Austria / Wachau – bez wahania!

Niewielki naddunajski region, atrakcje ma nie małe. Na skrawku ziemi rodzą się doskonałe wina, wznoszą legendarne klasztory i zamek, w którym Ryszard Lwie Serce pisał pieśni. Pikanterii zaś, dodaje fakt, że w pobliskim Krems opracowano recepturę doskonałej musztardy.

Kiedy zawitałem pierwszy raz do Wachau, u stóp klasztornego wzgórza w Götweig kwitły maki. Montecassino – skojarzyłem. Jak się okazało, nader trafnie.

Montecassino nad Dunajem
Tak nazywają klasztor Austriacy. U schyłku XI wieku, przybyli tu benedyktyni. Götweig przypomina położeniem włoską kolebkę zakonu. Słynie jednak nie z burzliwej historii, ale z bogatej kolekcji grafiki – blisko 30 tysięcy dzieł niemieckich, holenderskich, włoskich i francuskich mistrzów.

Współcześni mnisi nie przepisują ksiąg, nie kopiują rysunków. Przyjmują turystów i pielgrzymów. Na terenie opactwa uruchomili restaurację z koncertowym menu. Serwowane z klasztornej kuchni potrawy są wariacjami na tematy regionalne i zakonne. Posiłkom towarzyszą fortepianowe koncerty. Aż żal, że w poniedziałki i wtorki restauracja jest nieczynna. Ruhetage – ciche dni. Dla klientów znaczy to, że zamknięte, dla mnichów, że biesiadny gwar nie zakłóci modlitw.

W przyjemnie choć skromnie urządzonych celach można spędzić w klasztorze… urlop. Połączony oczywiście z wyciszeniem i medytacjami, chociaż od gości nie wymaga się świadectwa z religii. Inaczej nieco rzecz ma się z pielgrzymami, którzy trafiają tu podczas wędrówki do Santiago de Compostela. Benedyktyni znad Dunaju zainicjowali przed kilku laty przedłużenie jednej z najpopularniejszych tras pielgrzymkowych Europy. Odcinek austriacki poprowadzono tak, aby rozrzucone po kraju opactwa dawały schronienie podróżującym po błogosławieństwo św. Jakuba. Najwięcej pielgrzymów przechodzi przez Götweig latem. Spieszą do Santiago na 25 lipca, kiedy to Jakub świętuje imieniny. O zmierzchu podziwiają z murów wijący się wśród wzgórz Dunaj. Rankiem odchodzą. Do odległego o36 kilometrówMelk.

Inspiracja Umberto Eco
Melk przyćmiewa sławą inne opactwa. Powstał kilka lat później niż Götweig, ale na początku XVIII stulecia przebudowano go niemal całkowicie. Wznosi się na krawędzi urwistego tarasu. Patrząc stąd na Dunaj nie mogłem się wyzbyć wrażenia tajemniczości. Szeroka rzeka znika nagle w wąskim przesmyku między wzgórzami. W tym z natury obronnym miejscu, istniała słowiańska osada Magalicha. Później założyli fort Rzymianie. U schyłku X wieku zburzyli go Madziarowie, ale szybko przegnał ich pierwszy margrabia Austrii Luitpold Illustrious i wzniósł własną warownię. Jeden z jego potomków, również Luitpold (Leopold), sprowadził mnichów.

Opactwo zapisało się w dziejach XV-wieczną reformą życia zakonnego. Mnisi wrócili na ścieżki ascetyzmu, cnoty i nauki. Zacieśnili kontakty z wiedeńskim uniwersytetem i powracając do nauk św. Benedykta z Nursji, ujęli zasady swego życia w ramy surowej konstytucji. Na wzór Melk przyjmowały ją inne europejskie opactwa, a w 1625 roku papież Urban VIII uznał za modelową dla całej kongregacji.

Dziś opactwo imponuje nie tylko historią i rozmiarami. Największy barokowy kompleks tego typu w Europie, zachwyca architekturą oraz iluzjonistycznymi freskami Johanna Michaela Rottmayra we wnętrzach kościoła i Paula Trogera w bibliotece. Zasoby biblioteki są największym skarbem opactwa. Liczą około 100 tysięcy woluminów.

Atmosfera, historia i niepowtarzalny księgozbiór poruszyły wyobraźnię Umberto Eco. Biblioteka z „Imienia Róży” jest oczywiście symboliczna, ale ukłonem autora wobec miejsca inspiracji jest imię jednego z bohaterów, a zarazem narratora, Adso z Melku.

Winiarz na medal
Zapuściwszy się w przesmyk pod Melk szybko doznałem ukojenia. Wprawdzie rzeka przebija się wśród wzgórz, ale dolina przypomina ogród z bujnymi rzędami winorośli. Tradycja upraw sięga czasów rzymskich. Ale dopiero w ostatnich latach Wachau przebiło się do światowej czołówki. Stało się tak za sprawą win białych, głównie Grüner Veltlinera. Kluczowa dla Austrii winorośl daje szeroką gamę win – od lekkich, nieskomplikowanych, po wielowarstwowe i wyrafinowane. Porywają korzenno-owocowym smakiem, zwłaszcza subtelną nutką świeżo mielonego czarnego pieprzu. Pfefferl – pieprzyk; wyczuje ją nawet laik.

