W przełomie rzeki Mtkvari (Kury)

Mtkvari (მტკვარი) jest największą rzeką Gruzji, ale ponieważ jej źródła tryskają na Wyżynie Armeńskiej, w powszechnym użyciu jest turecka nazwa – Kura.

Używali jej także Rosjanie, odkąd zamienili w gubernię wolne i dumne królestwo Kartlów, mamiąc ich obietnicą protektoratu. Po rewolucji – siłą rzeczy – gubernia przedzierzgnęła się w jedną z radzieckich republik. Ukochaną, bo ojczystą ziemią Batiuszki Stalina. Jak się łatwo domyślić, nazwa Kura wywołuje u Gruzinów… mieszane uczucia.

Twierdza Khertvisi nad Kurą, która toczy swe wody przez 1515 km, biorąc źródła w Turcji na Wyżynie Armeńskiej, fot. Paweł Wroński

Kura jest najpotężniejszą rzeką zakaukazia – liczy 1515 km długości, z czego pierwszy odcinek długości 174 km jest turecki. Ponadto, ponad połowa jej biegu – 915 km stanowi główną wodną arterię Azerbejdżanu. Tam, rzeka zwana Kür, wpada do Morza Kaspijskiego.

Wpływając na teren Gruzji, Kura przecina łańcuch Małego Kaukazu, tworząc wkrótce oryginalny przełomowy odcinek. Są w nim usytuowane dwa bezcenne gruzińskie zabytki – skalne miasto Vardzia (w polskiej transliteracji: Wardzia) i twierdza Khertvisi (Chertwisi).

 

Skalne miasto Vardzia (Wardzia)

Wardzia to wykute w skałach miasto, w którym w szczytowym okresie mieszkało ponoć 50 tys. ludzi. Za panowannia królowej Tamary, w złotym wieku w historii Gruzji, kluczowego znaczenia nabrał tamtejszy monastyr. Freski sprzed wieków doskonale się w nim zachowały. Trasa zwiedzania, biegnie wykutymi w skałach korytarzami, głównie tym, którym w razie zagrożenia mieszkańcy ewakuowali się, uciekając do trudnodostępnego  przełomowego odcinka rzeki powyżej miasta.

 

Twierdza Khertvisi (Chertwisi)

Twierdza Chertwisi – jedna z najstarszych fortyfikacji w regionie Samcche-Dżawachetia w południowej Gruzji we wsi Chertwisi. Budowę twierdzy rozpoczęto w II w. p.n.e. Cerkiew na jej terenie wzniesiono pod koniec X, a obecny kształt forteca uzyskała około 1354 roku.

 

Nasza trasa w górę rzeki Mtkvari

Pomnik najwybitniejszego, XII-wiecznego poety gruzińskiego, Szoty Rustaveli’ego, fot. Paweł Wroński

Nasza trasa biegła z miasta Akhaltskihe w górę rzeki, a więc nim dotarliśmy do przełomu mogliśmy podziwiać pomnik najwybitniejszego gruzińskiego poety, Szoty Rustaveli’ego,  autora poematu „Witeź w tygrysiej skórze”. Rustaveli żył i tworzył w XII wieku, a więc za panowania Car Tamar, w której był ponoć beznadziejnie zakochany. Potem na naszej trasie wyrosła twierdza, a na koniec w najgłębszej części przełomu osławione skalne miasto, skąd serpentynami gruntowej drogi wspięliśmy się na Dżawachecki Płaskowyż… ale to już inna historia 🙂 Podobnie jak o innych miejscowościach położonych w dolinie (Borjomi [Bordżomi], Gori, Mtskheta [Mccheta], Rustavi [Rustawi]).


10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).

Nissan XTerra na trasie, fot. Paweł Wroński
Na Dżawacheckim Płaskowyżu, 500 m nad doliną Kury, ale o tym… kiedy indziej, fot. Paweł Wrónski
Reklamy

„Modern China” w Nowym Wilanowie

Wszystko zaczęło się od niepochlebnej opinii znanego kulinarnego recenzenta. Potem były wywiady z właścicielem i tłumaczenie niuansów chińskiej kuchni.

Historia Chin to historia wojny i głodu. Nauczyliśmy się zjadać praktycznie wszystko. To wynika też z wielkiego szacunku do zabijanego zwierzęcia. Staramy się każdą jego część wykorzystać i przygotować w smacznej formie” – mówił w odpowiedzi na zarzuty krytyka Chi Li, właściciel i szef kuchni chińskiej reaturacji. „Nie zamierzam fałszować tradycji, by dopasować się do gustów Polaków”- dodawał (cytuję za: www.metrowarszawa.gazeta.pl). Ale działo się to w epoce „China Garden”, jak nazywała się niegdyś chińska restauracja w Miasteczku Wilanów. Dziś – pod nowym szyldem – „Modern China”, lokal nie narzeka na brak klientów, których pozyskuje autentyzmem potraw, bazujących na tradycjach kulinarnych nadmorskiego regionu Jiangsu.

Budda czuwa w „Modern China” przy Kazachskiej 1, fot. Paweł Wroński

Chiny to ogromny kraj, a więc istna planeta smaków. W Modern China nie poznamy całej planety, a jedynie posmakujemy rodzinnego regionu właściciela. Jak sam mówi – kaczki po pekińsku w swoim lokalu nie podaje, bo zdaje sobie sprawę, że ani on ani jego kucharze z Jiangsu dobrze jej nie przygotują – „Nie pochodzi z regionu, który znamy”. Nie zasmakujemy tam też potraw polanych obficie sosem sojowym, jak się często zdarza w lokalach serwujących – tylko z nazwy – ‘azjatyckie’ potrawy. W Modern China nie zjemy też zeuropeizowanej chińszczyzny, bo ambicją pana Chi Li jest przybliżenie atmosfery konkretnego chińskiego regionu – jego rodzinnego Jiangsu.

Żeby ten zamysł podkreślić, zadbał o wystrój, zapraszając polską projektantkę wnętrz na miesięczną podróż po Chinach. W efekcie, podobnie jak menu, autentyczny wystrój przyciąga klientelę. Chińczycy pracujący w Warszawie ściągają na Kazachską 1, bo serwowane tu potrawy przypominają im smak ojczyzny. Kto Chiny odwiedzał lub jakkolwiek liznął kultury Państwa Środka, zagląda tu z niemniejszą przyjemnością. W menu pełnym różnorodnych dań znajdą coś dla siebie zarówno zwolennicy mięsnych potraw jak i zagorzali ich przeciwnicy (www.facebook.com).

Jesteśmy pierwszą restauracją chińską z kuchnią regionu Jiangsu. Z tego regionu pochodzą właściciele restauracji jak i kucharze co jest gwarancją jej oryginalności. W naszej kuchni potrawy przygotowywane są ze świeżych produktów, w profesjonalnych wokach, zawsze na zamówienie klienta.

Tak w portalu gdziezjesc.info reklamuje się chiński lokal z Wilanowa


Modern China (中国人家), Kazachska 1: www.facebook.com

O Modern China na blogach i w prasie:

Droga przez Goderdzki Pieriewał

Trasa z Batumi do Akhaltsikhe prowadzi wspaniałą, widokową drogą, a jednak jedyny jej opis znalazłem w portalu… dangerousroads.org, który specjalizuje się w prezentacji efektownych ale zazwyczaj ryzykownych przepraw samochodowych na całym świecie. 

Coś w tym jest. Droga, o której mowa przechodzi przez Przeł. Goderdzi (jak się mówi w języku Wielkiego Brata zza Kaukazu – Goderdzki Pieriewał; 2027 m), na kluczowym jeśli chodzi o trudności odcinku jest gruntowa, a ściślej mówiąc kamienista. Rujnują ją spływające z gór strumienie, deszcze i topniejące wiosną śniegi. Zimą jest także narażona na lawiny i oblodzenie. Formalnie więc, jest przejezdna tylko od czerwca do października.

