15 miejsc na weekend (dojazd w 3-5 h)

Wiosna nastraja optymizmem, dodaje energii, sprawia, że chce się wyruszyć w podróż. W weekend, niekoniecznie długi, każde ze wskazanych niżej miejsc w Europie, samolotem lub samochodem, osiągniemy w zaledwie kilka godzin.

POLSKA

1. Do Trójmiasta po jod i muzykę
Z Łodzi czy z Warszawy dotrzemy na wybrzeże w 3–4 godz., z dalej położonych miast dogodniejsze będą połączenia lotnicze.
Do podróży nad morze – po miesiącach zimowych, kiedy to nieustannie byliśmy bombardowani zatrważającymi statystykami smogowymi – nie trzeba specjalnie zachęcać. Trójmiasto wydaje się przy tym celem idealnym. Powietrze na nadbałtyckich plażach przesycone jest drogocennym jodem, a na krańcu wysuniętego niemal pół kilometra w morze sopockiego molo jego stężenie jest dwukrotnie wyższe niż na lądzie.
Okazję, by odetchnąć pełną piersią, a zarazem podziwiać nadmorską panoramę, znajdziemy też na Wyspie Spichrzów. W znanym z zabytków i nowatorskich przedsięwzięć kwartale Gdańska kręci się już drugi sezon Amber Sky – diabelski młyn z 36 klimatyzowanymi gondolami. Podczas 15-minutowej przejażdżki kilkakrotnie osiąga się wysokość 50 m. A z góry widać więcej.
Z klasycznych atrakcji wypada wspomnieć oliwskie organy w archikatedrze, ze słynnymi figurami aniołków-muzykantów poruszających się podczas koncertu, a także gdyńskie nabrzeże portowe z otwartymi dla zwiedzających pokładami historycznych statków oraz efektownym akwarium.
W szwach pęka też majowy kalendarz trójmiejskich wydarzeń, zwłaszcza jeśli chodzi o propozycje muzyczne. 12 maja 2017 na Starym Maneżu da koncert Nigel Kennedy, a na Ergo Arenie wystąpią Hans Zimmer (26 maja) oraz, dzień później, Orkiestra Johanna Straussa, którą dyryguje André Rieu.

 

Trójmiasto ma trzy odmienne oblicza niczym prasłowiański Światowid. Wszystkie zwraca ku Bałtykowi, który jest głównym atutem metropolii.

 


2. Do bełchatowskich gigantów
Samochodem: z Warszawy – 162 km (2 godz.), z Krakowa – 213 km (3 godz.), z Wrocławia – 192 km (3 godz.), z Poznania – 280 km (3 godz.).
Pod patronatem bełchatowskiej kopalni odkrywkowej węgla brunatnego działa na wskroś nowoczesna, multimedialna wystawa Giganty Mocy (www.gigantymocy.pl). Ekspozycję poświęcono wydobyciu cennego surowca oraz technologii pozyskiwania z niego energii elektrycznej. Po uzgodnieniu telefonicznym można także zwiedzić samą kopalnię.
Dla wszystkich dostępne są platformy widokowe zainstalowane na krawędzi wyrobiska, a kto skończył 15 lat, może w towarzystwie przewodnika zjechać na dno tej największej w naszym kraju „dziury w ziemi”. Wyrobisko ma imponujące rozmiary: 280 m głębokości, 3,5 km długości oraz 2,5 km szerokości. Widać je z kosmosu, a pracujące w jego czeluściach potężne węglowe kombajny przypominają machiny z Gwiezdnych Wojen. Oglądane z bliska nie pozostawiają jednak wątpliwości, że nie są wytworami fantazji filmowych scenarzystów. Niezapomniane wrażenia – gwarantowane!
W kopalnianym pawilonie wyeksponowano także najciekawsze górnicze znaleziska. Są wśród nich wyjątkowe okazy geologiczne oraz czaszka mamuta włochatego, potężnego zwierzęcia, które zainspirowało twórców postaci Mańka z „Epoki lodowcowej”.
Program wyjazdu do Bełchatowa wzbogaci wycieczka na Górę Kamieńsk (386 m n.p.m.). Miejsce ściśle wiąże się z górniczym klimatem regionu, gdyż na ośrodek sportu i rekreacji zamieniono tu zrekultywowaną kopalnianą hałdę. Na stoku byłego wysypiska kręci się dziś wyciąg krzesełkowy. Zimą używają go narciarze, a w pozostałych porach roku – piechurzy i rowerzyści. U jego podnóża można przez cały rok szaleć na quadach.

 

Multimedialna wystawa Giganty Mocy w nowoczesny sposób wprowadza w tajniki wydobycia węgla brunatnego.

 


3. Do stadniny hucułów w Regietowie
Z centralnej i północnej Polski samolotem do Rzeszowa. Dalej autobusami przez Gorlice.
W maju, w bukowych lasach Beskidu Niskiego, zakwita czosnek niedźwiedzi, na łąkach ścielą się łany biało-różowej rzeżuchy, a nad potokami – złocistożółte kaczeńce. Pachną intensywnie, obsypane w tym czasie białymi kwiatami, krzewy tarniny i czeremchy. To idealny czas, by odwiedzić stadninę koni huculskich w Regietowie koło Gładyszowa.
Zarówno dorośli, jak i dzieci mogą tam pojeździć konno, odbyć przejażdżkę bryczką albo poddać się hipoterapii.
Koniki huculskie są dumą polskich hodowców, którzy uratowali ten gatunek przed wyginięciem. Wprawdzie wszystko zaczęło się jeszcze pod zaborem austriackim, ale prace kontynuowano konsekwentnie od okresu międzywojennego XX w. W efekcie wszystkie hucuły na świecie mają dzisiaj polski rodowód.
Stadnina w Regietowie oferuje gościom kwatery i restaurację. Jest malowniczo położona przy turystycznych trasach: na widokową Jaworzynę Konieczniańską czy na Rotundę z pomnikowym cmentarzem z I wojny światowej, który niedawno odrestaurowano.
Beskid Niski zamieszkiwali do II wojny światowej wyznawcy Kościoła wschodniego, górale ruscy zwani Łemkami. Ponieważ w latach 1941–1947 przesiedlono niemal wszystkich, a na przełomie lat 50. i 60. XX w. wrócili jedynie nieliczni, śladów ich kultury materialnej zachowało się niewiele. Gdzieniegdzie chałupy, przydrożne krzyże i figury z piaskowca. Przetrwała natomiast blisko setka drewnianych cerkwi malowniczo skomponowanych z miejscowym krajobrazem, z pięknymi polichromiami i ikonami. Podczas krótkich wypadów z Regietowa warto zwiedzić zróżnicowane pod względem architektonicznym świątynie w Skwirtnem, Kwiatoniu, Gładyszowie, Koniecznej i Zdyni.

 

Hucuły to niewielkie koniki o zadziwiającej odporności na trudy, dużej inteligencji i przyjaznym, choć zdecydowanym charakterze.

 


4. Na rzemieślnicze warsztaty w Akademii Łucznica
Samochodem: z Warszawy – 64 km (1,5 godz.), z Łodzi – 184 km (3 godz.), z Lublina – 123 km (2 godz.). Z innych miast samolotem do Warszawy, dalej pociągiem i miejscowymi autobusami.
W odrestaurowanym dworze szlacheckim w Łucznicy koło Pilawy gospodaruje stowarzyszenie promujące rzemiosło i rękodzielnictwo. Gospodarze zapraszają na warsztaty różnych dawnych prac, czyli na spotkanie, jak to ujmują, „z kulturą stosowaną – dla przyjemności”. Znakiem rozpoznawczym jest wikliniarstwo (stowarzyszenie korzysta z własnej wikliny), ale w ofercie znajdziemy także kursy batiku, ceramiki, tkactwa, tworzenia witraży, meblarstwa, ciesielstwa czy wyrobu miedzianej biżuterii. Ciekawostką jest też projekt dotyczący konstrukcji ludowych instrumentów muzycznych. Tego typu warsztaty trwają pięć dni lub dłużej, a ich cena obejmuje również zakwaterowanie i wyżywienie. Gospodarze są jednak otwarci na różne opcje. Można więc jedynie uczestniczyć w warsztatach, mieszkając gdzie indziej, albo korzystać tylko z kwater i wyżywienia, aby po prostu wypocząć w malowniczej okolicy.
Dwór otoczony jest parkiem z pomnikowym okazami kilkusetletnich drzew, a wokół zespołu dworsko-parkowego szumią lasy Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Można więc wyruszać na dłuższe nawet eskapady pieszo lub rowerem.

 

Oprócz aktywnego spędzania czasu alternatywą błogiego lenistwa są pomysłowe weekendowe kursy, na których rozwiniemy skrywane talenty i wyzwolimy wyobraźnię.

 


5. Do Kamieńca Ząbkowickiego na Wiosnę Tulipanów
Samochodem: z Wrocławia – 82 km (2 godz.), z Krakowa – 269 km (3,5 godz.), z Warszawy – 432 km (5 godz.). Z odleglejszych miast samolotem do Wrocławia i lokalnymi autobusami.
Historyczne rezydencje Dolnego Śląska łączy Europejski Szlak Zamków i Pałaców. W położonych przy nim obiektach funkcjonują dziś nie tylko muzea, ale także eleganckie hotele spa czy nowoczesne sanatoria. A w odrestaurowanych wnętrzach odbywają się różnorodne imprezy.
Do najciekawszych obiektów na szlaku należy pałac Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim. 6–7 maja 2017 odbędzie się tam trzecia już edycja festiwalu kwiatów i muzyki Wiosna Tulipanów.
Rezydencję wpływowej arystokratki przewodniki określają mianem neogotyckiej fantazji Karla Friedricha Schinkla, wziętego w II połowie XIX w. architekta pruskiego. Jemu to księżna Marianna von Preussen powierzyła projekt i budowę rezydencji. Na jej ogromny dolnośląski majątek składało się 35 wsi i 2 miasta. Z własnych funduszy budowała drogi, mosty i osiedla mieszkalne, wznosiła i utrzymywała szpitale, ochronki dla dzieci i szkoły. Zasłynęła także z działalności charytatywnej, w tym z założenia funduszu dla wdów i sierot.
Kamieniec Ząbkowicki jest dogodnym punktem wypadowym na szlaki Kotliny Kłodzkiej oraz Opolszczyzny. Wystarczą więc jednodniowe wycieczki, by zwiedzić Kopalnię Złota w pobliskim Złotym Stoku, Paczków, nazywany z racji zachowanych fortyfikacji polskim Carcassonne, czy położone nad jeziorami Nysę lub Otmuchów.

 

XIX-wieczna rezydencja księżnej  Marianny Orańskiej jest monumentalną neogotycką budowlą z czterema narożnymi wieżami – każda o wysokości niemal 34 m.

