Pogodny mędrzec z Sivrihisaru

Dünyanın merkezi burasıdır’, czyli ‘Tutaj jest środek świata’, głosi napis na cokole pomnika Nasreddina Hocy dłuta Metina Yurdanura, artysty-rzeźbiarza urodzonego na terenach dawnej Frygii, w miejscowości Sivrihisar w prowincji Eskişehir.

Nasreddin Hoca (zdjęcie znalezione w Internecie w przewodniku online po prowincji Eskişehir i okolicy:  www.kucukdunya.com)

W drodze do wykopalisk Gordionu, odkrytej przez archeologów stolicy antycznej Frygii, przejeżdżałem właśnie przez Sivrihisar. Przy drodze mignęła mi tylko pogodna rzeźbiona postać – człowiek na osiołku w wielkim turbanie. Pamięć pobiegła wówczas dwie dekady wstecz, do 1996 roku dedykowanego przez UNESCO Nasreddinowi Hocy, postaci na poły legendarnej, sędziemu i filozofowi, któremu przypisuje się autorstwo niezliczonych satyrycznych i humorystycznych przypowieści, anegdot i bajek, znanemu nie tylko w Anatolii, czy szerzej – w Turcji, ale w całym muzułmańskim świecie, a nawet poza jego granicami. W zabawnych, opowiadanych dzieciom przygodach Nasreddina, czy w konwersacjach ze spotykanymi przez niego ludźmi, ważną, bo symboliczną rolę pełni osiołek. Jest bowiem jedynym ‘rumakiem’ odpowiednim dla kogoś, kto przekazuje innym tzw. ludowe mądrości.

Nasreddin Hoca z XVII-wiecznej miniatury; źródło: www.wikimedia.org

Nasreddin Hoca (1208-1284) to postać historyczna, choć w jego biografii fakty mieszają się z wytworami fantazji, zresztą nie tylko współczesnych. Na drugi plan schodzi więc to, że studiował koran pod kierunkiem wybitnych imamów, że sam pełnił taką funkcję w rodzinnej wiosce, że był uczonym, czy to, że rozstrzygał spory jako kadi (sędzia). zamiast tego pojawiają się opowieści o nadludzkich możliwościach Nasreddina, o tym, że udzielał rad sułtanom Seldżuków, a nawet władcy Mongołów – Tamerlanowi, który przyszedł przecież na świat niemal sto lat po śmierci filozofa z Anatolii, że potrafił być w kilku miejscach jednocześnie, czy to, że utrzymywał bliskie stosunki ze słynnym islamskim teologiem, wybitnym sufickim poetą i mistykiem, założycielem bractwa wirujących derwiszów, Mevlaną Celaleddinem, znznym jako Rumi.

Poczucie humoru jakie przypisuje się Nasreddinowi Hocy ilustruje znakomicie poniższa animacja zatytułowana „Baklava”, dotycząca znanej również u nas przestrogi przed wścibskością, ujętej ludowym porzekadłem: „nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy”. Widać, że mędrzec nie szedł na skróty, ale że prowadził rozmówcę tak, by sam wyciągnął wnioski.

– Hello Sir!
Hello young man
– Have you just seen the man carrying a tray full of baklava?
That’s none of my business son
– But sir, he was going to your house!
In that case, It’s none of your business young man!


 

Hoca znaczy po turecku nauczyciel, a ‘c’ wymawia się jak ‘’ (tak jak, np.  w angielskim imieniu John), stąd spotyka się transkrypcję Nasreddin Hodja. W Azerbejdżanie i w Iranie mówi się Molla albo Mulla Nasreddin, Arabowie używają określenia Juha, a mieszkańcy Tadżykistanu – Mushfiqi. Imię także wymawia się różnie, np.: Nasrettin, Nasrudin, Nasr ed-din, czy  Nasr al-din.

 


Nasreddin Hoca – biografia zamieszczona w oficjalnym portalu tureckiego Ministerstwa Kultury i Turystyki: www.kultur.gov.tr

Reklamy

Frygia – 7 minut w królestwie Midasa

Frygia to antyczne królestwo w Azji Mniejszej, którego dziedziny należą dziś do Turcji.

Przed wiekami władał nim Midas, tak – ten uwieczniony w greckich mitach. A, że w jego dramatycznych dziejach jest źdźbło prawdy, dowodzą odkrycia dokonywane współcześnie przez archeologów.

Zapraszam na slajdowisko, zaledwie 7-minutowe, najprostszy sposób by poznać tę nieznaną szerzej, a niezwykle piękną i ciekawą krainę. Na marginesie dodam tylko, że złota tam nie ma, ale są inne, niemniej cenne skarby!

A jeśli się wam spodoba, to pamiętajcie, że poznanie tej krainy ułatwia sieć szlaków dla piechurów i rowerzystów o łącznej długości 506 km (Frig Yolu – Droga Frygijska).

ps.
Jako podkładu muzycznego użyłem utworu Loreeny McKennitt pt. „Beneath a Phrygian Sky” (Pod niebem Frygii), z wydanej w 2006 roku płyty „An Ancient Muse”. Jako, że to niekomercyjne wykorzystanie, kanadyjska artystka oraz wydawca płyty (Kontor New Media Music, [Merlin] Africori, and UMG) – mam nadzieję – mi wybaczą.


Frig Yolu (oficjalny portal tureckiego ministerstwa kultury i turystyki):  www.frigvadisi.gov.tr
Phrygian Way (po angielsku): www.cultureroutesinturkey.com

Złoto króla Midasa, współcześnie

Ponoć wszystko czego dotknął się Midas, władca Frygów, zamieniało się w złoto. Ale spełnienie marzeń o nieprzebranych bogactwach okazało się wkrótce przekleństwem.

Rzeczywiście, w antycznej Frygii żył król Midas. Ba, są nawet dowody, iż był bogaty, ale czy bogactwo zapewniło mu wieczne szczęście? Raczej nie, skoro umarł jak wszyscy, a świat nie zna nawet jego twarzy. Miał jednak szczęście, o tyle, że starożytni Grecy uwiecznili jego postać w dramatycznym micie. Dzięki temu, władca Frygów stał się heroldem ponadczasowego przesłania, że wszystko jest dla ludzi, byle… bez przesady.

