Samochodem przez Polskę

Spojrzenie sprzed 8 lat. Samochodów jest jednak o niebo więcej niż wówczas, więc ten fakt, jak i to, że kilka dróg doprowadzono wreszcie do stanu używalności redukują się gdzieś w pobliżu matematycznego zera, i – niektóre – problemy występują z nie mniejszą ostrością.


Zważywszy na stan naszych dróg, turystyka samochodowa czy motocyklowa wciąż jeszcze należą do dziedzin futurystycznych. Podróżując współcześnie po kraju samochodem, używamy go przede wszystkim jako względnie komfortowej alternatywy wobec innych środków publicznego transportu. Pociągi wloką się niemiłosiernie, samolot chociaż szybki ląduje zazwyczaj tak daleko od celu, że zaoszczędzony czas tracimy na dojazdach. Zaś na miejscu tylko samochód gwarantuje jaką taką swobodę. Czy trzeba do sklepu wyskoczyć, zima podjechać pod wyciągi, zawsze w ciekawe miejsce, albo – oby jak najrzadziej – do lekarza.

Jeżdżę w ostatnich latach sporo po Europie, i nigdzie nie męczę się za kierownicą tak jak w Polsce. Mieszkając na domiar złego w Warszawie (położonej niemal w geometrycznym środku naszego niemal okrągłego kraju, rozciągniętego równoleżnikowo na 689, a południkowo na 649 kilometrów), do najbliższej z granic mam 300 kilometrów z okładem. Pokonanie takiego odcinka zajmuje 5-7 godzin. Wyjeżdżanie z Warszawy (i wjeżdżanie też), jest raczej mozolnym przesuwaniem samochodu w niekończących się korkach, czasami dosłownie – metr po metrze. Błogosławię więc liczne restauracje przy drogach i stacje benzynowe, w których można się zatrzymać. Wypić kawę, coś przekąsić, rozprostować kości – słowem odprężyć nieco napiętą uwagę.

Zgodna z prostą logiką, recepta na komfortową podróż sprowadzałaby się do trzech punktów: 1) dużego, 2) wygodnego i 3) szybkiego samochodu. Nie kwestionując wagi punktu 2, punkt 1 przenosi dyskusję w obszar ekonomii. Nie posiadając dużego samochodu, można byłoby go na wakacje wypożyczyć, no ale to też… ekonomia. Punkt 3 ma raczej niewielkie znaczenie, ze względu na nader  liczne ograniczenia prędkości. Ba, w naszej sytuacji – im samochód szybszy, tym szybciej szarpiemy nerwy, nie mogąc atutów auta wykorzystać. W tych okolicznościach, kluczem do komfortowej podróży przez Polskę samochodem pozostaje… pakowanie.

Podstawowa sprawa sprowadza się do pytania: jak upakować dzieci? Gdy tylko podrosną na tyle, że pas bezpieczeństwa ich nie udusi, nie chcą słyszeć siedzeniu w fotelikach, czy na jakichkolwiek poddupnikach. Chcą siedzieć z przodu, i basta. Jedyną strategią, gwarantującą spokój ducha kierowcy jest rotacja na przednim siedzeniu i łączenie rotowania ze wspomnianym na wstępie odprężaniem napiętej uwagi. Rotacja jest zresztą tym ważniejsza, im więcej jest kandydatów do rotacji. Drugie z rodziców, które nie kieruje (w ogóle, albo w tym momencie), też do rotacji jest dobrze włączyć ze względów humanitarnych – niech się  cały czas nie męczy!

Kwestią kolejną jest upakowanie psa. W bagażniku są bagaże, przy tylnych siedzeniach nogi. Z przodu, zwłaszcza duży pies, nie mogąc sobie znaleźć miejsca, popada notorycznie w konflikt z dźwignią zmiany biegów. Z tyłu popada w konflikt z nogami – im zresztą pies większy, tym konflikt z nogami ostrzejszy. Strategia rotacji sprawia jednak, że konflikt z nogami, z permanentnego zamienia się w… cykliczny. Owocuje to dłuższymi bezkonfliktowymi chwilami, które można i należy wykorzystywać na jazdę, wzrost napięcia przyjmując za sygnał kolejnej rotacji. Dodawać chyba nie trzeba, że rotacja w przypadku dźwigni zmiany biegów nie wchodzi w grę, więc wariant z psem w nogach pasażera z przedniego siedzenia, sprawdza się tylko z małymi psami.

