Warszawski park Mazowieckiego

Dawno nie widziałem tak pogodnej oficjalnej uroczystości, jak nadanie imienia Tadeusza Mazowieckiego fragmentowi parku rozsiadłego na wiślanej skarpie w Warszawie. Widać, że prominentnym uczestnikom tego wydarzenia „siła spokoju” i koncepcja dialogu preferowana przez pierwszego premiera wolnej Polski, nie są obce.

Uroczystość bez blichtru i fanfar – rzadkość na naszej scenie politycznej, fot. Paweł Wroński

Nie było fanfar, pompy, ani blichtru, tylko kilka melodii zagranych na trąbkach, proste, ciepłe przemówienia, mnóstwo dzieci i symboliczne posadzenie dębu noszącego także imię Tadusza Mazowieckiego. Uroczystość rozpoczęła się w samo południe i trwała niespełna godzinę. Odczytano preambułę obowiązującej Konstytucji RP, nad której stworzeniem pracował Tadeusz Mazowiecki.

 

 

Nazwę: Park Tadeusza Mazowieckiego (nazwa skrócona: Park T. Mazowieckiego), nadano Uchwałą Nr LXII/1700/2018 Rady M.St. Warszawy z dnia 1 marca 2018 roku.  Park ciągnie się na koronie i stokach skarpy wiślanej pomiędzy Trasą Łazienkowską, a ulicami Myśliwiecką i Górnośląską. To drugi park w kraju (po poznańskim nad Wartą), noszący imię pierwszego premiera wolnej Polski. Jego usytuowanie w rejonie ambasady Niemiec i Sejmu RP niesie przesłanie dialogu jako jedynej dopuszczalnej, demokratycznej i skutecznej strategii rozstrzygania sporów ideowych między krajami i stronnictwami.

 

 

Tadeusz Mazowiecki był doradcą „Solidarności” podczas strajku w Stoczni Gdańskiej, uczestnikiem obrad Okrągłego Stołu i pierwszym premierem Trzeciej Rzeczypospolitej. W pierwszej połowie lat 90. XX wieku jako specjalny wysłannik reprezentował ONZ w Bośni i Hercegowinie.

W wolnej Polsce współtworzył Unię Demokratyczną i Unię Wolności. Jest współautorem obowiązującej Konstytucji. Od 2010 roku był doradcą prezydenta Bronisława Komorowskiego ds polityki krajowej i międzynarodowej. Za swoją działalność został uhonorowany Orderem Orła Białego i papieskim Orderem św. Grzegorza.

Prywatnie, skromny i refleksyjny, proponował u progu Trzeciej Rzeczypospolitej politykę „grubej kreski”. Nie przyjęli jej, ani zwolennicy, ani oponenci, pozwalając przetrwać demonom rozliczeń i roszczeń, tęsknoty za centralizacją władzy, podziałów w społeczeństwie i balansującej na krawędzi wojny domowej, partyjnej rywalizacji.

 


Imię Tadeusza Mazowieckiego nadano w 2014 roku parkowi nad Wartą w Poznaniu. Nosi je także od 2015 roku jeden z mostów w Rzeszowie przerzucony nad Wisłokiem ( łączy ulicę Rzecha z Lubelską). W 2016 roku radni związani z Nowoczesną zgłosili propozycję nadania im. Tadeusza Mazowieckiego również jednemu z parków w ich mieście, konkretnie parkowi miejskiemu przy ul. Leczniczej.

Zabudowania na skarpie w Parku im. Tadeusza Mazowieckiego w Warszawie, fot. Paweł Wroński

Parki w Polsce przedstawia portal Ogrodowa Mapa Polski: www.omp.oop.org.pl


Reklamy

Dotknąć wielbłąda, przytulić lwa

Czy można dotknąć wielbłąda? Można! Choćby nawet 90 razy… z okazji 90 rocznicy istnienia warszawskiego Zoo. W Muzeum Warszawskiej Pragi. gdzie przedstawiona jest historia ogrodu oraz biografie wybranych zwierząt, m.in. wspomnianego wielbłąda.

Wystawa jest tak pomyślana, by mogły w jej przestrzeni swobodnie poruszać się małe dzieci, bez strachu dotykać makiet zwierząt naturalnej wielkości, czy oglądać poświęcone im animacje.

