując własne ścieżki, były śmielsze od najbardziej zdawałoby się awangardowych idei secesjonistów. Proponowane przezeń formy wydawały się współczesnym zbyt fantazyjne, ściany kojarzyły ze wzburzonym w czasie sztormu, a więc groźnym morzem, wzory uważali za zbyt barwne, a brak kątów prostych ich po prostu raził. Pozostałoby więc wszystko w sferze planów, gdyby nie zawarcie znajomości z pewnym arystokratą.


Park mecenasa
Hrabia Eusebi Güell i Bacigalupi był podobnie jak Gaudi Katalończykiem i inżynierem, ale nie artystą, tylko przedsiębiorcą. Zachwycony projektami rodaka, zaczął finansować jego przedsięwzięcia. Nie odkrył przy tym talentu Gaudiego za sprawą jakiegoś olśnienia, o nie. Gaudi dał się poznać światu wcześniej, bo zaprojektowaną przezeń gablotę na rękawiczki, właściciel fabryki wyrobów skórzanych Esteve Comelli zawiózł na Wystawę Światową w Paryżu w 1878 roku. Pokazano też na niej makietę osiedla domków robotniczych jakie planowano wznieść według planów Gaudiego w Mataró (30 km od Barcelony), i choć nigdy projektu nie zrealizowano, wzbudził, podobnie jak gablota, spore zainteresowanie. Güell obserwował światowe wydarzenia i zdając sobie sprawę ze znaczenia paryskiej wystawy, zainteresował się pracami o kilka lat młodszego Gaudiego. Ba, był na tyle przenikliwym mecenasem, że zadbał, aby i jego imię przeszło do historii. Tak powstał Park Güell. Początkowo miało to być ekskluzywne osiedle-ogród z przestrzeniami publicznymi, na przykład z halą targową, miejsce życia przedstawicieli barcelońskich elit – finansistów, prawników, przedsiębiorców. Oferta nie spotkała się jednak z szerszym zainteresowaniem, katalońskich bogaczy, więc szybko otwarto park dla szerokiej publiczności. Wprawdzie teraz wstęp na jego teren jest już płatny, ale warto zainwestować tych kilka euro, by przekroczyć bramy. Prowadzą bowiem do iście baśniowej zatopionej w zieleni krainy, do fantazyjnych budowli ozdobionych pokruszonym kolorowym szkłem i równie barwnych fontann. Ścieżki wiją się tam jak jakieś nieziemskie węże, wspinają schodkami i przekraczają mostkami strużki wody. Ikoną Barcelony stała się ustawiona w parku ławka, nawiązująca kształtem do morskiej fali. A dom, w którym Gaudi mieszkał przez jakiś czas w parkowym otoczeniu, mieści dziś poświęcone mu muzeum.

Symbol Barcelony
W ślady Güella poszli inni inwestorzy i Gaudi miał pełne ręce roboty. Według jego projektu zbudowano pałac biskupi w Astordze i budynki klasztorne dla terezjanek (zakonu św. Teresy) oraz wille dla przedstawicieli katalońskiego establishmentu. Łącznie Gaudi zrealizował około 20 większych projektów w Barcelonie i jej najbliższych okolicach, a najsłynniejszym z nich stała się Sagrada Familia – Kościół Pokutny Świętej Rodziny. Monumentalna budowla o strzelistych kształtach, udekorowana niczym ciasto posypane kruszonką. Teraz to rozpoznawany na całym świecie symbol Barcelony, duma miasta i całej Katalonii. Co jednak ciekawe, a dla tych, którzy nie wczytali się dokładnie w przewodniki, nawet zaskakujące – jej budowa wciąż trwa. Gaudi poświęcił świątyni szmat życia, ale nie doczekał ukończenia dzieła, zmarł w 1926 roku. Budowa kościoła ciągnie się tak jak to bywało z katedrami w średniowieczu, z przerwami – od ponad 130 lat. Chociaż co jakiś czas wystrzela ku niebu kolejna wieża, sceptycy twierdzą więc, że końca przedsięwzięciu nie widać i nie dają wiary, że katedra zostanie ukończona do roku 2030.

