Eyvallah – to słowo jest kluczem

W każdym niemal języku znajdziemy słowa, które otwierają serca jego użytkowników. Takim słowem w Turcji jest „eyvallah”. 

Wypowiadamy je, aby wyrazić uznanie, zachwyt, pełną aprobatę, aplauz, czy kordialne podziękowanie.

Z tej samej ‘rodziny’ pochodzi jeszcze kilka zwrotów – nader często używane „inşallah” oraz niemniej rzadkie „maşallah”.

Zwrotu „inşallah” używamy, jeśli pragniemy wyrazić nadzieję – na sukces, spełnienie marzeń, pwodzenie przedsięwzięcia czyjegoś, lub tego, w którym uczestniczymy.

Maşallah” jest odpowiednikiem naszego „niech cię (tobie, komuś, kogoś) Bóg błogosławi!”. Nie ma jednak religijnego wydźwięku, wyraża po prostu życzliwość, jest dowodem pozytywnego myślenia o czyjejś, ewentualnie własnej czy wspólnej pomyślności.

Jest wreszcie słowo, które może być wypowiedziane żartem, i – wtedy – nic złego nie oznacza: „illallah”. Gorzej, jeśli mówi je ktoś ‘na poważnie’, bo wtedy staje się sygnałem, żeby odpuścić, dać spokój. Znaczy bowiem: „mam cię powyżej uszu”, „mam cię dosyć!”.

Wspomniane zwroty weszły do języka tureckiego, najprawdopodobniej w ślad za islamem. Pochodzą więc z kultury arabskiej, na co wskazuje ostatni człon: „-allah”, oznaczający przecież jedynego Boga. Podobnie jednak jak u nas „z Bogiem”, poprzez codzienne użycie utraciły już dawno religijny kontekst i zadomowiły w potocznym języku.

Powyższa dygresja wiąże się z moim wyrazem uznania dla tureckiego pomysłu promowania Frygii, regionu pięknego i bogatego. Charakteryzują go spektakularne krajobrazy, cenne zabytki, wspaniała sztuka i rzemiosło.

Gdzie go szukać? W Azji Mniejszej, mniej więcej w połowie podstawy trójkąta, którego główny wierzchołek znajdziemy w Stambule, a dwa pozostałe w  Izmirze i Ankarze. Frygia jest wspaniałą, interesującą krainą. Opowiadałem o niej w programie Pawła Drozda w radiowej Trójce, a w najbliższym czasie opowiem jeszcze raz – podczas Targów Turystycznych ‘TT Warsaw 2018’, 24 listopada.

Eyvallah!

 

Reklamy

Tanini Trio, Ali Ufki i 95 lat Republiki

Muzyka znad Bosforu kojarzy nam się zazwyczaj i chyba przede wszystkim… z Marszem Tureckim Mozarta albo, formułując rzecz bardziej muzycznie – Rondem Alla Turca, czyli III częścią XI Sonaty fortepianowej (KV 331). Zapewne dla młodszej generacji czytelniejsze są asocjacje z filmem o klubach Stambułu Fatiha Akina z 2005 roku – „Życie jest muzyką”.

Nasi przodkowie postrzegali rzecz raczej klasycznie, o czym świadczy fakt, że dzwoneczki przy końskiej uździe nazwali janczarami. Owe zaś dzwonki, przy których maszerowały w bój oddziały janczarów, skojarzyły się właśnie genialnemu austriackiemu kompozytorowi z Imperium Osmanów, pobrzmiewają więc dźwięcznie w jego słynnym rondzie.

 

Sułtańskie zaproszenie do walca
O związkach Turcji z Europą w kontekście muzycznym słyszałem już wielokrotnie, i gdzieś na szczycie dokonań w tej dziedzinie, umieściłbym kompozycję Sułtana Abdülaziza, 32. władcy Imperium Osmańskiego (1830-1876). Jego pogodne Valse Davet (Zaproszenie do walca) nie pozostawia wątpliwości którym z dworów europejskich sułtan był najbardziej zafascynowany.