 


KRAJE OŚCIENNE

6. Na Litwę do wód w Birsztanach
Do Wilna: samolotem (z Warszawy lata Wizz Air – 1 godz. 10 min). Dalej autobusem firmy Marijampolės AP, relacji Vilnius–Marijampolė. Dystans 92 km z Wilna (Vilnius) do Birsztan (Birštonas) pokonuje w 1 godz. 55 min. Dworzec autobusowy w Wilnie: ul. Sodų 22 (rozkład i ceny: www.autobusubilietai.lt).
Birsztany są drugą obok Druskiennik litewską oazą zdrowia i wypoczynku. Leżą w malowniczym zakolu Niemna, wśród sosnowych lasów, a ich największym skarbem są obficie tryskające wody mineralne. Najmniej zmineralizowaną butelkuje się na miejscu (woda Vytautas jest jednym z najlepiej znanych w świecie litewskich produktów eksportowych).
W odrestaurowanej pieczołowicie, centralnej części założonego w XIX w. uzdrowiska wystawiono z kolei niedawno stylowe inhalatorium, z którego korzysta się bezpłatnie.
Do kluczowych obiektów należą egalitarne Eglės Sanatorija (www.birstonas.sanatorija.lt) oraz elitarne Vytautas Mineral Spa (www.vytautasmineralspa.lt). Pierwsze łączy funkcje lecznicze i rehabilitacyjne z rekreacyjnymi. Obok pacjentów skierowanych tu przez litewską służbę zdrowia jest zawsze wielu gości korzystających z zabiegów profilaktycznych i lekarskich konsultacji na zasadach komercyjnych. Duży, nowocześnie urządzony obiekt otoczony jest rozległym parkiem, w jaki gospodarze kurortu zamienili sosnowy las na wydmach. Wytyczono w nim przyjemne ścieżki spacerowe, urządzono stacje fitness i zbudowano tężnię. Równie przyjemnie spaceruje się wałami przeciwpowodziowymi nad szeroko rozlewającym się Niemnem. Vytautas Mineral Spa z kolei, jest dziś najbardziej luksusowym obiektem w kurorcie. Oferuje bogaty wybór zabiegów dla zdrowia i urody. Ma wyrafinowany wystrój stworzony przez młodych litewskich projektantów. Skrzydła: zabiegowe, wellness z basenami oraz hotelowe zbiegają się pod szklaną kopułą ze stalowym kolibrem. Wszystko na najwyższym poziomie, włącznie… z kosztami pobytu. Ze wszystkich urządzeń kurortowych obiektów można także korzystać, wynajmując kwaterę prywatną lub pokój w pensjonacie (www.visitbirstonas.lt).

 

Birsztany leżą w wielkim zakolu szeroko rozlewającego się Niemna. Bogata przyroda doliny jest drugim, oprócz obfitych zasobów wód mineralnych, atutem litewskiego kurortu.

 


7. Na dixieland do Drezna
Samochodem: z Wrocławia – 272 km (3 godz.; loty z centralnej Polski do Wrocławia obsługuje Ryanair). Z innych miast: samolotem (najtaniej Lufthansą – 3 godz. 10 min, z przesiadką); można też dolecieć jedynie do Berlina (Air Berlin), a dalej do Drezna – pociągiem.
Każdego roku w wybranym tygodniu maja (tym razem 14–21) stolica Saksonii zamienia się w „Nowy Orlean nad Łabą”. Od niemal pół wieku goszczą wtedy w Dreźnie muzycy uprawiający nowoorleańską odmianę jazzu. Festiwalowe koncerty mają luźną formę, ponieważ odbywają się w ogródkach drezdeńskich kawiarni. Imprezę kończy zwyczajowo imponujący pokaz sztucznych ogni. Odpala się je nad Łabą, na nadrzecznych błoniach Nowego Miasta. To malownicze miejsce usytuowane jest vis-à-vis Tarasów Brühla, piętrzących się na drugim brzegu, po stronie Starego Miasta.
Na drezdeńskiej starówce nie sposób się nudzić. Pełna jest restauracji i kawiarni. Można ją zwiedzać trabantami, podczas ekscytującego Trabi Safari (www.trabi-safari.de) albo wybrać się do Semperoper, która cieszy się sławą jednego z najlepszych teatrów muzycznych na świecie. Nieopodal wznosi się z kolei Szklana Fabryka Volkswagena, a osobliwością Nowego Miasta jest sklep mleczarski Molkerei Gebrüder Pfund, którego ściany wyłożono kafelkami z pobliskiej Miśni (www.pfunds.de).
Drezno jest również świetną bazą wypadową do pieszych i rowerowych wycieczek po Szwajcarii Saksońskiej (przypomina nieco Góry Stołowe). Inny charakter mają natomiast łagodnie pofalowane tereny między Dreznem a Miśnią. W miasteczku ma siedzibę najsłynniejsza manufaktura europejskiej porcelany, a na skłonach nadłabskich wzgórz rośnie winorośl. Znajdzie się tam niejedna okazja do degustacji miejscowych trunków.
W okolicy znajdziemy też mnóstwo zamków i pałaców, jak twierdza Königstein, w której chroniła się rodzina Wettinów, barokowy Moritzburg na jeziorze czy mroczny, średniowieczny zamek Stolpen, w którym 39 lat mieszkała odsunięta od łask metresa Augusta II Mocnego, hrabina Cosel.

 

Zabytki drezdeńskiej starówki pieczołowicie odrestaurowano, korzystając – tak jak w Warszawie – z wedut Canaletta.

 


8. Do Czech na praski Festiwal Piwa
Samochodem: z Wrocławia – 331 km (4,5 godz.). Z innych stron kraju samolotem (Czech Airlines, Ryanair).
Błonia Malej Strany, najsłynniejszego obok Hradczan kwartału stolicy Czech, zajmą 11–27 maja 2017 stoiska 150 małych i średnich browarów. Do tradycji praskiego festiwalu (www.ceskypivnifestival.cz) należy warzenie specjalnego piwa. Dokonuje tego sládek, czyli mistrz piwowarski z browaru w Kruszowicach. Takiego piwa nigdzie indziej spróbować się nie da! W głównym namiocie serwowane będą dania kuchni czeskiej oraz – dla porównania – amerykańskiej i azjatyckiej, aby każdy mógł sprawdzić, jak się komponują z chmielowymi trunkami.
Zwiedzanie Pragi szlakiem piwa zaprowadzi smakoszy do dziesiątek minibrowarów, do znanych i nieznanych zakątków każdej z dzielnic miasta. Jeszcze kilkanaście lat temu Czesi, słynący z największej na świecie konsumpcji piwa, narzekali, że browarnictwo schodzi na psy. Winą obciążali międzynarodowe koncerny, które zmonopolizowały rynek. Sytuację uratował nowy trend zza oceanu. Na początku stulecia w Czechach zaczęły wyrastać małe wytwórnie. Teraz w Pradze mieści się niemal połowa z działających w kraju, w tym słynny minibrowar U Fleků (www.ufleku.cz). Niektóre hołdują tradycji, serwując piwa klasyczne z pasującymi do nich zakąskami czeskiej kuchni. Inne prześcigają się w tworzeniu eksperymentalnych receptur i w wykorzystaniu piwa w potrawach. Nic więc dziwnego, że można dziś skosztować także piwnych ciast i tortów, a nawet wypić piwnego szampana.

 

Podczas Czeskiego Festiwalu Piwa w namiotach rozstawionych na Malej Stranie można skosztować trunku ze 150 browarów.

 


9. Do Austrii nad Jezioro Nezyderskie
Samochodem: z Katowic – 447 km (4,5 godz.), z innych miast samolotem do Wiednia, dalej autobusami. Na miejscu: rowerem, a kwaterując w gospodarstwach ze stadninami… konno!
Jezioro Nezyderskie jest jedynym w Europie akwenem o charakterze stepowym – płytkim, z porośniętym szuwarami brzegiem, które upodobały sobie różnorodne gatunki ptactwa. Jest ich tak dużo, że wiosną przy szosach pojawiają się specjalne znaki nakazujące wzmożoną czujność.

 

Na zachodnim brzegu Jeziora Nezyderskiego leży Rust, które wyjątkowo upodobały sobie bociany. Na każdym z domów w miasteczku jest przynajmniej jedno gniazdo.

 

Wokół jeziora rozciągają się winnice. Urodzajne gleby, dużo słońca i wilgotny klimat sprzyjają uprawom winorośli tak dalece, że okolice te zasłynęły poza granicami Austrii z czerwonych wytrawnych trunków oraz win lodowych wyrabianych z winogron zbieranych dopiero po przymrozkach. Spośród wielu prominentnych winiarzy, którzy działają nad jeziorem, wypada przynajmniej wspomnieć należącego do światowej czołówki Umathuma z Frauenkirchen (www.umathum.at).
Oprócz winorośli w okolicy uprawia się z powodzeniem warzywa i owoce. O jednym z miejscowych rolników Erichu Stekovicsu nie mówi się inaczej niż Pomidorowy Cesarz. Ma on nasiona ponad 3200 odmian pomidorów. Uprawia jednak nie więcej niż 1000 z nich, przygotowując potem przepyszne przetwory (www.stekovics.at).

 

Głębokość Jeziora Nezyderskiego nie przekracza 2 m i nie szaleją na nim szkwały. Żeglowanie po nim, w połączeniu z podglądaniem ptaków, jest jednak niezwykle przyjemne.

 


10. Do okrągłych wiosek nad Łabą
Samochodem z zachodniej Polski do Hitzacker (centralnego miasteczka subregionu): ze Szczecina – 355 km (4 godz.), z Poznania – 498 km (5,5 godz.). Z innych miast samolotem do Hamburga (najtaniej Eurowings), dalej autobusami.
W średniowieczu słowiańsko-germańskie pogranicze ukształtowało się nad Łabą. Przez ok. 150 lat, od połowy XII w., powstawały w tym rejonie osady z okrągłym placem otoczonym domami o szachulcowej konstrukcji i działkami ziemi podzielonymi jak tort. Z ponad 1000 okrągłych wsi przetrwało 90. W okresie od Wniebowstąpienia do Zielonych Świątek, a więc w terminie zależnym od tego, kiedy wypadają święta wielkanocne, odbywa się w ich scenerii alternatywny festiwal Kulturelle Landpartie (w tym roku od 25 maja do 5 czerwca; www.kulturelle-landpartie.de). Na program składają się happeningi, koncerty i oryginalne warsztaty z udziałem ponad setki artystów. Imprezy są bezpłatne, a wyjątkiem jest chyba tylko koncert wirtuoza harfy i jego uczniów – aby wziąć w nim udział, trzeba przynieść szczapki drewna na opał, o które prosi maestro. Mieszka bowiem w zabytkowym szachulcowym domu i nie chce rezygnować z archaicznych pieców na rzecz nowoczesnej instalacji.
Wybierając się w ten region, zwany Wendlandem, warto pamiętać, że pensjonaty i hotele działają też w okrągłych wioskach. Godne uwagi są: stylowy Kartoffelhotel w Lübeln (www.kartoffelhotel.de) oraz oryginalne spa z lat 90. XX w. wystylizowane na okrągłą wioskę – Rundlingsdorf Sagasfeld w Göhrde-Metzingen (www.sagasfeld.de).

