Przedświątecznie, multikulti w PROM-ie

Skrawek Polski, okolice Białegostoku, to niezwykły etniczno-religijny tygiel, w którym splatają się różnorodne wpływy, znajdując wciąż żywy wyraz w kulturze regionu.

Karolina Cicha w PROM-ie, fot. Paweł Wroński

Fascynacja spuścizną dawnej Polski, która w tym zakątku kraju jest wciąż żywa doprowadziło do nagrania płyty zatytułowanej „Jeden – Wiele”. Jak czytamy we wprowadzeniu na okładce krążka: „Wspólną cechą pieśni tu zebranych jest chwalba. Chwalba cicha, chwalba gwałtowna, chwalba skierowana na zewnątrz i do wewnątrz, mierzenie się człowieka z Sacrum, wyjście poza rzeczywistość świata przyrodzonego i próba ułożenia swojej relacji ze światem nadprzyrodzonym”.

Jako ilustracja i zachęta do słuchania płyty – nagranie z koncertu promującego krążek, jaki odbył się 9 grudnia 2018 roku w PROM-ie na Saskiej Kępie w Warszawie. A ponieważ to czas przedświąteczny – pieśń chrześcijańska „Kiedy ranne wstają zorze”, śpiewana także podczas szabasu przez Żydów na zapożyczoną od katolików melodię, pod tytułem „Lecha dodi” (co znaczy po hebrajsku (לכה דודי): „Przybywaj oblubienico”). Słowa XVIII-wiecznego poety Franciszka Karpińskiego, muzyka nieznanego z nazwiska kompozytora (na płycie przypisana błędnie Stanisławowi Moniuszce; w portalu staremelodie.pl jako autora muzyki podano Karola Kurpińskiego); pierwsze wykonanie pieśni miało miejsce w białostockiej farze w 1792 roku; na płycie oraz na koncercie grają i śpiewają: Karolina Cicha, Elżbieta Rojek, Karolina Matuszkiewicz i Mateusz Szemraj.

Słowa pieśni (za twórcami płyty „Jeden – Wiele”):

Kiedy ranne wstają zorze
Tobie ziemia, Tobie morze
Tobie śpiewa żywioł wszelki
Bądź pochwalon, Boże wielki.

A człowiek, który bez miary,
Obsypany Twémi dary,
Coś go stworzył i ocalił,
A czemużby Cię nie chwalił?

Ledwie oczy przetrzeć zdołam,
Wnet do mego Pana wołam,
Do mego Boga na Niebie,
I szukam Go wkoło siebie.

Wielu snem śmierci upadli,
Co się wczoraj spać pokładli,
My się jeszcze obudzili,
Byśmy Cię, Boże, chwalili.

W portalu www.staremelodie.pl cytowana jest jeszcze jedna zwrotka:

Boże, w Trójcy niepojęty,
Ojcze, Synu, Duchu święty, 
Tobie chwałę oddajemy, 
Byś nas poświęcił prosiémy.


www.karolinacicha.eu

Karolina Cicha w PROM-ie, z płytą „Jeden – Wiele”,  fot. Paweł Wroński

Reklamy

GRE i jubileusz „Skarbnicy Sztuki”

Pierwszą rocznicę działalności Fundacji „Skarbnica Sztuki” uświetnił wernisaż wystawy malarstwa Zbigniewa Gręziaka. Wystawa jego prac była 9. zorganizowaną w tak krótkim czasie przez Fundację Ewy i Pawła Boguta w Galerii przy Działdowskiej 8A w Warszawie.

Autor zaprezentowanych obrazów jest absolwentem Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Opracował autorską technikę oleju drapanego. Ma na koncie stworzenie Eliptosfery – obrazu otaczającego widza ze wszystkich stron. Ten aspekt jego twórczości przypomniała obecna na wernisażu, pani Danuta Węgrowska, która w latach 90. pełniła funkcję Naczelnika Wydziału Kultury w dzielnicy Warszawa-Wola.

Artysta nie pozostaje obojętny wobec otaczającej go rzeczywistości. Ba, komentując ją, nader często odnosi się do różnych zjawisk krytycznie. Widać to wyraźnie w dziełach takich jak: „Martwa natura z granatami”, „Propaganda”, „Zamiast skóry niedźwiedzia”. Zazwyczaj jednak, pozwala widzom szerokie pole do interpretacji, określając swoje obrazy mianem „Bez tytułu”.

Na wystawie w Galerii „Skarbnicy Sztuki”, Zbigniew Gręziak pokazał prace z lat 2015-2018, po raz pierwszy publicznie. „Tą wysatwą dodaję do mojej pracy nowe tematy – jestem na służbie. Na służbie, próbując skomentować rzeczywistość. Dlaczego? Bo rzeczywistość kąsa i nie pozwala koncentrować się na abstrakcji” – czytamy w wydanym przez Fundację katalogu słowa, którymi malarz podsumowuje swój aktualny dorobek.


Fundacja „Skarbnica Sztuki” w Interneciewww.skarbnicasztuki.com oraz fanpage: www.facebook.com

 

Poklatkowe animacje dzieci z Jordanka

Nie trzeba wcale filmowego studio, żeby się dobrze bawić. Poklatkowe animacje stworzyły dzieci, uczestniczące w warsztatach teatralnych w OPP1 Jordanek.

Sfotografowałem kolejne sceny iPhonem SE i złożyłem online’owym gifmakerem. Efekt? Jak niżej! Jeśli bardziej pomysłowo zaaranżujemy nasze jordankowe „studio filmowe”, zabawa „w animowane kino” będzie jeszcze lepsza.


OPP1 „Jordanek”: www.opp1.waw.pl

Warszawa i 10. rocznica hejnału

W dniu 22 listopada 2018, podczas uroczystego posiedzenia nowej Rady Warszawy, zaprzysiężono Rafała Trzaskowskiego na Prezydenta m.st. Warszawy. Został wybrany niemal pół milionem głosów mieszakńców stolicy!