Pierwszy raz słuchałem wspomnianej kompozycji, goszcząc w Sali Wielkiej Zamku Królewskiego na zaproszenie Ambasadora Turcji w Polsce, na koncercie zorganizowanym z okazji 94. Święta Republiki Turcji. Wykonał ją wówczas zespół cenionych kameralistów „Ottoman Ensemble”.

Słuchaj: www.pawelwronski.blog w poście zatytułowanym: „Sułtan zaprasza do walca”.

95. Święto Republiki
Rok później, podczas kolejnego Święta Republiki Turcji (tym razem okrągłego, bo 95.), utwór pojawił się w programie zespołu zaproszonego przez Ambasadora Turcji w Polsce, J.E. Tunça Üğdüla do uświetnienia uroczystości, ponownie zresztą zorganizowanej w Sali  Wielkiej warszawskiego Zamku Królewskiego.

Źródło zdjęcia: Wikimedia.org

„Tanini Trio” w składzie Tahir Aydoğdu (kanun), Burçin Büke (fortepian) i Bilgin Canaz (ney), wykonało sułtański walc jeszcze dynamiczniej niż poprzednicy. W żadnym wypadku nie chcę powiedzieć przez to, że lepiej, bo w obu przypadkach były to interpretacje wirtuozerskie. Tym razem zachwyciło mnie i zaskoczyło brzmienie neya, z której Bilgin Canaz wydobywał cały ocean dźwięków. A przecież ney to prosta piszczałka (turecka ma 7 otworów – 6 z przodu, 1 z tyłu na kciuk), zbliżona do fletu, znana już w starożytnym Egipcie, czyli 3 tys. lat temu, do dziś bardzo popularna w krajach Środkowego Wschodu.

 


Bobowski po przemianie

Tanini Trio – zdjęcie pochodzi z internetowego anonsu koncertu tureckich muzyków w Muzeum Pałacu w Wilanowie, jaki odbył się w maju 2018 roku

Słuchając muzyki tureckiej i czytając o niej, natrafiłem na nazwisko rodaka, Wojciecha Bobowskiego (1610-1675). Pochodził z protestanckiej rodziny, z Bobowej w Małopolsce, a swoją przygodę z muzyką rozpoczął za młodu jako organista kościelny. Podczas tatarskiego najazdu w jakie obfitował wiek XVII, dostał się w jasyr. Los zawiódł go do Stambułu, gdzie dość szybko niewola okazała się niezbyt uciążliwa. Zapewne dlatego, że jego talenty muzyczne i znajomość języków (16!), doceniono na sułtańskim dworze. Bobowski nie sprzeciwiał się zresztą przeznaczeniu – przeszedł wkrótce na islam i został wyzwolony. Co więcej, posłano go do Enderun – szkoły kształcącej urzędników Ottomańskiego dworu. Ostatecznie do tureckiej historii przeszedł jako Ali Ufki. Ba, i to z tytułem ‘Bey’, przysługującym urzędnikom, jakim go obdarzono, wyrażając uznanie dla jego zasług w roli tłumacza, dyplomaty i kompozytora. W wykonaniu „Tanini Trio” kompozycja Ali Ufki Beya: Nikriz Peşrev.

 

 

„Tanini Trio” powstało w 2006 roku. Od początku, zespół buduje swój repertuar tak, aby stał się mostem pomiędzy Wschodem a Zachodem. W ten sposób Trio promuje pokój i przyjaźń na świecie. Zachodnia muzyka z tureckimi elementami przeplata się w ich programach z turecką muzyką z zachodnimi wątkami.