Grobowiec Midasa (tur. Midas Tümülüsü) – tak nazwano jeden z największych kurhanów Gordionu, stolicy starożytnej Frygii (www.anadolumedeniyetlerimuzesi.gov.tr), fot. Paweł Wroński

Gwiazda Frygów jaśniała na dziejowym firmamencie przez dwa stulecia w okresie VIII-VI wieku przed Chrystusem. Ślady tej antycznej kultury odnajdują dziś archeologowie, i są to – istotnie – skarby bezcenne. Frygijska cywilizacja musiała być potężna, gdyż nie uległa zatraceniu pod wpływem następnych – lidyjskiej, helleńskiej, rzymskiej, bizantyjskiej, a wreszcie tureckiej, która jej spuściznę odkrywa i pieczołowicie chroni.

Yazilikaya, czyli Malowana, albo Pisana skała – kluczowy punkt w tzw. Mieście Midasa (Midas Şehri), grupie skał kryjących pamiątki po Frygach, fot. Paweł Wroński

Współcześni mieszkańcy dawnej Frygii nie zadowalają się jednak splendorem przeszłości, ale nadal zamieniają w złoto to, co ich ziemia rodzi w wielkiej obfitości: glinę, marmur, termalne wody i mak. Ostatnio zapragnęli także zamienić w złoto piękno swojego krajobrazu i wśród skał o niebywałych kształtach tworzą sieć szlaków dla piechurów i rowerzystów. İnşallah!

 

Frygijskie trasy trekkingowe tworzą sieć o łącznej długości 506 km. Wyznaczone szlaki (w liczbie 67) wiodą dolinami frygijskiej krainy, rozciągającej się na terenie 3 prowincji, w centralnej i zachodniej Anatolii, do śladów starożytnych cywilizacji – kutych w skałach osiedli, świątyń, grobowców, warsztatów współczesnych artystów i rzemieślników, nad malownicze jezioro Emre oraz do 5 miast i 44 wiosek. Orientację w terenie oraz uzyskanie wiadomości o zabytkach i innych interesujących miejscach, historii, przyrodzie, tradycjach i kuchni, ułatwi aplikacja na smartfony z przewodnikiem i routeplannerem GPS oraz internetowa strona projektu Frigya Vadileri (Doliny frygijskie).

 

Aslankaya – widok od północno wschodniej strony – ten ostaniec sterczy przy polnej drodze w rejonie miasteczka Döğer i wsi Üçlerkayası; płaskorzeźby południowej ściany datowane na VII wiek przed Chrystusem są dedykowane frygijskiej bogini Kybele, fot. Paweł Wroński
Skały o fantazyjnych kształtach w rejonie Üçlerkayası Köyü, czyli dolina bajkowych kominów nazywana często mini-Kapadocją, choć nie ustępuje tamtej słynnej krainie ani na krok; fot. Paweł Wroński
Emre gölü (Jezioro Emre), to akwen w prowincji Afyonkarahisar o powierzchni około 5 km2 i max. głębokości 3 m (te wielkości ulegają zmianie, w zależności od stanu wody). Akwen jest popularnym miejscem aktywnego wypoczynku oraz cenionym przez wędkarzy łowiskiem, fot. Paweł Wroński

Frig Yolu (Droga Frygijska) albo Frigya Vadileri (Doliny Frygijskie), to projekt realizowany pod auspicjami tureckiego Ministerstwa Kultury i Turystyki (T.C. Kültür ve Turizm Bakanliği: www.kulturturizm.gov.tr), na obszarach trzech prowincji Anatolii: Afyonkarahisar, Eskişehir oraz Kütahya. Promocją projektu zajmuje się zrzeszenie podmiotów publicznych i prywatnych Frigküm. Strony projektu: www.frigvadisi.gov.tr

              


Informacje o międzynarodowej podróży studyjnej po Frygii (Mysterious Phrygia Trip), w której uczestniczyłem w dniach 25-28 lipca 2018, zamieszczono w tureckich portalach, m.in.:  www.tanitma.gov.tr oraz www.denizhaber.com.tr. Podczas pobytu w Afyonkarahisarze korzystaliśmy z gościny hotelu „NG Afyon Wellness & Convention” (www.nghotels.com.tr).

Wkrótce, w jednym z kolejnych postów, film z tej wyprawy, a tutaj propozycja iPhone’a 🙂


Suliko – z Gruzji przez ZSRR w świat

„Suliko” to piosenka o miłości spod Kaukazu, której słowa napisał Akaki Cereteli, wybitny poeta, prozaik i publicysta gruziński przełomu XIX i XX stulecia. Muzykę skomponowała Warienka Cereteli (Варвара Спиридоновна Мачавариани).

Piosenkę w interpretacji Tamary Lordkipanidze nagrałem podczas Dnia kulturalnego Gruzji, zorganizowanego przez Centrum Międzykulturowe, 6 czerwca 2018, w siedzibie instytucji, przy Pl. Hallera w Warszawie (formalnie: Jagiellońska 54). www.centrumwielokulturowe.waw.pl


 

Akaki Cereteli (1912), fot. www.burusi.wordpress.com

Akaki Cereteli (1840-1915) pochodził ze starego arystokratycznego rodu gruzińskiego. Gruntownie wykształcony, postępowy intelektualista stanął na czele niepodległościowego ruchu, dążącego do wyzwolenia Gruzji spod kurateli carskiej Rosji.

Jako poeta i pisarz, pozostawił po sobie szereg pism patriotycznych, lirycznych, satyrycznych, humorystycznych. Jednak to rozsławiony pieśnią wiersz „Suliko”, sprawił, że o nazwisku Akakiego Ceretelego usłyszano daleko poza granicami niewielkiego kaukaskiego kraju.

Nie od razu jednak, bo jak na ironię, o popularności piosenki zdecydowano w czasach radzieckich, gdy Gruzja nie była już wprawdzie carską gubernią, ale nadal – jako republika radziecka – nie była wolna. Tak się złożyło, że ta romantyczna piosenka uwiodła samego Stalina. Może z sentymentu do ojczyzny, a może dlatego, że poruszała w jego duszy jakieś głęboko skrywane, delikatne struny. Żeby zaskarbić sobie przychylność ojca narodu, „Suliko” włączały do repertuaru kolejne radzieckie chóry, w tym słynny Chór Aleksandrowa, założony u schyłku lat 20. XX wieku. Dzięki ich koncertom – w krajach socjalistycznych, a po śmierci sowieckiego dyktatora, również poza granicami bloku – pieśń poznał cały świat.