Dorosłych zapewne bardziej zainteresują historie zza parkanu praskiego Zoo – misiów, których wybieg widoczny z Trasy WZ stał się wizytówką PRL-owskiej Warszawy, podarowanych przez ZSRR wielbłądów, czy słoni. W założonym w 1928 roku ogrodzie było podobnych historii wiele. Archiwalne zdjęcia i dokumenty dopełniają obrazu minionych 90 lat, poświęconego zwierzętom zakątka stolicy.


Wystawa czynna w okresie: 18 kwietnia – 16 września 2018; www.muzeumpragi.pl
Warszawski Ogród Zoologiczny: www.zoo.waw.pl

Pielmieni w Hali Gwardii

Z okazji Święta Pielmieni, w Hali Gwardii serwowano dziś pierogi zza wschodniej granicy w promocyjnej cenie. Jestem fanem mącznych potraw, a pielmieni to nic innego jak kuzyni naszych ruskich, litewskich kołdunów, czy tyrolskich Schlutzkrapfen…

Promocyjna cena porcji -16 szt. z mięsnym farszem – 5 zł; relatywnie do zwykłej (20 zł), nader atrakcyjna! A smak taki, jak trzeba. W stoisku są także chinkali, a raczej „kozacka” wariacja na temat tej gruzińskiej potrawy – z farszem z baraniny. Jedne i drugie można polać śmietaną i zaostrzyć, dodając odrobinę przypraw.

 

Ponoć пельмени wywodzą się z Syberii. Wokół potrawy w tamtejszym wydaniu narosło wiele mitów, choćby o wkładaniu lodu do farszu i przechowywaniu w ten sposób wody. Nie zmienia to faktu, że pielmieni rozpowszechnione są dziś w całej Rosji, na Ukrainie, w Polsce i krajach ościennych. Podobne danie przygotowują też panie domu w Alpach i w krainach rozrzuconych wokół Kaukazu. Różnice dotyczą głównie rodzajów farszu, a zwłaszcza jego przygotowania oraz wielkości pierożków, przez co wariacji jest mnóstwo!

Tradycyjne rosyjskie pielmieni robi się z mielonego, ale z surowego, a nie jak to zazwyczaj u nas bywa, przegotowanego mięsa. Dzięki temu w pielmienach jest ono soczyste, bo soki wydobywające się z niego podczas gotowania pozostają wewnątrz pierożka. Potrawa jest aromatyczna, a okrasa zbędna, stąd zapewne zwyczaj polewania ich jedynie śmietaną.

Co do wielkości, pielmieni są niewielkie, bo żeby odczuć w pełni ich smak i aromat najlepiej całe wkładać do ust. I tu rysuje się podobieństwo do gruzińskich chinkali – dużych, więc technika jedzenia jest zupełnie inna (więcej o chinkali w tym portalu: https://pawelwronski.blog).

 


‘Chinkali * Pielmieni’ w Hali Gwardii: www.facebook.com

Slogan pierogarni: „Mamy jeden rodzaj pielmieni – najlepszy

Organizacja: Centrum Wielokulturowe, Jagiellońska 54; www.centrumwielokulturowe.waw.pl

Slogan Centrum: „Warszawiacy się nie boją

I ja tam byłem… jak to w bajkach, fot. Edyta Trębicka

Niepodległość i „Hotel Bristol”

Paderewskiemu zawdzięczamy niepodległość i „Hotel Bristol” w stolicy. Niemało jak na człowieka z sercem w Ameryce.

Jeśli pominąć szczegóły, o których napisano opasłe tomy, pierwszą kwestię zamyka anegdota. Otóż, gdy Paderewski był już znanym i podziwianym w Ameryce pianistą (sypały się na niego dolary jak manna z nieba, a wielbicielki rzucały niczym na Michaela Jacksona, by obciąć pukiel włosów na pamiątkę), przyjął zaproszenie od dwóch studentów i wystąpił z koncertem w uczelnianym kampusie. Promocja niestety zawiodła, a w konsekwencji publiczność też, i niefortunni organizatorzy nie mieli z czego wypłacić obiecanego honorarium. Zażenowani wyznali szczerze rzecz Paderewskiemu, ten zaś okazawszy wielkoduszność, machnął ręką na honorarium i życzył im szczęścia. Jednym z owych studentów był późniejszy 28. prezydent USA, Thomas Woodrow Wilson. Powtórne spotkanie z polskim wirtuozem, a wtedy już także politykiem, nastąpiło w Paryżu, gdy Paderewski czynił starania o pozyskanie poparcia Ameryki dla sprawy polskiej. Wilson zwrócił dawny dług z nawiązką popierając osobiście jego niepodległościowe zabiegi podczas konferencji pokojowej po I wojnie światowej.