Sala Wielka Zamku Królewskiego na moment przed koncertem „Tanini Trio”, fot. Paweł Wroński

Tanini Trio: www.taninitrio.com oraz (fanpage) www.facebook.com

Asmainler Saklı Vadi czyli ukryta dolina

W większości dolin Wyżyny Frygijskiej (Dağlık Frigya), wytchnienie można znaleźć jedynie w cieniu skał i pojedynczych drzew. Na pograniczu prowincji Eskişehir i Kütahya jest inaczej, bo zbocza tamtejszych dolin porastają lasy.

Nad żwawo meandrującym strumieniem szumią topole, sporo w okolicy leszczyn, a z większych drzew – jesionów i topoli. Ba, gdzie nie gdzie spotyka się modrzewie, ale najwięcej jest sosen. Łagodnie zarysowane grzbiety sięgają 1200-1400 m wysokości, jednak na stokach, skaliste turnie strzelają ponad korony drzew. Jak w wielu innych spektakularnych grupach skalnych frygijskiej krainy, uformowane bajecznie kamienne kominy, kryją i tutaj antyczne grobowce.

Wejście w zalesioną dolinę z wioski Inli, fot. Paweł Wroński

Penetrowałem jedną z takich dolin w rejonie wioski İnli, nieopodal miasta Kütahya. Szum drzew, pobrzękiwanie krowich dzwonków i świergot ptaków, tworzą oryginalną atmosferę tej zielonej enklawy semi-pustynnej przeważnie Frygii.

Na ścianach domów, cembrowinach ujęć wodnych i pniach drzew, widoczne były od czasu do czasu biało-czerwone znaki. Ścieżka nie pozostawiała zresztą wątpliwości, co do kierunku marszu.

Oznaczenie frygijskiego szlaku, fot. Paweł Wroński

W İnli, rzecz ciekawa, w starym domu o kształcie i dekoracjach typowych dla regionu, urządzano właśnie hostel dla turystów. Gdy szlak będzie w pełni gotowy, oznaczone logo i tabliczkami przybytki tego typu będą funkcjonować na tej trasie nie tylko tu w İnli, ale także w innych wioskach w regionie: Sabuncupınar, Lütfiye, Sarıcaova oraz Demirli. Odnaleźć je będzie tym łatwiej, że twórcy Frig Yolu (Szlaku Frygijskiego) przygotowują smartfonową aplikację. Nowoczesność dociera do İnli – bez wątpienia!

Frig Evi – stylowy dom frygijski we wsi İnli, w którym urządzono hostel dla turystów, fot. Paweł Wroński

Póki co, można skorzystać z otwartej dla wszystkich świetlicy w siedzibie sołtysa. Takie miejsca są w każdej gminie, a łatwo je rozpoznać bo oznaczone są niebieskimi tabliczkami z nazwą wsi i napisem „Muhtarliği”.

Muhtarliği – siedziba sołtysa w centrum wioski İnli, na pograniczu prowincji Eskişehir i Kütahya (skrót T.C. oznacza Republikę Turecką – Türkiye Cumhuriyeti), fot. Paweł Wroński

Frig Yolu (Droga Frygijska) albo Frig Vadisi (Doliny Frygijskie), to sieć turystycznych szlaków o łącznej długości ponad 500 km, wytyczona przez grupę wolontariuszy w 2013 roku. Dla realizacji swojego pomysłu wykorzystali antyczne oraz współczesne drogi i pasterskie ścieżki. Projektowi patronują tureckie Ministerstwo Kultury i Turystyki oraz Frygijskie Stowarzyszenie Zabytków Kultury i Rozwoju (Frigküm), powołane przez władze prowincji: Afyonkarahisar, Eskişehir i Kütahya (www.frigvadisi.gov.tr; informacje o szlaku i jego atrakcjach, także na stronach: www.kulturportali.gov.tr).


Projekt ‘Doliny Frygijskie’ (Frig Vadileri): www.frigvadisi.gov.tr

Ciotka Şefika i jej Gözleme

Wioska Ayazini w dystrykcie İhsaniye w prowincji Afyonkarahisar w Turcji położona jest pośród fantastycznych grup skalnych, w których kryją się pamiątki odległej przeszłości.