Ostatnią kwestią jest spakowanie bagażu. Prosta logika, że im większy bagażnik, tym lepiej, załamuje się i tutaj. Przynajmniej w moim oczach, uznania nie znajduje. Cenię bagażnik średniej wielkości. Dlaczego? Dlatego, że z zabranych rzeczy i tak większości się potem nie wykorzystuje, po co więc je ze sobą po Polsce włóczyć. Przy zachowaniu natomiast pewnej dyscypliny, zabiera się rzeczy naprawdę potrzebne, które będą potem używane. Sprzęt wędkarski czy sportowy – narciarski, rowery, deski do surfowania, najlepiej wozić na dachu. Przy większych gabarytach trzeba się zaopatrzyć w przyczepkę – inaczej się nie da. Nie wolno bowiem dopuścić, aby sprzęt stał się jeszcze jednym powodem konfliktu… z nogami. Bo chociaż rotacja jest dobra na wszystko, sprzętu się rotować nie da!

Ferie za pasem – zatem miłego pakowania, i szerokiej drogi!


Materiał publikowany w 2010 roku na łamach magazynu „Polska wita” (później tytuł zmieniono na „Witaj w podróży” i poszerzono zakres tematyczny o Europę i świat), pt. „ABC turystycznej motoryzacji”.

Załączony filmik nakręciłem natomiast 1 stycznia 2018 – tak, tak… w Nowy Rok, pod Warszawą!


Reklamy

Świnica w chmurach

Dawno dawno temu, w odległej galaktyce…

Zgodnie z tytułem, na pocztówce dostępnej niegdyś w każdym niemal zakopiańskim kiosku widniała Świnica. Świnica spowita szarym skłębionym całunem.

Zerkałem na nią nieraz, spędzając wakacje u podnóży Tatr. Ujęcie zakrawałoby na żart, gdyby nie to, że z powodu klimatu najwyższe tatrzańskie szczyty nader często giną w chmurach. Pocztówka była bardzo prawdziwa.

Odkąd w 1840 roku, znany z dowcipu dramaturg i powieściopisarz angielski Theodore Hook wysłał sam do siebie ręcznie malowaną kartkę ze znaczkiem za jednego pensa, pocztówki zawojowały świat. Stały się najpopularniejszą pamiątką turystycznych pobytów w wypoczynkowych kurortach i w zyskujących popularność egzotycznych zakątkach świata. Nic więc dziwnego, że w szczytowym okresie podboju i poznania, na pocztówki trafiły także obrazki z Tatr. I chociaż karkonoska Śnieżka odebrała Świnicy oraz innym tatrzańskim szczytom palmę pierwszeństwa (najstarszą pocztówkę z gór wysłano ze Śnieżki 23 lipca 1873 roku z punktu pocztowego otwartego przez Niemców na szczycie rok wcześniej), pierwsze tatrzańskie widokówki powędrowały w świat już w połowie lat 90. XIX wieku.

Początkowo reprodukowano litografie wykonane kilkadziesiąt lat wcześniej przez Zygmunta Bogusza Stęczyńskiego. Później ryciny zakochanego w Tatrach i Pieninach Walerego Eliasza Radzikowskiego, a wreszcie wizjonerskie obrazy ilustrujące powieść Stanisława Witkiewicza „Na przełęczy”. I nie były to tylko krajobrazy. Od samego początku treść pocztówek stanowiły także wizerunki górali i ceprów – taterników, narciarzy oraz bywalców Zakopanego, nierzadko sportretowanych w satyrycznej bądź nawet karykaturalnej konwencji. Wtedy łatwo było uwieczniać ludzi, gdyż w Zakopanem nie gościło zbyt wielu obcych. Przeważały motywy dokumentalne. Pokazywano rośliny, zwierzęta i architekturę. W pierwszym dziesięcioleciu XX wieku było w obiegu kilka tysięcy wzorów pocztówek tatrzańskich. A wraz z popularyzacją fotografii ich ilość jeszcze się zwiększyła.

Chociaż z aparatem chadzał po Tatrach również Walery Eliasz Radzikowski, oczy fotografów na Tatry skierował Mieczysław Karłowicz. Kompozytor uprawiał z upodobaniem wspinaczkę i narciarstwo nie rozstając się na wycieczkach z aparatem. A każde z jego zdjęć nie ustępowało składanym przezeń, a inspirowanym przez przyrodę i folklor nutom. Do grona pierwszych fotografów Tatr należeli Walery Rzewuski, Marian Olszyński i  Franciszek Wyspiański. Rolę ich sponsora i wydawcy pocztówek spełniało Towarzystwo Tatrzańskie. Kartki drukowano w Krakowie, Wiedniu, a także we Francji i w Niemczech. Pocztówki różniły się jednak od dzisiejszych, co wynikało nie tylko z techniki rysunku i fotografii oraz technologii drukarskich, ale także z obowiązujących przepisów pocztowych.

