Midas Şehri, czyli Miasto Midasa

Był rok 1800, gdy podróżujący przez Ottomańskie Imperium płk. William Martin natknął się na skałę z napisami w nieznanym mu starożytnym języku. 24 lata później w wydanej przez siebie książce opisał wspomnienia sprzed ćwierćwiecza i nie omieszkał wspomnieć o Yazılıkayi – Opisanej Skale, jak ją nazywali Turcy.  Ba, nawet ją naszkicował.

Wspomnienia brytyjskiego pułkownika wzbudziły zainteresowanie wśród europejskich uczonych. Przełomowy moment w poznaniu tego rejonu nastąpił pod koniec XIX wieku, gdy do pobliskiej wioski Çukurca (Yazılıkaya góruje nad jednym z jej przysiółków, noszącym zresztą takie samo miano), zawitał szkocki archeolog William M. Ramsay. Rozszyfrowując inskrypcje natknął się na imię Mit-ta-a, władcy, którego skojarzył z mitycznym królem Midasem. Wyjątkową formację skalną nazwał więc Pomnikiem Midasa (tur. Midas Anıtı), zaś całą grupę Miastem Midasa (tur. Midas Şehri albo Midas Kenti).

Yazılıkaya, czyli Opisana Skała, bo pokryta inskrypcjami w języku Frygów. To najbardziej intrygujące miejsce w grupie skał nazwanej pod koniec XIX wieku Miastem Midasa. Fot. Paweł Wroński

Spośród frygijskich władców, kilku nosiło imię Mit-ta-a, czyli Midas, więc nie wiadomo, którego konkretnie mieli na myśli autorzy inskrypcji.

Badaczom udało się jednak ustalić, że napisy pochodzą z VII lub VI stulecia przed Chrystusem, a więc z czasów rozkwitu frygijskiego państwa, a te właśnie uwiecznili starożytni Grecy w znanym powszechnie micie o królu kochającym nade wszystko złoto.

 

A tak na marginesie – ptaki (być może również te ze zdjęcia), były od niepamiętnych czasów odczytywane jako znak przyszłych wydarzeń zesłany przez Bogów. Kto przenikliwy, niech się postara je zrozumieć.

 

Relief na skalnej ścianie przypomina wyglądem wejście do świątyni. Jednak nie prowadzi w głąb skały gdzie wykuto jedynie płytką niszę. Być może w przeszłości znajdował się tam posąg Kybele – otoczonej we Frygii najwyższym kultem Matar – Matki Bogów. Mıdas Şehri kryją jeszcze jedną skalną świątynię pokrytą płaskorzeźbami, nazwaną dla odróżnienia od dedykowanej dziś mitycznemu władcy Midasowi, Małą Yazılıkayą (Küçük Yazılıkaya) albo Niedokończonym pomnikiem (Bitmemiş Anıt), najprawdopodobniej też ku czci Kybele.

Mała Yazilikaya (Küçük Yazılıkaya) albo Niedokończony pomnik (Bitmemiş Anıt), fot. Paweł Wroński

Ponadto są tam kute w skałach grobowce oraz cysterny na wodę, zaś na płaskowyżu, rozciągającym się w najwyższej strefie skalnej grupy, ołtarz ofiarny. Ten z kolei powiązano z kultem bogini Kybele i uznano za drugie obok siedziby władców w Gordionie, niezwykle istotne dla cywilizacji frygijskiej miejsce – ośrodek kultu poświęcony najwyższej w ich panteonie bogini-matce (nazywanej także Matar). O wadze tego miejsca dla Frygów mogą świadczyć rozrzucone po okolicy pozostałości twierdz. Można je nawet jeszcze odnaleźć – na sąsiednich wzgórzach: Akpara, Pişmiş, Gökgöz i Kocabaş.

Na ołtarzu Kybele w Mieście Midasa, fot. Paweł Wroński

Niemniej ciekawie prezentuje się otoczenie Miasta Midasa. Tej największej w okolicy grupie skalnej towarzyszą mniejsze skupiska oraz pojedyncze formacje z widocznymi śladami użytkowania jako miejsca pochówków, świątynie, czy obronne osady.

 

Kybele ze zbiorów muzeum w Gordionie, fot. Paweł Wroński

Kybele to frygijska bogini płodności i urodzaju, inaczej zwana Wielką Macierzą albo Matką Bogów. Jej rozpowszechniony wśród ludów Azji Mniejszej, pradawny kult, przyjęli Rzymianie w okresie krwawych wojen z Hannibalem, czyli koło 204 roku przed Chrystusem.

Ponoć za sprawą wyroczni, dającej im nadzieję na uratowanie Rzymu, jeśli sprowadzą do niego Matkę Bogów. Tak się też stało, choć… nie bez perturbacjiDopiero po zwycięstwie nad Kartagińczykami pod Zamą, Kybele zaczęto utożsamiać w Rzymie z czczoną od dawna boginią Ops, małżonką Saturna.

 

 

Vis a vis Pomnika Midasa wznosi się przepruta licznymi otworami Skała czterdziestu oczu (Kırkgöz Kayalıkları). A nieco dalej na wschód od wsi Çukurca, Gerdekkaya Anıtı – antyczny grobowiec ze świątynną fasadą z portykiem wspartym na prostych, pozbawionych ozdób doryckich kolumnach. Ta skała jest z kolei pamiątką późniejszych, hellenistycznych czasów (na jej temat będzie wkrótce osobny wpis).

Kırkgöz Kayalıkları, czyli Skała czterdziestu oczu, fot. Paweł Wroński

 

Frygijskiego sanktuarium z wioski Çukurca w prowincji Eskişehir, nazywanego Yazılıkaya albo Midas Kenti nie należy mylić z jeszcze starszym zabytkiem, bo pochodzącym z czasów hetyckich, także określanym mianem Yazılıkaya. Hetycka ‘Opisana Skała’ pokryta jest reliefami datowanymi na XIII wiek przed Chrystusem. Znajduje się w środkowej Turcji, koło miasteczka Boğazkale (około 170 km na wschód od Ankary).

 

film – wkrótce (a na razie slajdowisko złożone automatycznie po uruchomieniu funkcji <wspomnienie> w aplikacji zdjęcia iPhone’a)

 

Starożytni Grecy uwiecznili postać Midasa w swojej mitologii. Dlaczego? Może rzeczywiście zaimponował im niewyobrażalnym bogactwem, wzbudzając jednocześnie współczucie nieszczęśliwym życiem, z którym pożegnał się samobójczo po klęsce swego królestwa. A może dlatego, że był pierwszym odnotowanym władcą spoza Grecji, który przybył do delfickiej wyroczni Apollina i, że pojął za żonę grecką księżniczkę. Ponadto – jak podaje Pausanias – za panowania króla Midasa miała powstać Ancyra, czy Ankyra (Ankira), miasto w Azji Mniejszej, utożsamiane dziś z Ankarą.

 


Latający Holender i „Midas Han”
Interesującą i malowniczą okolicę wykorzystał przedsiębiorczy Holender, Ben Claasz Coockson. Przed kilku laty kupił we wsi podupadłe gospodarstwo, wyremontował, i od 2014 roku prowadzi ekskluzywny pensjonat agroturystyczny – „Midas Han”, czyli Zajazd Midasa, a jakżeby inaczej mógł go nazwać?! Gośćmi są przede wszystkim rodacy i znajomi z krajów Beneluksu, zasobni mieszkańcy Stambułu i Ankary oraz pracownicy placówek dyplomatycznych i handlowych z tureckiej stolicy (www.midashan.com).

Ben się już nawet trochę „sturczył”, przynajmniej z ekonomicznego punktu widzenia. Zapytany o cenę pobytu, kiwa z namysłem głową, a po chwili mówi ze znaczącym uśmiechem – „Są dwie… oficjalna: 50 euro od osoby (HB) oraz nieoficjalna, niższa. Ale – dodaje po chwili – kto płaci tę pierwszą, poza dwoma posiłkami korzysta bezpłatnie z organizowanych przeze mnie wycieczek po okolicy; niższa cena wycieczek nie obejmuje!”.


Midas Şehriwww.eskisehirkulturturizm.gov.tr
Projekt ‘Doliny Frygijskie’ (Frig Vadileri): www.frigvadisi.gov.tr
O kulcie Kubele, ciekawiewww.imperiumromanum.edu.pl

Reklamy

Z pelikanami na Jeziorze Emre

Zaledwie 5 km2 powierzchni i 3 m głębokości, i to przy wysokim stanie wody. Z tymi parametrami Emre Gölü zajmuje odległą pozycję w statystykach tureckich jezior. Akwen wypada jednak zgoła odmiennie jeśli spojrzymy na niego z perspektywy walorów rekreacyjnych.

Emre ma czystą wodę i nader malownicze skaliste otoczenie. Żyją w nim także liczne gatunki ryb, kusząc wędkarzy obietnicą udanego połowu. Tyle, że coraz częściej ludzie muszą się dzielić swoim łupem. Od kilku bowiem lat na frygijskich jeziorach pojawiają się regularnie stada pelikanów. Upodobały sobie Morze Marmara i przelatują na nie ze wschodnich rejonów Morza Śródziemnego. Frygia położona na trasie tych wędrówek oferuje przelatującym stadom godziwy wypoczynek. Właśnie tu, na Emre oraz na kilku jeszcze akwenach, m.in. na górującym powierzchnią nad innymi Jeziorze Eber.