Willa nadzwyczaj prosta
Oglądając bryłę tego bez wątpienia najsłynniejszego kościoła w Hiszpanii, możemy ulec złudzeniu, że Gaudi raz na zawsze zerwał z kątami prostymi i liniami prostymi. Jakież więc przeżywamy zaskoczenie, oglądając Torre Bellesguard, czyli „Wieżę pięknych widoków”, nazywaną pospolicie Casa Figueres. Właściciele stosunkowo niedawno udostępnili budynek publiczności, przedtem było go ledwo widać gdyż otoczony jest rozległym ogrodem. Charakterystycznym elementem budowli jest strzelista wieża, w której ani sama architektura, ani dekoracje nie zakłócają… linii prostych.

Masywna lekkość
Awangardowego wizerunku architekta nie burzą cztery inne barcelońskie wille, które powstały w różnym czasie i tak na prawdę reprezentują różne etapy jego artystycznej kariery. Wszystkie jednak zachwycają niecodziennymi kształtami, bogatą kolorystyką i baśniowymi dekoracjami. Najwcześniejszą z nich jest Casa Vicens, zbudowana w latach 1883-1888 dla ceglarza i glazurnika Manuela Vicensa. Niestety, można go oglądać tylko z zewnątrz, bo właściciele nie życzą sobie odwiedzin. Dom zbudowany jest z kamienia w kolorze ochry oraz z cegieł. Białe i szare płytki ceramiczne przełamują dominującą barwę materiału. Podobnie jak wieżyczki i łuki, które nadają masywnej na pierwszy rzut oka bryle lekkości i strzelistości. Dom wznosi się przy Carolines 24-26.

Dom kości
W Roku Gaudiego (2002), właściciele wpisanej na listę UNESCO Casa Batlló, otworzyli drzwi dla zwiedzających. Wprawdzie większość turystów i tak ogląda dom z zewnątrz, warto pamiętać, że możliwość zajrzenia do wnętrza także istnieje, bo jest ono równie ciekawie udekorowane jak elewacje. Uwagę turystów, którzy każdego niemal dnia otaczają dom i namiętnie fotografują, przykuwają w pierwszym rzędzie kolumienki jakimi architekt ozdobił otwory okienne i balkonowe portfenetry. Przypominają kości ludzkie i zwierzęce. Na zlecenie miejscowego przemysłowca, producenta tekstyliów Josepa Battló i Casanovas, Gaudi jedynie przebudował w latach 1904-1906 istniejący już dom, nic więc dziwnego, że skoncentrował się na dekoracji elewacji. Efektem jego pracy jest beżowo niebieska fasada falująca niczym morskie  fale, ale ornamenty z kamieni, ceramiki i szkła są bardzo kolorowe. Efektowne jest też pokrycie dachu przypominające łuski smoczego pancerza. Casa Battló znajduje się przy ulicy Passeig de Gracia 43.

Kamieniołom
Kolejnym domem projektu Gaudiego jest Casa Mila, określana często mianem La Pedrera – Kamieniołomu zapewne ze względu na ciężkie wapienne płyty, z których ją wzniesiono dla przemysłowca Pere Mili w latach 1906-1910. Wyobraźnia architekta błądziła zapewne innymi ścieżkami niż reszty ludzkości, której fasada przypomina najczęściej wzburzone morze. Kilkukondygnacyjna budowla ma bryłę tak ukształtowaną jakby była spiralnie skręcona, i w zamyśle Gaudiego miała się po prostu wyróżniać spośród okolicznych, nieciekawych jego zdaniem budynków. Żelazne balustrady balkonów przypominają chaszcze, z których wyglądają zrywające się do lotu ptaki. Warto wejść do środka, bo nieregularne wnętrza zdobią sprzęty z czasów Gaudiego. Koniecznie natomiast trzeba wyjść na dach, z którego sterczy mnóstwo różnej wysokości kominów ukształtowanych niczym unoszący się z nich dym, bo jest to jedno z najlepszych widokowo miejsc w Barcelonie. Casa Mila znajduje się u zbiegu ulic Passeig de Gracia i Prevenca.