Potem przyszedł czas na przeróbki i modyfikacje konwencji, ale także na tłumaczenia tekstu. Najpopularniejsze polskie słowa napisali Aleksander Rymkiewicz * i Wanda Sieradzka **, a wśród wielu wykonań, największym bodaj powodzeniem cieszyła się po wojnie interpretacja Chóru Czejanda do słów Rymkiewicza, potem zaś Sławy Przybylskiej do słów Sieradzkiej. Piosenkę do swojego repertuaru włączyła Eleni, chętnie wykonują ją piosenkarki i zespoły nurtu disco polo.

Suliko to imię dziewczyny, a jednocześnie… ‘dusza’ po gruzińsku.

Okładka płyty wydanej przez Muzę, na której „Suliko” wykonuje Chór Czejanda przy akompaniamencie Czesława Aniołkiewicza (fortepian), do słów Aleksandra Rymkiewicza (fot. z portalu www.staremelodie.pl)

* Suliko (słowa Aleksandra Rymkiewicza)

Chciałem znaleźć mej miłej grób,
Smutek co dzień me serce gniótł.
Wiosną młode serca bez miłości schną,
Gdzie ty jesteś, mów, Suliko?

W bujnym lesie kwiat róży drży,
Na jej płatkach lśnią rosy łzy.
Czy to ty tak pięknie wznosisz głowę swą,
Kwitnąc z dala stąd, Suliko?

Nad kochaną swą różą dziś
Słowik w gąszczu zgiął młody liść.
Zapytałem tak, jak wzdycha wody dno:
Czy to jesteś ty, Suliko?

Dziobkiem przywarł do listków drzew,
W ciszy lasu w krąg zabrzmiał śpiew
I dzwoniła pieśń słowika aż do dnia,
Jakby mówił mi: tak, to ja.

Słowa za: www.staremelodie.pl
Piosenka w wykonaniu Chóru Czejandawww.youtube.com


** Suliko (słowa Wandy Sieradzkiej)

Gdzie rozkwita kwiat, róży kwiat,
na gałązce siadł lotny ptak.
Zadrżał wśród listowia purpurowy pąk,
czemu serce drży, Suliko?
Zadrżał wśród listowia mały róży pąk,
czemu serce drży, Suliko?

Jedzie wrony koń spoza wzgórz,
jeździec zbliża się, wchodzi w próg.
Spragnionemu dajże wody, wyjdź przed dom,
czemu kryjesz się, Suliko?
Spragnionemu dajże wody, wyjdź przed dom,
czemu kryjesz się, Suliko?

Pięknie pachnie chleb, pachnie miód,
proszę, napij się, ucisz głód.
Ale nadaremnie ściga mnie twój wzrok,
inna jestem już Suliko.
Ale nadaremnie ściga mnie twój wzrok,
inna jestem już Suliko.

Wiłam z przędzy nić, długą nić,
z przędzy powstał szal, zwiewny szal.
Szal do przędzy niepodobny nic a nic,
i ty jesteś już nie ten sam.
Szal do przędzy niepodobny nic a nic,
i ty jesteś już nie ten sam.

Pobladł jeździec i ruszył w cwał,
w locie zerwał kwiat, róży kwiat.
Zdrada rani serce, kolec rani dłoń,
zapłakała w głos Suliko.
Bo umiera miłość, kiedy stargasz ją,
mówi stara pieśń, Suliko.

Piosenka w wykonaniu Sławy Przybylskiejwww.youtube.com


Po gruzińsku można posłuchać pieśni na Youtube, m.in. w wykonaniu Katie Melua, której towarzyszy męski chór „Shvid Katsa” (www.youtube.com), „Tria Tbilisi” (www.youtube.com), albo duetu Sorena i Stano: (www.youtube.com) oraz wielu innych.

Poniżej imponujące wykonanie pieśni przez Chór Armii Czerwonej, w którym dyryguje osobiście założyciel zespołu Борис Александрович Александров.

Я могилу милой искал,
Но ее найти нелегко,
Долго я томился и страдал;
Где же ты моя Сулико!

Розу на пути встретил я,
В поисках уйдя далеко,
Роза, пожалей, услышь меня,
Нет ли у тебя Сулико?

Среди роз душистых, в тени,
Песню соловей звонко пел,
Я у соловья тогда спросил
Сулико не ты ли пригрел?

Соловей вдруг замолчал,
Розу тронул клювом легко,
Ты нашел, что ищешь, – он сказал
Вечным сном здесь спит Сулико

Роза, наклонившись слегка,
Свой бутон раскрыв широко,
Тихо прошеплала мне тогда
Не найти тебе Сулико.


Słowa w języku oryginału (po gruzińsku)

სულიკო

საყვარლის საფლავს ვეძებდი,
ვერ ვნახე!.. დაკარგულიყო!..
გულამოსკვნილი ვჩიოდი:
„სადა ხარ, ჩემო სულიკო?!“

ეკალში ვარდი შევნიშნე,
ობლად რომ ამოსულიყო,
გულის ფანცქალით ვკითხავდი:
„შენ ხომ არა ხარ სულიკო?!“

სულგანაბული ბულბული
ფოთლებში მიმალულიყო,
მივეხმატკბილე ჩიტუნას:
„შენ ხომ არა ხარ სულიკო?!“

შეიფრთქიალა მგოსანმა,
ყვავილს ნისკარტი შეახო,
ჩაიკვნეს-ჩაიჭიკჭიკა,
თითქოს სთქვა: „დიახ, დიახო!“

Gruziński wkład w dzieje ludzkości

Choć podpisano ją jedynie skromnym numerem „5”, Czaszka z Dmanisi należy dziś do najcenniejszych w Gruzji artefaktów archeologicznych i jest ozdobą kolekcji prehistorycznych artefaktów Gruzińskiego Muzeum Narodowego.

Podobnie jak kości innych praludzi, znalezione w latach 1999-2005 w Dmanisi, w regionie Kwemo-Kartlii (na południowy zachód od Tbilisi, nieopodal granicy z Armenią), czaszka nr 5 wywróciła do góry nogami wcześniejsze teorie na temat pradziejów i ewolucji naszego gatunku. Jest bowiem jedyną kompletną, a przy wiekiem szacownym na… 1,85 mln. lat, także najstarszą czaszką ludzką, jaką dotąd odkryto poza kontynentem afrykańskim. Tym bardziej interesującą, że łączy w sobie cechy przypisywane dotychczas kilku gatunkom praprzodków współczesnego człowieka.