Być może uruchomienie w 2015 roku ośrodka narciarskiego na zachodnich stokach grzbietu, w którym przełęcz tworzy rozległe siodło, wpłynie z czasem na zmianę sytuacji. Póki co, ośrodek oferuje zaledwie 8 km tras i ma nader skromną infrastrukturę turystyczną: 6 domków dla 12 osób każdy i hotel przy stacji Meteo z miejscami dla 35 osób. Aaaa, zapomniałbym – jest sklep z angielska opisany na szyldzie: „Shop” z dodatkiem: „Fast Food”. Ba, jest także restauracja. Ta z kolei pobrzmiewa z alpejska, bo zwie się „Edelweiss”, a gwoli ścisłości – „Restaurant Edelweiss”. Najłatwiej się tam dostać od strony wschodniej, z miasta Akhaltsikhe. Od biedy, bo też nie jest łatwo, choć przynajmniej widać staranie, gdyż poszerzono i wyrównano serpentyny.

Z zimowej perspektywy, głównym atutem ośrodka jest fakt, że właśnie w tym rejonie, w Górach Małego Kaukazu, śnieg zalega w Gruzji najdłużej. Praktycznie rzecz biorąc, od listopada do kwietnia dobre warunki murowane! Okolice przypadną do gustu miłośnikom nart tourowych. Wprawdzie jest tam nieco „beskidzko”, ale z pewnością bez porównania bardziej dziko. Przez cały rok góry wabią niepowtarzalnym pięknem, a mijane osiedla egzotyką w stylu „czas się zatrzymał”.

Wprawdzie, w okresie, gdy nie ma formalnych przeszkód by drogę pokonać, używają jej wszyscy (jeżdżą nią TIR-y i marszrutki, samochody osobowe i niezbyt zaawansowane technologicznie maszyny rolnicze), to jednak nie polecam jej użytkownikom miejskich (czyt. eleganckich, nisko zawieszonych) aut, ale – zdecydowanie – z napędem 4×4. My, przez Przeł. Goderdzi przedostaliśmy się Nissanem XTerra – sprawdził się znakomicie! A jak wyglądała nasza podróż pokazuje dołączone do niniejszego wpisu slajdowisko.

ETAPY PRZEJAZDU

I. Batumi (ბათუმი) – winiarnia Porto Franco albo Adżarski Dom Wina (Adjarian Wine House w przysiółku Khelvachauri, we wsi Acharistskali; www.awh.ge); 16,8 km
Choć Adżaria nie należy do czołowych regionów winiarskich, to interes degustacyjny kręci się tu pełną parą. Wina mają przyzwoite, ba – niczego sobie nawet. Przyjemny przystanek na trasie z płatną degustacją win – 7 lari od osoby (obsługa anglo- i rosyjskojęzyczna).

II. Adjarian Wine House (აჭარისწყალი) – Riketi (რიყეთი); 80,6 km
Długi odcinek, pełen pyłu spod kół innych pojazdów, ale ciekawy. Obyczajowych scen można się naoglądać za wszystkie czasy. Ludzie życzliwi, komunikatywni i gościnni – nawiązują chętnie rozmowę i częstują… czaczą.

III. Riketi – Przeł. Goderdzi (კურორტი; www.goderdzi.ski); 12,3 km
Krótko, ale intensywnie; widoki z każdą chwilą piękniejsze, a temperatura niższa.

IV. Przeł. Goderdzi – Utkisubani (უტყისუბანი); 11,6 km
Widokowo też niczego sobie, choć większość trasy przebiegała lasem, no i zapadł zmrok. Był to jednak etap z niespodzianką we właściwym miejscu i czasie, czyli z małym hotelem. Pilnował go facet, który nie mówił inaczej niż po gruzińsku, ale miał smartfon i wielojęzyczną koleżankę po drugiej stronie. Ta, ustaliwszy raz dwa z nami kto i za ile śpi, pouczyła kolegę, który wykonał wszystkie polecenia co do joty, i – jak można wnosić z życzliwej gestykulacji – życzył nam dobranoc.

Podczas tego krótkiego etapu, przekroczyliśmy granicę prowincji. Sąsiadująca z Turcją Adjara (Adżaria) została za nami, wjechaliśmy do Samtskhe-Javakheti (Samcche-Dżawachetia), regionu rozciągającego się na gruzińsko-armeńskim pograniczu i w znacznej mierze zamieszkałym przez Ormian.

V. Utkisubani – Akhaltsikhe (ახალციხე); 40,6 km
Po szosie, względnie przyzwoitej, z każdą godziną coraz intensywniej zapełniającą się samochodami. U celu można było mówić o korkach. Ale zamek stał na swoim miejscu i znaleźliśmy sympatyczną knajpę nieopodal (więcej o tym: www.pawelwronski.blog).

łącznie: 161,9 km

 


Droga przez Goderdzki Pieriewał (Przeł. Goderdzi; 2027 m): www.dangerousroads.org

Goderdzi (najmłodszy ośrodek narciarski w Gruzji – otwarty w 2015 r.; oferuje 8 km tras poprowadzonych na wysokości 1700–2390 m n.p.m.; ośrodek jest oddalony 252 km od Tbilisi oraz 109 km od Batumi)www.zimawgruzji.pl

 


10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).

Spojrzenie w głąb ludzkiego ciała

„Body Worlds” – wystawa, określana w mediach mianem jednej z najbardziej kontrowersyjnych, skłania do refleksji nad fenomenem konstrukcji, wytrzymałości, a zarazem kruchości ludzkiego ciała.

W ciągu 20 lat, wystawę von Hagensa obejrzały ponad 43 miliony osób. W Polsce pokazywano ją w Katowicach, Łodzi, Wrocławiu i Warszawie. Promowana bardzo intensywnie, zyskała świetne recenzje gwiazd pop-kultury. Pozytywnie odnosił się do niej nawet watykański „L’Osservatore Romano”. Ba, w jej scenerii nakręcono sceny do słynnej sagi przygód Jamesa Bonda („Casino Royale”), wykorzystując je potem marketingowo; z tej reklamy w Polsce korzysta platforma e-Bilet.pl.

Wokół wystawy, a w konsekwencji całego przedsięwzięcia, narosło w świecie mnóstwo kontrowersji i sensacyjnych podejrzeń. Środowiska katolickie podnosiły problemy etyki i moralności, kontestatorzy poddawali w wątpliwość autentyczność zgód ludzi, których ciała wykorzystano do wykonania plastynatów (jak dotąd zgodę wyraziło ponoć ponad 16 tys. osób) oraz komercyjny wymiar przedsięwzięcia – plastynat wart jest średnio około miliona dolarów. Początkowo plastynaty służyły jedynie jako pomoce naukowe, teraz każdy, jeśli tylko go na to stać, może sobie plastynat kupić.

Gdy głównym ośrodkiem plastynacji stało się chińskie miasto Dalian, pojawiły się sugestie, że wykorzystywano zwłoki chińskich dysydentów. Autor metody broni się przed takimi zarzutami, wskazując, że władze Państwa Środka, jako pierwsze zezwoliły mu na działalność. W Europie, gdzie próbował wcześniej ją rozwinąć nie szczędzono von Hagensowi krytyki, obdarowując przydomkiem: „doktor Frankenstein”, albo jeszcze gorzej brzmiącym: „doktor Śmierć”. W mediach zaś, porównywano jego prace do eksperymentów zbrodniarza z obozu w Oświęcimiu, osławionego Josefa Mengele, prowadzącego eksperymenty na ludziach.

Dziś, twórca metody plastynacji ma konkurenta, którym został jego były chiński współpracownik i uczeń – Sui Hongjin.

W 2005 roku pojawił się kolejny polski akcent w biografii niemieckiego lekarza – zakończona niepowodzeniem z powodu zdecydowanych protestów – próba otwarcia oddziału instytutu plastynacji w Polsce, w miejscowości Sieniawa Żarska, nieopodal niemieckiej granicy.

 

„Najliczniej odwiedzana na świecie naukowa wystawa, autorstwa dr. Gunthera von Hagensa. Ekspozycja opowiada o cudzie, złożoności i kruchości ludzkiego ciała. Inspiruje do życia z zachowaniem witalności i pełni sił.”
(z anonsu wystawy w PKiN w Warszawie, 2018/2019).

 

Gunther von Hagens (na prawdę Gunther Liebchen) – kreator metody plastynacji jest związany z Polską, gdyż urodził się w wielkopolskich Skalmierzycach, a więc na terenach włączonych do III Rzeszy w okresie 1939-1945. Po wojnie mieszkał z rodziną na terenie NRD.  W 1968 roku został aresztowany za udział w demonstracji przeciwko radzieckiej interwencji zbrojnej na terenie Czechosłowacji i próbę ucieczki z NRD. W 1970 roku, wraz z grupą innych więźniów politycznych, został wykupiony przez władze RFN. Studiował w Jenie, Lubece i Heidelbergu, doktoryzując się z zakresu anestezjologii i medycyny ratunkowej. Swoją nowatorską metodę preparowania ludzkich zwłok opracował w 1977 roku.