W latach międzywojennych do plejady fotografów uwieczniających sceny z Tatr i Zakopanego weszli bracia Zwolińscy – wyśmienici taternicy, autorzy cenionych map i przewodników górskich. Po II wojnie światowej na pocztówkach publikowano przede wszystkim fotografie autorów z artystycznym cenzusem, potwierdzonym przynależnością do ZPAF. I to ich dzieła zapełniły witryny kiosków. Z narastaniem masowego ruchu turystycznego, pocztówki – oprócz pamiątkowych – zaczęły też pełnić funkcje edukacyjne i propagandowe. Patronat nad ich wydawaniem przejęło PTTK, a drukiem zajęły się regionalne zakłady wydawnicze, powoływane jako przedsiębiorstwa dochodowe towarzystwa.

Nie wiem ile oryginalna pocztówka ze Świnicą w chmurach z lat 70. XX wieku może być dziś warta dla filokartystów. Obawiam się, że wartości 44 tys. euro, jaką to cenę zapłacił na aukcji w Londynie za wspomnianą na wstępie pocztówkę Hooka anonimowy kolekcjoner z Rygi, nie osiągnie. Ale czy to ważne?! Przecież w dobie fotografii cyfrowej każdy może zamienić wykonane osobiście zdjęcie na pocztówkę. Aby wysłać fotkę w formie elektronicznej wystarczy notebook i łącze Wi-Fi. Zwolennicy bardziej romantycznej niż e-pocztówka, klasycznej kartki, będą zmuszeni odbyć krótką wizytę w pierwszym z brzegu punkcie fotograficznym dysponującym maszyną do druku odbitek z kart pamięci. Kilka minut później, zaopatrzoną w mniej lub bardziej konwencjonalne pozdrowienia kartkę wystarczy wrzucić do skrzynki by powędrowała do rodziny lub znajomych. Jeśli wola, może być na niej Świnica w chmurach. Oby tylko Poczta Polska dostarczyła ją do adresata… zanim wrócimy z wakacji.


Na zdjęciu otwierającym widok z Łomnicy na Prostredný hrot (Pośrednią Grań, 2441 m n.p.m.). Wprawdzie to w Tatrach słowackich, ale też w chmurach, więc pasuje jak ulał!


Materiał publikowany w 2011 roku na łamach magazynu „Polska wita” (później tytuł zmieniono na „Witaj w podróży” i poszerzono zakres tematyczny o Europę i świat).


Turysta klientem

Tekst sprzed 8 lat, publikowany w nieistniejącym już magazynie „Polska Wita/Witaj w podróży” trąci nieuchronnie myszką, choć pominąwszy niektóre realia, pozostaje zaskakująco aktualny. A w ogóle, po co ja się tłumaczę – FB może podsyłać niemal codziennie mniej lub bardziej trafnie dobrane ‚wspomnienia’, to ja też mogę, zwłaszcza na własnym blogu 🙂


Ranking stacji benzynowych w dziecięcym wydaniu, opiera się na kryterium hot-dogów. Stacje bez hot-dogów są lekceważone! Jeśli więc cenimy sobie spokój w podróży, zamiast tankować na Bliskiej zatrzymujemy się u konkurencji i… płacimy drożej.

Zmotoryzowany turysta ma jednak komfort zaopatrywania się w wiktuały i niektóre rzeczy przemysłowe w zwykłych sklepach. Tak naprawdę wystarcza mu supermarket. Ba, supermarket jest najwygodniejszy, bo łatwo zaparkować, a dobytek upchany kolanem w bagażniku, pozostaje względnie bezpieczny po czujnymi oczami kamer.

Trochę gorzej ma rowerzysta, bo do większości supermarketów ścieżek rowerowych nie doprowadzono. Trzeba więc kluczyć między licznymi samochodami. A to ani bezpieczne, ani przyjemne, nie mówiąc o tym, że supermarketów nie wystawia się w najpiękniejszych miejscach naszego kraju (szczęśliwie!).