Fantazyjne formy skalne są ozdobą krajobrazu Jeziora Emre, fot. Paweł Wroński

Oczywiście trudno mówić o frygijskim, czy nawet anatolijskim pojezierzu. Niemniej jednak, w semi pustynnej okolicy, akweny  takie jak Emre stanowią zaskakujące urozmaicenie krajobrazu i nęcą – jak widać – nie tylko ludzi.

Pelikany na Jeziorze Emre, fot. Paweł Wroński

 

Największym jeziorem Turcji jest położone na Wyżynie Armeńskiej Van Gölü. Bezodpływowy, słony akwen  liczy 3755 km2 powierzchni. Jego atrakcją są ruiny antycznej twierdzy odkrytej przez nurków w 2017 roku.  Szacuje się, że twierdza liczy przynajmniej 3 tys. lat i broniła królestwa Urartu istniejącego w okresie XIII-VI w. p.n.e. (www.dzienniknaukowy.pl).

Bez porównania mniejsze Eber Gölü jest jednak największym akwenem Anatolii. Liczy około 125 km2 powierzchni i sięga 21 m głębokości. Rozlewa się na dnie kotliny Akarçay, w centralnej części tej historycznej krainy, nazywanej kolebką Turcji. Zasilane jest słodką wodą z otaczających gór. Niestety, ochronę tego cennego ekosystemu utrudniają zanieczyszczenia ze strefy przemysłowej miasta Afyonkarahisar. To jest przyczyną zamulania dna zbiornika, zarastania akwenu roślinnością i – w efekcie – zmniejszania jego głębokości (średnia wynosi obecnie 1,7 m; www.goller.gen.tr).

 


Skalna draperia na brzegach Jeziora Emre, fot. Paweł Wroński

Jezioro Emre jest oprócz antycznych ruin i artefaktów, oczkiem w głowie władz İhsaniye,  dystryktu prowincji Afyonkarahisar, czego dowody dał gubernator Alper Taş, goszcząc międzynarodową grupę dziennikarzy w lipcu 2018 roku. Gwoździem programu był rejs po jeziorze, efektowną łodzią nawiązującą sylwetką do antycznych okrętów, a dekoracją do motywów frygijskich, a więc z epoki mitycznego króla Midasa (www.ihsaniye.gov.tr).


Frig Yolu (oficjalny portal tureckiego ministerstwa kultury i turystyki); projekt Doliny Frygijskie (Frig Vadileri):  www.frigvadisi.gov.tr
Phrygian Way (po angielsku): www.cultureroutesinturkey.com

Mały przewodnik po tureckich serach

Kiedy na szwedzkim stole hotelu w Afyonkarahisarze zobaczyłem galerię serów postanowiłem, że wszystkich spróbuję. Przy tej obfitości nawet po kawałeczku nie było to łatwe, bo każdy sycący, a wszystkie… smaczne! Z obyczajem serwowania serowarskich różnorodności spotkałem się także w Ankarze, ale wtedy już, bogatszy w doświadczenia, wybierałem tylko te, które mi najbardziej smakowały.

Niebiosa Turków nie rozpieszczają, zwłaszcza w semi-pustynnej przeważnie Frygii. A mimo to, bydło znajduje tutaj jakoś paszę, rodzą się zboża, warzywa i owoce. Fot.: Paweł Wroński

Jako, że Frygia leży w interiorze, a więc z dala od morza, a do tego na wyżynie, dominują w niej rolnictwo i gospodarka pasterska. Mimo rozciągających się po horyzont pagórków z semi-pustynną roślinnością, stada bydła, owiec i kóz są stałym elementem krajobrazu. Podobnie jak pasterze, najczęściej przemierzający pastwiska na grzbietach osiołków, niczym przed wiekami, wspomniany przeze mnie w innym artykule Nasreddin Hoca. Może się mylę, ale wnoszę z tego, że filozofowanie i pędzenie stada są zajęciami… zbliżonymi.

Pasterz na osiołku, niczym na poły legendarny XIII-wieczny mędrzec, Nasreddin Hoca, fot. Paweł Wroński

Ser to po turecku peynir. A w Turcji regionów jest mnóstwo i ich tradycje kulinarne kształtowały się przez przynajmniej trzy tysiące lat adaptując doświadczenia sąsiadów – przyjaciół i wrogów, kuchnia turecka jest więc bogata i zróżnicowana. Dotyczy to także serów, tworzących bogatą w odmiany rodzinę. Robi się je podobnie jak u nas – z każdego rodzaju mleka, używając podpuszczek, a potem sezonując, przez co osiąga się różne konsystencje, twardość, ziarnistość, poziom tłuszczu, a co za tym idzie także zróżnicowane wartości kaloryczne. Jednak użycie ziół, warzyw, czy orzechów jako dodatków rzutujących na  aromaty i smaki jest znacznie bardziej zaawansowane. Wierzę więc, że wachlarz możliwych doznań zaciekawi miłośników mlecznych przetworów, nie mówiąc już o wegetarianach, którym z pewnością nie grozi w Turcji śmierć głodowa.

Turcja – kraj dla wegetarian wymarzony; oto wspaniały dodatek do serów – owoce świeże i kandyzowane, orzechy, migdały… a to tylko śniadaniowy bufet w restauracji Point Hotelu w Ankarze, fot. Paweł Wroński

1. Beyaz peynir
Ser zbliżony do greckiego sera feta lub bułgarskiego gruboziarnistego białego sera sirene. Najczęściej beyaz peynir robi się z mleka owczego, ale odkąd na rynku dominuje produkcja przemysłowa, można spotkać beyaz z innych rodzajów mleka, również mieszanych. Nie ma w tym nic niezwykłego, podobnie jest choćby z bryndzą na naszym rynku. Ponieważ beyaz przechowuje się po odciśnięciu z serwatki w solance, jest słony i ma dość gęstą strukturę. Przed podaniem płucze się go mlekiem i kroi na kawałki. W hotelu w Ankarze był nawet zalany oliwą, a dla zrównoważenia słonych doznań, do naczynia dodano zioła, konkretnie aromatyczny tymianek (macierzankę). Wzmiankę o serze beayz znalazłem w wyspecjalizowanym portalu www.cheese.com, gdzie zalicza się go do serów średnio-miękkich. Według autorów beyaz peynir należy do najpopularniejszych tureckich serów, bo jest niemal obowiązkowym składnikiem tureckiego śniadania. Jest też chętnie dodawany do potraw z jajek, słynnego nadziewanego placka (börek) i przeróżnych sałatek.

Beyaz peynir podany w klasyczny sposób; przypomina nasze białe sery z wyglądu, smakuje zdecydowanie inaczej fot. Paweł Wroński
Beyaz peynir pokrojony w kostkę i zalany oliwą ze świeżymi ziołami i przyprawami, fot. Paweł Wroński

2. Çeçil peyniri
Łatwo go rozpoznać, ponieważ uformowany w cienkie nitki, çeçil wygląda jak pocięta na kawałki przędza. Tradycyjnie, wyrabia się go także z owczego mleka, choć produkt z innych rodzajów mleka nie należy do rzadkości. Jest jasnożółty, delikatny w smaku, przyjemnie pachnie i świetnie się topi. Bardzo podobny jest do niego tel co po turecku znaczy struna (nazywany też telli co oznacza mowę albo civil co z kolei znaczy śpiew), peyniri. Ten rodzaj sera formuje się w długie włókna i najczęściej dodaje do gotowanych potraw takich jak kuymak przyrządzany niczym gęste bezalkoholowe fondue z mąki kukurydzianej z rozgrzanym serem, szczególnie popularny w strefie czarnomorskiej.

Çeçil peyniri, fot. Paweł Wroński
Çeçil peyniri w towarzystwie innych gatunków, fot. Paweł Wroński

3. Kaşar peyniri
Ponoć około 100 lat temu córce żydowskiego serowara z Salonik zdarzyło się wrzucić twaróg do gotującej się wody. Białko się ścięło, przez co ser nabrał zwartej konsystencji i… ciekawego smaku. Serwowar docenił efekt przypadkowego działania córki i wystarał się u rabina o uznanie wyrobu za koszerny. Wbrew legendzie, technika gotowania sera trafiła do Turcji i na należące do niej przez kilka stuleci Bałkany znacznie wcześniej, a do tego z Włoch. Pod słońcem Italii tak przygotowuje się mozarellę i neapolitańskie caciocavallo. Taka też była geneza, uchodzącego dziś za bułgarską specjalność sera kashkaval. W Turcji też używa się tej ostatniej nazwy, ale zazwyczaj na określenie świeżych, dojrzewających dopiero serów kaşar peyniri. Tradycyjnie wyrabia się je z sera owczego, ale że owce dają stosunkowo mało mleka, w produkcji przemysłowej używa się dziś powszechnie również mleka krowiego. Kaşar dodaje się zwyczajowo do jagnięciny, przyrządzając mielone kotleciki kadin budu kofte. Angielskie określenie yellowish nawiązuje do żółtawej barwy. Często też na potrzeby zagranicznych gości wskazuje się na podobieństwo do sera cheddar. W sklepach są także dość popularne dilimli kaşar peyniri – sery podobne do tak popularnych u nas serków marki Hochland – idealne do tostów, preferowane przez dzieci.