Tworząc plastynat, zatrzymuje się najpierw rozkład ciała, wprowadzając formalinę przez tętnice (formalina zabija bakterie). Następnie usuwa się skórę, tkankę tłuszczową i łączną, odsłaniając anatomiczną strukturę ciała. Na koniec utrwala się plastynat poddając go działaniu gazu.

Rozwarstwione, a ściślej mówiąc pocięte na plastry ludzkie ciało – dla jednych makabryczny, dla innych fascynujący plastynat z wystawy Body Worlds, fot. Paweł Wroński

 

Instytut von Hagensa mieści się w Niemczech, nieopodal granicy z Polską – w Guben. Na stronach placówki czytamy: „unikalne w skali światowej pod względem walorów dydaktycznych PLASTINARIUM”. Krytykę, a często sprzeciw budzi przede wszystkim działający przy nim sklep, nazywany przez media „makabrycznym supermarketem”, w którym można kupić spreparowane metodą plastynacji ludzkie serce, dłoń czy inną część ciała.

 

Odrzuciwszy emocje – uważam, że warto tę wystawę zobaczyć, pokazuje bowiem wnętrze naszego ciała w sposób, jakiego inną metodą osiągnąć by się nie udało. Żadna bowiem elektroniczna ani artystyczna makieta prawdziwego ludzkiego ciała nie zastąpi.

Kulisy metody plastynacji i sposoby wykorzystania plastynatów można oglądać na youtube’owskim kanale OriginalBodyWorlds (www.youtube.com).


Plastinarium w Guben (jęz. polski): www.plastinarium.de

U źródeł Borjomi, kaukaskiej wody

Borjomi, to obok wina i chinkali, jeden z rozpoznawanych na całym świecie symboli Gruzji. Tryskające w kurorcie wody zaleca się do picia przy problemach gastrycznych, a do kąpieli, by przeciwdziałać reumatyzmowi, czy chorobom skóry.

Zbawienne właściwości zdrowotne wód Borjomi znali już starożytni. Znalezione przez archeologów rzymskie wanny mogą jednak świadczyć o tym, iż raczej się w nich kąpano aniżeli rozkoszowano smakiem wody.

 

Woda mineralna Borjomi tryska spośród wulkanicznych skał ze źródła na wysokości około 2300 m (bije w rejonie pobliskiego ośrodka sportów zimowych – Bakuriani). Stamtąd transportowana jest rurociągiem do uzdrowiska Borjomi, gdzie się ją butelkuje. Produkcją zajmuje się firma IDS Borjomi Georgia (część koncernu IDS Borjomi International, największego producenta naturalnej wody mineralnej w WNP i krajach Bałtyckich).

 

Po zejściu starożytnego Rzymu z dziejowej sceny i tureckich najazdach w XVI wieku, powodujących spustoszenie i wyludnienie południowych terenów dzisiejszej Gruzji, wody jak i miejscowość Borjomi uległo zapomnieniu. Dopiero XIX stulecie przyniosło renesans zainteresowania walorami ukrytego wśród gór odcinka doliny rzeki Mtkvari (Kury), bo okolica zachwyciła Wielkiego Księcia Romanowa. W 1842 roku wzniesiono z jego rozkazu pierwszą na terenie Gruzji carską rezydencję, a towarzyszący księciu dworzanie, przyczynili się do wylansowania mody na wypoczynek w Borjomi. Pod koniec XIX stulecia, składem oraz właściwościami wód i mikroklimatu zainteresowali się naukowcy. Wyniki ich badań skłoniły carskich urzędników do przekształcenia miejscowości w uzdrowisko.

W tym domu, ispirowanym co do stylu architektury wzorami alpejskimi, w czasach świetności carskiego uzdrowiska, rezydował Mirza Riza Khan – ambasador Persji w Gruzji, fot. Paweł Wroński

W okresie międzywojennym w następnym stuleciu, rozpoczęto przemysłową eksploatację źródeł i zaczęto rozprowadzać wodę mineralną z Borjomi jako leczniczą. W czasach socjalistycznych kurort przeżywał oblężenie, ale nie rozwijano infrastruktury, więc po upadku ZSRR szybko opustoszał. Teraz szybko się odradza, kusząc parkiem ze źrółami i walorami tryskającej z nich wody. Wody z Borjomi zawierają związki siarki i nasycone są dwutlenkiem węgla. Gospodarze wykorzystują je do kuracji pitnych i kąpieli, a butelkowaną ze źródeł Borjomi, Likani i Waszlowani-Kwibisi eksportują do ponad 30 krajów.

 

Kurort leży w przełomie Kury, między pasmami gór Meskheti i Trialeti. Przyrodę regionu chroni się w granicach Parku Narodowego Borjomi-Kharagauli. Borjomi dzieli 160 km od Tbilisi, a 130 km od Kutaisi. 

 


Kurort Borjomi: www.georgianjournal.ge
Woda Borjomiwww.borjomi.com
Gastronomiczny przewodnik (Gastroguide) Borjomi: www.gastroguide.borjomi.com
Park Narodowy Borjomi-Kharagauli: www.borjomi-kharagauli-np.ge


Nissan XTerra, na trasie

10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, pożyczonym dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).

Eyvallah – to słowo jest kluczem

W każdym niemal języku znajdziemy słowa, które otwierają serca jego użytkowników. Takim słowem w Turcji jest „eyvallah”. 

Wypowiadamy je, aby wyrazić uznanie, zachwyt, pełną aprobatę, aplauz, czy kordialne podziękowanie.

Z tej samej ‘rodziny’ pochodzi jeszcze kilka zwrotów – nader często używane „inşallah” oraz niemniej rzadkie „maşallah”.

Zwrotu „inşallah” używamy, jeśli pragniemy wyrazić nadzieję – na sukces, spełnienie marzeń, pwodzenie przedsięwzięcia czyjegoś, lub tego, w którym uczestniczymy.

Maşallah” jest odpowiednikiem naszego „niech cię (tobie, komuś, kogoś) Bóg błogosławi!”. Nie ma jednak religijnego wydźwięku, wyraża po prostu życzliwość, jest dowodem pozytywnego myślenia o czyjejś, ewentualnie własnej czy wspólnej pomyślności.

Jest wreszcie słowo, które może być wypowiedziane żartem, i – wtedy – nic złego nie oznacza: „illallah”. Gorzej, jeśli mówi je ktoś ‘na poważnie’, bo wtedy staje się sygnałem, żeby odpuścić, dać spokój. Znaczy bowiem: „mam cię powyżej uszu”, „mam cię dosyć!”.

Wspomniane zwroty weszły do języka tureckiego, najprawdopodobniej w ślad za islamem. Pochodzą więc z kultury arabskiej, na co wskazuje ostatni człon: „-allah”, oznaczający przecież jedynego Boga. Podobnie jednak jak u nas „z Bogiem”, poprzez codzienne użycie utraciły już dawno religijny kontekst i zadomowiły w potocznym języku.

Powyższa dygresja wiąże się z moim wyrazem uznania dla tureckiego pomysłu promowania Frygii, regionu pięknego i bogatego. Charakteryzują go spektakularne krajobrazy, cenne zabytki, wspaniała sztuka i rzemiosło.

Gdzie go szukać? W Azji Mniejszej, mniej więcej w połowie podstawy trójkąta, którego główny wierzchołek znajdziemy w Stambule, a dwa pozostałe w  Izmirze i Ankarze. Frygia jest wspaniałą, interesującą krainą. Opowiadałem o niej w programie Pawła Drozda w radiowej Trójce, a w najbliższym czasie opowiem jeszcze raz – podczas Targów Turystycznych ‘TT Warsaw 2018’, 24 listopada.

Eyvallah!

Tanini Trio, Ali Ufki i 95 lat Republiki

Muzyka znad Bosforu kojarzy nam się zazwyczaj i chyba przede wszystkim… z Marszem Tureckim Mozarta albo, formułując rzecz bardziej muzycznie – Rondem Alla Turca, czyli III częścią XI Sonaty fortepianowej (KV 331). Zapewne dla młodszej generacji czytelniejsze są asocjacje z filmem o klubach Stambułu Fatiha Akina z 2005 roku – „Życie jest muzyką”.