 

W okrągłych wioskach nad Łabą duch germańskiego porządku ulega urokowi słowiańskiej sielskości. W tej niecodziennej atmosferze przyjemnie się wypoczywa.

 


I DALEJ

11. Do Włoch na kwiatową Sycylię
Samolotem Wizz Air do Katanii (z polskich lotnisk ok. 3 godz.). Na miejscu można tanio wynająć samochód, np. przez http://www.rentalcars.com (w wyszukiwarce trzeba wpisać „Catania”, a potem określić czas wynajmu).
Na Sycylię można jeździć przez cały rok. Najlepiej jednak odwiedzić ją w maju, ewentualnie w czerwcu, wrześniu lub październiku. Jest wtedy słonecznie, a względnie stabilne temperatury wahają się między 20 a 30°C.
W krajobrazie wyróżnia się Etna (3345 m n.p.m.), najwyższy i najaktywniejszy z europejskich wulkanów. Popioły z powtarzających się wciąż erupcji użyźniają glebę, zamieniając stoki wulkanu w rozległy ogród. Rodzą się tu obficie warzywa i owoce, w tym odmiany winorośli, odmienne od uprawianych w pozostałych rejonach wyspy.
Majowy festiwal w niezbyt odległym od Katanii Noto jest swoistym hołdem składanym sycylijskiej przyrodzie. W piątek, zawsze przed trzecim majowym weekendem, miejscowi i zagraniczni artyści układają na głównej ulicy miasteczka dywan z kwiatów. Są na nim sceny obyczajowe, mitologiczne i heraldyczne.
Nietrwałe dzieło można podziwiać tylko przez dwa dni. W poniedziałek bowiem, zanim jeszcze kwiaty zwiędną, przebiegają po nim dzieci. To tradycja symbolizująca odwieczny cykl przyrody, powtarzające się wciąż odradzanie świata. Impreza nosi nazwę Primavera Barocca Infiorata, bo wpisane na listę UNESCO Noto słynie z barokowych pałaców, kamienic i świątyń. W 2017 r. kwiatowy dywan będzie można podziwiać 19–21 maja.

 

Górzyste ukształtowanie Sycylii sprawia, że miejsca nawet niezbyt od siebie odległe mogą znacząco różnić się klimatem, zwłaszcza temperaturą. Warto o tym pamiętać, planując wycieczki.

 


12. Na Węgry po męskiego potomka
Nawet z Krakowa do Somlóvásárhely najszybszą trasą jest 600 km, więc lepiej polecieć do Budapesztu samolotem. Stamtąd zaś autobusem lub wynajętym autem pokonać jeszcze ok. 160 km (2,5 godz.).
Świadectwem odległej przeszłości są na Węgrzech wulkany, wygasłe w prawiekach, mocno więc już zerodowane. Ich wyraźną grupę wypatrzymy bez trudu na północno-zachodnich brzegach Balatonu. W odosobnieniu wznosi się jeszcze dalej na północ wzgórze Somló. Niezwykłe miejsce – jeden z najmniejszych, ale także najciekawszych regionów winiarskich Węgier. Sławę zyskało dzięki samoukowi Béli Feketemu. Krytycy nie szczędzili mu uznania, pisząc o nim „Grand Old Man of Somló”. Niestety, winiarz wycofał się, dobiegając dziewięćdziesiątki,i przed dwoma laty sprzedał swoją niewielką winnicę.
Ciekawych win znajdziemy jednak w tym regioniezdecydowanie więcej. W jednej z dwóch winiarni przyjdzie spędzić więcej czasu, już choćby dlatego, że tylko one dysponują hotelami: Kreinbacher Birtok (www.kreinbacher.hu) oraz Tornai Pincészet (www.tornaipince.hu). Specjalnością pierwszej jest wino musujące – węgierski szampan (pezsgő), stanowiący 50 proc. produkcji winiarni. Czas upływa tam niepostrzeżenie, przy winie, rzecz jasna, i smacznych posiłkach. Winiarnia rodziny Tornai ma bardziej rustykalny klimat, ale wina także interesujące i równie niezłą kuchnię. Ponadto gospodarze urządzają koncerty muzyki jazzowej.
Odwiedzając Somló, warto pamiętać, że sztandarową winoroślą jest tu juhfark. Białe wina z niego wyrabiane wychwalano już przed 200 laty, sugerując, że należy je pić przed… aktem miłosnym. Dlaczego? Aby zapewnić sobie męskiego potomka.

Nad hotelem z winnicami Kreinbachera góruje zerodowany wulkaniczny stożek Somló.


13. Nad jezioro Bled po szczęście
Samolotem do Lublany – względnie rozsądne ceny przelotów oferują zarówno LOT (1 godz. 55 min), jak i słoweńska Adria (1 godz. 30 min). Z centrum Lublany do Bledu jest 74 km, w tym 55 km autostradą; wygodnie jest wynająć samochód; są też połączenia autobusowe.
Słowenia należy do „kieszonkowych” krajów europejskich. Z podstołecznego lotniska można więc równie dobrze udać się zarówno do centrum Lublany, jak i do malowniczego Bledu. Miasteczko należy do słoweńskich must to see. Słynie z otoczonego górami jeziora z wyspą. Ponoć w przedchrześcijańskich czasach stała na niej gontyna bogini miłości Živy. Gdy lud przyjął chrzest, w tym miejscu zbudowano kościół, jednak w ludowych wierzeniach kult Matki Boskiej splatał się jeszcze długo z kultem zakazanego bóstwa.
Motyw jeziora z kościołem na wyspie, namalowany akwarelkami, jest popularną pamiątką ze Słowenii. Najważniejsze jest jednak to, że zgodnie z romantycznym przekonaniem spełnią się marzenia temu, kto uderzy w XVI-wieczny dzwon na wieży kościoła. Dlatego nazywa się go dzwonem życzeń, a na poszukiwaczy szczęścia czekają na brzegu jeziora płaskodenne łodzie zwane pletna. Jak to bywa, i w tej legendzie drzemie ziarno prawdy. Wizyta w Bledzie może się przysłużyć szczęściu, bo wyjątkowy klimat czyni z miasteczka uzdrowisko. Co więcej, bijące z dna jeziora wody termalne pozwalają się w nim kąpać dłużej niż w jakimkolwiek innym alpejskim akwenie.
Na skałach 130 m powyżej tafli jeziora wznosi się zamek z XII w. Ponoć to najstarsza w Słowenii twierdza. Po drugiej natomiast stronie rzuca się w oczy elegancki budynek z 1947 r. Przylgnęła do niego nazwa willi Tito, gdyż jugosłowiański przywódca uwielbiał tam spędzać czas. Teraz to elegancki, 4-gwiazdkowy hotel-butik Vila Bled.

 

Po tafli jeziora Bled niesie się głos Dzwonu Życzeń. Żeby się spełniły, trzeba samemu poruszyć jego serce.

 


14. Do czarownic w góry Harzu
Z zachodniej Polski do Goslar samochodem, np. z Poznania – 475 km (5 godz.), z Wrocławia – 519 km (5,5 godz.), ze Szczecina – 393 km (4,5 godz.). Z innych miejsc samolotem do Berlina (tanie loty oferuje Air Berlin), dalej pociągami i/lub autobusami.
Maj to chyba najlepszy czas na wypad w góry Harzu. Piętrzą się, sięgając 1142 m wysokości, pośrodku niemieckiego niżu. Przez 300 dni w roku najwyższy szczyt, Brocken, zasłaniają chmury. Dodają masywowi tajemniczości, stąd przed wiekami utarło się przekonanie, że za ich zasłoną spotykają się czarownice. Ludowy motyw sabatu podchwycili artyści m.in. Goethe i Bułhakow. Góry Harzu objęte są granicami parku narodowego, którego logo stała się sylwetka czarownicy na miotle.
Kłębiące się na szczycie chmury tworzą często specyficzny ekran, na którym, o ile tylko słońce jest nisko, można dostrzec cień własnej postaci z głową okoloną tęczowym nimbem. Zjawisko to, nazwane później widmem Brockenu, opisał w 1780 r. niemiecki teolog Johann Esaias Silberschlag. Mimo wyjaśnień długo jeszcze budziło zabobonny lęk, dowodząc niezbicie, że Harzem władają złe moce.
Dziś na szczyt można wjechać 100-letnią kolejką ciągniętą przez zabytkowy parowóz. A także… przelecieć się na miotle, dzięki symulatorowi w stacyjnym pawilonie. Kolejka kursuje z Wernigerode, miasteczka, którego ozdobą jest okazały szachulcowy ratusz i 700 innych podobnie skonstruowanych domów. A nie jest to rekordowa liczba, bo podobnych w nieodległym Quedlinburgu jest aż 1300.
Harz otacza zresztą wianuszek interesujących miasteczek ze starą zabudową. Do najciekawszych należy Goslar. Na elewacjach tamtejszych domów rzadko jednak widać motyw kratki, budynki obłożone są bowiem skalnymi łupkami, odpadami z kopalni na pobliskim Rammelsbergu. Przez 1000 lat wydobywano tam rudy cynku, a czerpane ze sprzedaży bogactwo zasilało skarb niemieckiej rzeszy, tworząc podstawy władzy królów i cesarzy.

 

Z Wernigerode na wierzchołek Brockenu w górach Harzu kursuje 100-letnia kolejka.

 


15. Na Istrię po trufle i spokój
Najlepiej samochodem, ale półwysep dzieli od Polski 1000 km. Pozostaje samolot do Zagrzebia (Ryanair) i wynajęcie samochodu. Z Zagrzebia do Motovunu jest 229 km (na pokonanie trasy potrzeba ok. 3 godz.; korzystając z komunikacji publicznej, trzeba w Rijece przesiąść się do autobusu).
Na Istrii splatają się dzieje Chorwacji i Włoch, dosłownie i w przenośni. Jak żartobliwie rzecz ujmują współcześni: „przedwojenna większość stała się mniejszością”. Chociaż wielu Włochów mieszka wciąż na terenie Chorwacji, wpływy Italii odczuwa się tu najmocniej, zwłaszcza w kulturze stołu.
Najsłynniejszym nadmorskim kurortem jest Opatija. To proste tłumaczenie włoskiej nazwy Abbazia nawiązującej do założenia w średniowieczu opactwa przez mnichów benedyktyńskich. Opatija zachowała klimat z czasów, gdy była perłą habsburskich uzdrowisk i gdy gościli w niej również przedstawiciele polskiej socjety: potomkowie zamożnych rodzin oraz artyści, choćby Henryk Sienkiewicz. Ale każda z nadmorskich miejscowość Istrii godna jest odwiedzenia (Rovinj z malowniczym portem, Poreč z bazyliką z cennymi mozaikami, Pula z koloseum niewiele mniejszym od rzymskiego). Wszystkie jednak cieszą się tak dużą popularnością, że tłoczno w nich właściwie przez cały rok.
Sprzyjający wypoczynkowi spokój można znaleźć w interiorze, w miasteczku Motovun. Usadowione na szczycie wyniosłego pagórka, otoczone winnicami i oliwnymi gajami, znajduje się w rejonie, z którego pochodzą zbierane na półwyspie trufle. Do Motovunu nie mają prawa wjeżdżać samochody i jest tu tylko jeden hotel – usytuowany na szczycie wzgórza – Kastel. Ma ładnie zaaranżowane pokoje, niezłą restaurację i jest na tyle mały, że nie zmieszczą się w nim pasażerowie wycieczkowego autokaru. Stąd wszędzie blisko – do wspomnianych miasteczek i do lokalnych atrakcji, takich jak gospodarstwo rodziny Ipša (drobnego, ale wysoko cenionego producenta oliwy), do restauracji Zigante, specjalizującej się w potrawach z trufli, czy na lawendowe farmy, z których także półwysep słynie. Na weekend, nawet długi, Istria atrakcji ma aż nadto!