Kaşar peyniri, fot. Paweł Wroński

4. Örgü/örme peyniri
To cała rodzina serów przygotowywanych podobnie do kaşara, czyli z gotowanego twarogu, tyle, że formowanych w grube wałki splatane (örgü znaczy pleść), niczym warkocze. Stąd zresztą druga nazwa produktu: örme peyniri – warkocze serowe. Tradycyjnie jednak ten rodzaj sera wyrabia się z krowiego mleka. Do tej samej rodziny należy popularny, wyrabiany w tureckiej części Cypru ser hellim (w greckiej – halloumi). Sery tego typu nazywane są często od miejscowości lub regionów, w których powstają.  Örgü/örme peyniri kroi się do jedzenia. Lekko słonawe, łatwo topią się w gorącej wodzie.

Örgü peyniri, fot. Paweł Wroński
Cienko splecione örgü peyniri przywodzą na myśl słowackie korbáčiky, ale w odróżnieniu od nich wyrabiane są nie z owczego, ale z krowiego mleka, fot. Paweł Wroński

5. Tulum peyniri
Półtwarde tłuste sery wyrabiane tradycyjnie z koziego mleka (współcześnie także z owczego), powstają w sposób, od którego pochodzi nazwa – mianowicie od koziej skóry. Otóż słoną masę serową odsącza się przez całą dobę i zawija w kozi żołądek, by złożyć do piwnicy o sporej wilgotności (dawniej używano do tego celu jaskiń). W tych warunkach ser sezonuje od 2 do nawet 6 miesięcy. Gdy jest gotowy do jedzenia ma jasny kolor, ostry, maślany, lekko gorzkawy smak i jest wyraźnie słony. Za najsmaczniejszą i najbardziej wykwintną odmianę sera typu tulum uchodzą wyrabiany w centralnej Turcji, w regionach Çankırı i Çorum kargi tulumu peyniri. Z kolei na zachodzie kraju powstają należące do tej samej grupy izmiru tulumu peyniri. Te powstają najczęściej z mleka owczego lub mieszanego. W efekcie mają kolor kremowy i znacznie delikatniejszy smak. Są jednak podobnie tłuste i mają zwartą konsystencję. Niezależnie od regionu, w jakim powstają ich podobieństwo do greckiego sera z owczego mleka zwanego touloumisio, jest kolejnym dowodem na kulturowe pokrewieństwo krajów strefy śródziemnomorskiej.

Tulum peyniri z podana wartością kaloryczną dla kostki o wadze 30 gr, fot. Paweł Wroński
Ostry w smaku i słony tulum peyniri ma ziarnistą strukturę i zwartą konsystencję, fot. Paweł Wroński

6. Dil peyniri
Sery z mleka krowiego o małej zawartości tłuszczu, bez soli. Podobne do kaşara, ale dużo jaśniejsze, niemal białe. Smak mają też odmienny, bo są lekko kwaśne i zdecydowanie delikatne. Dil peyniri należą do najchętniej spożywanych serów w Turcji.

Dil peyniri, fot. Paweł Wroński
Formowane w kształcie języczków dil peyniri – niskokaloryczne sery w typie mozarelli, fot. Paweł Wroński

7. Otlu peynir
Ser z dodatkiem ziół, raczej ostry, ale średniokaloryczny, wytwarzany jest najczęściej z mleka owczego. Dojrzewa zazwyczaj około 3 miesięcy. Ale najciekawszy jest proces produkcji, w którym do serwatki dodaje się różnorodne przyprawy, np.: cynamon, goździki, pieprz, imbir, ba – nawet cukier. Mocząc się w nich, ser nabiera oryginalnego aromatu, a wylewane wraz z serwatką przyprawy do sera się nie dostają. Do otlu dodaje się natomiast zioła. Najpopularniejszymi dodatkami są: tymianek, czosnek niedźwiedzi, kminek, koper, cząber, oregano, bazylia, szczypiorek, a ich kompozycje zależą od doświadczenia i wyobraźni producenta. Receptura sera  otlu wywodzi się z miejscowości Van, słynącej w całym kraju z bogactwa ziół.

Otlu peynir – oryginalny ser z ziołami, fot. Paweł Wroński
Ziołowy otlu peynir, niezbyt ostry i aromatyczny, należy ze względu na proces produkcji do najciekawszych serów tureckich, fot. Paweł Wroński

Siedem powyższych przykładów nie wyczerpuje oczywiście bogatej palety tureckich serów. Są w niej choćby twarożki zbliżone do naszych, a nazywane çökelek peyniri i niezliczona ilość wariacji białych serów, w których nazwach pojawiają się miejscowości albo regiony, z których pochodzą. Dobrym przykładem jest ezine peyniri wyrabiany w miasteczku Ezine w prowincji Çanakkale rozciągającej się nad Morzem Marmara. Są również sery wędzone, takie jak wytwarzane na wybrzeżu Morza Czarnego çerkez füme peyniri, czy równie ciekawe jak wspomniany jako ostatni otlu peynir, sery z dodatkami orzechów, warzyw (np. sürk peyniri z ostrą papryką). Nie brak także serów pleśniowych (np. niğde mavi peyniri). Te ostatnie z powodzeniem mogą konkurować z renomowanymi wyrobami z krajów tradycyjnie postrzeganych jako liderzy rynku serowarskiego, choćby z francuskimi. A ponieważ podaje się do nich konfitury, miody, świeże albo kandyzowane owoce, bogactwo doznań jest rzeczywiście godne sułtańskiego podniebienia.

Afiyet olsun! Smacznego!

Ezine peyniri – biały ser z położonej nad Morzem Marmara prowincji Çanakkale; nazwa pochodzi od miejscowości Ezine, w której powstają tego typu sery, fot. Paweł Wroński

Kilka słów o tureckich serach (po angielsku): www.turkishculture.org
Wszystko co chcielibyście wiedzieć o tureckich serach (także po angielsku): www.thespruceeats.com


Przygotowując materiał, skorzystałem z obfitości serów na śniadaniowych stołach hoteli:
NG Afyon Wellness & Convention w Afyonkarahisarze: www.nghotels.com.tr

Point Hotel w Ankarze: www.pointhotel.com

Pogodny mędrzec z Sivrihisaru

Dünyanın merkezi burasıdır’, czyli ‘Tutaj jest środek świata’, głosi napis na cokole pomnika Nasreddina Hocy dłuta Metina Yurdanura, artysty-rzeźbiarza urodzonego na terenach dawnej Frygii, w miejscowości Sivrihisar w dystrykcie Eskişehir.

Nasreddin Hoca (zdjęcie znalezione w Internecie w przewodniku online po prowincji Eskişehir i okolicy:  www.kucukdunya.com)

W drodze do wykopalisk Gordionu, odkrytej przez archeologów stolicy antycznej Frygii, przejeżdżałem właśnie przez Sivrihisar. Gdy przy drodze mignęła mi pogodna rzeźbiona postać – człowiek na osiołku w wielkim turbanie, pamięć pobiegła dwie dekady wstecz, do 1996 roku dedykowanego przez UNESCO Nasreddinowi Hocy, postaci na poły legendarnej, sędziemu i filozofowi, któremu przypisuje się autorstwo niezliczonych satyrycznych i humorystycznych przypowieści, anegdot i bajek, znanemu nie tylko w Anatolii, czy szerzej – w Turcji, ale w całym muzułmańskim świecie, a nawet poza jego granicami. W zabawnych, opowiadanych dzieciom przygodach Nasreddina, czy w konwersacjach ze spotykanymi przez niego ludźmi, ważną, bo symboliczną rolę pełni osiołek. Jest bowiem jedynym ‘rumakiem’ odpowiednim dla kogoś, kto przekazuje innym tzw. ludowe mądrości.

Nasreddin Hoca z XVII-wiecznej miniatury; źródło: www.wikimedia.org

Nasreddin Hoca (1208-1284) to postać historyczna, choć w jego biografii fakty mieszają się z wytworami fantazji, zresztą nie tylko współczesnych. Na drugi plan schodzi więc to, że studiował koran pod kierunkiem wybitnych imamów, że sam pełnił taką funkcję w rodzinnej wiosce, że był uczonym, czy to, że rozstrzygał spory jako kadi (sędzia). zamiast tego pojawiają się opowieści o nadludzkich możliwościach Nasreddina, o tym, że udzielał rad sułtanom Seldżuków, a nawet władcy Mongołów – Tamerlanowi, który przyszedł przecież na świat niemal sto lat po śmierci filozofa z Anatolii, że potrafił być w kilku miejscach jednocześnie, czy to, że utrzymywał bliskie stosunki ze słynnym islamskim teologiem, wybitnym sufickim poetą i mistykiem, założycielem bractwa wirujących derwiszów, Mevlaną Celaleddinem, znznym jako Rumi.

Poczucie humoru jakie przypisuje się Nasreddinowi Hocy ilustruje znakomicie poniższa animacja zatytułowana „Baklava”, dotycząca znanej również u nas przestrogi przed wścibskością, ujętej ludowym porzekadłem: „nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy”. Widać, że mędrzec nie szedł na skróty, ale że prowadził rozmówcę tak, by sam wyciągnął wnioski.

– Hello Sir!
Hello young man
– Have you just seen the man carrying a tray full of baklava?
That’s none of my business son
– But sir, he was going to your house!
In that case, It’s none of your business young man!