Z tej okazji hejnał miasta. Melodię tę słyszymy każdego dnia o godz. 11:15 z wieży Zamku Królewskiego w Warszawie.

11:15 to symboliczny moment, bo w efekcie ostrzału niemieckiej artylerii, 17 września 1939 roku, o tej właśnie godzinie zegar na zamkowej wieży się zatrzymał. Tego dnia na miasto spadło około pięciu tysięcy pocisków! A był to tragiczny i trudny czas zarówno w dziejach kraju, jak i jego stolicy, ponieważ tego dnia, napadła na Polskę Armia Czerwona. Rosyjskiego ataku nie można nazwać inaczej niż napaścią, bo nastąpił bez wypowiedzenia wojny.

Kwadrans wcześniej, przed zatrzymaniem wskazówek zegara, o godzinie 11:00 Zamek Królewski stanął w płomieniach. Pełną dramatyzmu akcję ratunkową uwiecznili wówczas polscy filmowcy na osobiste zlecenie prezydenta stolicy, Stefana Starzyńskiego. Zniszczenia były ogromne, ale sojusznicy nie udzielili Polsce wsparcia, mimo, że w radiowym przemówieniu Starzyński apelował: Te ruiny i zgliszcza Warszawy uprawniają mnie dzisiaj, abym w imieniu tej ludności zwrócił się do rządów wielkiej Brytanii i Francji z zapytaniem – kiedy udzielą takiej pomocy Polsce, która pozwoli na odsunięcie czy przeciwdziałanie tym barbarzyńskim metodom, jakie są do nas stosowane”.

W 1944 roku, pod koniec trwającego 2 miesiące powstania warszawskiego, hitlerowcy wysadzili w powietrze zrujnowany w początkowej fazie wojny Zamek Królewski – symbol niepodległości Polski.

*

U schyłku XX wieku o warszawski hejnał zabiegał przez niemal dekadę Henryk Łagodzki, nieżyjący już żołnierz Armii Krajowej i powstaniec warszawski ze zgrupowania Chrobry II.  Jego starania uwieńczone zostały sukcesem. W 2008 roku postanowiono bowiem, że hejnał stołeczny będzie codziennie odgrywany na pamiątkę tamtych wydarzeń. Melodię granego przez trębacza hejnału, w 1995 roku, kompozytor – profesor Zbigniew Bagiński z warszawskiej Akademii Muzycznej – oparł na motywach „Warszawianki” i „Marszu Mokotowa”.

 

Hejnał odgrywany jest na trzy strony świata, z pominięciem wschodniej. Nie jest to jednak żaden symboliczny gest. Dzieje się tak z prozaicznego powodu. Mianowicie, wieża zegarowa Zamku Królewskiego ma tylko trzy okna. Symboliczny jest natomiast trójdzielny układ kompozycji, który – zgodnie z intencją kompozytora, nawiązuje do historycznych wartości patriotycznych, wyrażanych słowami: „Bóg – Honor – Ojczyzna”.

 

Korzystając z okazji, nowemu Prezydentowi m.st. Warszawy, Rafałowi Trzaskowskiemu życzę, żeby jego prezydentura rozpoczynająca się w szczególnym roku, bo jubileuszowym – 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości, 100-lecie nadania prawa wyborczego (czynnego i biernego), kobietom (w czym wyprzedziliśmy o bez małą dwie dekady Francję – kolebkę feminizmu) oraz 10-lecia odgrywania hejnału w stolicy, zapisała się w dziejach miasta i kraju chwalebnie!

 

 


O wprowadzeniu hejnału w 2008 roku w oficjalnym portalu stolicywww.um.warszawa.pl

Sto lat temu Polki uzyskały prawa wyborcze. „Ruch ten nowy witamy ze szczerą radością” / artykuł pod takim tytułem, w portalu: www.wiadomosci.gazeta.pl

Tanini Trio, Ali Ufki i 95 lat Republiki

Muzyka znad Bosforu kojarzy nam się zazwyczaj i chyba przede wszystkim… z Marszem Tureckim Mozarta albo, formułując rzecz bardziej muzycznie – Rondem Alla Turca, czyli III częścią XI Sonaty fortepianowej (KV 331). Zapewne dla młodszej generacji czytelniejsze są asocjacje z filmem o klubach Stambułu Fatiha Akina z 2005 roku – „Życie jest muzyką”.

Nasi przodkowie postrzegali rzecz raczej klasycznie, o czym świadczy fakt, że dzwoneczki przy końskiej uździe nazwali janczarami. Owe zaś dzwonki, przy których maszerowały w bój oddziały janczarów, skojarzyły się właśnie genialnemu austriackiemu kompozytorowi z Imperium Osmanów, pobrzmiewają więc dźwięcznie w jego słynnym rondzie.

 

Sułtańskie zaproszenie do walca
O związkach Turcji z Europą w kontekście muzycznym słyszałem już wielokrotnie, i gdzieś na szczycie dokonań w tej dziedzinie, umieściłbym kompozycję Sułtana Abdülaziza, 32. władcy Imperium Osmańskiego (1830-1876). Jego pogodne Valse Davet (Zaproszenie do walca) nie pozostawia wątpliwości którym z dworów europejskich sułtan był najbardziej zafascynowany.

Pierwszy raz słuchałem wspomnianej kompozycji, goszcząc w Sali Wielkiej Zamku Królewskiego na zaproszenie Ambasadora Turcji w Polsce, na koncercie zorganizowanym z okazji 94. Święta Republiki Turcji. Wykonał ją wówczas zespół cenionych kameralistów „Ottoman Ensemble”.

Słuchaj: www.pawelwronski.blog w poście zatytułowanym: „Sułtan zaprasza do walca”.

95. Święto Republiki
Rok później, podczas kolejnego Święta Republiki Turcji (tym razem okrągłego, bo 95.), utwór pojawił się w programie zespołu zaproszonego przez Ambasadora Turcji w Polsce, J.E. Tunça Üğdüla do uświetnienia uroczystości, ponownie zresztą zorganizowanej w Sali  Wielkiej warszawskiego Zamku Królewskiego.