Nasi przodkowie postrzegali rzecz raczej klasycznie, o czym świadczy fakt, że dzwoneczki przy końskiej uździe nazwali janczarami. Owe zaś dzwonki, przy których maszerowały w bój oddziały janczarów, skojarzyły się właśnie genialnemu austriackiemu kompozytorowi z Imperium Osmanów, pobrzmiewają więc dźwięcznie w jego słynnym rondzie.

 

Sułtańskie zaproszenie do walca
O związkach Turcji z Europą w kontekście muzycznym słyszałem już wielokrotnie, i gdzieś na szczycie dokonań w tej dziedzinie, umieściłbym kompozycję Sułtana Abdülaziza, 32. władcy Imperium Osmańskiego (1830-1876). Jego pogodne Valse Davet (Zaproszenie do walca) nie pozostawia wątpliwości którym z dworów europejskich sułtan był najbardziej zafascynowany.

Pierwszy raz słuchałem wspomnianej kompozycji, goszcząc w Sali Wielkiej Zamku Królewskiego na zaproszenie Ambasadora Turcji w Polsce, na koncercie zorganizowanym z okazji 94. Święta Republiki Turcji. Wykonał ją wówczas zespół cenionych kameralistów „Ottoman Ensemble”.

Słuchaj: www.pawelwronski.blog w poście zatytułowanym: „Sułtan zaprasza do walca”.

95. Święto Republiki
Rok później, podczas kolejnego Święta Republiki Turcji (tym razem okrągłego, bo 95.), utwór pojawił się w programie zespołu zaproszonego przez Ambasadora Turcji w Polsce, J.E. Tunça Üğdüla do uświetnienia uroczystości, ponownie zresztą zorganizowanej w Sali  Wielkiej warszawskiego Zamku Królewskiego.

Źródło zdjęcia: Wikimedia.org

„Tanini Trio” w składzie Tahir Aydoğdu (kanun), Burçin Büke (fortepian) i Bilgin Canaz (ney), wykonało sułtański walc jeszcze dynamiczniej niż poprzednicy. W żadnym wypadku nie chcę powiedzieć przez to, że lepiej, bo w obu przypadkach były to interpretacje wirtuozerskie. Tym razem zachwyciło mnie i zaskoczyło brzmienie neya, z której Bilgin Canaz wydobywał cały ocean dźwięków. A przecież ney to prosta piszczałka (turecka ma 7 otworów – 6 z przodu, 1 z tyłu na kciuk), zbliżona do fletu, znana już w starożytnym Egipcie, czyli 3 tys. lat temu, do dziś bardzo popularna w krajach Środkowego Wschodu.

 


Bobowski po przemianie

Tanini Trio – zdjęcie pochodzi z internetowego anonsu koncertu tureckich muzyków w Muzeum Pałacu w Wilanowie, jaki odbył się w maju 2018 roku

Słuchając muzyki tureckiej i czytając o niej, natrafiłem na nazwisko rodaka, Wojciecha Bobowskiego (1610-1675). Pochodził z protestanckiej rodziny, z Bobowej w Małopolsce, a swoją przygodę z muzyką rozpoczął za młodu jako organista kościelny. Podczas tatarskiego najazdu w jakie obfitował wiek XVII, dostał się w jasyr. Los zawiódł go do Stambułu, gdzie dość szybko niewola okazała się niezbyt uciążliwa. Zapewne dlatego, że jego talenty muzyczne i znajomość języków (16!), doceniono na sułtańskim dworze. Bobowski nie sprzeciwiał się zresztą przeznaczeniu – przeszedł wkrótce na islam i został wyzwolony. Co więcej, posłano go do Enderun – szkoły kształcącej urzędników Ottomańskiego dworu. Ostatecznie do tureckiej historii przeszedł jako Ali Ufki. Ba, i to z tytułem ‘Bey’, przysługującym urzędnikom, jakim go obdarzono, wyrażając uznanie dla jego zasług w roli tłumacza, dyplomaty i kompozytora. W wykonaniu „Tanini Trio” kompozycja Ali Ufki Beya: Nikriz Peşrev.

 

 

„Tanini Trio” powstało w 2006 roku. Od początku, zespół buduje swój repertuar tak, aby stał się mostem pomiędzy Wschodem a Zachodem. W ten sposób Trio promuje pokój i przyjaźń na świecie. Zachodnia muzyka z tureckimi elementami przeplata się w ich programach z turecką muzyką z zachodnimi wątkami.

Sala Wielka Zamku Królewskiego na moment przed koncertem „Tanini Trio”, fot. Paweł Wroński

Tanini Trio: www.taninitrio.com oraz (fanpage) www.facebook.com

Ciotka Şefika i jej Gözleme

Wioska Ayazini w dystrykcie İhsaniye w prowincji Afyonkarahisar w Turcji położona jest pośród fantastycznych grup skalnych, w których kryją się pamiątki odległej przeszłości.

Oddech tropików. Na szczęście, w dolinie, w której leży wioska Ayazini można znaleźć rzucające cień drzewa, fot. Paweł Wroński

Jest pośród nich odległa o niespełna 10 km Dolina Göynüş ze słynnymi grobowcami z epoki frygijskiej i spektakularna grupa skalnych kominów, na podobieństwo kapadockich nazwana Doliną Kominów.

Każdemu według potrzeb 🙂 Zresztą nie ma pośpiechu. Słynny kamień Yilantaş (Wężowa Skała) leży tu od stuleci, a krowa może za chwilę odejść, fot. Paweł Wroński
Spacer frygijską Doliną Kominów to uczta dla oczu, bo sceneria skalna nie gorsza jest tutaj niż w Kapadocji, Wielkim Kanionie w Ameryce czy w Dolomitach we Włoszech. Fot.: Paweł Wroński

Do miejscowych atrakcji należy wykuty w skałach kościół z epoki bizantyńskiej i uprawy maku, a którego niegdyś robiono opium, a dziś – w kontrolowany rygorystycznie sposób – wyrabia się w stolicy prowincji morfinę dla celów medycznych, a jak region długi i szeroki różnorodne przysmaki.

Bizantyjski kościół wykuty w skałach – jedna z krajobrazowych, a zarazem historycznych atrakcji wioski Ayazini, fot. Paweł Wroński
Pokruszone makówki, po oddzieleniu ziaren maku, trafią do skupu. Posłużą do produkcji morfiny w zakładach w Afyonkarahisarze, fot. Paweł Wroński

Choć z makiem wprost nie związana, w Ayazini jest jeszcze jedna wysokiej klasy atrakcja ze sfery kulinarnej – gospoda Ciotki Şefiki. Wspomagana przez całą rodzinę gospodyni serwuje przepyszne Gözleme, podając do nich herbatę lub kawę, rzecz jasna parzoną po turecku!

Gözleme to placek z cienkiego ciasta wypełniony serem, serem ze szpinakiem, ziemniakami, mięsem, czy innych wariacji – popularny w całej Turcji przysmak.

Potrawa jest mocno zbliżona do chaczapuri – placków z serem znanym we wszystkich krajach kaukaskich. Jest więc świadectwem pokrewieństwa narodów z kręgu kultury śródziemnomorskiej. Wbrew skomplikowanej historii ich wzajemnych stosunków, zwłaszcza, prowadzących do krwawych wojen, religijnych różnic.

Spektakularna skalna sceneria wioska Ayazini, fot. Paweł Wroński

Şefika Teyze, czyli Ciotka Şefika, prowadzi lokal w jednym z osiedli wioski Ayazini. Scenerię tworzą ciekawe formy skalne i bujna roślinność. Jak tam dotrzeć? Każdy wskaże gdzie to jest, a jeśli zobaczymy tablicę z napisem: Şefika Teyze Katmer ve Gözleme Evi Çay Bahçesi, to możemy mieć pewność że trafiliśmy we właściwe miejsce!


Przepisy na Gözleme – placki tureckie w Internecie, np.:
www.turcjaodkuchni.blogspot.com czy www.tureckieprzepisy.pl

Film zamieszczony na Youtube prezentuje przygotowanie ketmeru, czyli warstwowego ciasta tureckiego, jakie stosuje się do wyrobu placków Gözleme.