 

W 1991 roku archeolog David Lordkipanidze, prowadząc wykopaliska w Dmanisi, natrafił na szczątki wczesnego hominida. W przeciągu dekady kolekcja artefaktów wzbogaciła się o kolejne sensacyjne znaleziska, w tym pięć doskonale zachowanych czaszek oraz niemal kompletny szkielet. Światu ukazał się Homo georgicus erectus – Człowiekiem z Dmanisi.

 

Czaszka z Dmanisi (fot. z portalu Gruzińskiego Muzeum Narodowego; www.dmanisi.ge)

Zastanawiając się czy to nowa gałąź drzewa genealogicznego Homo sapiens, naukowcy opisali jak wyglądał odkryty w Gruzji osobnik. Był niewielkiej postury i miał niewielki mózg, choć proporcje ciała zbliżone do naszych. Poruszał się całkiem sprawnie, był wyprostowany i potrafił pokonywać długie dystanse. Używał prymitywnych narzędzi kamiennych, którymi umiał oprawiać upolowaną zwierzynę. Ba, z oględzin zachowanego szkieletu naukowcy wysnuli wniosek, że najprawdopodobniej, ten konkretny osobnik padł ofiarą szablozębnego tygrysa. Natomiast różnice między kształtem jego kości, a innych odnalezionych wówczas przedstawicieli linii Homo georgicus nie odbiegają od obserwowanych u ludzi współczesnych. Uczeni uznali zatem, że mamy do czynienia z nieznanym dotąd gatunkiem hominida, i zakwalifikowali człowieka z Dmanisi do wczesnej linii Homo erectus, czyli człowieka wyprostowanego. Tej, która około 2 mln lat temu wyruszyła z Afryki, zasiedlając odległe nawet zakątki świata.

Dyskutując nad jedyną słusznością przedstawionej teorii, przedstawiciele nauki są zgodni co do tego, że to przełomowe odkrycie dla dziejów rodzaju ludzkiego. Może bowiem dowodzić, że już w tak odległych czasach istniał tylko jeden gatunek człowieka, a różnice – podobnie jak dziś – wynikały jedynie z przystosowania do lokalnych warunków życia.


Dmanisi Museum-Reserve (85 km na południowy zachód od Tbilisi): www.museum.ge oraz www.dmanisi.ge
Na kanale Vimeo zamieszczony jest film, w którym prof. David Lordkipanidze opowiada o Damnisi, jednym z kluczowych dla światowej nauki stanowisk archeologicznych oraz o wyzwaniu jakim jest poznanie pradziejów naszego gatunku (www.vimeo.com).

 

Prof. David Lordkipanidze piastuje stanowisko dyrektora generalnego Gruzińskiego Muzeum Narodowego – placówki założonej w 2004 roku, patronującej kolekcjom zgromadzonym w 10 miejscach oraz 2 instytutom badawczym. Pod jego kierunkiem muzeum przekształciło się z instytucji typu sowieckiego w nowoczesną przestrzeń dla nauki i edukacji.

 

Nasi wspólni wyprostowani przodkowie patrzą w przyszłość (rekonstrukcja na podstawie odkryć dokonanych na przełomie tysiącleci w Dmanisi); zdjęcie z portalu www.museum.ge

Stambuł Devrima Erbila

Devrim Erbil należy do najwybitniejszych współczesnych malarzy tureckich. W wieku 81 lat wciąż pracuje na Wydziale Malarstwa Uniwersytetu Sztuk Pięknych Mimar Sinan w Stambule (odpowiednik naszej ASP).

Jego obrazy imponują drobiazgowością, detalem i tonacją. Z gęstwiny kreseczek i linii wyłaniają się iście kartograficzne ujęcia Stambułu – gigantycznej metropolii, rozsiadłej okrakiem na granicy Europy i Azji. Minarety meczetów, górujące nad stłoczonymi domami, stada mew nad Bosforem… To wszystko tam jest. Z dziełami inspirowanymi turecką metropolią, sąsiadują prace stricte abstrakcyjne, nawiązujące bodaj najsilniej do tradycji ornamentyki tak przecież ważnej dla kultury rodzinnego kraju artysty.

Prof. dr Devrim Erbil urodził się w Uşaku w 1937 roku. Studiował na wydziale malarstwa Państwowej Akademii Sztuk Pięknych w Stambule.  W 1959 roku Założył grupę Soyutçu 7’ler (Siedmiu Abstrakcjonistów), a w 1963 grupę Mavi (Błękit). W 1965 roku otrzymał stypendium artystyczne od rządu hiszpańskiego, dzięki czemu kontynuował artystyczne studia najpierw w Madrycie, a później w Barcelonie. Potem przyszedł czas na uczelnie Paryża i Londynu. W 1968 roku ogłoszono go w Turcji „młodym artystą roku”, a rok później został prezesem Tureckiego Stowarzyszenia Artystów Współczesnych. W 1970 roku otrzymał tytuł profesora nadzwyczajnego stambulskiej Akademii, a od 1979 roku pełnił funkcję dyrektora Stambulskiego Muzeum Malarstwa i Rzeźby. W 1981 otrzymał  tytuł profesora zwyczajnego i zaczął kierować Wydziałem Malarstwa ASP w Stambule. Za swoje dokonania artystyczne i pedagogiczne otrzymał w 1991 roku tytuł „Devlet Sanatçısı” (Artysty Narodowego). Jego prace wystawiano w Turcji i za granicą, prowadził wykłady i publikował prace z dziedziny sztuki.

