Indonezja / Celebes – Aluk Todolo, droga przodków

Aluk Todolo to kwintesencja obyczajowości Toradżów, górali zamieszkujących wioski centralnej części, należącej do Indonezji wyspy Celebes (Sulawesi).

Zgodnie z zakorzenionym głęboko przekonaniem, jeśli żywi nie pomogą zmarłemu w odejściu, nie zaznają spokoju, bo będzie ich nękał jego duch. Tak było i tak jest współcześnie, chociaż za sprawą portugalskich misjonarzy, Toradżowie są w większości chrześcijanami. Uczestniczą gorliwie w mszach i śpiewają w kościelnych chórach. Ich procesje przypominają wprawdzie karnawałowe korowody, ale obrazilibyśmy ich do żywego nazywając przebierańcami. Barwne stroje i malowidła na ciele tworzą najbardziej ich zdaniem odświętny strój. Najważniejsze święta religijne obchodzą uroczyście przez wiele dni.

Ziemia Toradżów
W języku tubylców Tana Toraja, czyli Ziemia Niebiańskich Królów zajmuje centralne górzyste rejony Celebes, wyspy nazywanej w Indonezji Sulawesi. Pierwszą nazwę nadali nieproszeni gości, jakimi byli Portugalczycy, narzucający swoje obyczaje, prawa i wiarę. Druga wywodzi się od tubylczych słów sula – wyspa i besi – żelazo, wydobywane niegdyś w południowej części wyspy, wokół jeziora Matano. Eksploatacja naturalnych bogactw wciąż trwa. Działają tam, należące do największych na świecie, odkrywkowe kopalnie niklu. Ale to poza Tana Toraja, i wielu Toradżów zapewne nawet o tym nie wie. Bo ich świat wciąż jest hermetyczny. Wierzą, że ich przodkowie zstąpili na Sulawesi prosto z niebios. I z szacunku dla nich, dostosowują rytm swojego życia do kalendarza pogrzebowych ceremonii.

We wsiach Toradżów, a także w głównej miejscowości ich regionu – w Rantepao są charakterystyczne domy. Nazywa się je tongkonan i mówi, że wyglądają jak statki. Nie wiadomo tylko czy do przemierzania morskich fal czy przestrzeni międzygwiezdnych, jakimi przybyli na Sulawesi przodkowie z niebios. Erich von Däniken miałby tutaj używanie. Tongkonan mają prawo wznosić jedynie szlachetni członkowie toradżańskiej społeczności. Prości ludzie z niższych warstw mieszkają w skromniejszych chatach bez bogatych dekoracji – banua.

Naczelnik każdej wioski prowadzi rejestr pogrzebów, bacząc pilnie by nie nakładały się na siebie. Zmarły natomiast często długo oczekuje na pochówek, bo ceremoniał – Rambu Soloq, wiąże się z ogromnymi wydatkami i czasochłonnymi przygotowaniami, w których oprócz rodziny uczestniczy wielu członków wiejskiej społeczności. Gdy potrzebne na ceremonię środki są zebrane, mężczyźni budują tymczasowe domy. Poza wsią. W czasie pogrzebu zamieszka tam rodzina i goście. Budowa zajmuje miesiąc, a w przypadku najbogatszych członków społeczności kilka, gdyż powstająca osada będzie nie mniejsza od macierzystej wsi. Rodzina zmarłego nie płaci robotnikom, ale zapewnia dach nad głową i wyżywienie.

Uczcić zmarłego ubojem bawołów
Największe koszty wiążą się z samą ceremonią, której kulminacyjnym punktem jest rzeź bawołów. Liczba zabitych zwierząt odzwierciedla status majątkowy rodziny. Obowiązuje zasada „zastaw się a postaw się”, choć naczelnik każdej wioski dba, aby wiedzeni dumą bliscy nie przekraczali granic wyznaczonych miejscem zmarłego w społecznej piramidzie. Nie zmienia to faktu, że nawet najskromniejsze uroczystości – takie podczas których ofiarowuje się 1 do 3 bawołów, kosztują fortunę. W efekcie, przystępując do pochówku, rodzina musi gromadzić środki przez wiele miesięcy, a nierzadko nawet lat, oszczędzając na czym się tylko da. Choćby na edukacji potomstwa, gdyż wartość zwierzęcia równa jest na przykład kosztom czesnego w szkole albo internatu w odległym mieście. Zmarły, do czasu pogrzebu traktowany jest niczym żywy członek rodziny. Określa się go zresztą jako śpiącego lub chorego, i – na przykład – symbolicznie karmi.

Goście też nie przybywają na uroczystości z pustymi rękami. Ofiarowują najczęściej świnie, z których przyrządza się poczęstunek dla zgromadzonych oraz dla rzeźników dokonujących rytualnego uboju bawołów. Zwyczajowo gościom usługują przepięknie ubrane dziewczynki. Scenariusz pogrzebów jest zawsze taki sam. Najpierw gości się wita i rozmieszcza w domach, skrupulatne odnotowując przekazane dary, w kolejnym dniu lub dniach dokonuje się uroczystego uboju zwierząt, potem się ucztuje spożywając mięso ubitych bawołów, a na koniec grzebie zmarłego. Najczęściej w wykutej w skałach grocie. W jednym z regionów zwanym Ke’te Kesu zawiesza się ciała ukryte w drewnianych trumnach na ścianach urwisk. Powszechnie zaś, dzieci które nie zaczęły jeszcze ząbkować owija się palmowymi liśćmi i umieszcza w dziuplach drzew, by duch zespolił się z naturą.

Słowo aluk oznacza drogę, w znaczeniu raczej poetyckim. Jedną i tę samą dla żywych i umarłych. Ci drudzy biorą jednak górę, gdyż populacja Toradżów szacowana pod koniec XIX stulecia na 1,5 mln nie przekracza dziś 450 tysięcy.