Oddech tropików. Na szczęście, w dolinie, w której leży wioska Ayazini można znaleźć rzucające cień drzewa, fot. Paweł Wroński

Jest pośród nich odległa o niespełna 10 km Dolina Göynüş ze słynnymi grobowcami z epoki frygijskiej i spektakularna grupa skalnych kominów, na podobieństwo kapadockich nazwana Doliną Kominów.

Każdemu według potrzeb 🙂 Zresztą nie ma pośpiechu. Słynny kamień Yilantaş (Wężowa Skała) leży tu od stuleci, a krowa może za chwilę odejść, fot. Paweł Wroński
Spacer frygijską Doliną Kominów to uczta dla oczu, bo sceneria skalna nie gorsza jest tutaj niż w Kapadocji, Wielkim Kanionie w Ameryce czy w Dolomitach we Włoszech. Fot.: Paweł Wroński

Do miejscowych atrakcji należy wykuty w skałach kościół z epoki bizantyńskiej i uprawy maku, a którego niegdyś robiono opium, a dziś – w kontrolowany rygorystycznie sposób – wyrabia się w stolicy prowincji morfinę dla celów medycznych, a jak region długi i szeroki różnorodne przysmaki.

Bizantyjski kościół wykuty w skałach – jedna z krajobrazowych, a zarazem historycznych atrakcji wioski Ayazini, fot. Paweł Wroński
Pokruszone makówki, po oddzieleniu ziaren maku, trafią do skupu. Posłużą do produkcji morfiny w zakładach w Afyonkarahisarze, fot. Paweł Wroński

Choć z makiem wprost nie związana, w Ayazini jest jeszcze jedna wysokiej klasy atrakcja ze sfery kulinarnej – gospoda Ciotki Şefiki. Wspomagana przez całą rodzinę gospodyni serwuje przepyszne Gözleme, podając do nich herbatę lub kawę, rzecz jasna parzoną po turecku!

Gözleme to placek z cienkiego ciasta wypełniony serem, serem ze szpinakiem, ziemniakami, mięsem, czy innych wariacji – popularny w całej Turcji przysmak.

Potrawa jest mocno zbliżona do chaczapuri – placków z serem znanym we wszystkich krajach kaukaskich. Jest więc świadectwem pokrewieństwa narodów z kręgu kultury śródziemnomorskiej. Wbrew skomplikowanej historii ich wzajemnych stosunków, zwłaszcza, prowadzących do krwawych wojen, religijnych różnic.

Spektakularna skalna sceneria wioska Ayazini, fot. Paweł Wroński

Şefika Teyze, czyli Ciotka Şefika, prowadzi lokal w jednym z osiedli wioski Ayazini. Scenerię tworzą ciekawe formy skalne i bujna roślinność. Jak tam dotrzeć? Każdy wskaże gdzie to jest, a jeśli zobaczymy tablicę z napisem: Şefika Teyze Katmer ve Gözleme Evi Çay Bahçesi, to możemy mieć pewność że trafiliśmy we właściwe miejsce!


Przepisy na Gözleme – placki tureckie w Internecie, np.:
www.turcjaodkuchni.blogspot.com czy www.tureckieprzepisy.pl

Film zamieszczony na Youtube prezentuje przygotowanie ketmeru, czyli warstwowego ciasta tureckiego, jakie stosuje się do wyrobu placków Gözleme.


Projekt turystyczny ‘Doliny Frygijskie’ (Frig Vadileri): www.frigvadisi.gov.tr

Gruziński alfabet w słusznym wieku

Napisy po gruzińsku przypominają sekwencje arabskie, a wyglądają niczym wyrafinowane dekoracyjne ornamenty.

Gruzini piszą jednak tak jak my – od lewej do prawej, a więc inaczej niż narody arabskie. Alfabet mają też zgoła odmienny. Własny, niepowtarzalny. Ba, jeden z najstarszych na świecie, bo powstał w IV stuleciu i wciąż jest w użyciu, choć kilkakrotnie się zmieniał.