 

Hoca znaczy po turecku nauczyciel, a ‘c’ wymawia się jak ‘’ (tak jak, np.  w angielskim imieniu John), stąd spotyka się transkrypcję Nasreddin Hodja. W Azerbejdżanie i w Iranie mówi się Molla albo Mulla Nasreddin, Arabowie używają określenia Juha, a mieszkańcy Tadżykistanu – Mushfiqi. Imię także wymawia się różnie, np.: Nasrettin, Nasrudin, Nasr ed-din, czy  Nasr al-din.

 


Nasreddin Hoca – biografia zamieszczona w oficjalnym portalu tureckiego Ministerstwa Kultury i Turystyki: www.kultur.gov.tr

Ankara, w pogoni za Manhattanem

Trudno uznać Ankarę za miejscowość turystyczną, bo przyjeżdża się tam by pracować i żeby załatwiać sprawy. Ankara jest jednak ciekawa. Dla mnie, z tego chociażby powodu, że byłem świadkiem zmian w miastach wywołanych odchodzeniem od centralistycznego zarządzania, i nie przypuszczałem nawet, że będzie mi dane oglądać proces przeciwny.

Na pozór wiele jest podobieństw. Jako stolica, Ankara jest przecież w naturalny sposób wizytówką państwa. Nic zatem dziwnego, że wśród wyrastających z nagiej ziemi wielkich osiedli mieszkaniowych, pojawiają się enklawy biurowców, hoteli i banków. Ich gmachy są dziełami współczesnej architektury, bez wątpienia. Efektowne drapacze chmur dominują w panoramie miasta, przyciągając wzrok. Podobnie jak minarety meczetów budowanych w każdym z nowych osiedli. Tych zaś jest coraz więcej, bo wraz z centralizacją władzy przyrasta posad urzędniczych, i coraz więcej osób kwituje zawodową pozycję słowami: „pracuję dla rządu”. Zjeżdżają tu w poszukiwaniu posady z odległych nawet prowincji, przez co populacja stołecznej aglomeracji przekracza już 4 mln.

Ankara, stolica Republiki Tureckiej i 4-milionowa aglomeracja w azjatyckiej części kraju, fot. Paweł Wroński

W przewrotny sposób, wypełnia się testament Mustafy Kemala Atatürka, który przeniósł stolicę ze Stambułu do Ankary w latach 1920-1923. Proces zakończył się w tym samym roku, w którym Atatürk został pierwszym prezydentem założonej przez siebie świeckiej Republiki Tureckiej. Tworząc ośrodek władzy i administracji z dala od otoczonego nimbem odwieczności miasta sułtanów, dał rodakom jasny komunikat, że oto nadeszły nowe czasy, że stają przed wyzwaniami współczesności oraz, że Turcja otwiera się na świat i wszystkie ‘jej dzieci’ powinny uczestniczyć w tym procesie.

 

Atatürk, znaczy „Ojciec [wszystkich] Turków”. Takie nazwisko przybrał  Mustafa Kemal, który na potrzeby gruntownych reform w kraju przyjął zasadę: „Yurtta sulhcihanda sulh” („Spokój w domu, spokój na świecie”; fraza pochodzi z przemówienia wygłoszonego w 1931 roku). Od 1951 roku, w Turcji obowiązuje ustawa, zakazująca znieważania jego pamięci.

 

Z symbolicznych, choć również z estetycznych względów, odrestaurowano ankarską starówkę (Eski şehir) – maleńką, a jak można wnosić z archiwalnych zdjęć – biedną i mocno zaniedbaną. Jest przyklejona do stoków zamkowego wzgórza, a nad zamkiem powiewa dumnie turecka flaga. Nie tylko zresztą tam, bo Turcy uwielbiają łopot narodowych flag, i wywieszają je niemal wszędzie. W wielkiej estymie mają też wciąż postać Atatürka, którego otoczone zielenią mauzoleum (ciało złożono tam w 1953 roku), zajmuje ogromną połać miasta. Z drugiej jednak strony, zmieniając turecki ustrój z parlamentarnego na prezydencki, Recep Tayyip Erdoğan stanął w praktyce w jednym szeregu z dawnymi sułtanami. A więc z potrzeby, również symbolicznego podkreślenia osiągniętej pozycji, wzniósł… „pałac”, największy na świecie chyba. Formalnie w Beştepe, podstołecznym suburbiu. W rzeczywistości w Gospodarstwie Leśnym Atatürka, niegdyś prywatnej własności pierwszego prezydenta Republiki Turcji, który podarował ją państwu w 1937 roku (zmarł w 1938).

Obiekt określany powszechnie mianem Białego Pałacu (Ak-Saray), nazywa się formalnie Kompleksem Prezydenckim (Cumhurbaşkanlığı Külliyesi). Gdy rozpoczynano budowę miał mieścić kancelarię premiera, jednak po wygranych wyborach prezydenckich w lecie 2014 roku, Erdogan zmienił zdanie i postanowił wykończyć obiekt dla siebie, tzn. na potrzeby głowy państwa.

 

W 2014 roku świat obiegła wiadomość, że pałac Erdogana w Ankarze trafi do Księgi Rekordów Guinnessa, bo ma większe rozmiary aniżeli dzierżący od 1984 roku palmę pierwszeństwa pałac sułtana Brunei Darussalam, miniaturowego wprawdzie, ale opływającego w dostatki kraju z Borneo, znad Morza Południowochińskiego. Siedziba władcy egzotycznego państewka zajmuje powierzchnię 200 tys. m2, a jej budowa kosztowałaby dzisiaj blisko 970 mln USD. Eksperci szacują, że koszty kompleksu w Ankarze były niższe, ale oficjalnie żadnej kwoty nie podano. Jedynie planując budżet na 2015 rok, minister finansów Mehmet Simsek wspomniał, że wydatki na budowę przekroczą 615 mln USD. Mimo rozmachu założenia, do uznania rekordu zapewne nie dojdzie, bo – zgodnie z kryteriami Guinnessa – oprócz wielkości, pretendujący obiekt powinien być siedzibą królewską.

 

Turecki kompleks zajmuje rzeczywiście imponującą powierzchnię – 300 tys. m2, ma 1150 pomieszczeń, a na cały zespół składają się: główny gmach oraz dwa pomocnicze budynki, przeznaczone na spotkania z głowami innych państw oraz z dygnitarzami organizacji międzynarodowych, budynek z apartamentami dla prominentnych gości, ogród botaniczny, park, centrum kongresowe oraz schrony na wypadek ataku bronią chemiczną, biologiczną, bądź nuklearną, urządzone tak, żeby nie stracić kontroli nad sytuacją. Do zespołu należy także meczet. Architekturę i wystrój budowli inspirowały tradycje seldżuckie i perskie. Nie bez wpływu były też styl i forma Białego Domu. Jeden z gabinetów wprost nawiązuje do słynnego Gabinetu Owalnego, ale całość jest… 30-krotnie większa (sic!). Co ciekawe, w Białym Pałacu powitano jako pierwszego papieża Franciszka, drugim gościem Erdogana był prezydent Rosji, Władimir Putin.

 

Na tureckiej arenie politycznej Recep Tayyip Erdoğan jest obecny od niemal ćwierć wieku. Wypłynął jako burmistrz Stambułu w latach 1994–1998. 3 lata później stał już na czele Partii Sprawiedliwości i Rozwoju. Jako lider cieszącej się w kraju największym poparciem siły politycznej, objął tekę premiera w 2003 roku, a po wygranej elekcji w 2014, zamienił krzesło szefa rządu na prezydencki fotel.

 

Kariera 12. tureckiego prezydenta jeszcze się nie skończyła. Przy odrobinie dobrej woli, pytanie o to jaki kieruje przekaz do rodaków, można byłoby uznać za otwarte, odwołuje się przecież chętnie do spuścizny Atatürka.

Ak Saray - Presidential Palace Ankara 2014 002


Ankarawww.britannica.com
Mauzoleum Atatürkawww.kultur.gov.tr
Oficjalny portal Prezydenta Republiki Tureckiej (ang.): www.tccb.gov.tr


Na zdjęciu otwierającym „Ręce” dłuta Metina Yurdanura (rzeźba z 1979 roku; lokalizacja: Abdi İpekçi Park, Ankara), fot. Paweł Wroński; o artyście: www.metinyurdanur.com.tr
Ciekawostka. Artysta-rzeźbiarz Metin Yurdanur urodził się w 1952 roku na terenach antycznej Frygii, w miejscowości Sivrihisar, w prowincji Eskişehir. Pamiątki 3 minionych tysiącleci z rodzinnych stron, są dla niego źródłem twórczej inspiracji.


Frygia – 7 minut w królestwie Midasa

Frygia to antyczne królestwo w Azji Mniejszej, którego dziedziny należą dziś do Turcji.

Przed wiekami władał nim Midas, tak – ten uwieczniony w greckich mitach. A, że w jego dramatycznych dziejach jest źdźbło prawdy, dowodzą odkrycia dokonywane współcześnie przez archeologów.

Zapraszam na slajdowisko, zaledwie 7-minutowe, najprostszy sposób by poznać tę nieznaną szerzej, a niezwykle piękną i ciekawą krainę. Na marginesie dodam tylko, że złota tam nie ma, ale są inne, niemniej cenne skarby!

A jeśli się wam spodoba, to pamiętajcie, że poznanie tej krainy ułatwia sieć szlaków dla piechurów i rowerzystów o łącznej długości 506 km (Frig Yolu – Droga Frygijska).

ps.
Jako podkładu muzycznego użyłem utworu Loreeny McKennitt pt. „Beneath a Phrygian Sky” (Pod niebem Frygii), z wydanej w 2006 roku płyty „An Ancient Muse”. Jako, że to niekomercyjne wykorzystanie, kanadyjska artystka oraz wydawca płyty (Kontor New Media Music, [Merlin] Africori, and UMG) – mam nadzieję – mi wybaczą.