W zależności od ilości bawołów, ceremonia trwa od 2-3 nawet do 10 dni. Pogrzebową osadę pali się potem, gdyż uchybiono by pamięci członka rodziny, używając jej podczas pochówku kogoś innego. Na skałach kryjących groty z ciałami wykuwa się wnęki tau tau. Umieszczone w nich laleczki wyglądają, jakby na balkonie zgromadzili się ludzie żegnający zmarłego. Laleczki są pożądaną pamiątką. Odbywa się więc nielegalny handel nimi, zdarza się, że przybysze tak pożądają pamiątki, iż są gotowi posunąć się do kradzieży. A Toradżowie powracają regularnie do pochowanych. W sierpniu, podczas obrzędu oczyszczania ciał – Ma’Nene. Dokonują wtedy ekshumacji zwłok, myją je i przebierają.

INFO
http://www.adventureindonesia.com (w zakładce ‚Tana Toraja Tour’)


Film „Toraja Funeral”, zamieszczony na Youtube przez Samad Yahaya (2009).


Materiał przygotowany dla magazynu „Świat Podróże Kultura” jesienią 2015 (PDF).

Reklamy

Indonezja – z wizytą u „leśnych ludzi”

Kiedy mały orangutan kotłuje się w sierści dorosłego osobnika, nawet przez najtwardsze serce przepływa fala ciepła. Podobieństwo do zachowania naszych dzieci jest oczywiste i dowodzi, że Malajowie, z których języka pochodzi nazwa gatunku, nie mylili się. Orang hutan znaczy leśny człowiek.

Na największej z indonezyjskich wysp, na dzielonym z Malezją Borneo, orangutany mają swoje sanktuarium. W Tanjung Harapan działa ośrodek adaptacyjny dla osieroconych maluchów. W Pasir Panjang jest klinika dla chorych, a w Pondok Tanguy – ośrodek rehabilitacyjny dla tych, które dłuższy czas przebywały w niewoli. Dojrzewające i zdrowe osobniki przenosi się do otwartego Camp Leakey, skąd mogą już bez trudu wrócić do swego naturalnego środowiska, jakim jest las deszczowy.

Klotokiem przez dżunglę
Należące do człekokształtnych orangutany, podobnie jak szympansy czy goryle, są wysoce inteligentne. Nie wykazują agresji i chętnie nawiązują kontakt z ludźmi. Ba, pracownicy stworzonych dla nich ośrodków obserwują nieraz wizyty dzikich osobników, które przychodzą wyraźnie po to, by nawiązywać kontakty z młodszymi pobratymcami, otoczonymi ludzką opieką. To naturalna pomoc, nieoceniona przy powrocie do życia w naturze. Opowiadał mi niegdyś o tym Rony, jeden z przewodników prowadzących wycieczki w głąb deszczowego lasu, ale kwitowałem w myślach jego słowa stwierdzeniem: ma facet gadane!

Teraz, gdy na pokładzie łodzi nazywanej klotok, kolejny już dzień przemierzam krainę orangutanów, o słowach Roniego myślę inaczej. Kilka spotkań z leśnymi ludźmi mam już za sobą i to nie tylko w ośrodkach, ale również na ścieżkach Parku Narodowego Tanjung Puting, w sercu krainy orangutanów. Gdy więc tylko w zielonym gąszczu na brzegu rzeki pojawia się rudy kształt, odruchowo podnoszę dłoń w powitalnym geście.

Przybyłem samolotem do Pangkalan Bun w Kalimantanie, jak się nazywa indonezyjską część Borneo, skąd w towarzystwie przewodnika pojechałem do Kumai – bramy krainy orangutanów Tanjung Puting o obszarze 4160 km2 (10 razy większym niż Puszcza Kampinoska). Od tej chwili moje życie toczy się głównie na pokładzie klotoka – pomalowanej na niebiesko drewnianej barce długiej na 6, szerokiej na 2 m. Ważnym elementem jej konstrukcji jest dach. Można się bowiem pod nim schować w poszukiwaniu cienia lub w razie deszczu. Jest jednak pięknie i słonecznie, więc tak jak pozostali pasażerowie spędzam większość czasu na dachu, czyli jak z odrobiną przesady mówi nasz przewodnik – na górnym pokładzie. Zielone gąszcza obu brzegów rzeki toczącej mętne wody tworzą ciasny korytarz, ponad którym rysuje się jedynie wąski pas nieba. Być może właśnie dlatego, że są dogodnym środkiem podróży, klotoki są zwyczajowo malowane na niebiesko.

W dziedzinach Dajaków
Kolor nieba symbolizuje nieograniczoną wolność. Zastanawiam się, jak z niej korzystają autochtoni. Z krainą orangutanów sąsiadują plemiona z ludu Dajaków. To blisko 6-milionowa rozproszona dziś społeczność (w ogóle na Borneo żyje niemal 16 mln ludzi), która sprawiła władzom Indonezji sporo kłopotów. Dajakowie byli bowiem łowcami głów, czego zapatrzone w kulturę euro-amerykańską współczesne rządy nie zamierzały tolerować. Odcięte głowy wrogów, odrąbywane dwoma uderzeniami maczety mandau, ozdabiały niegdyś wejścia do domów, a ich liczba oznaczała status gospodarzy. Wierzono też, że obcięte głowy przeciwników zapewniają zwycięzcom zdrowie i… dobre plony. Trzymających się uparcie tradycji Dajaków, karnie przesiedlano, rozpraszając po archipelagu. Na ich ziemie sprowadzano natomiast przedstawicieli innych ludów i innych religii, co zamiast potencjalne konflikty wygaszać, rodziło nowe.