Dziś składa się z 33 znaków i obejmuje zapisy trudnych do powtórzenia, nie występujących w żadnym innym języku głosek.

Alfabet gruziński z głoskami odpowiadającymi 33 literom, fot. Paweł Wroński

Przez stulecia zmieniał się krój liter. Używany współcześnie mchedruli, czyli krój jeźdźców (gruz. mchedari oznacza jeźdźca), zwany też rycerskim, wywodzi się z XI wieku.

Gruzini dumni ze swej kultury, są także praktyczni. Mają świadomość hermetyczności rodzimej mowy. Toteż na tablicach drogowych, stosują podwójny zapis – po gruzińsku oraz latynicą w angielskiej transkrypcji fonetycznej. W duchu poszanowania języka polskiego, Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych Poza Granicami Rzeczypospolitej Polskiej dokonała ich transliteracji.

Kawał dobrej i jak to się mówi „nikomu niepotrzebnej roboty”. W efekcie bowiem mkhedruli zapisujemy mchedruli, a na przykład nazwę Mtskheta (gruz.: მცხეთა) – Mccheta. Tyle tylko, że tej ostatniej nigdzie nie znajdziemy, zaś statystyczny Gruzin zapytany przez nas o Mcchetę, zwłaszcza jak ją mu pokazujemy palcem na mapie, znacząco skrobie się po głowie.

Kachetyńskie miasteczko – z angielska Sighnaghi (gruz.:სიღნაღი), zapisujemy Signagi (notabene żadna wersja, ani transkrypcja, ani transliteracja nie oddają wiernie gruzińskiej wymowy tego słowa, w którym dwukrotnie pobrzmiewa gardłowe ‘ghr’), a wioski, która dała nazwę białemu szczepowi winorośli i wyrabianemu zeń winu: Tsinandali (gruz.: წინანდალი) – Cinandali. Zapewne dla naszej wygody, Komisja, złożona z wybitnych językoznawców i geografów, przyjęła za obowiązującą nazwę Kura dla głównej i najpotężniejszej rzeki Gruzji, jakby ignorując fakt, że to nazwa turecka (nic dziwnego bierze swoje źródła w Turcji), ale używana także przez Rosjan i narzucona Gruzinom podobnie jak nazwa Tyflis/Tiflis dla Tbilisi (gruz.: თბილისი). Rzeka ma przy tym imię w języku Kartlów, trudniejszą – prawda: Mtkwari (gruz.: მტკვარი; ang.: Mtkvari).

W Internecie, gdzie łatwiej o materiały anglojęzyczne, podobnie jak na większości dostępnych map, praktyczniejsze jest posługiwanie się transkrypcją angielską. W miastach, zwłaszcza wśród przedstawicieli młodszych generacji, znajomość angielskiego jest powszechna. Natomiast na prowincji, w kontaktach z ludźmi starszymi, przydaje się rosyjski. Również na południowym pograniczu, zwłaszcza w Meskhetii, zamieszkałej w większości przez ludność o ormiańskich korzeniach, język rosyjski jest w powszechnym użyciu. Posługując się nim, zaznaczmy jednak na wstępie, że jesteśmy z Polski. Poziom sympatii wzrośnie niebotycznie.


 

Nad wielkim Jeziorem Paravani

Jezioro Paravani jest największym akwenem gruzińskiego interioru. Otoczone łagodnymi, acz sięgającymi 3 tys. m wysokości pasmami Gór Samsarskich i Dżawacheckich rozlewa się na rozległym płaskowyżu, na wysokości 2073 m.