Frig Yolu (oficjalny portal tureckiego ministerstwa kultury i turystyki); projekt Doliny Frygijskie (Frig Vadileri):  www.frigvadisi.gov.tr
Phrygian Way (po angielsku): www.cultureroutesinturkey.com

Złoto króla Midasa, współcześnie

Ponoć wszystko czego dotknął się Midas, władca Frygów, zamieniało się w złoto. Ale spełnienie marzeń o nieprzebranych bogactwach okazało się wkrótce przekleństwem.

Rzeczywiście, w antycznej Frygii żył król Midas. Ba, są nawet dowody, iż był bogaty, ale czy bogactwo zapewniło mu wieczne szczęście? Raczej nie, skoro umarł jak wszyscy, a świat nie zna nawet jego twarzy. Miał jednak szczęście, o tyle, że starożytni Grecy uwiecznili jego postać w dramatycznym micie. Dzięki temu, władca Frygów stał się heroldem ponadczasowego przesłania, że wszystko jest dla ludzi, byle… bez przesady.

Grobowiec Midasa (tur. Midas Tümülüsü) – tak nazwano jeden z największych kurhanów Gordionu, stolicy starożytnej Frygii (www.anadolumedeniyetlerimuzesi.gov.tr), fot. Paweł Wroński

Gwiazda Frygów jaśniała na dziejowym firmamencie przez dwa stulecia w okresie VIII-VI wieku przed Chrystusem. Ślady tej antycznej kultury odnajdują dziś archeologowie, i są to – istotnie – skarby bezcenne. Frygijska cywilizacja musiała być potężna, gdyż nie uległa zatraceniu pod wpływem następnych – lidyjskiej, helleńskiej, rzymskiej, bizantyjskiej, a wreszcie tureckiej, która jej spuściznę odkrywa i pieczołowicie chroni.

Yazilikaya, czyli Malowana, albo Pisana skała – kluczowy punkt w tzw. Mieście Midasa (Midas Şehri), grupie skał kryjących pamiątki po Frygach, fot. Paweł Wroński

Współcześni mieszkańcy dawnej Frygii nie zadowalają się jednak splendorem przeszłości, ale nadal zamieniają w złoto to, co ich ziemia rodzi w wielkiej obfitości: glinę, marmur, termalne wody i mak. Ostatnio zapragnęli także zamienić w złoto piękno swojego krajobrazu i wśród skał o niebywałych kształtach tworzą sieć szlaków dla piechurów i rowerzystów. İnşallah!

 

Frygijskie trasy trekkingowe tworzą sieć o łącznej długości 506 km. Wyznaczone szlaki (w liczbie 67) wiodą dolinami frygijskiej krainy, rozciągającej się na terenie 3 prowincji, w centralnej i zachodniej Anatolii, do śladów starożytnych cywilizacji – kutych w skałach osiedli, świątyń, grobowców, warsztatów współczesnych artystów i rzemieślników, nad malownicze jezioro Emre oraz do 5 miast i 44 wiosek. Orientację w terenie oraz uzyskanie wiadomości o zabytkach i innych interesujących miejscach, historii, przyrodzie, tradycjach i kuchni, ułatwi aplikacja na smartfony z przewodnikiem i routeplannerem GPS oraz internetowa strona projektu Frigya Vadileri (Doliny frygijskie).

 

Aslankaya – widok od północno wschodniej strony – ten ostaniec sterczy przy polnej drodze w rejonie miasteczka Döğer i wsi Üçlerkayası; płaskorzeźby południowej ściany datowane na VII wiek przed Chrystusem są dedykowane frygijskiej bogini Kybele, fot. Paweł Wroński
Skały o fantazyjnych kształtach w rejonie Üçlerkayası Köyü, czyli dolina bajkowych kominów nazywana często mini-Kapadocją, choć nie ustępuje tamtej słynnej krainie ani na krok; fot. Paweł Wroński
Emre gölü (Jezioro Emre), to akwen w prowincji Afyonkarahisar o powierzchni około 5 km2 i max. głębokości 3 m (te wielkości ulegają zmianie, w zależności od stanu wody). Akwen jest popularnym miejscem aktywnego wypoczynku oraz cenionym przez wędkarzy łowiskiem, fot. Paweł Wroński

Frig Yolu (Droga Frygijska) albo Frigya Vadileri (Doliny Frygijskie), to projekt realizowany pod auspicjami tureckiego Ministerstwa Kultury i Turystyki (T.C. Kültür ve Turizm Bakanliği: www.kulturturizm.gov.tr), na obszarach trzech prowincji Anatolii: Afyonkarahisar, Eskişehir oraz Kütahya. Promocją projektu zajmuje się zrzeszenie podmiotów publicznych i prywatnych Frigküm. Strony projektu: www.frigvadisi.gov.tr

              


Informacje o międzynarodowej podróży studyjnej po Frygii (Mysterious Phrygia Trip), w której uczestniczyłem w dniach 25-28 lipca 2018, zamieszczono w tureckich portalach, m.in.:  www.tanitma.gov.tr oraz www.denizhaber.com.tr. Podczas pobytu w Afyonkarahisarze korzystaliśmy z gościny hotelu „NG Afyon Wellness & Convention” (www.nghotels.com.tr).

Wkrótce, w jednym z kolejnych postów, film z tej wyprawy, a tutaj propozycja iPhone’a 🙂


Suliko – z Gruzji przez ZSRR w świat

„Suliko” to piosenka o miłości spod Kaukazu, której słowa napisał Akaki Cereteli, wybitny poeta, prozaik i publicysta gruziński przełomu XIX i XX stulecia. Muzykę skomponowała Warienka Cereteli (Варвара Спиридоновна Мачавариани).

Piosenkę w interpretacji Tamary Lordkipanidze nagrałem podczas Dnia kulturalnego Gruzji, zorganizowanego przez Centrum Międzykulturowe, 6 czerwca 2018, w siedzibie instytucji, przy Pl. Hallera w Warszawie (formalnie: Jagiellońska 54). www.centrumwielokulturowe.waw.pl


 

Akaki Cereteli (1912), fot. www.burusi.wordpress.com

Akaki Cereteli (1840-1915) pochodził ze starego arystokratycznego rodu gruzińskiego. Gruntownie wykształcony, postępowy intelektualista stanął na czele niepodległościowego ruchu, dążącego do wyzwolenia Gruzji spod kurateli carskiej Rosji.

Jako poeta i pisarz, pozostawił po sobie szereg pism patriotycznych, lirycznych, satyrycznych, humorystycznych. Jednak to rozsławiony pieśnią wiersz „Suliko”, sprawił, że o nazwisku Akakiego Ceretelego usłyszano daleko poza granicami niewielkiego kaukaskiego kraju.

Nie od razu jednak, bo jak na ironię, o popularności piosenki zdecydowano w czasach radzieckich, gdy Gruzja nie była już wprawdzie carską gubernią, ale nadal – jako republika radziecka – nie była wolna. Tak się złożyło, że ta romantyczna piosenka uwiodła samego Stalina. Może z sentymentu do ojczyzny, a może dlatego, że poruszała w jego duszy jakieś głęboko skrywane, delikatne struny. Żeby zaskarbić sobie przychylność ojca narodu, „Suliko” włączały do repertuaru kolejne radzieckie chóry, w tym słynny Chór Aleksandrowa, założony u schyłku lat 20. XX wieku. Dzięki ich koncertom – w krajach socjalistycznych, a po śmierci sowieckiego dyktatora, również poza granicami bloku – pieśń poznał cały świat.

Potem przyszedł czas na przeróbki i modyfikacje konwencji, ale także na tłumaczenia tekstu. Najpopularniejsze polskie słowa napisali Aleksander Rymkiewicz * i Wanda Sieradzka **, a wśród wielu wykonań, największym bodaj powodzeniem cieszyła się po wojnie interpretacja Chóru Czejanda do słów Rymkiewicza, potem zaś Sławy Przybylskiej do słów Sieradzkiej. Piosenkę do swojego repertuaru włączyła Eleni, chętnie wykonują ją piosenkarki i zespoły nurtu disco polo.

Suliko to imię dziewczyny, a jednocześnie… ‘dusza’ po gruzińsku.

Okładka płyty wydanej przez Muzę, na której „Suliko” wykonuje Chór Czejanda przy akompaniamencie Czesława Aniołkiewicza (fortepian), do słów Aleksandra Rymkiewicza (fot. z portalu www.staremelodie.pl)

* Suliko (słowa Aleksandra Rymkiewicza)

Chciałem znaleźć mej miłej grób,
Smutek co dzień me serce gniótł.
Wiosną młode serca bez miłości schną,
Gdzie ty jesteś, mów, Suliko?

W bujnym lesie kwiat róży drży,
Na jej płatkach lśnią rosy łzy.
Czy to ty tak pięknie wznosisz głowę swą,
Kwitnąc z dala stąd, Suliko?

Nad kochaną swą różą dziś
Słowik w gąszczu zgiął młody liść.
Zapytałem tak, jak wzdycha wody dno:
Czy to jesteś ty, Suliko?