Jakby w kontraście do budzącej grozę tradycji Dajakowie zajmują się przede wszystkim rolnictwem. I chociaż coraz powszechniejsza jest opinia, że w ich życie i zajęcia szybko wkracza nowoczesność, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że leśni ludzie są wciąż od nas bliżsi mieszkańcom Tapinbini. Tamtejsi Dajakowie nadal mieszkają w drewnianych domach z dachami z palmowych liści. Kultywują dawne zajęcia rzemieślnicze oraz język. Strojów też tak do końca nie zmienili. Zapewne nie dlatego, że nie ulegają modzie, ale dlatego, że ich własne, skąpe odzienie, znakomicie odpowiada potrzebom klimatu. Owszem, kiedy wyruszają do miasta, okazuje się, że korzystają z komórek i dzid ze sobą nie zabierają. W tym akurat nie widzę nic niezwykłego. Przecież jadą po zakupy lub w interesach, a nie po głowy.

Na miejscu natomiast chętnie prezentują swoją kulturę turystom. Bo również tutaj, na odległym od Polski Borneo, folklor jest wartościowym „produktem turystycznym”, zwłaszcza że z zaskoczenia trudno się do nich dostać. Przybywamy do wiosek w grupkach z przewodnikami, więc jak łatwo się domyślić, mieszkańcy mają czas, by przygotować się na spotkanie. W efekcie, podobnie jak w naszych skansenach, oglądam ludzi oddających się tradycyjnym zajęciom. Podziwiam przedmioty wyplatane z ratanu. Próbuję wystrzelić z dmuchawy i wydobyć dźwięk z obcego nawet z wyglądu instrumentu. Przed posiłkiem gospodarze zachęcają do pokręcenia kamiennymi żarnami. Przyjmuję wyzwanie, ciesząc się w gruncie rzeczy, że nie muszę podobnemu zajęciu oddawać się w domu.

Kulminacyjnym punktem programu jest wieczorny spektakl taneczno-muzyczny. Kobiety przywdziewają nań efektowne stroje. A przedzierzgnięci znowu w wojowników i myśliwych mężczyźni popisują się strzeleckim kunsztem. Ich ofiarą padają rozwieszone balony. Wojownik w zwierzęcej skórze z okazałym pióropuszem na głowie, zestrzeliwuje je zręcznie, posługując się dmuchawą. Taką samą, z jakiej mnie zamiast wypuścić strzałkę, udało się jedynie wydobyć niezbyt efektowny świst. Pokaz kończy się tańcem, do którego zapraszani są także goście. Tancerki mają bose stopy. Nie wiem, czy w ich kulturze nadepnięcie zostanie uznane za nieudolność, ale chęć uniknięcia niezręcznej sytuacji dekoncentruje i nie pozwala w pełni poddać się rytmowi. Zrzucam buty. Od razu lepiej!

* * * * *

Kilka dni później patrzę na wyspę z pokładu wznoszącego się samolotu. Wspominam chwile spędzone u „leśnych ludzi”. Konstatuję, jak bardzo powierzchownie doświadczyłem Borneo, wyspy dwukrotnie przecież obszarowo większej od Polski. Jednak nieprzypadkowo wybrałem jako główny cel orangutany. Nie są wprawdzie jedynymi ciekawymi przedstawicielami fauny na wyspie, ale są gatunkiem ginącym, a ich naturalne środowisko kurczy się w zastraszająco szybkim tempie. Mimo że – jak informuje WWF – w ostatnich dwóch dekadach odkryto na Borneo ponad 350 nieznanych wcześniej gatunków fauny i flory, na wyspie intensywnie eksploatuje się lasy. Jeszcze przed ćwierćwieczem zajmowały ponad 75% powierzchni wyspy, dziś porastają niespełna jej połowę.

INFO
W organizacji podobnych wypraw specjalizuje się wielu indonezyjskich touroperatorów. Polecam usługi Adventure Indonesia. W ich ciekawej, logicznie skomponowanej ofercie znajdziemy zarówno kilkudniowe wycieczki do sanktuarium orangutanów na Borneo, jak i blisko miesięczne wyprawy pod hasłem „Indonesia Discovery” (www.adventureindonesia.com). Trzeba tylko pamiętać, że koszty każdej z nich nie obejmują przelotów do Indonezji i z powrotem.

Tekst publikowany na łamach magazynu „Świat Podróże Kultura” w numerze czerwiec-lipiec 2015 na str. 6-11.

Indonezja / Papua – ostatnie takie miejsce na Ziemi

Tradycje i języki ponad 800 plemion tworzą barwną kulturę Papui, indonezyjskiej prowincji na wyspie Nowa Gwinea. Tym bardziej egzotyczną, że nasza cywilizacja zawitała tam zaledwie kilka dekad temu. I to nie wszędzie. O wielu bowiem plemionach wiadomo nadal jedynie tyle, że są.

Jakżeż więc zaskakujące są słowa płynące z ust pierwszego napotkanego autochtona, wypowiedziane w języku przypominającym wprawdzie bulgotanie, z częstymi powtórkami tych samych zgłosek. Wydaje się zabawny, ale jest zrozumiały dla każdego kto chociaż w podstawowym stopniu opanował angielski. Ten język to tok-pisin albo pidgin. Nazwa jest zlepkiem angielskiego talk oraz wymowy chińskiego pidżin, słowa oznaczającego biznes. Jest używany w miejscowych mediach, rozbrzmiewa podczas obrad parlamentu, wydaje się w nim książki, a dzieci uczą się go w szkołach bo w nim prowadzone są wszystkie lekcje. Używają go także pracujący na wyspie misjonarze. Pidgin ma prostą gramatykę oraz tylko 16 spółgłosek i 5 samogłosek. Jest ojczystym językiem dla zaledwie 120 tysięcy mieszkańców wyspy, ponieważ jednak jako drugim posługuje się nim ponad 4 miliony czyli grubo ponad połowa Papuasów, pidgin pełni na Nowej Gwinei rolę języka uniwersalnego.