Obniżenie między wspomnianymi pasmami wypełnia jeszcze kilka innych akwenów, m.in. Jezioro Saghama. Na morenie miedzy nim a Paravani rozsiadła się wieś Gandzani. Podobnie jak w niemal całej prowincji Samtskhe-Javakheti (Meskheti; w polskiej transliteracji: Samcche-Dżawachetia), mieszkają w niej Ormianie. Na południowym skraju wsi znajduje się przyjemna restauracja (a wkrótce także Guest House), prowadzony przez przedsiębiorczego Ormianina z rodziną – „Family Corner”.

Z gospodarzami pensjonatu „Family Corner”, fot. Paweł Wroński

Niezwykle ważnym obiektem gruzińskiej kultury i pamiątką dziejów regionu i kraju jest XI-wieczna cerkiew w Poka, wzniesiona na miejscu świątyni, w której zgodnie z tradycją miała się zatrzymać św. Nina Oświecicielka Gruzji zaraz po przybyciu na ziemię Kartlów, jak mówią o sobie – zgodnie z odwiecznym obyczajem – Gruzini. Niewielki klasztor zamieszkuje obecnie 7 sióstr (post na ten temat w niniejszym archiwum zatytułowałem „Poka – przystanek św. Niny”: www.pawelwronski.blog).

XI-wieczna cerkiew przy monastyrze w Poka nad Jeziorem Paravani, fot. Paweł Wroński

Wróćmy jednak do Ormian, którzy tu żyją, a przybyli z Turcji. Ich rodzinne dziedziny padały wielokrotnie łupem ekspansywnych sąsiadów:  Persów, Seldżuków, egipskich Mameluków, Mongołów, Arabów, a wreszcie Turków  Osmańskich. Sytuację komplikował zawsze fakt, że Ormianie jako pierwsi przyjęli chrześcijaństwo (już w 317 roku), i wiernie trwają przy tej wierze do dziś. Zdobywcy zaś, byli innowiercami. Brzemienny w skutki okazał się rok 1639, w którym doszło do rozbioru Armenii. Zachodnią część zajęli Turcy, wschodnią zaś Persowie. W 1828 roku Rosjanie odebrali Persom ich łup. W konsekwencji losy wschodnich Ormian i Gruzinów splotły się ze sobą, a więzi umacniały najpierw pod rządami carskimi, później – komunistyczni. Kres temu kilkusetletniemu okresowi niedoli położył dopiero rozpad Związku Radzieckiego, czyli sławetna pieriestrojka.

Jezioro Saghamo na Płaskowyżu Dżawacheckim, fot. Paweł Wroński

Na ziemiach tureckich, gdzie w okresach kryzysów dochodzą do głosu ortodoksyjni islamiści, sytuacja Ormian pogorszyła się za panowania ostatnich Osmanów. Po obaleniu sułtanatu prześladowania drastycznie się nasiliły, prowadząc w latach 1915-1916, a więc pod rządami tzw. młodoturków, do pierwszego w dziejach XX wieku ludobójstwa. W wyniku bezwzględnej akcji eksterminacyjnej zginęło wówczas na ziemiach tureckich ok. 1,5 mln Ormian (z 2,1 mln. tam żyjących w 1912 roku). Czuły na prawa człowieka świat zachodni przełknął kwestię owego holocaustu gładko, bo – ze względów geopolitycznych i militarnych – wyżej aniżeli interesy jakiejkolwiek mniejszości, cenił sobie sojusz z Turcją. Winston Churchill podsumował rzecz lakonicznie: „Ropa Mosulu była ważniejsza od krwi Ormian”. Zarówno w XIX wieku jak i w pierwszej ćwierci XX, ormiańscy imigranci zaznali gościny na gruzińskiej ziemi, i po dziś dzień zamieszkują Meskhetię.

 

Stolicą Samtskhe-Javakheti (Meskheti) jest Akhalkalaki, miasto oddalone od zwornika współczesnych granic z Turcją i Armenią około 60 km w linii prostej. Niemal 95% jego populacji stanowią Ormianie. Miasto liczy 8,3 tys. mieszkańców. Prowincję zamieszkuje dziś (wg danych z 2014 roku), niespełna 70 tys. osób.