Najgorzej ma piechur. Powoduje nim bowiem nieznośna lekkość bytu – waga, waga i jeszcze raz waga, tego co niesie w plecaku na grzbiecie. Poszukiwanie rzeczy małych i lekkich wyklucza w zasadzie zakupy w hipermarketach. No może poza spożywczymi produktami, jeśli ktoś zadowoli się chińskimi zupkami i pieczywem Wasa.

Jeśli zaś chodzi o inne produkty – poza sportowymi sklepami sieci Go Sport, Decathlon, czy raczkującym na naszym rynku Intersportem. W nich dostaniemy cały ekwipunek na lato czy zimę, bez różnicy. Wprawdzie w masowej wersji, a więc średniej jakości, ale za to po przystępnych, wręcz kusząco przystępnych cenach. Jeśli nie mamy wielkich wymagań to od biedy nawet prowiant stamtąd wyniesiemy. I to profesjonalny, bo w sportowych supermarketach liofilizaty też bywają. I wreszcie atut ostatni wszelkiej maści supermarketów – można w nich płacić kartą!

Wydawać by się mogło, że jeśli ktoś przygotowań i zakupów nie lubi, najlepiej zrobi korzystając z ofert biur podróży. Wikt i opierunek zapewnione, a targać niczego na plecach nie trzeba! Niestety trzeba trochę pogłówkować, zanim się biuro wybierze. Dokładnie sprawdzić, co jest w cenie, a czego nie ma. Takie analizy można przeprowadzać w kapciach nie opuszczając fotela. Chyba, że po telefon, żeby zasięgnąć języka na temat doświadczeń znajomych z takim czy innym touroperatorem. Wydawałoby się więc, że to nic, a jednak trzeba mieć zimną krew. Media donoszą przecież co chwila o turystach pozostawionych własnemu losowi z powodu plajty biura. Los taki dotknął nawet niedawno klientów niegdysiejszego potentata, jakim był od czasów PRL-u Orbis.

Pozostaje na ogół kwestia ubezpieczenia. Od reklam ubezpieczycieli, że u nich tanio i na znakomitych warunkach, pękają w szwach emitowane na Polsacie czy w TVN-ie filmy. Nawet półgodzinny odcinek serialu „Usta – usta” wydłuża się z ich powodu dwukrotnie. Reklamy, reklamami… a i tak, wybierając ubezpieczenie jeśli chcemy zrobić to rzeczywiście świadomie, musimy zapoznać się sumiennie z górą papierowej dokumentacji. I tylko trzeba kciuki trzymać żeby przebrnąć przez regulaminy, nie pominąwszy najistotniejszych kwestii – zapisanych rzecz jasna „małym druczkiem”.

Najbardziej ekscytującym etapem przygotowań do wyjazdu powinno być studiowanie map i przewodników. Typowe „2 w 1”, przyjemne z pożytecznym. Osobiście mam z tym problem największy, bo mapy są – przyznaję – nawet sporo dobrych, a ich arkusze pokrywają cały kraj. Gorzej z przewodnikami, choć księgarskie półki się od nich uginają. W wielości jest właśnie problem, bo do rzadkości należą wyspecjalizowane sklepy takie jak Księgarnia Podróżnika. W jednym miejscu zgromadzono tam mniej więcej wszystko co z przewodnikowo-kartograficznej branży krąży po naszym rynku. A jak czegoś nie ma, to o ile tylko jest dostępne, sklep sprowadzi.

Można się oczywiście zaopatrzyć w mapy i przewodniki w Internecie. Ceny, podobnie jak w innych branżach, są nieco korzystniejsze od sklepowych, a koszty przesyłki nie tak wielkie, żeby się nie opłacało skorzystać. O ile jednak skala mapy widoczna już na okładce jest wystarczającym kryterium, by mapę wybrać, o tyle do przewodnika trzeba zajrzeć żeby przeczytać przynajmniej kilka zdań. Warto bowiem sprawdzić czy konwencja prezentacji i zasób zawartych w nim informacji nas zadowalają.

Zaprawdę, od której strony na rzecz nie spojrzeć, wypoczynek – okazuje się – nie jest sprawą prostą! I chociaż turysta jest klientem nieskończonej ilości podmiotów gospodarczych – firm handlowych i usługowych, przewozowych i wydawniczych, finansowych, w tym zwłaszcza ubezpieczeniowych, rzadko kto przygotowuje mu drogę usłaną płatkami róż. Ciekawe dlaczego? I czyż nie jest to przykrym zaskoczeniem?!


Materiał publikowany w 2010 roku na łamach magazynu „Polska wita” (później tytuł zmieniono na „Witaj w podróży” i poszerzono zakres tematyczny o Europę i świat).