Papuaskie plemiona dzieli wiele. Zajmują się uprawą roli, rybołówstwem, myślistwem – zależnie od naturalnych warunków na skrawku terytorium jakie zajmują. Członkowie każdego plemienia inaczej się też noszą i malują. Jednak jeden rys w tej wielokulturowej mozaice jest wspólny. Za każde zdarzenie w ich życiu ktoś musi być odpowiedzialny. Zwłaszcza za śmierć, której naturalnych przyczyn uparcie się nie akceptuje. Na porządku dziennym jest więc poszukiwanie winnego wśród żywych i domaganie się rekompensaty. Aby uniknąć niezręcznej sytuacji miejscowe szpitale odsyłają do domów nieuleczalnie chorych, tłumacząc ich bliskim, że to „sik bilong ples” (pochodząca ze wsi choroba), i szpitalowi nic do tego. Przez autochtonów jest to przyjmowane za jak najbardziej racjonalne wytłumaczenie. Poszukiwaniem przyczyn choroby, lekarstwa, a w razie śmierci – winnego zajmuje się później szaman. Czarownik (glasman), człowiek otoczony czcią i lękiem. Obdarzony przy tym nie lada wyobraźnią, który ima się różnych sposobów by wyciągnąć potrzebne informacje ze zmarłego. Towarzyszą tym zabiegom tradycyjne magiczne rytuały.

Ponieważ cywilizacja wkracza w życie Papuasów, szamani wykorzystują coraz częściej jej zdobycze. Ot, choćby list z zaświatów… przesłany pocztą. Nawet jeśli wzbudzi wątpliwości, rzadko kto zaprotestuje, bo z szamanem lepiej nie zadzierać. Z drugiej strony za swoje usługi szamani żądają ziemi, trzody lub usług seksualnych. A to budzi coraz silniejszy sprzeciw. Zaledwie przed rokiem, światowe media obiegła wieść o aresztowaniu na Nowej Gwinei 29 autochtonów należących do ruchu zwalczającego nieuczciwe praktyki czarowników. „To przeciwko naszej tradycji, etyce i moralności, aby czarownik odbywał stosunek z czyjąś żoną albo młodziutką córką” – mówili aresztowani. I trudno byłoby im nie przyznać racji, gdyby nie to, że oni owych nieuczciwych szamanów… zjadali. Też zgodnie z tradycją, która po wprowadzeniu przez władze indonezyjskie ostrych sankcji zdawała się już odejść do przeszłości. Kanibalizm był bowiem powszechnie praktykowany jeszcze w XX stuleciu. Zjadano surowy mózg zabitego wroga, a najważniejsze organy takie jak serce, wątrobę czy genitalia zanoszono wodzowi lub właśnie szamanowi, który pobierał z nich energię dla członków plemienia.

Cywilizacja przenika powoli zmieniając odwieczny rytm życia Papuasów, a niedostępnymi jeszcze do niedawna ścieżkami, wędruje dziś w głąb deszczowego lasu coraz więcej turystów. Bezpiecznie, bo plemiona, które godzą się ich podejmować – Asmatowie, Dani czy Korowai, dobrze wiedzą co to jest biznes. Wymienione ludy zajmują inne rejony Papui. Asmatowie, których liczbę szacuje się na 70 tysięcy żyją na południowo wschodnim wybrzeżu Nowej Gwinei. Szczególny zachwyt budzi ich sztuka odkryta w minionym stuleciu. Zwłaszcza rzeźby w drewnie, które stały się ozdobą kolekcji Metropolitan Museum w Nowym Jorku i Tropenmuseum w Amsterdamie. Ponoć zachwycały i inspirowały artystów tej miary co Henri Matisse, Marc Chagall czy Pablo Picasso. Poszukiwane przez prywatnych kolekcjonerów osiągają niebotyczne ceny na aukcjach. Ale nie są to zabytki tylko żywa sztuka, wciąż wytwarzane ku pamięci przodków przedmioty.

Niezwykłym pięknem krajobrazu i dziewiczą przyrodą charakteryzują się też dziedziny Asmatów otoczone przez władze Indonezji ochroną w ramach Parku Narodowego Lorentza. Dani zamieszkują wyżyny w interiorze. Pierwsi badacze dotarli do nich w latach 20. XX wieku, w 1938 roku Richard Archbold sfotografował ich Wielką Dolinę z pokładu aeroplanu, a w 1965 wyemitowano film „Dead birds”, nakręcony w dolinie rzeki Baliem przez Roberta Gardnera. Tytuł nawiązywał do rytualnego tańca, jaki wykonywano przez dwa dni po zwycięstwie, używając zdobytej broni i ozdób poległych wrogów. Historię i tradycję ludu Dani otacza mit kanibalizmu, choć podstawą ich kuchni są słodkie pataty, banany i wieprzowina pieczona z okazji największych wydarzeń rodzinnych lub plemiennych w wykopanych w ziemi piecach. Sporą ciekawość budzą też obyczaje związane z życiem seksualnym tej społeczności. I artefakty z przeszłości – kamienie kaneke i mumie wodzów. Pierwsze są relikwią, drugie zapewniają łączność z przodkami i ich opiekę. Były niszczone przez wojska indonezyjskie próbujące w XX wieku siłą podporządkować państwowej administracji papuaskie ludy. Te które przetrwały, Dani pieczołowicie przechowują obok dawnych łupów wojennych w domach mężczyzn.

Trzeci z wymienionych ludów – Korowai, żyją w południowo wschodnich rejonach Papui, na podmokłych terenach. I choć to popularne rozwiązanie stosowane przez wiele papuaskich plemion, kojarzy się ich najczęściej z domami na wysokich drzewach. Ten sposób budowania chroni mieszkańców przed insektami i utrudnia wtargnięcie wrogom. Z terenów zamieszkałych przez Korowai pochodzi cenny aromatyczny agar. To suszone skrawki drewna pozyskiwane z drzew gatunku Aquilaria Malaccensis (Agarwood, Gaharu). Wykorzystuje się go do produkcji kosmetyków, a w Indiach czy w Chinach także do celów leczniczych.