Projekt turystyczny ‘Doliny Frygijskie’ (Frig Vadileri): www.frigvadisi.gov.tr

Gruziński alfabet w słusznym wieku

Napisy po gruzińsku przypominają sekwencje arabskie, a wyglądają niczym wyrafinowane dekoracyjne ornamenty.

Gruzini piszą jednak tak jak my – od lewej do prawej, a więc inaczej niż narody arabskie. Alfabet mają też zgoła odmienny. Własny, niepowtarzalny. Ba, jeden z najstarszych na świecie, bo powstał w IV stuleciu i wciąż jest w użyciu, choć kilkakrotnie się zmieniał.

Dziś składa się z 33 znaków i obejmuje zapisy trudnych do powtórzenia, nie występujących w żadnym innym języku głosek.

Alfabet gruziński z głoskami odpowiadającymi 33 literom, fot. Paweł Wroński

Przez stulecia zmieniał się krój liter. Używany współcześnie mchedruli, czyli krój jeźdźców (gruz. mchedari oznacza jeźdźca), zwany też rycerskim, wywodzi się z XI wieku.

Gruzini dumni ze swej kultury, są także praktyczni. Mają świadomość hermetyczności rodzimej mowy. Toteż na tablicach drogowych, stosują podwójny zapis – po gruzińsku oraz latynicą w angielskiej transkrypcji fonetycznej. W duchu poszanowania języka polskiego, Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych Poza Granicami Rzeczypospolitej Polskiej dokonała ich transliteracji.

Kawał dobrej i jak to się mówi „nikomu niepotrzebnej roboty”. W efekcie bowiem mkhedruli zapisujemy mchedruli, a na przykład nazwę Mtskheta (gruz.: მცხეთა) – Mccheta. Tyle tylko, że tej ostatniej nigdzie nie znajdziemy, zaś statystyczny Gruzin zapytany przez nas o Mcchetę, zwłaszcza jak ją mu pokazujemy palcem na mapie, znacząco skrobie się po głowie.

Kachetyńskie miasteczko – z angielska Sighnaghi (gruz.:სიღნაღი), zapisujemy Signagi (notabene żadna wersja, ani transkrypcja, ani transliteracja nie oddają wiernie gruzińskiej wymowy tego słowa, w którym dwukrotnie pobrzmiewa gardłowe ‘ghr’), a wioski, która dała nazwę białemu szczepowi winorośli i wyrabianemu zeń winu: Tsinandali (gruz.: წინანდალი) – Cinandali. Zapewne dla naszej wygody, Komisja, złożona z wybitnych językoznawców i geografów, przyjęła za obowiązującą nazwę Kura dla głównej i najpotężniejszej rzeki Gruzji, jakby ignorując fakt, że to nazwa turecka (nic dziwnego bierze swoje źródła w Turcji), ale używana także przez Rosjan i narzucona Gruzinom podobnie jak nazwa Tyflis/Tiflis dla Tbilisi (gruz.: თბილისი). Rzeka ma przy tym imię w języku Kartlów, trudniejszą – prawda: Mtkwari (gruz.: მტკვარი; ang.: Mtkvari).

W Internecie, gdzie łatwiej o materiały anglojęzyczne, podobnie jak na większości dostępnych map, praktyczniejsze jest posługiwanie się transkrypcją angielską. W miastach, zwłaszcza wśród przedstawicieli młodszych generacji, znajomość angielskiego jest powszechna. Natomiast na prowincji, w kontaktach z ludźmi starszymi, przydaje się rosyjski. Również na południowym pograniczu, zwłaszcza w Meskhetii, zamieszkałej w większości przez ludność o ormiańskich korzeniach, język rosyjski jest w powszechnym użyciu. Posługując się nim, zaznaczmy jednak na wstępie, że jesteśmy z Polski. Poziom sympatii wzrośnie niebotycznie.


 

Nad wielkim Jeziorem Paravani

Jezioro Paravani jest największym akwenem gruzińskiego interioru. Otoczone łagodnymi, acz sięgającymi 3 tys. m wysokości pasmami Gór Samsarskich i Dżawacheckich rozlewa się na rozległym płaskowyżu, na wysokości 2073 m.

Obniżenie między wspomnianymi pasmami wypełnia jeszcze kilka innych akwenów, m.in. Jezioro Saghama. Na morenie miedzy nim a Paravani rozsiadła się wieś Gandzani. Podobnie jak w niemal całej prowincji Samtskhe-Javakheti (Meskheti; w polskiej transliteracji: Samcche-Dżawachetia), mieszkają w niej Ormianie. Na południowym skraju wsi znajduje się przyjemna restauracja (a wkrótce także Guest House), prowadzony przez przedsiębiorczego Ormianina z rodziną – „Family Corner”.

Z gospodarzami pensjonatu „Family Corner”, fot. Paweł Wroński

Niezwykle ważnym obiektem gruzińskiej kultury i pamiątką dziejów regionu i kraju jest XI-wieczna cerkiew w Poka, wzniesiona na miejscu świątyni, w której zgodnie z tradycją miała się zatrzymać św. Nina Oświecicielka Gruzji zaraz po przybyciu na ziemię Kartlów, jak mówią o sobie – zgodnie z odwiecznym obyczajem – Gruzini. Niewielki klasztor zamieszkuje obecnie 7 sióstr (post na ten temat w niniejszym archiwum zatytułowałem „Poka – przystanek św. Niny”: www.pawelwronski.blog).

XI-wieczna cerkiew przy monastyrze w Poka nad Jeziorem Paravani, fot. Paweł Wroński

Wróćmy jednak do Ormian, którzy tu żyją, a przybyli z Turcji. Ich rodzinne dziedziny padały wielokrotnie łupem ekspansywnych sąsiadów:  Persów, Seldżuków, egipskich Mameluków, Mongołów, Arabów, a wreszcie Turków  Osmańskich. Sytuację komplikował zawsze fakt, że Ormianie jako pierwsi przyjęli chrześcijaństwo (już w 317 roku), i wiernie trwają przy tej wierze do dziś. Zdobywcy zaś, byli innowiercami. Brzemienny w skutki okazał się rok 1639, w którym doszło do rozbioru Armenii. Zachodnią część zajęli Turcy, wschodnią zaś Persowie. W 1828 roku Rosjanie odebrali Persom ich łup. W konsekwencji losy wschodnich Ormian i Gruzinów splotły się ze sobą, a więzi umacniały najpierw pod rządami carskimi, później – komunistyczni. Kres temu kilkusetletniemu okresowi niedoli położył dopiero rozpad Związku Radzieckiego, czyli sławetna pieriestrojka.

Jezioro Saghamo na Płaskowyżu Dżawacheckim, fot. Paweł Wroński

Na ziemiach tureckich, gdzie w okresach kryzysów dochodzą do głosu ortodoksyjni islamiści, sytuacja Ormian pogorszyła się za panowania ostatnich Osmanów. Po obaleniu sułtanatu prześladowania drastycznie się nasiliły, prowadząc w latach 1915-1916, a więc pod rządami tzw. młodoturków, do pierwszego w dziejach XX wieku ludobójstwa. W wyniku bezwzględnej akcji eksterminacyjnej zginęło wówczas na ziemiach tureckich ok. 1,5 mln Ormian (z 2,1 mln. tam żyjących w 1912 roku). Czuły na prawa człowieka świat zachodni przełknął kwestię owego holocaustu gładko, bo – ze względów geopolitycznych i militarnych – wyżej aniżeli interesy jakiejkolwiek mniejszości, cenił sobie sojusz z Turcją. Winston Churchill podsumował rzecz lakonicznie: „Ropa Mosulu była ważniejsza od krwi Ormian”. Zarówno w XIX wieku jak i w pierwszej ćwierci XX, ormiańscy imigranci zaznali gościny na gruzińskiej ziemi, i po dziś dzień zamieszkują Meskhetię.

 

Stolicą Samtskhe-Javakheti (Meskheti) jest Akhalkalaki, miasto oddalone od zwornika współczesnych granic z Turcją i Armenią około 60 km w linii prostej. Niemal 95% jego populacji stanowią Ormianie. Miasto liczy 8,3 tys. mieszkańców. Prowincję zamieszkuje dziś (wg danych z 2014 roku), niespełna 70 tys. osób.

 

W okresie osmańskiego panowania na dzisiejszym pograniczu Gruzji z Turcją i Armenią pojawili się tureccy osadnicy. Kres ich bytności na terenach Adżarii i Javakheti położył Józef Stalin, deportując w 1944 roku mniejszość określaną mianem Turków Meskheckich do… Uzbekistanu.