Historia „Hotelu Bristol” nie jest tak mocno uwikłana geopolitycznie, dotyka natomiast czegoś co można skwitować stwierdzeniem, iż miał Paderewski szczęście w interesach, choć – jak twierdzą biografowie – nie dbał o pieniądze (zwłaszcza odkąd je posiadał w wielkiej obfitości). W końcu lat 90. XIX stulecia dołączył jako trzeci udziałowiec do spółki, która nabyła działkę przy Krakowskim Przedmieściu. Kilka lat później, u progu XX stulecia wyrósł na niej luksusowy hotel. Jako współwłaścicielowi, Paderewskiemu przysługiwał w nim apartament, z czego u progu niepodległej Polski, muzyk a podówczas również premier polskiego rządu skwapliwie korzystał. Za mieszkanie prywatne służył mu apartament nr 109. Nierzadko apartament był też miejscem spotkań rządu, zwłaszcza gdy premier nie zdążył na czas do oficjalnej siedziby na Zamku Królewskim w Warszawie.

Dziś apartament (Paderewski Suite) stanowi hotelową atrakcję, tym większą, że Paderewski Suite wyposażony jest w oryginalne meble sławnego właściciela – w tym małżeńskie łóżko, biurko, fortepian… Tyle, że po zmianie numeracji, na drzwiach widnieje tabliczka… 211. Sam zaś hotel, podobnie jak za czasów Paderewskiego, jest wciąż wizytówką stolicy, a zarazem jej najbardziej ekskluzywnym obiektem noclegowym.

Ozdobna rama łózka z Apartamentu Paderewskiego w „Hotelu Bristol”, fot. Paweł Wroński

Śladami Paderewskiego po Warszawie prowadziła Aleksandra Kresowska-Pawlak, współpracownik Muzeum Narodowego, historyk sztuki i przewodnik miejski. Dzielna dziewczyna – zamiast spodziewanych 40 osób, zgłosiło się przynajmniej… 140! Wycieczka należała do cyklu imprez towarzyszących wystawie „Paderewski”, zorganizowanej w Muzeum Narodowym w Warszawie z okazji 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości (www.mnw.art.pl).

Po zakamarkach Bristolu oprowadzał Paweł Owczarek, Consierge z elitarnego klubu „Les Clefs d’Or” (www.lesclefsdor.org), do którego w Polsce należy zaledwie 13 osób (z tego aż 3 z zespołu Hotelu Bristol). Dzięki niemu wertowałem księgę, w której zostawiają wpisy prominentni goście Apartamentu Paderewskiego, ot choćby Dalajlama, czy Woody Allen, i mogłem popatrzeć na Warszawę z charakterystycznej glorietty wieńczącej południowo zachodni narożnik gmachu.

I ja tam byłem, miód i wino… – te ostatnie to oczywiście między bajki włożyć, fot. Paweł Wroński

Hotel Bristol (Luxury Collection Hotel): www.hotelbristolwarsaw.pl

Mrożkowski syndrom wiecznie żywy

Był początek lat 80., a ja byłem w Beskidzie Wyspowym. Na Ćwilinie, przypominającym wielką kopę siana szczycie, przekraczającym nieco tysiąc metrów wysokości. Na wierzchołku jest rozległa, widokowa polana, na niej stał wówczas sfatygowany szałas, a na skrzypiących drzwiach wejściowych, pysznił się wysmarowany węglem z szałasowego paleniska dumny napis: „KOR walczy”.

W wielu miejscach spotykałem później przejawy owego „mrożkowskiego syndromu Ostatniego husarza”. Ot, choćby w górach Riła w Bułgarii, także w latach 80., tyle że w ich połowie, na stokach efektownie piętrzącego się Dżengału (2730 m). Tam, na wielkiej wancie, ktoś – równie nieporadnie jak autor ćwilińskiej inwokacji – napisał czerwoną farbą: „Ъорете ся за Македония!” (Walczcie o Macedonię!).