Wizyty w wioskach Asmatów, Dani czy Korowai są niezapomnianym przeżyciem. Tym bardziej, że w ich świecie, wciąż niezbadanym, każdy może stać się odkrywcą. Nie ma przy tym wątpliwości, że to ostatnie miejsce na Ziemi, w którym takie odkrycia są nie tylko możliwe, ale konieczne. Zanim cywilizacja zagłuszy echa przeszłości.

INFO
Eskapady do papuaskich wiosek: www.adventureindonesia.com
Ciekawe informacje o kulturze i obyczajach Papuasów zamieszczane są w formie żywych, osobistych relacji na stronach chrześcijańskich misji (na pallotyńskich po polsku: www.papua.misjesac.pl).

W wersji skróconej (o wątki kanibalskie 🙂 ), tekst był publikowany w magazynie „Świat. Podróże. Kultura.” w r. 2013.

Indonezja / Papua – ostatnie takie miejsce na Ziemi (2)

Wersja bez wątków kanibalskich 🙂

Tradycje i języki ponad 800 plemion tworzą barwną kulturę Papui, indonezyjskiej prowincji w zachodniej części wyspy Nowa Gwinea. Tym bardziej egzotyczną, że nasza cywilizacja zawitała tam zaledwie kilka dekad temu. I to nie wszędzie. O wielu bowiem plemionach wiadomo nadal jedynie tyle, że są.

Jakżeż więc zaskakujące są słowa płynące z ust pierwszego napotkanego autochtona, wypowiedziane w języku przypominającym wprawdzie bulgotanie, z częstymi powtórkami tych samych zgłosek. Wydaje się zabawny, ale jest zrozumiały dla każdego kto chociaż w podstawowym stopniu opanował angielski. Ten język to tok-pisin albo pidgin. Nazwa pochodzi od zlepku angielskiego wyrażenia talk oraz wymowy chińskiego pidżin, słowa oznaczającego biznes. Jest używany w miejscowych mediach, rozbrzmiewa podczas obrad parlamentu, wydaje się w nim książki, a dzieci uczą się go w szkołach bo w nim prowadzone są wszystkie lekcje. Używają go także pracujący na wyspie misjonarze. Pidgin ma prostą gramatykę oraz tylko 16 spółgłosek i 5 samogłosek. Jest ojczystym językiem dla zaledwie 120 tysięcy mieszkańców wyspy, ponieważ jednak jako drugim posługuje się nim ponad 4 miliony czyli grubo ponad połowa Papuasów, pidgin pełni rolę języka uniwersalnego. Cywilizacja przenika powoli zmieniając odwieczny rytm życia mieszkańców Papui, a niedostępnymi jeszcze do niedawna ścieżkami, wędruje dziś w głąb deszczowego lasu coraz więcej turystów.

Do Asmatów
Ludu, którego populację szacuje się na 70 tysięcy. Asmatowie żyją na południowo wschodnim wybrzeżu wyspy. Szczególny zachwyt budzi ich sztuka odkryta w minionym stuleciu. Zwłaszcza rzeźby w drewnie, które stały się ozdobą kolekcji Metropolitan Museum w Nowym Jorku i Tropenmuseum w Amsterdamie. Ponoć zachwycały i inspirowały artystów tej miary co Henri Matisse, Marc Chagall czy Pablo Picasso. Poszukiwane przez prywatnych kolekcjonerów osiągają niebotyczne ceny na aukcjach. Między innymi dlatego, że nie są to zabytki ale żywa sztuka, dzieła tworzone wciąż ku pamięci przodków. Są pełne symbolicznych odniesień do świata duchów i wierzeń, ale również do dawnych obyczajów wojennych i myśliwskich. Odkąd Asmatowie otworzyli się przed przybyszami, pozwalają uczestniczyć w swoich obrzędach. Rozbrzmiewających rytualnym śpiewem uroczystościach czy w wyścigach łodzi. Przejażdżki nimi stanowią tu nie tylko atrakcję. Są koniecznością, bo na zamieszkiwanych przez Asmatów bagiennych terenach stanowią główny środek transportu i kluczowe narzędzie pracy, dla łowiących ryby i krewetki autochtonów. Wizyty w ich wioskach nie są też pozbawione kulinarnych akcentów. W każdej z nich oraz w muzeum poświęconym kulturze tego papuaskiego ludu, można stać się świadkiem przygotowywania tradycyjnego pożywienia, zwanego sago. Podstawą diety są tutaj oprócz ryb i skorupiaków tłuste larwy żerujące na rozkładających się pniach palm sagowych. Uczty larwowe ciągną się nawet dwa tygodnie. A posiłkom towarzyszą bębny i rytualne tańce. Dziedziny Asmatów charakteryzują się niezwykłym pięknem krajobrazu i dziewiczą przyrodą. Władze Indonezji otoczyły je ochroną w ramach Parku Narodowego Lorentza.

Do Korowajów i Kombajów
Najbliżsi sąsiedzi Asmatów żywią się i noszą podobnie. Z tym, że średnio co 3 lata zmieniają swoje miejsce pobytu, tak aby znaleźć jak najdogodniejsze warunki do zbierania pożywienia. Zaraz po przenosinach budują domy na słupach wysokości 9-25 m, w koronach otaczających drzew. Z tym sposobem budowania są najczęściej kojarzone te wędrowne ludy, choć jest to rozwiązanie stosowane przez wiele papuaskich plemion. Ten bowiem sposób budowania chroni mieszkańców podmokłych, bagiennych terenów przed insektami, unoszącymi się nad powierzchnią wody. Jest też świadectwem tradycyjnej strategii wojennej. Domy w koronach drzew było wrogowi trudniej wypatrzyć, a wspinających się po słupach napastników trudno było nie zauważyć. Z terenów zamieszkałych przez Korowajów i Kombajów pochodzi cenny aromatyczny agar. To suszone skrawki drewna pozyskiwane z drzew gatunku Aquilaria Malaccensis (Agarwood, Gaharu). Wykorzystuje się je do produkcji kosmetyków, a w Indiach czy w Chinach także do celów leczniczych.