Ślady przeszłości zachowały się jednak w obyczajowości mieszkańców prowincji, np. w kuchni, gdzie wpływy tureckie i ormiańskie są wyraźnie widoczne.

Kojarzona z Adżarią wersja chaczapuri jest także typowym daniem kuchni armeńskiej; do tego – oczywiście – kawa po turecku, fot. Paweł Wroński

Artykuły – dla kontrastu – o standardowych atrakcjach Gruzjiwww.mygeotrip.com
Losy Ormian w Turcji – eksterminacjawww.opoka.org.pl


10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, pożyczonym dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).
Nad Jeziorem Paravani, fot. Paweł Wroński

Poka – przystanek św. Niny

Jak głosi tradycja, św. Nina – oświecicielka nazywana też równą apostołom, patronka Gruzji, nakłoniła do przyjęcia chrztu Miriana III, władcę Kartlii – najpotężniejszego z proto-gruzińskich królestw.

Nastąpiło to w 337 roku. Wydarzenie opisano w kronice zatytułowanej Moktseva Kartlisa (w polskiej transliteracji: Mokcewaj Kartlisajgruz.: მოქცევაჲ ქართლისაჲ, czyli Nawrócenie Kartlii), najstarszym zachowanym zabytku gruzińskiego piśmiennictwa.

Poka. Na ikonie wykonanej techniką emalii widoczna jest w środkowej kwaterze postać św. Niny, fot. Paweł Wroński

Wiele legend wraca do tamtych czasów. W niektórych Nina pochodziła z Kapadocji i była niewolnicą na królewskim dworze w Mtskhecie, w innych wywodziła się z arystokratycznego rodu i była spokrewniona z patriarchą Jerozolimy.

Niezależnie jednak od hagiograficznej wersji biografii, gorliwie wyznawała chrześcijaństwo i miała moc uzdrawiania. Na znak wiary związała puklem własnych włosów dwie gałązki winorośli, czyniąc z nich krzyż, który stał się jej atrybutem po kanonizacji.

Krzyż św. Niny przechowywany jest z największym pietyzmem w srebrnym relikwiarzu, ozdobionym scenami z jej żywota, w katedrze Sioni w Tbilisi. Motyw krzyża św. Niny jest bardzo popularny i spotyka się go w całym kraju. Jest przy tym łatwy do rozpoznania, bo gałązki winorośli są wiotkie, więc gdy obsychały, ramiona krzyża opadły. Gruzinom to nie przeszkadzało. Przeciwnie, uznali znak za cudowne nawiązanie do słów Chrystusa: „Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który [go] uprawia.”.

 

Święta Nina urodziła się ok. 268 roku, zmarła w 335. Gruzini wymawiają jej imię: Nino (წმინდა ნინო). Autokefaliczny kościół gruziński obdarza Ninę przydomkami Oświecicielki Gruzji, bądź Równej Apostołom. Do panteonu świętych zaliczają ją kościoły: rzymskokatolicki, prawosławny i ormiański.

 

Również w każdej z wersji legendy powtarza się, że pierwszym miejscem do jakiego dotarła św. Nina na ziemiach Kartlów, był niewielki klasztor w Poka, na południowo wschodnim brzegu Jeziora Paravani, na Płaskowyżu Dżawacheckim. Akwen rozlewa się wśród wygasłych przed tysiącleciami wulkanów. Rysują się w pejzażu łagodnymi wałami grzbietów, tworząc najwyższe na terenie Gruzji pasma Małego Kaukazu – Góry Samsarskie i Dżawacheckie. Sięgają 3 tys. m wysokości. Jezioro leży na wysokości 2073 m.

Jezioro Paravani, w tle Didi Abuli (3300 m), fot. Paweł Wroński

Jak w każdej legendzie i w tej zawarte są wątki podbudowujące wiarygodność narracji. Wprawdzie winorośli się już tutaj nie uprawia, ale przed wiekami było inaczej. Nie Kachetia, ale pogranicze dzisiejszej Armenii i Gruzji słynęło z wyrobu wina. Ba, co więcej, ten właśnie rejon jest kolebką światowego winiarstwa o czym świadczą znaleziska archeologiczne w Shulaveri (w polskiej transliteracji: Szulaweri, od 1925 roku miejscowość znana jest jako Shaumiani; stanowisko Gadachrili Gora i inne), zaledwie 30 km na południe od Tbilisi – najstarsze z odkrytych na świecie artefakty i sadzonki datowane na 6 tysiąclecie przed Chrystusem. Przybycie z Armenii i głęboka wiara Niny (ponoć współcześni nadali jej miano Christiana co znaczy chrześcijanką; stąd wywodzą się zresztą znane i u nas imiona Krystiana oraz Krystian), są również wiarygodne, bo południowi sąsiedzi Kartlów przyjęli nową wiarę jako pierwsi w cesarstwie rzymskim, i to dwie dekady wcześniej, w 317 roku.

Przyklasztorna cerkiew w Poka wzniesiona w XI wieku, ponoć na miejscu starszej budowli, fot. Paweł Wroński

Klasztor wciąż funkcjonuje nad jeziorem. Wprawdzie należąca do niego cerkiew powstała w XI stuleciu, ale zgodnie z tradycją, stoi na miejscu dawniejszej, związanej ściśle z kultem św. Niny. Opiekują się nią mieszkające w klasztorze siostry. Jest ich tylko siedem, ale czas między modlitwami, wypełniają skrzętnie pracą. Wytwarzają spożywcze przetwory: konfitury, czekoladę, nalewki i artystyczne przedmioty: pięknie zdobioną ceramikę i emalie, drobne dewocjonalia i biżuterię. Należą do nich stada bydła i owiec, więc produkują sery. Robią też słodkie wypieki z czystych biologicznie miejscowych produktów. Jak we wszystkich klasztorach prawosławnych, własnoręcznie wytwarzają z wosku świece. Część w oryginalnych fasonach i w różnych rozmiarach. Ponadto, ponieważ okolice zamieszkują potomkowie ormiańskich osadników, siostry wspomagają krajowy system szkolny, prowadząc dla dzieci dodatkowe lekcje gruzińskiego, angielskiego, literatury i geografii.


Monastyr św. Niny w Poka: www.phokanunnery.ge

 

Miejscowość Poka dzieli 28 km od miasta Ninotsminda i 128 km od Tbilisi. Każdego roku, w dniu 1 czerwca, uroczyście celebruje się tam przybycie św. Niny na ziemię gruzińską. 14/27 stycznia w kościele prawosławnym obchodzi się dzień imienia świętej, zaś miejsce jej spoczynku – Bodbe w Kachetii, jest jednym z najpopularniejszych w Gruzji celów pielgrzymek (zgodnie z tradycją – Miriam III ufundował nad grobem świętej, funkcjonujący do dziś monastyr św. Grzegorza, któremu po dewastacji w epoce komunistycznej przywrócono świetność na początku XXI wieku).

 

Proces chrystianizacji Gruzji i rola św. Nino opisane są w portalu: www.concordtravel.ge

Dodatkiem do wpisu niech będzie Kontakion św. Nino, w wykonaniu gruzińskiego chóru; dyryguje Nana Peradze (kontakion to hymn liturgiczny, jedna z najstarszych form tego typu pieśni, znana i powszechnie używana już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa).


10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, pożyczonym dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).
U wrót kamieniołomu w rejonie Jez. Paravani, fot. Paweł Wroński

Frygia – od opium do Haşhaşelli

W egzotycznej nazwie tureckiego miasta Afyonkarahisar pobrzmiewają echa przeszłości. Kara hisar znaczy Czarna twierdza, ale rzeczywiście mroczny rozdział dziejów związany był z pierwszym członem nazwy. Na terenach historycznej Frygii wyrabiano bowiem opium – po turecku: afyon – jeszcze w II połowie XX wieku.

Rzecz jasna nielegalnie. Ale Turcja Atatürka konsekwentnie zabiegała o zbliżenie ze światem Zachodu, zwłaszcza z USA i Europą, więc pod naciskiem pożądanych sojuszników, uprawy maku poddano kontroli, pozostawiając w regionie jedynie nadzorowaną rygorystycznie przemysłową produkcję morfiny do celów medycznych. Człon afyon pozostał w nazwie miasta.