Źródło zdjęcia: Wikimedia.org

„Tanini Trio” w składzie Tahir Aydoğdu (kanun), Burçin Büke (fortepian) i Bilgin Canaz (ney), wykonało sułtański walc jeszcze dynamiczniej niż poprzednicy. W żadnym wypadku nie chcę powiedzieć przez to, że lepiej, bo w obu przypadkach były to interpretacje wirtuozerskie. Tym razem zachwyciło mnie i zaskoczyło brzmienie neya, z której Bilgin Canaz wydobywał cały ocean dźwięków. A przecież ney to prosta piszczałka (turecka ma 7 otworów – 6 z przodu, 1 z tyłu na kciuk), zbliżona do fletu, znana już w starożytnym Egipcie, czyli 3 tys. lat temu, do dziś bardzo popularna w krajach Środkowego Wschodu.

 


Bobowski po przemianie

Tanini Trio – zdjęcie pochodzi z internetowego anonsu koncertu tureckich muzyków w Muzeum Pałacu w Wilanowie, jaki odbył się w maju 2018 roku

Słuchając muzyki tureckiej i czytając o niej, natrafiłem na nazwisko rodaka, Wojciecha Bobowskiego (1610-1675). Pochodził z protestanckiej rodziny, z Bobowej w Małopolsce, a swoją przygodę z muzyką rozpoczął za młodu jako organista kościelny. Podczas tatarskiego najazdu w jakie obfitował wiek XVII, dostał się w jasyr. Los zawiódł go do Stambułu, gdzie dość szybko niewola okazała się niezbyt uciążliwa. Zapewne dlatego, że jego talenty muzyczne i znajomość języków (16!), doceniono na sułtańskim dworze. Bobowski nie sprzeciwiał się zresztą przeznaczeniu – przeszedł wkrótce na islam i został wyzwolony. Co więcej, posłano go do Enderun – szkoły kształcącej urzędników Ottomańskiego dworu. Ostatecznie do tureckiej historii przeszedł jako Ali Ufki. Ba, i to z tytułem ‘Bey’, przysługującym urzędnikom, jakim go obdarzono, wyrażając uznanie dla jego zasług w roli tłumacza, dyplomaty i kompozytora. W wykonaniu „Tanini Trio” kompozycja Ali Ufki Beya: Nikriz Peşrev.

 

 

„Tanini Trio” powstało w 2006 roku. Od początku, zespół buduje swój repertuar tak, aby stał się mostem pomiędzy Wschodem a Zachodem. W ten sposób Trio promuje pokój i przyjaźń na świecie. Zachodnia muzyka z tureckimi elementami przeplata się w ich programach z turecką muzyką z zachodnimi wątkami.

Sala Wielka Zamku Królewskiego na moment przed koncertem „Tanini Trio”, fot. Paweł Wroński

Tanini Trio: www.taninitrio.com oraz (fanpage) www.facebook.com

Miron retrospektywnie w Skarbnicy Sztuki

Bohaterem kolejnej wystawy „Skarbnicy Sztuki” jest Miron, czyli Stanisław Eugeniusz Długosz. Współzałożyciel i drugi, obok Jerzego Lassoty, prezentowany w Galerii Fundacji przedstawiciel Warszawskiej Grupy Malarzy „Niezależni ’69”. Artysta świętuje w tym roku jubileusz 50-lecia pracy twórczej.

Na zdjęciu otwierającym bohater wernisażu – Miron, młoda historyk sztuki, autorka pracy poświęconej grupie Niezależni ’69 – Agnieszka Stróżyk, oraz właściciel Galerii – Paweł Boguta.

„Miron”, czyli Stanisław Eugeniusz Długosz; w tle „Taniec” (olej, płótno z 1988 roku), fot. Paweł Wroński

Choć należał do grupy Niezależnych ’69, Miron nie wystawiał w latach 70. swoich prac na Barbakanie. Jak pisze Agnieszka Stróżyk jego droga artystyczna rozpoczęła się wprawdzie inaczej niż na przykład Jerzego Lassoty, ale „świetnie czuł się w towarzystwie zbuntowanych młodych artystów, zaprzyjaźnił się z całą grupą i szybko stał się jednym z nich”. Ta fascynacja nieskrępowaną wolnością sprawiła, że „początkowo myślał nawet o zdawaniu na Akademię Sztuk Pięknych.” Nie bez wpływu na jego postępowanie była też „dezaprobata ojca, który nie wyobrażał sobie syna, jako niebieskiego ptaka z długimi włosami i brodą,  (…) postanowił zostać artystą niezależnym i – oczywiście – zapuścił brodę.”.

Każdy z „Niezależnych” szedł własną drogą, unikając przynależności do związków czy organizacji. Każdy też inaczej postrzegał malarstwo. Zaprezentowane dzieła Mirona zachwycają kolorystyką, choć nie unikał on także odcieni szarości, ani w ogóle ujęć monochromatycznych. Wielkogabarytowe płótna imponują rozmachem. Dominują płótna olejne, ale w dorobku artysty są także prace wykonane kredką lub ołówkiem na kartonie, czy linoryty, które – choć może nie tak spektakularne – przykuwają w niemniejszym stopniu uwagę.

Wszystkie niemal prace łączy stylistyczna jednorodność. Odbiega wprawdzie od innych grupa 4 obrazów dedykowana Andy’emu Warholowi. Nie ma jednak w tym nic dziwnego, bo było to dzieło przygotowane z konkretnej okazji, a obrazy ukłonem wobec talentu i konwencji wylansowanej przez amerykańskiego artystę o słowiańskich korzeniach.

Po raz pierwszy, jak podkreślił ze zdumieniem Miron, jego prace zostały wystawione także na… podłodze.  W tak niecodzienny sposób pokazane wielkoformatowe grafiki budziły szczere zainteresowanie, pesząc jednak nieco gości, którzy – przynajmniej początkowo – starali się nie stąpać po przykrytych grubą folią obrazach.