Bukiet i smak Grüner Veltliner poznałem u Johanna Schmelza w Joching. Jest mistrzem. Jego wina są nagradzane medalami na światowych wystawach, a on sam zbiera prestiżowe tytuły jak choćby Winiarza Roku. U Schmelza uwierzyłem w siebie. Zaproponował degustację równoległą, czyli win z tych samych szczepów i z tych samych roczników. W każdej parze jedno wino było wykonane z winogron z tarasów nad rzeką, drugie – ze stoków. Nie wierzyłem, że wyczuję jakąkolwiek różnicę… A jednak. Wina ze stoków były bardziej mineralne, świeższe. Te z zakoli cięższe. Nie jest do końca wyjaśnione jak powstała ta odmiana winorośli. Ponoć znali ją już Rzymianie. Po zbadaniu DNA okazało się, że jest spokrewniona z aromatycznym Traminerem. Póki co niczego więcej nie ustalono. Grüner Veltliner podsyca narodową dumę Austriaków tak dalece, że urósł do rangi symbolu i chętnie stawiają go w rzędzie z Mozartem.

Niemal po sąsiedzku, również w Joching, wytwarza trunki Josef Jamek. W pobliskim Dürnsteinie – Franz Xaver Pichler. Założę się, że każdy, kto nie ma zaufania do austriackich win, po wizycie u któregokolwiek z tej trójcy, zmieni zdanie. Gorąco też polecam degustację w Loiben koło Dürnsteinu, gdzie w XVIII-wiecznym pałacyku mieści się spółdzielnia Freie Weingärtner Wachau. Zresztą, znakomitych winiarni jest w Wachau sporo. Najlepiej kosztować ich win do posiłków, w gospodach zwanych Heurige (tak jak młode wino). Gospodarze podają tam potrawy z własnych produktów. Jest więc zawsze domowo, a zarazem – niepowtarzalnie. Każda pani domu ma przecież własne receptury.

Austriackie wina znakomicie pasują do jedzenia. Powstają z myślą o potrawach, bo taki jest fundament austriackiej filozofii winiarskiej. A Grüner Veltliner pasuje nie tylko do ryb, o które nad rzeką nie trudno, ale także do cięższych mięs (wina tego gatunku dojrzewają z powodzeniem w beczkach), a ponadto, ze względu na złożoność bukietu i orzeźwiający smak, znakomicie sprawdzają się z daniami innych kuchni, choćby azjatyckiej. Pomocna przy wyborze odpowiedniego wina będzie znajomość klasyfikacji stosowana w Wachau. Świeże i młode określa się mianem Steinfelder. Mocniejsze i dojrzalsze – Federspiel, zaś długo dojrzewające i pełne, najwyższe jakościowo – Smaragd.

Trele z minstrelem
Nie wiem czym raczył się Ryszard Lwie Serce, który w 1192 roku trafił do Wachau. Nie jako gość niestety, ale więzień. Wszystko zaczęło się w Ziemi Świętej podczas III krucjaty, kiedy dowodzący niemieckimi krzyżowcami książę Leopold Austriacki zażądał równego traktowania z koronowanymi wodzami – Ryszardem i francuskim Filipem. Królowie uznali to za arogancję, a żołnierze Ryszarda zrzucili z murów Akki sztandar Leopolda. Ten opuścił towarzyszy chowając urazę. Gdy krzyżowcy wracali do Europy, koło Akwilei rozbił się statek Ryszarda. W towarzystwie kilku zaledwie rycerzy, przebrany za templariusza przemykał się przez austriackie ziemie. Pech chciał, że gdzieś pod Wiedniem, w gospodzie, bystre oczy wyśledziły na palcu królewski pierścień i słudzy Leopolda pojmali Ryszarda. W lochach Dürnsteinu czekał na okup. Ułożył wtedy pieśń „Ja nus hons pris” (Żaden więzień nie wypowie swych prawdziwych myśli…). Co ciekawe, napisał ją po okcytańsku, czyli w dialekcie prowansalskim. Pochodzący z Akwitanii angielski władca nie znał angielskiego! Wśród poddanych rzadko bywał, głównie oczekując od nich pieniędzy na krucjaty. A teraz – na okup. Jak głosi legenda, wierny przyjaciel i minstrel, Blondel wędrował po Europie od zamku do zamku, śpiewając pieśń znaną tylko im dwóm. Wreszcie trafił do twierdzy nad Dunajem, w której więzień odpowiedział na śpiew trubadura.

Fakty były mniej romantyczne. Leopold przekazał pojmanego cesarzowi Henrykowi VI, a ten zażądał 150 tysięcy marek okupu. W Anglii podniesiono podatki aby uzbierać tę kwotę. Henryk się jednak nie spieszył. Być może dlatego, że rywale Ryszarda zaoferowali 80 tysięcy za jego przetrzymywanie. Miał więc Lwie Serce dość czasu aby podziwiać Dunaj.

Ojczyzna musztardy
A widok z zamku jest piękny, godny polecenia każdemu kto zawita do Wachau. Tyle, że dziś na wzgórzu pozostały ruiny, a historia przyjaźni króla z minstrelem przetrwała tylko w XVIII-wiecznej operze Grétry’ego, „Richard Coeur-de-Lion”. Któż jednak jej słucha?

Prędzej niż o angielskim królu, wspomnimy za stołem… o musztardzie kremskiej. Do przygotowania tej łagodnej, słodkiej odmiany wykorzystuje się miejscowy ocet i spirytus winny. Receptura wywodzi się ponoć z Krems, średniowiecznego miasteczka, w którym Wachau się kończy. Dalej zaczyna się kolejna naddunajska kraina wina – Kremstal. Też pełna uroku. Ale to już inna historia.

INFO
Słynna naddunajska kraina wina: www.wachau.at
Adresy Heurigerów: www.heurigenkalender.at

Tekst był publikowany na łamach LOT-owskiego magazynu „Kaleidoscope” (2008)

Reklamy

Skomentuj jeśli chcesz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s