Latem, na makowych polach Frygii i w obejściach makowych rolników praca wre. Z zebranych z pól makówek wysypuje się ziarna. Przydadzą się do wyrobu podobnej do Nutelli czekoladowej pasty, do słodkich ciasteczek, do pieczywa… Makówki natomiast, kruszy się, pakuje i przekazuje do skupów, bo te – zdawałoby się odpady – mają kluczowe znaczenie przy preparowaniu narkotyku.

 

Mak (haşhaş) uprawiany jest od wieków w prowincji Afyonkarahisar. Stał się więc ważnym elementem tamtejszej kultury. Powszechne jest dodawanie maku do pieczywa i wielu słodkich wypieków.

 


Krem makowy, fot. P. Wroński

 

Ziarna maku to po turecku haşhaş tohumu, makowa słoma – haşhaş saman, zaś krem makowy z czekoladą przypominający Nutellę – Haşhaş Kreması (Haşhaşella). Morfina to po prostu morfin, zaś afyon znaczy opium.

 

 

 


Pojawienie się na rynku tureckim wyrobów bazujących na maku wywołało w mediach ożywioną dyskusję na temat ich wartości i walorów zdrowotnych. Właściciel marki Haşhaşella z prowincji Afyonkarahisar zapewnił, że w ich wyrobach nie ma składników sztucznych ani modyfikowanych genetycznie. Nie można zapominać, że to likwidacja nielegalnej produkcji opium w ostatniej ćwierci XX wieku, stała się impulsem dla rozwoju tych gałęzi przemysłu spożywczego, które wykorzystują mak.

Ponadto, zakłady farmaceutyczne, produkujące morfinę – ‘Afyon Alkaloids’ są dziś największym zakładem tego typu na świecie. Produkują 20% światowych zasobów morfiny, stosując zaawansowane technologie i prowadząc badania w nowoczesnych laboratoriach. Przejście w latach 70. XX wieku na legalną produkcję morfiny zamiast ściganych międzynarodowym prawem narkotyków, postawiła Turcję w grupie 6 krajów na świecie, w których produkcja morfiny jest dozwolona. Transformacja nie odbyła się jednak bezboleśnie. Dla wielu ludzi z regionu, rygorystycznie egzekwowany zakaz produkcji narkotyków był ekonomicznym wyrokiem – pozostawali bowiem bez źródła dochodu. Jak donosił w maju 1974 roku „The New York Times”, w ramach rekompensaty Turcja otrzymała od USA dotację w wysokości 35 mln USD. Niemal połowę tej kwoty przeznaczono na odszkodowania dla farmerów uprawiających mak. Ponadto Stany Zjednoczone uruchomiły długofalowy program restrukturyzacji gospodarki w prowincji Afyonkarahisar oraz 12 innych, wspomagany przez specjalistów i sowicie dofinansowywany. Efektem tej współpracy było uruchomienie w stolicy prowincji zakładów ‘Afyon Alkaloids’.

 

Makowe pola w Turcji (na terenie 13 z 80 prowincji), stanowią 54% światowego areału legalnych upraw. Dla prowincji Afyonkarahisar oraz jej stolicy, slogan: „Nie ma życia bez opium w Afyonie”, jest wciąż aktualny!

 


Afyon Alkaloids (artykuł prasowy pt.: „Turkey top opium producer”, dotyczący zakładów z 2012 roku): www.hurriyetdailynews.com
Raport na temat pozycji Turcji na świecie w dziedzinie przemysłu chemicznego (w latach 2015-2016; ściągnij w formacie PDF)

Haşhaşellawww.hashasella.com
Inne duże zakłady przetwórstwa spożywczego w prowincji Afyonkarahisar – Gelincik, są zlokalizowane w Döğer Belediyesi (dystrykt İhsaniye)www.gelincikhashas.com

Projekt ‘Doliny Frygijskie’ (Frig Vadileri): www.frigvadisi.gov.tr

Shoti gorący prosto z pieca

Na gruzińskich targowiskach, w piekarniach, restauracjach, a także koło domów na wsi wciąż samodzielnie piecze się chleb. Piece nazywają się tone, a pieczywo w ogóle – puri.

Pierwsze miejsce wśród wypieków zajmuje pszenny chleb shoti, rzecz ciekawa – podobny do wypiekanego w Indiach tandoor roti. Ciasto na zakwasie, wyrobione jedynie z mąki i wody z odrobiną soli, nakleja się na wewnętrznych ścianach pieca. Po paru minutach gotowe shoti spadają na blachę, która zakrywa węgle paleniska. Piekarz wyjmuje pachnące gorące bochenki i uczta – za 70 tetri – gotowa. Najsmaczniejsze są shotiświeżo wyjęte z pieca!

Zdjęcia do niniejszego posta pochodzą z tradycyjnej piekarni na targowisku w Chakvi, małej nadmorskiej miejscowości w prowincji Adżaria, położonej przy drodze z Kobuleti do Batumi. Stąd łódeczkowaty kształt chleba, odmienny niż w innych regionach Gruzji, gdzie shoti przypomina kształtem wygiętą (odpowiednio do profilu pieca) bagietkę.


Innym popularnym rodzajem chleba jest nazuki, do którego przygotowania używa się drożdży i piecze z rodzynkami. Ostatecznie, smakiem przypomina trochę naszą chałkę, bo jest delikatnie słodkawy. Ma jednak najczęściej kształt placka.

Shoti z szyldu w Chakvi, fot. Paweł Wroński

Nissan XTerra, na trasie

10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, pożyczonym dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).

Podróż do wnętrza Gruzji

Skały opowiadają o powstaniu i zasobach Ziemi. W kamieniołomie na północno wschodnim brzegu Jeziora Paravani, niezwykle barwnie! 

Miedź, rudy żelaza i aluminium, piryty, baryt – to tylko niektóre ze skarbów ukrytych w skałach Małego Kaukazu, fot. Paweł Wroński

Kolory skał w kamieniołomie są efektowną oznaką bogactwa minerałów występujących na  rozległym, ukształtowanym w wyniku działalności wulkanicznej Płaskowyżu Dżawacheckim (gruz.: ჯავახეთის პლატო), w Meschetii, prowincji zwanej oficjalnie: Samtskhe-Javakheti* (gruz.: სამცხე-ჯავახეთი), potocznie zaś, z racji solidnych zim – gruzińską Syberią.

U wrót kamieniołomu, czyli w bramie do geologicznych fundamentów Gruzji, fot. Paweł Wroński

Nieopodal rozlewa się największe jezioro Gruzji – Tba Paravani. Otoczenie tworzą łagodnie zarysowane szczyty Małego Kaukazu, a wśród nich, po zachodniej stronie akwenu piętrzy się jeden z wielu tutejszych, wygasłych przed wiekami wulkanów, Mta Didi Abuli (gruz.: დიდი აბული; 3300 m), najwyższy szczyt Małego Kaukazu w granicach Gruzji (najwyższy w ogóle – Giamysz wznosi się w paśmie Murowdag w Azerbejdżanie; liczy 3724 m wysokości).

Jezioro Paravani i dawno wygasłe wulkany w jego otoczeniu, fot. Paweł Wroński

Jeziora: Paravani (Tba Paravani, gruz.: ფარავნის ტბა) oraz usytuowane bardziej na południe i mniejsze Jezioro Saghamo (Tba Saghamo, inaczej: Ozero Tuman-Gël, gruz.: საღამოს ტბა), oddzielają pasma Gór Samsarskich i Dżawacheckich.

Nad Jeziorem Paravani (2073 m); w tle Mta Didi Abuli (3300 m), fot. Paweł Wroński

Tba Saghamo rozlewa się na wysokości 1997 m, ma 4,8 km2 powierzchni i jest płytkie – głębokość dochodzi zaledwie do 2,3 m. Tba Paravani leży na wysokości 2073 m. Powierzchnia akwenu liczy 37,5 km2, ale jego głębokość jest również niewielka – do 3,3 m.


10-dniową wycieczkę po południowo zachodniej ćwiartce Gruzji odbyliśmy Nissanem XTerra, pożyczonym dzięki uprzejmości Zviada Bechvaii z Gudauri Development Agency (www.facebook.com).