Rertrospektywną wystawę „Miron” w Galerii Fundacji „Skarbnica Sztuki” można oglądać do 15 listopada 2018 roku (po wcześniejszym uzgodnieniu; tel. 516 034 650). Adres: Warszawa, Działdowska 8A.


Wkrótce, więcej o artyście w witrynie Fundacji: www.skarbnicasztuki.com

Nagroda WPEK 2018 dla ekipy Jordanka

Jak mawiano przed wiekami w Sparcie – wróciliśmy dziś z tarczą. Ba, …z dyplomem za I miejsce w kategorii Instytucji Animacji Kultury. Za co nam ją przyznano? Za „Strachy na Lachy” – projekt edukacyjny, którego finałem była instalacja w Muzeum Warszawskiej Pragi, wystawiona od maja do czerwca 2018 na widok publiczny.

Najpiękniejsze jest to, że takiego finału, ba – w ogóle żadnego finału – nie planowaliśmy. Świetny pomysł Małgosi Bockenheim na zajęcia plastyczne, rosnące zaangażowanie dzieci i ich fascynacja tworzonymi kukłami, tytuł wymyślony przez Edytę, zdjęcia z zajęć i filmiki kręcone na pamiątkę i jako materiały na Youtube’owski kanał Jordanka – zaprowadziły nas niespodziewanie do Muzeum Warszawskiej Pragi, gdzie – podobnie jak same Strachy, całą instalację wykonaliśmy wykorzystując… śmieci (formułując rzecz bardziej nobliwie: surowce wtórne).

Nagroda przyznana przez kapitułę Warszawskiej Nagrody Kulturalnej cieszy niezwykle naszą całą trójkę, a także naszą macierzystą placówkę, czyli OPP1 Jordanek. Tym bardziej, że w konfrontacji z wieloma fantastycznymi pomysłami, nasza skromna podróż do świata lęków dawnych Słowian i niemniej fascynującego świata lęków współczesnych, dała się zauważyć.

Gratulujemy więc wszystkim uczestnikom projektu, zwłaszcza dzieciakom, które i bez nagrody wspominają bardzo ciepło całe to przedsięwzięcie, i – mam nadzieję – zapamiętają je na długo!


Warszawski Program Edukacji Kulturalnejwww.edukacjakulturalna.pl oraz fanpage Programu na FB: www.facebook.com
OPP1 Jordanek (fanpage): www.facebook.com
Muzeum Warszawskiej Pragi: www.muzeumpragi.pl

Tomasz Jakubiak gotuje z dziećmi

Znany dziennikarz kulinarny i kucharz – Tomasz Jakubiak przy wsparciu Marcina Molika, szefa kuchni restauracji „Drukarnia na Pradze”, urządził fantastyczne show kulinarne, wciągając do dyskusji i gotowania dzieciaki.

‚Taaaka ryba’ jest fajna, dla mózgu też! Fot. i animacja gif: Paweł Wroński

Pokaz z degustacją były kulinarnym gwoździem programu V. edycji praskiego pikniku rodzinnego „Mózg lubi Ruch” (20 października 2018). To było rzeczywiście smaczne i pożyteczne – zwłaszcza dla mózgu! 🙂

Fantastyczny kontakt z dzieciakami i kucharski talent – brawa dla Tomka Jakubiaka i jego kolegi Marcina Molika, fot. Paweł Wroński

 

Tomasz Jakubiak jest inicjatorem akcji „Kucharze pomagają”, podczas której on i jego koledzy po fachu, propagując zdrowe i smaczne zasady żywienia wspierają pożyteczne działania charytatywne. Zdjęcia i filmy Tomka możecie obserwować na: www.instagram.com/tomasz_jakubiak/. Jego przyjaciel i partner podczas pokazu, Marcin Molik jest szefem kuchni restauracji „Drukarnia na Pradze”: www.drukarnianapradze.pl.

 

 

Tomasz Jakubiak z siostrą Joanną są autorami pożytecznej i zabawnej książki kucharskiej „Ugotuj mi tato” (Wyd. Edipresse Polska, 2018).

 

„Ugotuj mi tato”, książka rodzeństwa (Joanny i Tomasza) Jakubiaków z przepisami i opowieściami dla dzieci, fot. Paweł Wroński

V. edycja pikniku rodzinnego „Mózg lubi Ruch” odbyła się w obiektach Hali OSiR przy ul. Siennickiej 40 w Warszawie 20 października 2018 rokuwww.mozglubiruch.eu

Tomasz Jakubiak i Marcin Molik, czyli kucharze w akcji podczas pikniku rodzinnego „Mózg lubi Ruch”, fot. Paweł Wroński

Organizatorami imprezy są praskie poradnie psychologiczno-pedagogiczne, placówki edukacyjne i organizacje sportowe, patronuje jej od początku Burmistrz Dzielnicy Warszawa-Praga Południe (www.pragapld.waw.pl). Do popularyzacji imprezy przyczyniły się w sporej mierze portale społecznościowe, w tym grupy działające na FB takie jak „Grochów”: www.facebook.com. O imprezie informowały portale: www.waw4free.pl www.ciekawe.org. Media lokalne, zwłaszcza prasa – co tu kryć – olały informację o pikniku, natomiast ekipa TVN złożyła wizytę na Hali OSiR podczas imprezy.

 

O badaniach na temat zależności między ruchem a pracą mózgu czytajcie np. w doniesieniach PAP, w notatce pt.: „Mózg lepiej pracuje gdy się ruszamy” (www.naukawpolsce.pap.pl), której autorzy powołują się na wyniki badań naukowców z Monachium (www.newsroom.wiley.com).

Lassota – tam i z powrotem

Tam i z powrotem, czyli z Barbakanu przez Europę na Działdowską i znowu na Barbakan. Tak, w największym skrócie można opisać 50-letni fragment artystycznej drogi Jerzego Lassoty, warszawskiego malarza, współzałożyciela grupy „Niezależni ’69”.