Dziobkiem przywarł do listków drzew,
W ciszy lasu w krąg zabrzmiał śpiew
I dzwoniła pieśń słowika aż do dnia,
Jakby mówił mi: tak, to ja.

Słowa za: www.staremelodie.pl
Piosenka w wykonaniu Chóru Czejandawww.youtube.com


** Suliko (słowa Wandy Sieradzkiej)

Gdzie rozkwita kwiat, róży kwiat,
na gałązce siadł lotny ptak.
Zadrżał wśród listowia purpurowy pąk,
czemu serce drży, Suliko?
Zadrżał wśród listowia mały róży pąk,
czemu serce drży, Suliko?

Jedzie wrony koń spoza wzgórz,
jeździec zbliża się, wchodzi w próg.
Spragnionemu dajże wody, wyjdź przed dom,
czemu kryjesz się, Suliko?
Spragnionemu dajże wody, wyjdź przed dom,
czemu kryjesz się, Suliko?

Pięknie pachnie chleb, pachnie miód,
proszę, napij się, ucisz głód.
Ale nadaremnie ściga mnie twój wzrok,
inna jestem już Suliko.
Ale nadaremnie ściga mnie twój wzrok,
inna jestem już Suliko.

Wiłam z przędzy nić, długą nić,
z przędzy powstał szal, zwiewny szal.
Szal do przędzy niepodobny nic a nic,
i ty jesteś już nie ten sam.
Szal do przędzy niepodobny nic a nic,
i ty jesteś już nie ten sam.

Pobladł jeździec i ruszył w cwał,
w locie zerwał kwiat, róży kwiat.
Zdrada rani serce, kolec rani dłoń,
zapłakała w głos Suliko.
Bo umiera miłość, kiedy stargasz ją,
mówi stara pieśń, Suliko.

Piosenka w wykonaniu Sławy Przybylskiejwww.youtube.com


Po gruzińsku można posłuchać pieśni na Youtube, m.in. w wykonaniu Katie Melua, której towarzyszy męski chór „Shvid Katsa” (www.youtube.com), „Tria Tbilisi” (www.youtube.com), albo duetu Sorena i Stano: (www.youtube.com) oraz wielu innych.

Poniżej imponujące wykonanie pieśni przez Chór Armii Czerwonej, w którym dyryguje osobiście założyciel zespołu Борис Александрович Александров.

Я могилу милой искал,
Но ее найти нелегко,
Долго я томился и страдал;
Где же ты моя Сулико!

Розу на пути встретил я,
В поисках уйдя далеко,
Роза, пожалей, услышь меня,
Нет ли у тебя Сулико?

Среди роз душистых, в тени,
Песню соловей звонко пел,
Я у соловья тогда спросил
Сулико не ты ли пригрел?

Соловей вдруг замолчал,
Розу тронул клювом легко,
Ты нашел, что ищешь, – он сказал
Вечным сном здесь спит Сулико

Роза, наклонившись слегка,
Свой бутон раскрыв широко,
Тихо прошеплала мне тогда
Не найти тебе Сулико.


Słowa w języku oryginału (po gruzińsku)

სულიკო

საყვარლის საფლავს ვეძებდი,
ვერ ვნახე!.. დაკარგულიყო!..
გულამოსკვნილი ვჩიოდი:
„სადა ხარ, ჩემო სულიკო?!“

ეკალში ვარდი შევნიშნე,
ობლად რომ ამოსულიყო,
გულის ფანცქალით ვკითხავდი:
„შენ ხომ არა ხარ სულიკო?!“

სულგანაბული ბულბული
ფოთლებში მიმალულიყო,
მივეხმატკბილე ჩიტუნას:
„შენ ხომ არა ხარ სულიკო?!“

შეიფრთქიალა მგოსანმა,
ყვავილს ნისკარტი შეახო,
ჩაიკვნეს-ჩაიჭიკჭიკა,
თითქოს სთქვა: „დიახ, დიახო!“

Gruziński wkład w dzieje ludzkości

Choć podpisano ją jedynie skromnym numerem „5”, Czaszka z Dmanisi należy dziś do najcenniejszych w Gruzji artefaktów archeologicznych i jest ozdobą kolekcji prehistorycznych artefaktów Gruzińskiego Muzeum Narodowego.

Podobnie jak kości innych praludzi, znalezione w latach 1999-2005 w Dmanisi, w regionie Kwemo-Kartlii (na południowy zachód od Tbilisi, nieopodal granicy z Armenią), czaszka nr 5 wywróciła do góry nogami wcześniejsze teorie na temat pradziejów i ewolucji naszego gatunku. Jest bowiem jedyną kompletną, a przy wiekiem szacownym na… 1,85 mln. lat, także najstarszą czaszką ludzką, jaką dotąd odkryto poza kontynentem afrykańskim. Tym bardziej interesującą, że łączy w sobie cechy przypisywane dotychczas kilku gatunkom praprzodków współczesnego człowieka.

 

W 1991 roku archeolog David Lordkipanidze, prowadząc wykopaliska w Dmanisi, natrafił na szczątki wczesnego hominida. W przeciągu dekady kolekcja artefaktów wzbogaciła się o kolejne sensacyjne znaleziska, w tym pięć doskonale zachowanych czaszek oraz niemal kompletny szkielet. Światu ukazał się Homo georgicus erectus – Człowiekiem z Dmanisi.

 

Czaszka z Dmanisi (fot. z portalu Gruzińskiego Muzeum Narodowego; www.dmanisi.ge)

Zastanawiając się czy to nowa gałąź drzewa genealogicznego Homo sapiens, naukowcy opisali jak wyglądał odkryty w Gruzji osobnik. Był niewielkiej postury i miał niewielki mózg, choć proporcje ciała zbliżone do naszych. Poruszał się całkiem sprawnie, był wyprostowany i potrafił pokonywać długie dystanse. Używał prymitywnych narzędzi kamiennych, którymi umiał oprawiać upolowaną zwierzynę. Ba, z oględzin zachowanego szkieletu naukowcy wysnuli wniosek, że najprawdopodobniej, ten konkretny osobnik padł ofiarą szablozębnego tygrysa. Natomiast różnice między kształtem jego kości, a innych odnalezionych wówczas przedstawicieli linii Homo georgicus nie odbiegają od obserwowanych u ludzi współczesnych. Uczeni uznali zatem, że mamy do czynienia z nieznanym dotąd gatunkiem hominida, i zakwalifikowali człowieka z Dmanisi do wczesnej linii Homo erectus, czyli człowieka wyprostowanego. Tej, która około 2 mln lat temu wyruszyła z Afryki, zasiedlając odległe nawet zakątki świata.

Dyskutując nad jedyną słusznością przedstawionej teorii, przedstawiciele nauki są zgodni co do tego, że to przełomowe odkrycie dla dziejów rodzaju ludzkiego. Może bowiem dowodzić, że już w tak odległych czasach istniał tylko jeden gatunek człowieka, a różnice – podobnie jak dziś – wynikały jedynie z przystosowania do lokalnych warunków życia.


Dmanisi Museum-Reserve (85 km na południowy zachód od Tbilisi): www.museum.ge oraz www.dmanisi.ge
Na kanale Vimeo zamieszczony jest film, w którym prof. David Lordkipanidze opowiada o Damnisi, jednym z kluczowych dla światowej nauki stanowisk archeologicznych oraz o wyzwaniu jakim jest poznanie pradziejów naszego gatunku (www.vimeo.com).

 

Prof. David Lordkipanidze piastuje stanowisko dyrektora generalnego Gruzińskiego Muzeum Narodowego – placówki założonej w 2004 roku, patronującej kolekcjom zgromadzonym w 10 miejscach oraz 2 instytutom badawczym. Pod jego kierunkiem muzeum przekształciło się z instytucji typu sowieckiego w nowoczesną przestrzeń dla nauki i edukacji.

 

Nasi wspólni wyprostowani przodkowie patrzą w przyszłość (rekonstrukcja na podstawie odkryć dokonanych na przełomie tysiącleci w Dmanisi); zdjęcie z portalu www.museum.ge

Rachatłukum – spokój gardła

Lokum o smaku granatów, różanym, pistacjowym, migdałowym i wielu innych jest słodką wizytówką Turcji. Konfekcjonowane i na wagę, lokum można dostać wszędzie – w kawiarniach, sklepach i na tłumnie odwiedzanych bazarach Stambułu, gdzie kusi smacznym wyglądem stert posypanych cukrem pudrem lub wiórkami kokosowymi kostek oraz piramid z roladek wypełnionych owocami i bakaliami.

Lokum ze straganu na Wielkim Bazarze w Stambule, fot. Paweł Wroński

Legendarnym miejscem związanym z epopeją lokum jest sklepik Ali Muhiddin Hacı Bekir w Stambule. Lokal, w którym można wybierać smak spośród około 30 różnych lokum zajmuje przyziemie kamienicy przy İstiklal Caddesi 83/A (www.theguideistanbul.com), alei ciągnącej się z rejonu odwiedzanej chętnie Wieży Galata ku północy. Sąsiedztwo ambasad i butików światowych marek dodaje mu splendoru. Patrząc jednak na rzecz z tureckiej perspektywy, role zdają się odwracać, bo firma Hacı Bekir wiąże się ze światową epopeją lokum od przełomu XVIII i XIX wieku. Cukiernikom z rodziny Muhiddin przypisuje się bowiem stworzenie receptury, dzięki której lokum ma niepowtarzalny smak.