Myślałem, że w naszej części świata czasy ostatnich husarzy już przeminęły. A tu masz, zaglądam przez dziurę w płocie (niedawno zresztą zrobioną, bo i płot niedawno wzniesiony, jako, że jeszcze nie zardzewiały), przy Owsianej, na teren zrujnowanej fabryki – przed wojną „Telefunkena”, po wojnie Zakładów Odzieżowych ‘Cora’, gdzie zza krzaków pozbawionych jeszcze liści, wyłania się na jednej ze ścian zaangażowane politycznie, współczesne malowidło. Nie odkryłem go rzecz jasna, bo jest ono tam już przynajmniej od dwóch lat. Szkoda tylko, że pole oddziaływania tego graffiti na społeczeństwo, ograniczają: wspomniany płot, rozrastające się spontanicznie krzaki i zniechęcająca do odwiedzin sceneria, obróconych w ruinę budynków.

Graffiti na północnej ścianie zrujnowanego budynku przy Owsianej na Pradze w Warszawie, fot. Paweł Wroński

 

 

 

Siedziba Techników Polskich

W zabytkowym Gmachu Stowarzyszenia Techników Polskich zachwyca mnie wystrój – imponująca klatka schodowa, ornamenty, witraże, obite skórą drzwi sal i gabinetów.

Gmach liczy sobie już sto lat z okładem. Trzeba przy tym pamiętać, że po zniszczeniach z okresu drugiej wojny światowej odrodził się na nowo, i – po pieczołowitej odbudowie – został oddany do użytku zaledwie 4 lata po wojnie, w 1949 roku. Zrezygnowano wprawdzie z odtwarzania części sztukaterii i malowideł, ale patrząc na monumentalną klatkę schodową i zdobienia jej stropu, można sobie wyobrazić z jakim przepychem gmach witał wchodzących doń gości u progu XX stulecia. Budynek wystawiono w latach 1903-1905 według projektu i pod kierownictwem inż. arch. Jana Fijałkowskiego. Jego projekt wyłoniono drogą konkursu (drugiego zresztą, bo pierwszy nie przyniósł rozstrzygnięcia). Monumentalna neobarokowa architektura i geometryczna secesyjna dekoracja tworzą fascynującą kompozycję. Budowa kosztowała 215 tys. rubli, a plac, na którym gmach powstał 120 tys rubli.  Waluta rosyjska stała wówczas mocno, bo w 1897 roku w Rosji przyjęto system waluty złotej, kursy walutowe były sztywne i wyrażano je w złocie. Powyższy system polegał na tym, że każdy pieniądz, czy to bilon czy banknot miał pokrycie i mógł być na złoto wymieniony (za: www.szpejankowski.eu).

Co ciekawe przedsięwzięcie sfinansowano w głównej mierze dzięki darowiznom ze strony członków Stowarzyszenia Techników Polskich, przekazywanych najczęściej w postaci materiałów budowlanych oraz wykonawstwa robót. Kolejne etapy szczegółowo relacjonowano na łamach kolejnych zeszytów „Przeglądu Technicznego”. Wiadomo więc na przykład, że kotły parowe i urządzenia grzewcze dostarczyła firma Fitzner i Gamper, urządzenia sanitarne dostarczyły firmy: Billich i Billig, Godlewski i S-ka oraz Szulc i S-ka, roboty malarskie wykonały firmy: J.Bőrger i S. Gerszewski oraz A. Strzałecki, a główne drzwi wejściowe, równie zachwycające jak to co zobaczymy po ich uchyleniu, dostarczyła firma F. Martens i Daab. Rzeźby Zygmunta Otto ozdobiły fasadę, niestety większość z nich uległa zniszczeniu, naprawiono natomiast kartusz na szczycie budynku, podtrzymywany przez kobiece postacie z napisem „ARTIBUS TECHNICIS MCMIV”. Wśród malowideł, których we wnętrzu nie odtworzono najbardziej imponująco przedstawiał się plafon na suficie głównej klatki schodowej, pędzla Bohusza Siestrzeńcewicza. Zatytułowany „Odrodzenie”, przedstawiał pochód ludzkości przez ogień rewolucji ku lepszej przyszłości.