 

W okresie osmańskiego panowania na dzisiejszym pograniczu Gruzji z Turcją i Armenią pojawili się tureccy osadnicy. Kres ich bytności na terenach Adżarii i Javakheti położył Józef Stalin, deportując w 1944 roku mniejszość określaną mianem Turków Meskheckich do… Uzbekistanu.

Ślady przeszłości zachowały się jednak w obyczajowości mieszkańców prowincji, np. w kuchni, gdzie wpływy tureckie i ormiańskie są wyraźnie widoczne.

Kojarzona z Adżarią wersja chaczapuri jest także typowym daniem kuchni armeńskiej; do tego – oczywiście – kawa po turecku, fot. Paweł Wroński

Artykuły – dla kontrastu – o standardowych atrakcjach Gruzjiwww.mygeotrip.com
Losy Ormian w Turcji – eksterminacjawww.opoka.org.pl


10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, pożyczonym dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).
Nad Jeziorem Paravani, fot. Paweł Wroński

Poka – przystanek św. Niny

Jak głosi tradycja, św. Nina – oświecicielka nazywana też równą apostołom, patronka Gruzji, nakłoniła do przyjęcia chrztu Miriana III, władcę Kartlii – najpotężniejszego z proto-gruzińskich królestw.

Nastąpiło to w 337 roku. Wydarzenie opisano w kronice zatytułowanej Moktseva Kartlisa (w polskiej transliteracji: Mokcewaj Kartlisajgruz.: მოქცევაჲ ქართლისაჲ, czyli Nawrócenie Kartlii), najstarszym zachowanym zabytku gruzińskiego piśmiennictwa.

Poka. Na ikonie wykonanej techniką emalii widoczna jest w środkowej kwaterze postać św. Niny, fot. Paweł Wroński

Wiele legend wraca do tamtych czasów. W niektórych Nina pochodziła z Kapadocji i była niewolnicą na królewskim dworze w Mtskhecie, w innych wywodziła się z arystokratycznego rodu i była spokrewniona z patriarchą Jerozolimy.

Niezależnie jednak od hagiograficznej wersji biografii, gorliwie wyznawała chrześcijaństwo i miała moc uzdrawiania. Na znak wiary związała puklem własnych włosów dwie gałązki winorośli, czyniąc z nich krzyż, który stał się jej atrybutem po kanonizacji.

Krzyż św. Niny przechowywany jest z największym pietyzmem w srebrnym relikwiarzu, ozdobionym scenami z jej żywota, w katedrze Sioni w Tbilisi. Motyw krzyża św. Niny jest bardzo popularny i spotyka się go w całym kraju. Jest przy tym łatwy do rozpoznania, bo gałązki winorośli są wiotkie, więc gdy obsychały, ramiona krzyża opadły. Gruzinom to nie przeszkadzało. Przeciwnie, uznali znak za cudowne nawiązanie do słów Chrystusa: „Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który [go] uprawia.”.

 

Święta Nina urodziła się ok. 268 roku, zmarła w 335. Gruzini wymawiają jej imię: Nino (წმინდა ნინო). Autokefaliczny kościół gruziński obdarza Ninę przydomkami Oświecicielki Gruzji, bądź Równej Apostołom. Do panteonu świętych zaliczają ją kościoły: rzymskokatolicki, prawosławny i ormiański.

 

Również w każdej z wersji legendy powtarza się, że pierwszym miejscem do jakiego dotarła św. Nina na ziemiach Kartlów, był niewielki klasztor w Poka, na południowo wschodnim brzegu Jeziora Paravani, na Płaskowyżu Dżawacheckim. Akwen rozlewa się wśród wygasłych przed tysiącleciami wulkanów. Rysują się w pejzażu łagodnymi wałami grzbietów, tworząc najwyższe na terenie Gruzji pasma Małego Kaukazu – Góry Samsarskie i Dżawacheckie. Sięgają 3 tys. m wysokości. Jezioro leży na wysokości 2073 m.