* nazwy podane w angielskiej transkrypcji fonetycznej mają też obowiązującą polską transliterację (w praktyce mało użyteczną), korzystając z tej konwencji nazwę prowincji zapisujemy ‘po polsku’: Samcche-Dżawachetia

Stoki Gór Dżawacheckich – na wschód od Jeziora Paravani, fot. Paweł Wroński

 

Midas Şehri, czyli Miasto Midasa

Był rok 1800, gdy podróżujący przez Ottomańskie Imperium płk. William Martin natknął się na skałę z napisami w nieznanym mu starożytnym języku. 24 lata później w wydanej przez siebie książce opisał wspomnienia sprzed ćwierćwiecza i nie omieszkał wspomnieć o Yazılıkayi – Opisanej Skale, jak ją nazywali Turcy.  Ba, nawet ją naszkicował.

Wspomnienia brytyjskiego pułkownika wzbudziły zainteresowanie wśród europejskich uczonych. Przełomowy moment w poznaniu tego rejonu nastąpił pod koniec XIX wieku, gdy do pobliskiej wioski Çukurca (Yazılıkaya góruje nad jednym z jej przysiółków, noszącym zresztą takie samo miano), zawitał szkocki badacz William Mitchell Ramsay. Rozszyfrowując inskrypcje natknął się na imię Mit-ta-a, władcy, którego skojarzył z mitycznym królem Midasem. Wyjątkową formację skalną nazwał więc Pomnikiem Midasa (tur. Midas Anıtı), zaś całą grupę Miastem Midasa (tur. Midas Şehri albo Midas Kenti).

Yazılıkaya, czyli Opisana Skała, bo pokryta inskrypcjami w języku Frygów. To najbardziej intrygujące miejsce w grupie skał nazwanej pod koniec XIX wieku Miastem Midasa. Fot. Paweł Wroński

Spośród frygijskich władców, kilku nosiło imię Mit-ta-a, czyli Midas, więc nie wiadomo, którego konkretnie mieli na myśli autorzy inskrypcji.

Badaczom udało się jednak ustalić, że napisy pochodzą z VII lub VI stulecia przed Chrystusem, a więc z czasów rozkwitu frygijskiego państwa, a te właśnie uwiecznili starożytni Grecy w znanym powszechnie micie o królu kochającym nade wszystko złoto.

A tak na marginesie – ptaki (być może również te ze zdjęcia), były od niepamiętnych czasów odczytywane jako znak przyszłych wydarzeń zesłany przez Bogów. Kto przenikliwy, niech się postara je zrozumieć.

Relief na skalnej ścianie przypomina wyglądem wejście do świątyni. Jednak nie prowadzi w głąb skały gdzie wykuto jedynie płytką niszę. Być może w przeszłości znajdował się tam posąg Kybele – otoczonej we Frygii najwyższym kultem Matar – Matki Bogów. Mıdas Şehri kryją jeszcze jedną skalną świątynię pokrytą płaskorzeźbami, nazwaną dla odróżnienia od dedykowanej dziś mitycznemu władcy Midasowi, Małą Yazılıkayą (Küçük Yazılıkaya) albo Niedokończonym pomnikiem (Bitmemiş Anıt), najprawdopodobniej też ku czci Kybele.

Mała Yazilikaya (Küçük Yazılıkaya) albo Niedokończony pomnik (Bitmemiş Anıt), fot. Paweł Wroński

Ponadto są tam kute w skałach grobowce oraz cysterny na wodę, zaś na płaskowyżu, rozciągającym się w najwyższej strefie skalnej grupy, ołtarz ofiarny. Ten z kolei powiązano z kultem bogini Kybele i uznano za drugie obok siedziby władców w Gordionie, niezwykle istotne dla cywilizacji frygijskiej miejsce – ośrodek kultu poświęcony najwyższej w ich panteonie bogini-matce (nazywanej także Matar). O wadze tego miejsca dla Frygów mogą świadczyć rozrzucone po okolicy pozostałości twierdz. Można je nawet jeszcze odnaleźć – na sąsiednich wzgórzach: Akpara, Pişmiş, Gökgöz i Kocabaş.

Na ołtarzu Kybele w Mieście Midasa, fot. Paweł Wroński

Niemniej ciekawie prezentuje się otoczenie Miasta Midasa. Tej największej w okolicy grupie skalnej towarzyszą mniejsze skupiska oraz pojedyncze formacje z widocznymi śladami użytkowania jako miejsca pochówków, świątynie, czy obronne osady.

Kybele ze zbiorów muzeum w Gordionie, fot. Paweł Wroński

Kybele to frygijska bogini płodności i urodzaju, inaczej zwana Wielką Macierzą albo Matką Bogów. Jej rozpowszechniony wśród ludów Azji Mniejszej, pradawny kult, przyjęli Rzymianie w okresie krwawych wojen z Hannibalem, czyli koło 204 roku przed Chrystusem.

Ponoć za sprawą wyroczni, dającej im nadzieję na uratowanie Rzymu, jeśli sprowadzą do niego Matkę Bogów. Tak się też stało, choć… nie bez perturbacjiDopiero po zwycięstwie nad Kartagińczykami pod Zamą, Kybele zaczęto utożsamiać w Rzymie z czczoną od dawna boginią Ops, małżonką Saturna.

Vis a vis Pomnika Midasa wznosi się przepruta licznymi otworami Skała czterdziestu oczu (Kırkgöz Kayalıkları). A nieco dalej na wschód od wsi Çukurca, Gerdekkaya Anıtı – antyczny grobowiec ze świątynną fasadą z portykiem wspartym na prostych, pozbawionych ozdób doryckich kolumnach. Ta skała jest z kolei pamiątką późniejszych, hellenistycznych czasów (na jej temat będzie wkrótce osobny wpis).

Kırkgöz Kayalıkları, czyli Skała czterdziestu oczu, fot. Paweł Wroński

Frygijskiego sanktuarium z wioski Çukurca w prowincji Eskişehir, nazywanego Yazılıkaya albo Midas Kenti nie należy mylić z jeszcze starszym zabytkiem, bo pochodzącym z czasów hetyckich, także określanym mianem Yazılıkaya. Hetycka ‘Opisana Skała’ pokryta jest reliefami datowanymi na XIII wiek przed Chrystusem. Znajduje się w środkowej Turcji, koło miasteczka Boğazkale (około 170 km na wschód od Ankary).

film – wkrótce (a na razie slajdowisko złożone automatycznie po uruchomieniu funkcji w aplikacji zdjęcia iPhone’a)

Starożytni Grecy uwiecznili postać Midasa w swojej mitologii. Dlaczego? Może rzeczywiście zaimponował im niewyobrażalnym bogactwem, wzbudzając jednocześnie współczucie nieszczęśliwym życiem, z którym pożegnał się samobójczo po klęsce swego królestwa. A może dlatego, że był pierwszym odnotowanym władcą spoza Grecji, który przybył do delfickiej wyroczni Apollina i, że pojął za żonę grecką księżniczkę. Ponadto – jak podaje Pausanias – za panowania króla Midasa miała powstać Ancyra, czy Ankyra (Ankira), miasto w Azji Mniejszej, utożsamiane dziś z Ankarą.


Latający Holender i „Midas Han”
Interesującą i malowniczą okolicę wykorzystał przedsiębiorczy Holender, Ben Claasz Coockson. Przed kilku laty kupił we wsi podupadłe gospodarstwo, wyremontował, i od 2014 roku prowadzi ekskluzywny pensjonat agroturystyczny – „Midas Han”, czyli Zajazd Midasa, a jakżeby inaczej mógł go nazwać?! Gośćmi są przede wszystkim rodacy i znajomi z krajów Beneluksu, zasobni mieszkańcy Stambułu i Ankary oraz pracownicy placówek dyplomatycznych i handlowych z tureckiej stolicy (www.midashan.com).

Ben się już nawet trochę „sturczył”, przynajmniej z ekonomicznego punktu widzenia. Zapytany o cenę pobytu, kiwa z namysłem głową, a po chwili mówi ze znaczącym uśmiechem – „Są dwie… oficjalna: 50 euro od osoby (HB) oraz nieoficjalna, niższa. Ale – dodaje po chwili – kto płaci tę pierwszą, poza dwoma posiłkami korzysta bezpłatnie z organizowanych przeze mnie wycieczek po okolicy; niższa cena wycieczek nie obejmuje!”.


Midas Şehriwww.eskisehirkulturturizm.gov.tr
Projekt ‘Doliny Frygijskie’ (Frig Vadileri): www.frigvadisi.gov.tr
O kulcie Kybele, ciekawiewww.imperiumromanum.edu.pl