Devrim Erbil – portret artysty, w tle Stambuł jego pędzla, fot. Paweł Wroński

Dzieła artysty włączono do kolekcji państwowych muzeów Malarstwa i Rzeźby w Ankarze, Stambule i Izmirze. Znajdują się także w wielu galeriach państwowych i prywatnych w Turcji i na świecie – m.in. w: Ben and Abby Greg Foundation (Minnesota, USA), Banja Luka Ummeticka Galeriya (Bośnia i Hercegowina), Alexandria Museum of Fine Arts (Egipt), Museum of Contemporary Arts (Bukareszt, Rumunia), National Museum of History (Taipei, Tajwan); Palacio National de Ajuda (Lizbona, Portugalia), Georgian National Museum (Tbilisi, Gruzja); Tirana National Museum (Albania).

na podstawie: www.turkishculture.org

Wystawa malarstwa Devrima Erbila zatytułowana „Ze Stambułu z miłością” miała miejsce w Galerii (-1) w siedzibie Polskiego Komitetu Olimpijskiego (1-18 marca 2018). Na wernisażu otwartym uroczyście przez Ambasadora Republiki Tureckiej w Polsce, artyście towarzyszyli: córka i syn. www.devrimerbil.com

Jesienny Stambuł pędzla Devrima Erbila, fot. Paweł Wroński

Dobra kuchnia po wietnamsku

Wewnątrz wciąż jeszcze ślady poprzedników – Orient Expressu i Kulinarnych podróży, ale w menu adekwatne do szyldu Pho’Viet dania: zupy Chao ga i Pho Nam gau, czy pierogi Ha-Cao i Sui-Cao.

Poza tym mnóstwo nazw spolszczonych, po prostu opisujących dania, jak np.  niesiony przez gospodynię lokalu na tacy makaron sojowy z wołowiną, czy krewetki z warzywami na ostro (w praktyce bez przesady, na ostro – ale w sam raz).

 

Niedrogo, smacznie, przyjemnie. Kuchnia orientalna w wietnamskim wydaniu przy Grochowskiej 56-U1  (róg Podolskiej), ze wszech miar godna polecenia. No i, Budda czuwa!

 

Tho’m ngon!

 


Pho’Viet – fanpage: www.facebook.com

 

A to wpis na w/w fanpage’u: „Restaucja PhoViet hôm nay có thêm món mới mời mọi người đến thưởng thức nhé” [???????? – przyp. autora]. Poproszony o ratunek googlowski tłumacz taki przekaz wykoncypował [wszystko jasne, więc na drobne błędy spuśćmy zasłonę milczenia – przyp. autora]:  „Restauracja Pho Viet ma dziś więcej nowych dań, aby zaprosić wszystkich do zabawy”.

 


Błogosławieństwo Gruzji

Woda bije w Gruzji z tysięcy źródeł we wszechobecnych górskich łańcuchach, spływa bystrymi rzekami i tworzy setki jezior, w których toni przegląda się południowokaukaski kraj.

Z wody czerpią Gruzini moc. W przenośni i dosłownie, bo ich kraj zasila energia elektryczna generowana w sieci hydroelektrowni rozlokowanych przy tamach na górskich rzekach. Ich budowę rozpoczęto już w latach 60. XX wieku, gdy Gruzja była jedną z radzieckich republik, ale impulsem do powszechnego wykorzystania siły wody, była polityczna separacja Abchazji oraz rosyjski protektorat nad jej terytorium. Wschodnia granica regionu biegnie bowiem doliną rzeki Enguri. Wznosi się na niej jedna z najwyższych na świecie betonowych zapór. Zamontowano tam turbiny hydroelektrowni, która do połowy pierwszej dekady XXI wieku pokrywała zapotrzebowanie na 40% energii elektrycznej całego kraju. Urządzenia hydroelektrowni mieszczą się niestety na abchaskim brzegu. Gdy żądnemu autonomii regionowi wsparcia udzieliła Rosja, w rękach wielkiego brata zza Kaukazu znalazł się także przełącznik prądu. Budując hydroelektrownie na innych rzekach, zwłaszcza na niemniej potężnej Aragwi, spływającej z Wielkiego Kaukazu wprost do Tbilisi, Gruzini za jednym zamachem uniezależnili się od abchaskiej samowoli i rosyjskiego nacisku. Nie odczuwają już problemów z elektrycznością. Ba, niczym w geście Kozakiewicza, rzęsiście oświetlają najważniejsze miasta: Tbilisi i czarnomorski kurort, Batumi.

Zapora na rzece Enguri ze sporną elektrownią, położoną na abchaskim brzegu, fot. Paweł Wroński

Tbilisi na źródłach stoi
Z wodą wiążą się legendarne początki gruzińskiej stolicy. Ba, jej nazwa – Tbilisi, wywodzi się od określenia gorących źródeł, na jakie podczas polowania natknął się król Wachtang Gorgosali. Goniąc za zranionym jeleniem dotarł do przesłoniętego oparami wody leśnego zakątka. Ciepła woda uleczyła rany zwierzęcia, a król oczarowany pięknem zakątka i cudowną mocą wody, nakazał w tym miejscu budowę miasta, do którego przeniósł stolicę z pobliskiej Mcchety. Było to półtora tysiąca lat temu. Nad źródłami powstała z czasem u bram miasta rozległa łaziebna dzielnica Abanotubani. Zaczerpniętym od perskich i tureckich najeźdźców obyczajem, zatrzymywały się w niej karawany, by zdrożeni kupcy mogli się oddać kąpieli i zmyć kurz ze szlaku. Dopiero po ablucjach wkraczano do miasta. Kopuły zabytkowych łaźni Orbeliani wciąż są charakterystycznym elementem panoramy starego Tbilisi. Woda ma temperaturę 40 st. C i nasycona jest związkami siarki, co nie umknie niczyjej uwadze ze względu na specyficzny zapach. Łaźnie zaś cieszą się ogromnym powodzeniem wśród mieszkańców i gości Tbilisi. Pod każdą z 15 kopuł znajduje się niewielki basen z ciepłą wodą oraz kilka marmurowych łóżek, na których klienci poddają się zabiegom. Kości aż trzeszczą gdy wprawny masażysta, zwany z turecka mekise, ustawia stawy na właściwych miejscach, skóra czerwienieje od nacierania, a mocno uderzane mięśnie rozluźniają się. W połączeniu z kojącym działaniem termalnej wody i delikatnych siarkowych wyziewów, masaż znakomicie relaksuje, ciało nabiera sprężystości, a energia zdaje się podwajać. Typowa sesja trwa około godziny. Wiele osób decyduje się jednak na dłuższy pobyt, zwłaszcza po to, by omawiać interesy. Pamiętać jedynie należy, że łaźnie nie są koedukacyjne. Wejście zaś, znajduje się przy ulicy Grishashvili, noszącej imię poety, który twierdził, że „być w Tbilisi i nie zażyć kąpieli w Orbeliani, to tak jak odwiedzić Paryż i nie zobaczyć Wieży Eiffel’a”.