 

W nadmorskich kurortach Istrii znajdziemy potężne hotele i liczne mariny. W głębi półwyspu jest kameralnie i zielono. Powstają tam wino i oliwa, zbiera się trufle i uprawia lawendę.

 


Materiał publikowany na łamach „My Company Polska” w numerze kwietniowym (04) 2017 (tutaj –> PDF); www.mycompanypolska.pl

Reklamy

Praskie metro – skromne i sprawne

Każdego roku, metro w Pradze obsługuje 600 milionów pasażerów, co oznacza, że dziennie podróżuje nim 1,6 mln osób.

Metro ma tylko trzy linie: zieloną – A, żółtą – B i czerwoną – C. Łączna ich długość wynosi 65 km. Metro ma 58 stacji, z czego trzy położone w centrum czeskiej stolicy (Můstek, Muzeum i Florenc), pełnią funkcje węzłowe i można się na nich przesiadać.

Schody ruchome do tunelu praskiego metra, fot. Paweł Wroński

Działanie praskiego metra zapoczątkowała w 1974 roku linia czerwona. Rozbudowywano je do 1985. Interwały w jakich pojawiają się na stacjach składy, wahają się od 1 do 10 minut, najczęściej jednak, kolejnego składu można się spodziewać za 3-5 minut. Pociągi kursują najczęściej w dni powszednie linią C (Letňany – Háje), najrzadziej w niedziele – linią A (Depo Hostivař – Nemocnice Motol). Stacje końcowe linii B to: Zličín i Černý most. Najprawdopodobniej w 2022 roku będzie już działać 4 linia – D, łącząca stacje Pankrác i Depo Písnice, a w ostatnim etapie Náměstí Míru. Będzie najpierw o 10, a potem o 12 stacji więcej, a łączna długość linii wzrośnie do 75 km.

Na stacji Staroměstská w Pradze, fot. i animacja GIF: Paweł Wroński

Praskie metro: www.metropraha.eu

Karol IV, Pilzno i inne czeskie miasta

Trudno wyobrazić sobie XIV-wieczne Pilzno. Miasto, które kojarzymy teraz przede wszystkim z browarem i zakładami Skody. Wiadomo jednak, że dla Karola IV, króla Czech i cesarza Niemiec, był to jeden z kluczowych ośrodków handlowych.

Wśród zasług Karola IV wymieniane jest wsparcie jakiego udzielał artystom i hojne donacje na rzecz Kościoła. Wprawdzie budowę najsłynniejszej w Pilznie budowli – katedry św. Bartłomieja, rozpoczęto w 1295 roku, a więc dwie dekady przed narodzinami Karola, a najcenniejsza zachowana w jej wnętrzu rzeźba – Piękna Madonna z głównego ołtarza pojawiła się tam dopiero w 1390 roku, czyli 12 lat po jego śmierci, trudno sobie wyobrazić, by wybitny władca, który wielokrotnie Pilzno odwiedzał, nie wspierał przedsięwzięcia i nie przyczynił się do efektownego wyposażenia świątyni. Przywileje jakimi obdarzał mieszczan stały się fundamentem prosperity czeskich miast, zapewniając im rozwój od średniowiecza po próg burzliwego XX stulecia.

Katedra św. Bartłomieja w Pilznie
Gotycka budowla słynie po dziś dzień z wieży wysokości niemal 103 m. Prowadzi na nią 301 stopni, a nagrodą za wysiłek włożony w ich pokonanie jest rozległa panorama z obiegającej ją galerii. Widać z góry całe miasto, a przy dobrej pogodzie nawet odległe o około 70 km łagodne górskie grzbiety Lasu Czeskiego (Szumawy).

Dzięki wieży, pilzneńska świątynia była najwyższą budowlą w Czechach przez 600 lat z okładem. Palmę pierwszeństwa odebrał jej praski hotel City Tower o wysokości 109 m, wzniesiony w dzielnicy Pankrác w latach 1985-1995. W 2012 roku katedra spadła na trzecią pozycję, gdyż główny gmach elektrowni w Ledvicach na północy kraju osiągnął wysokość 145 m.


INFO
Oficjalny portal miasta Pilzno (Plzeň): www.plzen.eu


Jak Karol IV inne czeskie miasta rozwijał

BRNO
Karol wspierał budowę klasztoru augustianów oraz katedry św. Piotra i Pawła.

KARLOWE WARY
Karol założył miasteczko w miejscu, w którym podczas polowania był świadkiem cudownego uzdrowienia rannego jelenia w ciepłych wodach tryskających ze źródeł w kanionie rzeki Teplá.

KARLŠTEJN
Karol wzniósł miejscowy zamek dla ochrony koronnego skarbca i przechowywania insygniów; chętnie w nim także rezydował.

KUTNÁ HORA
Znana od średniowiecza z kopalni srebra, przyczyniała bogactwa królewskiemu skarbowi. W zamian, Karol obdarzał mieszczan przywilejami, wspierał budowę kościołów oraz rozbudował miejscowy zamek.

MORAVSKÝ KRUMLOV
Świeżo koronowany na cesarza Karol IV zainicjował budowę kościoła św. Bartłomieja w zespole klasztornym augustianów – najważniejszego dziś zabytku gotyckiej architektury sakralnej na Morawach.

PRAGA
Karol IV przyszedł na świat w tzw. Kamienicy Pod Kamiennym Dzwonem (wznosi się przy Rynku Staromiejskim). Jego imię noszą: Uniwersytet założony w 1348 roku oraz najstarszy i najsłynniejszy most na Wełtawie, którego budowę osobiście zainicjował w 1357 roku. Także w 1348 roku, zaraz po koronacji na króla Czech, rozpoczęto na rozkaz Karola budowę dzielnicy – Nowego Miasta. Za jego panowania przebudowano klasztor benedyktyński, znany jako Emaus oraz Zamek Praski i Katedrę św. Wita na Hradczanach.

SVĚTLA NAD SAZAVOU
Założył miasto – w miejscu, w którym jego zdaniem miało miejsce cudowne wydarzenie podczas polowania (ujrzał nieziemskie światło, które pozwoliło mu odnaleźć drogę do drużyny po zbłądzeniu w gęstym borze).

TŘEBÍČ
Karol, jeszcze jako margrabia Moraw i sprawujący rządy w Czechach w zastępstwie ojca Jana Luksemburskiego, lokował miasto na prawie niemieckim w 1335 roku, pozwalając je jednocześnie otoczyć masywnymi murami.

ZNOJMO
Za panowania Karola IV upowszechniono uprawę winorośli w Królewskie Czeskim. Na pamiątkę tego faktu każdego roku inscenizowany jest uroczysty wjazd orszaku Karola IV Luksemburskiego do miasta w czasie Znojemskiego Winobrania – najhuczniejszych winiarskich dożynek w Czechach.


INFO
Karol IV Luksemburski – król czeski i cesarz niemiecki (1316–1378)
Oficjalne strony jubileuszowe 700-lecia urodzin Karola IV: www.czechtourism.com


Materiał publikowany na stronach http://magazynswiat.pl w dziale <Akcje / Czechy Karola IV>.

Najwęższa ulica świata – która to?

Ot, problem. Pretendentów, a ściślej mówiąc – pretendentek, jest niemało. I chociaż Księga Rekordów Guinnessa odnotowuje liderkę klasyfikacji, lokalni patrioci i władze obstają przy swoim. Dlaczego? Bo chociaż sens ma to wprost proporcjonalny do szerokości – najwęższe – jak każde „naj”, przyciągają turystów niczym magnes.

Żeby więc rzecz rozstrzygnąć nie urażając niczyich uczuć, zapewne najlepiej byłoby dać każdej z pretendentek osobną, właściwą jej kategorię. Na przykład „ulica najwęższa na całej długości”, „ulica z najwęższym miejscem” albo „najdłuższa najwęższa ulica”, itd.

Klančić, najwęższa ulica świata, zdaniem gospodarzy malowniczego Vrbnika na wyspie Krk w Chorwacji, fot. Paweł Wroński
Klančić, najwęższa ulica świata, zdaniem gospodarzy malowniczego Vrbnika na wyspie Krk w Chorwacji, fot. Paweł Wroński

Do przyjrzenia się rozmiarom ulic natchnęła mnie tabliczka napotkana we Vrbniku, malowniczym chorwackim miasteczku z wyspy Krk. Nosi nazwę Klančić i prowadzi na trg, czyli plac Kralja Zvonimira. Na całej, niewielkiej zresztą długości, nie przekracza 50 cm szerokości. Wąska jest w istocie. A w zaproponowanej przeze mnie kategorii „ulic najwęższych na całej długości” ma z pewnością szansę na rekord.

Choć przyznać trzeba, że depce jej po piętach, a może nawet wyprzedza o przysłowiowy koński włos praska uliczka, Vinárna Čertovka na Kampie. W publikacjach jej szerokość szacowana jest na 19,6 cala, co daje po przeliczeniu na centymetry 49,78 cm. Prawie tyle samo ile ma Klančić. Żeby rozstrzygnąć kwestię pozycji w rankingu ostatecznie, trzeba by odwiedzić obie uliczki z tym samym centymetrem i dokonywać pomiaru na tej samej wysokości (różnice zdań w kwestii, wysokość brzucha, czy na przykład nosa jest najwłaściwsza, doprowadziłaby zapewne do ogromnego rozrostu liczby kategorii). Wróćmy jednak do Pragi. Wiadomo, że uliczka z Malej Strany ma zaledwie 10 m długości oraz, że zainstalowano na niej sygnalizację świetlną. Kto chce wejść, naciska guzik, a gdy zapali się zielone światło – idzie. Mając pewność, że z drugiej strony czerwone światło powstrzyma innego chętnego do przeciskania się wąskim przesmykiem.

vrbnik_najwezsza-uliczka-swiata_175
Klančić – tabliczka informująca arbitralnie, ze jest to najwęższa uliczka na świecie, fot. Paweł Wroński

Księga Guinnessa wymienia jako rekordową uliczkę z Reutlingen z landu Badenia-Wirtembergia w Niemczech. Jej szerokość waha się między 31 cm (12 cali) a 50 cm (20 cali). Wiadomo też o niej sporo. Przede wszystkim, że została wytyczona w 1727 roku podczas odbudowy strawionego rok wcześniej przez pożar miasta. Spreuerhofstraße jest oficjalnie ujęta w urzędowych rejestrach z tamtych czasów pod numerem 77.