Do Danich
Ten lud zamieszkujący wyżyny w interiorze odkryli badacze Nowej Gwinei w latach 20. XX wieku, w 1938 roku Richard Archbold sfotografował ich Wielką Dolinę z pokładu aeroplanu, a w 1965 wyemitowano film „Dead birds”, nakręcony w dolinie rzeki Baliem przez Roberta Gardnera. Tytuł nawiązywał do rytualnego tańca, jaki wojownicy wykonywali przez dwa dni po zwycięstwie, używając broni i ozdób poległych wrogów. Historię i tradycję ludu Dani otacza mit kanibalizmu, choć podstawą ich kuchni są słodkie pataty, banany i wieprzowina pieczona z okazji największych wydarzeń rodzinnych lub plemiennych w wykopanych w ziemi piecach. Sporą ciekawość budzą artefakty z przeszłości – kamienie kaneke i mumie wodzów. Pierwsze są relikwią, drugie zapewniają łączność z przodkami i ich opiekę. Dani przechowują je z wielkim pietyzmem w domach mężczyzn, obok dawnych łupów wojennych. Dolina Baliem, którą zamieszkują jest dziś miejscem dorocznych festiwali. Biorą w nich udział przedstawiciele wszystkich żyjących w dolinie i jej otoczeniu plemion Dani, Yali i Lani. Przybywają w tradycyjnych strojach, by prezentować swoją sztukę, rękodzieło oraz obrzędowe tańce i muzykę. Wszystko to dzieje się w zachwycającym dzikim otoczeniu nieskażonej cywilizacją przyrody. Dolina ciągnie się bowiem przez około 60 km pomiędzy górskimi łańcuchami sięgającymi 2500-3000 m n.p.m.

* * * * * * *

Wizyty w wioskach Asmatów, Korowajów, Kombajów i Danich albo udział w festiwalu w dolinie Baliem są niezapomnianym przeżyciem. Tym bardziej, że we wciąż niezbadanym świecie Papuasów, każdy może stać się odkrywcą. Nie ma przy tym wątpliwości, że to ostatnie miejsce na Ziemi, w którym takie odkrycia są nie tylko możliwe, ale konieczne. Zanim cywilizacja zagłuszy echa przeszłości.

Indonezja – wodne wyzwania

Egzotyczny i odległy azjatycki kraj, kuszący tropikalną przyrodą i egzotyczną kulturą leży na kilkunastu tysiącach wysp oblewanych wodami dwóch oceanów. Na wyspach natomiast piętrzą się góry o wysokości bez mała 5 tysięcy metrów, z których spływają wartkie potoki. Trudno wyobrazić sobie lepsze warunki do uprawiania różnych rodzajów wodnych sportów.

Wyspy Indonezji rozciągają się wzdłuż równika przez 5 tysięcy kilometrów. A to nie mało, bo blisko 1/8 obwodu Ziemi. By statki nie musiały opływać Ameryki Południowej kierując się z Atlantyku na Pacyfik lub odwrotnie, trzeba było wykopać najdłuższy kanał świata – Kanał Panamski. W Indonezji, wody obu Oceanów mieszają się ze sobą bez żadnych przeszkód na wysokości należącej do tego kraju wyspy Timor. Prawdziwy raj dla żeglarzy, surferów i nurków. Jeśli zaś chodzi o przygody na lądzie, to trzeba sobie zdawać sprawę z faktu, że oprócz wysp tak znanych i chętnie odwiedzanych jak Bali, Borneo, Sumatra czy Jawa, w łańcuchu należącym do Indonezji blisko 6 tysięcy, a więc 1/3, jest niezamieszkała. Ba, często nawet nie poznana dokładnie. Piętrzą się na nich górskie masywy porośnięte tropikalnym lasem i szumią wartkie potoki, zapraszając śmiałków na rafting czy kanioning. Zwiedzanie takich miejsc wiąże się nierozerwalnie nie tylko z zastrzykiem adrenaliny, ale niesie posmak odkrywania nowego świata. Indonezja należy z pewnością do ostatnich miejsc na kuli ziemskiej, w których to jeszcze możliwe. Żeby zrozumieć jak niewyczerpane bogactwa przyrody i kultury kryje Indonezja, wyobraźmy sobie dwa fotogramy. Migawkę z podwodnego świata wyspy Komodo. I z dorzecza Mahakama, gdzie żyją Dajakowie, jeden z licznych ludów Indonezji. A zdjęć takich jak te, opowiadających różnorodne historie, można przecież wykonać tym kraju tysiące, bo zasoby przyrody i kultury są w Indonezji niewyczerpane.

Zabawa z delfinami
Komodo, Flores i kilka mniejszych spośród kilkuset wysp i wysepek archipelagu Nusa Tenggara (90% z nich to wyspy bezludne), znane są przede wszystkim dlatego, że żyją na nich warany. Wielkie jaszczury (Varanus komodoensis), zapewne ostatnie na Ziemi gady pochodzące z epoki jurajskiej. Ich ciała osiągają długość 3 m, a waga dochodzi do 160 kg. Wody oceanu przy brzegach Komodo kryją nie mniej cenne skarby przyrody. Architekturę podwodnego świata tworzy zróżnicowane dno, nieraz najeżone skałami, pełne tajemniczych tuneli, jaskiń i grot, w innych miejscach piaszczyste. Niczym pałac z Baśni tysiąca i jednej nocy jawi się w głębinach rafa koralowa – ostoja życia niezliczonych gatunków zwierząt. Krążące w jej rejonie ławice małych ryb, spłoszy nieraz nadpływający rekin. Takie spotkanie choć w zasadzie niegroźne, budzi jednak zawsze dreszcz emocji wśród nurków. Potężne żółwie tak nieporadne na lądzie w wodzie okazują się sprawnymi i wszechstronnymi pływakami. Najbardziej jednak cieszy kontakt z delfinami. Napotkawszy człowieka towarzyszą mu chętnie zapraszając mową i gestami do zabawy. Nie należy odmawiać, zanim odlecą ze słowami „Cześć i dzięki za ryby”, jak przestrzega w swej humorystycznej trylogii „Autostopem przez Galaktykę” Douglas Adams. Wyspy Komodo, Rinca i Padar oraz szereg mniejszych w sąsiedztwie wraz z opływającymi je wodami tworzą Park Narodowy Komodo uznany za rezerwat biosfery i wpisany na listę światowego dziedzictwa przyrody UNESCO w 1986 roku.