Mieszanie lokum na oczach klientów jest rozpowszechnionym w Turcji obyczajem, fot. Paweł Wroński

Ten, kto z upodobaniem obala mity, wzruszy ramionami i powie (nie bez słuszności), że mieszanina cukru z sokiem owocowym, zagęszczona skrobią, do której dodaje się bakalie ma znacznie dłuższą tradycję, a zasługa wspomnianego cukiernika ogranicza się jedynie do stosowania cukru i skrobi na szeroką skalę. To prawda, wcześniej, w Turcji używano miodu i melasy do słodzenia, a kukurydzianej mąki do zagęszczania substancji spożywczych. Na przełom XVIII i XIX wieku przypadło rozpowszechnienie się cukru wyrabianego w przemysłowych rafineriach.W Turcji nazywano go kelle şekeri, i z niego to firma Hacı Bekir zaczęła produkować „twarde cukierki”, nazywane akide. Miały różne kolory i smaki, bo oprócz tłuczonego i rozpuszczonego w wodzie cukru do ich wyrabiania używano różnorodnych składników, takich jak: płatki róż, cynamon, czy owoce cytrusowe.

Po śmierci ojca Mehmeda Muhiddina, schedę przejął jego syn Ali. Firma Hacı Bekir jako pierwsza używała cukru do wyrobu lokum. A gdy w 1811 roku rosyjski chemik Gottlieb Kirchhoff wyizolował skrobię, w cukierni ze Stambułu zaczęto nią zagęszczać lokum. Tak więc, choć opisywane jest jako rodzaj galaretki, lokum bliższe jest czurczcheli (z turecka pestil cevizli sucuk), w której winogronowy syrop zagęszcza się na gorąco mąką i czeka aż masa zastygnie na kształt wypełnionego zazwyczaj orzeszkami lub migdałami batona.

Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego tak opisuje lokum: „wschodni wyrób cukierniczy, w postaci słodkiej masy z cukru, soków owocowych, orzechów, migdałów i krochmalu, krajanej w kostki. (…) rachatłukumy, chałwy, owoce osmażane i różne a różne tatły smakowite. <osmańsko-tur. rahat-łokum, z ar. rāhat halkūm = spokój gardła>”. Polską nazwę rachatłukum spotkamy w książce „Pan Wołodyjowski” Henryka Sienkiewicza, gdyż tą właśnie wschodnią słodkością, Mały rycerz z upodobaniem dogadzał wybrance swego serca.

Niezależnie od różnic, czy podobieństw do przysmaków w Turcji i krajach ościennych znanych z dawien dawna, wyroby firmy Hacı Bekir (sławę przyniosły jej także pasty z gotowanych migdałów bez skórki, mieszanych z cukrem i sorbetem – demirhindi), znalazły uznanie sułtana Mahmuda II. Władca-reformator mianował Muhiddina naczelnym pałacowym cukiernikiem i odznaczył medalem honorowym Nişan-ı Ali Osmani. Odtąd Hacı Bekir Effendi nie tylko łagodził sułtańskie gardło smakowitymi tatłami swego wyrobu, ale też reprezentował – podobnie jak później jego syn – Turcję na wystawach światowych. Próby naśladowania tureckich słodkości doprowadziły z kolei do rozwinięcia się rynku żelków i galaretek w XX-wiecznej Europie i w Ameryce. Firma rodzinna w jaką przekształcił się mały sklepik z manufakturą cukierków Hacı Bekir Effendiego, pozostała słodką wizytówką Turcji i Stambułu również w czasach Atatürka. Istnieje do dziś, a szczycąc się osiemnastowiecznymi korzeniami jest jedną z turystycznych atrakcji metropolii znad Bosforu.


 

Mehmed Muhiddin, czyli Hacı Bekir Effendi – portret cukiernika pędzla maltańskiego artysty Amadeo Preziosiego; oryginał (43 cm x 58 cm) znajduje się w zbiorach Luwru, zaś w pałacu Topkapi wystawiona jest kopia – eksponat nr 214 (arch. Ali Muhiddin Hacı Bekir Confectioners:  www.hacibekir.com).


Stambuł Devrima Erbila

Devrim Erbil należy do najwybitniejszych współczesnych malarzy tureckich. W wieku 81 lat wciąż pracuje na Wydziale Malarstwa Uniwersytetu Sztuk Pięknych Mimar Sinan w Stambule (odpowiednik naszej ASP).

Jego obrazy imponują drobiazgowością, detalem i tonacją. Z gęstwiny kreseczek i linii wyłaniają się iście kartograficzne ujęcia Stambułu – gigantycznej metropolii, rozsiadłej okrakiem na granicy Europy i Azji. Minarety meczetów, górujące nad stłoczonymi domami, stada mew nad Bosforem… To wszystko tam jest. Z dziełami inspirowanymi turecką metropolią, sąsiadują prace stricte abstrakcyjne, nawiązujące bodaj najsilniej do tradycji ornamentyki tak przecież ważnej dla kultury rodzinnego kraju artysty.

Prof. dr Devrim Erbil urodził się w Uşaku w 1937 roku. Studiował na wydziale malarstwa Państwowej Akademii Sztuk Pięknych w Stambule.  W 1959 roku Założył grupę Soyutçu 7’ler (Siedmiu Abstrakcjonistów), a w 1963 grupę Mavi (Błękit). W 1965 roku otrzymał stypendium artystyczne od rządu hiszpańskiego, dzięki czemu kontynuował artystyczne studia najpierw w Madrycie, a później w Barcelonie. Potem przyszedł czas na uczelnie Paryża i Londynu. W 1968 roku ogłoszono go w Turcji „młodym artystą roku”, a rok później został prezesem Tureckiego Stowarzyszenia Artystów Współczesnych. W 1970 roku otrzymał tytuł profesora nadzwyczajnego stambulskiej Akademii, a od 1979 roku pełnił funkcję dyrektora Stambulskiego Muzeum Malarstwa i Rzeźby. W 1981 otrzymał  tytuł profesora zwyczajnego i zaczął kierować Wydziałem Malarstwa ASP w Stambule. Za swoje dokonania artystyczne i pedagogiczne otrzymał w 1991 roku tytuł „Devlet Sanatçısı” (Artysty Narodowego). Jego prace wystawiano w Turcji i za granicą, prowadził wykłady i publikował prace z dziedziny sztuki.

Devrim Erbil – portret artysty, w tle Stambuł jego pędzla, fot. Paweł Wroński

Dzieła artysty włączono do kolekcji państwowych muzeów Malarstwa i Rzeźby w Ankarze, Stambule i Izmirze. Znajdują się także w wielu galeriach państwowych i prywatnych w Turcji i na świecie – m.in. w: Ben and Abby Greg Foundation (Minnesota, USA), Banja Luka Ummeticka Galeriya (Bośnia i Hercegowina), Alexandria Museum of Fine Arts (Egipt), Museum of Contemporary Arts (Bukareszt, Rumunia), National Museum of History (Taipei, Tajwan); Palacio National de Ajuda (Lizbona, Portugalia), Georgian National Museum (Tbilisi, Gruzja); Tirana National Museum (Albania).

na podstawie: www.turkishculture.org

Wystawa malarstwa Devrima Erbila zatytułowana „Ze Stambułu z miłością” miała miejsce w Galerii (-1) w siedzibie Polskiego Komitetu Olimpijskiego (1-18 marca 2018). Na wernisażu otwartym uroczyście przez Ambasadora Republiki Tureckiej w Polsce, artyście towarzyszyli: córka i syn. www.devrimerbil.com

Jesienny Stambuł pędzla Devrima Erbila, fot. Paweł Wroński

Błogosławieństwo Gruzji

Woda bije w Gruzji z tysięcy źródeł we wszechobecnych górskich łańcuchach, spływa bystrymi rzekami i tworzy setki jezior, w których toni przegląda się południowokaukaski kraj.

Z wody czerpią Gruzini moc. W przenośni i dosłownie, bo ich kraj zasila energia elektryczna generowana w sieci hydroelektrowni rozlokowanych przy tamach na górskich rzekach. Ich budowę rozpoczęto już w latach 60. XX wieku, gdy Gruzja była jedną z radzieckich republik, ale impulsem do powszechnego wykorzystania siły wody, była polityczna separacja Abchazji oraz rosyjski protektorat nad jej terytorium. Wschodnia granica regionu biegnie bowiem doliną rzeki Enguri. Wznosi się na niej jedna z najwyższych na świecie betonowych zapór. Zamontowano tam turbiny hydroelektrowni, która do połowy pierwszej dekady XXI wieku pokrywała zapotrzebowanie na 40% energii elektrycznej całego kraju. Urządzenia hydroelektrowni mieszczą się niestety na abchaskim brzegu. Gdy żądnemu autonomii regionowi wsparcia udzieliła Rosja, w rękach wielkiego brata zza Kaukazu znalazł się także przełącznik prądu. Budując hydroelektrownie na innych rzekach, zwłaszcza na niemniej potężnej Aragwi, spływającej z Wielkiego Kaukazu wprost do Tbilisi, Gruzini za jednym zamachem uniezależnili się od abchaskiej samowoli i rosyjskiego nacisku. Nie odczuwają już problemów z elektrycznością. Ba, niczym w geście Kozakiewicza, rzęsiście oświetlają najważniejsze miasta: Tbilisi i czarnomorski kurort, Batumi.