Jerzy Lassota porządkuje swój dorobek, zgodnie z katalogiem, fot. Paweł Wroński

Pierwsze swoje prace wystawiał na murach Barbakanu w Warszawie w latach 1963-1967. Gdy zaczął, miał 17 lat, a jego młodość przypadła na epokę, w której taka działalność była nielegalna. Formalnie, bo w praktyce artyści korzystali z tego miejsca, a sprzedaż ich dzieł rozwijała się. W naturalny sposób, wraz ze wzrostem liczby turystów, odwiedzających stolicę. Po dziś dzień zresztą, obecność malarzy i rzeźbiarzy pracujących na oczach przechodniów, cieszy gości z zagranicy oraz spacerujących po starówce warszawiaków. Nie ma w tym nic niezwykłego. Podobnie dzieje się na świecie, wszędzie tam, gdzie ruch napędzają turystyczne atrakcje.

W sierpniu 2018 roku, czyli 50 lat później, reprodukcje wybranych prac Lassoty zawisły na staromiejskich murach. Tak oto, malarz, którego obrazy widziałem po raz pierwszy niespełna rok wcześniej w Galerii Fundacji „Skarbnica Sztuki” Ewy i Pawła Boguta, powrócił na Barbakan.

Retrospektywna wystawa nie jest też jedynym wydarzeniem w dojrzałym życiu artysty, bowiem Jerzy Lassota nadal tworzy. Ba, można powiedzieć, że nabrał znów wiatru w żagle. Odkąd bowiem ma do czynienia ze „Skarbnicą Sztuki” (Fundacja ma w swych zbiorach pokaźną część dorobku artysty), zadomowił się w galerii, rozstawił sztalugi, i maluje. Czy obrazy się spodobają, czy będą nawiązaniem do dawnych poszukiwań, czy czymś nowym? Zobaczymy. Podczas kolejnych wystaw, choćby poświęconej twórczości „Niezależnych ’69”, jaka niebawem zostanie zorganizowana w wolskiej filii Muzeum Warszawy. Dlaczego właśnie tam? Ano także retrospektywnie, gdyż w 1976 roku tworzący grupę artyści w Galerii KMPiK-Wola zaprezentowali swoje prace. Po raz pierwszy – oficjalnie. Niedługo potem, bo w 1981 roku, wystawiono je także w Muzeum Woli.

Jerzy Lassota podczas pracy nad nowym obrazem (w Galerii Fundacji „Skarbnica Sztuki”; wrzesień 2018 roku), fot. Paweł Wroński

Jerzy Lassota de Kaliński (biografia): http://www.skarbnicasztuki.com/jerzy-lassota/
O wystawie artysty w Galerii Fundacji „Skarbnica Sztuki”: www.pawelwronski.blog
Muzeum Woliwww.muzeumwoli.muzeumwarszawy.pl

Cis – drzewo sprężyste i trujące

Cisy są ozdobą parków i ogrodów, a ich dość rzadkie naturalne stanowiska otacza się pieczołowicie ochroną.

Mimo niezbyt imponującej sylwetki, to właśnie cis, a nie żaden z potężnych, otoczonych legendami dębów jest najstarszym drzewem w Polsce. Wiek okazu z Henrykowa na Dolnym Śląsku szacuje się na 1300 lat.

Szczególnie pięknie, te przez długi czas krzewiaste rośliny, wyglądają u progu jesieni, gdy obsypują się jagodami owoców w jaskrawo czerwonych otoczkach. Cis jest dowodem na to, że piękno bywa zgubne. Czerwona barwa jest bowiem niczym innym jak ostrzeżeniem dla zwierząt i ptaków, by jagód nie jeść, gdyż są trujące.

Cis, który jest ozdobą jordankowego ogródka w Warszawie na Gocławku, natchnął nas do stworzenia na zielonym terenie wokół placówki czegoś w rodzaju ścieżki przyrodniczej z opisem roślin, które tam się znajdują. Slajdowisko zaprezentowane wyżej otwiera ten projekt, zaś cisowa tablica będzie pierwszą jaką już wkrótce postawimy.


OPP1 Jordanek: www.opp1.waw.pl
Park im. płk. Jana Szypowskiego „Leśnika”www.parki.org.pl oraz www.twoja-praga.pl

Dzieci z Jordanka w Muzeum Pragi

W roku szkolnym 2017/2018 Jordanek zagościł dwukrotnie w prawdziwym muzeum. Po udanym debiucie wystawowym, sukcesem zakończył się także koncert chóru Mille Voci na dziedzińcu Muzeum Warszawskiej Pragi.

Koncert zakończył cykl wydarzeń wakacyjnych organizowanych przez Muzeum oraz akcję wypoczynkową Lato w Mieście 2018. Brawa dla chórzystów, tym większe, że na próby było naprawdę niewiele czasu!

Utwór wykorzystany w tym video to „Piosenka drewnianych lalek” ze słowami Cezarego Domagały i muzyką Tomasza Bajerskiego. Chór dziecięcy Mille Voci zaśpiewał ją w Muzeum Warszawskiej Pragi, 30 sierpnia 2018. Wcześniejsza sekwencja z próby w sali OPP1 Jordanek miała miejsce zaledwie 2 dni wcześniej.


Mille Vociwww.pracownia-piosenki.blogspot.com
„Piosenka drewnianych lalek” znajduje się od 1 września na kanale Mille Voci: www.youtube.com (Chór Dziecięcy Mille Voci: www.youtube.com)
OPP1 Jordanek: www.opp1.waw.pl
Muzeum Warszawskiej Pragiwww.muzeumpragi.pl

Artysta, który lubił (się) portretować

Józef Sendecki, wszechstronnie utalentowany polski artysta – śpiewak, skrzypek, reżyser operetek dożył słusznego wieku 90 lat. Oprócz muzyki, którą się zawodowo parał, jego życiową pasją było malarstwo.