Warszawska siedziba Naczelnej Organizacji Technicznej (NOT założono w 1945 roku), jak się potocznie mówi – Domu Technika, jest więc nie tylko cennym zabytkiem, ale również kroniką stu lat działalności polskich organizacji inżynieryjnych i firm związanych z technicznymi dziedzinami naszej gospodarki. Mnie imponuje także tym jak o realizacji całego przedsięwzięcia pro publico bono, informowano szeroką publiczność. To bowiem, mówiąc szczerze – i z rosyjska: мы должны признать с сожалением – pozostaje niedościgłym wzorem dla współczesnych polskich instytucji, zwłaszcza państwowych.


Więcej o przeszłości i współczesnym wykorzystaniu gmachu NOT: www.wdtnot.pl

Street Food – reaktywacja

Od zapiekanek przez Hot Dogi, kebab po turecku, syryjsku i w ramach „kuchni polskiej”, „chińszczyznę”, do samowystarczalnych Food Tracków z potrawami wszystkich niemal kuchni świata. Tak oto, w skrócie, można ująć ewolucję ulicznej gastronomii w Polsce na przestrzeni ostatnich 30 lat.

Otwarcie sezonu na uliczne posiłki otworzyła kulinarna impreza „Żarcie na kółkach” (www.facebook.com), zorganizowana już nie po raz pierwszy na błoniach Stadionu Narodowego w Warszawie. W ofercie dobrej setki Food Tracków rozstawionych w równoległej do Zielenieckiej, podstadionowej alei, dominowały burgery podawane na dziesiątki sposobów, w tym, zgodnie z trendem ostatnich lat – vege. Były reprezentowane wszystkie cieszące się u nas popularnością style gotowania, uprawiane na świecie – od włoskiej pizzy, leczo i gulaszu z Węgier, po meksykańską tortillę. Z mniej znanych specjałów były na przykład rybne i mięsne przekąski zaczerpnięte z kuchni portugalskiej. Dzięki mocnej reprezentacji smaków Azji, można było skosztować, pak-choi’ów, pad-thai’ów, zup pho i wielu dań w odcieniach: wietnamskim, tajskim, koreańskim, chińskim, a nawet japońskim.

Nie każdy staff był być może 100-procentowo przekonujący, ale nawet jeśli obsługa była jedynie międzynarodowym fusion w polskim wydaniu, to i tak nikt chyba nie czuł się zawiedziony wyborem. A ludzi… tłum! Lubelski Cydr wystawił dyskotekowy pojazd  z atrakcyjnymi blondynkami w bufecie i leżaki „twarzą do słońca”, nie mówiąc o zajęciu strategicznego miejsca akcji, na krańcu długiego rzędu stoisk, przy Rondzie Waszyngtona. Największy bodaj tłok był przy burgerach różnej maści, dzieci wsuwały najczęściej frytki z ketchupem, długa kolejka do lodów dowodziła, że naprawdę jest gorąco, a oblegana kuchnia węgierska, że – przynajmniej wielu z nas – lubimy się raczyć na ostro 🙂

Było fajnie, ludzi, jako się rzekło – mrowie. Dziwi mnie tylko, że ceny w Food Trackach nie są – przynajmniej w ten weekend były – dla zachęty – chociaż nieco niższe niż w niejednej restauracji na mieście, a jeszcze bardziej, że nikt nie serwował porcji degustacyjnych, tylko od razu pełne dania? No nic, może na tego typu akcje po prostu nie trafiłem, a może opłaty za miejscówki były tak wygórowane, że inaczej sprzedawcy nie wyszliby na swoje?! Sycąc zatem głównie oczy, nie zaś racząc podniebienie, wybór by czegoś skosztować padł na bliską memu sercu i żołądkowi kuchnię słowacką – na langoša z czerwoną kapustą i kaczą pieczenią (na zdjęciu otwierającym) oraz bryndzové halušky ze skwarkami – jak trzeba – ze słoninki, do popicia zaś Vinea, drugi obok Kofoli typowy dla współczesnej Słowacji napój z winogronowego soku rozcieńczonego lekko gazowaną wodą mineralną. Niezłe było.

Dobrú chuť! / Smacznego!