Świat pije Borjomi
Światową sławę zawdzięczają Gruzini wodzie – butelkowanej mineralnej Borjomi (czyt. Bordżomi). Miejscowość, w której tryskają jej źródła rozsiadła się w malowniczej dolinie rzeki Mtkwari (znanej pod turecką nazwą Kura), wijącej się między pasmami Małego Kaukazu. Źródła były znane przynajmniej od I stulecia przed Chrystusem. Ale odkryte przez archeologów kamienne wanny z czasów rzymskich świadczą, że używano ich raczej do kąpieli, niż do picia. Tak było do XVI wieku, do tureckiej inwazji, po której region się wyludnił i o wodach zapomniano. Miejscowością zainteresowano się ponownie, gdy zachwyciła Wielkiego Księcia Romanowa. W 1842 roku wzniesiono z jego rozkazu pierwszą na terenie Gruzji carską rezydencję, a towarzyszący księciu dworzanie przyczynili się do powstania mody na wypoczynek w Bordżomi. Pod koniec stulecia składem oraz właściwościami wód i mikroklimatu zainteresowali się naukowcy, i wkrótce miejscowość przekształcono w uzdrowisko. W okresie międzywojennym XX wieku rozpoczęto przemysłową eksploatację źródeł, aby wodę rozprowadzać jako leczniczą. W czasach socjalistycznych kurort przeżywał oblężenie, ale nie rozwijano infrastruktury, więc po upadku ZSRR uzdrowisko szybko popadło w ruinę. Dziś powoli się odradza, kusząc pięknym parkiem ze źródłami. Wody nasycone dwutlenkiem węgla zaleca się do picia osobom z niewydolnością układu pokarmowego. W zasilanych gorącą siarkową wodą basenach urządza się kąpiele zdrowotne. Są zbawiennie dla zreumatyzowanych stawów i skóry. Butelkowaną wodę ze źródeł Bordżomi, Likani i Waszlowani-Kwibisi eksportuje się do ponad 30 krajów.

W Tskaltubo kąpał się Stalin
Tskaltubo leży w zachodniej części kraju, 7 km od Kutaisi. Imponuje pałacową architekturą i rozmachem założenia. Bryły wzniesionych tam monumentalnych budowli wieńczą szeregi kamiennych figur i dekorowane płaskorzeźbami frontony. Do kolumnowych portyków poprzedzających wejścia prowadzą szerokie schody. We wnętrzach nie poskąpiono marmurów, a wystroju dopełniają ciężkie, ozdobne żyrandole. Wszystko tonie w bujnej zieleni, tak charakterystycznej dla niewielkich gruzińskich nizin, jakie ciągną się na kształt klina od wybrzeża Morza Czarnego po Kutaisi. W parkowym otoczeniu jest mnóstwo połączonych schodami widokowych tarasów z tralkowymi balustradami. W prowadzących na nie alejkach tryska woda z wielkich kamiennych fontann. Zachowana pieczołowicie socrealistyczna aranżacja zdradza, że kompleks powstał w latach 40. O lokalizacji zadecydowały zasoby przesyconych radonem wód termalnych. Ich temperatura oscyluje koło 35-36 st. C. Kąpiele sprzyjają leczeniu i profilaktyce chorób układu sercowo-naczyniowego, skóry, narządów ruchu, metabolizmu, układu nerwowego i ginekologicznego. Walory zdrowotne, ciepły klimat i odległość od teatrów toczącej się wojny sprawiły, że właśnie tutaj radzieckie Ministerstwo Obrony założyło luksusowy ośrodek wypoczynkowo-rehabilitacyjny, który szybko zyskał popularność wśród krajowych elit. Ba, ponoć sam Stalin, rodowity przecież Gruzin, chętnie w nim wypoczywał. Ten argument wykorzystywany jest zresztą skwapliwie w promocji ośrodka, który po odrestaurowaniu otwarto ponownie w 2011 roku jako „Tskaltubo SPA Resort”. Oprócz basenów i zabiegowych gabinetów ośrodek oferuje hotelowe zaplecze, sale konferencyjne i koncertową. Do dyspozycji gości oddano też klub, herbaciarnię i bilardowe stoły.

Tskaltubo SPA koło Kutaisi – socrealistyczna architektura doby stalinowskiej, fot. Paweł Wroński

Orzeźwienie z wody
Wedle współczesnej wiedzy Gruzja jest kolebką winiarstwa. Świadczą o tym fragmenty glinianych naczyń z początków VI tysiąclecia przed naszą erą odkryte przez archeologów około 30 km na południe od Tbilisi, nieopodal Szulaweri. Są pokryte osadem kamienia winnego, a żadna inna z okolicznych roślin nie zawiera kwasu winowego. W okolicy znaleziono więcej świadectw uprawy winorośli, a przede wszystkim pestki winogron i sadzonki z tego samego okresu. Dowodząc ośmiu tysięcy lat tradycji, w wyścigu o miano kolebki winiarstwa, Gruzja wyprzedziła konkurentów – Iran, gdzie w Hadzi Firuz Tepe istnieją ślady upraw z połowy VI tysiąclecia p.n.e. oraz Armenię z jaskinią Areni-1, którą nazwano nawet „winiarnią sprzed 6 tysięcy lat”. Jednak historią jeszcze dłuższą niż winiarska szczycą się w Gruzji producenci piwa. Ba, starożytni Grecy opisywali mieszkańców dzisiejszej Gruzji jako georgias czyli uprawiających ziemię. W południowej części kraju odnaleziono dowody przechowywania ziarna pszenicy i narzędzia, którymi ją uprawiano już na przełomie VII i VI tysiąclecia przed Chrystusem, czyli niemal 9 tysięcy lat temu, a więc nawet dawniej niż winorośl. Od uprawy pszenicy do produkcji piwa tylko krok, natomiast na smak piwa wpływa w ogromnej mierze woda. Tej zaś, jako się rzekło, w Gruzji nie brakuje. Z górskich źródeł czerpią ją browary produkujące Mtieli – piwo z gór, na którego etykiecie piętrzą się kaukaskie szczyty i widać sylwetkę kozicy, Kazbegi – wizytówkę Wysokiego Kaukazu, czy Natakhtari, które w krótkim czasie podbiło 65% krajowego rynku. Ostatnim akordem jest moda na minibrowary. Wprawdzie dotarła do Gruzji niedawno, ale do grona faworytów w wyścigu o miano najlepszego piwa stanęły już tbiliskie restauracje Mirzaani, oferując chmielowy trunek z własnej warzelni. Tak oto dzieje korzystania z wody dla zdrowia i przyjemności zataczają w Gruzji krąg, zaczynając się i kończąc w Tbilisi.