W 1965 roku, z okazji 60-lecia pracy artystycznej, w foyer Teatru Wielkiego w Poznaniu odbyła się wystawa malarska Józefa Sendeckiego – wystawiono około 80 płócien jego pędzla. Wiele z nich znajduje się dziś w kolekcji Fundacji Skarbnica Sztuki, fot. (reprodukcja i kolaż): Paweł Wroński

Józef Sendecki uczył się malarstwa i rysunku u profesora Stanisława Lentza. Tak o tym pisze w swoim „Życiorysie”: „Aby i w malarstwie artystycznym dojść do perfekcji, w roku 1917 zapisałem się do Warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych (…) na Wybrzeżu Kościuszkowskim. Studiowałem w pracowni prof. Stanisława Lentza, znakomitego portrecisty (…) dowodem tego, że wystawiałem swoje prace w warszawskim Salonie w Zachęcie, w Katowicach i Poznaniu miałem swoje wystawy obrazów.”.

Jak można wnosić z malarskiego dorobku artysty, zgromadzonego przez Fundację Skarbnica Sztuki, paleta i pędzel towarzyszyły Sendeckiemu przez całe życie. Zastępowały mu na przykład aparat w czasie podróży, o czym świadczą cykle lakonicznie podpisane, takie jak np. „Wilno”, czy kilka obrazów prezentujących wnętrza krakowskich kościołów.

Pejzaż z nie datowanego cyklu „Wilno” pędzla Józefa Sendeckiego ze zbiorów Fundacji Skarbnica Sztuki, fot. Paweł Wroński

Obrazy były także dla niego swoistą kroniką towarzyską, portretował bowiem ludzi, którzy odgrywali znaczącą rolę w jego życiu, związanych z jego karierą solisty i reżysera oraz losami scen, na których występował, przede wszystkim poznańskiego Teatru Wielkiego oraz – jak to ojciec – córkę, Krystynę.

Bohatera tego obrazu ze zbiorów Fundacji Skarbnica Sztuki, pędzla Józefa Sendeckiego nie udało się jeszcze zidentyfikować, ale można sądzić, że przedstawia postać ściśle związaną ze środowiskiem muzycznym Poznania, fot. Paweł Wroński

Znaczącą rolę w malarskiej spuściźnie Józefa Sendeckiego odgrywają autoportrety. Ba, można śmiało powiedzieć, że uwielbiał się portretować. Może nie tyle nawet siebie, co siebie w teatralnych rolach. Widzimy go więc w stroju Cyganki, Gladiatora, w huzarskim mundurze, w cylindrze z elegancką laseczką (patrz zdjęcie otwierające), i w wielu, wielu innych, adekwatnie do przedstawień, w których grywał. A zebrało się tych ról wiele. Od 1904 do 1963 roku, występował w spektaklach muzycznych na scenach wielu polskich miast, najczęściej w Poznaniu i Warszawie. Szczyt zaś jego kariery przypadł na lata 1928-1939. Był wtedy solistą zespołu Teatru Wielkiego w Poznaniu, a w 1929 roku objął tam stanowisko dyrektora operetki. Do wybuchu wojny wyreżyserował i wystawił ponad 30. operetkowych przedstawień. Na przyszły rok przypada 90. rocznica rozpoczęcia tego ważnego etapu w jego życiu i karierze.

Józef Sendecki – autoportret w stroju Cyganki (obraz ze zbiorów Fundacji Skarbnica Sztuki), fot. Paweł Wroński

Kariera artystyczna Sendeckiego rozwijała się, przynajmniej do wybuchu II wojny światowej wspaniale ale, że strzeżonego Pan Bóg strzeże, zadbał u progu jej szczytowego okresu o coś ‘na ciężkie czasy’. Oczywiście stosownie do owych czasów – na wystawionym w Warszawie świadectwie przemysłowym dla przedsiębiorstwa handlowego na rok 1927 czytamy bowiem – „Rodzaj przedsiębiorstwa:  Dorożka samochodowa”.

Ilustracją jego zawodowych możliwości może być jedno z nielicznych zachowanych nagrań – z kolekcji Jerzego Płaczkiewicza, znalezione przeze mnie na youtube’owskim kanale filmowym właściciela unikalnej już płyty. Józef Sendecki, przedstawiony na krążku nagranym przez Janus-Record jako artysta opery lwowskiej, śpiewa „Mów do mnie jeszcze” (słowa: Kazimierz Przerwa-Tetmajer, muzyka: Napoleon Rutkowski).

Długie życie artysty wypełnione muzyką i malowaniem pozostanie dla nas, współczesnych pełne zagadek. Swoich obrazów raczej nie datował. Zachowało się trochę archiwaliów – programów teatralnych, wzmianek w prasie, pamiątek rodzinnych. Wśród dokumentów są cenne, ale tylko 4, zapisane własnoręcznie strony z zeszytu, zatytułowane „Życiorys Józefa Sendeckiego solisty śpiewaka w państwowej Operze im. St. Moniuszki w Poznaniu”. Nie wiemy ani kiedy, ani z jaką intencją autor zaczął go pisać. Życiorys kończy się w pierwszej dekadzie XX wieku. Najciekawsze są więc w nim informacje u kogo, i z jaką determinacją, szlifował Sendecki swój wszechstronny talent artystyczny – śpiewaka, skrzypka, malarza…

Fragment obrazu Józefa Sendeckiego o tematyce scenicznej z kolekcji Fundacji Skarbnica Sztuki – być może jest tu przedstawiona Lucyna Skałbania, primadonna Operetki Poznańskiej, a zarazem utalentowana uczennica malarza (jeśli tak, to płótno powstało najprawdopodobniej w 1959 roku), fot. Paweł Wroński

Artystyczna biografia Józefa Sendeckiegowww.encyklopediateatru.pl lub www.e-teatr.pl
O Józefie Sendeckim malarzu, pisze Krzysia Samoń w artykule (przygotowanym w oparciu o materiały Fundacji Skarbnica Sztuki), w cyklu Malarze znani i mniej znani: „Józef Sendecki (1883-1973)”; „Mówią Wieki” Nr 4 (675), 2016 rok.