Klančić, wyjście z ulicy na pobliski plac, fot. Paweł Wroński
Klančić, wyjście z ulicy na pobliski plac, fot. Paweł Wroński

Z przebojowo wąskich uliczek, wato może pamiętać o Strada Sforii w Brašov, w Rumunii. Usytuowana w centrum tego starego siedmiogrodzkiego (transylwańskiego), miasta pochodzi z XV wieku, i jak pisał XVII-wieczny kronikarz, urządzono ją jako korytarz, ułatwiający w razie pożaru przejście między kamienicami. Szerokość Strada Sforii waha się od 43,7 do 53,1 cm, a ulica jest dość długa – ciągnie się 80 m!

Długością ustępuje jej Parliament Street w Exter, w hrabstwie Devon w Wielkiej Brytanii. Ulica 50-metrowej długości jest też od poprzednio wspomnianych wyraźnie szersza, gdyż ma 64 cm w najciaśniejszym miejscu. Maksymalna odległość od ograniczających ją budynków liczy aż 122 cm. Wytyczono ją tak w XIV wieku. A gdy mieszkańcy postulowali jej poszerzenie w 1836 roku, z nieznanych dziś przyczyn ich prośbie nie uczyniono zadość.

W Polsce o tak wąskich ulicach jakoś nie ma wiadomości, bo warszawskie Kamienne Schodki czy toruńska ulica Ciasna – owszem – są wąskie, ale w porównaniu z wymienionymi wcześniej, są tak szerokie, że można po nich hulać swobodnie, a mijanie się z przechodniami nadchodzącymi z drugiej strony nie sprawia na nich najmniejszego problemu. W kategorii najwęższych, z tamtymi rekordowymi, mogłyby zapewne konkurować miedzuszki z Lanckorony. Pozostaje tylko pytanie, czy można te przesmyki pod okapami dachów domów z sąsiednich posesji traktować jak ulice? I tak dochodzimy do kluczowej kwestii: co jest, a co ulicą nie jest?! Ale to już inna historia.

Miasteczka ze strefy śródziemnomorskiej zawsze są podejrzane o istnienie ciasnych, a nawet najciaśniejszych w świecie uliczek. Zabudowa jest bowiem tak skupiona, że inaczej być nie może. Vrbnik, fot. Paweł Wroński
Miasteczka ze strefy śródziemnomorskiej zawsze są podejrzane o istnienie ciasnych, a nawet najciaśniejszych w świecie uliczek. Zabudowa jest bowiem tak skupiona, że inaczej być nie może. Vrbnik, fot. Paweł Wroński

Karol IV i wyniki mariaży dla polityki

Po czeskiej stronie Gór Orlickich leży wieś Záměl. Jest tam barokowy budynek, niegdyś Karczma Karola IV (po czesku: Hostinec u Karla IV). W karczmie zaś, jest słup. Legenda zamieszczona w miejscowej kronice opowiada, że wokół tego słupa Karol IV tańcował.

A kiedy się tańcuje? Ano z radości, choćby podczas ślubnych uroczystości. Karol IV czterokrotnie stawał na ślubnym kobiercu, a jego małżeństwom przyświecała zawsze intencja umocnienia władzy i dynastii Luksemburgów w Europie. Podobnie zresztą jak małżeństwom, które aranżował dla synów.

W każdej legendzie jest ziarno prawdy. Być może ta z Záměla, z ograniczających Kotlinę Kłodzką od południowego zachodu Gór Orlickich (Orlické hory, najwyższy szczyt Velká Deštná; 1115 m), nawiązuje do relacji z Polską. Ba, można powiedzieć, że polityka matrymonialna Karola IV przyczyniła się walnie do unormowania stosunków w tej części ówczesnej Europy, niosąc zresztą za sobą konsekwencje sięgające czasów współczesnych. Choćby takich jak powrót ziem śląskich w granice Rzeczypospolitej dopiero w wieku XX.

Cofnijmy się do 1348 roku, gdy Karol IV i Kazimierz Wielki podpisali traktat pokojowy w Namysłowie. Monarchowie obiecali sobie pokój, przyjaźń i pomoc. Za górnolotnymi słowami kryły się realne dla Karola korzyści. W praktyce bowiem, polski król zrzekał się na jego rzecz pretensji do księstw śląskich. Borykając się bowiem z przeciwnościami ostatni z Piastów, stanął wcześniej po stronie konkurenta Karola do tronu cesarskiego, Ludwika IV z rodu Wittelsbachów. Co prawda w 1324 roku papież obłożył go klątwą i ogłosił detronizację, Ludwik pozostał jednak w grze, bo nie zamierzał ustępować pola, a poparcie w Niemczech i za granicami cesarstwa miał wciąż mocne. Szczęśliwym zrządzeniem losu, Ludwik zginął podczas polowania, i droga do korony cesarskiej stanęła otworem przed Karolem, obwołanym zresztą już w 1346 roku anty-królem.

Z perspektywy Kazimierza, lepszego wyjścia niż pokój wtedy nie było. Śmierć Ludwika przekreślała wcześniejsze sojusze. Na powodzenie w przedłużającej się wojnie z rosnącym w siłę Karolem, Polska nie miała szans. Skłócone ze sobą księstwa śląskie, jawiły się przede wszystkim źródłem problemów. A zresztą i tak, jedno po drugim, trafiały w orbitę wpływów Karola, a wraz z wygasaniem miejscowych gałęzi rodu Piastów, pod panowanie rodów niemieckich. Podpisując więc traktat, Kazimierz Wielki sankcjonował jedynie status quo. Pozbywał się przy tym kłopotu, zyskując jednocześnie sprzymierzeńca, w miejsce trudnego przeciwnika.

Portret Karola IV z zamku w Karlštejnie, namalowany w latach 1357-1358, fot. z archiwum Czech Tourism
Portret Karola IV z zamku w Karlštejnie, namalowany w latach 1357-1358 (fot. z archiwum Czech Tourism).

Ponadto, Karol, którego imię rozsławiły raczej sukcesy w politycznych rozgrywkach aniżeli wygrane wojny, traktat zawarty z polskim królem, sprytnie, i w sposób nie pozbawiony przyjemności, umacniał.

W 1353 roku pojął za żonę Annę, bratanicę księcia świdnicko-jaworskiego Bolka II, ostatniego spośród śląskich Piastów, który władał niezależnym wciąż księstwem. Oblubienica wniosła mu w wianie prawa do spuścizny po Bolku II, z czego Karol po śmierci tamtego w 1368 roku skwapliwie skorzystał. A, że jako Piastówna była spokrewniona z Kazimierzem Wielkim, jako rękojmię sojuszu, do paktu politycznego dołączył Karol więzi krwi.

Ba, niedługo potem otworzył swojemu potomkowi drogę do starań o tron polski po bezpotomnej śmierci Kazimierza. Po pierwsze dlatego, że sam, po śmierci Anny, poślubił w 1363 roku Elżbietę Pomorską, wnuczkę Kazimierza Wielkiego. A po drugie, że doprowadził do mariażu młodszego syna, Zygmunta Luksemburskiego z Marią Andegaweńską. Kobietą z rodu, który uzyskał wtedy prawa do sukcesji polskiego i węgierskiego tronu.

Karol IV, znany po dziś dzień z awersu banknotu o nominale 100 koron czeskich, doprowadził luksemburską dynastię na szczyt potęgi. Starszy jego syn, Wacław został cesarzem Niemiec i władał Czechami. Młodszy, Zygmunt, władał Węgrami i Polską.

Awers banknotu o nominale 100 CZK (z zasobów Wikipedii)
Awers banknotu o nominale 100 CZK (z zasobów Wikipedii)

INFO
Karol IV Luksemburski na łamach Encyklopedii PWN: www.encyklopedia.pwn.pl
Záměl, Hostinec u Karla IV: www.m.hkregion.cz
Góry Orlickie: www.goryorlickie.cz

Na zdjęciu otwierającym: Hradczany z katedrą św. Vita, rozbudowane z inicjatywy Karola IV, który po koronacji w Czechach, rozwijał Pragę, czyniąc z niej w praktyce stolicę imperium po 1355 roku, kiedy to w Watykanie założył na skronie koronę cesarską.


Materiał publikowany w portalu http://magazynswiat.pl w dziale Akcje / Czechy Karola IV.

Świętomarcińskie – 11 listopada po czesku

11 listopada o godzinie 11.00, Czesi odkorkują pierwsze tegoroczne butelki młodego wina. W wymiarze komercyjnym, inspiracja francuską akcją beaujolais nouveau jest oczywista. Jednak ucztowanie w dniu św. Marcina z winem przy gęsinie, ma znacznie dłuższą, paneuropejską tradycję.

Św. Marcin był postacią historyczną. Żył w IV w., a na ołtarze Kościół wyniósł go w VII. Chociaż znany jest jako św. Marcin z Tours, urodził się w rzymskiej prowincji Pannonii, w Sabarii, czyli tam gdzie wyrosło węgierskie miasto Szombathely. Autorzy żywotów świętego twierdzą, że od dzieciństwa marzył by wieść pustelniczy żywot. Ale jego ojciec, były oficer legionowy, nie miał pojęcia o pismach hagiografów, zwłaszcza że jeszcze nie powstały. Wierny natomiast rodzinnej tradycji, wcielił syna do armii galijskiej. Ponoć bez aplauzu, ale sumiennie wykonywał młodzieniec wojskowe obowiązki, co wkrótce dostrzeżono i mianowano go oficerem. Za przełomowy w jego życiu uchodzi moment, w którym wracając do obozu w mroźny wieczór, podzielił się płaszczem z napotkanym, skąpo odzianym biedakiem. Ponoć następnej nocy ukazał mu się okryty połą tego samego płaszcza Chrystus. Po tej wizji, Marcin skwapliwie przyjął chrzest i niedługo potem porzucił armię.