Rejs przez krainę łowców głów
Zgoła odmienny klimat, sceneria, rodzaj i cel podróży. Rzeką Mahakam na wyspie Borneo. Nazywana także Kutai ma 760 km długości. Źródła bierze w górach Kapuas Hulu, których grzbietem przebiega granica Indonezji i Malezji. U ujścia do Cieśniny Masakarskiej Mahakam tworzy rozległą deltę. Jej dorzecze zamieszkuje lud Dajaków (Djaków). Jedną z ponad 300 reprezentowanych na Borneo grup etnicznych tworzy dziś około 6 milionów ludzi (populacja całego kraju, czwartego pod względem liczby ludności na świecie sięga niemal 250 mln.). Podstawowym zajęciem Dajaków było od wieków rolnictwo, uprawa ryżu, kukurydzy, manioku oraz rybołówstwo i łowiectwo. Powiewającą grozą sławę „łowców głów” przyniósł im kultywowany przez pokolenia obyczaj. Preparowali czaszki pokonanych wrogów. Kolonialne władze Indonezji, starały się niegdyś zasiedlić Borneo kolonistami z innych, przeludnionych wysp. Niestety Dajakowie nie przywitali ich serdecznie, a głowa niejednego z przesiedleńców trafiła między przechowywane z pietyzmem trofea miejscowych plemion. Władze próbowały z tym walczyć, skazując Dajaków na banicję i przesiedlając ich na Nową Gwineę. Była to jednak walka z wiatrakami. Zaprzestano więc przysyłania na Borneo osiedleńców i dano spokój Dajakom. To czego nie udało się przeprowadzić siłą, dokonało się z czasem samoistnie. Współcześni przedstawiciele wojowniczego ludu, kultywują język, muzykę i tańce. Na czas festiwali zakładają tradycyjne stroje, a wojownicy zabierają tarcze i włócznie. Jednak na co dzień korzystają tak jak my z globalnych mediów, a żyjąc w coraz większym stopniu z turystyki, chętnie witają przybyszów, prezentując swoją oryginalną kulturę i historię. I głów już nie ścinają, ani nie preparują. Rejs od osady do osady odbywa się w zmiennej scenerii, bo Mahakam płynie powoli i rozlewa się szeroko w dolnym biegu. W górnym zaś wąska i burzliwa, przebija się śmiałymi przełomami, a skalne warstwy spiętrzają ją tworząc malownicze progi. Otoczenie zaś niczym rafa koralowa w oceanicznych głębinach mieni się tysiącami barw, którymi migocą pióra ptaków, skrzydła motyli i płatki kwiatów. Nic dziwnego, Borneo jest jednym z najbarwniejszych miejsc na naszej planecie. Na tej właśnie wyspie w rezerwacie florystycznym Kersik Luway, od kwietnia do grudnia zakwita ponad 5 tysięcy orchidei 27 różnych gatunków, w tym niezwykle rzadkie i cenne czarne orchidee.

INFO
www.adventureindonesia.com

Adventure Indonesia ma w ofercie równie dobrze wyjazdy biznesowe, jak dla zakochanych, familijne czy niskobudżetowe adresowane do studentów. Działa od 1996 roku. Obsługiwała podczas pracy w Indonezji filmową ekipę National Geographic oraz prowadzących badania naukowców. AI jest członkiem PATA – Pacific Asia TravelAssociation.

Tekst był publikowany na łamach magazynu „Świat. Podróże. Kultura.” w 2013 roku.

Indonezja – nieustannie świąteczna

W tym wyspiarskim równikowym kraju uroczystości i barwne obchody zdają się nigdy nie kończyć. Jest bowiem przyjęte, że rangę narodową zyskują wszystkie istotne dla jego mieszkańców święta. A indonezyjskie społeczeństwo tworzy ponad 300 grup etnicznych.

Największe stanowią Jawajczycy, Sundajczycy, Malajowie, Madurowie i Batakowie. Jest jednak wiele takich, które liczą zaledwie po kilkuset przedstawicieli. W efekcie wyspy rozbrzmiewają blisko 700 lokalnymi językami i dialektami, a chociaż większość populacji wyznaje Islam (86%), z równą atencją obchodzi się święta katolickie, protestanckie, hinduistyczne, buddyjskie jak konfucjańskie. Konstytucja gwarantuje wolność wyznania, a w codziennym życiu o przewadze muzułmanów przypomina chyba tylko to, że uroczysty koniec wielkiego postu – ramadanu, to jedyne 2 dni w roku z zamkniętymi na cztery spusty sklepami. Bez względu na język i wyznanie, wszyscy świętują w sierpniu Dzień Niepodległości.