Więcej o artyście i jego malarstwie już wkrótce na stronach Fundacji Skarbnica Sztuki:  www.skarbnicasztuki.com

Poniżej kilka obrazów ze wspomnianej na wstępie wystawy w foyer Teatru Wielkiego w Poznaniu, które teraz znajdują się w zbiorach Fundacji Skarbnica Sztuki.


Kinowa, za PRL ulica sztandarowa

Wzdłuż ulicy Kinowej miała biec planowana przez dekady Trasa Tysiąclecia. Póki co, mamy już kolejne tysiąclecie, ale plany nie zostały zrealizowane i po zachodniej stronie ulicy wciąż zielenią się „ogródki działkowe”.

Bloki z epoki normatywów u zbiegu Kinowej i Rozłuckiej – widok z ogródków działkowych, rozciągających się między ulicami Międzynarodową (Kanałem Wystawowym), a Kinową, fot. Paweł Wroński

W praktyce, PRL-owska Kinowa stała na straży nowego świata, czyli wschodnich (czyt. praskich), zabudowywanych mieszkaniówką rubieży Warszawy. Wspomniany zielony pas ogródków działkowych, oddzielał ją od usytuowanego bliżej Wisły dorobku okresu międzywojennego – Saskiej Kępy oraz zamykającej ją od strony Kanału Wystawowego, a zabudowanej wieżowcami u progu lat 80. ulicy Międzynarodowej (kwartału zaliczanego wprawdzie formalnie do Saskiej Kępy, potocznie jednak nazywanego Chamówką).

Rodzinna Kinowa w 1984 roku, fot. archiwalna z zasobów fotopolska.eu

Ba, gdy w latach 70. zrealizowano najmocniej nagłaśnianą inwestycję komunikacyjną PRL-u, czyli Trasę Łazienkowską, ulica Kinowa znalazła się na jej flance, więc musiała prezentować się godnie. Przypomina mi się od razu widok, jaki podziwiałem przez kilka lat z okna mieszkania na V piętrze mrówkowca nad kanałkiem (a więc ze wspomnianej już Chamówki). Zachodzące słońce odbijało się w oknach domów, tam, za działkami, przy Kinowej, i te bloki, lśniły niczym pokryty miedzianą blachą mur, naprawdę pięknie!

Ulica Kinowa z okładki magazynu „Stolica” z 1968 roku, fot. archiwalna z zasobów fotopolska.eu

 

Ulica Kinowa, wytyczona na Pradze Południe w Warszawie w latach 30. XX wieku, liczy 1300 m długości. Biegnie od węzła Trasy Łazienkowskiej przy ul. Ostrobramskiej i Al. Stanów Zjednoczonych, przecina Al. Waszyngtona i kończy się przy ul. Stanisława Augusta. 

 

Gdy realizowano Trasę Łazienkowską niewysokie 2-, 3-piętrowe bloki wyrosłe przy Kinowej jeszcze na przełomie lat 50. i 60. (budowane z cegły!), już nie wystarczały, bo Warszawa – jak zwykle – cierpiała głód mieszkaniowy.

Bloki przy Kinowej, wybudowane na przełomie lat 50. i 60., odnowione współcześnie, fot. Paweł Wroński

Wzdłuż Kinowej, a zwłaszcza na jej krańcach – przy Trasie „Ł”oraz „za Waszyngtona”, w latach 70. pojawiły się wieżowce, wzniesione z wymyślonej w NRD wielkiej płyty. Całkiem efektowne i, co najważniejsze – wielorodzinne. Niestety, o standardach nie przystających do współczesnych, bo wyznaczonych obowiązującymi wówczas normami.

Bloki u zbiegu Kinowej i Rozłuckiej widziane z kładki nad Trasą Łazienkowską w 1974 roku, fot. archiwalna z zasobów fotopolska.eu

Po dziś dzień łatwo rozpoznać budownictwo z tamtych czasów. Widać przecież jak na dłoni przyklejone do lica budynku balkoniki, na których się nie posiedzi bo miejsca za mało. Do niedawna też odczuwało się towarzyszącą budowie ideologię wsiadając do wind (teraz już je wymieniono) – trudno było bowiem zmieścić się do kabiny z wózkiem, czy z rowerem. A przecież, jak głoszono przez propagandowe tuby, wznoszono te bloki dla rodzin z dziećmi, czyli „z myślą o przyszłości narodu”.

Osiedle u zbiegu Kinowej i Rozłuckiej dzisiaj, czyli latem 2018 roku, fot. Paweł Wroński

Dziś obłożone styropianem i pastelowo otynkowane bloki prezentują się nieźle. Ten fakt nie zmienia jednak nic w sferze ich technologii, a czas płynie… Ciekawe co będzie dalej, bo tysiące mieszkańców stolicy oraz innych polskich miast wciąż żyje w podobnych cudach PRL-owskiej zabudowy mieszkaniowej. Jak podała Gazeta Prawna w marcu 2018 roku, w artykule „Wielka płyta do wyburzenia”, liczbę tę szacuje się na 12 mln ludzi (sic!).

Bloki przy ul. Kinowej, wybudowane na przełomie lat 50. i 60., odnowione współcześnie, fot. Paweł Wroński

Artykuł „Wielka płyta do wyburzenia” w internetowym wydaniu Gazety Prawnejwww.serwisy.gazetaprawna.pl

Piaseczno Wilkoniem stoi

Spotkanie z dzikiem nie jest niczym niezwykłym na peryferiach Warszawy. Ale piaseczyńskie dziki w parku i na miejskim skwerze są inne, bo to odlewy – metalowe kopie wyciosanych w drewnie bajkowych rzeźb Józefa Wilkonia.

Są wśród nich nie tylko dziki, ale także tur, niedźwiedź, lwica z potomstwem, a na rynku – w specjalnie zaaranżowanej sadzawce – hipopotamica z dzieciątkiem. Zwierzęta Wilkonia tworzą szlak jego imienia w miasteczku, którego godłem jest od 1429 roku biały baranek (herb Junosza, m.in. zasłużonej dla rozwoju Warszawy rodziny Bielińskich). Odlewy są dziś wizytówką miasteczka, któremu nazwisko światowej sławy artysty, a zarazem mieszkańca gminy i honorowego jej obywatela (od 2015 roku), dodaje splendoru.