INFO
Oficjalny portal z informacjami turystycznymi na temat Gruzji: www.exploregeorgia.org
Ciekawe i pożyteczne posty kolportuje facebook’owa społeczność Открой Грузию


Tekst był publikowany w zimowym zeszycie magazynu Eden w 2017 roku (www.spaeden.pl).


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Sułtan zaprasza do walca

Abdülaziz Han (1820-1876), 32. sułtan Ottomańskiego Imperium z dynastii osmańskiej, ciekawy świata, o szerokich zainteresowaniach i gruntownie wykształcony, odbył – jako pierwszy z tureckich władców – podróż po Europie, odwiedzając kluczowe stolice kontynentu.

Podróż stała się dla niego źródłem inspiracji w muzyce, którą z talentem komponował – jako pierwszy w Turcji – również na wzór europejski! Abdülaziz Han stykał się z muzyką klasyczną Starego Kontynentu już wcześniej, bo od 1828 roku, gdy na zaproszenie dworu przybył do Stambułu Giuseppe Dionizetti. Brat słynnego włoskiego kompozytora operowego, uczył członków sułtańskiej rodziny, zarażając miłością do muzyki dworskiej – stylu, jakiemu sam hołdował. Nic więc dziwnego, że fascynacja kulturą krajów zachodnich przebija z partytur muzycznych sułtana Abdülaziza, tak jak w utworze „Valse Davet” (Zaproszenie do walca), który wykonuje Ottoman Ensemble.

 

 

Nagranie z koncertu finałowego cyklu wykładów, pokazów oraz warsztatów, jakie pod auspicjami Ambasady Republiki Turcji w Polsce, odbywały się przez 1,5 roku na Zamku Królewskim w Warszawie pod hasłem: „600 lat relacji polsko-tureckich”.

Ottoman Ensemble w Sali Wielkiej zamku Królewskiego w Warszawie, fot. Paweł Wroński

 

 

If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Wróżenie z fusów

Moda na wróżenie z fusów – kawowych i herbacianych – opanowała Europę w XVII wieku. Mieli w tym swój udział Turcy, Holendrzy i mieszkańcy wysp brytyjskich.

Ci pierwsi opracowali już wcześniej opasłe katalogi znaczeń możliwych wzorów jakie tworzą kawowe fusy, ci drudzy zwozili (przyszłe) herbaciane fusy z Chin do Europy w ładowniach swych statków. Natomiast ci ostatni, nudząc się w mgliste i dżdżyste wieczory, chętnie wypełniali sobie w ten sposób czas, gdy w filiżankach zabrakło już wonnego napoju. Szczyt popularności wróżenia z herbacianych fusów przypadł na epokę wiktoriańską.

Ponieważ fusy osadzały się na ściankach naczynek, finezyjną sztukę interpretowania wzorów i wyciągania z tego wniosków na temat przyszłości, nazwano tasseomancją (posługiwano się także określeniem tasseografia, a nawet – z nutą naukowego zacięcia – tasseologia), od arabskiego określenia filiżanki – tasse.

 

Wróżenie z kawy to po turecku kahve falı.

 

Zamieniwszy się w rodzaj towarzyskiej gry tasseomancja przyjęła się w innych krajach, sięgając też wschodniej Europy. Ba, przykładając może mniejszą wagę do rezultatów niż 200 lat temu, wiele osób również dziś chętnie wróży sobie przyszłość z fusów. Powodzenia!

Chociaż mamy udział w otwarciu się Europy na doznania płynące z filiżanki kawy (worki z ziarnami kawy wpadły w ręce Sobieskiego w 1863 roku, gdy jego zwycięskie wojska plądrowały pod Wiedniem namioty Kara Mustafy), dopiero od dwóch dekad, tak wielu spośród nas nie wyobraża sobie dnia bez przynajmniej jednej filiżanki kawy, fot. Paweł Wroński

 

A tak na marginesie, czy wiecie, że turecka filiżanka do kawy jest mniejsza od europejskiej? Że turecka kawa jest szczególnie drobno mielona, przez co jej roztarte na pył ziarenka przenikają przez każde sito, tworząc w filiżance zawiesinę? I, że parzenie kawy po turecku zostało w 2013 roku wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa ludzkości UNESCO?

 

Osman Serim, który osobiście przyczynił się do umieszczenia obyczaju parzenia kawy po turecku na liście UNESCO, opowiada o dziejach kawy, o jej drodze z Etiopii przez kraje arabskie do Europy, a potem na inne kontynenty, fot. Paweł Wroński

Osman Serim: www.osmanserim.com
Przyczynek do tematu: https://pawelwronski.blog
O wróżebnej tureckiej technice czytajcie na blogu ‘Cafe Hurriya’: www.cafe-hurriya.blogspot.com


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Şefika i 94. urodziny Republiki Turcji

W międzynarodowym środowisku muzycznym, turecką flecistkę Şefikę Kutluer nazywają „Magicznym Fletem”. Wielokrotnie nagradzana w kraju i za granicą artystka, jest solistką Narodowej Orkiestry Symfonicznej z Izmiru. W podobnej roli występuje również z Kameralną Orkiestrą UE.

Flecistka Şefika Kutluer i pianistka Naile Ahmedova podczas koncertu w Sali Wielkiej Zamku Królewskiego w Warszawie, fot. Paweł Wroński

Z okazji 94. rocznicy proklamacji Republiki, Ambasada Turcji w Polsce zorganizowała uroczysty koncert w Wielkiej Sali Zamku Królewskiego w Warszawie. Występ Şefiki Kutluer uświetnił wydarzenie (www.sefikakutluer.com; www.facebook.com)*. Akompaniowała jej na fortepianie Naile Ahmedova, pianistka Tureckiej Opery Narodowej w Ankarze. W programie znalazło się 5 utworów:
* Taniec błogosławionych duchów z opery Orfeusz i Eurydyka Krzysztofa Glucka
* Menuet & Badinerie ze suity orkiestrowej nr 2 Jana Sebastiana Bacha
* Węgierska fantazja pastoralna Franciszka Dopplera
* Walc Fryderyka Chopina
* Marsz Turecki z XI Sonaty Fortepianowej Wolfganga Amadeusza Mozarta.