Z Panonii do Francji i z powrotem
Służba w legionie galijskim zawiodła go na tereny dzisiejszej Francji, konkretnie do obozu w Amiens, to znaczy w rejon współczesnego Paryża. Gdy armię porzucił, pobierał nauki u Hilarego, późniejszego biskupa Poitiers. Czerpiąc z nich inspirację, powrócił do Pannonii, by nawracać ziomków na chrześcijańską wiarę. Po jakimś czasie znowu jednak skierował się do Galii. Założona przez niego nieopodal Ligugé pustelnia, przekształciła się z czasem w pierwszy na terenach Francji klasztor. Stał się wkrótce tak znaną postacią, że powierzono mu godność biskupa Tours. Mimo to, pędził nadal skromne życie, dzieląc się wszelkimi dobrami z potrzebującymi. Zmarł w podeszłym wieku 81 lat, a jego grób stał się zaraz po kanonizacji popularnym miejscem europejskich pielgrzymek. Za patrona swej dynastii i całej Frankonii przyjął go król Chlodwig. Zwracali się do niego z modlitwą o wsparcie przedstawiciele różnorodnych rzemiosł, dzieci i żebracy. Ze względu na karierę wojskową – żołnierze, a ponieważ w czasie, na który przypada jego święto kończą się winobrania, również winiarze. Przy tak szerokich prerogatywach, jego kult rozprzestrzeniał się szybko w całej Europie, a w średniowieczu, niemieccy osadnicy rozpropagowali go na terenach dzisiejszych Węgier, Słowacji i Czech.

Dlaczego wino, dlaczego gęsi?
Marcina pochowano w dniu 11 listopada w obecności takich tłumów, jakie nie towarzyszyły bodaj pogrzebowi żadnej innej postaci w dziejach Kościoła. Ten dzień poprzedza adwent, trwający od 23 do 28 dni okres oczekiwania na Boże Narodzenie. Zamiast się więc umartwiać, uznano celebrowanie dnia św. Marcina za świetny pretekst, żeby się przed adwentem dobrze najeść. Popijając oczywiście winem, którego uprawy upowszechnili w Europie Rzymianie. Wino, zarówno w okresie rzymskim, jak i w średniowieczu było napojem pospolitym w całym imperium przeciwstawianym popularnemu wśród barbarzyńców piwu. Dobre warunki do uprawy winorośli panowały wszędzie tam gdzie było wystarczająco dużo wilgoci i słońca. Gdy cesarstwo upadło sztukę kultywacji winorośli podtrzymali mnisi. To natomiast, czy ktoś pił lepsze, czy gorsze trunki, zależało zawsze od jego społecznego i ekonomicznego statusu.

Tradycje świętomarcińskie utrwaliły się Czechach w XVIII w. gdy za panowania cesarza Józefa II, w monarchii habsburskiej skodyfikowano również przepisy dotyczące produkcji i handlu winem. Utarło się wtedy, że w dzień św. Marcina, właściciele winnic odwiedzali swoich winiarzy, aby spróbować ich najnowszego wina, i zdecydować, czy jest wystarczająco dobre, by przedłużyć z nimi umowę na kolejny rok.

Z winem sprawa wydaje się więc jasna, ale dlaczego na św. Marcina piecze się gęsi? Czesi tłumaczą to z humorem godnym filmów Petra Zelenki. Ponoć hodowane od czasów starożytnych ptaki przeszkadzały gęganiem św. Marcinowi w wygłaszaniu kazań. I dlatego, za karę, piecze się je teraz w brytfannach. Świętomarcińskie dania, serwuje 11 listopada każda niemal restauracja w Czechach. Kultura pieczonej gęsi, spożywania zup na gęsinie i gęsich podrobów, obejmuje szmat Środkowej Europy. W Czechach utarło się jednak, że pieczona gęś podawana jest z czerwoną duszoną kapustą, jabłkami i knedlami albo delikatnymi ziemniaczanymi kluseczkami.

Gdzie się poleje najwięcej wina?
Svatomartinské slavnosti, czyli festiwale w dniu św. Marcina odbywają się w dużych miastach i w małych miejscowościach. Z pompą i rozmachem w najpopularniejszych centrach turystycznych i największych skupiskach ludności, czyli w Pradze, Brnie, Libercu, Czeskim Krumlowie. Bardzo uroczyście celebruje się to święto na Morawach, gdyż jest to największy winiarski region w kraju naszych południowych sąsiadów (znajduje się tam około 96% wszystkich czeskich winnic). W Mikulowie, Znojmo, Ołomuńcu, Kroměřížu czy na Slovacku, degustacji lejących się strumieniem win towarzyszy zawsze barwny program kulturalny. Odbywają się uroczyste Jarmarki Świętomarcińskie i parady w historycznych strojach. Otwiera je „osobiście” św. Marcin na koniu. Tak jak był przedstawiany najczęściej w zachodniej ikonografii, w momencie dzielenia płaszcza z ubogim. A także zgodnie z ludowym przekonaniem, że jego dzień zwiastuje nadejście zimy. I nawet jeśli śnieg nie spadnie, w Czechach mówi się zwyczajowo, że „Svatý Martin přijíždí na bílém koni”.

Wino Świętomarcińskie jest współcześnie ważnym dla Czech znakiem handlowym. Marką, której właścicielem jest od 2005 roku krajowy Fundusz Winiarski (Vinařský fond), udzielający zgody na produkcję młodego wina. Wypełnione nim butelki, niezależnie od szczepu z czy trunek wykonano z białej, czy czerwonej winorośli, muszą mieć na etykiecie rozpoznawalne logo. Jak się łatwo domyślić, że jest to wizerunek św. Marcina na koniu. Musi być tam także podany rocznik i trzeba umieścić nazwę Svatomartinské vino. Na sklepowych półkach butelki wyróżniają się ponadto jednolitymi kapturkami. Każdy winiarz dostaje ich od producenta tylko tyle, ile butelek młodego wina wolno mu wypuścić na rynek.

Wydanie zgody przez Fundusz poprzedza zawsze ocena dostarczonych przez winiarzy próbek, jakiej dokonuje się pod koniec października w Valticach na Południowych Morawach. Na podstawie profesjonalnej oceny, Fundusz Winiarski nie tylko określa dopuszczalne ilości butelek, ale orientuje się kto, ile, i z jakich szczepów robi wina świętomarcińskie.

Valtice są jednym z najważniejszych miejsc związanych z produkcją i promocją wina w Czechach. W podziemiach miejscowego pałacu mieści się bowiem Narodowe Centrum Winiarskie (Národní vinařské centrum), i dokonywane są oceny win. Inaugurując świętomarcińskie uroczystości, wznosi się tam 11 listopada o godzinie 11.00 toast dopuszczonym na rynek młodym winem. Potem można popijać kolejne.

Wizyta w Valticach jest także świetną okazją by zwiedzić oryginalny labirynt. Tworzą go podziemne korytarze, łączące XIII-wieczne piwnice winne, wykopane na głębokości od 6 do 12 m pod ziemią. Łączna długość korytarzy wynosi 760 m.


INFO
Pełny kalendarz i lokalizacja dorocznych winnych festiwali świętomarcińskich w portalu: www.trhvin.cz w zakładce .
Národní vinařské centrum oraz Salon vín ČR: www.vinarskecentrum.cz


Materiał publikowany na łamach Gazety Wyborczej w listopadzie 2016.

10 wyjątkowych stacji narciarskich

Pomysł, by na dwóch deskach zsuwać się po śniegu dla przyjemności, pojawił się pod koniec XIX w. W kolejnym stuleciu ruszono z urządzaniem tras i zbrojeniem ich w wyciągi. Ośrodków przybywało, zaostrzała się konkurencja. Dziś mamy mnóstwo
fantastycznych miejsc, a wiele z tych, które zapisały się w dziejach narciarstwa, wciąż pozostaje w czołówce. Oto kilka z nich.

Boom nastąpił po II wojnie światowej. Przybywało ośrodków. Zaostrzała się konkurencja. W efekcie, istnieje dziś mnóstwo fantastycznych stacji, a wiele z tych, które zapisały się czymś szczególnym w dziejach narciarstwa, pozostaje w czołówce, wyznacza trendy mody i standardy zagospodarowania. Oto kilka z nich.

Szwajcaria

Jeździmy tam by zasmakować wyrafinowanych win, gorącego fondue i komfortu. Najwyżej położone w Europie tereny narciarskie otaczają imponujące czterotysięczniki. Nad Zermatt piętrzy się Matterhorn o znanej całemu światu sylwetce. Aletsch, najdłuższy z lodowców naszego kontynentu spływa 24-kilometrowym jęzorem. W wysokogórskiej scenerii obracają się futurystyczne restauracje. Wszystkie miejsca są doskonale skomunikowane, a technika i organizacja – równie bezbłędne jak mechanizm szwajcarskiego zegarka.

01. St. Moritz / www.stmoritz.ch
W tym legendarnym kurorcie narodził się przed 152 laty obyczaj wypoczywania zimą w górach. Johannes Badrutt, właściciel dobrze prosperującego hotelu Kulm, zaproponował kilku angielskim dżentelmenom spędzenie w St. Moritz zimy. Na jego koszt. Przyjęli zaproszenie, a spodobało im się tak, że pozostali do Wielkanocy. Potem, zrobili taką reklamę hotelowi, St. Moritz i pokrytym śniegiem Alpom, że zima w górach stała się po prostu modna. Badrutt zelektryfikował swój hotel jako pierwszy w Alpach, a żądni przygody Anglicy, zainspirowali w ośrodku rozwój zimowych sportów. Z tym, że wcale nie nart, ale saneczkarstwa i bobslejów, które zresztą sami wymyślili podpatrując sanie miejscowych rolników. Hotel Badrutt’s Palace uchodzi dziś za synonim luksusu i należy do najdroższych w Szwajcarii. W kurorcie odbywają się elitarne imprezy, takie jak mecze polo czy wyścigi konne na tafli zamarzniętego jeziora. Modowe butiki przyciągają wymagających miłośników shoppingu, a hotelowe SPA przywracają młodość i urodę. Wieść niesie, że z narciarskiego terenu korzysta nie więcej niż 40% gości kurortu. Trasy oplatające stoki Diavolezzy i Corvatscha sięgają 3303 m wysokości i tworzą sieć o łącznej długości 350 km. Nie brakuje snowparków i tras crossowych, a rozległe stoki otwierają nieograniczone możliwości przed fanami freeride’u. Całość dostępna jest też z sąsiednich miejscowości, w tym kilku zdecydowanie egalitarnych.

Włochy

Stacje narciarskie rozsiane są po północnych i środkowych Włoszech – w Alpach i Apeninach. W rankingach popularności królują należące do Alp Dolomity, których skaliste gniazda tworzą niepowtarzalną, wręcz baśniową scenerię wypoczynku. Przez 300 dni w roku świeci w nich słońce, ale śniegu nie brakuje, bo nad górami ścierają się fale powietrza znad centralnych Alp i znad Adriatyku. Zapewne dzięki intensywnej i konsekwentnej promocji, synonimem Dolomitów stały się w Polsce stacje z regionu Trentino – Val di Fiemme i Val di Sole. Stosunkowo rzadko korzystamy z tego, że trasy 12 ośrodków tworzą największy na świecie system narciarski dostępny z jednym karnetem – DolomitiSuperski (1220 km tras; http://www.dolomitisuperski.com). Czujemy się usatysfakcjonowani pobytem w jego części, bo kochamy klimat i smaki Trentino – tradycyjne potrawy, wina oraz wylansowane nie tak dawno bombardino. Odwiedzamy chętnie Madonna di Campiglio, a na zakończenie sezonu, w połowie marca słuchamy w Val di Fiemme muzyki podczas oryginalnego festiwalu Dolomiti Ski Jazz (www.visitfiemme.it).