Hipopotamy na Skwerze Kisiela należą do najefektowniejszych punktów Ścieżki Józefa Wilkonia w Piasecznie, fot. Paweł Wroński

 

Ścieżkę Józefa Wilkonia w Piasecznie (centrum miasteczka i park) zdobią liczne zwierzęce instalacje. Urządzono także skwerek dedykowany artyście.

 

W miejscu gdzie był niegdyś parking, pomiędzy budynkiem Przystanku Kultura a Urzędem Miasta Piaseczna jest dziś Skwer dedykowany Józefowi Wilkoniowi. Miejsce wypoczynku, plenerowych szachowych pojedynków, i – w przyszłości – scena recitali i innych otwartych dla publiczności imprez kulturalnych.

Plan skweru dedykowanego Wilkoniowi. Na ażurowej ściance wiszą zdjęcia okładek ilustrowanych przez niego książek, pod drzewem przebiega dzik (odlany z metalu, podobnie jak inne wilkoniowate zwierzęta) – kopia drewnianej rzeźby artysty; źrodło: www.naszepiaseczno.pl

 

Fundacja ARKA im. Józefa Wilkonia, Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Piaseczno, Centrum Kultury w Piasecznie oraz Biuro Promocji Urzędu Miasta i Gminy Piaseczno ogłosiły Ogólnopolski Konkurs “Piaseczyńskie rzeźby Józefa Wilkonia”. Termin składania prac od 25.06 do 3.09.2018 roku (opis zadań: www.piaseczno.eu).


Zwierzyniec Józefa Wilkonia w Piaseczniewww.piaseczno.eu oraz www.facebook.com
Idea ścieżki Józefa Wilkonia w Piasecznie i jej realizacja: www.kurierpoludniowy.pl
Pierwsze wilkoniowate zwierzęta w Piasecznie (post w tym archiwum/blogu, zatytułowany „Repliki Wilkonia w Piasecznie”):  www.pawelwronski.blog
Dzieje herbowego piaseczyńskiego barankawww.piaseczno.eu

Czersk, świadek historii Mazowsza

Ceglana wieża i połączone z nią murem dwie baszty pysznią się w Czersku na skarpie górującej nad starorzeczem Wisły. Średniowieczny zamek książąt mazowieckich, a później królewska forteca jest ozdobą południowej części stołecznej aglomeracji.

Zamek w Czersku, widok z baszty więziennej na wieżę bramną, most nad fosą i kościół parafialny poza murami, fot. Paweł Wroński

Początkowo wznosił się tutaj drewniany gród – jeden z najstarszych na Mazowszu, ale na przełomie XIV i XV wieku z rozkazu księcia Janusza I wybudowano na jego miejscu nowocześniejszą, ceglaną twierdzę. Mazowiecki książę, ten sam którego postać jako sojusznika Jagiełły, przywołuje w „Krzyżakach” Henryk Sienkiewicz, rezydował w niej potem aż do śmierci, czyli do 1429 roku.

 

Książę Janusz I, zwany Starszym, był orędownikiem głębokiej reformy gospodarczej dzielnicy mazowieckiej. W ciągu swego długiego panowania 24 ośrodkom nadał prawa miejskie, w tym Czerskowi. Jego żoną była księżna Danuta Anna córka Wielkiego Księcia Litewskiego Kiejstuta. Ze względów rodzinnych oraz przez wzgląd na interes polityczny, utrzymywał bliskie stosunki z Polską i Litwą, co powodowało głęboką niechęć zakonu krzyżackiego, skutkując granicznymi prowokacjami i politycznymi knowaniami rycerzy-zakonników. Dwukrotnie uwięzili go nawet z całą rodziną, w tym na 6 lat przed walną rozprawą z zakonem pod Grunwaldem. Wstawiennictwo Jagiełły pozwoliło mu za każdym razem odzyskać wolność. Za męstwo w walce na grunwaldzkich polach, król podarował mu odebrane krzyżakom zamki w Nidzicy, Olsztynie i Ostródzie.

 

Dwa stulecia później Mazowsze weszło w granice Korony, a zamki piastowskich książąt stały się własnością królewską. Po XVI-wiecznej przebudowie dawna czerska baszta więzienna sięga 24 metrów wysokości. W tym samym czasie podwyższono drugą basztę, która także nie wyrastała początkowo ponad mury.

Ostatni akord czerskiej epopei rozbrzmiał w czasach gdy funkcję starosty objął marszałek wielki koronny Franciszek Bieliński. Zasłużony dla unowocześnienia Warszawy magnat podjął przebudowę zamku zniszczonego podczas potopu szwedzkiego w latach 1762–1766 z zamiarem umieszczenia tutaj siedziby sądów grodzkiego i ziemskiego. Wtedy także przerzucono stały most nad fosą, bo dawniej był jedynie zwodzony. Wybudowany z gotyckiej cegły z ostrymi łukami między filarami, wygląda jakby rzeczywiście powstał w wiekach średnich.

Natomiast autentycznie gotycka, choć i ona została podwyższona dopiero 200 lat po budowie, raczej ze względów reprezentacyjnych, bo jako obiekt obronny już by się i tak nie sprawdziła, wieża bramna jest najbardziej imponującą częścią zamku. Ma 22 m wysokości. Prowadzi przez nią wjazd na teren fortalicji. Niegdyś w wieży mieściły się kasztelańskie komnaty, a w przyziemiu izba wrotnego, który obsługiwał most zwodzony za pomocą wielkich kołowrotów. Po restauracji, we wnętrzach urządzono niewielkie muzeum.

Ze szczytów baszty więziennej i wieży bramnej roztaczają się rozległe widoki na zamek oraz starorzecze Wisły. Wzrok niesie ponad polami uprawnymi i sadami ku pasom łęgów wyznaczających przebieg współczesnego koryta królowej polskich rzek.

 


Zamek w Czersku: www.zamekczersk.pl