Najgrzeczniejsze dzieło Gaudiego
Dla bogatego producenta tekstyliów Calveta, Gaudi zaprojektował Casa Calvet. Pod jednym dachem znalazły się w niej rezydencja i część przeznaczona do obsługi klientów. Dziś, w przyziemiu mieści się restauracja, pozostałe wnętrza są w rękach prywatnych i nie można ich zwiedzać. O tej willi mówi się często, że jest „najgrzeczniejszym” dziełem Gaudiego. Wznosi się bowiem przy Carrer de Casp 48, w luksusowej dzielnicy Barcelony – Eixampe, gdzie konieczność wkomponowania domu w istniejącą zabudowę sprawiła, że artysta musiał skupić się na harmonijnym układzie i proporcjach bryły, dając upust fantazji jedynie w detalach dekoracji, głownie podwójnych szczytach nawiązujących stylem do baroku. Na frontalnym szczycie umieścił głowy trzech męczenników, którzy zdają się spoglądać na każdego kto tylko stanie i zadrze głowę by popatrzeć na budynek.


Cóż jeszcze można powiedzieć o Gaudim. Należy chyba to, że był katalońskim nacjonalistą, i że manifestował swoje poglądy z żelazną konsekwencją i bezkompromisowo. Twierdził, że nie zna żadnego innego języka niż ojczysty dialekt i tylko nim się posługiwał, a żył w czasach gdy katalońska mowa była zakazana! Gdy więc użył go w rozmowie z królem Hiszpanii Alfonsem XIII, publiczność dawała wyraz zażenowaniu brakiem jego ogłady, bądź przeciwnie – wyrażała wielkie uznanie dla jego odwagi i patriotyzmu. Co zaś się tyczy realizacji architektonicznych Antonio Gaudiego, to są one przedmiotem niekończących się dyskusji – czy kicz to, czy sztuka przez wielkie „S”. Dywagacjami i rozwlekłymi analizami zapisano opasłe tomy, najkrócej zaś podsumował je, raczej krytycznie nastawiony do Gaudiego, współczesny mu filozof, Francesco Pujols: „w pracach Gaudíego zdumiewało mnie to, że choć nikogo nie zachwycały, nikt nie ośmielił się powiedzieć tego wprost… jego styl sam się broni”.


Kiedy do Barcelony?
Wiadomo, gdy jest piękna pogoda i mało ludzi. Na przykład wczesną jesienią lub wiosną – w kwietniu, choć wtedy z pogodą bywa różnie – może na przykład padać. I, jeśli w kwietniu to z wyłączeniem Wielkanocy, bo Hiszpanie lubią się wtedy kręcić po swoim ojczystym kraju i trudno o miejsca w hotelach.

Jak tam dotrzeć?
Bezpośrednie loty do Balcerony oferują Ryanair i Wizzair. Ryanair lata na główne lotnisko w stolicy Katalonii – El Prat z lotniska Modlinie 5 razy w tygodniu!, a na oddalone 80 km od miasta lotnisko Girona z Krakowa 2 razy w tygodniu i z Wrocławia także 2 razy w tygodniu. Samoloty Wizzair lądują na El Prat, startują w Gdańsku, Katowicach, Poznaniu i Warszawie. Na modne dziś citybreaki – Barcelona to cel po prostu wymarzony.

Waluta i ceny
Hiszpania jest krajem ze strefy euro. Wszystkie portale i przewodniki przestrzegają zgodnie, Barcelona jest obok Madrytu najdroższą destynacją w Hiszpanii – ze względu na popularność, ma się rozumieć (w dużej mierze to niekorzystne zjawisko zawdzięczamy Gaudiemu). Aktualne ceny podstawowych produktów, paliwa i usług przytaczają podrozepoeuropie.pl, a korzystając ze szczegółowych linków w tym portalu można porównać ceny w Barcelonie z cenami w innych regionach Hiszpanii:
www.podrozepoeuropie.pl/ceny-w-hiszpanii/
www.podrozepoeuropie.pl/ceny-w-barcelonie/

Pamiątki
Trudno oczywiście przywieźć kawałek Gaudiego, ale na pocztówkach i magnesach elewacje jego budowli są nader częstym i wdzięcznym motywem.

CyberBarcelona i CyberGaudi
Wszystko o Gaudim: www.antonigaudi.lajt.info
Hiszpania dla turystów po polsku: www.spain.info
Wszystko o Barcelonie: www.barcelona.cat oraz www.spainattractions.es
Park Güell: www.parkguell.cat
Sagrada Familia: www.sagradafamilia.org


W otwarciu wykorzystałem rysunek z www.jamesrichardssketchbook.com przedstawiający zaprojektowaną przez Gaudiego Casa Mila (wpis z lipca 2017, zatytułowany „Return from Barcelona”).