Kraj wielkich liczb
Indonezję można tak nazwać z powodzeniem. Jej populacja jest przecież czwartą na świecie (243 mln.), a terytorium tworzy 17.508 wysp. Aż 6 tysięcy jest wprawdzie niezamieszkałych, głównie ze względu na trudnodostępne góry i tropikalne lasy. Opływane wodami dwóch oceanów: Spokojnego i Indyjskiego, rozciągają się wzdłuż równika tworząc łańcuch długości 5 tys. km. Najwyższym punktem w kraju jest Puncak Jaya (Szczyt Zwycięstwa; 4884 m n.p.m.) na wyspie Papua, zwany też Mount Carstensz – na cześć duńskiego podróżnika, który jako pierwszy dostrzegł go z wybrzeża w 1623 roku. Z owych wielości Indonezyjczycy są niezwykle dumni, co podkreślają mottem zaczerpniętym z języka jawajskiego: Bhinneka Tunggal Ika (Jedność w różnorodności), tytułem państwowego hymnu: Indonesia Raya (Wielka Indonezja) oraz precyzyjną liczbą piór swego godła – legendarnego ptaka Garudy (orła o ciele człowieka), w którego skrzydłach jest 17 piór, w ogonie 8, a na szyi 45 (przypominają one datę proklamacji niepodległości 17 sierpnia 1945 roku).

Parada osobliwości
Oryginalności obyczajów dorównują urokiem krajobraz i klimat. Indonezyjski kalejdoskop przyciąga miliony turystów z całego świata. Odwiedzają sanktuaria, podglądają przyrodę, nurkują by podziwiać przybrzeżne rafy, oglądają spektakle w teatrze cieni wayang, wspinają na Puncak Jaya i dziwią meczom sepak takraw, przypominającym naszą siatkówkę, o tyle jednak odmiennym, że piłki wolno dotykać jedynie nogami i głową. Ostatnio zapanowała też moda na pobieranie się w tej egzotycznej wyspiarskiej scenerii.

Największe cuda przyrody znajdziemy na Jawie, Sumatrze, Bali, Borneo, Celebes (Sulawesi), Moluku, Papui, Timorze, Komodo i Flores. Zacznijmy od końca. Na Komodo, Flores i kilku mniejszych spośród ponad pół tysiąca wysp archipelagu Nusa Tenggara żyją warany. Wielkie jaszczury (Varanus komodoensis), zapewne ostatnie na Ziemi gady pochodzące z epoki jurajskiej. Ich ciała osiągają długość 3 m, a waga dochodzi do 160 kg. Do cudów natury należą tygrysy sumatrzańskie (Panthera tigris sumatrae), najmniejsze i najciemniej umaszczone z przetrwałych na świecie gatunków groźnych pręgowanych kotów. W okresie koniunktury gospodarczej, jaką przeżywa obecnie Indonezja, pręgowany drapieżca stał się zwierzęciem symbolicznym – kraj zalicza się dziś do azjatyckich tygrysów. Na Borneo w prowincji Kalimantan, w Parku Narodowym Tanjung Puting chroni się orangutany. To najsłynniejsza ich ostoja na świecie, w której badania i pieczę nad rozwojem gatunku prowadzi stacja naukowa Camp Leakey (www.orangutan.org). Również na Borneo jest jeden z najbarwniejszych na naszej planecie rezerwatów florystycznych – Kersik Luway, w którym w okresie od kwietnia do grudnia zakwita ponad 5 tys. orchidei 27 różnych gatunków, w tym niezwykle rzadkie i cenne czarne orchidee. Do wpisanych na listę UNESCO cudów natury zaliczane są lasy deszczowe na Sumatrze oraz parki narodowe. Oprócz wspomnianego już sanktuarium waranów na Komodo, Ujung Kulon na Jawie i Krakatau (obszar o ciekawej geologii, zamieszkały przez rzadkie gatunki zwierząt – nosorożce jawajskie i woły jawajskie) oraz Lorentz na Papui (największy w Azji obszar chroniony o powierzchni 2,5 mln ha; jako jedyny na świecie obejmuje tak szeroki przekrój ekosystemów „od gór do morza”, od wiecznych śniegów, poprzez zabagnione niziny i tropikalne lasy po oceaniczne wybrzeża).

Zarysem brzegów, orchideę przypomina wyspa Celebes (Sulawesi). Jednak na czele jej osobliwości wymienić wypada rafy koralowe, ponoć najpiękniejsze na świecie, chronione w podwodnych rezerwatach Bunaken i Wakatobi. Celebes rozsławiły też długotrwałe, barwne obrzędy pogrzebowe plemienia Toraja oraz budowniczowie łodzi z plemienia Bugis. W miejscowościach Bantaeng i Bulukumba wciąż jeszcze można podpatrywać tradycyjne techniki jakimi wykonują swoje pływające po wzburzonych falach phinisqis.

Zachwycające architekturą i bogactwem wystroju świątynie oraz obrzędy ludowe, zwłaszcza ofiary składane bóstwom niemal każdego dnia z owoców, kwiatów i ryżu rozsławiły wyspę Bali. To właśnie na nią podróżują najczęściej by się pobrać zakochane pary. Wraz z napływem gości, na Bali rozkwitają SPA, mnożą się galerie sztuki i sklepy z egzotycznymi dla przybyszów towarami.

Na Jawie, najludniejszej wyspie archipelagu rozwija się biznes, handel i centra rozrywkowo kulturalne. W zachodniej części rozkwita stolica, 7-milionowa Dżakarta, a na wschodnich wybrzeżach ciągną się plaże odwiedzane przez żądnych wysokich fal surferów. W forpoczcie indonezyjskich osobliwości znalazły się wpisane na listę UNESCO obiekty zabytkowe. Część z nich to najcenniejsze perły turystyczne Jawy – świątynie Borobudur (największe na świecie sanktuarium buddyjskie wzniesione w latach 750-850) i Prambanan (zespół hinduistyczny z X wieku wzniesiony nieopodal miasta Yogyakarta) oraz stanowisko antropologiczne Sangiran (ze szczątkami i śladami pobytu jednego z naszych praprzodków homo erectus, żyjącego około 1,6 mln lat temu).

INFO
www.indonesianembassy.pl

Oficjalny język: indonezyjski (zmodyfikowany malajski); jest powszechnie używany w handlu, administracji, edukacji i mediach, choć większość mieszkańców posługuje się językami lokalnymi: najwięcej jawajskim (46%).

Tekst był publikowany na łamach magazynu „Świat Podróże Kultura” (grudzień 2011, str. 30-35).