Jezioro Paravani, w tle Didi Abuli (3300 m), fot. Paweł Wroński

Jak w każdej legendzie i w tej zawarte są wątki podbudowujące wiarygodność narracji. Wprawdzie winorośli się już tutaj nie uprawia, ale przed wiekami było inaczej. Nie Kachetia, ale pogranicze dzisiejszej Armenii i Gruzji słynęło z wyrobu wina. Ba, co więcej, ten właśnie rejon jest kolebką światowego winiarstwa o czym świadczą znaleziska archeologiczne w Shulaveri (w polskiej transliteracji: Szulaweri, od 1925 roku miejscowość znana jest jako Shaumiani; stanowisko Gadachrili Gora i inne), zaledwie 30 km na południe od Tbilisi – najstarsze z odkrytych na świecie artefakty i sadzonki datowane na 6 tysiąclecie przed Chrystusem. Przybycie z Armenii i głęboka wiara Niny (ponoć współcześni nadali jej miano Christiana co znaczy chrześcijanką; stąd wywodzą się zresztą znane i u nas imiona Krystiana oraz Krystian), są również wiarygodne, bo południowi sąsiedzi Kartlów przyjęli nową wiarę jako pierwsi w cesarstwie rzymskim, i to dwie dekady wcześniej, w 317 roku.

Przyklasztorna cerkiew w Poka wzniesiona w XI wieku, ponoć na miejscu starszej budowli, fot. Paweł Wroński

Klasztor wciąż funkcjonuje nad jeziorem. Wprawdzie należąca do niego cerkiew powstała w XI stuleciu, ale zgodnie z tradycją, stoi na miejscu dawniejszej, związanej ściśle z kultem św. Niny. Opiekują się nią mieszkające w klasztorze siostry. Jest ich tylko siedem, ale czas między modlitwami, wypełniają skrzętnie pracą. Wytwarzają spożywcze przetwory: konfitury, czekoladę, nalewki i artystyczne przedmioty: pięknie zdobioną ceramikę i emalie, drobne dewocjonalia i biżuterię. Należą do nich stada bydła i owiec, więc produkują sery. Robią też słodkie wypieki z czystych biologicznie miejscowych produktów. Jak we wszystkich klasztorach prawosławnych, własnoręcznie wytwarzają z wosku świece. Część w oryginalnych fasonach i w różnych rozmiarach. Ponadto, ponieważ okolice zamieszkują potomkowie ormiańskich osadników, siostry wspomagają krajowy system szkolny, prowadząc dla dzieci dodatkowe lekcje gruzińskiego, angielskiego, literatury i geografii.


Monastyr św. Niny w Poka: www.phokanunnery.ge

 

Miejscowość Poka dzieli 28 km od miasta Ninotsminda i 128 km od Tbilisi. Każdego roku, w dniu 1 czerwca, uroczyście celebruje się tam przybycie św. Niny na ziemię gruzińską. 14/27 stycznia w kościele prawosławnym obchodzi się dzień imienia świętej, zaś miejsce jej spoczynku – Bodbe w Kachetii, jest jednym z najpopularniejszych w Gruzji celów pielgrzymek (zgodnie z tradycją – Miriam III ufundował nad grobem świętej, funkcjonujący do dziś monastyr św. Grzegorza, któremu po dewastacji w epoce komunistycznej przywrócono świetność na początku XXI wieku).

 

Proces chrystianizacji Gruzji i rola św. Nino opisane są w portalu: www.concordtravel.ge

Dodatkiem do wpisu niech będzie Kontakion św. Nino, w wykonaniu gruzińskiego chóru; dyryguje Nana Peradze (kontakion to hymn liturgiczny, jedna z najstarszych form tego typu pieśni, znana i powszechnie używana już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa).


10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, pożyczonym dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).
U wrót kamieniołomu w rejonie Jez. Paravani, fot. Paweł Wroński