Zapora na rzece Enguri ze sporną elektrownią, położoną na abchaskim brzegu, fot. Paweł Wroński

Tbilisi na źródłach stoi
Z wodą wiążą się legendarne początki gruzińskiej stolicy. Ba, jej nazwa – Tbilisi, wywodzi się od określenia gorących źródeł, na jakie podczas polowania natknął się król Wachtang Gorgosali. Goniąc za zranionym jeleniem dotarł do przesłoniętego oparami wody leśnego zakątka. Ciepła woda uleczyła rany zwierzęcia, a król oczarowany pięknem zakątka i cudowną mocą wody, nakazał w tym miejscu budowę miasta, do którego przeniósł stolicę z pobliskiej Mcchety. Było to półtora tysiąca lat temu. Nad źródłami powstała z czasem u bram miasta rozległa łaziebna dzielnica Abanotubani. Zaczerpniętym od perskich i tureckich najeźdźców obyczajem, zatrzymywały się w niej karawany, by zdrożeni kupcy mogli się oddać kąpieli i zmyć kurz ze szlaku. Dopiero po ablucjach wkraczano do miasta. Kopuły zabytkowych łaźni Orbeliani wciąż są charakterystycznym elementem panoramy starego Tbilisi. Woda ma temperaturę 40 st. C i nasycona jest związkami siarki, co nie umknie niczyjej uwadze ze względu na specyficzny zapach. Łaźnie zaś cieszą się ogromnym powodzeniem wśród mieszkańców i gości Tbilisi. Pod każdą z 15 kopuł znajduje się niewielki basen z ciepłą wodą oraz kilka marmurowych łóżek, na których klienci poddają się zabiegom. Kości aż trzeszczą gdy wprawny masażysta, zwany z turecka mekise, ustawia stawy na właściwych miejscach, skóra czerwienieje od nacierania, a mocno uderzane mięśnie rozluźniają się. W połączeniu z kojącym działaniem termalnej wody i delikatnych siarkowych wyziewów, masaż znakomicie relaksuje, ciało nabiera sprężystości, a energia zdaje się podwajać. Typowa sesja trwa około godziny. Wiele osób decyduje się jednak na dłuższy pobyt, zwłaszcza po to, by omawiać interesy. Pamiętać jedynie należy, że łaźnie nie są koedukacyjne. Wejście zaś, znajduje się przy ulicy Grishashvili, noszącej imię poety, który twierdził, że „być w Tbilisi i nie zażyć kąpieli w Orbeliani, to tak jak odwiedzić Paryż i nie zobaczyć Wieży Eiffel’a”.

Świat pije Borjomi
Światową sławę zawdzięczają Gruzini wodzie – butelkowanej mineralnej Borjomi (czyt. Bordżomi). Miejscowość, w której tryskają jej źródła rozsiadła się w malowniczej dolinie rzeki Mtkwari (znanej pod turecką nazwą Kura), wijącej się między pasmami Małego Kaukazu. Źródła były znane przynajmniej od I stulecia przed Chrystusem. Ale odkryte przez archeologów kamienne wanny z czasów rzymskich świadczą, że używano ich raczej do kąpieli, niż do picia. Tak było do XVI wieku, do tureckiej inwazji, po której region się wyludnił i o wodach zapomniano. Miejscowością zainteresowano się ponownie, gdy zachwyciła Wielkiego Księcia Romanowa. W 1842 roku wzniesiono z jego rozkazu pierwszą na terenie Gruzji carską rezydencję, a towarzyszący księciu dworzanie przyczynili się do powstania mody na wypoczynek w Bordżomi. Pod koniec stulecia składem oraz właściwościami wód i mikroklimatu zainteresowali się naukowcy, i wkrótce miejscowość przekształcono w uzdrowisko. W okresie międzywojennym XX wieku rozpoczęto przemysłową eksploatację źródeł, aby wodę rozprowadzać jako leczniczą. W czasach socjalistycznych kurort przeżywał oblężenie, ale nie rozwijano infrastruktury, więc po upadku ZSRR uzdrowisko szybko popadło w ruinę. Dziś powoli się odradza, kusząc pięknym parkiem ze źródłami. Wody nasycone dwutlenkiem węgla zaleca się do picia osobom z niewydolnością układu pokarmowego. W zasilanych gorącą siarkową wodą basenach urządza się kąpiele zdrowotne. Są zbawiennie dla zreumatyzowanych stawów i skóry. Butelkowaną wodę ze źródeł Bordżomi, Likani i Waszlowani-Kwibisi eksportuje się do ponad 30 krajów.

W Tskaltubo kąpał się Stalin
Tskaltubo leży w zachodniej części kraju, 7 km od Kutaisi. Imponuje pałacową architekturą i rozmachem założenia. Bryły wzniesionych tam monumentalnych budowli wieńczą szeregi kamiennych figur i dekorowane płaskorzeźbami frontony. Do kolumnowych portyków poprzedzających wejścia prowadzą szerokie schody. We wnętrzach nie poskąpiono marmurów, a wystroju dopełniają ciężkie, ozdobne żyrandole. Wszystko tonie w bujnej zieleni, tak charakterystycznej dla niewielkich gruzińskich nizin, jakie ciągną się na kształt klina od wybrzeża Morza Czarnego po Kutaisi. W parkowym otoczeniu jest mnóstwo połączonych schodami widokowych tarasów z tralkowymi balustradami. W prowadzących na nie alejkach tryska woda z wielkich kamiennych fontann. Zachowana pieczołowicie socrealistyczna aranżacja zdradza, że kompleks powstał w latach 40. O lokalizacji zadecydowały zasoby przesyconych radonem wód termalnych. Ich temperatura oscyluje koło 35-36 st. C. Kąpiele sprzyjają leczeniu i profilaktyce chorób układu sercowo-naczyniowego, skóry, narządów ruchu, metabolizmu, układu nerwowego i ginekologicznego. Walory zdrowotne, ciepły klimat i odległość od teatrów toczącej się wojny sprawiły, że właśnie tutaj radzieckie Ministerstwo Obrony założyło luksusowy ośrodek wypoczynkowo-rehabilitacyjny, który szybko zyskał popularność wśród krajowych elit. Ba, ponoć sam Stalin, rodowity przecież Gruzin, chętnie w nim wypoczywał. Ten argument wykorzystywany jest zresztą skwapliwie w promocji ośrodka, który po odrestaurowaniu otwarto ponownie w 2011 roku jako „Tskaltubo SPA Resort”. Oprócz basenów i zabiegowych gabinetów ośrodek oferuje hotelowe zaplecze, sale konferencyjne i koncertową. Do dyspozycji gości oddano też klub, herbaciarnię i bilardowe stoły.

Tskaltubo SPA koło Kutaisi – socrealistyczna architektura doby stalinowskiej, fot. Paweł Wroński

Orzeźwienie z wody
Wedle współczesnej wiedzy Gruzja jest kolebką winiarstwa. Świadczą o tym fragmenty glinianych naczyń z początków VI tysiąclecia przed naszą erą odkryte przez archeologów około 30 km na południe od Tbilisi, nieopodal Szulaweri. Są pokryte osadem kamienia winnego, a żadna inna z okolicznych roślin nie zawiera kwasu winowego. W okolicy znaleziono więcej świadectw uprawy winorośli, a przede wszystkim pestki winogron i sadzonki z tego samego okresu. Dowodząc ośmiu tysięcy lat tradycji, w wyścigu o miano kolebki winiarstwa, Gruzja wyprzedziła konkurentów – Iran, gdzie w Hadzi Firuz Tepe istnieją ślady upraw z połowy VI tysiąclecia p.n.e. oraz Armenię z jaskinią Areni-1, którą nazwano nawet „winiarnią sprzed 6 tysięcy lat”. Jednak historią jeszcze dłuższą niż winiarska szczycą się w Gruzji producenci piwa. Ba, starożytni Grecy opisywali mieszkańców dzisiejszej Gruzji jako georgias czyli uprawiających ziemię. W południowej części kraju odnaleziono dowody przechowywania ziarna pszenicy i narzędzia, którymi ją uprawiano już na przełomie VII i VI tysiąclecia przed Chrystusem, czyli niemal 9 tysięcy lat temu, a więc nawet dawniej niż winorośl. Od uprawy pszenicy do produkcji piwa tylko krok, natomiast na smak piwa wpływa w ogromnej mierze woda. Tej zaś, jako się rzekło, w Gruzji nie brakuje. Z górskich źródeł czerpią ją browary produkujące Mtieli – piwo z gór, na którego etykiecie piętrzą się kaukaskie szczyty i widać sylwetkę kozicy, Kazbegi – wizytówkę Wysokiego Kaukazu, czy Natakhtari, które w krótkim czasie podbiło 65% krajowego rynku. Ostatnim akordem jest moda na minibrowary. Wprawdzie dotarła do Gruzji niedawno, ale do grona faworytów w wyścigu o miano najlepszego piwa stanęły już tbiliskie restauracje Mirzaani, oferując chmielowy trunek z własnej warzelni. Tak oto dzieje korzystania z wody dla zdrowia i przyjemności zataczają w Gruzji krąg, zaczynając się i kończąc w Tbilisi.


INFO
Oficjalny portal z informacjami turystycznymi na temat Gruzji: www.exploregeorgia.org
Ciekawe i pożyteczne posty kolportuje facebook’owa społeczność Открой Грузию


Tekst był publikowany w zimowym zeszycie magazynu Eden w 2017 roku (www.spaeden.pl).


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00