 

* Doceniając talent Şefiki Kutluer, Ian Anderson z Jethro Tull skomponował „Sefika’s Tango”.  Artystka koncertowała z zespołem wielokrotnie, wykonując m.in. ten właśnie, dedykowany jej utwór (www.youtube.com).

 

Koncert poprzedziło przemówienie J.E. Ambasadora Republiki Turcji w Polsce, Tunça Üğdüla. Imprezę zakończył bankiet w Arkadach Kubickiego.

J.E. Ambasador Republiki Turcji w Polsce, Tunç Üğdül z małżonką, fot. Paweł Wroński

Proklamując w 1923 roku Republikę Turcji, Mustafa Kemal Atatürk – Ojciec Wszystkich Turków, wyrażał nadzieję na „pokój w ojczyźnie, pokój na świecie”.

Współczesna Turcja jest spadkobiercą jego idei, ale jednocześnie sukcesorem rozległego osmańskiego imperium – ojczyzną różnorodnych grup etnicznych, narodowściowych i religijnych. Jej kultura tworzy więc barwny kalejdoskop, natomiast (s)pokój w ojczyźnie pozostaje wciąż wyzwaniem. Tym większym, że Republika Turcji narodziła się w epoce kształtowania w Europie i na świecie państw narodowych, a teraz – największą bodaj wartością jest regionalne zróżnicowanie, któremu hołduje UE oraz większość jej krajów członkowskich. Turcja zadeklarowała chęć przyłączenia do Wspólnoty dość dawno, proces akcesyjny uległ jednak spowolnieniu za prezydentury Recepa Tayyipa Erdoğana.

Przemówienie J.E. Ambasadora Turcji w Polsce, Tunça Üğdüla, fot. Paweł Wroński

 

Cumhuriyet Bayramı w dniu 29 października (Święto Republiki, 29 ekim), jest najważniejszym świętem państwowym w Turcji.

 


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00


Ebru – na wodzie malowanie

Ebru – sztuka malowania na wodzie kształtowała się przez stulecia, a jej głównymi ośrodkami stały się z początkiem XVI wieku metropolie tureckiego imperium: Buchara (dziś w Uzbekistanie) oraz Stambuł. W 2014 roku wpisano ebru (Türk Ebrusu) na listę niematerialnego dziedzictwa ludzkości UNESCO.

Kwiaty Anny Amil wykonane pdczas prezentacji ebru na Zamku Królewskim w Warszawie, fot. Paweł Wroński

Sztukę tę mylnie utożsamia się z techniką marmurkowania – również wywodzącą się z Turcji, a dziś powszechnnie używaną w introligatorstwie starodruków. Szuka się także podobieństw z japońskim kunsztem suminagashi – tworzenia deseni przez tusze pływające na wodzie. Ebru, zdecydowanie odróżnia od nich brak przypadkowości. Ebruista wie dokładnie czego pragnie i dąży do uzyskania takiego efektu jaki sobie wymarzył. Natomiast wzory stworzone technikami marmurkowania czy suminagashi, choć nierzadko porywające, są od woli artysty niezależne.

Nazwa tego wywodzącego się z tradycji orientu gatunku malarstwa pochodzi od perskiego określenia ebri (wym. abrï), oznaczającego coś zwiewnego, falistego, jak chmura.

Niepowtarzalność dzieł ebru wykorzystywano w Turcji już od XVI wieku, używając papierów zdobionych przez ebruistów do prowadzenia oficjalnej korespondencji oraz wystawiania dokumentów sułtańskich. Nie można ich było bowiem podrobić – ani skopiować, ani nawet powtórzyć uzyskanego przez konkretnego artystę wzoru. Najstarszy obraz wykonany techniką ebru o potwierdzonej dacie wykonania znajduje się w zbiorach muzealnych Pałacu Topkapi w Stambule. Powstał w 1539 roku.

W XIX wieku sztukę ebru zdominowały wzory kwiatowe i to one wyznaczają dziś kanon piękna obrazów wykonanych tą finezyjną techniką. Praca nad obrazem uważana jest także za formę medytacji, bo żeby ukończyć dzieło konieczne są głęboka koncentracja i spokój umysłu.

Anna Amil – ebruistka z Krakowa, fot. Paweł Wroński

Anna Amil, absolwentka orientalistyki i filologii tureckiej UJ, zajmuje się ebru od 7 lat, a swój warsztat doskonaliła pod okiem mistrzów ze Stambułu. Swoje kompozycje tworzy na papierze, choć dziś zdobi się w ten sposób także jedwab, choćby do celów użytkowych, jak na przykład krawaty.

Próbka możliwości jakie daje jedna z technik ebru, polegająca na rozprowadzaniu farb płynnymi ruchami – „pójdź i wróć”, fot. Paweł Wroński

Niezwykłe znaczenie dla sztuki ebru ma przygotowanie farb z naturalnych składników określonego pochodzenia, a nawet „oswojenie wody” w kuwecie, w której obraz powstaje. Składnikiem kluczowym jest żółć wołowa, która sprawia, że farby osiągają odpowiednią gęstość. Niebagatelne znaczenie ma oczywiście wyobraźnia twórcy, bo to ona podsuwa pomysły i sposoby odzwierciedlenia zrodzonych w myślach motywów na papierze, na który z powierzchni wody delikatnie się je przenosi.

Kwiat wykonany przez Annę Amil podczas kótkiego pokazu. Niby proste, ale kluczem było przygotowanie farb i wody, które umożliwiły sporządzenie tego delikatnego kwiatowego motywu, fot. Paweł Wroński

Anna Amil przedstawiła sztukę ebru podczas pokazu zorganizowanego na Zamku Królewskim w Warszawie pod auspicjami Ambasady Turcji w Polsce. W ramach kierowanego przez nią warsztatu powstało także kilka prac amatorskich.


Poznaj Turcję: www.facebook.com/PoznajTurcje/


If You like this site, your support will be welcome!

$5.00