02. Cortina d’Ampezzo / www.cortina.dolomiti.org
Trudno powiedzieć, która ze stacji Dolomitów ma najpiękniejszą scenerię, ale widoki na turnie wokół Cortiny nikogo nie zawiodą. Patrząc na pionowe ściany turni, nie chcemy wierzyć, że w czasie I wojny światowej biegła przez nie linia frontu włosko austriackiego, i że na czuby skał wciągano działa, skały zaś drążyli minerzy by podkładać wysadzać stanowiska nieprzyjaciela. Jako kurort, Cortina rozwinęła się w międzywojniu, dzięki osobistemu zaangażowaniu Mussoliniego. Po wiekach przynależności do Habsburgów powróciła do Włoch. Austriacy zaszczepili tam ducha zimowych sportów. Duce zapragnął go zitalianizować. Popłynęły strumieniem pieniądze na inwestycje, dzięki którym w 1956 r. Cortina zdystansowała konkurencję i została gospodarzem zimowych igrzysk olimpijskich. Pierwszych w historii, transmitowanych przez telewizję. Świat ujrzał sportowe zmagania, magię narciarstwa i… piękno Dolomitów.

03. Sestriere / www.sestriere-online.com; www.vialattea.it
W ostatnim ćwierćwieczu minionego wieku rozkwitły funkcjonalne kompleksy sportowe z zapleczem hotelowym, gastronomicznym i handlowym, nazywane „ośrodkami z probówki”. Zasłynęła z nich Francja, ale to Włosi, byli prekursorami. Giovanni Alberto Agnelli, dyrektor Fiata z czasów największej prosperity koncernu znał z dzieciństwa rozległe hale Valle del Chisone w Piemoncie. Maszynami ściągniętymi z odległego o 100 km Turynu zmienił na zawsze oblicze górskiego zakątka. Wystawił hotele i założył pierwsze wyciągi. Najwięcej jednak wznoszono… garaży. Boom w branży motoryzacyjnej spowodował, że zamożni goście przyjeżdżali własnymi autami, a mniej zasobni entuzjaści narciarstwa autokarami, bądź ciężarówkami. Sestriere otwarto hucznie w 1937 r. Organizowane tu od lat 50. XX w. zawody Kandahar przekształciły się w 1967 r. w Alpejski Puchar Świata. Dzisiejsze Sestriere to apartamentowce i wspaniały teren narciarski, którego trasy i wyciągi łączą się z infrastrukturą francuskiego Montgenèvre, tworząc słynną Drogę Mleczną (Via Lattea), długości 400 km.

Francja

Wachlarz możliwości wyznaczają tak odmienne ośrodki jak Isola 2000 i Chamonix. Pierwszy nie zachwyca architekturą, gdyż na apartamentowce przerobiono dawne budynki koszarowe. Ale po nartach można nawet w najmroźniejszy dzień wyskoczyć do pobliskiej Nicei. Na spacer po plaży, a pod koniec zimy – kąpiel w morzu. Drugi ośrodek to Mekka miłośników wszelkich górskich dyscyplin sportowych, a dla miłośników narciarstwa wysokogórskiego furta lodowców Mont Blanc. Dla wielu osób ośrodki francuskie z dostępem do ogromnych, nietkniętych ratrakami terenów są kwintesencją narciarstwa alpejskiego, zaś na top liście ośrodków z urządzonymi trasami królują należące do Trzech Dolin Courchevel, Meribel i Val Thorens, znane z ekstremalnych tras Val d’Isere oraz Les Arcs, La Plagne, L’Alpe d’Huez, czy Les Deux Alpes.

04. Avoriáz 1800 / www.avoriaz.com

Ośrodek z lat 60. minionego stulecia. Spełnione marzenie słynnego niegdyś alpejczyka Jeana Vuarneta i jego szwajcarskich przyjaciół. Narciarski raj, w którym można przenosić się z doliny w dolinę, nie zdejmując nart. Avoriáz łączy się wyciągami z 8 innymi francuskimi i 6 szwajcarskimi stacjami, tworząc Bramy Słońca (Les Portes du Soleil; http://www.portesdusoleil.com), z 650 km tras, pośród których łatwo odnaleźć te najlepiej dostosowane do umiejętności i przenosić na trudniejsze po udoskonaleniu techniki. Samo Avoriáz jest ośrodkiem „z probówki”, ale wysmakowanym. Wszystkie budynki są obłożone specjalnie sprowadzanym z Kanady czerwonym cedrem, który nadaje im ciepły, przyjazny wyraz. Miejscowość jest ośrodkiem car-free, dzięki czemu powietrze jest czyste. Jeżdżą tutaj jedynie konne zaprzęgi i pojazdy elektryczne, bo w Avoriáz nie ma ulic. Ciągi piesze są przedłużeniem nartostrad i podobnie jak nartostrady są wyrównywane przez ratraki. Ich szum stanowi każdego ranka charakterystyczny akord. Funkcjonalne rozwiązania i romantyczna atmosfera tworzą tu doskonale wyważoną kompozycję.

Austria

Ojczyzna narciarstwa alpejskiego, gdyż to mieszkaniec Górnej Austrii, Mathias Zdarsky zapożyczoną od Norwegów technikę telemarku przekształcił w zjazd na równolegle prowadzonych deskach. Około 1890 r. skonstruował Lilienfelder Stahlsohlenbindung – wiązanie, umożliwiające poruszanie się na deskach w wysokogórskim terenie. Austria żyje z gór, z narciarstwa i narciarstwem. Nie ma lepszych specjalistów od techniki jazdy niż posiadacze państwowych uprawnień instruktorskich (Diplomaschilehrer). Trudno znaleźć lepiej przygotowane i rozłożone w terenie trasy. Ich kwintesencją są karuzela w Obertauern, huśtawka w Schladming czy nartostrady Lech – kurortu z luksusowymi hotelami i systemem do kontrolowanej inicjacji lawin. Sądząc jednak po statystykach, Polaków najbardziej kuszą tyrolskie lodowce (www.tirolergletscher.com). Jest ich pięć (od 45 min. do 2,5 godz. jazdy samochodem z Innsbrucku). Położone niżej od francuskich czy szwajcarskich, są mniej narażone na kaprysy pogody. Słyną ze wspaniałych widoków i nowoczesnej infrastruktury. Hintertux jest rzeczywiście całoroczny, skromne zagospodarowanie kaunertalskiego nie kłóci się z dzikim otoczeniem, stubajski ma cudowną karuzelę przecinającą lodowcowe jęzory, na pitztalskim wyjeżdża się kolejką na 3440 m, w Sölden lodowce łączy tunel, kręcono sceny do przygód Bonda w „Spectre”, a sezon kończy inspirowane marszem Kartagińczyków przez Alpy pełne rozmachu widowisko „Hannibal”.

05. Kitzbühel / www.kitzski.pl; www.kitzbuehel.com; www.weltderwunder.de
Większość ośrodków narciarskich wyrosła na surowym korzeniu lub terenach wypasowych starych wiosek. Natomiast Kitzbühel, to tyrolskie miasteczko z bogatymi kamienicami i gotyckimi kościołami. Od 1895 r. odbywają się tu zawody narciarskie, które w połowie stycznia przyciągają uwagę całego świata. W ramach Hahnenkamm-Rennen, na trasie Streif uważanej za najtrudniejszą na świecie zmagają się zawodnicy w biegu zjazdowym (na 2017 r. przypada 77 edycja). Triumf w tej konkurencji ceniony jest wyżej niż olimpijskie złoto, czy zdobycie Pucharu Świata. Zawodnicy, którym udało się to kilka razy, przechodzą do historii. Dla Austriaków to narodowe święto. Dla gości, festiwal o niepowtarzalnej atmosferze, pełen sportowych emocji. Na 75. jubileusz, pod auspicjami Red Bulla nakręcono ekscytujący film o zawodach: „Streif One Hell of a Ride”; w oryginale: „Die Streif – ein Höllenritt”. Hotele w Kitz, jak potocznie mówi się o miasteczku, dedykowane są zamożniejszej klienteli, tańszych trzeba szukać w miejscowościach satelickich. Tutaj przyjeżdża się również na ekskluzywny shopping, a w adwencie na malowniczy Jarmark Bożonarodzeniowy. W wielu rankingach Kitzbühel uzyskuje tytuł „Najlepszego ośrodka narciarskiego na świecie”. Nic dziwnego, w latach 2000-2014 w infrastrukturę i przygotowanie 170 km tras zainwestowano 225 mln euro! Zainstalowano też rzadki system GPS, ułatwiający utrzymanie optymalnej warstwy śniegu na trasach przez cały sezon, a to przynosi oszczędności i efektywniejsze wykorzystanie środków.

Słowacja

Jeździmy tam chętnie bo krajobrazy są piękne. Poza tym to blisko, a ceny pobytów i wyżywienia znacznie niższe niż w Alpach i konkurencyjne w porównaniu z kosztami pobytów w Polsce. Stacje narciarskie, za wyjątkiem Jasnej są wprawdzie niewiele większe od naszych, ale zazwyczaj lepiej zorganizowane. W tych większych, kursują od dawna skibusy. W większości obowiązuje jeden karnet, trasy są dobrze przygotowane, a wyciągi tworzą spójne systemy. Krajobrazy są piękne i zróżnicowane, a infrastruktura sukcesywnie modernizowana. Liczne termalne kąpieliska stanowią ponętną formę après-ski. W kuchni używa się znakomitych serów zbliżonych do znanych nam z terenów polskiej góralszczyzny, zwłaszcza z Podtatrza. Z drugiej strony są w niej odległe echa czasów habsburskich, gdyż przez stulecia nazywana Górnymi Węgrami Słowacja, stanowiła część Korony Świętego Stefana. Kultura Słowacji okazuje się więc bliska naszej, a to ułatwia wzajemne zrozumienie.

06. Jasná / www.jasna.sk
Największy ośrodek narciarski Słowacji (41 km tras). Odkąd zarządza nim grupa kapitałowo inwestycyjna ‘Tatry Mountain Resorts’ a.s. (www.tmr.sk), Jasná zyskała iście alpejską organizację. Trasy poszerzono, a wyciągi zmodernizowano. Zróżnicowane pod względem trudności nartostrady oplatają stoki Chopoka (2024 m), a z podszczytowego pawilonu, zwanego Rotundą, wzniesionego w kulminacyjnym punkcie systemu, roztacza się wspaniała panorama. TMR dyktuje dziś standardy rozwoju narciarstwa w naszej części Europy, zarządzając głównymi ośrodkami narciarskimi Słowackich Tatr Wysokich, czeskim Szpindlerowym Młynem, a ostatnio także reorganizując polskie stacje w Szczyrku i na Pilsku. Z dobrodziejstw modernizacji prowadzonej w Szczyrku zapewne skorzystamy już w tym sezonie, w przyszłym przyjdzie czas na Pilsko. W gestii TMR są także hotele i kąpieliska termalne, w tym, dobrze w Polsce znana i lubiana Tatralandia. W Jasnej, przy głównym węźle kolejek, prowadzących na kopułę szczytową Chopoka, rozsiadły się liczne hotele o zróżnicowanym standardzie, pensjonaty i schroniska. Są też niezłe restauracje, a wśród nich serwująca regionalne dania, stylowo urządzona Slovenska koliba (www.kolibajasna.sk).

07. Vratná / www.vratna.sk
Ośrodek leży w Małej Fatrze. Górach, w których krajobrazie splatają się nuty tatrzańskie, beskidzkie i dolomitowe. Są to janosikowe góry, bo we wsi Terchowej, w sołtysiej rodzinie urodził się pierwowzór legendarnego zbójnika. Stalowy pomnik lśni dziś w słońcu nad Terchową, a na rozległym placu u jego stóp odbywają się zimą emocjonujące wyścigi góralskich sanek (ze względów komercyjnych powtarzane w sezonie trzykrotnie) – „Preteky gazdovských koní v Terchovej”. Ciekawostką jest to, że góralską muzykę z Terchowej wpisano na listę UNESCO w 2013 r. Nazywa się ją tutaj nebeská muzika, czyli muzyka z nieba. We wszystkich niemal rodzinach podtrzymywana jest tradycja gry na tradycyjnych instrumentach. Aż 2 z nich wpisano także na listę UNESCO. Zimą, w hotelu Diery, w stylowej restauracji Koliba, organizowane są koncerty niebiańskiej muzyki i serwowane są tradycyjne potrawy. W terenie narciarskim są dwie enklawy. Jedna w głębi doliny Vratnej obsługiwana przez gondolową kolejkę. Są tam długie, strome i trudne trasy. Miłośników jazdy off-pist i skitouringu sprowadzają z góry oznaczone tyczkami przepiękne szlaki bocznymi grzbietami. Po drodze można zdobyć najwyższy szczyt pasma, Veľký Fatranský Kriváň (1709 m). W drugiej enklawie z dolną stacją krzesełek w Starym dworze, są łatwiejsze czerwone i niebieskie trasy. A w położonym przy nich schronisku (Chata na Grúni; www.pl.chatanagruni.sk), serwują przepyszne, podobne do donutów, šišky (rodzaj donutów).

Czechy

Jeśli po naszej stronie Sudetów brakuje śniegu, mamy szansę znaleźć go po czeskiej stronie Karkonoszy i Gór Izerskich, w należących do Karpat Jesionikach, albo w nieco egzotycznych dla nas, ciągnących się ku granicy z Niemcami Rudawach. Z tej specyficznej, uwarunkowanej ukształtowaniem terenu cechy klimatu, korzystali do niedawna mieszkańcy południowo zachodniej i zachodniej Polski. Odkąd wygodne drogi połączyły Warszawę z Wrocławiem, coraz tam więcej turystów z centralnej części kraju. Podobnie jak na Słowacji, czeskie ośrodki przewyższają nasze poziomem organizacji, kusząc konkurencyjnymi cenami noclegów i wyżywienia. Wielkością porównywalne ze słowackimi, są dla tamtych ciekawą alternatywą.

08. Pec pod Sněžkou – Černá Hora / www.skiresort.cz
Odkąd te dwa ośrodki się połączyły, wyrosły na największy teren narciarski w Czechach. Tym bardziej, że posiadacze tamtejszego karnetu mogą też korzystać z wyciągów trzech mniejszych stacji: Velká Úpa, Svoboda nad Úpou i Černý Důl. Zintegrowane stacje oferują łącznie 41 km tras, z czego na dwie kluczowe przypada – odpowiednio – 12,5 i 17,5 km. Dzieli je fragment grzbietu, którym trzeba było dawniej nieść narty albo w nich człapać. Wykorzystując rolby – ratraki z zamontowanymi wieloosobowymi kabinami Czesi skomunikowali tereny narciarskie obu stacji w pomysłowy i zabawny sposób. Ze stoków Černe hory opada najdłuższa w Czechach trasa zjazdowa, a poza przyjemną huśtawką narciarską, w Pecu jest jeszcze niezależna gondolowa kolejka. Zastąpiła po niedawnym remoncie skrzypiące już mocno, 50-letnie krzesła wywożące turystów na szczyt Śnieżki (ze względu na parkowe przepisy o ochronie przyrody, nart i snowboardów nie można nią wywozić). Na szczyt warto się wybrać, bo piękniejszych widoków niż zimowe nie ma. Powietrze jest czyste i widać dobrze nie tylko Karkonosze, ale również inne, odległe nawet sudeckie pasma. W rejonie Pecu, na grzbietach jest mnóstwo starych schronisk przerobionych dziś na hotele i pensjonaty. Boudy, tak się je nazywa, prowadzą regionalne restauracje, serwując tradycyjne potrawy i przepyszny, grzany miód (horká medovina).

Bałkany

Coraz śmielej pojawiają się na naszym rynku oferty narciarskich wyjazdów do krajów bałkańskich. Do Bośni i Hercegowiny, na stoki malowniczego i skalistego Durmitoru w Czarnogórze, a przede wszystkim do Bułgarii. Szczególnie tam zimowa oferta jest zróżnicowana i bogata. Ośrodki w Rile, Pirynie i Rodopach, a nawet na peryferiach Sofii (Witosza), mają długą tradycję, sięgającą czasów komunistycznych. Podobnie zresztą jak czarnomorska riwiera, przeszły w ostatnich latach metamorfozę.

09. Bansko / www.banskoski.com
Miejscowość w Pirynie, ciągnie się wzdłuż doliny potoku spływającego ze wschodnich skłonów piramidalnego Wichrenu  (2914 m), najwyższego szczytu tych gór. Pomiędzy starymi, stylowymi domami z drewna i kamienia, w sąsiedztwie zabytkowych cerkwi, wyrosły w ciągu ostatniego ćwierćwiecza liczne pensjonaty i hotele. I chociaż miejscowi są przekonani, że za tym boomem kryją się pochodzące z czarnego rynku fortuny, to jednak szybko dodają, że „pieniądz nie śmierdzi”. Po południowej stronie Banska, na północnych stokach Todorki (2746 m) znajduje się najciekawszy teren narciarski Bułgarii. Dominują w nim wprawdzie trasy czerwone i czarne, ale przepiękna widokowo i najdłuższa w całej Bułgarii, 16-kilometrowa nartostrada jest niebieska, i niemal każdy nią zjedzie, podziwiając widoki. W Bansku od dawna odbywały się prestiżowe międzynarodowe zawody narciarskie, ale zdekapitalizowana infrastruktura wymagała modernizacji. Pomogli Szwajcarzy, którzy przez dziesięć lat na przełomie XIX i XX w. pomagali władzom Parku Narodowego Pirin zrewaloryzować schroniska i szlaki turystyczne oraz unowocześnić metody ochrony przyrody we wpisanym na listę UNESCO obszarze. Narciarskie Bansko jest więc na wskroś nowoczesne. Z trzema mniejszymi enklawami wyciągów, oferuje dziś 65 km tras. Po nartach zaprasza do tradycyjnych barów, zwanych z turecka mechanami. Aromatyczne potrawy z mięs i serów, z dużą ilością warzyw i ziół, dowodzą najlepiej, że w ciągu 500 lat tureckiego panowania, rodzime tradycje i obce wpływy, mocno się ze sobą posplatały.

Polska

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zarówno sukces Białki, w której współpracujący ze sobą właściciele wyciągów zaczęli świetnie prosperować, jak i dynamika zmian na Słowacji czy w Czechach, nie motywują wystarczająco naszych właścicieli. Pojawienie się na polskim rynku słowackiego potentata, TMR a.s., zmieni zapewne ten stan rzeczy, bo przed reorganizacją i unowocześnieniem rodzimej infrastruktury uciec się nie da. Polskie tereny narciarskie, choć niewielkie, mogą z powodzeniem konkurować przynajmniej z podobnej skali stacjami krajów ościennych. Krajobrazem i lokalną kuchnią od razu, nad resztą trzeba popracować. Dobry wzór już się pojawił. W grudniu otwarcie pierwszego polskiego terenu, zagospodarowanego przez TMR – Beskid Sport Arena w Szczyrku Biłej.

10. Czorsztyn Ski Kluszkowce / www.czorsztyn-ski.com.pl
Wybrałem tę stację, ponieważ cierpi na powszechne, acz akurat niezawinione przez właścicieli słabości rodzimych ośrodków. Natomiast dzięki położeniu, jak i dobrze przemyślanej organizacji, świetnie prezentuje walory. Słabością jest z pewnością niespełna 4,5 km tras (8 tras, najdłuższa ma 1200 m długości), co pociąga za sobą nieunikniony tłok, zwłaszcza w weekendy. Oraz niewielka wysokość, z racji której sezon zimowy nie może być długi. Optymalnie jednak rozmieszczone na zachodnich stokach i w szczytowych partiach Wdżaru (767 m) wyciągi, obsługują ciekawą narciarską huśtawkę. Masyw pochodzenia wulkanicznego należy geograficznie do Gorców, ale odsunięty nieco w bok od głównego  pasma, piętrzy się samotnie nad Przełęczą Snozka. Stoi tam słynna instalacja Hasiora, nazywana organami – czy grają gdy zawieje halny, czy nie, zdania są wciąż podzielone). Z wierzchołka i stoków Wdżaru roztaczają się wspaniałe widoki na Tatry, Pieniny, Gorce i Podtatrze z taflą Jeziora Czorsztyńskiego. Przyjemnie jest więc posiedzieć w gospodzie na szczycie, albo w drugiej, usytuowanej na siodełku, gdzie zbiegają się trasy niebieskie, używane najczęściej przez szkółki narciarskie. Walorem stacji jest jej powiązanie z hotelem Pod Wulkanem w Kluszkowcach (www.podwulkanem.pl).

Dolomity Brenty widziane od strony madonna di Campiglio, w Val di Sole (Trentino), fot. Paweł Wroński
Dolomity Brenty widziane od strony madonna di Campiglio (Trentino, Val di Sole), fot. Paweł Wroński

Materiał publikowany w magazynie „My Company Polska” pt.: „Nieco inne narty” (www.mycompanypolska.pl), w październiku 2016 (—> PDF).